Golden Dogs #2: Orwood

19/10/2017 § Dodaj komentarz


Złote Psy idą w rozsypkę

Złote Psy świetnie sobie radzą. Skoki stają się coraz bardziej zuchwałe i bezczelne. Fama, jaką zdobył sobie kwartet złodziei, dotarła z jednej strony do najbardziej mrocznych zaułków Londynu, a z drugiej na salony arystokracji. Bohaterowie pławią się w sukcesie i samouwielbieniu. Przychodzi moment na najważniejszy skok w karierze. Czy wszystko pójdzie zgodnie z planem? Czy lojalność członków gangu względem siebie oraz oddanie sprawie są na tyle silne, że stawią czoła przeciwnościom?

Wydawać by się mogło, że skoro podtytuł „dwójki” brzmi Orwood, to fabuła skupiać się będzie na postaci przywódcy złodziejskiej szajki, który skrywa niejeden mroczny seret. Narratorką ponownie jest Fanny, która – jak pamiętamy z poprzedniej częścijest niezdrowo zafascynowana tytułowym mężczyzną i w końcu dopina swego, czyli regularnie uprawia z nim seks. Opowieść dziewczyny zawiera kilka faktów o kochanku, które udało jej się odkryć, ale głównie relacjonuje, jak doszło do rozpadu grupy i jakie były dalsze jej losy.

Stephen Desberg nie poradził sobie z rozplanowaniem fabuły w drugiej połowie bieżącej odsłony. „Mrocznemu” sekretowi Orwooda, który stanowił podwaliny postaci, pisarz poświęca za mało uwagi. Zresztą, gdy w końcu zostaje ujawniony, to okazuje się, że jest on nijaki. A od momentu ucieczki Fanny z Londynu historia staje się nudna i tendencyjna. Naiwność oraz głupota narratorki ogromnie irytują. Z biegiem akcji postać traci wszelkie psychologiczne uzasadnienie.

Na szczęście nie zawodzi oprawa graficzna. Griffo utrzymuje poziom znany z pierwszego albumu: wyraźny kontur, szeroka gama ludzkich typów zaludniających opowieść, realistyczne przedstawienie, które miejscami ociera się o cartoon i zajmująca scenografia kolejnych lokacji. Układ kadrów na planszy jest klasyczny, żadnych eksperymentów i zabaw z narracją wizualną. Podobnie rzecz ma się z perspektywą – używana jest głównie linearna.

Być może mylę się w swoich rozpoznaniach. Być może scenarzysta specjalnie w ten sposób poprowadził historię, aby podkreślić naiwność oraz prostolinijność narratorki. I w kolejnym albumie zafunduje niespodziewaną woltę. Oby tak właśnie było, czego życzę wszystkim czytelnikom i sobie.

Stéphen Desberg (sc.), Griffo {właśc. Werner Goelen} (rys.), „Golden Dogs #2: Orwood”, tłum. Andrzej Luniak, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 2, rysunki: 4-, kolory/cienie: 3+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Reklamy

Golden Dogs #1: Fanny

18/10/2017 § Dodaj komentarz


 Złote Psy z Londynu

Golden Dogs to francuska, czteroodcinkowa seria komiksowa, która wyszła spod ręki scenarzysty Stephena Desberga oraz rysownika Wernera Goelena, podpisującego się przydomkiem Griffo. Polskim edytorem jest oficyna Scream Comics, która w tym roku wypuściła na rynek już dwie części: Fanny oraz Orwood. Każdy z kolejnych tomów nosi podtytuł związany z imieniem lub pseudonimem głównych bohaterów opowieści. Kwartet składa się z dwóch kobiet i dwóch mężczyzn.

Akcja komiksu rozgrywa się w brudnych i ciemnych zaułkach XIX-wiecznego Londynu. Narratorką „jedynki” jest Fanny, która opowiada, jak doszło do utworzenia złodziejskiego gangu o nazwie Golden Dogs. Dzięki retrospekcji dowiadujemy się, że już od najmłodszych lat dziewczyna nie miała lekkiego życia. Wcześnie osierocona, uciekła z prowincji do wielkiego miasta – Londynu, gdzie podjęła się wykonywania „najstarszego zawodu świata”. Pracuje w podejrzanych spelunach i na ulicach, jednak ma dużo większe ambicje. Dlatego nie waha się, gdy charyzmatyczny, tajemniczy Orwood proponuje jej przyłączenie się do szajki złodziei.

Opowieść zamieszczona w albumie ma charakter typowej genezy. Zostają przedstawione występujące postaci oraz ukazane pewne więzy ich łączące. Do Złotych Psów, obok wspomnianej powyżej dwójki, należą: uwolniona z więzienia Lukrecja oraz aktor operowy Lario, który nadzwyczaj biegle posługuje się sztyletem. Scenarzysta każdemu z bohaterów poświęca kilka scen, ale zdradza niewiele informacji o ich przeszłości. Tymczasem wiemy, że wszyscy skrywają jakieś tajemnice.

Za oprawę graficzną odpowiada belgijski rysownik, którego prace w Polsce mieliśmy okazję oglądać seriach komiksowych Giacomo C. oraz Vlad. Artysta posługuje się wyrazistym konturem, jego kreska jest mocna i dobitna. Postaci ukazano realistycznie, chociaż miejscami, szczególnie w wypadku stróżów prawa, typów spod ciemnej gwiazdy czy bogaczy, możemy dostrzec karykaturalne zacięcie. Niemała część akcji rozgrywa się w domach publicznych oraz w sypialniach (komiks przeznaczony jest dla dorosłego czytelnika), dlatego widzimy roznegliżowane kobiety i sceny seksu. Trochę szwankuje mimika i dynamika postaci, za to całkiem nieźle wypada przedstawienie miasta.

Debiut serii wydaje się na tyle intrygujący, że warto zapoznać się z propozycją Desberga i Goelena. Zresztą pisarz zadbał o to, aby czytelnik sięgnął po kolejną odsłonę, gdyż włożył w usta narratorki wypowiedź: „Byliśmy nierozłączni, ponieważ zespoiły nas trudy życia. Było nas czworo. Ale był wśród nas zdrajca. I dlatego wszystko się skończyło”. Po lekturze tomu pierwszego ta kwestia wciąż pozostaje otwarta…

Stephen Desberg (sc.), Griffo {właśc. Werner Goelen} (rys.), „Golden Dogs #1: Fanny”, tłum. Andrzej Luniak, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 3+, rysunki: 4-, kolory/cienie: 3+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Łabędzi śpiew #1: Jutro będzie już po nas

19/09/2017 § Dodaj komentarz


 Porucznik Katzinski i jego żołnierze

Akcja komiksu Łabędzi śpiew rozgrywa się dokładnie sto lat temu. I wojna światowa w pełnej krasie: nędzne okopy, błoto, brak ciepłych posiłków, bezsensowne szarże pod osłoną prowizorycznych czołgów, beznadzieja i frustracja. Bohaterami są francuscy żołnierze z kompanii dowodzonej przez porucznika Katzinskiego, których poznajemy, gdy wracają z niezbyt udanej wiosennej kampanii. Do Zgromadzenia Narodowego, obradującego w Paryżu, nie docierają prawdziwe informacje o aktualnym stanie działań wojennych. Wysoko postawieni generałowie świadomie wprowadzają w błąd parlamentarzystów.

Jednak jest nadzieja, że sytuacja może ulec zmianie, że niepotrzebne masakry mogą się zakończyć, że wojna może się w końcu skończyć. A to za sprawą tak zwanej Petycji ze wzgórza 108, która – jeśli dotrze do Paryża dokładnie za trzy dni – może odmienić losy zwykłych żołnierzy. W przekazanie dokumentu zostają zaangażowani podwładni porucznika Katzinskiego. I w tym miejscu następuje wolta. Stricte wojenna opowieść przeradza się z pełną niebezpieczeństw, przygodowo-awanturniczą historię. Na plan pierwszy, miast spadających bomb, wysuwają się psychologiczne i fizyczne konsekwencje decyzji podjętych przez występujące postaci. Nie będę szeroko przybliżał fabuły, wspomnę jedynie, że żołnierze wstępują na drogę bezprawia – dezerterują z linii frontu i zostają zabójcami.

Pod względem fabularnym album Jutro będzie już po nas wypada intrygująco. Innym powodem, dla którego warto się z omawianym komiksem zapoznać jest oprawa graficzna autorstwa Cédrica Babouche’a. Dla francuskiego rysownika jest to pierwsza pełnometrażowa przygoda z „kolorowymi zeszytami”, wcześniej pracował przy produkcji filmów animowanych. I trzeba przyznać, że szlify, które zdobył podczas pracy animatora są widoczne gołym okiem: rozedrgana kreska, linie nakładane jedna na drugą oraz przesunięcie koloru względem konturu. Wspomniane zabiegi sprawiają wrażenie, że postaci faktycznie są w ruchu. Sceny rozgrywające się na froncie (wybuchy, szarża czy ucieczka) nakreślone zostały z duża dynamiką i ekspresją. Pod tym względem świetnie wypadają plansze na stronach od 8 do 11. Artysta nieźle sobie radzi z kolorem, który nakłada za pomocą farb wodnych. I chociaż większość plansz ma monochromatyczny charakter, to te, na których ukazana została przyroda, prezentują się nadzwyczaj dobrze. W zestawie dodatków zamieszczonych na końcu tomu możemy zapoznać się z całym procesem powstawania planszy – od pierwszego szkicu, a do finalnego przedstawiania.

Omawiana produkcja jest owocem współpracy pary scenarzystów. Dobrze znanego i cenionego w naszym kraju Xaviera Dorisona (Long John Silver, W.E.S.T., Fechmistrz czy Undertaker) oraz Emmanuela Herzeta. Drugiego z panów możemy kojarzyć z komiksu Wydział Lincoln, który – jak może pamiętamy – został zilustrowany przez naszego rodaka Piotra Kowalskiego. Cieszy, że cykl Łabędzi śpiew to tylko dyptyk. „Jedynka” nie zawodzi, bo kieruje narrację w stronę political fiction. Dlatego chętnie sięgnę po następną odsłonę. A was tymczasem namawiam na bliższe zapoznanie się z podwładnymi porucznika Katzinskiego.

 Xavier Dorison & Emmanuel Herzet (sc.), Cédric Babouche (rys.), „Łabędzi śpiew #1: Jutro będzie już po nas”, tłum. Jakub Syty, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4-, kolory/cienie: 3]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Sykes

04/08/2017 § 3 Komentarze


 Sceny z życia szeryfa

Jeszcze cztery czy pięć lat temu w Polsce ukazywało się niewiele komiksów. Fani opowieści obrazkowych mogli kupować właściwie każdą kolejną produkcję. Aktualnie nie jest już to możliwe, gdyż co miesiąc na półki księgarskie trafia kilkadziesiąt nowych pozycji. Różnorakich, od superhero po tytuły dla dzieci, od alternatywy po „frankofony”. Dlatego kupujący z większym rozeznaniem i selekcją rozbudowują swoje domowe kolekcje. Osobiście stawiam na westerny – pod tym kontem rozwijam swoją biblioteczkę. Rodzimi wydawcy regularnie dostarczają kolejne albumy, które mogę odstawić na tematyczną półeczkę, gdzie stoją już: Comanche, Ringo, Blueberry, Undertaker, Lucky Luke oraz Sykes. Nad ostatnią pozycją, która ukazała się nakładem Scream Comics, chciałbym się dziś pochylić.

Album rozpoczyna się sceną rozgrywającą się w małej, żyznej dolinie. Pewien ubrany na czarno jeździec podjeżdża pod samotnie stojący dom i prosi bawiącego się w obejściu chłopca o wodę. Dochodzi do nieporozumienia. Z domu wychodzi kobieta z obrzynem w rękach. Grzecznie „sugeruje” mężczyźnie by się nie zatrzymywał i jechał dalej swoją drogą. Na szczęście udaje się uniknąć strzelaniny. Kobieta opuszcza broń, gdy mężczyzna unosi klapę kurtki i pokazuje wpiętą na piersi gwiazdę szeryfa. Przed odjazdem ostrzega panią Starret o grasującej gdzieś w pobliżu bandzie nikczemnych przestępców.

Tak przedstawia się pierwsze spotkanie chłopca Jima Starreta oraz mężczyzny imieniem Sykes, który nosi pseudonim ‘Wyrok’. Dlaczego ‘Wyrok’? Już odpowiadam, cytując scenarzystę, „(…) jak dopadnie swoją zdobycz, a zawsze ją dopada, wierz mi, sądzi, skazuje i dokonuje egzekucji za jednym zamachem”. Tak, główny bohater jest poniekąd westernową wersją Sędziego Dredda czy Ronana Oskarżyciela. Sykes jedzie do miasteczka, gdzie ma spotkać się z przyjacielem od krwawej, ale legalnej roboty. On i O’Malley mają zapolować na bandę Claytonów, która – co wcale nie dziwi – noc wcześniej napadła na farmę pani Starret. Małoletni Jim był świadkiem dantejskich, nieludzkich scen. Dlatego, mimo sprzeciwu szeryfa, bierze aktywny udział w obławie na oprychów. Tytułowy bohater ma z nimi do wyrównania swoje prywatne rachunki.

Pod względem fabularnym album jest ciekawie skonstruowany. Całość w trzech czwartych przebiega utartymi szlakami, jakimi zwykle podążają tego typu historie, rozgrywające się na Dzikim Zachodzie. Dużo ciekawiej przedstawia się końcówka komiksu, gdzie Pierre Dubois w telegraficznym skrócie ukazuje kolejne lata „pracy” pary szeryfów, aż do ponownego spotkania protagonisty z Jimem, który dorósł, okrzepł i wyrobił sobie własne zdanie o wydarzeniach rozgrywających się na pograniczu.

Za oprawę graficzną odpowiada, dotąd nie prezentowany w Polsce, francuski artysta Dimitri Armand. Rysownik stawia na realizm. Postaci ukazane są zgodnie z normami anatomicznymi i fizjonomicznymi. Na uwagę zasługuje także wysoka dynamika ruchów oraz gestów. Całość narysowana została mięsistą, tłustą kreską. Ilustracje obwiedziono mocnym, wyraźnym konturem. Twórca mniej uwagi przywiązuje do tła i drugiego planu, który zwykle ograniczony zostaje do barwnej plamy.

Lubię komiksowe westerny. Pewnie dlatego omawiany tom przypadł mi do gustu. Jestem przekonany, że osobom o podobnym „skrzywieniu” Sykes się spodoba.

Pierre Dubois (sc.), Dimitri Armand (rys.), „Sykes”, tłum. Jakub Syty, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Monika #1: Bale maskowe

02/08/2017 § Dodaj komentarz


 Kobieta w masce

Oficyna Scream Comics debiutowała stosunkowo niedawno, bo dwa lata temu, a już ma w swoim koszyku ponad 50 albumów, głównie z rynku europejskiego. Wydawnictwo nie koncentruje się na jednym typie komiksów, a wciąż różnicuje swoją ofertę. W ubiegłym roku portfolio edytora poszerzone zostało o pozycję zdecydowanie dla dorosłych. Seria Monika, za którą odpowiadają Thilde Barboni (scenariusz) i Guillem March (rysunki), to thriller erotyczny z elementami fantastyki naukowej.

W pierwszym tomie poznajemy piękną Monikę. Główna bohaterka jest multimedialną artystką, która przy pomocy najbliższego przyjaciela próbuje odnaleźć zaginioną dwa lata temu siostrę. Trop prowadzi do przystojnego i popularnego polityka Christiana Epsona, który najprawdopodobniej dobrze znał Erikę. Protagonistka postanawia jakoś zbliżyć się do mężczyzny, uwieść, rozkochać w sobie i, ostatecznie, wydobyć informacje. Coś, co początkowo jest jedynie grą czy też zabawą z biegiem akcji zmienia swój charakter. Kobieta, niejako mimowolnie, poważnie angażuje się w związek, który – nie ukrywajmy – ma charakter głównie seksualny.

Fabuła albumu Bale maskowe jest wielowątkowa. Niektóre tematy zostały jedynie delikatnie zasygnalizowane i pewnie będą rozwijane w drugiej odsłonie. Ciekawie wypada sprawa związana z przyjacielem Moniki. Theo, który jest inżynierem i programistą, ukradł w Japonii części i komponenty zaawansowanego androida i teraz w ukryciu go składa. Dobrze zapowiada się również wątek związany z politykiem, głosi on liberalne hasła, które nie podobają się pewnym osobom. Istnieje niejawna grupa, która ma wobec Epsona swoje plany. W działalność zaangażowana jest siostra protagonistki.

Akcja komiksu zbudowana jest z kilku intrygujących elementów. Najsłabiej wypadają fragmenty poświęcone romansowi. Dodatkowo moje zastrzeżenia budzi lista dialogowa, miejscami wypowiedzi postaci brzmią pompatyczne i nienaturalne. Początkowo myślałem, że winien jest tłumacz, ale jednak nie, ponieważ Paweł Biskupski dał się już poznać z dobrej strony, w końcu ma na swoim koncie choćby Incala czy Tulipanka.

Intrygująco prezentuje się warstwa graficzna albumu. March to hiszpański rysownik, którego prace mogliśmy oglądać w kilku produkcjach od DC Comics. Jednak tym razem prezentują się one zupełnie inaczej. Plansze uwodzą zmysłowym przedstawieniem kobiecych postaci. Kreska jest bardzo delikatna i ledwie widoczna. Należy zwrócić uwagę na dobór barw: dominuje biel i czerwień. Głównie za sprawą kolorów album przywodzi mi na myśl powieść Niebezpieczne związki Pierre’a de Laclosa.

Bale maskowe to dość interesująca pozycja, mocno osadzona we współczesnych realiach, w której fragmenty erotyczne stanowią jedynie apetyczny ozdobnik. Album kończy się zaskakującym i efektownym cliffhangerem, który powoduje, że chcemy poznać finał opowieści o pięknej Monice.

Thilde Barboni (sc.), Guillem March (rys.), „Monika #1: Bale maskowe”, tłum. Paweł Biskupski, Scream Comics, Łódź 2016.

[scenariusz: 3, rysunki: 4-, kolory/cienie: 4+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!} gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Niedźwiedzi kieł #2: Hanna

28/07/2017 § Dodaj komentarz


 Max kontra Hanna

Drugi album z serii Niedźwiedzi kieł rozpoczyna się sceną nocnego nalotu brytyjskich bombowców na rakietowy poligon doświadczalny hitlerowców w Bliźnie. Nieba nad podkarpacką wioską bronią eksperymentalne wiropłaty pionowego startu i lądowania Focke-Wulf Triebflügel. Jeden z Halifaxów transportuje na swoim pokładzie, oprócz zaopatrzenia dla partyzantów z Armii Krajowej, amerykańskiego pilota – Maksa, którego mieliśmy okazję poznać w pierwszej odsłonie cyklu.

Dla przypomnienia: Max jest Polakiem żydowskiego pochodzenia, który przed wojną mieszkał w okolicach Jeleniej Góry. Od dzieciństwa marzył o lataniu. Podobnie zresztą jak dwójka jego bliskich przyjaciół: Hanna i Werner, którzy, aby zrealizować marzenie, dołączyli do partii nazistowskiej. Nasz bohater musiał emigrować, za oceanem wstąpił do armii amerykańskiej, gdzie latał na Corsairach. Teraz na zlecenie wojskowego wywiadu został przerzucony do Polski, aby po latach spotkać się z Hanną Reitsch. Misja, w której pomagają Maksowi polscy partyzanci, ma na celu wyeliminowanie najlepszej pilotki III Rzeszy.

Sposób prowadzenia akcji w bieżącym tomie jest taki sam, co w „jedynce”. Fabuła rozwija się poprzez dwie linie narracyjne, które zgrabnie się ze sobą przeplatają. Pierwsza przedstawia aktualne wydarzenia. Natomiast dzięki drugiej poznajemy szczegóły z przeszłości bohaterów, m.in. dowiadujemy się dlaczego cykl nosi tytuł Niedźwiedzi kieł. Czy naszemu bohaterowi uda się niepostrzeżenie wniknąć do tajnej bazy Luftwaffe? Czy uniknie zdekonspirowania? Czy będzie potrafił zapomnieć o emocjonalnej więzi, jaka łączy go z oblatywaczką i w odpowiednim momencie nie zawaha się zabić przyjaciółki?

Album, a właściwie cała seria, może się podobać ze względu na bardzo precyzyjny i czysty rysunek. Alain Henriet dołożył wszelkich starań w celu dokładnego odwzorowania niemieckich samolotów, mundurów i innych pojazdów mechanicznych. Równie dobrze radzi sobie z przedstawieniem występujących postaci oraz ukazaniem dynamicznych scen walk powietrznych. Dzięki powiększonemu formatowi komiksu całość jest miła dla oka, plansze – zbudowane bardzo klasycznie – wywierają silne wrażenie.

Od dziesięcioleci Wunderwaffe rozpala fantazję historyków i fascynatów II wojny światowej. Scenarzysta, Yann le Pennetier, trochę nagina rzeczywistość, gdyż wiropłaty Triebflügel nie wyszły z fazy testów w tunelu aerodynamicznym, a załogowych wersji pocisku V-1, mimo przeszkolenia kilkudziesięciu pilotów, nie użyto na polu walki. Powyższe nieścisłości nie mają specjalnego znaczenia, gdyż Hanna nie jest komiksem stricte historycznym, to pozycja przygodowa z wątkami obyczajowymi, którą czyta się z zainteresowaniem.

Yann {właśc. Yann le Pennetier} (sc.), Alain Henriet (rys.), „Niedźwiedzi kieł #2: Hanna”, tłum. Jakub Kaliński, Scream Comics, Łódź 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 4-, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu: 

Tulipanek

16/06/2017 § Dodaj komentarz


 Przeszłość narysowana na ciele

Tulipanek to komiks, za który odpowiadają Jérôme Charyn oraz Francois Boucq. Zarówno scenarzysta, jak i rysownik są twórcami w Polsce rozpoznawalnymi. Warto wspomnieć, że obaj panowie odpowiedzialni są za album Czarcia morda, dodatkowo grafika kojarzyć możemy też z westernowej serii Bouncer (klik! klik!). Choćby dlatego wypada się publikacją zainteresować.

Akcja komiksu rozpoczyna się w Nowym Jorku w 1970 roku. Niejaki Paul prowadzi jednoosobowy zakład tatuażu, a dodatkowo – jako rysownik – współpracuje z lokalną policją przy tworzeniu portretów pamięciowych przestępców. Mężczyzna naprawdę ma na imię Pawieł i kiedyś wraz z rodzicami mieszkał z ZSRR. Jego ojciec chciał pracować z Siergiejem Eisensteinem i dlatego pod koniec lat 40. XX wieku przywiózł rodzinę ze Stanów do Rosji. Z perspektywy czasu, to była bardzo zła decyzja, gdyż aparat komunistyczny uznał ich za szpiegów i zesłał do gułagu na Syberię. Siedmioletniego wówczas chłopca rozdzielono z rodzicami, musiał sam sobie radzić, aby jakoś przetrwać.

Scenarzysta prowadzi fabułę dwutorowo. Pierwszy wątek rozgrywa się tu i teraz, ma poniekąd kryminalny charakter: w Nowym Jorku ktoś bestialsko morduje kobiety, które nocą samotnie wracają do domu. Bohater musi, chcąc nie chcąc, stawić czoło przeszłości. Drugi wątek ma w formę retrospekcji. Pisarz nie oszczędza czytelnika, który poznaje potworne, przerażające szczegóły życia w obozie, gdzie wymuszania, gwałty, bicie i inne bestialskie zachowania są na porządku dziennym. W tym aspekcie komiks ukazuje koszmarną rzeczywistość, obok której nie da się przejść obojętnie. Włosy jeżą się na głowie.

Charyn z wielkim znawstwem przybliża obozowe zasady, hierarchię więźniów, ich zadziwiający (i odrażający) kodeks honorowy. Partie komiksu poświęcone codzienności w gułagu są niemiłe, ale i wciągające. Chyba nie zdradzę za dużo, gdy napiszę, że bohaterowi udało się przeżyć pobyt w obozie ponieważ poznał arkana sztuki „rysowania na skórze”. Jak mówi jeden z osadzonych: „Tatuaż (…) jest dla nas święty. W regionie kołymskim tatuaże nadają nam tożsamość”.

Wizualnie komiks prezentuje się nadzwyczaj dobrze. Boucq ma zadziwiający styl rysownia, ponieważ łączy elementy nadzwyczaj realistyczne z wyraźnie karykaturalnymi. Dotyczy to w szczególności fizjonomii występujących postaci. W wypadku recenzowanej pozycji maniera dobrze się sprawdza, gdyż dzięki owemu przerysowaniu czytelnik może nabrać dystansu do ukazanych zdarzeń. Zastosowane kadrowanie jest bardzo klasyczne, co także ułatwia odbiór.

Jak wspomniałem, lektura Tulipanka nie jest miłym doświadczeniem. Ze względu na prawdziwość i szczerość relacji komiks przeznaczony jest tylko i wyłącznie dla dorosłego czytelnika. Oficyna Scream Comics kolejny raz spisała się na medal: album wydano w powiększonym formacie i w twardej oprawie. Dodatkowo polska edycja, w przeciwieństwie do amerykańskiej, nie została ocenzurowana. Albumu nie polecam osobom wrażliwym, które nie były w stanie doczytać do końca Pożegnania z Marią Tadeusza Borowskiego.

Jérôme Charyn (sc.), François Boucq (rys.), „Tulipanek”, tłum. Paweł Biskupski, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Scream Comics at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: