Epoxy

22/03/2017 § Dodaj komentarz


  Takie były początki wielkiego Jeana Van Hamme’a

Belgijski scenarzysta Jean Van Hamme znany jest w naszym kraju głównie dzięki seriom komiksowym Thorgal, Szninkiel, XIII czy Largo Winch (klik! klik!). Ten urodzony w 1939 roku autor ma na swoim koncie jeszcze wiele innych opowieści graficznych. Za sprawą oficyny Kubusse mamy okazję zapoznać się z mało znanym, pierwszym dziełem Van Hamme’a – Epoxy, które pierwotnie ukazało się w 1968 roku.

Tytułową bohaterkę poznajemy podczas samotnego rejsu po jednym z greckich mórz, gdy nagle jej łódź zostaje staranowana przez luksusowy jacht. Piękne (ale niezbyt mądre) dziewczę zostaje wyłowione rybacką siecią i przetransportowane na pokład pływającego „ogrodu rozkoszy ziemskich”. Na zaproszenie odrażającego właściciela ma uczestniczyć w „zabawie”, a następnie zostać złożona w ofierze. Jednakże w wyniku interwencji nadprzyrodzonych sił (czyżby sam Zeus się wtrącił?), jacht się rozbija, a Epoxy ląduje na piaskach plaży ziem należących do Amazonek. Jej przypadkowa towarzyszka zostaje zabita, a ona sama zostaje oskarżona o szpiegostwo na rzecz mężczyzn. Epoxy staje twarzą twarz z królową wojowniczych kobiet – Hipolitą i wkrótce zawiera z nią bardzo bliską znajomość.

Tak rozpoczyna się wielka podróż protagonistki mitologicznym szlakiem – od rezydencji Dionizosa aż do samego Hadesu – po drodze spotyka Heraklesa, Tezeusza, Hermesa centaurów, Chirona, Afrodytę, Zeusa. Czytając mamy wrażenie, jakbyśmy wertowali Mitologię Parandowskiego, ale taką specjalną edycję, bo przefiltrowaną przez erotyczne zabiegi bohaterów. Epoxy nie stroni od oddawania się przedstawicielom płci męskiej czy żeńskiej, a nawet interesują ją większe grupy. Bardzo chętnie się obnaża, paraduje nago bez skrępowania i wstydu, zresztą nie tylko ona, wielu innych bohaterów również pokazuje się bez ubrania.

Niestety jest to obnażanie się dla samego obnażania. Za golizną nie idzie żadna ciekawa historia. Schemat fabularny jest prosty jak strzał z bicza: bohaterka pakuje się w kłopoty, uwodzi lub jest uwodzona, a następnie przenosi się do nowego miejsca, gdzie sytuacja się powtarza.

Epoxy to komiks, który zasadniczo ma wartość historyczną, na poły archeologiczną – w końcu powstał prawie 50 lat temu. Jeśli ktoś chce sprawdzić, jakie były początki wielkiego Jeana Van Hamme’a, powinien po niego sięgnąć. Dodatkowo warto poświęcić trochę czasu, aby zaznajomić się z „oldschoolowym” stylem i podejściem do kadrowania, budowy planszy. To pouczająca lekcja.

 Jean Van Hemme (sc.), Paul Cuvelier (rys.), „Epoxy”, przeł. Jakub Syty, Wydawnictwo Kubusse, Lublin 2015.

[scenariusz: 3, rysunki: 4, kolory/cienie: 4-]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

  Recenzja napisana dla serwisu ksiazki.wp.pl; klikać :tu: tak! :tu:

Lucky Luke #52: Fingers

20/03/2017 § Dodaj komentarz


Magia Dzikiego Zachodu

Przyznam, że trochę obawiałem się tego tomu Lucky Luke’a. Chociaż René Goscinny nie był autorem postaci i dołączył do tworzenia kolejnych przygód najszybszego kowboja Dzikiego Zachodu dopiero w roku 1956 (czyli równo dekadę po debiucie serii), to jego nazwisko zawsze kojarzyło mi się z tym tytułem i najbardziej przyciągało. Dlatego też zmiana scenarzysty na Lo Hartoga Van Bandę nie szczególnie mnie ucieszyła. Na szczęście moje obawy okazały się bezzasadne, a Fingers, 52 tom godnie kontynuuje to, co w cyklu najlepsze.

Fabuła w skrócie przedstawia się następująco. Pewnego dnia w teksańskim więzieniu o zaostrzonym rygorze, z którego nikt jeszcze nigdy nie uciekł, pojawia się pewien elegancki mężczyzna prowadzący skutego szeryfa. Pod bramą zwraca stróżowi prawa jego odznakę i kluczyki do kajdanek, po czym przedstawia się jako więzień, dodając że chce spędzić w zakładzie noc. Kim jest? Imion ma wiele, choćby „Niepodrabialny Gaston” czy „Król Magii”, jednakże tutaj znany jest pod pseudonimem „Fingers”.

Nienaganne maniery i wielki talent do wchodzenia w posiadanie takich rzeczy, jak klucze strażników czy ich broń szybko doprowadzają naczelnika do wściekłości. Fingers trafia do celi braci Daltonów, odwiecznych wrogów Lucky Luke’a, jednakże niezbyt długo przyjdzie mu ją z nimi dzielić. Gdy przestępcy mozolą się nad wykopaniem łyżkami podkopu, magik wręcza im pęk kluczy do cel. Daltonowie uciekają, zamierzając wypuścić wszystkich innych więźniów – tylko Fingers nie chce się ruszyć z więzienia. Wieści o ucieczce docierają do Luke’a, który bez chwili wahania wyrusza w drogę. I tak już wkrótce na swojej drodze nasz dzielny kowboj spotka osobliwego Fingersa. Czym zakończy się ich wspólna przygoda?

Album Fingers pod pewnymi względami przypomina inny komiks z Lucky Lukiem, a dokładniej znakomitego Żółtodzioba (klik! klik!). Bohaterem tamtego komiksu był dystyngowany Anglik muszący skonfrontować swoją nienaganna kulturę z pierwotnością Dzikiego Zachodu. Tutaj iluzjonista o podobnych manierach (choć zdecydowanie mniej przyjemnym charakterze) równie wyraźnie odcina się na pustynnym, surowym tle. Konsekwencje są jednak inne, różny jest także przebieg zdarzeń. Jedno się nie zmienia – świetny humor stanowiący prawdziwą siłę napędową komiksu. Gagi bowiem jak zwykle nie zawodzą, mimo iż odpowiada za nie inny autor, a sama fabuła, przygody i klimat doskonale kontynuują rozpoczętą w roku 1946 luckyluke’ową tradycję.

Do tego dochodzą oczywiście wyśmienite rysunki Morrisa, artysty, którego śmiało możemy uznać za ojca serii. To on pisał pierwsze scenariusze i to on rysował te komiksy od samego początku. Lepiej więc, niż jakakolwiek inny twórca potrafi oddać charakterystyczny klimat Lucky Luke’a i dodać mu jeszcze więcej humoru.

Jeśli więc wahacie się czy seria potrafi się obronić bez Goscinnego, przestańcie i sięgnijcie po Fingers. Magia Dzikiego Zachodu, jaką znamy z poprzednich albumów, została zachowana, więc się nie zawiedziecie. I Wasi małoletni milusińscy również się nie zawiodą.

Lo Hartog Van Banda (sc.), Morris {właśc. Maurice de Bevere} (rys.), „Lucky Luke #52: Fingers”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1074, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Blueberry. Tom 8

17/03/2017 § 1 komentarz


 Człowiek z Żelaza

Przychodzi nam się żegnać z eksporucznikiem Mike’iem Blueberry’m. Może nie definitywnie, bo przed wiernymi czytelnikami bonus w postaci tomu oznaczonego na grzbiecie cyfrą zero. Wspomniana odsłona zbiera pierwsze pięć albumów serii, które dawno temu ukazały się w Polsce, a teraz wydawnictwo Egmont Polska zdecydowało się na reedycję, ale o tym tomie przyjdzie mi pisać później. Teraz czas zająć się zbiorczym tomem numer osiem, który zawiera ostatnie trzy oryginalne albumy serii: Apacz Geronimo, OK Corral oraz Dust.

Michael Steven Donovan, który ostatnimi czasy zyskał sobie przydomek gambler, przebywa w słynnym miasteczku Tombstone, gdzie – jak pamiętamy z siódemki – został podstępnie postrzelony. Rana wydawała się śmiertelna, jednak jakimś cudem nasz bohater wraca do zdrowia. Duża w tym zasługa Miss Malone, która czule opiekuje się rekonwalescentem. Pozytywnie działa także możliwość opowiadania dawnych przygód pisarzowi Johnowi Campbellowi, który skrzętnie notuje historię spotkania podówczas porucznika kawalerii z indiańskim wodzem Geronimo.

Fabuła całości prowadzona jest dwutorowo. Pierwszy wątek narracyjny dotyczy przeszłości i prowadzony jest przez samego bohatera. Drugi ukazuje zawiłości intrygi związanej z historyczną strzelaniną z 26 października 1881 roku, która miała w Tombstone. Uczestniczyli w niej bracia Earp (Wyatt, Virgil, Morgan) oraz Henry „Doc” Holliday, a po przeciwnej stronie barykady bracia Clanton (Ike i Billy) i McLaury (Tom i Frank). Popkultura wielokrotnie przerabiała to znane skądinąd wydarzenie. Wersja, jaką podaje nam Jean Giraud, jest znacznie rozbudowana, a także ciekawie poprowadzona. Scenarzysta zaangażował sporą grupę dodatkowych postaci (m.in. Blueberry’ego, młodego Billy’ego, płatnego zabójcę czy „panienkę” Gertrudę) i zadbał o ich psychologiczną wiarygodność, co wyraźnie uatrakcyjnia opowieść.

W porównaniu z innymi historiami serii opowieści brakuje rozmachu. Główny wątek ma kameralny charakter. Dodatkowo miejsce akcji zostało ograniczone do kilku zakurzonych ulic miasteczka w Arizonie. Nie jestem pewien, czy ową zmianę powinniśmy zapisywać na niekorzyść Gira. To nie jest już komiks awanturniczo-przygodowy, jak to miało miejsce, gdy scenariusze pisał Jean-Michel Charlier. Akcenty się przesunęły, nastąpiło większe skupienie na występujących postaciach. Ważne stały się emocje i motywacje. W tym kontekście trochę niewiarygodnie wypada główny protagonista, który mimo krwawiących ran, nagłych słabości, zawrotów głowy czy omdleń jawi się niczym niezniszczalny Człowiek z Żelaza.

Rysownik wyraźnie ograniczył ilość barokowych detali. Nadal jest szczegółowo i precyzyjnie, nadal dokładnie oddaje się realia epoki, choć z drugiej strony czasem postaci mają karykaturalne lub „płaskie” rysy twarzy, a tła redukuje się do barwnych plam. Całość wygląda dość surowo, co może być zasługą monochromatycznych kolorów.

Michael Steven Donovan przeszedł właśnie na zasłużoną emeryturę. Wydaje się nieprawdopodobne, że pomiędzy pierwszym a ostatnim albumem minęło 40 lat. Seria Blueberry mimo to się nie zestarzała. Wciąż pozostaje najlepszym komiksowym westernem wyprodukowanym w Europie.

Jean Giraud (sc. &rys.), „Blueberry. Tom 8”, przeł. Wojciech Bierk, Klub Świata Komiksu – album 1043, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 5] 

{komiks można kupić tu: klik! klik!}
Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Saga Winlandzka. Tom 1

16/03/2017 § Dodaj komentarz


 Wikingowie z Japonii

Co byście powiedzieli na japoński komiks, którego akcja rozgrywa się w Europie w XI wieku, a głównymi bohaterami są dzielni Wikingowie z Islandii i Danii, w tym postacie historyczne i dorastający chłopiec, który szuka zemsty na zabójcy swego ojca? Trochę nieprawdopodobne, prawda? A jednak. Pierwszy tom Sagi Winlandzkiej, autorstwa Makoto Yukimury, zabiera czytelnika na pokład drakkaru, aby zafundować emocjonującą podróż do przeszłości.

Przygoda rozpoczyna się od krwawego oblężenia grodu Franków położonego gdzieś nad rzeką. Atakującym nie bardzo się wiedzie, grodzisko jest mocno ufortyfikowane, a obrona dobrze zorganizowana. W sukurs agresorom przychodzi niewielki oddział Wikingów, którzy mają zupełnie inny pomysł na pokonanie obrońców. Wojownikom z Północy chodzi przede wszystkim o łupy i niewolników. Drużynie przewodzi przebiegły Askeladd, z którym ma na pieńku wspomniany powyżej Thorfinn. Młodzieniec, mimo że należy do zastępu dzikich Skandynawów, z całego serca nienawidzi swego kapitana i najchętniej zabiłby go w pojedynku. Kim dokładnie jest syn Thorsa i dlaczego pała taką wielką nienawiścią od swego wodza? Co skrywa zachmurzone oblicze dzieciaka?

Odpowiedzi musimy chwilę poczekać. Po zdobyciu grodu akcja przenosi się do Skandynawii, gdzie następuje podział łupów i pojedynek między Thorfinnem i Askeladdem. Następnie fabuła cofa się o kilka lat. W retrospekcji przenosimy się do Islandii, gdzie w zapomnianej przez Boga i ludzi wiosce spokojne życie wiedzie Thors wraz z rodziną. Większa część omawianego tomu rozgrywa się w przeszłości. Opowieść napisana przez Yukimurę ma znamiona typowej skandynawskiej sagi, w której występuje pokaźna ilość postaci epizodycznych, całość fabuły obfituje w dramatyczne i krwawe wydarzenia. Scenarzysta nie zapomina także o przybliżeniu tła społecznego i ekonomicznego.

Czytelnik głęboko wnika w świat przedstawiony. Dość dokładnie poznaje rozbudowaną menażerię bohaterów, ich wzajemne relacje i strefy wpływów. Dobrze został zaprezentowany wątek, w którym dowiadujemy się, że Thors był kiedyś wielkim wojownikiem, ale się „przebranżowił” (tj. został pacyfistą). Nie udaje mu się jednak uciec przed przeszłością, a konsekwencje dawnych decyzji mają szerokie reperkusje, głównie dla niespokojnego syna. Od pierwszej planszy kibicujemy chłopakowi, który ma w głowie tylko jedno: zemstę. Na uwagę zasługuje jego antagonista, Askeladd, który okazuje się jedną z ciekawszych postaci występujących w komiksie: zadufany w sobie, cyniczny, nielojalny, ale i w jakiś sposób niejednoznaczny moralnie.

Yukimura zadbał o to, aby dokładnie oddać materialne realia epoki. Należy docenić dbałość z jaką przedstawiono statki, uzbrojenie czy wyposażenie domostw. Występujące postaci ukazano realistycznie, dotyczy to zarówno budowy i ruchów ciała, ale również mimiki. Dlatego mocno zgrzyta karykaturalne przedstawienie dowódcy oblegających Franków. Plenerowe sceny bitewne, pojedynki, zasadzki czy inne nagłe zdarzenia charakteryzują się dużą ekspresją i dynamiką. Pierwszy tom Sagi Winlandzkiej liczy sobie prawie 450 stron. Fabuła wciąga, całość od początku do końca czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem.

Makoto Yukimura (sc. & rys.), „Saga Winlandzka. Tom 1”, tłum. Radosław Bolałek, Wydawnictwo Hanami, [bmw] 2017.

[scenariusz: 5-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu ksiazki.wpl.pl, klikać :tu: tak! :tu:

Deadpool Classic. Tom 1

15/03/2017 § Dodaj komentarz


 Śmierci pula u Deadpoola

Chociaż postać Deadpoola została wykreowana jako odpowiedź na Deathstroke’a z wydawnictwa DC Comics, zawsze uważałem go za niewydarzoną kopię Lobo. Z kim innym bowiem może kojarzyć się psychopatyczny morderca do wynajęcia, który potrafi się regenerować, nie umiera, a przy okazji jego przygody, choć krwawe, dalekie są od tonacji na serio? Właśnie. Przyznaję, nie przepadałem za nim, kiedy gościnnie pojawiał się na łamach serii Amazing Spider-Man; pewnie dlatego, nie sięgałem po samodzielne przygody Wade’a Wilsona. Ale klasyka? To chyba wypada znać, prawda? Dziś uważam, że olschoolowy Deadpool, to kawał dobrej komiksowej roboty. Rzecz utrzymana w typowym dla lat 90. XX wieku klimacie, z którą powinni zapoznać się również ci mający alergię Deadpoola.

Bohatera poznajemy w momencie, kiedy, na zlecenie Tollivera, ma zabić Cable’a. Zjawia się więc w bunkrze New Mutants, zaczyna walkę i… przegrywa. Wyszczekany, niemal niezniszczalny antybohater, który był jednym z eksperymentów Broni X przegrywa! Ale to dopiero początek. Jakiś czas później w Sarajewie Deadpool staje do walki z polującymi na niego najemnikami. Po śmierci Tolliera, za zabicie którego jedni oskarżają Cable’a, a inni naszego antyherosa, pojawiła się plotka o tajnym testamencie. Nikt nigdy nie widział go na oczy, ale każdy wie, że mówi on jasno – zwycięzca zgarnia łupy. Dlatego każdy poluje na każdego. A dokładnie, to na każdego, kto kiedykolwiek pracował z Tolliverem. Deadpool w zabijaniu ma niemało zabawy, ale kiedy na horyzoncie pojawiają się tacy przeciwnicy, jak Kane czy Juggernaut, to może być nieco ciężej, szczególnie jeśli chce się jednocześnie dowiedzieć prawdy o Vanessie.

W pierwszym tomie Deadpool Classic znalazło się dziesięć zeszytów prezentujących cztery fabuły z tytułowym antybohaterem. Pierwszy przedstawia jego debiut na łamach The New Mutants. Kolejny Goniąc w kółko, to pierwsza miniseria z jego przygodami, potem mamy jej bezpośrednią kontynuację o tytule Grzechy przeszłości, a wreszcie pierwszy numer regularnej serii z Deapoolem. W skrócie – dla fanów postaci to pozycja absolutnie obowiązkowa, w kompleksowy sposób przedstawiająca najistotniejsze publikacje z początków kariery postaci.

Jeśli czytaliście współczesne komiksy z Deadpoolem (czy to wydawane w ramach Marvel Now!, czy też WKKM) musicie wiedzieć, że „classic” Wade, to postaci zupełnie inna. Nie jest tak gadatliwy, nie jest też tak cięty, mniej w nim humoru, a jego przygody stanowią kwintesencję tego, co w latach 90. ubiegłego wieku oferował Marvel. Komiks jest nieco naiwny, przerysowany i pod każdym względem przypomina kino akcji klasy B. Dzieje się w nim dużo, nie zawsze z sensem, ale to i tak ma swój czar. Oldschoolowy urok dawnych, infantylnych, ale wciąż pociągających komiksów – szczególnie dla pokolenia czytelników wychowanych na zeszytówkach od TM-Semic.

Do tego dochodzą znakomite rysunki. O fabułach pisanych przez Liefelda można powiedzieć niejedno krytyczne słowo, to jego ilustracje (a także grafiki w wykonaniu Churchilla, Weeksa, czy Madureiry) przypominają to, co w latach 90. Marvel miał najlepszego. Kreska przypomina tutaj dokonania Todda McFarlane’a: pełna detali, ale i prostoty, wpada w oko, a we mnie dodatkowo budzi sentyment. W końcu na podobnie rysowanych komiksach się wychowałem. I jakie one wtedy robiły wrażenie.

Zatem gorąco polecam Deadpool Classic, bo to świetny (i dobrze wydany) album. Dosłownie: klasyka dla miłośników postaci, ale też i X-Menów oraz Spider-Mana (tytułowy antybohater w pewnym stopniu wzorowany był na Pajęczaku, co widać wyraźnie choćby w rzucanych przez niego żartach). Fani komiksów Marvela będą więc usatysfakcjonowani.

Fabian Nicieza & Mark Waid & Joe Kelly (sc.), Rob Liefeld & Joe Medureira & Ian Churchill & Lee Weeks & Ken Lashley (rys.), „Deadpool Classic. Tom 1”, tłum. Oskar Rogowski, Klub Świata Komiksu – album 1095, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Samotny smakosz

14/03/2017 § Dodaj komentarz


 O tym, co na stole

Zmarły miesiąc temu Jirō Taniguchi należy wąskiej grupy twórców z kraju Kwitnącej Wiśni, którzy na stałe zadomowili się na Europejskim (i Polskim) rynku komiksowym. Wystarczy wspomnieć, że Japończyk ma na swoim koncie kooperację z uznanymi artystami, takimi jak Jean-David Morvan czy Mœbius. W naszym kraju wspomniany mangaka obecny jest za sprawą oficyny Hanami – od 2008 roku opublikowano 9 jego albumów. Autorem scenariusza do Samotnego smakosza jest Masayuki Kusumi.

Główny bohater, niejaki Inagashira Goro, to samotny mężczyzna w średnim wieku, który jest właścicielem firmy zajmującej się importem towarów z Europy. Na przestrzeni całego albumu nie ma żadnej sceny, w której rozmawiałby z jakimkolwiek znajomym, przyjacielem lub towarzyszem(-ką) życia. Jeśli pojawiają się jakieś elementy fabuły, które mogą sugerować, że kiedyś miał bardziej rozbudowane życie towarzyskie, to jedynie we wspomnieniach. W jednej ze scen retrospektywnych widzimy go w Paryżu, obok niego atrakcyjna kobieta o imieniu Sayuki, która wyrzuca mu, że jest tchórzem. Rozmawia jedynie z klientami, właściwie klientkami, swojej firmy i zamawia jedzenie. A następnie oddaje się rozkoszy jedzenia… Mam wrażenie, że bohater jedzeniem kompensuje pustkę samotności, stara się zapełnić „czarną dziurę” poprzez przebywanie wśród obcych ludzi i pełen talerz.

Prawie każdy z rozdziałów wygląda podobnie. Pierwsze sceny dotyczą firmy, następnie bohater myśli: „Ależ jestem głodny…” i wyrusza na poszukiwanie jakiegoś przyjaźnie wyglądającego miejsca, w którym podają jedzenie. Zanim wybierze coś z karty, to długo się zastanawia. W końcu podaje się mu posiłek, zwykle ze słowami: „Przepraszam, że musiał Pan czekać”. Reszta to już onomatopeje, wyrażające zachwyt i radość wynikającą z pałaszowanie pysznego posiłku.

Jak można wnioskować z tego przydługiego wstępu Samotny smakosz, to nie komiks akcji. Nie chodzi w nim o emocjonalne relacje między bohaterami czy autobiograficzne opowieści z cyklu „z życia wzięte”. Omawiana manga jest opowieścią o jedzeniu, ale nie o akcie jedzenia, a o serwowanych potrawach. Niebagatelne znaczenie ma fakt, że obcujemy z kuchnią Japonii. Do czasu przeczytania komiksu, moje wyobrażenie o niej było dość ubogie i ograniczało się do sushi. Należy wspomnieć, że każdy z rozdziałów poprzedzony został krótkim a ciekawym wstępem napisanym przez Magdalenę Tomaszewską-Bolałek, która jest znawczynią kuchni japońskiej, autorką nagrodzonej książki Japońskie słodycze – przyznaję: po przeczytaniu komiksu, zamówiłem sobie wspomnianą książkę.

Graficzny styl rysownika (czysty, klarowny, precyzyjny; kadry narysowane z dużą dbałością o każdy szczegół pierwszego planu oraz tła) zdaje się być idealnym do przedstawienia tej historii, chociaż precyzyjniej będzie jeśli napiszę: opowieści o tym, co na stole. Gdyż właśnie o to, co je główny bohater, jak wygląda jego półmisek, jak rozstawione są dania – to powoduje wzmożoną pracę ślinianek. Dlatego życzę wszystkim, którzy sięgną po Samotnego smakosza – smacznego – bo jest do czego!

Masayuki Kusumi (sc.), Jirō Taniguchi (rys.), „Samotny smakosz”, tłum. Radosław Bolałek, Wydawnictwo Hanami, [bmw] 2014.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 4+] 

{komiks można kupić tu: klik! klik!gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Catwoman #2: Nie ma lekko

13/03/2017 § Dodaj komentarz


 Wszystko prędzej czy później się rozpadnie

Tom Nie ma lekko to druga odsłona serii, w której pierwsze skrzypce gra Selina Kyle, lepiej znana jako Catmoman. W „jedynce” mieliśmy okazję dowiedzieć się, że bohaterka – po wykonaniu ostatniego skoku na kasę – chce przejść na „dobrą stronę mocy”, ale oczywiście na swoich zasadach i z grupą wiernych przyjaciół u boku. Do których od niedawna należy także prywatny detektyw Samuel ‘Slam’ Bradley, który na zlecenie burmistrza Gotham miał odnaleźć Catmoman, uważaną w owym czasie za zmarłą. Jeśli wziąć pod uwagę charakter aktualnych relacji między nimi, to chyba nawet nieźle mu poszło.

Omawiany komiks rozpoczyna się od krótkiego opowiadania pod tytułem Przejażdżka, w którym Selina pomaga uciec z więziennej furgonetki dawnej, szkolnej koleżance, a następnie wsadza na statek płynący do Europy. I tym samym spłaca dług z przeszłości. Dla czytelnika jest to nieomylny znak, że Ed Brubaker zamierza zupełnie inaczej poprowadzić postać protagonistki. I faktycznie, jego bohaterka ma niewiele wspólnego z wykreowanym przez popkulturę obrazem Seliny: biegającej po dachach w obcisłym i seksownym stroju femme fatale. W jego wykonaniu bohaterka zyskuje bardzo ludzki wymiar.

Drugi album, tak samo jak „jedynka”, składa się kilku luźno powiązanych ze sobą fabuł. Każde kolejne opowiadanie w mniejszym lub większym stopniu kontynuuje wątki z poprzedniego, ale nie ma między nimi bezpośredniego wynikania. Selina wraca na „stare śmieci”, czyli do dzielnicy East End, w której (z pomocą Bruce’a Wayne’a) otwiera ośrodek dla trudnej młodzieży. Do miasta wraca także jej siostra Maggie z mężem. Nowy początek wygląda aż za pięknie, dlatego specjalnie nie dziwi, że wszystko w pewnym momencie bierze w łeb: ochronka idzie z dymem. Kolejne wydarzenia to jazda po równi pochyłej, aż na samo dno piekła.

Scenariusz został nieźle skonstruowany, Brubaker nie idzie na łatwiznę, regularnie podkłada swojej bohaterce kolejne kłody pod nogi. Warto zauważyć, że są one na swój sposób prawdopodobne. Solidnych rozmiarów intryga, z którą przychodzi się zmierzyć Selinie, utkana została przez postaci, które szukają zemsty. Komiks czyta się bardzo dobrze, fabuła jest wciągająca, a zaprezentowane przez pisarza rozwiązania epizodów miejscami szokują. Dla przykładu: w scenie, w której Maggie zostaje zmuszona przez Czarną Maskę do zjedzenia oka umierającego tuż obok męża. Po tym traumatycznym wydarzeniu, gdy już zostaje uratowana, kobieta popada w katatonię, a rezolutna siostra ma poczucie winy, któremu towarzyszy uczucie zniechęcenia, pustki i niepokoju. W produkcjach mainstreamowych zwykle po burzy od razu wychodzi słońce. Dlatego należy docenić, że scenarzysta zadbał o psychologiczną wiarygodność relacji emocjonalnych występujących bohaterów.

Większa część albumu Na tropie Catwoman narysowana została przez Darwyna Cooke’a. Natomiast za oprawę graficzną Nie ma lekko odpowiada głównie Cameron Stewart, którego rysunki mocno przypominają prace starszego, zmarłego w ubiegłym roku, kolegi. Javier Pulido to drugi artysta, którego rysunki możemy oglądać w komiksie. Jego prace mają zgoła odmienny charakter, bo są mocno uproszczone i w dużym stopniu cartoonowe. Style obu rysowników nieźle do siebie pasują, dlatego lektura jest przyjemną przygodą dla oka.

Omawiana pozycja nie jest arcydziełem sztuki komiksowej, ale solidnym czytadłem. Brubaker napisał niegłupie historie, które utrzymane są w klimacie czarnego kryminału. Całość ma dobrze zbudowane wątki obyczajowe i psychologiczne. Występujące postaci są żywe, wiarygodne i ludzkie. Kto nie czytał Na tropie Catwoman, musi nadrobić zaległości, bo wszyscy ci, którzy mają za sobą „jedynkę” z oczywistych powodów sięgną po bieżącą odsłonę.

Ed Brubaker & Steven Grant (sc.), Cameron Stewart & Javier Pulido & Mike Manley & Brad Rader & Dan Davis & inni (rys.), „Catwoman #2: Nie ma lekko”, przeł. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1090, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 5-, rysunki: 4, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

  Recenzja napisana dla serwisu ksiazki.wp.pl, klikać :tu: tak! :tu:

%d bloggers like this: