Odrodzenie #1: Jesteś wśród przyjaciół

17/11/2017 § 1 komentarz


Zmartwychwstańcy z Wausau

W październikowym pakiecie oficyny Non Stop Comics są dwie pozycje, które każdy szanujący się zjadacz popkultury powinien przeczytać . Obie serie komiksowe – Monstressa i Odrodzenie – pierwotnie ukazały się w USA w oficynie Image Comics. Dziś chciałbym skupić się na drugim z tytułów, który reklamowany jest przez wydawcę: „(…) kryminał z fantastyką, (…) małomiasteczkowa atmosfera niczym z prozy Stephena Kinga i serialu Twin Peaks. (…) Wiejskie noir z prawdziwego zdarzenia.”. Brzmi nieźle, ale ile prawdy jest w tych hasłach?

Akcja „jedynki”, która nosi podtytuł Jesteś wśród przyjaciół, rozpoczyna się drugiego stycznia w krematorium domu pogrzebowego w mieście Wausau w stanie Wisconsin. Nieboszczyk, który właśnie wjechał do pieca, nagle ożywa, głośno krzyczy i desperacko dobija się (od środka) w zamknięte drzwiczki. Zmartwychwstał i to nie jest odosobniony przypadek. W innych częściach miasteczka także „budzą się” osoby zmarłe pierwszego stycznia. Łącznie w niewyjaśnionych okolicznościach do życia powraca dwudziestu trzech mieszkańców. Dlatego nie dziwi, że Wausau zostaje objęte kwarantanną, a w CDC (Centra Kontroli i Prewencji Chorób) i FBI wysyłają na miejsce swoich przedstawicieli.

Zachowanie małej armii żywych trupów jest dalekie od oczekiwań. Zombie, zamiast polować na żywych, jak gdyby nigdy nic wracają do swoich domów i próbują wieść „normalne” życie. Jednak nie potrafią się odnaleźć, bywają agresywni, plota trzy po trzy, są zagubieni. Szybko się okazuje, że Odrodzeni są nieśmiertelni i wtóry raz już nie umrą.

Z biegiem fabuły na plan pierwszy wysuwa się policjantka Dana Cypress, którą scenarzysta (Tim Seeley) oddelegował do grania roli pierwszoplanowej. Dziewczyna dostaje od ojca, który jest szeryfem, przydział do międzywydziałowego Zespołu Do Spraw Odrodzonych. Podczas pierwszego zadania wychodzi na jaw, że jej siostra również należy do Odrodzonych. A zmarła, bo ktoś ją zamordował. Kto? Nie pamięta. Dlatego pani policjant musi odnaleźć mordercę siostry. Tyle tematem przybliżenia fabuły.

Seeley nie skupia się tylko i wyłącznie na budowaniu atmosfery tajemniczości i niesamowitości, ale poświęca sporo czasu i miejsca, aby przybliżyć czytelnikowi także społeczne oraz obyczajowe tło wydarzeń. Dla przykładu: relacje w rodzinie Cypress nie są szczególnie dobre ani przykładne. Oczywiście największa tajemnica wiąże się z tym, dlaczego zmarli zmartwychwstali? Dlaczego nie pamiętają swego dawnego życia? Co działo się z nimi po śmierci? Czy biegający po lasach i miedzy domami świetlista zjawa ma coś wspólnego z wydarzeniami?

In plus pierwszego tomu serii należy zaliczyć, że historia daleka jest od metafizyki czy religijnych konotacji. Opowieść rozwija się dynamicznie, ale kierunek jest dla czytelnika nie do przewidzenia, kolejne epizody zaskakują. Całość jest spójna i konsekwentnie poprowadzona. Jedyne co mi zgrzyta, to bezmyślne i apatyczne zaakceptowanie powrotu zmarłych przez mieszkańców. Dobrze, że seria jest kompletna, zamknęła się w ośmiu tomach. Czyli jeszcze „tylko” siedem przed nami.

Tim Seeley (sc.), Mike Norton (rys.), „Odrodzenie #1: Jesteś wśród przyjaciół”, tłum. Robert Ziębiński, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 4, kolory/cienie: 4+]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Reklamy

Comanche #8: Szeryfowie

16/11/2017 § Dodaj komentarz


Siedmiu niewspaniałych szeryfów

Seria Comanche osiągnęła właśnie półmetek. W bieżącej odsłonie powracają znane (lubiane i nie) postaci, po krótkiej przerwie pojawia się także tytułowa bohaterka. Dodatkowo kontynuowany jest wątek z poprzedniej części: Red Dust na ranczu Duncana, gdzie wiedzie spokojny żywot farmera, kolty schował w sypialni pod poduszką. Sielanka? Tak, ale do czasu…

…gdy zjawia się szóstka byłych szeryfów, którzy mają nieregulowane rachunki z rodzinną bandą Ruhmannów i ich prywatną armią. Nasz bohater nie chce się mieszać i odmawia przyłączenia się do karnej ekspedycji. Mężczyzna jest przekonany, że czasy, gdy zamiast wideł używał broni, minęły. I czytelnik również chwilę w to wierzy. I już wydaje się, że byli stróże prawa pod wodzą dawnego przełożonego Dusta – szeryfa Wallace’a, odjadą z kwitkiem, ale wówczas wychodzi na jaw, że wśród oblężonych w forcie Summerfield jest piękna i rezolutna Comanche.

Scenarzysta podaje nam swoja wersję klasycznej, westernowej opowieści o „siedmiu wspaniałych”, którzy gotowi poświęcić własne życie, aby zaprowadzić ład i porządek. Chociaż mam wrażenia, że Greg pisząc skrypt bardziej wzorował się na filmie Akiry Kurosawy niż na legendarnym filmie Johna Sturgesa. Panowie Wallace, Wabash, Dutch Kruger, Lover Lash, Rabin, Concho i Red Dust – tworzą niezbyt zgraną ekipę, żaden z nich kieruje się w życiu kryształową moralność, nieograniczoną tolerancyjnością czy wzniosłą szlachetnością. No, może z wyjątkiem Dusta.

Rysując Szeryfów Hermann był w szczytowej formie, komiks pierwotnie został opublikowany w roku 1980. Ilustracje robią piorunujące wrażenie, dbałość o detale stoi na najwyższym poziomie. Diabelnie dobrze wyszły sekwencje rozgrywające się na tle przyrody. Na uwagę zasługuje przeprawa rewolwerowców przez skaliste i ośnieżone góry. Na tle wielu wspaniałych kadrów sceny oblężenia fortu Summerfield i ofensywa szeryfów prezentują się mniej okazale, co nie znaczy, że źle. Trochę siada „czucie” narracyjności ilustracji, w kilku miejscach artysta posługuje się strzałkami, aby właściwie (z kadru do kadru) „nieść” opowieść. Na osobne słowa uznania zasługuje kolorysta, który wówczas dołączył do produkcyjnego duetu. Fraymond posługuje się bardzo rozległą paletą barw.

Melancholijny i „rozliczeniowy” wydźwięk fabuły stawia omawianą część wyżej niż większość uprzednich odsłon. Lubię komiksowe westerny, dlatego od samego początku lektura serialu sprawiała mi większą lub mniejszą przyjemność. „Ósemką” autorzy udowadniają, że nie opowiedzieli jeszcze wszystkiego, że mają w zanadrzu kilka mocnych historii o Dzikim Zachodzie.

Greg {właśc. Michel Louis Albert Regnier} (sc.), Hermann {właśc. Hermann Huppen} (rys.), „Comanche #8: Szeryfowie”, tłum. Wojciech Birek, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 5, kolory/cienie: 6]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Thor Gromowładny #4: Ostatnie dni Midgardu

15/11/2017 § Dodaj komentarz


Galactus zawsze wporzo

Strasznie marudziłem (klik! klik!) na trzeci tom Thora, gdzie Aaron poszedł w parabole, gdy ani ONZ ani NATO nie mogą sobie poradzić z ISIS, a zaangażowanie Thora i koalicji antyislamskiej tylko pogarsza sprawę.

Parabole Aarona nie opuszczają, ale czasem mu wychodzą lepiej. W „czwórce” Thor nie jest zbrojnym ramieniem koalicji, a w zasadzie starbucksowym lewakiem z kubkiem kawy ze Starbucksa. Bo Thor (gdy nie pije kawy i nie randkuje) walczy tu z mega-korporacją energetyczną, która oczywiście jest autentycznym ucieleśnieniem zła. Ale tym razem – dla odmiany – opowieść jest spoko. Z kilku powodów.

Bo antykorporacyjna, antyneoliberalna popierdułka wydana przez korporacyjnego molocha, ale rozrywkowa i ładnie narysowana. Konkretne, następujące argumenty na rzecz tego tomu:
– Thor (tutaj jako NekroThor) walczący z Galactusem, a Galactus, wiadomo, zawsze wporzo;
– Simon Bisley, który maluje tu blondwłosą, nordycką wersję Slaine’a nawalającego toporem lodowych gigantów (short story);
– R.M. Guéra, który tym razem nie rysuje zgnojonych Indian (klik! klik!), a zgnojone mroczne elfy, więc w sumie wychodzi na to samo, tylko kolor skóry inny, ale to dalej historia o przesranym życiu w rezerwacie (short story);
– Esad Ribic, który potrafi popłynąć przyjemniej (patrz: Loki), ale nawet jak się trzyma marvelowskiego standardu, to się przyjemnie patrzy.

Nie wiem, czy ma sens polecać tom jako wyrwany z cyklu, ale z drugiej strony – poprzedni był od czapki, że lepiej go sobie darować. Bieżący broni się samym Galactusem. Nawet licha strawa smakuje lepiej w towarzystwie pożeracza planet, a tu mamy jeszcze Guerę, Ribica i Biza, więc jest OK.

Fabularnie niby też się coś dzieje, zmienia się status bogów etc, ale nie oszukujmy się, że to ma jakąś większą wagę, czy wpływa na odbiór historii o długowłosym kolesiu z młotkiem. Przynajmniej nie u mnie.

Jason Aaron (sc.), Simon Bisley & Esad Ribic & Agustin Alessio & R. M. Guéra (rys.), „Thor Gromowładny #4: Ostatnie dni Midgardu”, tłum. Marceli Szpak {pseud.}, Klub Świata Komiksu – album 1180, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Uniwersum DC: Odrodzenie

14/11/2017 § Dodaj komentarz


Katalog wydawniczy z fabułą

Nim jeszcze rzeczony komiks trafił w moje ręce, myślałem, że napisanie recenzji będzie karkołomnym przedsięwzięciem. Ciężko wgryźć się w temat nie wspominając nic o fabule. W przypadku Uniwersum DC: Odrodzenie tym trudniej, gdyż kluczowa dla niej jest postać narratora. Jak się jednak okazało, opis na okładce od razu ujawnia, że historia rozgrywa się wokół Wally’ego Westa. Zaspoilerowanie tego przez wydawcę znacznie ułatwia moje zadanie.

Przejdźmy do ustalania podstawowego faktu. Mimo że będę używał określenia „komiks”, to tak naprawdę rzeczony tytuł jest nim tylko z pozoru. W rzeczywistości jest to fabularyzowany katalog wydawniczy, który jest punktem wyjścia do całej inicjatywy Odrodzenia. Ale jest również „listem miłosnym” Geoffa Johnsa do DCU i zadośćuczynieniem dla starych fanów. Niezaprzeczalnie, to pozycja przeznaczona zwłaszcza dla nich, używająca potęgi nostalgii równie sprawnie jak Flash Mocy Prędkości.

Niepisaną tradycją jest istotna rola Szkarłatnego Sprintera w wielkich wydarzeniach w uniwersum. Nie inaczej jest tym razem, z wyjątkiem, że postawiono nie na Barry’ego Allena, a Wally’ego Westa. Johns nie mógł wybrać lepiej. Nie tylko ma on kilkuletnie doświadczenie w pisaniu przygód Westa, ale jest to jeden z ulubieńców czytelników, którzy przez cały czas trwania New 52 (Nowego DC Comics) domagali się jego powrotu. Ruch poczyniony ze strony wydawnictwa kilka lat temu, polegający na wprowadzeniu postaci, która dzieliła z ulubieńcem fanów jedynie imię, był jak cios w policzek. Uniwersum DC: Odrodzenie miało za zadanie odkupić winy The New 52 i przywrócić elementy, których brakowało w uniwersum przez ostatnich sześć lat. Wally jako symbol „starych, dobrych czasów” i najlepszy legacy hero, zwiastuje powrót dziedzictwa, nadziei, przyjaźni, optymizmu i miłości. Tytuły trzech z czterech rozdziałów oddają kluczowe elementy, które mają przyświecać Odrodzeniu.

Wally przez dwie dekady zasłużenie pełnił rolę Flasha i w świadomości czytelników z dłuższym stażem to on jest tym właściwym, a nie mdły i bezosobowy Barry. Pomimo antypatii wobec Allena, jego wspólna scena z Wallym podczas pierwszej lektury oryginalnego zeszytu w maju 2016, zaszkliła mi oczy i to mimo ówczesnych 29 lat na karku. Wątpię, aby nowi czytelnicy podzielali to emocjonalne podejście. Świeżych czytelników zachęcą pierwsze numery nowych serii, ale wydawnictwo chciało trafić do tych starych.

Nikt inny nie nadawał się do tej misji lepiej niż Johns. Scenarzysta uwielbia ten świat i zaludniające go postacie. Już pierwsze kadry wywołają uśmiech na twarzach fanów. Słowa, które padają tam z ust Wally’ego, pochodzą bezpośrednio od Johnsa i wyrażają uczucia reszty wielbicieli DCU. Mówią, że nie można wrócić do domu, ale lektura tego katalogu sprawiła, że poczułem się jakbym wrócił, a od progu przywitał mnie jeden ze starych kumpli. Nim go zobaczyłem, nie pamiętałem, że aż tak za nim tęskniłem

Kwartet artystów, którzy zilustrowali scenariusz to Gary Frank, Ethan van Sciver, Ivan Reis i Phil Jimenez. Każdy z nich współpracował już z Johsnem, a ich prace stoją na najwyższym poziomie. Trudno wskazać najlepszego, choć peleryna Batmana w wykonaniu van Scivera zawsze wygląda fenomenalnie – niczym autentyczne skrzydło nietoperza. Za to Jimenez odpowiada za emocjonalną sekwencję pomiędzy dwoma pokoleniami Flashów.

Omawiany album skutecznie zachęcająca do zakupu reklamowanych produktów. To szybka wycieczka po odradzającym się uniwersum z fajnym przewodnikiem. Lektura pozostawia odbiorcę z mnóstwem pytań i ani jedną odpowiedzią… Jeśli dopiero zaczynacie swą przygodę z tym światem, możecie czuć się skołowani. Miejcie na uwadze, że bez znajomości tego albumu w przyszłości możecie mieć problemy ze śledzeniem większej intrygi stojącej za nowymi seriami.

Geoff Johns (sc.), Ethan Van Sciver & Ivan Reis & Gary Frank & Joe Prado & Matt Santorelli & inni (rys.), „Uniwersum DC: Odrodzenie”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1179, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Damian Maksymowicz]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Dżinn #2: Tatuaż | Skarb

13/11/2017 § Dodaj komentarz


W pogoni za ukrytym skarbem

Druga odsłona serii Dżinn ukazała się w Polsce w marcu bieżącego roku, ale dopiero niedawno nadarzyła się możliwość, abym komiks przeczytał. Rzecz zawiera dwa oryginalne albumy (Tatuaż oraz Skarb) i zamyka cykl fabularny Ottoman, który poświęcony jest Kim Nelson oraz jej babce – Jade. Młoda kobieta, którą poznaliśmy w „jedynce” (klik! klik!), stara się odkryć przeszłość antenatki. Jakie tajemnice skrywa biografia Jade? Czy wnuczce uda się ustalić jakieś szczegóły? Dotrze do ukrytego skarbu? Jaką cenę przyjdzie jej zapłacić za prawdę?

Poznajemy historię miłosnego trójkąta sprzed dziesięcioleci, który miał wydźwięk skandalu politycznego. Z jednej strony brytyjski dyplomata i jego żona, a z drugiej ulubiona nałożnica sułtana Imperium Osmańskiego. A młodej Brytyjce przyjdzie w haremie ukończyć rytuał inicjacyjny, w finale którego stanie się „dżinnem” (tak jak wcześniej Jade). Na dokładkę mamy jeszcze ogromny skarb, który niczym fatamorgana majaczy gdzieś na horyzoncie. I podłych ludzi, chcących położyć na nim swoje oślizgłe łapska.

Akcja rozgrywa się głównie w Stambule i prowadzona jest, podobnie jak poprzednio, równocześnie na dwóch płaszczyznach czasowych. Obie nici fabularne się przeplatają, czytelnik nie dostaje żadnego znaku ani sygnału, że właśnie przeskoczył do przodu lub do tyłu. W związku z tym lektura wymaga ciągłej uwagi oraz dokładnego śledzenia postaci i wydarzeń. Wypada docenić misterność i precyzję fabuły. Scenarzysta, Jean Dufaux, w interesujący sposób miesza ze sobą różne porządki. W opowieści zdarzenia i postaci stricte historyczne (Młodoturcy, Enver Pasza czy sułtan Mehmed V) mieszają się z fikcją i wyobrażeniem (niemieccy oficerowie goniący za kosztownościami, niczym w filmie Poszukiwacze zaginionej Arki).

Za oprawę graficzną nadal odpowiada Ana Mirallès, której prace komplementowałem w recenzji z poprzedniego tomu. Delikatna kreska konturu, piękne postaci kobiece, szczegółowość i wierność przedstawienia Stambułu – to tylko kilka elementów, które mogą (i powinny) się podobać.

W komiksie polityczna intryga przeplata się z wątkami społecznymi i obyczajowymi. Całość doprawiona została szczyptą bezpruderyjnej erotyki. Takie połączenie bardzo przypadło mi do gustu. Dlatego szczerze namawiam, aby po serię sięgnąć.

Jean Dufaux (sc.), Ana Mirallès (rys.), „Dżinn #2: Tatuaż | Skarb”, tłum. Wojciech Birek, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5-, kolory/cienie: 4]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Opus

10/11/2017 § Dodaj komentarz


 Metakomiks, czyli bolesne kopnięcie w podbrzusze

Zmarły w 2010 roku Satoshi Kon, który znany jest głównie dzięki pełnometrażowym animacjom, że wymienię tylko Perfect Blue czy Millennium Actress, był również twórcą mang. W Polsce jego rysownicza działalność reprezentowana jest jedynie przez album Opus, który ukazał się staraniem oficyny Studio JG. Z Pewnie nie sięgnąłbym po komiks, gdyby nie entuzjastyczna rekomendacja Szymona Holcmana, który pisał: „(…)chciałbym z całą stanowczością podkreślić, że jest to dzieło wstrząsająco wybitne. Jest to też wielki środkowy palec włożony głęboko w d… wszystkim tym, którzy mówią, że «czytają komiksy, ale nie mangi, bo przecież mangi to nie komiksy». Weźcie przeczytajcie Opusa i weźcie się ogarnijcie”.

Głównym bohaterem opowieści jest mangaka Chikara Nagai, który właśnie kończy rysować ostatnie plansze swego sztandarowego komiksu. Po konsultacji z redaktorami wydawnictwa, które publikuje Resonance, autor decyduje, że w decydującym starciu zginie i antagonista, i protagonista (Maska i Rin). Jednak dzięki swoim parapsychicznym zdolnościom Rin wydostaje się z komiksu i kradnie planszę, na której przedstawiono jego śmierć. Początkowo Chikara przedziwne zdarzenie bierze za majak senny, ale gdy wpada – niczym Alicja do króliczej nory – do własnej mangi, sytuacja ulega całkowitej zmianie. W tym miejscu zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymaki.

Szkatułkowa struktura opowieść niesamowicie działa na wyobraźnię czytelnika, który z punktu daje się wciągnąć w metatekstualną zabawę: manga w mandze, wątki autobiograficzne, przechodzenie z jednej rzeczywistości do drugiej, bo najpierw autor wśród swoich postaci, a potem postaci w świecie autora. Napisałem, że chodzi o ludyczność, ale rzecz ma dużo większe znaczenie i wartość. Kon stawia ważkie pytania, dotyczące procesu twórczego. Czy mityczny moment kreacji jest przejęciem odpowiedzialności za wymyślonych bohaterów? Czy autor jest odpowiedzialny za życie i śmierć swoich bohaterów? Czy autorowi wszystko wolno?

Chociaż występujący w komiksie Chikara broni się przed nazywaniem go „bogiem”, to bez wątpienia jest stwórcą świata. Wymyślone przez niego postaci zyskują świadomość, a ingerencja Rina w fabułę powoduje, że świat ulega powolnemu rozpadowi. Warto podkreślić, że mimo przekraczania światów, przechodzenia w różne strony, scenariusz jest spójny i przystępny. W warstwie fabularnej wiele się dzieje, akcja toczy się szybko, bohaterzy walczą ze sobą, uciekają i ukrywają się. Występujące postaci są dobrze skonstruowane i psychologicznie wiarygodne.

Dzieło Satoshi Kona możemy wpisać w szerszy kontekst. Autor zadaje fundamentalne pytania o to, co jest rzeczywiste i prawdziwe. O charakter stworzenia. O odpowiedzialność za wykreowaną rzeczywistość. Nie wszystkim czytelnikom przypadnie do gustu metaliteracki i metanarracyjny charakter utworu. Podczas lektury nie mogłem nie doszukać się wielu paraleli między komiksem a najnowszym filmem Darrena Aronofsky’ego mother!. Na szczęście japoński twórca o niebo lepiej poradził sobie z tematem.

Satoshi Kon (sc. & rys.), „Opus”, tłum. Jacek Mendyk, Studio JG, Warszawa 2017.

[scenariusz: 6-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Saga Winlandzka. Tom 2

09/11/2017 § Dodaj komentarz


 Wikingowie podbijają Anglię

W połowie września premierę miał drugi tomu serii Saga Winlandzka. Pisząc o pierwszej odsłonie (klik! klik!) zwracałem uwagę na trochę zaskakujący (dla mnie) fakt. Mianowicie jest to komiks japoński, narysowany charakterystyczną mangową kreską, a jego akcja rozgrywa się na początku XI wieku w Europie podczas wielkiej ekspansji Wikingów i podboju Anglii. „Jedynka” mi się podobała, chwaliłem po całości, dlatego niecierpliwie wyczekiwałem dalszego ciągu.

W ramach krótkiego przypomnienia. Osią fabularną jest konflikt między Thorfinnem a Askeladdem. Panowie się szczerze nienawidzą. Bieżąca część rzuca dodatkowe światło na charakter i podłoże ich wzajemnej relacji. Początkowo sympatia czytelnika jest po stronie młodego Thorfinna, który pragnie się zemścić na dowódcy za śmierć swojego ojca, Thorsa.

Scenarzysta poświęca sporo czasu i miejsca, aby ukazać niejednoznaczność i nieoczywistość sytuacji. Tym razem epizody pokazują zachowanie młodzieńca, które ciężko oceniać pozytywnie. Natomiast postać Askeladda zyskuje dodatkową psychologiczną głębię. Nie jest już tylko i wyłącznie bezwzględnym, brutalnym i łasym na kasę oprychem. Bije od niego jakiś spokój, dystans i zrozumienie dla postępowania młodego przeciwnika. I choć mógłby go zabić, to powstrzymuje się od zadania ostatecznego ciosu. Dodatkowym smaczkiem jest poddanie w wątpliwość pochodzenia bohatera. Może wcale nie jest Wikingiem? Może skrycie nienawidzi przyszywanych pobratymców? Może ma zupełnie osobny plan na podbój Anglii?

Podstawowa narracja rozgrywa się w drugiej połowie 1013 roku, gdy duński król Swen Widłobrody wraz ze swoją armią kroczy od zwycięstwa do zwycięstwa przez Mercję, Wessex i Kent. Nie udaje mu się jednak zdobyć Londynu, po kilku próbach jego wojska pomaszerowały dalej, a pod bramami miasta zostawił syna – Knuta, zwanego Wielkim, który wpada w zasadzkę… Większość wątków rozgrywa się na tle realnych wydarzeń historycznych. Co prawda dla przeciętnego czytelnika, którego niespecjalnie kręci szczegółowy i wierny opis podbojów Wikingów, sprawa wierności faktom – chociaż jest ciekawie opowiedziana – ma drugorzędne znaczenie.

Nadal na wysokim poziomie stoi oprawa graficzna. Na plus: 1) zaliczam wysoko rozbudowaną mimiką i gestykulację postaci, która trafnie oddaje emocje; 2) dynamikę scen bitewnych i walk między postaciami; 3) dokładne przedstawienie materialnych realiów epoki (stroje, broń i sprzęty); 4) sceny rozgrywające się w gęstym lesie lub na ośnieżonych polach. Mówiąc kolokwialnie: jest na czym oko zawiesić. Całość prezentuje się nadzwyczaj dobrze i spójnie. W „jedynce” przeszkadzało mi karykaturalne przedstawienie niektórych aktorów drugoplanowych, tym razem Yukimura stawia na realistyczne odwzorowanie. I dobrze!

W recenzowanym tomie akcja ani na chwilę w nie zwalnia tempa. Intryga jest wyborna. Fabuła obfituje w nagłe i zaskakujące zwroty. Bliżej poznajemy motywację występujących postaci, ale to wcale nie znaczy, że przestają zaskakiwać. Całość – od pierwszej do ostatniej planszy – czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem. Tak, Saga Winlandzka jest ze wszech miar pozycją godną polecania.

Makoto Yukimura (sc. & rys.), „Saga Winlandzka. Tom 2”, tłum. Radosław Bolałek, Wydawnictwo Hanami, [bmw] 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

%d blogerów lubi to: