Koniec zXXXanego świata

12/06/2019 § Dodaj komentarz


Pierwsza miłość i pierwsze morderstwo

Dorastanie niekoniecznie jest okresem czystości i niewinności. Pewna cześć nastolatków nie chce podporządkować się konwencji i presji społecznej, głoszonej przez konformistyczna większość rodziców, nauczycieli, opiekunów, kolegów i koleżanek. Dążenie do „normalności” jest im obce. Kontestacja jest dla nich formą buntu i polega na obronie prawa do indywidualności i własnej tożsamości. Nawet kosztem zejścia na margines. Komiks Koniec zXXXanego świata autorstwa Charlesa Formana opowiada o parze (nie)normalnych nastolatków.

James, wychowywany samotnie przez ojca, jest potencjalnym socjopatą pozbawionym poczucia humoru. Zdystansowanym, stojącym z boku, nie nawiązującym żadnych relacji z rówieśnikami. Chłopak od najmłodszych lat uwielbia pastwić się nad zwierzętami, zadawać ból i, ostatecznie, bestialsko zabijać. Aktualnie fantazjuje o możliwości zabicia człowieka… Alyssa porzucona przez ojca jest wychowywana przez matkę i jej aktualnego partnera. Dziewczyna pragnie bliskości: kochać i być kochaną. Posiada „drobne” zaburzenia emocjonalne: brak empatii i objawy zespołu Tourette’a, czyli papla co jej ślina na język przyniesie, używa wulgaryzmów, dużo przeklina.

Dwoje „ułomków” niespodziewanie tworzy parę. Pewnego dnia, bez wcześniejszego planowania, kradną samochód ojca Jamesa i wyruszają na poszukiwanie ojca Alyssy. Szczęśliwa wycieczka kończy się w chwili popełnienia przez Jamesa morderstwa. Choć jeśli wziąć pod uwagę zmieniające się relacje między Jamesem a Alyssą, to właściwie dopiero wówczas się ona zaczyna.

Wizualnie album ma charakter dziennika-szkicownika. Rysunki są wyraźnie minimalistyczne: kilka prostych podstawowych kresek, które dobrze oddają emocje występujących postaci. Tło ograniczono do minimum, funkcjonuje jedynie pierwszy plan, na którym występują postaci. Osobiście mam słabość do „brzydkich” rysunków, oczywiście pod warunkiem, że nieudolność – tak jak to ma miejsce w tym wypadku – jest zamierzona.

Wbrew pozorom opowieść Formana nie ma charakteru inicjacyjnego, bo nie o dorastanie ani wchodzenie w „dorosłą” odpowiedzialność w niej chodzi. Mimo tego że większość wydarzeń ma miejsce podczas kanikuły, nie jest to również komiks drogi. Rzecz dotyczy zmieniających się relacji między psychopatą a socjopatką. Koniec zXXXanego świata to przewrotna wiwisekcja budowania zaufania i wzajemnych więzi. Rzecz obrazoburcza, bezpośrednia i brutalna.

Charles Forsman (sc. & rys.), „Koniec zXXXanego świata”, tłum. Marceli Szpak, Non Stop Comics, Katowice 2018.


Giants

06/06/2019 § Dodaj komentarz


Z sentymentu lub nie

Pamiętam, że gdy byłem uczniem szkoły podstawowej, to razem z paczką kolegów z klasy, chodziłem do kina „Zefir” na filmy o wielkich potworach pustoszących japońskie miasta. Każde wyjście było wydarzeniem. Dziś nie jestem pewien czy ze względu na to, że film był wspaniały, czy dlatego, że z kolegami, czy może dlatego, że seanse kończyły się po zmroku i w strachu (z duszą na ramieniu) należało przejść całe, opustoszałe osiedle, aby wrócić do domu. Okres fascynacji kaijū minął, gdy poszedłem do liceum. Minął i nie powrócił. Nie oglądałem żadnej części Pacific Rim czy współczesnej Godzilli. Nie jestem sentymentalny?

Podczas lektury komiksu Giants braci Valderrama miałem okazję sprawdzić, czy faktycznie nie tęsknię za opowieściami o gigantycznych potworach. Okładka albumu jest wielce obiecująca. Widzimy dwóch młodocianych wyrostków uciekających przed rekinopodobnym kolosem. Dynamika sceny, kontrast między monochromatycznymi kolorami, font tytułu, a także opis wydawcy sprawił, że miałem wielką ochotę zapoznać się z tytułem. Nim podzielę się swymi odczuciami, przybliżę trochę fabułę.

Gogi i Zedo to bracia, którzy żyją w Podziemnym Mieście. Ich ambicją jest wstąpić do gangu Krwawych Wilków. Biletem wstępu jest zdobycie grudek „czarnego bursztynu”, aby tego dokonać muszą udać się na powierzchnię, gdzie w lodowej zamieci czają się potwory. Bohaterowie sprawiają wrażenie zżytych ze sobą. Widać, że mają za sobą wiele trudnych chwil, które udało się przetrwać dzięki wspólnemu działaniu i wzajemnemu zaufaniu. Niespodziewane wypadki podczas wyprawy po bursztyn powodują rozdzielenie się chłopców. Od tego momentu każdy z nich podążać będzie własną drogą. Jakże różne są ich ścieżki! A powtórne spotkanie będzie miało tragiczny finał.

Lepiej niż fabuła przedstawia się wyrazista warstwa wizualna. Pochodzący z Hiszpanii artysta dobrze panuje nad występującymi bohaterami: mimiką oraz gestykulacją, to nie żadne „gadające głowy”, a żywe osoby z całym sztafażem osobistych grymasów i emocji. Design postaci i potworów utrzymany jest w mangowej stylistyce, która dobrze pasuje do opowieści. Realizm przedstawiania jest umowny. Plansze zbudowano starannie z wielkim wyczuciem kadrowania. Rozłożenie paneli jest różnorodne, nie ma miejsca na sztampę i nudę. Warto się z omawianą pozycją zapoznać choćby dla samych rysunków Miguela Valderramy.

O Giants mógłbym napisać jeszcze kilka zdań superlatywów, bo fabuła została przemyślana i dobrze skonstruowana. Podoba mi się przenikanie między opowieścią przygodową, a inicjacyjną. Z mojego punktu widzenia komiks posiada jeden duży minus, nad którym ciężko mi przeskoczyć: nie jestem w stanie zaakceptować protekcjonalnego tonu wypowiedzi narratora, całego tego pouczania i mentorskiego tonu. Dwa lub trzy razy miałem ochotę przerwać lekturę. Wielka szkoda, bo to mógł być dobry komiks.

Carlos Perez Valderrama (sc.) Miguel Valderrama (rys.), „Giants”, tłum. Grzegorz Drojewski, Non Stop Comics, Katowice 2018.

Grass Kings. Tom 1

05/06/2019 § Dodaj komentarz


Wolność w Królestwie Traw

Czy „bycie” (tj. życie) w społeczeństwie ogranicza nasza wolność? Czy przestrzeganie ogólnie przyjętych norm moralnych i etycznych przymusza do rezygnowania z siebie? A co z prawem? Podatkami? Trzeba czy wypada przestrzegać i płacić? Można się uwolnić od ograniczeń i wystąpić poza nawias, wystarczy zbudować prywatną, odrębną społeczność, która jest samowystarczalna, która rządzi się swoimi prawami. Wówczas powstanie raj czy piekło na Ziemi?

Prywatnym państwem ktoś musi jednak zarządzać. W komiksie Grass Kings pisarz Matt Kindt obsadził w tej roli jednego z trzech braci – Roberta, który zmaga się z osobistymi dramatami. Nie chodzi o to, że za często i za głęboko zagląda do kieliszka. „Król” to mężczyzna złamany, któremu brakuje charyzmy i zdolności przywódczych. A to dlatego, że nie potrafi pogodzić się ze stratą najbliższych. Od dłuższego czasu trwa w zawieszeniu. Pozostali bracia (Ashur i Bruce) się martwią, ale nie potrafią (lub nie chcą) mu pomóc. Szansa na jakościową zmianę pojawia się, gdy do małej społeczności wyrzutków dołącza Maria, która uciekła z pobliskiego miasteczka.

Kim jest kobieta? Dlaczego uciekła? Dlaczego szeryf Cargill wyrusza na wojnę z mieszkańcami Królestwa Traw? Czy Robert poradzi sobie z przeszłością? Nie chcę zdradzać zbyt wielu elementów fabuły. Scenarzysta ładnie rozmieścił kluczowe dla rozwoju akcji fragmenty. Rzecz prowadzona jest leniwie, wręcz sennie, aktualne wydarzenia przetykane są retrospekcjami, nad całością unosi się duszna atmosfera tajemnicy i niepewności. Sposób budowania napięcia, przedstawiania znaczących wydarzeń, nielinearność opowieści, zabaw z czasem akcji – to wszystko przywodzi mi na myśl trzeci sezon serialu True Detective. Nie wspomniałem jeszcze o tym, że w komisie znaczącym elementem jest śledztwo dotyczące gracującego od lat gdzieś w okolicy seryjnego mordercy. Podobno trop sprawcy widzie do Królestwa Traw…

Wizualnie Grass Kings przypomina raczej produkcje europejskie niż amerykańskie. Tyler Jenkins posługuje się oszczędną kreską, która na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie niedbałej i niestarannej. Jakby jedynie szkicował tuszem na białym kartonie. Równie niedbale (pozornie niedbale) nałożone zostały kolory. Artysta użył farb wodnych, plamy koloru pięknie rozmywają się na stronie. Szczególnie efektownie wygląda to w sytuacjach, gdzie następuje rezygnacja z klasycznego kadrowania, gdzie znika ramka.

Pierwsze sceny omawianej pozycji przypominały mi serie Briggs Land czy Skalp, ale po przeczytaniu całości muszę się wycofać z tego rozpoznania. Jakieś podobieństwa są, ale bardzo bardzo dalekie. Tak, to dopiero pierwszy tom, dopiero wprowadzenie, a jednak sporo się wydarzyło, poznaliśmy (chyba) wszystkie osoby dramatu. Ciekawość została rozbudzona, czekam na dalszy rozwój wypadków.


Matt Kindt (sc.), Tyler Jenkins (rys.), „Grass Kings. Tom 1”, tłum. Grzegorz Drojewski, Non Stop Comics, Katowice 2018.

Króliczki!!!

18/11/2018 § 1 komentarz


Lekcja przyjaźni

Istnieją książki dla dzieci należące do grupy picturebooków, które śmiało można uznać za komiksy. Takie rozpoznanie nie należy do popularnych. W siedemnastym numerze „Zeszytów Komiksowych” sprawę próbował rozgryźć profesor Jerzy Szyłak. Zwracał m.in. uwagę, na to że o komiksie możemy mówić w takich sytuacjach, gdy mamy do czynienia z narracją, której nośnikiem jest sekwencja obrazów. Idealny przykład takiego picturebooka, to Króliczki!!! Kevana Atteberry’ego.

Bohater książki ma na imię Declan. I jak możemy się dowiedzieć z opisu wydawcy: jest jednym z najbardziej przyjaznych, małych potworków. Na pierwszy rzut oka wygląda raczej strasznie, bo trochę przypomina demona: na głowie ma rogi, jest i ogon, a także paszczęka z ostrymi zębami. Nie dajmy się zwieść pozorom, bo mogą mylić. Declan to pozytywny bohater. Spaceruje i radośnie wita się ze wszystkim i wszystkimi, co napotka na swojej drodze. Delikatnie dotyka drzewa i mówi: Witaj, drzewo. Na następnej stronie przyjaźnie macha do zawieszonej na niebie chmurki w kształcie królika. W stan euforii wpada, gdy goniąc za motylkiem, napotyka cztery, kolorowe i małe króliczki. Jednak zwierzątka nie są tym nieoczekiwanym spotkaniem zachwycone. Uciekają, chowają się za drzewami lub w krzakach. W końcu bohater wygląda dość groźnie i jest hałaśliwy. Scena pogoni, krzyków i uciekania pojawia się na kilku kolejnych stronach.

Króliczki się boją, nie ufają wrzaskliwemu potworowi. Bohater z planszy na plansze robi się coraz smutniejszy. Pewnie się zastanawia, skąd takie zachowanie króliczków. Nie umie tego zrozumieć. Przygnębiony siada na kłodzie. Jakże miło się robi, gdy puchate zwierzątka zmieniają zdanie i podchodzą przywitać się z Declanem. Po chwili cała piątka świetnie się razem bawi: skaczą, biegają i przytulają się. Do czasu, gdy na horyzoncie pojawiają się ptaszki…

Komiks Atteberry’ego to prosta, acz nie prostacka!, opowieść o sympatii, uprzedzeniach i budowaniu zaufania. Dla małoletnich czytelników publikacja jest trafną lekcją, że nie należy sądzić po pozorach, ani wyciągać pochopnych wniosków na podstawie pierwszego wrażenia. Dodatkowo pokazuje, że w relacjach z innymi należy być cierpliwym i nie zrażać się. A jeśli utożsamić głównego bohatera z czytającym dzieckiem, a króliczki ze zwierzętami domowymi, to wyciągnąć można kolejne przesłanie: nie trzeba hałasować i zmuszać do przyjaźni. W tym miejscu przypomina mi pamiętna scena z książki Antoine’a de Saint-Exupéry’ego z udziałem Małego Księcia i Lisa, w której mówi się o „oswajaniu”, „stworzeniu więzi” i przyjaźni (Trzeba być bardzo cierpliwym. Na początku siedzisz w pewnej odległości ode mnie, ot tak, na trawie. Będę spoglądać na ciebie kątem oka, a ty nic nie powiesz. Mowa jest źródłem nieporozumień. Lecz każdego dnia będziesz mógł siadać trochę bliżej).

Króliczki!!! to idealna lektura dla mniejszych dzieci, przedszkolaków. Narracja, która prowadzona jest przez kolejne ilustracje, a nie słowa, pozwala wspólnie opowiadać zdarzenia, wyłuskać szczegóły z tła, zadać pytania o powody takiego, a nie innego zachowania bohaterów. Jestem przekonany, że dzieci będą miały sporo frajdy z lektury, a przy okazji łykną trochę informacji o przyjaźni i budowaniu zaufania.

Kevan Atteberry (sc. & rys.), „Króliczki!!!”, tłum. Tomasz Panas, Wydawnictwo CzyTam, Warszawa 2016.

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Gwiezdny zamek #1: 1869 Podbój kosmosu

10/06/2018 § 1 komentarz


W duchu Verne’a

Eter to potoczna nazwa związku chemicznego Słowo to miało od czasów antycznych dużo szersze, jednocześnie dużo mniej konkretne, znaczenie. Eter miał być piątym pierwiastkiem, hipotetyczną substancją wypełniającą cały wszechświat, nośnikiem energii. Bohaterowie Gwiezdnego zamku poszukują tej substancji, by wykorzystać drzemiącą w niej moc. W wyniku eksperymentu ginie matka młodego Serafina – głównego bohatera tej historii. Tajemnicza substancja ma jednak na tyle duży potencjał, że interesują się nią europejscy możni XIX wieku, przez co Serafin i jego ojciec wynalazca zostają wciągnięci w intrygę z udziałem wywiadów różnych państw.

Alex Alice to autor, po którym nie spodziewałem się zbyt wiele – nie czytałem wcześniej żadnej jego historii, zetknąłem się tylko z ilustrowanym przez niego, a kojarzącym mi się dziś dość klasycznie Trzecim testamentem. Pierwszy kontakt z jego samodzielnym dziełem wypada bardzo dobrze. Historia, nawiązująca do Verne’a i epoki dynamicznego rozwoju przemysłu, w której dziecięcy bohaterowie przeżywają kolejne przygody, przekona do siebie raczej młodszych czytelników, ale stanowi jednocześnie idealną bazę dla strony wizualnej.

Alice wyraźnie lubi rysować dziwne urządzenia, mechanizmy, pojazdy, rozrysowywać architekturę i fantazji mu nie brakuje. Posługuje się przy tym ciekawą kreską, budzącą przynajmniej u mnie subtelne skojarzenia z mangą i anime, zwłaszcza spod znaku Studia Ghibli. Artysta nie boi się mieszać inspiracji, bo tuż obok pojawiają się patenty rodem z europejskich secesyjnych rysunków. Największą siłę jego grafikom zapewniają jednak świetne, sugestywne, akwarelowe kolory, napełniające kolejne plansze niemal bajkowym klimatem.

Pierwszy tom serii wziął mnie niemal z zaskoczenia. Widziałem wcześniej ładną okładkę i parę plansz, spodziewałem się historii pełnej przygód i dziwnych urządzeń, ale nie nastawiałem się na nic, tymczasem dostałem pięknie zilustrowaną opowieść dla młodszego czytelnika. Nie jestem może docelowym odbiorcą, ale ujęła mnie strona plastyczna, spodobało też historyczne tło opowieści. To, czego mi zabrakło, to większej dynamiki, ale tego spodziewam się po kolejnych tomach.

Album Podbój kosmosu jest tu zaledwie wstępem, zaproszeniem do podróży, która ponieść ma nas prosto w kosmos. Gdybym był pacholęciem, to pewnie nie mógłbym się doczekać kontynuacji. Jestem starym koniem i przyjmuję ten komiks na spokojnie, ale i tak doceniam fantazję i stronę wizualną, bo jest tu na co patrzeć, zwłaszcza że wydaniu Egmontu nie można absolutnie nic zarzucić.

Alex Alice (sc. & rys.), „Gwiezdny zamek #1: 1869 Podbój kosmosu”, tłum. Elżbieta Żbik, Klub Świata Komiksu – album 1295, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2018.

[autor: Przemysław Pawełek]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

All-Star Batman #1: Mój największy wróg

07/06/2018 § Dodaj komentarz


Batman i Two-Face na wycieczce

Dla The New 52 Scott Snyder napisał sporą ilość fabuł z udziałem Batmana, które w większości wypadków zostały dobrze przyjęte przez czytelników. Pewnie dlatego włodarze DC Comisc w ramach Odrodzenia dali pisarzowi wolną rękę w prowadzeniu cyklu All-Star Batman. Jego run liczy sobie czternaście zeszytów, które tworzą trzy zbiorcze tomy. Pierwszy, o podtytule Mój największy wróg, jest dostępny w Polsce.

Punktem wyjścia opowieści jest następująca sytuacja: Batman wyjeżdża z Gotham i zabiera ze sobą przyjaciela z dzieciństwa – Harveya Denta, który właśnie teraz jest Two-Face. Wycieczka nie ma charakteru krajoznawczego. Punktem docelowym jest ośrodek dla trudnej młodzieży, gdzie podobno Dent ukrył szczepionkę na swoją chorobę. Panowie mają do przebycia tylko 800 km, ale nie będzie im łatwo. W ślad za nimi rusza cała ekipa płatnych morderców, szubrawców i kryminalistów. Do polowania przyłączają się również zwykli ludzie, których motywuje wysoka nagroda za głowę Batmana. Dotrą na czas do celu? Zginą? Szczepionka okaże się skutecznym lekiem na rozdwojoną osobowość Denta?

Czytając komiks, nie można z pewnością narzekać na nudę czy ślamazarne tempo akcji. Sporo się dzieje, są brutalne sceny walki, dużo krwi i agresji. Jest w końcu Batman, który prze do przodu niczym czołg, nie zważając na kolejne połamane kości i krwawiące rany. Dwie sprawy się Snyderowi udały: ukazać Mrocznego Rycerza upartego jak osioł i naiwnego jak baranek prowadzony na rzeź. Scenarzyście, oczywiście, zależy na dołożeniu swojej cegiełki do ponadczasowej mitologii Mrocznego Rycerze. Dlatego za pomocą licznych retrospekcji ukazuje dawną, młodzieńczą relację jaka łączyła Harveya i Bruce’a.

Większość plansz w tomie wyszła spod ręki Johna Romity Juniora, który od niedawna współpracuje z DC Comics. To doświadczony i obsypany nagrodami branżowymi rysownik. Dlatego powinniśmy się spodziewać produkcji co najmniej dobrych. Jednak ilustracje sprawiają wrażenie wykonanych niestarannie i w pośpiechu. Co jeszcze szczególnie widoczne w wypadku twarzy występujących postaci oraz redukcji drugiego planu. Stosunkowo dobrze ukazane zostały dynamiczne sceny walki. Mimo wszystko – całość rozczarowuje.

Pierwsza odsłona serii All-Star Batman pozostawia czytelnika z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony dowiadujemy się czegoś nowego o przeszłości Batmana i Two-Face. Z drugiej irytuje absurdalność i miałkie uzasadnienie „wycieczki” obu panów. Mimo wszystko jestem ciekaw, jak Snyder wykorzysta pozyskany materiał.

Scott Snyder (sc.), John Romita Jr. & Declan Shalvey (rys.), „All-Star Batman #1: Mój największy wróg”, przeł. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1225, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 3, rysunki: 3-, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

William Adams, samuraj

06/06/2018 § Dodaj komentarz


William Adams w Japonii

19 kwietnia 1600 roku statek De Liefde, należący do holenderskiej kompanii handlowej Voorcompagnie, przybił do wybrzeża japońskiej wyspy Kiusiu. Na pokładzie było około dwudziestu chorych i wyczerpanych marynarzy. Wśród nich znajdował się poddany Korony Brytyjskiej nawigator William Adams. Adams to pierwowzór postaci Johna Blackthorne’a – głównego bohatera wydanej w 1975 roku powieści Shōgun Jamesa Clavella. Niektórzy pewnie pamiętają serial telewizyjny o tym samym tytule, w którym główną rolę grał Richard Chamberlain. Historia losów angielskiego pilota w Japonii rozpaliła wyobraźnię Mathieu Mariollego, który napisał scenariusz komiksu William Adams, samuraj.

Opowieść rozpoczyna się od sceny katastrofy statku w prowincji Bungo. Portugalscy jezuici są wrogo nastawieni do rozbitków, ponieważ od 1549 roku posiadają monopol na kontakty z Krajem Kwitnącej Wiśni. Dlatego próbują przekonać regenta prowincji, że załoga składa się z piratów i najlepiej będzie jeśli wszyscy zostaną zgładzeni. Pan Tokugawa jest odmiennego zdania. W kontakcie z reprezentantem marynarzy – Adams – dostrzega możliwość poznania Europy i Europejczyków z alternatywnego źródła. Przyświeca mu także bardziej utylitarny cel: Anglik mógłby nauczyć jego ludzi obsługi dział i broni palnej, dalekomorskiej żeglugi oraz budowy okrętów. Ieyasu Tokugawa zamierza walczyć o tytuł szoguna i nie cofnie się przed niczym, aby pokonać wrogów.

Scenarzysta nie miał łatwego zadania, gdyż z bogatego życia Adamsa w Japonii musiał wybrać poręczny i reprezentatywny zestaw wydarzeń, który przykuje uwagę czytelnika. Trzeba przyznać, że z ćwiczenia wywiązał się znakomicie. Fabuła jest spójna, konsekwentna i celowa. Mariolle płynnie przechodzi pomiędzy kolejnymi etapami życia Adamsa. Od wyczerpanego więźnia do hatamoto – samuraja w służbie dworskiej. Pisarz nie skupia się tylko i wyłącznie na tej postaci. Poświęca sporo miejsca, aby przybliżyć społeczno-polityczny kontekst wydarzeń w przeddzień krwawej wojny domowej. Wartościowe i godne pochwały są wyraziście zarysowane główne postaci dramatu: William Adams, Ieyasu Tokugawa oraz jezuita Alessandro Valignano. Dużym plusem komiksu jest wiarygodna relacja między mężczyznami.

Świetną robotę wykonał włoski rysownik Nicola Genzianella, którego można kojarzyć z serii Bunkier opublikowanej w Polsce przez Scream Comics. Włoch operuje realistyczną kreską o wyraźnym i ostrym konturze. Ilustracje są precyzyjne i bogate w detale. Nie wiem na ile świat przedstawiony przez artystę odpowiada rzeczywistości początków okresu Edo w Japonii. Jednak od pierwszej planszy pozwalamy się uwieść dokładnym rysunkom, kadrowaniu i budowie planszy. Nie ma znaczenia czy patrzymy na wzburzone fale Oceanu Spokojnego, czy panoramę Osaki, czy sceny bitwy pod Sekigaharą – wszystko wygląda wspaniale i autentycznie.

Lektura albumu William Adams, samuraj to prawdziwa przyjemność. Niby opowieść historyczna, ale faktograficzna ścisłość to tylko jeden z plusów komiksu. Rzecz obowiązkowa dla osób, których interesuje XVII-wieczna historia Japonii. Pozostali czytelnicy docenią mistrzowską kreację Adamsa i Tokugawa, stracie dwóch silnych charakterów oraz ewolucję postaci. No i oczywiście powalającą oprawę graficzną.

Mathieu Mariolle (sc.), Nicola Genzianella (rys.), „William Adams, samuraj”, tłum. Jakub Syty, Wydawnictwo Elemental, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

%d blogerów lubi to: