Batman #9: Bloom

10/07/2017 § Dodaj komentarz


  Mroczny Rycerz powraca?

W rzeczywistości „kolorowych zeszytów” nic nigdy nie ginie bezpowrotnie, to prawda znana czytelnikom od dawna. Czy zatem Batman, a właściwie Bruce Wayne, mógł porzucić swoją rolę obrońcy Gotham na dobre, nawet jeśli stracił pamięć i wydaje się nie być sobą? Nadszedł czas, aby się o tym przekonać, otwieramy tom dziewiąty Batmana.

Pan Bloom, nowy przeciwnik Zamaskowanego Krzyżowca, wdziera się do Powers Building i zaczyna odruchowo zabijać ludzi. Gordon staje z nim do walki, ale choć sytuacja wydaje się obracać na korzyść nowego Człowieka Nietoperza, wróg ostatecznie ucieka. Kiedy więc udaje się go namierzyć, nikt nie jest pewien czy rzeczywiście trafili na jego trop, czy też może łotr przygotował na nich zasadzkę. Były komisarz decyduje się samotnie stawić czoła zagrożeniu, nawet za cenę własnego życia.

Tymczasem Bruce Wayne wiedzie spokojny żywot u boku ukochanej kobiety, którą prosi o rękę. Mimo że w jej przeszłości nie brak mrocznych kart, chce spędzić z nią życie. Wciąż jednak ma problemy z pamięcią, chociaż odzywa się w nim jakiś dawny zew. Spotkanie z Duke’iem, który na własną rękę podjął się odkrycia prawdziwej tożsamości Blooma, staje się impulsem do przypomnienia sobie dawnej roli obrońcy Gotham. Tylko czy to wystarczy, by dawny Batman powrócił? Czy jego powrót jest konieczny, aby w mieście ponownie zapanował pokój?

Scott Snyder i Greg Capullo zaczynając nową serię Batmana w ramach The New 52 (czy jak chce tego polskie nazewnictwo, Nowego DC Comics) stworzyli dzieło, które z miejsca stało się hitem, ale i pozycją niemalże kultową. Trybunał sów, jakim zaczęli swój run, powszechnie uznawany jest za jedną z najlepszych opowieści o Batmanie, a pozostałe zeszyty ich autorstwa także trzymają poziom. Nie inaczej jest też w przypadku Blooma, przedostatniego tomu serii, w którym znalazł się także jubileuszowy, bo pięćdziesiąty zeszyt. Z tej okazji twórcy nie tylko domykają wiele wątków, ale przygotowali dla czytelników porcję zaskoczeń. Co więcej omawiana odsłona, pod względem scenariusza, jest lepsza od „ósemki”, a pędząca na złamanie karku akcja nie pozwala na chwilę nudy. Chociaż na spokojniejsze momenty także znalazło się miejsce.

Właściwie ten komiks jest jak gra, w którą rżną funkcjonariusze gothamskiej policji, przypomina pokera, z tym, że gra się w nią szybko, bez zastanowienia, a na stole czeka zakryta karta mogąca odmienić losy całej zabawy. Na tej zasadzie Snyder i James Tynion IV zbudowali całą fabułę, starając się dostarczyć czytelnikom jak najwięcej dobrej zabawy. Skutecznie zresztą. Całość na dodatek podlali charakterystycznymi dla Batmana z New 52 elementami, takimi jak legendy miejskie i grzebanie w historii Gotham. Co tylko wyszło opowieści na dobre.

Pod względem graficznym Capullo jak zwykle nie zawodzi. Jego znakomita, szczegółowa i mroczna kreska świetnie współgra ze scenariuszem, podobnie zresztą jak kolor. Pozostali artyści też wypadają przyjemnie dla oka, choć nie tak dobrze jak on. Całość została uzupełniona o bogatą (liczącą blisko 40 stron) galerię okładek alternatywnych do 50 zeszytu przedstawiających walkę Batmana z Supermanem. Lista artystów odpowiedzialnych za owe okładki robi spore wrażenie, że wspomnę tylko o Timie Sale’u, Alexie Rossie, Jimie Lee, Paulu Pope’ie czy Gabrielu Dell’Otto.

W skrócie, miłośnicy Batmana będą bardzo zadowoleni. Dostaną bowiem dokładnie to, czego oczekiwali. Osobiście Blooma polecam i czekam na finałowy tom serii.

 Scott Snyder & James Tynion IV (sc.), Greg Capullo & Danny Miki & Yanick Paquette (rys.), „Batman #9: Bloom”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1145, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Y – Ostatni z mężczyzn. Tom 4

27/06/2017 § Dodaj komentarz


 Seksmisja na poważnie

Wystarczy jeden, ale dobry, konsekwentnie rozwijany i prowadzony pomysł, aby przykuć uwagę odbiorcy. Przy okazji wywołać u niego wypieki na twarzy i poczucie oczekiwania na kolejną odsłonę. Brian K. Vaughn miał taki właśnie pomysł. Niezbyt oryginalny wprawdzie, jednak posiadający duży potencjał. Dodatkowo udało mu się wykrzesać z niego wszystko to, co najlepsze.

W roku 2002 dochodzi do zagłady wszystkich mężczyzn, a dokładniej wszystkich samców, wszystkich posiadaczy chromosomu Y reprezentujących żyjące na Ziemi gatunki. Zostają tylko kobiety i on, dwudziestokilkuletni Yorick Brown oraz jego małpa Ampersand. Dlaczego ocaleli? Czym się różnią? Co mają wspólnego ze sobą? To jedne z wielu pytań, które wymagają odpowiedzi jednak samego Yoricka bardziej zajmuje coś innego – jak przebyć kilkanaście tysięcy kilometrów, jakie dzielą go od narzeczonej w świecie, który rządzi się zupełnie nowymi prawami.

Na początku czwartego tomu bohater znajduje się coraz bliżej celu, jednakże los nie sprzyja mu w odnalezieniu ukochanej. Sam przetrzymywany jest na łodzi podwodnej, a na dodatek jego małpa została uprowadzona najprawdopodobniej do Japonii. Sytuacja pogarsza się, kiedy Yorickowi w towarzystwie pracującej dla Culper Ring agentki 355 udaje się w końcu wyjść na ląd. Zdjęcie zrobione mu przez żądną sensacji dziennikarkę, gdy tylko zostanie opublikowane doprowadzi nie tylko do wojny, ale też i ogólnoświatowego polowania na ostatniego mężczyznę. Oboje muszą coś z tym zrobić, zanim będzie za późno… [Tekst o poprzednich trzech tomach do przeczytania tu: klik! klik!]

Nie dziwię się, że Stephen King określił Y – Ostatniego z mężczyzn mianem najlepszej powieści graficznej, jaką kiedykolwiek czytał. Jej postapokaliptyczny rozmach, skupienie się na przemianach jakie zaszły w świecie (również tych politycznych) oraz mentalności ludzkości przypominają jego dzieła typu Bastion czy Pod kopułą. Jednakże napisana przez Briana K. Vaughana (Runaways, Saga) seria przypomina także wiele innych dzieł Sci-Fi.

Koncepcja świata bez mężczyzn wywodząca się z legend o Amazonkach, choć w Polsce najbardziej kojarzy się z komediową Seksmisją, ma długą gatunkową tradycję (tu wystarczy wspomnieć Virgin Planet Poula Andersona czy The Holdfast Chronicles Suzy McKee Charnas). Co ciekawe scenarzysta Y tak dobrze wykorzystał ten schemat, że historia Yoricka wymieniana jest w kanonie dzieł o tej właśnie tematyce. Poza tym Ostatni z mężczyzn przypomina także The Walking Dead. Żywe trupy, ale jest o niebo od nich (zarówno w ujęciu komiksowym, jak i serialowym) lepszy. I chociaż seria Vaughana nie przypomina go w żadnym momencie, emocje jakie we mnie wywołała przypominały te, jakie towarzyszyły mi w trakcie lektury Kaznodziei Gartha Ennisa, a to coś znaczy.

Komplementy odnośnie Y można mnożyć w nieskończoność. Znakomity scenariusz, niesamowity klimat, ciekawe zagadki, dobrze skonstruowane postacie i akcja. Do tego dochodzą wspaniałe w swej prostocie ilustracje w wykonaniu Pii Guerrery (nagrodzonej za nie najważniejszymi komiksowymi wyróżnieniami, nagrodą Eisnera, Harveya i Joe Shuster Award) i Gorana Sudžuki (Hellblazer). Po prostu świetna komiksowa robota.

Nic zatem dziwnego, że Ostatni z mężczyzn poza wspomnianymi wyżej wyróżnieniami zdobył Esinera dla najlepszej serii, kolejnego przyniósł Vaughanowi jako najlepszemu scenarzyście, a także doczekał się nominacji do Hugo Award (w kategorii najlepszej opowieści graficznej) jednej z najważniejszych nagród literackich przyznawanych utworom fantastycznym. Jeśli więc jeszcze nie znacie, to nadróbcie jak najszybciej. Bez wątpienia warto!

 Brian K. Vaughan (sc.), Pia Guerra & Goran Sudžuka (rys.), „Y – Ostatni z mężczyzn. Tom 4”, przeł. Krzysztof Uliszewski, Klub Świata Komiksu – album 1104, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Michał Lipka]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Batman #8: Waga superciężka

15/06/2017 § 2 komentarze


Batman bez Batmana

W roku 2011 wydawnictwo DC Comics postanowiło po raz kolejny w swojej liczącej wówczas 77 lat historii przeczyścić nieco uniwersum i odświeżyć tytuły, czego wynikiem było zrestartowanie najważniejszych serii. Wydarzenie przeszło do historii edytora pod szyldem The New 52. Sześć lat temu rozpoczął się nowy etap w życiu Batmana, a teraz nadszedł czas na kolejną zmianę. Zmianę wizerunku, ale także i osoby noszącej kostium Człowieka Nietoperza.

Batman zaginął w ostatniej walce z Jokerem i całe Gotham przekonane jest o jego śmierci (patrz album: Ostateczna rozgrywka). Mieszkańcy nie zamierzają jednak siedzieć z założonymi rękami. Miasto nie może istnieć bez swojego symbolu i największego obrońcy, dlatego Powers International zaczyna przygotowania do przedstawienia światu nowego Mrocznego Rycerza. Chociaż kandydatów jest wielu, na dodatek silniejszych, szybszych czy bardziej wytrwałych, nowym Batmanem zostaje nie kto inny tylko komisarz Jim Gordon. To on, w technologicznie zaawansowanej zbroi, zaczyna patrolować ulice Gotham City. Jego celem jest nie tylko zastąpienie Bruce’a Wayne’a, ale także pokazania jakie możliwości niesie ze sobą fakt, że Człowiek Nietoperz zamiast działać na granicy prawa, współpracuje ściśle z funkcjonariuszami w ramach jego przepisów.

Czy to może się sprawdzić? Czy człowiek o wiele mniej przygotowany do swojej misji niż jego poprzednik poradzi sobie zarówno ze starymi, jak i nowymi wrogami? Kiedy w Gotham pojawia się potężny przeciwnik Gordona czeka prawdziwy test w roli Batmana…

Batman bez Batmana – tak w skrócie można podsumować najnowszy, ósmy tom serii o Zamaskowanym Krzyżowcu. Bruce Wayne porzucił swoją rolę, zniknął, jego miejsce zajmuje długoletni przyjaciel. Zmieniają się też metody, ale jedno pozostaje takie samo: dobra zabawa. Kto polubił komiksy pisane przez Scotta Snydera, ten na pewno się nie zawiedzie, chociaż Waga superciężka nie jest aż tak udana, jak Trybunał sów. To po prostu bardzo dobra opowieść rozrywkowa, łącząca w sobie przygodę, grozę, miejskie legendy (trudno w nowym przeciwniku nie dopatrzyć się postaci Slender Mana) i całkiem sporą porcję mangowych klimatów (zbroja Gordona á la mecha). Nie zabrakło też porcji brutalności i krwawych scen, a całość wypełniona została po brzegi konkretną, efektowną akcją. Album możemy uznać za otwarcie nowego rozdziału w Batmanie, moim zdaniem całkiem niezłe. Dodatkowo rzecz sprawdza się jako samodzielna opowieść, od której można zacząć swoją przygodę z obrońcą Gotham.

Graficznie jest znakomicie. Rysunki Grega Capullo (niezapomniane prace dla Spawna!) są realistyczne, czyste, czasem lekko „mangujące”, ale w przypadku tej opowieści stanowi to duży plus. Poszczególne plansze bywają zarówno proste i dynamiczne, jak i złożone oraz pełne detali. Całość robi bardzo pozytywne wrażenie. Nieźle wypada też interludium w wykonaniu Jocka (do którego scenariusz wraz ze Snyderem napisał znakomity Brian Azzarello), choć jest prostsze i o wiele bardziej brudne, a zarazem klasyczne.

Jeśli chodzi o The New 52 (czy też Nowe DC Comics, bo takiej nazwy używa Egmont Polska) serie o Batmanie zdecydowanie należą do najciekawszych jego reprezentantów. Przy okazji to także jedne z najlepszych nowości od tego wydawnictwa dostępne na naszym rynku i warto jest przyjrzeć się im bliżej. Szczególnie, że ich lektura nie wymaga dobrej znajomości historii cyklu, co pozwala cieszyć się nią nie tylko stałym i starym fanom.

Scott Snyder & Brian Azzarello (sc.), Greg Capullo & Jock {właśc. Mark Simpson} (rys.), „Batman #8: Waga superciężka”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1101, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

300

13/06/2017 § 4 komentarze


  Było ich tylko trzystu

O, tak! Ileż lat czekałem na wznowienie tego komiksu i oto wreszcie jest! Czytelnicy, którzy dotychczas nie zapoznali się z tym legendarnym dziełem, mogą wreszcie nadrobić ten błąd. I niech przy okazji zapomną o filmie, jaki powstał na jego podstawie, bo ten, choć wierny literze pierwowzoru, w najmniejszym stopniu nie dorasta do pięt komiksowi stworzonemu niemal dwadzieścia lat temu przez Franka Millera i Lynn Varley.

Rok 480 p.n.e. Sparta. Król Leonidas staje w obliczu niezwykle trudnej decyzji, która może zaważyć na losach jego ojczyzny. Kiedy milionowa – przynajmniej według plotek – armia Perska pod wodzą Kserksesa rusza do boju, chce by Spartanie poddali się, jak wiele innych narodów. Leonidas odmawia jednak, gotów stawić opór przeciwnikom. Ale kiedy kapłani z powodu święta Karneji zabraniają armii wyruszyć na wojnę, Król wraz z zaledwie z liczącą trzystu żołnierzy osobistą gwardią wybiera się „na przechadzkę”. Wie, że już nigdy nie powróci do domu, wie żę nie zobaczy bliskich ani ukochanej, ale wie też, że wbrew pozorom ma szansę powstrzymać perską armię. Istnieje bowiem pewne miejsce zwane Gorącymi Wrotami, gdzie wszelka przewaga liczebna traci na znaczeniu…

Trzy nagrody Willa Eisner (dla Najlepszej serii, Najlepszego scenarzysty/rysownika oraz Kolorysty) i dwie Harvey Award (za Najlepsza seria oraz Najlepszy kolorysta) oraz 34 miejsce na liście komiksów wszechczasów zdaniem magazynu „Wizard”. 300 Franka Millera to jedno z niepodważalnych arcydzieł komiksu amerykańskiego i zarazem także jedno z największych dokonań Franka Millera, człowieka który wraz z Alanem Moore’em w pamiętnym roku 1986 zrewolucjonizował historie obrazkowe.

Bitwa pod Termopilami od zawsze fascynowała autora, swoisty hołd oddał jej już w albumie Sin City: Krwawa jatka, zamieszczając tam nawet kadr z Leonidasem, ale najwyraźniej to nie wystarczyło. Bowiem trzy lata później stworzył 300, przyćmiewając znaczną część swoich dokonań. Nic w tym jednak dziwnego – nietypowa, jak na amerykańskie realia opowieść o Spartanach stających do walki z przeważającą ich armią perską to prawdziwe mistrzostwo, zarówno jeśli chodzi o zwięzły bardzo scenariusz, jak i absolutnie urzekające plansze.

Fabuła jest z założenia prosta. Wszyscy wiemy, jak się ona skończy, dlatego też Miller dużą wagę przyłożył do mniej istotnych kwestii i detali. Wprowadza na scenę na przykład zdeformowanego Spartana, zagłębia w drastyczne szczegóły selekcji noworodków, czy ukazuje grzechy i sprzedajność kapłanów. Przede wszystkim jednak skupia swoją uwagę na mentalności żołnierzy, dla których uczucia to słabość, jakiej nie mogą okazywać nawet najbliższym. Oczywiście, jak na Millera przystało, nie brakuje tutaj akcji, krwawych pojedynków a nawet nuty erotyki i czarnego humoru.

A wszystko to zostało wprost przepięknie zilustrowane. Rysunki podobne do tego, co autor pokazał w swoim opus magnum Sin City otrzymały tutaj delikatny, wyważony i nastrojowy kolor nałożony przez ówczesną żoną Millera, Lynn Varley. Kadry, a właściwie duże, poziome plansze, robią wielkie wrażenie. Czasem brudne, czasem dynamiczne w typowym bardziej dla filmów, niż komiksów stylu… Coś pięknego.

Kiedy miałem kilkanaście lat, zakochałem się w twórczości Millera, najpierw dzięki fragmentom Sin City publikowanym w „Świecie Komiksu”, a potem pełnoprawnym albumom. Te uczucia powróciły do mnie, kiedy czytałem 300 i przypomniały mi za co tak uwielbiałem autora. Dlatego gorąco polecam niniejszy, pięknie wydany album. Każdy, kto ceni komiksy będzie zachwycony.

Frank Miller (sc. & rys.), „300”, tłum. Maciek Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1084, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., wyd. II, Warszawa 2017.

 [autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

New Avengers #3: Inne światy

07/06/2017 § Dodaj komentarz


 Wszystko umiera…

Nieskończoność definitywnie dobiegła końca, ale nie skończyły się zagrożenia dla całego (wszech)świata. Starcie z rasą Budowniczych to był dopiero początek, teraz Mścicieli czekają wyzwania o wiele gorsze. Hickman konsekwentnie rozbudowuje swoją wielką opowieść o wrogach, z jakimi Avengers nie mają najmniejszych szans, stawiając ich dodatkowo w obliczu ciężkich moralnych wyborów. Inne światy, które kontynuują pewnie wątki z Nieskończoności, gwarantują znakomitą zabawę wszystkim tym, którym spodobał się ten epicki event.

Wszystko umiera. Mister Fantastic zna prawdę, jest z nią pogodzony, ale nie może zaakceptować jednego – że tym razem wszystko umiera przedwcześnie. Na różnych Ziemiach dzieje się to samo, nadciąga kolejny kryzys, następne światy stają w obliczu inkursji, a decyzja, który z nich poświęcić znajduje się w rękach niewielkiej grupki wojowników. Iluminaci usiłują rozwiązać tajemnicę nadciągającej zagłady, ale jak zawsze nie są wolni od prywatnych spraw. Czy uda się zażegnać konflikt pomiędzy Czarną Panterą i Namorem? Jaką tajemnicę skrywa Czarny Łabędź? I do jak wielkich poświeceń będą jeszcze zdolni bohaterowie byle tylko oclić swoją planetę?

Avengers wg Hickmana (zarówno „zwykła seria”, jak i ta z przedrostkiem „New” – obie zresztą przeplatają się ze sobą) to bardziej jeden wielki event, od czasu do czasu przeplatany kolejnymi wydarzeniami, które mają wpływ na ogół uniwersum Marvela, niż typowa seria komiksowa. Od początku do końca na jej łamach rozgrywa się jedna wielka opowieść, która w ostatecznym rozrachunku odmienia status quo całego świata, jaki stworzyło to wydawnictwo. Dlatego też jeśli czytacie wydawane po polsku eventy (a tych nie da się pominąć, nawet jeśli sięgacie tylko po ulubione komiksy, bo mają na nie znaczący wpływ), przygody Avengers powinny znaleźć się w Waszej kolekcji. Abstrahując jednak od tego, przy to okazji bardzo udany (i złożony) cykl utrzymany w klimatach science fiction.

W trzecim tomie różne alternatywne rzeczywistości starają się na swój sposób poradzić sobie z problemem. Dla czytelników najciekawsze jednak jest nie samo to, a fakt możliwości obserwowania odmiennych wersji wydarzeń i postaci. Zmarły w naszej rzeczywistości Xavier na innej Ziemi wciąż ma się dobrze, a Magneto stworzył wreszcie królestwo dla mutantów, a to tylko niektóre z ciekawostek, jakie znajdziecie na stronach albumu. Nie brak też wyniszczającej całe światy akcji, poświęcenia i intrygujących kwestii. Kartografowie? Hebanowy Król? Rabum Alal? Co to wszystko znaczy, kim oni są? Wiadome jest jedno – to, co nadciąga przerasta wszystkich. Konsekwencje będą niewyobrażalne. Aż chce się czytać dalej.

Dodatkowo album narysowany został znakomicie. Europejska kreska Bianchiego, czasem prosta, czasem zachwycająca realizmem jest po prostu świetna (a jego okładki to perełki!), Rags Morales też nie radzi sobie źle – jego ilustracje to rzetelna, rzemieślnicza robota. I co więcej mogę tu dodać? Jeśli lubicie dobre komiksy superbohaterskie z głównego nurtu, rozejrzyjcie się wśród nowości za New Avengers. Warto, jeśli jesteście fanami Marvela.

Jonathan Hickman (sc.), Simone Bianchi & Rags Morales (rys.), „New Avengers #3: Inne światy”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1120, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Punisher Max. Tom 1

16/05/2017 § 2 komentarze


Punisher na maxa

Kiedy w roku 2000 Garth Ennis, świeżo po skończeniu pracy nad swoim opus magnum Kaznodzieją, przejął pisanie przygód marvelowskiego mściciela, Punisher nie miał się najlepiej. Zabity, a następnie wskrzeszony w miniserii Purgatory stał się „niebiańskim” agentem pracującym zarówno dla aniołów, jak i demonów. To się nie mogło udać, dlatego Ennis z miejsca odrzucił kontynuowanie fabuły i skupił się na walce Franka Castle’a z gangsterami i bandytami. Dwunastoczęściowy run, zatytułowany Witaj w domu, Frank okazał się strzałem w dziesiątkę, a irlandzki scenarzysta dostał możliwość napisania nie tylko kilku oneshotów i miniserii, ale też całego cyklu, a potem i kolejnego, już w ramach linii Max przeznaczonej dla dorosłych czytelników. I to właśnie te ostatnie przygody, krwawe, brutalne i wulgarne, trafiły niedawno do rąk polskich czytelników. I chociaż przemoc osiąga w pierwszym tomie serii absurdalne rozmiary, mimo wszystko jest to rewelacyjny komiks, który czyta się jednym tchem.

Historia w nim opowiedziana jest w zasadzie prosta. Punisher morduje kolejnych gangsterów – bossów, pomniejszych żołnierzy czy nawet „emerytowanych” już członków mafijnych rodzin – i to masowo. Chce ich zabijać tak długo, aż przestaną pojawiać się kolejni na ich miejsce. Osaczeni przestępcy chcą się pozbyć wroga za wszelką cenę, ale nie tylko oni polują na Mściciela. Pewna tajemnicza grupa nie tylko jest w stanie go wyśledzić, ale także ma po swojej stronie Micro, dawnego współpracownika Franka. Czy tym razem przeciwnicy zdołają powstrzymać samozwańczego egzekutora?

W pierwszej miniserii o Punisherze (Circle of Blood) twórcy postawili istotne pytanie: Ile przemocy i zabijania znieść może jeden człowiek? Ennis kontynuując tradycję zastanawia się czy istnieje sposób, aby Frank Castle przestał być Mścicielem. Oczywiście robi to w charakterystycznym dla siebie stylu, psychologii postaci szukając wśród przerysowanej brutalności, hektolitrach krwi i czarnym humorze. Punisher, niby Rambo w czwartej odsłonie swoich przygód, chwyta za karabin maszynowy i rozpoczyna spektakularną rzeź. Ale nie jest to masakra dla masakry, chociaż Ennis lubuje się w okrucieństwie. Autor po raz kolejny pokazuje więc zagubionego człowieka, który nie potrafi przestać mordować. Śmierć rodziny z rąk gangsterów to jedynie pretekst, by móc strzelać do kolejnych ludzi pod płaszczykiem walki z bezprawiem. Czy w takiej sytuacji istnieje jeszcze jakaś granica? I gdzie są resztki człowieczeństwa Punishera? Odpowiedzi, jak zawsze u tego scenarzysty, są mroczne i niepokojące.

I w takim tonie utrzymane zostały również ilustracje – przynajmniej w pierwszych sześciu z zebranych tu zeszytów. Kreska jest brudna, kadry ciemne, a Lewis LaRosa nie unika pokazywania wprost ran i okaleczeń. Prościej wyglądają kolejne części w wykonaniu Leandro Fernándeza, ale i one mają swój klimat i urok, a przede wszystkim pasują do pisanego przez Ennisa scenariusza.

Wprawdzie mogłoby się wydawać, że Punisher Max nie ma do zaoferowania nic ponad mocną rozrywkę, jednak to tylko pozory. Z tym z komiksem jest tak jak z filmami Tarantino, wystarczy spojrzeć poprzez tryskającą krew, a okazuje się, że naprawdę kryje się tam coś więcej. Ennis po raz kolejny nie zawiódł, a recenzowany tytuł jest jedną z najlepszych opowieści wydanych przez Egmont w ramach klasyki Marvela. Warto sięgnąć, szczególnie że nadaje się dobrze również dla nowych odbiorców. Warto też czekać na kolejne tomy, tym bardziej że Egmont od czerwca zaczyna wznawiać Kaznodzieję, co gwarantuje, iż Ennis nieprędko zniknie z księgarskich półek.

Garth Ennis (sc.), Lewis LaRosa & Leandro Fernández (rys.), „Punisher Max. Tom 1”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1115, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

X-Men: Mordercza geneza

03/05/2017 § Dodaj komentarz


 Mutanci, duchy i tajemnice Xaviera

To, że marvelowscy mutanci nigdy nie mieli lekko, wie każdy czytelnik ich przygód. Jednak to wydarzenie opublikowane jako Ród M stało się jednym z najcięższych okresów w ich historii. Scarlet Witch wymazała istnienie większość homo superior oraz sprawiła, że miał już więcej nie narodzić się żaden przedstawiciel tej rasy. Album Mordercza geneza podejmuje opowieść właśnie w tym miejscu i korzystając ze sprawdzonych schematów fabularnych wrzuca X-Menów w wir szalonej walki, która wydaje się nie mieć dobrego zakończenia.

Po ostatnich wydarzeniach dla mutantów nadszedł kolejny ciężki okres wypełniony niepewnością i pytaniami. Nikt nie wie gdzie zniknął ich mentor, Charles Xavier. Hank natomiast zastanawia się nad jeszcze jedną kwestią: co się stało z odebraną mocą tysięcy mutantów. W przyrodzie nic przecież nie ginie, energia jest stała, więc i ta nie mogła zniknąć. Tymczasem na orbicie w zniszczonym promie kosmicznym pojawia się tajemnicza postać. Jej przybycie na powierzchnię Ziemi wraz z wrakiem wahadłowca alarmuje X-Menów, bowiem osobnik ów dysponuje mocą przynajmniej poziomu Omega. Scott, Wolverine i Rachel ruszają na miejsce, chcąc dotrzeć tam przed wojskiem i zbadać całą sytuację. Nie są jednak gotowi na to, co tam zastaną.

Tymczasem wokół X-Menów zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Duchy zmarłych bliskich pojawiają się w ich otoczeniu, a koszmarne wspomnienia przybierają konkretne kształty na ich oczach. Jaki to wszystko ma związek z głęboko skrywanymi sekretami Xaviera, na trop których wpada Sean? I czemu nowy, potężny wróg X-Men wydaje się znać przynajmniej część z nich, jakby już kiedyś się spotkali?

Mordercza geneza to sześcioczęściowa miniseria, która miała znaczący wpływ na wydarzenia głównych x-menowych tytułów. Całość nie jest szczególnie odkrywcza. Schemat narracyjny znany jest miłośnikom komiksów od lat, jednakże siłą albumu Eda Brubakera, jest jego wykorzystanie. Autor między innymi Zimowego żołnierza wziął na warsztat historię o tajemnicach przeszłości, podlał ją szybką akcją, dużą ilością wydarzeń i niebezpieczeństw i zmiksował w jedną, naprawdę znakomitą całość. Od pierwszych stron dzieje się dużo, nie ma chwili na nudę, a odbrązowienie Charlesa Xaviera dodaje charakteru zarówno postaci, jak i całej opowieści.

Co warto nadmienić Mordercza geneza mocno związana jest z legendarną Drugą genezą. Zaczynają od tytułu i okładki, przez treść wracającą do opisanych tam wydarzeń i odmieniającą ich oblicze, po wprowadzenie do fabuły nowych postaci. Czyta się to znakomicie, a na miłośników mutantów znających dobrze ich losy czeka wiele nawiązań uprzyjemniających lekturę. Bardzo dobrze wypadły także krótkie komiksy rysowane przez Pete’a Woodsa, przybliżające przeszłość nowych postaci.

A skoro o rysunkach mowa, odpowiedzialny za szatę graficzną głównej treści Trevor Hairsine wykonał kawał dobrej roboty. Jego nowoczesne, realistyczne rysunki w sam raz pasują do niniejszej opowieści. Ilustracje są dynamiczne, mroczne i odpowiednio efektowne, czyli takie, jakie być powinny. Chociaż patrząc na okładki stworzone przez Marca Silvestriego chciałbym zobaczyć ten album w jego wykonaniu.

Lubicie X-Menów? Tak. To koniecznie sięgnijcie po omawiany komiks, bo przedstawia ważny etap w historii mutantów. Wypada też wspomnieć, że fabuła Brubakera doczekała się także wersji What if…, ale jak to mówią, to już zupełnie inna historia…

Ed Brubaker (sc.), Trevor Hairsine & Scott Hanna (rys.), „X-Men: Mordercza geneza”, tłum. Kamil Śmiałkowski, Klub Świata Komiksu – album 1109, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Michał Lipka at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: