Tomek i Jacek #2: Groźne graty

01/12/2016 § 1 komentarz


  Graty atakują!

jakub-grocholaKomiks Tomek i Jacek autorstwa Michała Chojnackiego (scenariusz) i Jakuba Grocholi (rysunki), opowiadający o przygodach sympatycznych, młodych niedźwiedzi, debiutował w pierwszym pakiecie albumów wydanych w ramach pokłosia Ogólnopolskiego Konkursu im. Janusza Christy na Komiks dla Dzieci. W albumie Piraci z Lua Lua dwaj tytułowi przyjaciele trafiają podczas wakacji na wyspę, gdzie nurkując, natrafiają na ukrytą pod wodą wioskę Aul Aul, w której wszystko jest na opak.

Wakacje to mają do siebie, że się kiedyś kończą, czas powrócić do szkoły. Właśnie w tym momencie rozpoczyna się historia przedstawiona w albumie Groźne graty, który można uznać za bezpośrednią kontynuację pierwszej odsłony. Należy zaznaczyć, że komiks można czytać bez znajomości Piratów…, przedstawiona opowieść ma charakter samoistny, a fabuła nie kontynuuje wątków podjętych w jedynce. Dla Tomka i Jacka rozpoczęcie nowego roku szkolnego jest powodem do radości, chłopcy się cieszą, że spotkają kolegów i koleżanki, że będą mieli okazję pochwalić się swoimi wakacyjnymi pamiątkami i przygodami na Pikniku Naukowym z Okazji Rozpoczęcia Roku Szkolnego.

W porównaniu z wynalazkiem lisiczki Martynki ich prezentacja wypada dość blado. komiks-dla-dzieciDziewczynka ma ze sobą całą walizkę magicznych mikstur o przeróżnych właściwościach: zwiększających, zmniejszających czy ożywiających. Niefortunna pomyłka w wyborze mikstury zamienia radosne popołudnie w „horror” rodem z filmu o charakterze urban fantasy – zepsute, zużyte, stare i nikomu niepotrzebne sprzęty domowe ożywają i stają się realnym zagrożeniem, przed którym nasi bohaterzy muszą najpierw uciekać, a następnie jakoś sobie z nimi poradzić. A uda im się jedynie wówczas, jeśli będą ze sobą ściśle współpracować.

Jednowątkowa fabuła prowadzona jest wartko, występujące postaci są na tyle wyraziste, że nie można ich ze sobą pomylić. Należy pochwalić ekologiczny wymiar opowieści Chojnackiego. Komiks można potraktować jako krytykę współczesnego konsumpcjonizmu, przygotowaną tak, aby była atrakcyjna dla najmłodszych. Dydaktyzm nie jest nachalny, polega na próbie uświadomieniu młodym czytelnikom, co się dzieje z tymi wszystkimi śmieciami, które codziennie wyrzucamy.

Jakub Grochola posługuje się miękką i sympatyczną kreską o cartoonowym stylu. Pewnie grozne-graty-grocholadlatego nie sposób nie lubić występujących bohaterów. Artysta wyraźnie redukuje tła i ogranicza ilość występujących rekwizytów do niezbędnego minimum; postaci drugiego i dalszego planu przedstawione są schematycznie. Uwagę zwraca zastosowana kolorystyka, która podkreśla klimat grozy, ale także przywodzi na myśl zbliżającą się jesień.

Tomek i Jacek. Groźne graty to komiks przeznaczony dla młodych odbiorców, uczniów pierwszych klas szkoły podstawowej, którzy stawiają swoje pierwsze kroki samodzielnym czytaniu. Dzięki przeżyciom i przygodom bohaterów będą mogli się z nimi z łatwością identyfikować, a przy okazji dowiedzą się o ważnych sprawach.

Michał Chojnacki (sc.), Jakub Grochola (rys.), „Tomek i Jacek #2: Groźne graty”, Klub Świata Komiksu – album 981, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.

[scenariusz: 3+, rysunki: 4, kolory/cienie: 3]

grochola-chojnackisklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}
alejakomiksu
Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Thorgal #35: Szkarłatny ogień

30/11/2016 § Dodaj komentarz


 Piekło płonie szkarłatnym ogniem

thorgalTrzy lata. Aż trzy lata przyszło nam czekać na kolejną odsłonę przygód dzielnego wojownika wychowanego wśród wikingów na dalekiej Północy – Thorgala Aegirssona. Co prawda w międzyczasie wielbiciele „uniwersum Dziecka z Gwiazd” mieli okazję zapoznać się z kilkoma albumami trzech cykli pobocznych. Trzydziesta piąta odsłona głównej serii, która nosi tytuł Szkarłatny ogień, została napisana przez nowego scenarzystę w teamie produkcyjnym. Xavier Dorison przejął obowiązki po Yvesie Sente, który opiekował się Thorgalem od 2006 roku, czyli od czasu, gdy po 30 latach współpracy z Rosińskim, zrezygnował Jean Van Hamme. Dorisona nie trzeba jakoś specjalnie przedstawiać, pisarz ma na swoim koncie wiele bestsellerowych serii, choćby: Long John Silver, W.E.S.T., Trzeci Testament czy Asgard – udaną miniserię, która pierwotnie miała być jednym ze spin-offów Światów Thorgala.

Czy rzeczywiście Thorgal i jego syn Aniel są w dobrych rękach? Sprawdźmy, jak w skrócie przedstawia się fabuła rosinskiobmyślona przez Francuza. Główny bohater pragnie odzyskać syna, który został uprowadzony do Bag Dadhu przez Czerwonych Magów. Dusza wielkiego mistrza wniknęła w ciało syna Kriss de Valnor i chłopiec został namaszczony na następcę Kahilima. Bractwo ma wobec niego nikczemne i krwawe plany. Aniel ma ożywić Szkarłatny Ogień, niszczycielską siłę, która zmiecie z powierzchni ziemi wrogów sekty oraz niewiernych, czyli oblegających Bag Dadh krzyżowców cesarza Magnusa. Jednak użycie tej mocy niesie za sobą wielkie niebezpieczeństwo, jeśli chłopcu nie uda się zapanować i poprowadzić Ognia, to spłonie cały świat.

Thorgal nie ma łatwego zadania. Musi odbić Aniela z rąk fanatycznych Czerwonych Magów, którzy wierzą, że jest on prorokiem księcia Dżi Inów. Dodatkowo musi przekonać młodzieńca, grzegorz-rosinskiże może i w poprzednich latach niezbyt dbał o ich wzajemną relację, ale nic straconego, bo jeszcze jest szansa, aby zbudować nową i silną więź miedzy nimi, która oparta będzie na miłości ojca do syna. Na dokładkę miasto, w którym dzieje się akcja, jest w czasie rzeczywistym oblegane i bombardowane (cesarz Magnus ma na swoich usługach latające okręty Czamów z Krainy Qa). A Saluma, którą znamy z poprzedniego albumu, niekoniecznie jest niewinną i przypadkowo spotkaną trzpiotką. Trzeba przyznać, że Dorison całkiem nieźle poradził sobie z rozplanowaniem fabuły, przypisał bohaterom konkretne zadania i motywację, a gnająca do przodu akcja współgra z szaleństwem i chaosem jaki panuje w oblężonym mieście.

Album ciekawie wypada od strony graficznej. Grzegorz Rosiński to marka sama w sobie, ale patrząc na namalowane przez niego plansze, wyraźnie widać pewną zmianę. Nie chodzi mi o uproszczenie i ograniczenie szczegółowości w przedstawieniu scenografii drugiego planu, a o plastyczność, soczystość xavier-dorisoni mięsistość samego rysunku. Wystarczy wziąć do ręki uprzedni tom, otworzyć w przypadkowym miejscu i porównać ze sobą plansze obu odsłon. Odmalowana rzeczywistość jest mroczna, brutalna i przejmująca. Pochodzący z Polski artysta sprowadził na Bag Dadh iście biblijny Armagedon: budynki się walą, wszędzie na ulicach leżą trupy, postaci nad wyraz chętnie dobywają mieczy i sztyletów, nad miastem unosi szkarłatna łuna. Ciarki chodzą po plecach, gdy zbyt dokładnie przyglądamy się panelom. Niektóre kadry Rosińskiego przywodzą na myśl obrazy Hieronima Boscha. Proszę zwrócić uwagę na kadr ósmy z planszy dwunastej i porównać go choćby z tablicą środkową obrazu Kuszenie św. Antoniego czy tablicą środkową tryptyku Sąd nad światem. Największą grozę odczuwam, gdy patrzę na kadr drugi z planszy siedemnastej. Bez wątpliwości, Thorgal oraz uważny czytelnik muszą razem przejść przez piekło.

Po recenzowaną pozycję warto sięgnąć, aby przekonać się jak Dorison rozprawił się z fabularnymi pomysłami Sente’a. Szkarłatny ogień daje nadzieję, że pod wodzą nowego scenarzysty kultowy serial odzyska choć część dawnej świetności. Czego sobie i wszystkim wielbicielom przygód dzielnego wikinga życzę z całego serca.

Xavier Dorison (sc.), Grzegorz Rosiński (rys.), „Thorgal #35: Szkarłatny ogień”, tłum. Wojciech Birek, Klub Świata Komiksu – album 1044, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.

 [scenariusz: 4, rysunki: 5, kolory/cienie: 4-]

ukrzyzowaniesklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}

wp.ksiazki  Recenzja napisana dla serwisu ksiazki.wp.pl, klikać :tu: tak! :tu:

Morze po kolana

29/11/2016 § Dodaj komentarz


Martwy sezon na morzem

marcin-kolodziejczykMorze po kolana to wspólne dzieło Marcina Kołodziejczyka oraz Marcina Podolca. Pierwszy Marcin odpowiada za teksty, a drugi za ilustracje. Kołodziejczyk jest dziennikarzem i filmowcem, który ma na swoim koncie kilka książek reportażowych (m.in. Bardzo martwy sezon czy B. Opowieści z planety prowincja). Podolec to nasz eksportowy rysownik komiksowy, który chętnie „przekłada” literaturę faktu na komiks (Dym. Pablopavo czy Fugazi Music Club). Na okładce recenzowanej pozycji można przeczytać: „Komiks reportażowy o miłości, śmierci i nudzie. Samo gołe życie” oraz „Tego jeszcze nie było! Dzieło, które liczni puryści reportażu pokochają nienawidzić!”. Oficyna Wielka Litera strzela, do każdego potencjalnego czytelnika, który weźmie książkę do ręki, z grubej rury. Rozumiem, reklama dźwignią handlu, ale sprawdźmy, czy szumne zapowiedzi wydawcy nie rozmijają się z prawdą.

Na wstępie wypada obalić tezę edytora, że „tego jeszcze nie było”. Ponieważ wystarczy przywołać takie pozycje jak: Palestyna czy Strefa bezpieczeństwa Goražde Joe Sacco lub Dzienniki rosyjskie czy Dzienniki ukraińskie Igorta, a się okaże, że „komiksowe reportaże, wywodzące się z undergroundu i nurtu autobiograficznego, przystanekto jedno z najciekawszych zjawisk współczesnego komiksu. Ich autorzy wykorzystują strategie tradycyjnego dziennikarstwa (…)” (cytat za: Tomasz Pstrągowski, „Polonistyka”). Z drugiej strony wypada się zastanawiać nad tym, czy faktycznie mamy do czynienia sensu stricto z reportażem. Przesłuchując dostępne w internecie rozmowy i wywiady z autorami wychodzi na jaw (choć należy podkreślić, że panowie wcale tego nie ukrywają), że fabuła Morza… stanowi kompilację różnych wątków z dwóch książek Marcina Kołodziejczyka („To nie jest wierna adaptacja. Wszystkie postaci przedstawione w komiksie istnieją, wszystkie też zostały przeze mnie opisane. Na potrzeby komiksu dokonaliśmy literackiego montażu, łącząc w rysunkowych kadrach historie pierwotnie opisane w dwóch książkach” – przyznaje pisarz). Dlatego wydawnicze blurby traktować należy z przymrużeniem oka, które wyraźnie robią dziełu niedźwiedzią przysługę.

Akcja komiksu rozgrywa się w pewnej, nie wymienionej z nazwy, kolodziejczyk-podolecmałej nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej podczas „martwego sezonu”, czyli okresu, gdy w mieścinie nie ma żadnych turystów. Bohaterami opowieści jest trzech mężczyzn: Marian, Szczurek i Gumowy, którzy większość czasu spędzają siedząc pod wiatą przystanku autobusowego. Nuda, z którą muszą się zmierzyć jest wielka niczym Morze. Radzą sobie z nią na różne sposoby, głównie pijąc i paląc, plując i szczając, rozmawiając i wspominając.

Niby nic się nie dzieje, a jednak Marian, który jest narratorem, ma czytelnikom sporo do opowiedzenia. Nie są to historie, które „Polityka” czy „Wyborcza” zamieściłby na pierwszej stronie, bo są one zwyczajne i na wskroś ludzkie. Same osobiste życiowe dramaty: jakaś miłość, ktoś kogoś zdradził, ktoś wyjechał, ale musiał wrócić, komuś się zawalił dom, ktoś miał wypadek i czyjaś przypadkowa śmierć. Bohaterzy marzą, aby odmienić swoją codzienność, wyjść na brzeg i odejść w nieznane, ku lepszemu życiu. Chociaż mają fatalistyczne przeczucie – chwilami wręcz pewność – że jest już za późno, bo nie ma żadnej morze-po-kolananadziei. Ocalenie nie jest możliwe. Na szczęście „za dwa miesiące zacznie się nowy sezon turystyczny” i choć na kilka miesięcy będą mogli zapomnieć o sobie i swoich problemach.

Fabuła nie zawiera żadnych odkrywczych treści, całość jest na wskroś przewidywalna i banalnie oczywista. Diagnoza społeczeństwa „Polski B”, którą podsuwa czytelnikowi pisarz, nie jest nawet poruszająca. Niezborność i pewien chaos w prowadzeniu narracji powoduje, że czytelnikowi ciężko przejąć się losami występujących postaci. Zresztą oni sami mało go interesują. Czuć, że poszczególne wątki zszyto grubymi nićmi, brakuje płynnego przechodzenia między epizodami i nie pomaga podzielenie komiksu na rozdziały. Nie wiem z czego to wynika, ale po lekturze Morza… w pamięci pozostają jedynie obrazy wykreowane przez rysownika.

Marcin Podolec mocno się napracował nad tym, aby jego rysunki nie stanowiły tylko dodatku do warstwy literackiej, aby nie były tylko kolorowym „ozdobnikiem” tekstu. To nie było łatwe zadanie, marcin-podolecponieważ fabuła ma charakter zawłaszczający. Pewnie stąd decyzja, aby wtrącić do opowieści element „z innej bajki”: przemienienie Szczurka w wybrakowanego anioła (jedna ręka w gipsie, druga otwiera puszę z piwem i te, pożal się Boże, skrzydła). Dzięki kadrom Podolca czytelnik wie, że bohaterzy chodzą permanentnie zawiani, że w ustach wciąż trzymają szlugi. Świat odmalowany przez rysownika odpycha brzydotą i nieporządkiem (śmieci i puszki walają się wszędzie), aż dziw bierze, że jacyś turyści chcą tu przyjeżdżać. Jest on nieatrakcyjny do czasu. Wystarczy spojrzeć na plansze z ostatniego rozdziału, który nosi tytuł Czekając na nowy sezon turystyczny, a chciałoby się spakować plecak i od razu ruszyć nad morze.

Mimo wszystko warstwa graficzna wypada w komiksie lepiej niż warstwa literacka. Ważnym jest, że Kołodziejczyk nie ocenia swoich bohaterów i nie pozwala na to także czytelnikowi, który przygląda się indywidualnym losom Mariana, Szczurka i Gumowego z bezpiecznego dystansu. Obraz polskiej prowincji, jaki wyłania się po lekturze, nie napawa optymizmem. Mocno smuci mnie swoista przewidywalność przyczajona w tekście. Może ma to coś wspólnego z faktem, że pochodzę z małego górniczego miasteczka Górnego Śląska i przez dwadzieścia lat miałem okazję napatrzeć się i nasłuchać…

Marcin Kołodziejczyk (tekst), Marcin Podolec (rys.), „Morze po kolana”, Wielka Litera, Warszawa 2016.

[tekst: 3-, rysunki: 5+, kolory/cienie: 4+]

podolec-morze sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla ksiazki.wp.pl, aby ją przeczytać, wystarczy kliknąć ::tu:: wp.ksiazki

Tata z córką czyta komiksy: Detektyw Miś Zbyś na tropie – Złoty Sokół Teksański

27/11/2016 § 1 komentarz


Tata z córką czyta komiksy. Pierwsza odsłona cyklu

Postanowiłem kupić dla swojej, wtedy dwu i pół letniej, córeczki jej pierwszy komiks. mis zbysPo krótkim rozeznaniu wybór padł na Misia Zbysia Jasińskiego i Nowackiego. Ponieważ pierwszy tom był już niedostępny, przygodę zaczęliśmy od tomu drugiego. Początkowo komiks córki nie zainteresował – nie chciała, żebym go jej czytał. Wolała znane i lubiane książeczki z obrazkami. Jednak, gdy tylko (przyznaję: nieco wymuszona) lektura się zakończyła, uśmiech pojawił się na twarzyczce latorośli. Została „kupiona”.

W tym momencie, niestety, pojawiła się nowa przeszkoda – rodzice. Wspólnie z żoną nie mieliśmy pojęcia, że czytanie komuś komiksów jest aż tak absorbujące. Żona wcale nie czyta komiksów; a sam zaczynałem w czasach TM-Semica i niedawno, po dwunastoletniej przerwie, wróciłem do dawnego hobby – czyli powinienem przewidzieć ewentualne trudności. Czytając komiksy pewne rzeczy robi się automatycznie, nie specjalnie się nad nimi zastanawiając. Ogląda się obrazki, nowackiczyta tekst i stara się zauważyć smaczki jakie rysownik czy scenarzysta przygotowali dla odbiorcy. Nie sądziłem, że tak trudno jest opisać komuś, co się dzieje na planszy.

A dzieje się! W albumie znajduje się aż pięć dwustronicowych rozkładówek (sam komiks liczy 48 stron). Rysunki wypełnione są po brzegi postaciami. Tutaj mała uwaga – czasem miałem problem z odgadnięciem jakie zwierzę jest na obrazku: ,,To niebieskie to chyba zając córeczko, tu jest pies, tu kotki, tu hipopotam, a tu… nie wiem”. Na pewien czas odstawiliśmy więc Misia Zbysia na półkę książek przeczytanych.

Po przełamaniu pierwszych lodów polubiliśmy przygody zwierzęcych detektywów. Rysunki są dostosowane do odbiorcy, standardem jest umieszczenie tylko dwóch kadrów na stronie (czyli duże rysunki), zdarzają się również rysunki całostronicowe. Fabuła jest ciekawa, postacie mają swój charakter. Córeczce spodobał się Borsuk Mruk. Na kadrach innego komiksu – Ryjówki Przeznaczenia – widząc rysunek borsuka wołała „Borsuk Mruk!”. Często też powtarzała kwestie z komiksu (np. sprzeczkę Misia i Borsuka przed kopalnią).

Twarda oprawa jest dodatkowym plusem. Chociaż rodzice nie powinni się łudzić, pociechy są bardzo twórcze w zakresie niszczenia wszelakich pozycji czytanych. mis-nowackiNasz egzemplarz został obklejony przez córkę na dwóch stronach, na szczęście początkowych, naklejkami.

Czy zatem polecam lekturę Misia Zbysia dzieciom (i rodzicom)? Jak najbardziej. Jest to wspaniały początek przygody dla nieletnich i miły powrót do czasów dzieciństwa dla dorosłych. Czytając Julitce przygody dzielnego detektywa w myślach widziałem biblioteczkę zapełnioną setkami komiksów i moją córkę zaczytującą się w pozycjach Moore’a, Gaimana, Eisnera czy Satrapi (chociaż mam nadzieję, że doceni też zebraną przeze mnie klasykę Chrisy i będzie wspierać młodszych twórców polskiego pochodzenia). Trudno powiedzieć, jak się ta historia zakończy, ale pierwszy krok został postawiony. Teraz muszę tylko wprowadzać nowe pozycje, z bardziej skomplikowaną fabułą, i obserwować reakcję dziecka.

Maciej Jasiński (sc.), Piotr Nowacki (rys.), „Detektyw Miś Zbyś na tropie #2: Złoty Sokół Teksański”, Kultura Gniewu, Warszawa 2014.

[autor: Paweł Panicz]

sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Przygody Stasia i Złej Nogi

25/11/2016 § 1 komentarz


 Rodzina: nieidealne trio

przygody-stasia-i-zlej-nogiWczoraj wieczorem przeczytałem komiks. I nie ma w tej informacji właściwie nic niezwykłego. Ponieważ, gdy przeglądam swoje notatki, to wychodzi, że średnio czytam jeden album dziennie. Dlatego pewnie powinienem zacząć tekst inaczej. Może tak: Wczoraj wieczorem przeczytałem komiks, który mnie kompletnie zaskoczył. Spodziewałem się lekkiej i humorystycznej opowiastki pokroju Roznosiciela Sztybora & Nowackiego (klik! klik!), a obcowałem z fabułą przejmującą, wzruszającą i dającą do myślenia, która jest i smutna, i prawdziwa. O jakim komiksie mowa? Nie będę dłużej wzmagał napięcia, już zdradzam, czytałem: Przygody Stasia i Złej Nogi autorstwa Tomasza Grządzieli.

Kultura Gniewu opublikowała album w sierpniu tego roku. Przygody Stasia… można było jednak poznać wcześniej, ponieważ umyślone zostały przez autora jako webkomiks (klik! klik!) i były udostępniane w internetach od listopada 2014 do czerwca 2015. spellWersja papierowa różni się wirtualnej głównie objętością: dodano kilkanaście dodatkowych plansz, jednak pierwsza i ostatnia pozostały takie same.

Na stronie autor o pomyśle i początkach pisze tak: „(…)wpadłem na pomysł na depresyjny komiks o niepełnosprawnym chłopcu i jego wyzutej z emocji mamie. Ale nie chciałem, żeby komiks był zbyt ciężki. Uznałem, że niepełnosprawność chłopca musi wynikać z jakiejś dziwacznej choroby, która nieco zdystansuje całą historię od szarej i nudnej rzeczywistości. I tak powstała Zła Noga. Najważniejsza postać w całym komiksie”. Faktycznie w albumie występuje nieidealne trio głównych bohaterów: Mama, Staś i Zła Noga, bo „zła noga” jest bytem odrębnym i niezależnym od „nosiciela”. Nie należy jej traktować dosłownie, jest metaforą permanentnej choroby, która trawi ciało chłopca. Gros nas pewnie pamięta jakąś ciężką chorobę. I pamięta, że w takich chwilach ciało żyło samo, bo ono dyktowało warunki, niezależnie od wszelakich zaklęć, leków i terapii. Nasze „chcenia” nie mają wtedy nic do gadania.

Staś ma mocno zdeformowaną nogę, która uniemożliwia mu chodzenie, dlatego musi poruszać się tomasz-grzadzielana wózku inwalidzkim. Chłopak jest bardzo samotny. Wózek jest realną barierą, która uniemożliwia chłopcu nawiązanie przyjaźni z rówieśnikami. Dlatego nieumiarkowana wyobraźnia bohatera ożywia Nogę i czyni zeń najlepszego towarzysza zabaw, psot, codziennych epizodów w domu i szkole. Piszę trochę o Stasiu i Nodze. Jednak nie chciałbym pominąć Matki, bo ma do odebrania bardzo wyrazistą rolę: kobiety na skraju załamania, na skraju depresji, która cięgnie już resztkami sił.

Album składa się z kilkudziesięciu, zwykle jednostronicowych scenek, które układają się w zadziwiająco spójną chronologicznie narrację. Podczas lektury pozytywnie zaskakuje, że za pomocą minimalistycznych środków (uproszczony rysunek, brak drugiego planu, niewielka ilość dodatkowych rekwizytów) artysta zbudował niezwykle przejmującą historię. Myślę, że scenariusz świetnie sprawdziłby na scenie w teatrze. Dramat Grządzieli ma wysoce uniwersalny charakter. Jeszcze jeden mały cytat z autora: tomasz-spell-grzadziela„Więc Staś przeżył. Ale nie do końca. Bo rysując zakończenie zorientowałem się, że Staś umarł. Ten, kochany dzieciak, zawsze uśmiechnięty. (…) Umarł. A został inny Staś”. „Inny” – świadomy, że czas beztroski się skończył.

Przygody Stasia… to gorzka opowieść o rodzinie i trudach życia, o sytuacjach granicznych, które zmuszają nas, abyśmy w końcu wydorośleli. Całość okraszona została niewymuszonym humorem sytuacyjnym. Na początku wspomniałem, że trochę komiksów już w tym roku przeczytałem. Muszę publicznie przyznać, że nie przypominam sobie żadnego innego, który by mnie aż tak wzruszył.

Tomasz ‘Spell’ Grządziela (sc. & rys.), „Przygody Stasia i Złej Nogi”, Kultura Gniewu, Warszawa 2016.

[scenariusz: 6, rysunki: 5-, kolory/cienie: 4]
przygody-stasia-spell

sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Gotham Central #2: Klauni i szaleńcy

24/11/2016 § Dodaj komentarz


  Drugie starcie w Gotham

gotham-centralW komiksach, których akcja rozgrywa się w Gotham City, to zwykle Batman rozwiązuje skomplikowane zagadki kryminalne i ostatecznie ratuje miasto oraz niczego nieświadomych mieszkańców przed kolejnym atakiem jakiegoś porąbanego szaleńca. W pozycji Gotham Central, która wyszła spod ręki panów Brubakera i Rucki, jest zgoła inaczej. W wykreowanej przez scenarzystów rzeczywistości, to policjanci Wydziału Poważnych Przestępstw ścigają pomylonych przestępców, zabezpieczają ślady i prowadzą drobiazgowe śledztwa. A sam Człowiek-Nietoperz jest cieniem, który szybko przemyka w ciemnym zaułku.

W drugim tomie o tytule Klauni i szaleńcy zamieszczono cztery fabuły. Pierwsza i ostatnia są dziełem Eda Brubakera, a dwie środkowe napisał on wspólnie w Gregiem Rucką. W opowieści Marzenia i wiara czytelnik poznaje bliżej Stacy – recepcjonistkę i cywilną pracownicę posterunku, która jako jedyna ma prawo obsługiwać (włączać) Bat-Sygnał. Stacy dzieli się z czytelnikami także pewną, osobistą fantazją związaną z Mrocznym Rycerzem. Kolejna historia traktuje o bezpośrednim starciu funkcjonariuszy i detektywów WPP z najgroźniejszym szaleńcem miasta – z Jokerem, który tuż przed świętami Bożego Narodzenia terroryzuje Gotham michael-larki grozi zdetonowaniem bomby. Policjanci muszą odkryć, gdzie została ukryta. Kolejna, która nosi tytuł: Życie jest pełne rozczarowań, dostajemy popis świetnej policyjnej roboty.

Każda z fabuł, przedstawionych skrótowo powyżej, niesie ze sobą coś widowiskowego, intrygującego i zarazem wciągającego. Osobiście najbardziej mi się podoba ostatnia historia o tytule Nierozwiązane, której chodzi o śledztwo sprzed kilkunastu lat dotyczące masakry drużyny futbolowej. Wówczas sprawę prowadził Harvey Bullock, który musiał odłożyć ją ad acta, ale nigdy o niej nie zapomniał. Dlatego, gdy nagle wypływają nowe dowody stary, emerytowany detektyw znów wkracza na scenę. Jak wspomniałem za scenariusz odpowiada Brubaker, który trafnie sportretował (i ożywił!) Bullocka. Nie zdradzę pewnie za dużo, gdy napiszę, że emerytowany policjant niezbyt chętnie trzyma się litery prawa…

Seria Gotham Central to w dużej stopniu koncertowe dzieło Michaela Larka. Rysownik genialnie oddaje klimat ed-brubakeropowieści. Sportretowana przez niego rzeczywistość jest brudna, chłodna i niesympatyczna. Mimo wyraźnego uproszczenia w przedstawieniu postaci czytelnik nie ma wątpliwości, co czują poszczególni bohaterzy. Na osobną uwagę i pochwałę zasługuje robota Lee Loughridge’a – kolorysty, który zastosował stonowane, bure barwy i uproszczoną paletę.

Album Klauni i szaleńcy prezentuje się bardzo dobrze. Nawet lepiej niż jedynka (klik! klik!), ponieważ czytelnik już zna bohaterów. Wie, że nie może się spodziewać żadnego superhero, a raczej kameralnych opowieści, w których w centrum wydarzeń stoją pracownicy Wydziału Poważnych Przestępstw. Dla fanów tylko i wyłącznie „trykotów” recenzowana pozycja może wydawać się nieciekawa. Nic bardziej mylnego! Polecam każdemu.

Ed Brubaker & Greg Rucka (sc.), Michael Lark & Brian Hurtt & Stefano Gaudiano & Greg Scott (rys.), „Gotham Central #2: Klauni i szaleńcy”, tłum. Jacek Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1020, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.

[scenariusz: 5+, rysunki: 5+, kolory/cienie: 5]

greg-ruckasklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}
alejakomiksu
Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Doktor Strange: Początki i zakończenia

23/11/2016 § Dodaj komentarz


Doktor Strange – wprowadzenie

doctor-strange-beginnings-and-endingsPostać Doktora Stephena Strange, w którego filmową wersję wcielił się właśnie Benedict Cumberbatch, nie jest mi jakoś szczególnie znana. Zapewne wielu Polaków ma podobne odczucia, kojarząc tego bohatera jako dalszoplanową postać w serialu animowanym Spider-Man lub myląc go z osobą Doktora Fate z serii Liga Sprawiedliwych. Szczególnie jeśli bacznie nie śledzą przygód „amerykańskich” superbohaterów. Jednak nie o serialu ani filmie, na który dopiero mam zamiar się wybrać do kina, będzie tu mowa, a o komiksie noszącym podtytuł Początki i zakończenia. Opowiada on alternatywną, względem oryginału, historię drogi Strange’a do tego kim się stał – wielkiego maga i strażnika pomiędzy ciemnością a światłem. Opowieść jakich wiele już można było spotkać w wszelkiej maści książkach, filmach czy grach komputerowych, ale tutaj wypada ona, przynajmniej dla mnie, zadziwiająco ciekawie.

Nim przystąpiłem do lektury komiksu, poszperałem trochę w internecie szukając informacji nie tylko o tytułowym bohaterze, ale też o wszystkich postaciach występując w tym albumie. Wiadomo że uniwersum doktor-strangeMarvela i DC Comics posiada ogrom alternatywnych rzeczywistości, które potrafią się przeplatać. Zabaw ze skokami w czasie, podróżami między wymiarami i mieszaniną magii oraz nauki, jest w tych komiksach od groma. Raz to męczy, innym razem wypada bardzo dobrze. W przypadku Doktora Strange to jest wręcz zalecane, gdyż tytułowa postać jest strażnikiem pomiędzy wymiarami i toczącymi się rzeczywistościami. Właśnie ten element jako pierwszy świetnie obrazuje komiks, choć czytelnik dostrzega to, podobnie jak nasz bohater, dopiero na ostatnich stronach. Jest to z pewnością bardzo udany zabieg, mocno podnoszący wartość całego albumu.

Sama historia jest tutaj pretekstem do ukazania natury i przemiany Stephena Strange z człowieka lekkomyślnego i aroganckiego, w szlachetnego oraz chcącego ratować ludzkie życie. Słowem – klasyka. Od tej strony fabuła nie jest wstanie w wielu miejscach nas zaskoczyć. Strange jeszcze jako student, pracuje w programie Lekarzy bez granic w Tybecie, gdzie zamierza zapunktować u swego wykładowcy. Po powrocie i skończonych studiach zmienia się jednak, stając się coraz bardziej arogancki. Jego talent i zmysł chirurga sprawiają, że dostaje intratne propozycje od wielkich korporacji zajmujących się upiększaniem bogatych ludzi. Słowem Strange zajmuje się chirurgią plastyczną za grube miliony. Niestety pewnego razu ulega wypadkowi w górach co kończy się potrzaskaniem dłoni. Gdy wychodzi ze szpitala traci cały majątek, aby tylko odzyskać daną sprawność w dłoniach, ale jego wysiłki spełzają na niczym. Zatraca się i wtedy na jego drodze staje postać z przeszłości.

Wątpię, aby kogokolwiek zaskoczyła ta część opowieści czy stała się spoilerem, szczególnie jeśli oglądał zwiastuny filmu o Doktorze Strange, przedstawiający oryginalną wersję narodzin tego herosa. Nie ma bowiem tutaj nic, czego byśmy brandon-petersonjuż nie widzieli w masie innych produkcji. Jednak w całym tym powielanym do bólu schemacie pojawia się interesujący element – Devon Ellis. Jest on przyjacielem tytułowego bohatera, z którym zna się od dziecka. Razem dorastali, studiowali i dzielili się przyjemnościami oraz smutkami, jak i kobietami. Tak… obaj panowie nie należeli do wzorów cnoty. Niemniej to postać Devona przykuwa uwagę czytelnika najbardziej, szczególnie w drugiej połowie albumu. Zaskakuje i przeraża jednocześnie, zaś jego wątek pozostaje otwarty, co daje nadzieję na ciekawe rozwinięcie go w przyszłości.

Podobnie wygląda sprawa z osobą Barona Mordo, który jest od wielu lat na służbie u Starożytnego – mędrca stającego się nauczycielem Strange’a i przewodnika po innych wymiarach. Postać Barona przewijała się w przeszłości w wielu komiksach i kilku serialach animowanych, gdzie solidnie zapracował na swoją reputację antagonisty. Obecnie zaś widzimy jego pierwszy upadek, który w istocie jest bardzo krótkim epizodem w całym albumie. Sam Mordo odgrywa istotną rolę w przedstawionej opowieści, szczególnie zaś jeśli idzie o wprowadzenie innej, ważnej dla serii postaci, na scenę, jednak czytelnik dość szybko potrafi go rozszyfrować, a jeszcze szybciej o nim zapomina po skończonej lekturze. Jednak jeśli autorzy będą się trzymać starego kanonu tego maga, to będą mieli spore pole do popisu w następnych tomach.

Początki i zakończenia to naprawdę bardzo dobry album, mimo że w wielu miejscach wieje powielaniem schematu. Z drugiej strony w tym wypadku to pasuje. Poznajemy bowiem początki tytułowego bohatera i zakończenie jegodoktor-strange-comics przyziemnej wędrówki oraz wkroczenie na zupełnie nową ścieżkę życia. O ile można to tak nazwać. Jednak komiks sprawił, że mam teraz spore wątpliwości co do samego filmu, przedstawiającego ten sam okres z życia Doktora. Alternatywna historia wypada w moim odczuciu ciekawiej, bo daje nam człowieka upadłego, który odrodził się z swej próżności aby leczyć w zupełnie inny sposób. Patrząc po tym jak pokpiono sprawę z Civil War czy Suicide Squad (polskich nazw nie podam, bo są wręcz herezją dla tych komiksów), gdzie dużo elementów w samym filmie nie grało, obawy o kolejne adaptacje filmowe komiksów są w pełni uzasadnione. Dlatego cieszę się, że w Polsce została wydany w tym samym czasie ten album, gdyż w razie czego osłodzi on niesmak po seansie.

J. Michael Straczynski (sc.), Brandon Peterson (rys.), „Doktor Strange: Początki i zakończenia”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1039, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.

[autor: Artur Tojza]
[ocena: 8,5]

doctor-strange-jpgsklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}

%d bloggers like this: