Sisters #7: Spalone słońcem

20/10/2017 § Dodaj komentarz


 Sisters – nie aż taki idealny komiks?

Od dwóch lat regularnie czytam cykl Sisters autorstwa panów Christophe’a Cazenove’a i Williama Maurya, który ukazuje się w Polsce staraniem oficyny Egmont Polska. Jestem wierny serii, ponieważ od pierwszego albumu mnie bawi – lubię bohaterki, śmieszy mnie humor słowny i sytuacyjny, podoba mi się warstwa graficzna.

Opowiadane przez scenarzystów historie z życia sióstr Marine i Wendy przyjmowałem z całym dorobkiem inwentarza. Dopiero tekst Olgi Wróbel, opublikowany na łamach internetowego wydania „Kwartalnika Ryms”, uświadomił mi, że fabuła ukazuje jedynie niewielki fragment codziennej rzeczywistości głównych bohaterek. Przez ową wybiórczość, która, jak mniemam, bierze się z faktu, iż scenariusz pisany jest przez dorosłych obserwujących swoje dzieci, otrzymujemy obraz nieprawdziwy, aby nie powiedzieć sfałszowany.

Autorka pisze: „(…) trochę boli mnie feministyczna strona serca” i w następnym akapicie uzasadnia: „(…) uwiera mnie z lekka świat przedstawiony, w którym tytułowe siostry zajmują się głównie strojami i chłopcami”, a dalej podaje przykłady na selektywność epizodów i wątpliwej jakości przesłanie niektórych z nich. Ciężko się z Olgą Wróbel nie zgodzić. Właściwie nie mam żadnych argumentów, które mógłbym przeciwstawić powyższej tezie.

W siódmej odsłonie, a recenzentka „Rymsa” omawiała pierwszą, nadal sporo miejsca poświęca się sprzeczkom o ubrania, strojeniu się, powierzchowności, zabieganiu o płeć przeciwną. Chociaż w ramach przeciwwagi są także zabawne historie, które źródło mają w dzielącej dziewczęta różnicy wieku oraz niepojmowania (a właściwie rozumieniu „po swojemu”) przez młodszą zasad funkcjonowania relacji międzyludzkich.

Recenzując „piątkę”, pisałem (klik! klik!), że „Sisters to komiks prawie idealny. Oczywiście z drobnym, acz znaczącym zastrzeżeniem, że będzie oceniany przez docelową grupę czytelniczą”. Teraz przychodzi mi zweryfikować swoje poglądy… Nie zamierzam nikogo namawiać, aby przestał podsuwać cykl swoim milusińskim, bo nie tędy droga. Sam nie porzucam cyklu, gdyż – jak wspomniałem – lubię protagonistki, a lektura mnie bawi, ale do fabuły podchodzę z większym dystansem i, mimowolnie, wyłapuję epizody o wątpliwej jakości przekazu.

Christophe Cazenove & William Maury (sc.), William Maury (rys.), „Sisters #7: Spalone słońcem”, przeł. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1154, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 3, rysunki: 4+, kolory/cienie: 3+]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Reklamy

Golden Dogs #2: Orwood

19/10/2017 § Dodaj komentarz


Złote Psy idą w rozsypkę

Złote Psy świetnie sobie radzą. Skoki stają się coraz bardziej zuchwałe i bezczelne. Fama, jaką zdobył sobie kwartet złodziei, dotarła z jednej strony do najbardziej mrocznych zaułków Londynu, a z drugiej na salony arystokracji. Bohaterowie pławią się w sukcesie i samouwielbieniu. Przychodzi moment na najważniejszy skok w karierze. Czy wszystko pójdzie zgodnie z planem? Czy lojalność członków gangu względem siebie oraz oddanie sprawie są na tyle silne, że stawią czoła przeciwnościom?

Wydawać by się mogło, że skoro podtytuł „dwójki” brzmi Orwood, to fabuła skupiać się będzie na postaci przywódcy złodziejskiej szajki, który skrywa niejeden mroczny seret. Narratorką ponownie jest Fanny, która – jak pamiętamy z poprzedniej częścijest niezdrowo zafascynowana tytułowym mężczyzną i w końcu dopina swego, czyli regularnie uprawia z nim seks. Opowieść dziewczyny zawiera kilka faktów o kochanku, które udało jej się odkryć, ale głównie relacjonuje, jak doszło do rozpadu grupy i jakie były dalsze jej losy.

Stephen Desberg nie poradził sobie z rozplanowaniem fabuły w drugiej połowie bieżącej odsłony. „Mrocznemu” sekretowi Orwooda, który stanowił podwaliny postaci, pisarz poświęca za mało uwagi. Zresztą, gdy w końcu zostaje ujawniony, to okazuje się, że jest on nijaki. A od momentu ucieczki Fanny z Londynu historia staje się nudna i tendencyjna. Naiwność oraz głupota narratorki ogromnie irytują. Z biegiem akcji postać traci wszelkie psychologiczne uzasadnienie.

Na szczęście nie zawodzi oprawa graficzna. Griffo utrzymuje poziom znany z pierwszego albumu: wyraźny kontur, szeroka gama ludzkich typów zaludniających opowieść, realistyczne przedstawienie, które miejscami ociera się o cartoon i zajmująca scenografia kolejnych lokacji. Układ kadrów na planszy jest klasyczny, żadnych eksperymentów i zabaw z narracją wizualną. Podobnie rzecz ma się z perspektywą – używana jest głównie linearna.

Być może mylę się w swoich rozpoznaniach. Być może scenarzysta specjalnie w ten sposób poprowadził historię, aby podkreślić naiwność oraz prostolinijność narratorki. I w kolejnym albumie zafunduje niespodziewaną woltę. Oby tak właśnie było, czego życzę wszystkim czytelnikom i sobie.

Stéphen Desberg (sc.), Griffo {właśc. Werner Goelen} (rys.), „Golden Dogs #2: Orwood”, tłum. Andrzej Luniak, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 2, rysunki: 4-, kolory/cienie: 3+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Golden Dogs #1: Fanny

18/10/2017 § Dodaj komentarz


 Złote Psy z Londynu

Golden Dogs to francuska, czteroodcinkowa seria komiksowa, która wyszła spod ręki scenarzysty Stephena Desberga oraz rysownika Wernera Goelena, podpisującego się przydomkiem Griffo. Polskim edytorem jest oficyna Scream Comics, która w tym roku wypuściła na rynek już dwie części: Fanny oraz Orwood. Każdy z kolejnych tomów nosi podtytuł związany z imieniem lub pseudonimem głównych bohaterów opowieści. Kwartet składa się z dwóch kobiet i dwóch mężczyzn.

Akcja komiksu rozgrywa się w brudnych i ciemnych zaułkach XIX-wiecznego Londynu. Narratorką „jedynki” jest Fanny, która opowiada, jak doszło do utworzenia złodziejskiego gangu o nazwie Golden Dogs. Dzięki retrospekcji dowiadujemy się, że już od najmłodszych lat dziewczyna nie miała lekkiego życia. Wcześnie osierocona, uciekła z prowincji do wielkiego miasta – Londynu, gdzie podjęła się wykonywania „najstarszego zawodu świata”. Pracuje w podejrzanych spelunach i na ulicach, jednak ma dużo większe ambicje. Dlatego nie waha się, gdy charyzmatyczny, tajemniczy Orwood proponuje jej przyłączenie się do szajki złodziei.

Opowieść zamieszczona w albumie ma charakter typowej genezy. Zostają przedstawione występujące postaci oraz ukazane pewne więzy ich łączące. Do Złotych Psów, obok wspomnianej powyżej dwójki, należą: uwolniona z więzienia Lukrecja oraz aktor operowy Lario, który nadzwyczaj biegle posługuje się sztyletem. Scenarzysta każdemu z bohaterów poświęca kilka scen, ale zdradza niewiele informacji o ich przeszłości. Tymczasem wiemy, że wszyscy skrywają jakieś tajemnice.

Za oprawę graficzną odpowiada belgijski rysownik, którego prace w Polsce mieliśmy okazję oglądać seriach komiksowych Giacomo C. oraz Vlad. Artysta posługuje się wyrazistym konturem, jego kreska jest mocna i dobitna. Postaci ukazano realistycznie, chociaż miejscami, szczególnie w wypadku stróżów prawa, typów spod ciemnej gwiazdy czy bogaczy, możemy dostrzec karykaturalne zacięcie. Niemała część akcji rozgrywa się w domach publicznych oraz w sypialniach (komiks przeznaczony jest dla dorosłego czytelnika), dlatego widzimy roznegliżowane kobiety i sceny seksu. Trochę szwankuje mimika i dynamika postaci, za to całkiem nieźle wypada przedstawienie miasta.

Debiut serii wydaje się na tyle intrygujący, że warto zapoznać się z propozycją Desberga i Goelena. Zresztą pisarz zadbał o to, aby czytelnik sięgnął po kolejną odsłonę, gdyż włożył w usta narratorki wypowiedź: „Byliśmy nierozłączni, ponieważ zespoiły nas trudy życia. Było nas czworo. Ale był wśród nas zdrajca. I dlatego wszystko się skończyło”. Po lekturze tomu pierwszego ta kwestia wciąż pozostaje otwarta…

Stephen Desberg (sc.), Griffo {właśc. Werner Goelen} (rys.), „Golden Dogs #1: Fanny”, tłum. Andrzej Luniak, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 3+, rysunki: 4-, kolory/cienie: 3+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

All-New X-Men #5: Jeden z głowy

16/10/2017 § Dodaj komentarz


  Przeszłość, która powraca

Kiedy Bendis rozpoczynał pisanie serii All-New X-Men pierwsze co zrobił, to przeniósł dawnych członków X-Men do teraźniejszości. Krótko potem, w wielkim crossoverze Bitwa Atomu (klik! klik!), łączącym w sobie wszystkie serie o mutantach, do tego grona dołączyli także X-Meni z przyszłości. Teraz całe grono powraca w kolejnej udanej opowieści, która w znakomitym stylu kontynuuje wcześniejsze tomy.

Hanka dręczą wyrzuty sumienia po tym, jak namieszał w liniach czasowych. Nie wie jak naprawić szkody, które to spowodowało, nie ma pojęcia w jaki sposób odwrócić obecną sytuację i co przyniesie przyszłość. Tajemnicza postać, która go odwiedza (Watcher Uatu), uświadamia mu, że konsekwencje jego działań są poważniejsze niż sądził, ukazując mu różne wersje dalszych losów mutantów.

Tymczasem Jean i Scott usiłują zrozumieć zawiłości tego, co się dzieje i znaczenie nowych mocy dziewczyny. Jednocześnie X-23 decyduje się opuścić drużynę, ale zostaje zaatakowana przez tajemniczego przeciwnika. Gdy X-Meni dowiadują się o tym, nie mają pojęcia w jakiej sytuacji właśnie się znaleźli, ale jedno jest pewne – Bractwo Złych Mutantów z przyszłości powróciło i nie zamierza działać po cichu…

Serię All-New X-Men polubiłem z wielu powodów. Dobry scenariusz, ciekawy pomysł, znakomite wykonanie pod względem graficznym. Do tego dochodziła też niebagatelna rzecz – Bendis, ceniony i uwielbiany scenarzysta, odświeżył ich przygody i uczynił atrakcyjnymi dla nowych odbiorców. Po latach plątania fabuł, dodawania najróżniejszych wątków, ich alternatywnych wersji i zabaw z czasem, przestrzenią, taki zabieg był potrzebny. A co ważniejsze, okazał się udany. Pomysł z przeniesieniem młodych X-Menów do naszych czasów, gdzie muszą odkryć wszystkie zawiłości, chwycił także w oderwaniu od powyższego i jest konsekwentnie rozwijany. Czy trzyma poziom? Tak! I to właśnie jest kolejny powód, dla którego warto zapoznać się z całym cyklem.

W najnowszym, piątym już tomie (choć właściwie należałoby rzec, że siódmym – Bitwa Atomu oraz Proces Jean Grey, choć były crossoverami, stanowiły przede wszystkim część tej opowieści, a do tego całość łączy się jeszcze z drugą X-serią Bendisa: Uncanny X-Men), akcja nie zwalnia tempa, rozwija wcześniejsze wątki i wypada naprawdę dobrze. Jak zwykle dzieje się dużo, scenarzysta bawi się motywami znanymi z klasycznych zeszytów, oddaje im hołd i przepisuje na swój własny sposób. Poza tym znów bawi się czasem i różnymi wersjami przyszłości, a na dodatek z okazji 25 zeszytu serii, który otwiera ten tom, znów znalazł okazję do świętowania i złożenia hołdu – tym razem w postaci ilustracji wykonanych przez najróżniejszych twórców, od Davida Macka, po J.G. Jonesa.

Większość albumu narysował jednak znakomity Stuart Immonen (z pomocą Davida Marqueza i Sary Pichelli). Rysunki są więc znakomite, odpowiednio mroczne (autor rewelacyjnie operuje światłem i cieniem), dynamiczne, jest w nich coś cartoonowego, ale są też realistyczne i miejsca wpadają w oko. Ogląda się to świetnie, świetnie też czyta, więc jeśli należycie do miłośników X-Men, albo macie ochotę na dobry komiks superbohaterski, zainteresujcie się koniecznie tą serią.

Brian Michael Bendis (sc.), Stuart Immonen & Wade von Grawbadger & inni (rys.), „All-New X-Men #5: Jeden z głowy”, przeł. Kamil Śmiałkowski, Klub Świata Komiksu – album 1199, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Michał Lipka]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Grzech Pierworodny

13/10/2017 § Dodaj komentarz


 Kto i dlaczego zabił Watchera?

Mam nieodparte wrażenie, że uniwersum Marvela crossoverami oraz eventami stoi. I wszystkie są znaczące i przełomowe. Po każdym świat superbohaterów ewoluuje. Założenie Domu Pomysłów jest jasne: chodzi o rewolucję, postawienie rzeczywistości na głowie. Wszystko dlatego, że liczy się dynamika zmiany i sprzedaży… Anihilacja, Bitwa Atomu, Ród M, Tajna Inwazja, Tajna Wojna, Avengers kontra X-Men, Wojna Domowa, Nieskończoność, a teraz do zestawu dochodzi jeszcze Grzech Pierworodny.

Fabuła omawianego komiksu, za którą odpowiedzialni są Jason Aaron, Ed Brubaker i Mark Waid, skupia się wokół śmierci Watchera Uatu. Watcher to istota mieszkająca na Księżycu, która od dawien dawna obserwuje (podgląda) Ziemię i jej mieszkańców. Zasadniczo jest bezstronny, nie ocenia i bezpośrednio się nie angażuje. Tylko patrzy. Widzi wszystko i wszystkich. Tak więc zna każdą, nawet najbardziej skrywaną, tajemnicę. Nie zaspojleruję, gdy napiszę, że bohater zostaje zamordowany, a także bestialsko okaleczony. Komu zależało na tym, aby pozbawić go życia? Czy zginął, gdyż zobaczył coś czego nie powinien? A może motywem była chęć przejęcia wiedzy i technologii? W końcu – informacja to władza.

Niczym w najlepszym kryminale na plan pierwszy wysuwają się pytania: Kto zabił i dlaczego? Śledztwo prowadzone jest kilkutorowo: oficjalnie i nie. Główne Kapitan Ameryka zleca Nickowi Fury’emu, pozostałe prowadzone są przez oryginalne zespoły herosów. Dla przykładu jedna z grup składa się z Zimowego Żołnierza, Moon Knigta i Gamory. Długo nie wiadomo, kto wysłał w teren małe grupy. Scenarzyści wprowadzają do fabuły mniej znanych łotrów i to w moim mniemaniu należy zaliczyć na plus. Równie wartościowym elementem fabuły zdaje się twist związany z postacią Fury’ego. Osobiście wątek związany z byłym liderem S.H.I.E.L.D. uważam za najbardziej atrakcyjny.

Większość materiału została narysowana przez Mike’a Deodato. Ilustracje pochodzącego z Brazylii artysty są bogate w szczegóły, a przedstawienie postaci jest realistyczne. Zwraca uwagę dynamika scen walki, dobre wykorzystanie linii ruchu oraz światłocienia. Układ kadrów na planszy częstokroć odbiega od klasycznego sposobu kadrowania i układu paneli. Całość wykonano rzetelnie i na dobrym poziomie (tj. bez anatomicznych kiksów czy potworków). Oprawa graficzna jest spójna, a także współgra z warstwą narracyjną.

Jak (i czy) śmierć Watchera wpłynie na uniwersum? Czy po Grzechu Pierworodnym świat superbohaterów Marvela faktycznie nie będzie już taki sam? O tym przekonamy się w późniejszym terminie. Tymczasem nie pozostaje mi nic innego, jak tylko namówić was do przeczytania „kolejnej przełomowej historii”. Cierpieć nie będziecie, bo akcja wciąga – tom czyta się za jednym podejściem.

Jason Aaron & Ed Brubaker & Mark Waid (sc.), Mike Deodato & Jim Cheung & Javier Pulido & Paco Medina (rys.), „Grzech Pierworodny”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz & Piotr Cholewa, Klub Świata Komiksu – album 1182, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Largo Winch. Tom 5

12/10/2017 § Dodaj komentarz


 Sidła globalizacji

Piąty zbiorczy tom serii Largo Winch, obejmujący albumy trzynaście i czternaście, zaczyna się nadzwyczaj poważnie. Całkiem na serio właściciel olbrzymiego Koncernu W wypowiada się w telewizji na temat globalizacji. Mówi z sensem, tak definiując proces: „(…) to mechanizm zbliżania, w którym sfera ekonomiczna bierze górę nad sferą kulturalną i społeczną, jak to jest w przypadku Unii Europejskiej. Zasada sama w sobie jest dobra, ponieważ jest to czynnik pokojowy. Problemem są zaburzenia, jakie ta kapitalistyczna planetaryzacja na pewno za sobą pociągnie”. I już chwilę później ma okazję doznać makabrycznych skutków „zaburzeń”, gdy do studia wkracza Dennis Tarrant i na oczach widzów popełnia samobójstwo.

Scenarzysta, wielki Jean van Hamme, zaczyna z wysokiego C – dramatyczne wydarzenie ma miejsce już na czwartej planszy, a potem sprawy się jeszcze bardziej komplikują. Gdyż były kierownik małego zakładu produkującego sprzęt narciarski w miasteczku Deer Point w Montanie obwinił pana Winch o to, że w wyniku finansowych spekulacji Koncernu W rodzinna firma została zamknięta, a ponad trzystu pracowników zostało wyrzuconych na bruk. Media od razu zakładają „miliarderowi w dżinsach” pętlę na szyję, ale i przyjaciele – w ramach protestu wobec bezdusznego postępowania – odwracają się do niego plecami.

To nie koniec kłopotów naszego bohatera. Chcąc wyjaśnić sprawę i ustalić, czy czasem nie doszło do fałszowania danych, pakuje się w jeszcze większą kabałę. Przy okazji na scenę wkraczają nowi, wyraziści aktorzy, m.in. Silky Song, która przejmuje rolę osobistego pilota i bodyguarda. A gdzie podział się Freddy Kaplan? Nie mam zamiaru zdradzać meandrów fabuły i przybliżać kolejnych, zaskakujących wątków. Należy oddać pisarzowi sprawiedliwość, że narracja prowadzana jest w sposób zaskakujący i podczas lektury nie ma miejsca na nudę. Intryga jest bardzo skomplikowana, a rama konstrukcyjna oparta została o mechanizmy funkcjonowania giełdy amerykańskiej.

Recenzując poprzednie odsłony cyklu (klik! klik!) podkreślałem, że silne wrażenie wywiera na mnie precyzyjna kreska Philippe’a Francqa. Nie inaczej jest tym razem. Każdy kadr – niezależnie od tego czy ukazuje górskie krajobrazy, czy wielkomiejskie ulice, czy wnętrza domów, czy biur – jest niebywale dopieszczony. Realizm przedstawiania dotyczy także mimiki bohaterów i noszonych przez nich strojów.

Początkowo cykl miał charakter opowieści awanturniczej, ale od „czwórki” van Hamme wyraźnie przesuwa akcenty w stronę thrillera finansowo-konspiracyjnego. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim czytelnikom ewolucja serii przypadła do gustu. W moim wypadku nic się nie zmieniło, byłem fanem przygód pana Wincha i nadal jestem.

Jean van Hamme (sc.), Philippe Francq (rys.), „Largo Winch. Tom 5”, tłum. Jakub Syty, Wydawnictwo Kurc, Koluszki 2017.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5, kolory/cienie: 4]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Undertaker #3: Ogr z Sutter Camp

11/10/2017 § 1 komentarz


 Potwór z przeszłości

Interes spółki „Jonas Crow & dwie poważne damy” nie kręci się najlepiej. Wszystkiemu winien jest grabarz, który nie ma za grosz taktu i empatii. Szwankuje u niego również znajomość rynku i potrzeb klientów. Kompania jest bez grosza i dlatego, aby przetrwać, musi dobrze wywiązać się z kolejnego zlecenia. Droga wiedzie naszych bohaterów prosto do Kalifornii, gdzie mają zrealizować usługę przygotowania i pochówku teściowej niejakiego Richarda Ashtona.

Na miejscu okazuje się, że mężem zmarłej jest pułkownik Charley Warwick, który – mimo alkoholowego zamroczenia – rozpoznaje w grabarzu swego dawnego żołnierza z czasów wojny secesyjnej. Panowie mają ze sobą na pieńku. Podniosła uroczystość zamienia się w jatkę i regularne mordobicie. Znów nici z zarobku, gdyż ekipa zostaje odprawiona z kwitkiem. Zdarzenie w Warwick Mansion jest brzemienne w skutki, ponieważ pułkownik przywołał demona z przeszłości. Kim jest tytułowy Ogr z Sutter Camp? Co łączy wszystkich trzech mężczyzn ze sobą? Co skrywa przeszłość Jonasa?

Trzeba przyznać, że scenarzysta, Xavier Dorison, długo trzyma czytelnika w niewiedzy. Tytułowa postać pojawia się dopiero na 24 stronie omawianego albumu i wcale nie przypomina groźnego potwora. Początkowo przedstawiona zostaje jako dobroduszny, objazdowy felczer, który za „co łaska” leczy i operuje ludzi. Z biegiem akcji dowiadujemy się kilku znaczących faktów z przeszłości i teraźniejszości postaci. Ostatecznie, czytelnik sam musi sobie wyrobić zdanie o ściganym – jest genialnym lekarzem czy może „doktorem Mengele”?

Niezmiennie dobrze prezentuje się warstwa graficzna. Między kolejnymi odsłonami nie widać jakichś zasadniczych zmian w rysowaniu. Ralph Meyer posługuje się realistyczną kreską. Występujące postaci, kolejne krajobrazy, scenografia mijanych miasteczek i odwiedzanych domów ukazane zostały dokładnie i wiarygodnie. Artysta radzi sobie zarówno ze scenami statycznymi (rozmowy), jak i dynamicznymi (walki i pościgi). Na plus należy także zapisać umiejętne zbliżenia, „najazdy” kamery na twarze bohaterów, skupienie na szczególe, częste oraz zmiany perspektywy.

Akcja komiksu toczy się wartko, fabuła naszpikowana została zaskakującymi twistami i wiarygodnymi, niejednoznacznymi postaciami. Powyższe elementy powodują, że całość czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem. Dorison świetnie panuje nad wszystkim wątkami opowieści, odsłaniając przed czytelnikiem kolejne szczegóły dotyczące przeszłości głównego bohatera. Omawiany album kończy się zaskakującym cliffhangerem, a to sprawia, że czwartej odsłony wyczekuję z niecierpliwością.

 Xavier Dorison (sc.), Ralph Meyer (rys.), „Undertaker #3: Ogr z Sutter Camp”, tłum. Jakub Syty, Taurus Media, Piaseczno 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 5-, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

%d blogerów lubi to: