Tulipanek

16/06/2017 § Dodaj komentarz


 Przeszłość narysowana na ciele

Tulipanek to komiks, za który odpowiadają Jérôme Charyn oraz Francois Boucq. Zarówno scenarzysta, jak i rysownik są twórcami w Polsce rozpoznawalnymi. Warto wspomnieć, że obaj panowie odpowiedzialni są za album Czarcia morda, dodatkowo grafika kojarzyć możemy też z westernowej serii Bouncer (klik! klik!). Choćby dlatego wypada się publikacją zainteresować.

Akcja komiksu rozpoczyna się w Nowym Jorku w 1970 roku. Niejaki Paul prowadzi jednoosobowy zakład tatuażu, a dodatkowo – jako rysownik – współpracuje z lokalną policją przy tworzeniu portretów pamięciowych przestępców. Mężczyzna naprawdę ma na imię Pawieł i kiedyś wraz z rodzicami mieszkał z ZSRR. Jego ojciec chciał pracować z Siergiejem Eisensteinem i dlatego pod koniec lat 40. XX wieku przywiózł rodzinę ze Stanów do Rosji. Z perspektywy czasu, to była bardzo zła decyzja, gdyż aparat komunistyczny uznał ich za szpiegów i zesłał do gułagu na Syberię. Siedmioletniego wówczas chłopca rozdzielono z rodzicami, musiał sam sobie radzić, aby jakoś przetrwać.

Scenarzysta prowadzi fabułę dwutorowo. Pierwszy wątek rozgrywa się tu i teraz, ma poniekąd kryminalny charakter: w Nowym Jorku ktoś bestialsko morduje kobiety, które nocą samotnie wracają do domu. Bohater musi, chcąc nie chcąc, stawić czoło przeszłości. Drugi wątek ma w formę retrospekcji. Pisarz nie oszczędza czytelnika, który poznaje potworne, przerażające szczegóły życia w obozie, gdzie wymuszania, gwałty, bicie i inne bestialskie zachowania są na porządku dziennym. W tym aspekcie komiks ukazuje koszmarną rzeczywistość, obok której nie da się przejść obojętnie. Włosy jeżą się na głowie.

Charyn z wielkim znawstwem przybliża obozowe zasady, hierarchię więźniów, ich zadziwiający (i odrażający) kodeks honorowy. Partie komiksu poświęcone codzienności w gułagu są niemiłe, ale i wciągające. Chyba nie zdradzę za dużo, gdy napiszę, że bohaterowi udało się przeżyć pobyt w obozie ponieważ poznał arkana sztuki „rysowania na skórze”. Jak mówi jeden z osadzonych: „Tatuaż (…) jest dla nas święty. W regionie kołymskim tatuaże nadają nam tożsamość”.

Wizualnie komiks prezentuje się nadzwyczaj dobrze. Boucq ma zadziwiający styl rysownia, ponieważ łączy elementy nadzwyczaj realistyczne z wyraźnie karykaturalnymi. Dotyczy to w szczególności fizjonomii występujących postaci. W wypadku recenzowanej pozycji maniera dobrze się sprawdza, gdyż dzięki owemu przerysowaniu czytelnik może nabrać dystansu do ukazanych zdarzeń. Zastosowane kadrowanie jest bardzo klasyczne, co także ułatwia odbiór.

Jak wspomniałem, lektura Tulipanka nie jest miłym doświadczeniem. Ze względu na prawdziwość i szczerość relacji komiks przeznaczony jest tylko i wyłącznie dla dorosłego czytelnika. Oficyna Scream Comics kolejny raz spisała się na medal: album wydano w powiększonym formacie i w twardej oprawie. Dodatkowo polska edycja, w przeciwieństwie do amerykańskiej, nie została ocenzurowana. Albumu nie polecam osobom wrażliwym, które nie były w stanie doczytać do końca Pożegnania z Marią Tadeusza Borowskiego.

Jérôme Charyn (sc.), François Boucq (rys.), „Tulipanek”, tłum. Paweł Biskupski, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Wędrówka przez Morze Czerwone

10/04/2017 § Dodaj komentarz


  Podróżować, to znaczy oddać się zdradzie

Któż z nas nie ma ochoty uciec od rutyny codzienności? Są takie chwile w życiu każdego z nas, w których chcieliśmy diametralnie wszystko zmienić. Zerwać więzy, które podtrzymujemy tylko z przyzwyczajenia lub ze strachu przed nowym i nieznanym. Nadać życiu barw, uczynić bardziej celowym. Marzymy o czymś, ale nie mamy odwagi, aby tego dokonać. Opis oraz ilustracja na okładce komiksu Wędrówka przez Morze Czerwone składają czytelnikowi propozycję podróży. Joël Alessandra zaprasza do wejścia na pokład i popłynięcia razem z Fredem na spotkanie wielkiej przygody.

Wędrówka… to opowieść o charakterze autobiograficznym. Chociaż główny bohater komiksu nosi imię Tom, to bez wątpienia możemy uznać, że jest on alter-ego autora. Opowieść zaczyna się bardzo dramatycznie: pewnego zimowego dnia, prawie dwóch latach choroby, umiera żona bohatera. „Pustka zagościła w moim życiu (…). Moja praca nauczyciela tylko pogarszała stany lękowe…” – notuje na marginesie. Z dnia na dzień czuje się gorzej, popada w apatię, wpada w pułapkę wspomnień o Annie. W końcu postanawia coś zmienić. Zamknąć rozdział poprzez przyjęcie posady nauczyciela rysunku w Dżibuti w Afryce.

Fascynacja i ekscytacja nowymi miejscem, nowymi ludźmi oraz możliwością spełnienia dawnych marzeń pomagają mu ugasić ból po stracie. Rzuca się w wir pracy, biega po mieście z aparatem fotograficznym, notatnikiem i ołówkiem: „Dzięki rysowaniu mogłem poczuć, że żyję”. Wciąż czuje się obcy, jest obserwatorem, a nie uczestnikiem. Tak trwa w pewnym zawieszeniu do czasu spotkania Freda. Panowie wyraźnie się od siebie różnią, a mimo to zawiązuje się między nimi nić przyjaźni. Fred to typek spod ciemnej gwiazdy: przewodnik, przemytnik i zbrojna eskorta w jednym. Tom pozostaje pod wpływem nowego przyjaciela i razem z nim wyrusza, aby przeżyć przygodę. Przygodę, która odmieni całkowicie jego życie.

Fabuła prowadzona jest w formie diariusza, w którym autor zamieszcza zdjęcia, koślawe szkice, wkleja bilety, notuje rozmowy, przepisuje cytaty z aktualnych lektur. Głównie z awanturniczo-przygodowych powieści Henry’ego de Monfreid, ale wspomina się także o Josephie Conradzie czy Josephie Kesselu. W tym aspekcie recenzowana pozycja jest fascynującym dziennikiem, świadectwem przemiany jaka zachodzi w bohaterze dzięki nowemu przyjacielowi i przeżytej przygodzie.

Wizualnie album przypomina trochę prace Cyrila Pedrosy i Manuele’a Fiora. Rozedrgana kreska, nieprecyzyjne przedstawienie. Rysownik używa ołówka i cienkopisu aby naszkicować kontury, które potem wypełnia akwarelami. Nałożone kolory są spłowiałe od słońca, przeważają różne odcienie brązu, dużo beżu i ochry. W pierwszej połowie albumu trochę szwankuje wizualne prowadzenie narracji, za dużo jest zdjęć i wstawek ze szkicownika, które nijak się mają do fabuły. Jednak od momentu pojawienia się Freda opowieść nabiera rumieńców. Tak na marginesie, bohater ten (wizualnie i pod względem zachowania) przypomina mi postać Rasputina, który występuje serii Corto Maltese Hugo Pratta.

Wędrówka przez Morze Czerwone to ciekawy przykład połączenia reportażu i pamiętnika z podróży w zborną opowieść o charakterze przygodowo-awanturniczym. Komiks przywodzi na myśl Dziennik podróżny Craiga Thompsona (klik! klik!). Jednak jeśli porównamy obie pozycje, to produkcja amerykańskiego autora wypada blado i powierzchownie. Alessandra nie boi się wejść między tubylców, żyć ich życiem oraz pokazać swoje uczucia.

Joël Alessandra (sc. & rys.), „Wędrówka przez Morze Czerwone”, tłum. Paweł Biskuski, Scream Comics, Łódź 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 4, kolory/cienie: 3+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Dampierre #1: Czarny świt | Czas zwycięstw

13/02/2017 § Dodaj komentarz


 Przystojny młodzieniec, dwie kobiety i rewolucja francuska

Ddampierreurango, flagowy serial autorstwa scenarzysty i rysownika Yvesa Swolfsa, dobrze sobie w naszym kraju radzi. Elemental powoli zbliża się do ukończenia edycji. W grudniu premierę miał album numer dwanaście, czyli przed czytelnikami jeszcze tylko pięć odsłon. Wielbiciele twórczości belgijskiego artysty nie mają jednak powodów do narzekania – mogą sięgnąć teraz po serię Dampierre, która jesienią wystartowała w wydawnictwie Scream Comics. Łódzka oficyna zdecydowała się na publikację dwóch oryginalnych albumów w jednym tomie. Na takiej samej zasadzie ukazują się i inne serie u tego edytora: Dekalog (klik! klik!) czy Dżinn (klik! klik!). W edycji Scream cały cykl Dampierre zamknie się w pięciu zbiorczych tomach.

Pierwsza odsłona zawiera albumy: Czarny świt oraz Czas zwycięstw. Oba są napisane i narysowane przez Swolfsa, dalej, od trzeciego do dziewiątego zeszytu, artysta odpowiada jedynie za scenariusz, wspierają go rysownicy: najpierw Frédéric Delzant (pseud. Éric), następnie Pierre Legein, który napisał także skrypt ostatniej części. Seria ukazywała się w latach 1988 – 2002. Tyle tytułem wstępu. Zajmijmy się w końcu komiksem!

Jest październik 1792 roku. Tytułowy bohater, noszący imię Julian, to ubogi młodzieniec, yves-swolfsktórego poznajemy, gdy wkracza do małego miasteczka w departamencie Wandea. Chłopak udaje się prosto do domu mistrza Forestiera, gdzie chce się nająć do pracy jako stajenny. Robotę dostaje. Wynagrodzenie stanowi nocleg, wikt, opierunek i osiem franków tygodniowo. Młodzieniec najchętniej zrezygnowałby z finansowego uposażenia w zamian za lekcje strzelania i fechtunku. Tak się składa, że jego nowy pan nieprzypadkowo nosi przydomek „mistrz” – jest emerytowanym nauczycielem szermierki, aktualnie zajmującym się wychowaniem dorastającej córki.

Jak można się spodziewać, dziewczyna wpada w oko nowemu stajennemu, który okazuje się być całkiem rozgarniętym typkiem z ambicjami. Umie czytać i pisać, ale także dość dobrze orientuje się w sytuacji politycznej regionu. To ważne, ponieważ scenarzysta umieścił akcję komiksu w bardzo konkretnym miejscu i czasie. We Francji trwa rewolucja, monarchia została obalona, szlachta i duchowieństwo tracą swoje przywileje. W departamencie Wandea wybucha powstanie rojalistyczne. Bezpośrednią przyczyną rewolty był dekret Zgromadzenia Narodowego powołujący pod broń tysiące mężczyzn (czytaj: chłopów). „Inną przyczyną było sukcesywne zastępowanie księży odmawiających ślubowania na Konstytucję cywilną kleru księżmi konstytucyjnymi, co w lokalnym społeczeństwie spotkało się ze złym przyjęciem” (cytat za: Wikipedia: Wojny wandejskie). Buntownikami wywodzącymi się głównie z plebsu dowodziła szlachta, nierzadko zmuszona postawą chłopów (co zostało ukazane w komiksie). Starcia powstańców z armią republikańską były bardzo krwawe.

Wszystkie wspomniane wyżej zdarzenia (i wiele innych) przewijają się na kartach albumu. swolfsPisarz odwołuje się do nich całkowicie bezpośrednio, umieszczając swojego bohatera w centrum historycznych wydarzeń. Chłopak szybko wspina się po szczeblach wojskowej kariery, a udaje mu się to głównie dzięki intymnemu związkowi z pewną markizą. Kobieta dobiła z nim targu. W zamian za protekcję uczyniła go zbrojnym ramieniem i „ostatecznym” narzędziem wendetty wymierzonej w grupę pięciu arystokratów, z którymi spiskował jej mąż.

Gdy zaczęło się robić gorąco, chcąc ratować własną skórę (i majątki), „grupa pięciu” zdradziła markiza de la Roche Saint-Sidier. Niewierność przyjaciół zaprowadziła go na szafot. Przystojny Dampierre jest rozdarty. Nie potrafi się zdecydować czy pozostać wierny swej młodzieńczej miłości, czy nadal korzystać z łoża i opieki markizy.

Fabuła komiksu obfituje w zaskakujące zwroty akcji i zawiera wiele innych wątków, które nie zawsze łączą się bezpośrednio z protagonistą. Scenariusz omawianej pozycji jest precyzyjnie zbudowany. Jak na opowieść, która liczy sobie prawie sto stron, całość jawi się interesująco i zajmująco. Akcja prowadzona jest burzliwie. Zmieniają się lokacje: a to alkowa i łóżko markizy, a to rynek w miasteczku, a to stajnia, a to las. Całość obfituje w sceny walki (klasyczne pojedynki na szpady) i krwawe bitwy. Sporo jest także wstawek obyczajowych i stricte historycznych. Szkoda, że rodzimy wydawca nie pokusił się o krótkie posłowie, w którym zostałoby przybliżone tło historyczne i społeczne wydarzeń.

Za oprawę graficzną pierwszego zbiorczego tomu odpowiada Swolfs. Całość narysowana jest realistyczną, dampierre-swolfscienką kreską. Artysta dołożył wszelkich starań, aby bardzo precyzyjnie odwzorować historyczną scenografię: od mundurów, nakryć głowy i krynolin, poprzez narzędzia chłopów oraz broń żołnierzy, a skończywszy na budynkach i rozległych plenerach. W drugiej opowieści (Czas zwycięstw) sporo zdarzeń rozgrywa się na łonie natury. Muszę przyznać, że przedstawienie przyrody mnie urzekło. Plansze są po prostu klasycznie piękne.

Lektura dała mi sporo satysfakcji. Szkoda, że w Polsce nie produkuje się tego typu opowieści: historycznych i zarazem rozrywkowych. Mam wrażenie, że recenzowany komiks przeszedł w naszym kraju bez echa. Aż żal, bo to ciekawa i żywiołowo opowiedziana historia. A na dokładkę wizualnie atrakcyjna. Wielbiciele komiksów przygodowych spod znaku płaszcza i szpady koniecznie powinni się z omawianą pozycją zaznajomić.

Yves Swolfs (sc. & rys.), „Dampierre #1: Czarny świt | Czas zwycięstw”, tłum. Jakub Syty, Scream Comics, Łódź 2016.

 [scenariusz: 4, rysunki: 5, kolory/cienie: 4+] 

dampierre-swolfssklep {komiks można kupić tu: klik! klik!gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Krew tchórzy #2: Rzeźnik

25/01/2017 § Dodaj komentarz


 Rzeźnik i przedstawiciele Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej

krew-tchorzyRzeźnik to drugi album serii Krew tchórzy, w którym do końca zrealizowany zostaje wątek fabularny dotyczący śledztwa rozpoczętego w 1663 roku przez majora Arthura J. Joyce’a Byrona Pike’a. Koronny śledczy stara się rozwiązać zagadkę poćwiartowanych zwłok kilku mężczyzn odnalezionych u brzegu rzeki Ouse. Akcja komiksu, tak samo jak w uprzedniej odsłonie, rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych i geograficznych. Dochodzenie Arthura Pike’a jest ściśle powiązane z wydarzeniami, które rozegrały się dwadzieścia lat wcześniej na Jawie.

W Batawii pierwsze skrzypce grał James Eddington, kapitan Pierwszego Regimentu Królewskich Kirasjerów, który miał za zadanie wyjaśnić okoliczności śmierci sir Francisa. Idzi mu jak po grudzie. Zresztą koronnemu śledczemu w Anglii także niespecjalnie się wiedzie, właściwie udało mu się ustalić tożsamość zamordowanych mężczyzn, ale nic z tego dalej nie wynika. I w jednym, i w drugim wątku  sang-lache-2-01dwuznaczną rolę odgrywają wysoko postawieni przedstawiciele Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej (VOC), którym niespecjalnie zależy na schwytaniu sprawców i wyjaśnieniu motywu morderstw.

Wyraźnie wzrasta dynamika obu prowadzonych śledztw. Co prawda scenarzysta wciąż myli tropy, pozwala swym bohaterom szukać na oślep i błądzić niczym dzieci we mgle. Jednak z biegiem akcji czytelnik zaczyna rozumieć, że oba wątki są ze sobą przewrotnie i ściśle powiązane. Zresztą, kto by się spodziewał, że pod płaszczykiem uprzejmości i profesjonalizmu major Pike skrywa drugą, bardzo przerażającą, twarz. Nie będę zdradzał zamysłu Jeana-Yvesa Delitte’a, ponieważ warto samemu zmierzyć się z fabułą. Zapewniam, że całość jest nieźle obmyślona.

Pod względem graficznym Rzeźnik nie odbiega od Zemsty Jamy. Nadal duże wrażenie robi szczegółowość i dokładność świata przedstawionego. Zwracają uwagę spektakularne dwuplanszowe rozkładówki, na których podziwiać możemy zimowy krajobraz angielskich siedemnastowiecznych przedmieść lub spieczone słońcem okolice portu w Batawii. Należy docenić także sam układ karów na planszy, który miejscami bywa delittezaskakujący i nieoczywisty. Rysunek Delitte’a robi na mnie silne wrażenie, choć przeszkadza mi jedna, mała drobnostka: postaci wypowiadają się przez zamknięte usta.

Recenzując jedynkę pisałem: „Serial Krew tchórzy nie jest czystą opowieścią spod znaku płaszcza i szpady. Zawiera wyraziste elementy komiksu detektywistycznego…”. Po lekturze dwójki muszę przyznać, że komiks ma znamiona świetnego kryminału, w którym napięcie wzrasta ze strony na stronę, aż do całkowicie niespodziewanego finału. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się takiego zakończenia. Całość opowieści zostaje wywrócona do góry nogami. Po zdobyciu całkowitej wiedzy warto dyptyk przeczytać raz jeszcze, aby dokładnie poukładać poszczególne elementy układanki i docenić kunszt scenarzysty.

Jean-Yves Delitte (sc. & rys.), „Krew tchórzy #2: Rzeźnik”, tłum. Wojciech Birek, Scream Comics, Łódź 2016.

[scenariusz: 5-, rysunki: 5+, kolory/cienie: 3+]

jean-yves-delittesklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Dekalog #1: Rękopis | Fatwa

21/10/2016 § Dodaj komentarz


 Kolejnych dziesięć przykazań

decalogueReligia jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie spotkały człowieka. Religia jest też jedną z najgorszych rzeczy, jakie go spotkały. Drobne różnice w obrządku czy interpretacji świętych ksiąg stały się świetną podbudową dla politycznych władców, którzy wmówili wyznawcom swoich kościołów, że walczą nie o władzę, lecz o względy duchowe. Skutki tych działań odczuwa większość świata już od kilku wieków. Kilkaset lat walk i konfliktów opiera się na lichej interpretacji przykazań, które zostały objawione wyznawcom setki lat wcześniej. Co by się stało, gdyby okazało się, że oryginalna wersja przykazań była nieco inna, niż ta, którą obecnie zna świat?

W Rękopisie Simon Broemecke to redaktor i tłumacz oraz niespełniony pisarz. Przez swój brak zdecydowania i nieumiejętność zakończenia czegokolwiek stracił nie tylko narzeczoną, ale również poczucie jakiejkolwiek wartości. Jego frank-giroudlos zmieni czysty przypadek – do jego biura przychodzi starsza kobieta i przynosi mu do przejrzenia stary rękopis, przekazywany w jej rodzinie od wielu pokoleń. Autor jest nieznany, jednak kobieta postanawia, że publikacja książki będzie najlepszym sposobem, żeby spuścizna rodziny nie odeszła w zapomnienie. Niestety dopiero śmierć kobiety Simon postanowił przejrzeć rękopis. Jakie było jego zdziwienie, kiedy okazało się, że zwariowana staruszka oddała w jego ręce istne arcydzieło literackie. Czy oprze się pokusie, by przedstawić je jako swoje dzieło i na zawsze wpisać się do kanonu klasyki literatury? I jakie konsekwencje będzie miała jego decyzja? Czy dzieło sprzed wieków może być czymś więcej, niż mogłoby się wydawać?

Bohaterem albumu Fatwa jest Merwan Khadder – młody człowiek pochodzenia arabskiego, bezrobotny, który żyje we Francji, problemy ze znalezieniem stałej pracy, nie podejmuje próby ustatkowania się. Wolny ptak. giulio-de-vitaCzas spędza ze znajomymi, którzy coraz częściej pogrążają się w islamskim fundamentalizmie. Przez swoją wybuchową naturę i coraz bardziej radykalne poglądy rozstaje się z dziewczyną. Jeszcze tego samego dnia przypadkiem spotyka i rozpoznaje Halida Rizę, pisarza, który badając prawdziwe przekazy sprzed wieków i odnajdując historyczne rękopisy, zakwestionował prawdziwość i zasadność interpretacji Koranu przez imamów. Za sprzeczność z przekazami przywódców religijnych naukowiec został skazany na śmierć, a tego, kto go wykona czeka sława i spora doczesna nagroda. Merwan nie podejrzewa, że krótkie spotkanie odmieni nie tylko jego los, ale również światopogląd.

Dekalog to seria dziesięciu albumów, z których każdy przedstawia oderwaną od innych historię, a które łączy jeden tylko element – wiekowy rękopis dotyczący ponoć pierwszej i prawdziwej wersji dziesięciu przykazań. Dzięki rozbudowanym charakterom bohaterów opowieści są wiarygodne i sprawiają wrażenie dobrze przemyślanych. Frank Giroud nie tylko kreuje niestereotypowe postaci, ale tak kieruje ich losem, de-vitaże czytelnik od pierwszej do ostatniej strony nie jest w stanie przewidzieć zakończenia. Historie są zaskakujące i nieprzewidywalne, że sprawiają wrażenie wyciętych z prawdziwego życia.

Za oprawę rysunkową kolejnych tomów odpowiadają Joseph Bété oraz Giulio De Vita. Pierwszy z nich tworzy piękną, ekspresyjną grafikę Rękopisu, której ogromną zaletą jest kolor. Delikatna, sprawiająca wrażenie lekko chaotycznej kreska w połączeniu z malarską techniką nakładania barw dały niezwykle ulotny i ciekawy dla oka efekt. De Vita, który zajął się Fatwą, znany jest polskim fanom z interpretacji losów Kriss de Valnor (klik! klik!), femme fatale serii Thorgal. W odróżnieniu od Bété, włoski artysta posługuje się twardą, w pełni opanowaną i zaplanowaną kreską, która stanowi nie tylko dobrą przeciwwagę dla nich, ale również nie ustępuje im jakościowo. Brutalniejsze w wyrazie rysunki odpowiadają równie okrutnej historii.

Za polską edycję Dekalogu odpowiada wydawnictwo Scream Comics, które mimo niedługiego stażu przyzwyczaiło swoich fanów do wysokiej jakości wydań. Również w tym wypadku stanęło na wysokości zadania i każdy z 777 egzemplarzy prezentuje się wybornie la-decalogue– duży format, twarda oprawa z obwolutą oraz świetny papier i druk pozwalają w pełni docenić nie tylko fabułę, ale również dwa odmienne style rysowników.

Jeśli jesteście fanami dobrych, nieprzewidywalnych historii obyczajowych i kryminalnych, Dekalog powinien przypaść wam do gustu. Może nie doświadczycie tutaj sporej dozy akcji, wybuchów ani pościgów, ale na pewno nie zabraknie tutaj postaci z silnymi charakterami, niespodziewanych zwrotów akcji i wiarygodności.

Frank Giroud (sc.), Joseph Bété & Giulio De Vita (rys.), „Dekalog #1: Rękopis | Fatwa”, tłum. Wojciech Birek, Scream Comics, Łódź 2016.

[autor: Paweł Olejniczak]

le-decalogue sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Złoty osioł

16/10/2016 § Dodaj komentarz


Mitologia seksu

milo-manaraMilo Manara to jeden z najbardziej rozpoznawanych i cenionych autorów komiksu na świecie. Zyskał swoją rangę mimo tego, że ogromna część jego twórczości to opowieści erotyczne i pornograficzne. W tak zdawałoby się ograniczonym gatunku włoski rysownik wielokrotnie zaskakiwał czytelników złożonością scenariuszy, artyzmem fabuły czy ekspresją rysunków. To właśnie warstwa graficzna zyskała mu największe grono fanów – pieczołowitość wykonania rysunków, realizm zachowany pomimo prostoty to niewątpliwe zalety jego historii.

Złoty osioł to opowieść stworzona wiele lat temu. Tło wydarzeń znacznie odbiega od większości osiągnięć artysty, który obecnie znany jest m.in. z hiperrealistycznie zilustrowanej serii Borgia. Natomiast w okresie tworzenia omawianej pozycji jego znakiem rozpoznawczym były treści, których akcja umiejscowiona była we współczesności, a warstwa graficzna opierała się głównie na czerni i bieli, ale w Złotym… postanowił spróbować swych sił w otoczce greckiej mitologii.

Lucjusz to młodzieniec, który podróżuje przez bezdroża Macedonii prosto do Ipaty, miasta w Tesalii, gdzie ma wręczyć list od jednego z krewniaków Milonowi, miejscowemu kupcowi. Zadanie może nie należy do szczególnie skomplikowanych ani ciekawych, a gościna u skąpego kupcmilo-manara-erotykaa nie będzie luksusowa, jednak pobyt tam umila mu Fotis, służka pomiatana zarówno przez swojego pana, jak i jego okrutną żonę. Niebawem wyjawia mu ona, że złośliwa kobieta jest czarownicą. Śledząc ją nocą są świadkami przemiany matrony w prawdziwą sowę. Lucjusz chcąc zaznać podobnego doświadczenia postanawia użyć wykradzionego eliksiru magicznego i również spróbować lotu w niebiosach. Niestety szybko przekonuje się, że jego plan spalił na panewce, gdyż jego dłonie zamieniły się w kopyta, twarz przybrała kształt pyska, a on sam stał się osłem. Od tej pory traktowany jest jak zwykły osioł, jednak zachowuje swoją wiedzę i świadomość. Nie podejrzewa nawet czego można się dowiedzieć i czego zaznać, kiedy nikt nie spodziewa się obecności innego człowieka.

Fabuła pozostaje dość naiwna i stanowi zbiór luźno powiązanych ze sobą przypadków, czytelnik podąża przez nią śledząc przygody niesfornego kłapoucha. Umowność rzeczywistości w znacznym stopniu kojarzy się z opowieściami z mitologii greckiej. Ona również wypełniona jest losowymi zdarzeniami, a rozwiązania fabularne niekoniecznie mają milo-manara-komikswiele wspólnego z logiką. Bohaterowie są stereotypowymi przedstawicielami jakiejś jednej, konkretnej cechy, jednak takie ich potraktowanie odpowiada ogólnym założeniom fabularnym.

Złoty osioł to jeden z pierwszych eksperymentów Milo Manary z wypełnianiem komiksowych konturów technikami malarskimi. Kolory nałożone są oszczędnie, jednak z niezwykłym wyczuciem i zachowaniem klimatu. Lekka monochromatyczność w odcieniach czerni i sepii sprawiła, że komiks zyskał atmosferę adekwatną do gorącego klimatu wybrzeży morza Adriatyckiego. O realizmie rysunków Manary wiele słów już zostało powiedzianych, a każdy, choć raz miał przyjemność oglądać jego komiksy, już nigdy nie pomyli jego stylu z żadnym innym.

Całości dopełnia jeszcze świetna polska edycja – powiększony format A4, twarda oprawa i rewelacyjnej jakości druk na grubym, lakierowanym papierze. lane-dorWszystkie te cechy pozwalają w pełni docenić każdy szczegół ilustracji zdolnego Włocha. Do tego niezbyt wygórowana cena sprawia, że każdy polski fan powinien być w pełni zadowolony z tego albumu.

Jeśli zatem nie znacie twórczości Milo Manary, a jesteście zainteresowani pięknymi komiksami erotycznymi, nie przeszkadza wam szczególna pruderia ani zdawkowość scenariusza, powinniście bez wahania sięgnąć po recenzowany komiks, któremu co prawda daleko do wyrafinowania fabularnego takim dziełom jak choćby cykl HP i Giuseppe Bergman, a graficznie stanowi pierwsze wprawki do Borgii i Caravaggio, jednak na pewno jest warte poznania. To ciekawa nowela graficzna, która nie poruszy waszego światopoglądu, ale swoją prostotą i grafiką z pewnością może zauroczyć.

Milo Manara (sc. & rys.), „Złoty osioł”, tłum. Paweł Biskupski, Scream Comics, Łódź 2016.

[autor: Paweł Olejniczak]

milo-manarasklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Niedźwiedzi kieł #1: Max

26/09/2016 § 2 komentarze


 Pieprzony Polak w kokpicie Corsaira

dent-doursGdy oficyna Scream Comics wkroczyła (z hukiem!) na rodzimy rynek komiksowy, wydawać się mogło, że redakcja wyznaczyła sobie za cel przybliżenie polskiemu czytelnikowi komiksów ze stajni Les Humanoïdes Associés. Dziś, po ponad roku działalności, wiadomo, że jak na razie stawia głównie na albumy europejskie, ze szczególnym uwzględnieniem komiksu frankofońskiego. Zarówno w zakresie często nigdy nie opublikowanej u nas klasyki, jak i nowości. Serial Niedźwiedzi kieł jest rzeczą stosunkowo świeżą, oryginalnie debiutował w maju 2013 roku i na chwilę obecną ukazały się cztery albumy.

Akcja pierwszego tomu, który nosi tytuł Max, rozpoczyna się w 1944 roku. Pierwszy kadr ukazuje lotniskowiec USS Saratoga, który gdzieś na Oceanie Spokojnym zostaje zaatakowany przez japońskich pilotów kamikadze. W starciu Amerykanie doznają wielu strat, tytułowemu bohaterowi udaje się cało wyjść z opresji. Koledzy z eskadry żartują: „Pieprzony Polaku! Twój cholerny talizman znów uratował ci tyłek. lotniskowiecNieźle, przybłędo!”. I w tym momencie ciekawość i czujność czytelnika się wzmaga. Skąd Polak na amerykańskim lotniskowcu? I skąd takie niepolskie imię bohatera?

Wystarczy jednak, że przewrócimy kartkę i mamy okazję poznać odpowiedzi na zadane powyżej pytania. Następuje cięcie, wchodzimy we wspomnienie Maxa. Opowiadanie przenosi się w lata 30. XX wieku na Dolnym Śląsku, w okolice Jeleniej Góry (wówczas Hirschberg). Poznajemy trójkę młodych przyjaciół: Maxa, Wernera i Hannę. Wszyscy troje marzą o lataniu, chcą zapisać się do szkoły szybowcowej. Jednak nie wszyscy mogą. Pierwszy, chociaż jest równie zdolny jak pozostali przyjaciele, nie zostanie przyjęty. Ponieważ nie dość, że jest Polakiem, to jeszcze ma żydowskie pochodzenie. Ot, kłania się nasza skomplikowana historia, którą scenarzysta próbuje rozgryźć.

Werner wstępuje do Hitlerjugend, a Hanna do Jungmädelbund, co umożliwia alain-henrietspełnienie dziecięcego marzenia o lataniu i ułatwia późniejszą karierę. W międzyczasie nasilają się antysemickie wystąpienia. Para przyjaciół stara się chronić Maxa przed represjami, ale czy przyjaźń jest w stanie przetrwać? Nie jest nam dane poznać ostatecznej odpowiedzi na to pytanie, gdyż chłopiec wyjeżdża do wujka do USA.

Za scenariusz komiksu odpowiada Yann Le Pennetier, który znany jest w naszym kraju gównie za sprawą serii Thorgal: Louve (klik! klik!). Tym razem mamy okazję poznać zupełnie inną twarz autora. Okazuje się, że Yann świetnie czuje się w narracjach na poły historycznych. Wykonał on kawał dobrej roboty próbując oddać wojenne (i przedwojenne) realia. Miesza wydarzenia i postaci fikcyjne z autentycznymi. Przyjaciółka Maxa to Hanna Reitsch, najbardziej znana pilotka niemiecka XX wieku, odznaczona Krzyżem Żelaznym Pierwszego Stopnia. Jak możemy przeczytać w krótkiej notce na końcu tomu: „(…) została pierwszą w świecie kobietą w stopniu kapitana lotnictwa (niem. Flugkapitän). Od września 1937 służyła w jednostce testowej Luftwaffe w Rechlinie jako pilot testowy i oblatywacz”. Zresztą nie tylko Hanna jest autentyczną postacią występującą w komiksie, spotykamy także Adolfa Gallanda czy Williama Josepha Donovana.

Za oprawę graficzną odpowiada belgijski rysownik Alain Henriet. Rysownik posługuje się bombardowanierealistyczną, przejrzystą i sympatyczną kreską. Kadrowanie i budowa plansz jest bardzo klasyczna, nie uświadczymy żadnych eksperymentów, nawet w scenach walk podniebnych. Najlepiej wypadają sceny, w których mamy okazję zobaczyć jakieś maszyny latające (czy to samoloty, czy szybowce), widać, że artysta bardzo się przyłożył i wiernie je odwzorował. Aż miło się patrzy na amerykańskie Corsairy, Mustangi czy niemieckiego Kometa.

Pierwszy tom serii to dopiero rozstawienie figur na szachownicy. Trzeba przyznać, iż tymczasem jest na tyle interesująco, że jestem ciekaw jak dalej potoczy się akcja. Mam nadzieję, że łódzka oficyna wypuści dwójkę jeszcze w tym roku. Polecam i to nie tylko fanom lotnictwa wojskowego II wojny światowej.

Yann {właśc. Yann le Pennetier} (sc.), Alain Henriet (rys.), „Niedźwiedzi kieł #1: Max”, tłum. Marcin Kaliński, Scream Comics, Łódź 2016.

 [scenariusz: 4, rysunki: 3+, kolory/cienie: 4+]

wojennysklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildia
Recenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Scream Comics at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: