Smerfy #14: Latający Smerf

27/02/2017 § 1 komentarz


  Smerf przyleciał i odleciał

peyoOgromnie cieszy fakt, że oficyna Egmont Polska zadbała o to, aby w ciągłej sprzedaży były serie, które należą do klasyki komiksów dla dzieci. Mam tu na myśli głównie: Przygody TinTina, Lucky Luke (klik! klik!) oraz Smerfy (klik! klik!). W wypadku tego ostatniego cyklu satysfakcjonująca informacja: niedawno swoją premierę miał album Latający Smerf, który został napisany i narysowany przez „wszechojca” Niebieskich Skrzatów. Uprzednie sześć odsłon było dziełem następców Peyo.

Latający Smerf pierwotnie ukazał się w 1990 roku i w ramach całego cyklu nosi numer czternaście. Komiks zawiera pięć krótkich, ośmiostronicowych, fabuł, które nie tworzą jednej wspólnej opowieści. Każda z nich jest samoistna i niezależna. W czterech pojawia się jednak Gargamel, którego podstępne działania sprowadzają się do tego, co zawsze: w końcu wyłapać wszystkie Smerfy i przyrządzić z nich jakieś smakowite dane. W tytułowej historii Latający Smerf wespół z Pracusiem konstruują samolot. Dzięki niemu pilot sprawnie wybawia Smerfetkę gargamelz opresji (czytaj: z łapsk czarodzieja). Jednak okazuje się, że on także zbudował machinę latającą. I nad wioską Smerfów ma miejsce podniebna bitwa, której wynik jest, oczywiście, z góry przesądzony.

W kolejnych opowieściach Gargamel podejmuje dalsze próby schwytania podopiecznych Papy Smerfa. Nawet mu się udaje, ale tylko dlatego, że wszystkie skrzaty, to wielkie łakomczuchy. Na szczęście Papa i jego magiczne eliksiry zawsze w odwodzie. Właściwie czytelnik dobrze wie, jak każda z prób się skończy. Jednak nie przestaje zadziwiać fantazja i pomysłowość czarodzieja. Oczywiście to sam Peyo miał niezwykłą inwencję w wymyślaniu różnorakich epizodów.

Pewnie za sprawą faktu, że Latający Smerf został napisany i narysowany przez „ojca”, trochę inaczej spoglądam na omawiany komiks. Rzecz jest różna od produkcji kontynuatorów. Szczególnie pod względem graficznym. Kreska jest jakby subtelniejsza, bardziej naturalna. Mimika, gestykulacja czy zachowanie postaci ukazane zostały trafniej, choć niektóre reakcje są przerysowane, a miny pierre-cullifordkarykaturalne. Sam rysunek nie jest wcale taki precyzyjny, aż ciśnie mi się na język: nie jest disnejowski. Proszę zwrócić uwagę na przedostatni kadr na stronie osiemnastej – Gargamel wygląda trochę jak maszkaron. Zapisuję to na plus.

Album prezentuje się lepiej od niektórych zaprezentowanych już w Polsce produkcji z serii. Historie pomieszczone w tomie są zabawne i pouczajcie, a gagi są śmieszne, fabuła prowadzona jest ciekawie, bez zbędnych przestojów narracyjnych. Muszę szczerze przyznać, że mimo wszystko liczyłem na coś bardziej wyjątkowego, w końcu Latający… wyszedł spod ręki Peyo… Dobrze, że dwa kolejne albumy, które zapowiada Egmont (Dziwne przebudzenie Smerfa Śpiocha oraz Smerf Finansista) także są dziełem Peyo. Może będzie trochę ciekawej niż w wypadku recenzowanej pozycji.

Peyo {właśc. Pierre Culliford} (sc. & rys), „Smerfy #14: Latający Smerf”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album , Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.

[scenariusz: 4-, rysunki: 5+, kolory/cienie: 4]

peyo-les-schtroumpfssklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}
alejakomiksu
Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Saga o Atlasie i Axisie. Tom 4

26/02/2017 § Dodaj komentarz


 That’s all Folks

atlas-axisDawno, dawno temu na długo przed nastaniem „ery człowieka”, gdy istniał jeden wielki superkontynent (Pangea), na Ziemi żyły inteligentne, gadające zwierzęta. A rasą dominującą były psy. Dwa z nich, Atlas i Axis, wyruszyły na poszukiwanie mitycznej krainy wiecznej obfitości – Khimery. Podróż obfitowała w przygody, była długa i pełna niebezpieczeństw, ale w końcu dotarli na miejsce. O tym właśnie opowiada czwarty i, niestety, ostatni już tom sagi wymyślonej przez Pau. Muszę przyznać, że wielkim zaskoczeniem była dla mnie informacja, że to już ostatnia historia o dzielnych psiakach. Zupełnie się nie spodziewałem.

I nasi bohaterowie także się nie spodziewali takiego finału. Udaje im się rozwiązać zagadkę kto i dlaczego wymyślił zadanie polegające na dotarciu do Krainy Kości. Jednak nim to nastąpi najpierw będę musieli skonfrontować się z przedstawicielami sekty terrorystycznej Muton, którzy umyślili, jak ostatecznie rozwiązać problem mięsożerców. Wątek ten jest na wskroś współczesny. pauScenarzysta pod płaszczykiem zabawnych scenek z wybuchającymi owcami, którym przewodzi fanatyczna koza, opętana niedorzeczną i groźną idée fixe, mierzy się z naszą rzeczywistością. Dalej psy mają już z górki.

Będą musiały tylko uratować pewną sunię, która zaprowadzi ich do swej wioski i wskaże wejście do Krainy Potworów, gdzie Atlas i Axis spotkają dinozaury. Ostatecznie spotkają doktora Fuza, który całe życie poświęcił na badanie zwierząt, to on… – Oj, lepiej zamilknę, bo jeszcze zdradzę finał opowieści, a przecież nie chciałbym odbierać przyjemności obcowania z historią.

Scenariusz czwórki zbiera wątki z uprzednich trzech tomów i zgrabnie łączy w spójną całość. Pau wprowadza zaskakujące zwroty akcji, prowadzi fabułę dynamicznie, co nie pozwala się czytelnikowi nudzić. Ci, którzy mieli okazję obcować z poprzednimi odsłonami Sagi z pewnością nie poczują się zawiedzeni. Po za finałowym rozwiązaniem mniej jest elementów edukacyjnych.

Warstwa graficzna stoi na wysokim poziomie. Rysownik utrzymał całość serii w cartoonowej stylistyce, miloscktóra idealnie pasuje do dynamicznej opowieści przygodowej. Idealnie udało mu się uchwycić żywiołowość występujących postaci. We wcześniejszych recenzjach nie wspomniałem, że bardzo atrakcyjnie prezentują się kadry przedstawiające przyrodę. W bieżącym tomie jest to szczególnie widoczne na początkowych stornach, na których ukazano górskie krajobrazy. Chciałbym jeszcze wspomnieć o okładce; nieźle wyglądały okładki jedynki i dwójki, ale bieżąca podoba mi się najbardziej.

Wszystkie cztery tomy Sagi o Atlasie i Axisie zasługują na uwagę. Pochodzący z Balearów artysta w zajmujący sposób opowiedział alternatywną historię życia na Ziemi przed Wielkim Wybuchem. Omawiany tom zawiera ostatnie przygody dzielnych psów. Całość opowieści ma charakter stricte przygodowy, jednak scenarzysta przemyca do fabuły wiele znaczących elementów współczesności. Czytelnik pod rozwagę dostaje choćby: eskalację przemocy czy „mowę nienawiści” różnej maści fanatyków. Wyraźnie szkoda, że więcej nie spotkamy Atlasa i Axisa.

Pau {pseud.} (scen. & rys.), „Saga o Atlasie i Axisie. Tom 4”, tłum. Jakub Jankowski, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

rodriguez-jimenez-bravosklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Wolverine i X-men #4: Starzy kumple, nowi wrogowie

25/02/2017 § Dodaj komentarz


Koniec szkoły

wolverine-x-menNajwiększy komiksowy crossover jaki w ubiegłym roku mieliśmy okazję przeczytać, przynajmniej jeśli chodzi o rozmach, to zdecydowanie Nieskończoność (klik! klik!). Mniejszym, acz jednym z najlepszych była Bitwa Atomu (klik! klik!). Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ ostatni tom serii Wolverine i X-Men odwołuje się do obu tych eventów. Pokazując zarówno losy Kid Gladiatora w trakcie walk z Budowniczymi, jak i dalszy ciąg wątków zawiązanych z problemami podróży w czasie przez X-Menów.

Kid Gladiator powraca do Shi’ar, ale tęskni za Ziemią i szkołą im. Jean Grey. Tak się jednak składa, że rozpoczynają się wydarzenia Nieskończoności, a co za tym idzie całe imperium staje do walki z najeźdźcą. Kid wbrew zakazowi ojca włącza się do wojny…Jakiś czas potem nad szkołę mutantów nadlatują siły S.H.I.E.L.D. Wolverine spotyka się z dowodzącą nimi agentką Hill, żeby wyjaśnić zarówno obecną sytuację, jak i wydarzenia do jakich doszło w trakcie Bitwy Atomu. xmenObie strony mają swoje racje i nie zmierzają odpuścić, na szczęście udaje się im uniknąć otwartego konfliktu, chociaż zimny pokój, jaki między nimi panuje ochładza się jeszcze bardziej.

To jednak dopiero początek. Podczas gdy dwójka nowych uczniów w towarzystwie Broo poznaje sekrety szkoły imienia Jean Grey, Wolverine wyrusza zająć się tajnymi bazami S.H.I.E.L.D., nieświadomy że taki sam cel objął Cyclops. Tymczasem w szkole zaczyna się źle dziać, a zbliżający się koniec roku szkolnego może oznaczać koniec o wiele bardziej definitywny, niż ktokolwiek mógłby podejrzewać…

Wprawdzie najciekawszymi seriami o X-Menach na polskim rynku wciąż pozostają All-New X-Men (klik! klik!) oraz Uncanny X-Men (klik! klik!), losy Wolverine’a, jako dyrektora szkoły także nie zawodzą. Jason Aaron (scenarzysta takich tytułów, jak Bękarty z południa czy Skalp) mocno splótł swoją opowieść ze wspomnianymi powyżej tytułami, kontynuując najciekawsze wątki wspólne dla wszystkich trzech serii. Pojedynek Logana z Cyclopsem to dobry epilog dla pewnego etapu rozłamu miedzy mutantami, a finałowy zeszyt, który przenosi nas nieco w czasie, już samą okładką odwołując się do jednej z najlepszych x-menowych fabuł, czyli Days of Future Past, stanowi udane i sentymentalne pożegnanie.

Co jeszcze podoba mi się w scenariuszu Aarona, który dał się poznać przede wszystkim jako autor poważnych, krwawych i brutalnych opowieści,wolverine to humor. Pasuje do wizji, jaką prezentuje w dwóch pozostałych tytułach Brian Michael Bendis, a przeplatany z szybką akcją i scenami pojedynków oferuje chwile oddechu.

Znakomicie z fabułą współgra strona graficzna omawianego albumu. Wprawdzie prolog stylistycznie różni się od reszty, ale już główna akcja rysowana przez Pepe Larraza przypomina bardzo to, co Stuart Immonen pokazał w All-New X-Men. Jest nowocześnie, lekko mangowo, ale z realizmem i dynamiką. Do tego w samym finale dochodzą gościnne występy innych rysowników, choćby znanego z Uncanny X-Men Chrisa Bachalo, co stanowi bardzo przyjemny akcent.

Aż szkoda, że to już ostatni tom serii, ale z drugiej strony przygody mutantów nie znikają z księgarskich półek. Czwórka w dobrym stylu kończy linię Wolverine i X-Men, bo oferuje konkretną i ciekawą fabułę. Warto sięgnąć, szczególnie, że jest znacznie poszerzony, przy niezmienionej cenie.

Jason Aaron (sc.), Nick Bradshaw & Pepe Larras & Ramón Pérez, Chris Bachalo & inni (rys.), „Wolverine i X-men #4: Starzy kumple, nowi wrogowie”, przeł. Bartosz Czartoryski, Klub Świata Komiksu – album 1079, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

wolverine-and-the-x-mensklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

All-New X-Men #4: Tak inni

24/02/2017 § Dodaj komentarz


Spotkać X-23

all-differentSądzę, że wielu wielbicieli (i wielbicielek) „kolorowych zeszytów” wybierze się do kina na film Logan: Wolverine; sam również mam to w planach. Warto przed (lub po) sięgnąć po komiks All-New X-Men #4: Tak inni, który kilka dni temu ukazał się w naszym kraju. Zachęcam do lektury właśnie w kontekście filmu. Dlaczego? Z prostego powodu: w albumie występuje Laura Kinney, która bardziej znana jest pod pseudonimem: X-23. Co prawda nie jest dziewczynką, jak to ma miejsce w produkcji kinowej. W komiksie gra nastolatkę, zresztą jak większość występujących bohaterów.

Warto przypomnieć kilka podstawowych zdarzeń, bo rzeczywistość X-Menów jest na chwilę obecną bardzo skomplikowana. Jak pisał Michał Lipka: „Po śmierci Charlesa Xaviera mutanci podzielili się na dwie frakcje. Jedna pod wodzą Wolverine’a i Kitty Pride, kontynuując tradycję szkoły dla młodych ludzi z mocami, stara się pokojowo współżyć z ludźmi, druga, której przewodzi Scott Summers (w towarzystwie Magneto) ma status grupy terrorystycznej (…). Chcąc przekonać Scotta do zmiany zdania pierwsza grupa sprowadza z przeszłości X-Menów, by sam młody Scott przypomniał swojemu starszemu wcieleniu własne ideały. xmenSytuacja jednak wymyka się spod kontroli, młodzi mutanci zostają w nowych dla siebie czasach i w tym momencie zaczyna się Bitwa Atomu”. Po wydarzeniach opisanych w tym crossoverze dawni – ci z przeszłości – X-Men razem z Kitty Pride przyłączają się do ekipy Cyclopsa, Emmy Frost i Magneto.

Kitty bierze na swoje barki wyszkolenie grupy. Nie ma ku temu zbyt wiele okazji, gdyż w świecie objawia się nowy mutant, którego trzeba ratować z opresji. Na miejscu okazuje się, że przed fanatykami z Purifiers ucieka X-23, czyli żeński klon Wolverine’a. Grupa będzie musiała stawić czoło paramilitarnej jednostce homo sapiens. Czy młodzi X-Meni są gotowi na bardzo brutalne starcie? Jak zareagują na ociekające jadem i nienawiścią wypowiedzi szefa Purifiers?

Trzeba Bendisowi oddać sprawiedliwość. Czytając wypowiedzi Jasona Strykera włos jeży się na głowie. Łatwo wyobrazić sobie, że tego typu „mowa nienawiści” jest powtarzana w różnorakich grupach religijnych fanatyków. Dla mnie to najciekawszy wątek bieżącego albumu. Co prawda warto także zwrócić uwagę na postać X-23. Scenarzysta zadbał o to, aby czytelnik uzyskał mały podgląd w psychikę dziewczyny, która łatwego życia nie miała. Wycofana, agresywna, nieufna, która najpierw działa (tj. atakuje & broni się), a potem myśli – ciekawie ukazana została relacja, polegająca na budowaniu zaufania (i nie tylko) między Laurą a młodym Scottem.

Główna fabuła przygotowana została przez dwóch rysowników – Stuarta Immonena oraz Brandona Petersona. purifiersŻaden z panów nie wybija się ponad przeciętność. Trochę lepiej wypadają prace Petersona, które prezentują się mroczniej i dynamiczniej, a sami bohaterzy ukazani są tak, że wyglądają na trochę starszych.

Tak inni to czwarty album w ramach cyklu All-New X-Men, a dla mnie pierwszy, który w jakiś sposób mi się podobał. Może dlatego, że całość zachowań młodych X-Men wypada mniej ciapowato i dziecinnie. Komiks budzi zainteresowanie także przez fanatyzm grupy Purifiers i wyrazistość X-23.

Brian Michael Bendis (sc.), Stuart Immonen & Brandon Peterson (rys.), „All-New X-Men #4: Tak inni”, przeł. Kamil Śmiałkowski, Klub Świata Komiksu – album 1094, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 3, kolory/cienie: 4-]

x-23sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Ms Marvel #1: Niezwykła

23/02/2017 § 2 komentarzy


 Kamala Khan – gwiazda i ulubienica

ms-marvelDość niespodziewanie latem 2015 roku oficyna Egmont Polska ruszyła z ofensywą komiksów spod znaku Marvel NOW! Na pierwszy ogień wzięto najbardziej rozpoznawalne marki Domu Pomysłów: Avengersów, X-Menów (klik! klik!) czy Spider-Mana (klik! klik!). Potem, na fali popularności ekranizacji kinowych, przyszedł czas na Strażników Galaktyki i Deadpoola. Na szczęście edytor nie spoczął na laurach, sięgnął po mniej popularne serie, takie jak: Thunderbolts czy Thor Gromowładny (klik! klik!). Wyjątkową pozycją w zestawie jest świetny cykl, na który należy zwrócić uwagę. Mam na myśli Ms Marvel, za który odpowiadają: G. Willow Wilson (scenariusz) oraz Adrian Alphona (rysunki).

Główną bohaterką komiksu jest Kamala Khan, która mieszka w Jersey City. Dziewczyna jest prawie typową szesnastolatką, trochę wyobcowaną, ale ze sporą grupą znajomych (nie za wszystkimi przepada), która lubi gry komputerowe, jest geekiem, prowadzi kanał na zajefajnie.com, gdzie wstawia fanfiki, podziwia nowojorskich superbohaterów. Napisałem „prawie” – ponieważ jest muzułmanką. Pewnej nocy wymyka się z domu na imprezę. W wyniku zostaje wystawiona na działanie mgły Terrigen, która uaktywniła ukryty gen Inhumans (pokłosie wydarzeń, jakie miały miejsce w crossoverze Nieskończonośćklik! klik!). Marzenie dziewczyny się spełnia. Kamala dostaje niesamowite umiejętności: szybkiego samoleczenia, rozciągliwości zmieniania kształtów i wielkości całego ciała oraz może zamienić kamala-khansię w inną osobę. Wszystko było by dobrze, gdyby tylko wraz z przyjęciem mocy dostała jakiś przewodnik, jak z nich korzystać i używać. Nastolatka ma wyraźne problemy, aby zapanować nad nowymi zdolnościami.

Opowieść napisana przez panią Wilson ma kameralny charakter. Ms Marvel nie walczy z żadnym zagrożeniem z kosmosu czy straszliwymi potworami, a stara się nadal być sobą w nowych okolicznościach. Miast wyrwać się w świat, przyłączyć do jakiejś drużyny superbohaterów, za włóczenie się po nocy dostaje od rodziców szlaban. Siła komiksu polega na wyraźnym urealnieniu akcji, położeniu nacisku na przedstawieniu życia typowej nastolatki. I fakt, że jest muzułmanką ma znaczenie, ale wcale nie tak duże. Głównie chodzi o problemy, z którymi zmaga się każda młodzież z jej pokolenia. Czytelnik ma okazję podglądać rodzinę Khanów i poznać relacje w niej panujące. Sposób przedstawianie daleki jest od stereotypów czy uproszczeń. Dla przykładu dziewczyna przyłapana zostaje na samowolnym wyjściu na imprezę, więc rodzice w środku nocy strzelają kazanie, a za pyskowane ojcu podczas posiłku, musi odejść od stołu. Nadopiekuńczość rodziców, ich troska, domowa codzienność tego w takim natężaniu jeszcze w mainstreamowych komiksach nie było, choć oczywiście kłania się Peter Parker.

Bardzo łatwo nastoletnią protagonistkę polubić. Równie łatwo zrozumieć i willow-wilsonzaakceptować. Oczywiście dorosłym czytelnikom będzie trudniej, tym bardziej jeśli oczekiwali rasowego superhero. Fabuła prowadzona jest ze znawstwem, wymiar obyczajowy bierze górę nad bohaterskim. Elementy narracji o charakterze poważnym przeplatane są z lżejszymi zabawnymi wstawkami, które w zarodku rozładowują górnolotne i sztuczne fragmenty. Całość opowiadania jawi się w świeży i bezpretensjonalny sposób. Trudno znaleźć coś, do czego mógłbym się przyczepić.

Warstwa graficzna, która jest działem nieprezentowanego dotąd w Polsce kanadyjskiego rysownika, dobrze pasuje do charakteru opowieści. Jego kreska trochę przypomina mi prace Tomasza Grządzieli, choć pewnie powinienem napisać odwrotnie. Alphona wyśmienicie ukazuje stany emocjonalne rysowanych bohaterów. Mimika twarzy oraz gestykulacja jest realistyczna, miejscami przerysowana, aby jeszcze mocniej podkreślić jakąś reakcję czy odczucie, żadnych pomnikowych póz. Postaci są żywe i reagują spontanicznie na wydarzenia, w których uczestniczą. Wystarczy przyjrzeć się scenie postrzału Ms Marvel, przeanalizować mimikę głównej bohaterki i jej przyjaciela, aby wczuć się w dramatyczną (a następnie zaskakującą) sytuację. Dobrze prezentuje się również budowa samych plansz, kadry są właściwie ułożone, raczej klasycznie, adrian-alphonanie uświadczymy żadnego eksperymentowania w tej materii. Na pochwałę zasługuje także robota kolorysty, Ian Herring zdecydował się na pełną paletę barw, ale nałożone barwy są spłowiałe, lekko wyblakłe. Muszę przyznać, że mi się podobają.

Ms Marvel to komiks bardzo ważny, pokazujący muzułmankę, która została obdarzona mocami. Po lekturze jedynki Kamala stała się moją osobistą gwiazdą i ulubienicą, nie dlatego, że została włączona do korpusu superbohaterów Marvela, a dlatego, że mam okazję obserwować, jak dziewczyna radzi sobie na co dzień z rodzicami, z kolegami i koleżankami oraz ze złymi ludźmi. Lekcja, której udziela, brzmi: „Bądź sobą!”. Trochę irrelewantne, wiem. Jednak gdy weźmiemy pod lupę choćby sytuację przemiany w Ms Marvel, to okaże się, że wcale nie. Nastolatka po pierwszej przemianie przypominała Carol Danvers, czyli była długonogą blondynka, jednak uznała, że nie tędy droga, że strój jest zbyt skąpy, a ona przecież jest śniadą brunetką. Ode mnie za samoświadomość dostaje plus tysiąc do odwagi. Szczerze kibicuję Kamali Khan!

G. Willow Wilson (sc.), Adrian Alphona (rys.), „Ms Marvel #1: Niezwykła”, tłum. Anna Tatarska, Klub Świata Komiksu – album 1080, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o. o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 6, rysunki: 5+, kolory/cienie: 4+]

kamala-khan-ms-marvel

sklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}
alejakomiksu
Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Skalp. Tom 3

22/02/2017 § 3 komentarzy


Lawina ruszyła

scalped-deluxe-editionSerią Skalp zachwycam się od samego początku. Trzeci tom opublikowany przez Egmont zawiera dziewięć oryginalnych zeszytów (od numeru 25 do 34), z czego o pierwszych pięciu jestem w stanie napisać, że nie dorównują uprzednim. Wyszło trochę gorzej, a to może rozczarowywać. Choć z drugiej strony wcześniejsze albumy ustawiły poprzeczkę tak wysoko, że zamiast rewelacyjnej odsłony musiała w końcu nadejść jedynie bardzo dobra. Różnica jest moim zdaniem odczuwalna, jednak w życiu nie stwierdziłbym, że pierwsza połowa trójki rozczarowuje.

Co wyszło gorzej? Po pierwsze, jest za krótko jak na serię, na którą czekam niemal z wypiekami na twarzy. Tylko pięć zeszytów, z czego dwa (rysowane przez innych – gorszych – niż R. M. Guéra ilustratorów) to epizody przedstawiające poprzednie losy bohaterów. Retrospekcje tym razem dotyczą Diesela i Nitza. Jason Aaron jak zwykle napisał bardzo dobre historie, tyle że czytelnik początkowo dostaje zaledwie trzy odcinki posuwające główną akcję do przodu, a to trochę mało. Chciałbym więcej i tylko z jednym rysownikiem, r-m-guerawiadomo z jakim. Poza tym, że niewiele jest głównego wątku, niewiele jest w początkowych zeszytach także głównego bohatera, Złego Konia. Oczywiście sam scenariusz usprawiedliwia nieobecność, ale mimo to szkoda.

Jeśli chodzi o kontynuację głównego wątku, jak zwykle szczęka opada. Otóż do rezerwatu przybywa pewien oszust, mający zamiar wynieść trochę nieuczciwie zarobionych pieniędzy z otwartego niedawno kasyna. Na miejscu spotyka Dashiella, który wygląda jak wrak człowieka i nie za bardzo dociera do niego, co się wokół dzieje. Za to oszust wie aż za dużo. Na przykład wie, że Koń pracuje dla FBI. Pamięta go bardzo dobrze, bo kilka lat wcześniej to główny bohater posłał go do więzienia. Teraz człowiek Czerwonego Kruka będzie musiał pomóc oszustowi w obrobieniu kasyna, inaczej wszyscy dowiedzą się, kim naprawdę jest.

Po lekkim, naprawdę mało znaczącym obniżeniu lotów, otrzymujemy długą fabułę zatytułowaną Podgryzanie, która jest powrotem do najwyższej formy. Tym razem nie ma przerywników, skalpretrospekcji, odsuwania czytelnika od głównego wątku. Jest jedynie tu i teraz, Dashiell plus cała reszta genialnych postaci stworzonych przez Aarona i banda skośnookich adwersarzy pragnących dopaść Lincolna za jego nieposłuszeństwo. Nie ma też innych rysowników niż R.M. Guéra.

Scenariusze Aarona potrafią sprawić, że czytelnikowi naprawdę zależy na losie występujących w komiksie postaci. Nie chodzi mi o to, że zależy mu na ich szczęściu, raczej nie potrafi oderwać oczu od opowieści ani przestać interesować się ich losem. I nieważne czy chodzi o jednego z głównych bohaterów, czy o jakiegoś ćpuna, który przed chwilą pierwszy raz pojawił się w historii i pewnie zginie kilka stron dalej. Autor konstruuje całą opowieść tak, że śledzę wszystkie wydarzenia z zapartym tchem. Pamiętacie Pana Brassa, zabójcę, który narobił sporo kłopotów na terenie rezerwatu? Czerwony Kruk ma już tego dość, skalp-vertigoproblemem jest to, że Brass ma za plecami bardzo silnych i wpływowych sprzymierzeńców. Jeśli ktoś postanowi się im sprzeciwić, niech liczy się z tym, że wywoła lawinę konsekwencji.

I lawina rusza; od samego początku aż do finału niszczy wszystko na swojej drodze. Ten komiks ma w sobie coś nieuchwytnego (okropna, choć z jakiegoś powodu jednocześnie rewelacyjna rzecz), ale właśnie to coś wciąga i nie pozwala się od niego oderwać, aż do samego końca. Jest brudny i zły, bohaterowie to bezkompromisowi twardziele z łatwością przechodzący od słów do czynów, a cała historia została napakowana robiącą ogromne wrażenie akcją i świetnymi dialogami. Pod każdym względem profesjonalna robota. Skalp nadal zasługuje na ocenę 10/10.

Jason Aaron (sc.), R.M. Guéra {właśc. Rajko Milošević} & Davide Furnò & Francesco Francavilla (rys.), „Skalp. Tom 3”, tłum. Krzysztof Uliszewski, Klub Świata Komiksu – album 1035, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.

[autor: Michał Misztal]

dashiell-bad-horsesklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

John Wagner i Greg Staples opowiadają o pracy nad albumem „Sędzia Dredd: Mroczna sprawiedliwość”

21/02/2017 § Dodaj komentarz


john-wagner

John Wagner odpowiada na pytania Bartosza Nowickiego:

Bartosz Nowicki: Kiedy Greg Staples poprosił cię o napisanie scenariusza o Mrocznych Sędziach, nie byłeś pewien, czy jest to dobry pomysł. Nie byłeś przekonany, czy masz jeszcze coś do powiedzenia w tym temacie… Chciałbym zapytać o to, w jaki sposób przygotowujesz się do napisania takiego trudnego scenariusza? Gdzie szukasz inspiracji?
John Wagner: Pobudziły ją prace Grega. Kiedy jesteś bombardowany takimi uderzającymi obrazami, ciężko konsekwentnie odmawiać.

B.N.: Akcja „Mrocznej Sprawiedliwości” zaczyna się w miejscu, w którym pozostawiłeś ja w „Dniu Chaosu”. Książka jest kontynuacją większej historii. Można ją jednak czytać jako zamkniętą całość. A dodatkowo jest doskonałym wprowadzaniem do serii dla nowych czytelników. Czy od samego początku starałeś się napisać książkę, która pełni tyle różnych funkcji?
J.W.: Moim głównym celem, oprócz dostarczenia platformy dla sztuki Grega, było przezwyciężenie przewidywalności historii z Mrocznymi Sędziami – na przykład takiej jak ta, że Dredd zawsze wygrywa. Przewidywalność była głównym powodem, dla którego zdecydowałem się już o Mrocznych Sędziach nie pisać. I dlaczego w przeszłości sięgałem po komedię, by stworzyć historie warte napisania.

John Wagner & Nick Percival - Dark Judges: Dominion

John Wagner & Nick Percival – Dark Judges: Dominion


B.N.: Jak znajdujesz „Mroczną sprawiedliwość” z perspektywy czasu? Czy coś byś dziś zmienił? Coś napisał inaczej?
J.W.: Nie, jestem z niej w pełni zadowolony. Zadowolony na tyle, że już pracuję nad kontynuacją, którą ilustruje Nick Percival. Nick także bombardował mnie genialnymi obrazami!

greg-staples

Greg Staples odpowiada na pytania Bartosza Nowickiego:

Bartosz Nowicki: Twoja korespondencja emailowa z Johnem Wagnerem, której fragmenty możemy przeczytać w albumie „Mroczna Sprawiedliwość”, pokazuje, że minęło trochę czasu, zanim John dał się przekonać do współpracy nad „kolejną historią o Mrocznych Sędziach” – i miał ku temu dobry powód. Co pomyślałeś, kiedy otrzymałeś pierwszą, niezbyt pozytywną odpowiedź? Jak ważna w tym momencie była dla ciebie współpraca z Johnem? Czy, w wypadku gdyby John zdecydował się w to przedsięwzięcie nie angażować, brałeś pod uwagę współpracę z innym scenarzystą?
Greg Staples: Tak naprawdę to nad tym konkretnym projektem chciałem pracować tylko z Johnem, ponieważ to on napisał oryginalne pozowaniehistorie: „Sędziego Śmierci” („Judge Death”) oraz „Sędzia Śmierć żyje” („Judge Death Lives”), które czytałem, kiedy byłem dzieciakiem. Te historie mnie przerażały. Może było w tym trochę nostalgii, a może fakt, że ze scenariuszami Johna zawsze dobrze mi się pracowało, w każdym razie postanowiłem, że zabiorę się za to, tylko jeśli on się zgodzi. To prawda, on miał ich (Mrocznych Sędziów) dość, ale ja czułem, że w postaciach wciąż jest iskra grozy, którą warto wskrzesić, bo nie była widziana od dawna. Interesował mnie horror i w pewnym rodzaju kontynuacja „Judge Death Lives”. John powiedział, że groza może być trudna do napisania, ale jeśli wpadłby na dobry pomysł, to mógłby rozważyć moją propozycję.

B.N.: Jak wyjaśniłeś w posłowiu, praca nad komiksem trwała dwa lata. Dlaczego aż tak długo? Czy pracowałeś jednocześnie nad innym projektem?
G.S.: Podjąłem decyzję, aby wszystko namalować ręcznie, bez udziału komputera, więc każde pociągnięcie pędzla zabrało mi dwa razy więcej czasu, niż gdybym malował cyfrowo. Dlatego rok zmienił się w dwa lata. Gdy zacząłem, zdałem sobie sprawę ile to pracy, ale byłem zdeterminowany, aby utrzymać wysoki poziom aż do ostatniego panelu. Komiks przezwałem „Nie kończąca się opowieść”!

B.N.: Bardzo interesuje mnie twój proces artystyczny i związana z nim logistyka. Jak zabrałeś się do tworzenia? Czy od razu narysowałeś cały komiks? A może rozłożyłeś to na poszczególne, sześciostronicowe epizody? Gdy przyszło do robienia zdjęć referencyjnych, ilu sesji potrzebowałeś, by uzyskać cały potrzebny do pracy materiał? Ile osób brało udział w tych sesjach?
G.S.: Dużo przy tym albumie planowałem, więcej niż zazwyczaj. Najpierw rozrysowałem cały scenariusz, tak, aby mieć ogólne pojęcie na temat rytmu historii i tego czego oczekiwałem od jego strony wizualnej. Bardzo mocno zależało mi na tym, szkicaby od samego początku spróbować czegoś, czego wcześniej sam nie widziałem i by zrobić komiks, który czyta się tak jak film: z oświetleniem, dramatem i strukturą. Następnie zrobiłem trzy oddzielne sesje zdjęciowe z kilkoma przyjaciółmi-filmowcami, które były wprawdzie bardzo trudne, ale dały mi szansę na to, aby niemal rozegrać scenariusz. Sam grałem Dredda. Jest sporo zdjęć, na których się w niego wcielam (później, niejednokrotnie byłem modelem Dredda na potrzeby różnych czasopism). Dalej, na pełnowymiarowych stronach, rysowałem ołówkiem po jednym odcinku na raz, używając referencji, choć w większości rysując z głowy. Zrobiłem też szybkie szkice kolorystyczne, które pomogły mi utrzymać spójność i oświetlenie. W końcu namalowałem plansze przy użyciu pędzli i farb akrylowych.

B.N.: Co sprawiło ci największą frajdę podczas pracy nad albumem? A co okazało się najmniej przyjemne?
G.S.:Cieszy mnie rezultat finalny. Odbiór komiksu był świetny. Jednak sama praca była dość trudna, bo bardzo pracochłonna i męcząca. Ostatecznie jestem dumny z tego, że udało mi się go skończyć!

B.N.: Jak znajdujesz „Mroczną sprawiedliwość” z perspektywy czasu? Czy coś byś dziś zmienił? Coś namalował inaczej?
G.S.:Trudno powiedzieć… Wątpię, żebym jeszcze kiedyś chciał zrobić coś w ten sam sposób, planszachyba że widziałbym, że się finansowo będzie opłacało. „Mroczna sprawiedliwość” wyssała ze mnie wszystkie pieniądze, ponieważ nie miałem czasu na inne zlecenia, które normalnie utrzymywałyby mnie na powierzchni. Aczkolwiek, jak ze wszystkim, co trudne, chce się kolejnego wyzwania, aby stworzyć coś, co jakością przebiłoby ostatni wykonany projekt. Dlatego może kiedyś, jeśli odpowiedni projekt pojawi się na horyzoncie, jeszcze raz zrobię coś takiego.
Całość wygląda tak, jak to sobie zaplanowałem i z tego jestem bardzo zadowolony. Są w albumie plansze i kardy, które należą do najlepszych jakie kiedykolwiek w życiu zrobiłem, a to cieszy.

B.N.: Czy w najbliższej przyszłości możemy spodziewać się nowego komiksu z Dreddem namalowanego przez Grega Staplesa?
G.S.: Nigdy nie mów nigdy… Jednak aktualnie nie mam żadnych planów na nowy komiks, gdyż w minionym roku byłem głównym artystą pracującym nad konceptami do „Dead Island 2”. Być może wcześniej czy później powrócę do Sędziego Dredda. Wszystkiego się można spodziewać…

John Wagner (sc.), Greg Staples (rys.), „Sędzia Dredd: Mroczna sprawiedliwość”, tłum. Jacek Więckowski, Studio Lain, Iława 2016.

[Obie rozmowy przeprowadził (i przetłumaczył) Bartosz Nowicki, który także napisał recenzję albumu, do przeczytania tu: klik! klik!]

%d bloggers like this: