Batman. Detective Comics #1: Powstanie Batmanów

11/12/2017 § Dodaj komentarz


  Batwoman szkoli młodzików

W Stanach Zjednoczonych zeszyty „Detective Comics” ukazują się nieprzerwanie od marca 1937 roku, co czyni tytuł najdłużej publikowaną serią komiksową na świecie. Co prawda w erze The New 52 oznaczenie wyzerowano, ale w ubiegłym roku – gdy nastało DC Rebirth – przywrócono starą numerację, włączając zeszyty z Nowego DC do kompletu. W tomie Powstanie Batmanów zaprezentowano zeszyty o numerach od 934 do 940. Byłem ciekaw nowej odsłony, gdyż w uprzedniej seria „Detective Comics” była jedną z najsłabszych propozycji. Oficyna Egmont Polska nie dociągnęła cyklu do końca, rzecz urwała się na tomie Anarky (klik! klik!), do finału zabrakło 12 zeszytów. Czy Odrodzenie przynosi jakąś zmianę jakościową?

Punktem wyjścia dla fabuły jest spisek, jaki przez przypadek odkrywa Batman. Po Gotham krążą wysokiej klasy, technologicznie zaawansowane drony, które „z cienia” obserwują poczynania Nietoperza i jego najbliższych sprzymierzeńców. Mroczny Rycerz zamiast działać w pojedynkę – jak to ma w zwyczaju – zwraca się z prośbą do Batwoman, aby wzięła pod swoje opiekuńcze skrzydła grupę „młodzików”. Zadanie polega na wyszkoleniu i przyuczeniu do zespołowego działania: Red Robina (Tima Drake’a), Spoiler (Stephanie Brown), Orphan (Cassandry Cain) oraz nawróconego na drogę dobra Clayface’a (Basila Karlo). W międzyczasie Batman podąża tropem supertajnej grupy, która działa w strukturach wojska.

Wieloletnie „mapowanie” posłużyło do stworzenia oddziału do zadań specjalnych, który charakteryzuje się wysoką skutecznością w działaniu. Oczywiście, trenowana przez Batwoman grupa „Batmanów” będzie musiała się zmierzyć z tajnym oddziałem. Starcie kończy się nieoczekiwanym zdarzeniem i pojawieniem nowej, tajemniczej postaci. Nim jednak do tego dojdzie czytelnik kilka razy zostaje wpuszczony w maliny. Trzeba przyznać, że scenarzysta – James Tynion IV – tym razem się przyłożył. Narracja obfituje w mocno zaskakujące i dobrze skonstruowane zwroty akcji. Słabiej wypada konstrukcja postaci, szczególnie obecność żartującego Clayface’a ciężko zaakceptować. Tynion rozbudowuje własne wątki, które zaprezentował w tomach Wieczny Batman i Wieczni Batman i Robin: dotyczące Cassandry Cain oraz romantycznej relacji Stephanie i Tima.

Za warstwę wizualną odpowiada trzech różnych artystów: Eddy Barrows, Alvaro Martinez i Al Barrionuevo. Rysunkowo całość wykonano bardzo poprawnie. Występującym postaciom nadano indywidualne rysy, zadbano o dynamikę i mimikę (Batman z permanentnym szczękościskiem, ale uśmiechająca się Cassandra wygląda ładnie). Trochę gorzej prezentują sceny zbiorowe, na których panuje lekki chaos. Dużo ciekawiej wypada samo kadrowanie i budowa planszy. W tej materii rysownicy nieźle sobie poczynają: Batwoman wrysowana w emblemat Batmana, zestaw kadrów wpisany w kufel piwa czy ukośne screeny z monitoringu, które nakładane są na inne panele, przez co stanowią swoisty podgląd.

Pora odpowiedzieć na pytanie zadane w pierwszym akapicie. Bez zbędnych wstępów i owijania w bawełnę: „Tak”. Opowiadana w „jedynce” historia jest ciekawsza niż większość fabuł zaprezentowanych w ramach The New 52. Dodatkowo, jeśli porównamy omawiany tom z pierwszą odsłoną nowego Batmana (Jestem Gothamklik! klik!), to wiele aspektów przemawia na korzyść Powstania Batmanów.

James Tynion IV (sc.), Eddy Barrows & Alvaro Martinez & Al Barrionuevo (rys.), „Batman. Detective Comics #1: Powstanie Batmanów”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1210, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 3+, kolory/cienie: 4-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Reklamy

Nastoletni Tytani #1: Damian wie lepiej

04/12/2017 § Dodaj komentarz


Damian reaktywuje Nastoletnich Tytanów

Albumem Damian wie lepiej debiutuje w Polsce grupa Nastoletnich Tytanów (Teen Titans). Przystępując do lektury tytułu, należy pamiętać, że cykl zasadniczo nie jest skierowany dla dorosłych czytelników. Podstawowy target to „młodsza młodzież”, która może śledzić przygody superbohaterów będących ich rówieśnikami.

Fabuła komiksu rozpoczyna się dniu trzynastych urodzin Damiana Wayne’a, który – jak pamiętamy – jest wnukiem Ra’sa Al Ghula. Dziadek miał wobec chłopca wielkie plany, chciał, aby przewodził grupie zabójców o nazwie Pięść Demona. Jednak młody Robin wybrał inaczej i aktualnie walczy u boku ojca, czyli Batmana. Nieśmiertelny przywódca Ligi Zabójców wydaje swoim nastoletnim podopiecznym zlecenie, aby w ramach „chrztu” skąpali się we krwi: Robina, Starfire’a, Kid Flasha, Beast Boya oraz Raven. Grupie asasynów przewodzi kuzynka Damiana, Mara, która traktuje sprawę osobiście, gdyż ma do wyrównania porachunki z przeszłości.

Gdy Damian dowiaduje się grożącym młodzikom niebezpieczeństwie, postanawia reaktywować Nastoletnich Tytanów, bo w jedności siła. Podbija serca przemową: „Wasza przeszłość jest już ustalona. Decydujcie o przyszłości”. Oczywiście zostaje przywódcą. Członkowie grupy długo rozważają, czy mu zaufać. Zresztą chłopak zachowuje się jakby pozjadał wszystkie rozumy, nikogo nie słucha, bo jest przekonany, że wszystko wie najlepiej. W finale opowieści Tytani walczą z Pięścią Demona, a potem z samym Ra’sem Al-Ghulem. Jak im poszło? Przekonajcie się sami.

Kartkując komiks, rzuca się w oczy dobór barw, bo jest wyjątkowo kolorowo. W produkcję zaangażowanych zostało trzech rysowników: Jonboy Meyers, Diogenes Neves i Khoi Pham. Ilustracje przygotowane przez pierwszych dwóch artystów charakteryzują się wyraźnym uproszczeniem przedstawienia, kreska jest trochę cartoonowa, ale zamiast obłych kształtów są ostre linie. Podobają mi się prace Khoi Phama: subtelny kontur, precyzyjne przedstawienie i przerysowana mimika bohaterów.

Damian wie lepiej to niewątpliwie typowe superhero, bo nawalanki i mordobicie są na porządku dziennym. Jednak scenarzysta, Benjamin Percy, kładzie równie mocny nacisk na przyjaźń, wspólne działanie oraz możliwość zmiany/przemiany (tj. każdy sam decyduje o swojej przyszłość, źli mogą skierować swoje kroki na drogę dobra). Przesłanie ma trafiać do „młodszej młodzieży”, pozostali czytelnicy pewnie uznają przekaz za infantylny.

Benjamin Percy (sc.), Khoi Pham & Jonboy Meyers & Diógenes Neves (rys.), „Nastoletni Tytani #1: Damian wie lepiej”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1226, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 3+, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Superman. Action Comics #1: Ścieżka zagłady

03/12/2017 § Dodaj komentarz


  Dzień zagłady

Przy okazji recenzowania albumu Syn Supermana (klik! klik!), pisałem, że seria o Człowieku ze Stali była najbardziej wyczekiwaną ze wszystkich „idących” w ramach DC Odrodzenie (klik! klik!). Jest jednak komiks, na który czekałem bardziej. Ten komiks, o którym czytacie, czyli druga seria przygód Supermana – ciąg dalszy legendarnego „Action Comics”, gdzie dziesięciolecia temu zadebiutował bohater, a wraz z nim cały gatunek superhero. Dlaczego? Ze względu na powrót Doomsdaya, kultowego przeciwnika, a także odświeżenie jakie niosło obsadzenie w roli głównej Lexa Luthora!

Odrodzenie nabiera nowego znaczenia, kiedy w Metropolis zaczynają pojawiać się bohaterowie i wrogowie, których nie powinno w ogóle być. A wszystko zaczyna się od napadu na Geneticron. Uzbrojeni przestępcy biorą zakładników, ale nie mają zbyt wielkich szans, gdy do akcji wkracza Lex Luthor w stroju „Supermana”. Kryzys zostaje zażegnany, ale wtedy, ku zaskoczeniu wszystkich, pojawia się Człowiek ze Stali sprzed Flashpointu (klik! klik!), który nie ufa nowemu „obrońcy” miasta. Wzajemna niechęć doprowadza do pojedynku, jednak rozwój wydarzeń sprawia, że będą musieli połączyć siły w starciu ze wspólnym wrogiem. Napad na Geneticron był bowiem niczym innym, jak zasłoną dymną. Prawdziwi przestępcy ukradli w tym czasie pewien tajemniczy pojemnik, a z niego wydostaje się Doomsday, przeciwnik, który przed laty zabił Supermana! Człowiek ze Stali znów będzie musiał zmierzyć się ze swoim najgorszym koszmarem, a tym czasem na miejscu pojawia się tutejszy Clark Kent. Ten sam, który dopiero co umarł…

Ścieżkę zagłady napisał Dan Jurgens, legendarny autor, który przez lata tworzył serie o Supermanie. To on wymyślił postać Doomsdaya (między innymi), zaprezentował czytelnikom mnóstwo znakomitych fabuł, w tym przełomową Śmierć Supermana, jej kontynuację, a w ostatnim czasie przywrócił starego Człowieka ze Stali dla Nowego DC w świetnej miniserii Lois i Clark (klik! klik!). Teraz przywraca swoje najsłynniejsze i najlepsze pomysły w zupełnie nowej odsłonie i wychodzi mu to znakomicie.

Strzałem w dziesiątkę było sprawienie, że wyparowała dekada życia bohaterów, dzięki czemu wiele rzeczy, które pamięta Superman sprzed Flashpointu tu jeszcze się nie wydarzyło. Nowi czytelnicy mają więc okazję poznać je – a przy tym zainteresować się klasycznymi zeszytami – starzy, szczególnie ci, jak ja, pamiętający czasy TM-Semic, znów poczuć jak dzieciak, który wypatrywał w kiosku kolejnych numerów poszczególnych amerykańskich serii. Poza tym to po prostu bardzo dobry komiks superbohaterski. Pełen akcji, równających spore połacie ziemi pojedynków, ciągłego zagrożenia, emocji i pytań, które intrygują. Widzieliśmy już śmierć i zmartwychwstanie Supermana, a jednak wciąż nas to wciąga. A Jurgens zadbał o to, aby nie zaserwować nam potworki z rozrywki, oferując remake o lepszej fabule i poprowadzony z większą logiką niż pierwowzór.

A jak to wszystko wypada graficznie? Jak dla mnie znakomicie. Dobra, realistyczna kreska typowa dla amerykańskich komiksów środka, z mangowymi naleciałościami w przypadku zeszytów rysowanych przez Kirkhama. Doomsday wygląda na prawdziwego superłotra. Postaci „cierpią” na nadmiar mięśni, ale taki już ich urok – zresztą w zestawieniu z tym, co prezentowały komiksy z lat 90. XX wieku, wcale nie są aż tak przesadzeni, tj. karykaturalnie przerysowani.

Podsumowując, Ścieżka zagłady to znakomita propozycja dla miłośników Supermana. I przy okazji początek kolejnej świetnej serii – aż nie mogę doczekać się ciągu dalszego. Zresztą komiks polecam uwadze wszystkich fanów superhero.

Dan Jurgens (sc.), Patrick Zircher & Tyler Kirkham & Stephen Segovia & Art Thiber (rys.), „Superman. Action Comics #1: Ścieżka zagłady”, tłum. Jakub Syty, Klub Świata Komiksu – album 1211, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Czarny Młot #1: Tajna geneza

25/11/2017 § Dodaj komentarz


  Młot na nudę

Od lat przeciwnicy komiksów superhero narzekają, że w nurcie nic się nie dzieje, że cały czas opowiadane są te same historie. I od lat także pojawiają się albumy udowadniające, że gatunek ma do zaoferowania coś świeżego. I takim właśnie dziełem jest seria Czarny Młot, niepozornie wyglądająca opowieść z pogranicza superbohaterskich historii akcji i oldschoolowego horroru, udowadniająca jak powinno się robić tego typu historie.

Farma Czarny Młot wydaje się gospodarstwem jakich wiele. Położona gdzieś na odludziu. Zwykłe drewniane budynki gospodarcze, zwyczajny dom, bydło, rozległe pola kukurydzy, puste przestrzenie, gospodarz ubrany w kraciastą koszulę… Jednakże nic nie jest takim, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka. Wszyscy, którzy tutaj mieszkają nie są normalnymi ludźmi – to superbohaterowie, o heroizmie których nikt nie ma pojęcia. Abraham Slama, przypominający chodzące drzewo Barbarlien, oszalały pułkownik Weird, robot Talky Walky nastolatka Golden Gail i inni przed dziesięcioma laty byli gwiazdami Spiral City.

W trakcie walki z Antybogiem Joseph ‘Czarny Młot’ Weber poświęcił się, by pokonać wroga, a jego towarzysze zostali przeniesieni w miejsce, w którym obecnie się znajdują. W miejsce, gdzie nikt ich nie zna. Zapomniani i coraz bardziej przygnębieni, starają się wieść życie na farmie, w miasteczku, za granice którego nie mogą się wydostać, nieważne jakby nie się starali. Usiłują odnaleźć się w tym świecie, nawiązywać relacje z innymi, jednocześnie chcąc uciec stąd, ale z ich prób niewiele wynika. Czy jeszcze kiedyś, choć na chwilę, staną się tym, kim być najlepiej potrafią? Czy zobaczą swój dom i przypomną o swojej dawnej chwale?

Tymczasem córka Czarnego Młota, dwudziestotrzyletnia pracownica gazety Global Planet, pisze artykuł o bohaterach. Wszyscy są przekonani, że ci zginęli w trakcie walki z Antybogiem, chociaż nikt nigdy nie znalazł ich ciał – są też tacy, którzy nie wierzą, że herosi w ogóle istnieli. Ona jednak jest pewna, że przed dziesięcioma laty zdarzyło się coś innego, a bohaterowie wciąż gdzieś tam są i za wszelką cenę jest gotowa ich znaleźć.

Siłą komiksu napisanego przez Jeffa Lemire’a jest z pewnością klimat. I swoisty realizm. To przynajmniej rzuci się w oczy czytelnikom mniej z opowieściami obrazkowymi zapoznanym. Mamy bohaterów rodem z filmów sci-fi i horrorów ze złotej ery tych gatunków. Mamy małomiasteczkową scenerię, licznych bohaterów w tle, dziwne zdarzenia i dziwne postacie. Porównania do serialu Z archiwum X nie są w tym wypadku bezzasadne, jednak mi osobiście nastrój panujący na kartach Czarnego Młota bardziej przypomina historie Mike’a Mignoli, z tym jego mrokiem i duszą atmosferą. Lemire zadbał, aby całość była klaustrofobiczna i tajemnicza, a fakty na temat bohaterów, świata i przeszłości dawkuje nam powoli i w umiejętny sposób.

Jednakże to tylko najbardziej oczywiste rzeczy, jakie zauważa się w trakcie lektury. Czytelnicy bardziej zaznajomieni z komiksami znajdą tu o wiele więcej – w szczególności mnóstwo easter eggów. Występujące postaci przypominają inne, doskonale znane wszystkim czytelnikom. Mamy tu Thora, Marsjańskiego Łowcę Głów skrzyżowanego z Grootem czy nawet taką tutejszą Lois Lane pracującą nie dla „Daily Planet”, tylko „Global Planet”. Wróg naszych herosów też przypomina pewien czarny charakter z komiksów DC – tak jak on zresztą nosi miano Antyboga. Lemire składa swoim dziełem hołd komiksom ze złotej i srebrnej ery, a także pulpowym filmom fantastycznym z lat 40-60. XX wieku.

Jest jakieś novum? Nie, ale jest rewelacyjne żonglowanie popkulturowymi motywami i znakomite wykonanie. Twórcy bawią się tym komiksem, a my wraz z nimi i nie chcemy przestać. Rzecz narysowana jest znakomicie, kreską nieco kojarzącą się ze wspominanym już Mignolą i uzupełniona o prosty, ale doskonale dobrany kolor. Egmont postarał się, aby album dobrze się prezentował. Sztywniejsza okładka i kredowy papier to jedno, drugą rzeczą jest mnóstwo dodatków: posłowie zdradzające losy powstawania serii, szkice, komentarze, adnotacje, dodatkowe rysunki… Po prostu super.

Znakomity komiks zarówno dla nowych czytelników, jak i starych wyjadaczy chleba, stanowiący dzieło, w którym w doskonałych proporcjach połączono superhero z niszowym komiksem grozy.

Jeff Lemire (sc.), Dean Ormston (rys.), „Czarny Młot #1: Tajna geneza”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1193, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Batman #1: Jestem Gotham

21/11/2017 § Dodaj komentarz


 Brat i siostra bronią Gotham City

DC Odrodzenie, w przeciwieństwie do The New 52, nie ma burzyć całego continuum i stawiać uniwersum superbohaterów na głowie. DC Rebirth (klik! klik!) nie odrzuca, a kontynuuje wątki fabularne z ostatnich lat. Gdyż celem „wielkiego” wydarzenia miało być podniesienie jakości, poprzez swoisty powrót do przeszłości, do minionych wartości i opowieści. Zmiany niby kosmetyczne. I tu nasuwa się pytanie: Czy nowa odsłona przygód Batmana niesie ze sobą powiew świeżości?

Podtytuł pierwszego albumu – Jestem Gotham – sugeruje, że Mroczny Rycerz ma jakieś problemy z zapanowaniem nad własnym ego, które może urosło do niewyobrażalnych rozmiarów. Gdyż nastąpiła pełna identyfikacja Batmana z tkanką miasta, które ślubował chronić. Czy faktycznie opowieść tego dotyczy? Od razu zdradzę: nie! Zupełnie nie, to strzał kulą w płot. To autorska zmyłka, na którą osobiście dałem się nabrać.

Fabuła dotyczy czegoś zupełnie innego. Pewnej nocy nad Gotham dochodzi do awarii samolotu, Batman – wiadomo – rusza z odsieczą i jest gotów zginąć, aby tylko uratować wszystkich ludzi, którzy są wewnątrz. Przez chwilę wydaje się, że faktycznie coś strasznego się musi wydarzyć, że nie ma szans, aby Mściciel wyszedł z katastrofy bez szwanku. I wtedy na scenę wkracza para zupełnie nowych bohaterów: Gotham i Gotham Girl. Brat i siostra, którzy posiadają cały zestaw supermocy, m.in. potrafią latać. Herosi bardziej przypominają Supermana i Wonder Woman niż Batmana i Batgirl. Może w końcu nadszedł czas, aby Batman odwiesił pelerynę na wieszak?

Pomysł scenarzysty, Toma Kinga, sprowadza się do tego, aby do miasta wprowadzić herosów z prawdziwego zdarzenia, bo obdarzonych niezwykłymi mocami, którzy teoretycznie mogą zastąpić naszego ukochanego Gacka. Blady strach powinien paść na czytelników… Niestety nie pada, bo fabularnie całość nie jest ani ciekawa, ani udana, ani przełomowa. W wypadku „jedynki” powrót do przeszłości się nie udał. Miło być novum, a wyszła miałka pulpa. Poza tym nie podoba mi się, że w opowieść na siłę wepchnięto nawiązania do The New 52, tylko po to, aby przekazać czytelnikowi jasny komunikat: „Nie czytałeś? Oj, to źle! Wiele straciłeś. Ale nie przejmuj się, nie wszystko stracone. Leć do księgarni i nadrób zaległości”. Nie należy dać się nabrać na te sprzedażowe zabiegi. Można sobie darować lekturę.

Wizualnie jest średnio. Większość rysunków wykonał David Finch, dlatego Batman wygląda jak osiłek, który przedawkował sterydy. Do tego monumentalne pozy i peleryny bohaterów łopoczące na wietrze. Nie kupuję tego. In plus prezentuje się jedynie postać Alfreda, który nie jest nadopiekuńczym lokajem, a sarkastycznym i ironicznym kolesiem. Tytułem podsumowania: Jeśli ktoś nie jest psychofanem postaci stworzonej przez Boba Kane’a i Billa Fingera, to lekturę Jestem Gotham może sobie darować.

Scott Snyder & Tom King (sc.), David Finch & Danny Miki & Sandra Hope & Scott Hanna & inni (rys.), „Batman #1: Jestem Gotham”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1190, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 2, rysunki: 3, kolory/cienie: 4-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Thor Gromowładny #4: Ostatnie dni Midgardu

15/11/2017 § Dodaj komentarz


Galactus zawsze wporzo

Strasznie marudziłem (klik! klik!) na trzeci tom Thora, gdzie Aaron poszedł w parabole, gdy ani ONZ ani NATO nie mogą sobie poradzić z ISIS, a zaangażowanie Thora i koalicji antyislamskiej tylko pogarsza sprawę.

Parabole Aarona nie opuszczają, ale czasem mu wychodzą lepiej. W „czwórce” Thor nie jest zbrojnym ramieniem koalicji, a w zasadzie starbucksowym lewakiem z kubkiem kawy ze Starbucksa. Bo Thor (gdy nie pije kawy i nie randkuje) walczy tu z mega-korporacją energetyczną, która oczywiście jest autentycznym ucieleśnieniem zła. Ale tym razem – dla odmiany – opowieść jest spoko. Z kilku powodów.

Bo antykorporacyjna, antyneoliberalna popierdułka wydana przez korporacyjnego molocha, ale rozrywkowa i ładnie narysowana. Konkretne, następujące argumenty na rzecz tego tomu:
– Thor (tutaj jako NekroThor) walczący z Galactusem, a Galactus, wiadomo, zawsze wporzo;
– Simon Bisley, który maluje tu blondwłosą, nordycką wersję Slaine’a nawalającego toporem lodowych gigantów (short story);
– R.M. Guéra, który tym razem nie rysuje zgnojonych Indian (klik! klik!), a zgnojone mroczne elfy, więc w sumie wychodzi na to samo, tylko kolor skóry inny, ale to dalej historia o przesranym życiu w rezerwacie (short story);
– Esad Ribic, który potrafi popłynąć przyjemniej (patrz: Loki), ale nawet jak się trzyma marvelowskiego standardu, to się przyjemnie patrzy.

Nie wiem, czy ma sens polecać tom jako wyrwany z cyklu, ale z drugiej strony – poprzedni był od czapki, że lepiej go sobie darować. Bieżący broni się samym Galactusem. Nawet licha strawa smakuje lepiej w towarzystwie pożeracza planet, a tu mamy jeszcze Guerę, Ribica i Biza, więc jest OK.

Fabularnie niby też się coś dzieje, zmienia się status bogów etc, ale nie oszukujmy się, że to ma jakąś większą wagę, czy wpływa na odbiór historii o długowłosym kolesiu z młotkiem. Przynajmniej nie u mnie.

Jason Aaron (sc.), Simon Bisley & Esad Ribic & Agustin Alessio & R. M. Guéra (rys.), „Thor Gromowładny #4: Ostatnie dni Midgardu”, tłum. Marceli Szpak {pseud.}, Klub Świata Komiksu – album 1180, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Uniwersum DC: Odrodzenie

14/11/2017 § Dodaj komentarz


Katalog wydawniczy z fabułą

Nim jeszcze rzeczony komiks trafił w moje ręce, myślałem, że napisanie recenzji będzie karkołomnym przedsięwzięciem. Ciężko wgryźć się w temat nie wspominając nic o fabule. W przypadku Uniwersum DC: Odrodzenie tym trudniej, gdyż kluczowa dla niej jest postać narratora. Jak się jednak okazało, opis na okładce od razu ujawnia, że historia rozgrywa się wokół Wally’ego Westa. Zaspoilerowanie tego przez wydawcę znacznie ułatwia moje zadanie.

Przejdźmy do ustalania podstawowego faktu. Mimo że będę używał określenia „komiks”, to tak naprawdę rzeczony tytuł jest nim tylko z pozoru. W rzeczywistości jest to fabularyzowany katalog wydawniczy, który jest punktem wyjścia do całej inicjatywy Odrodzenia. Ale jest również „listem miłosnym” Geoffa Johnsa do DCU i zadośćuczynieniem dla starych fanów. Niezaprzeczalnie, to pozycja przeznaczona zwłaszcza dla nich, używająca potęgi nostalgii równie sprawnie jak Flash Mocy Prędkości.

Niepisaną tradycją jest istotna rola Szkarłatnego Sprintera w wielkich wydarzeniach w uniwersum. Nie inaczej jest tym razem, z wyjątkiem, że postawiono nie na Barry’ego Allena, a Wally’ego Westa. Johns nie mógł wybrać lepiej. Nie tylko ma on kilkuletnie doświadczenie w pisaniu przygód Westa, ale jest to jeden z ulubieńców czytelników, którzy przez cały czas trwania New 52 (Nowego DC Comics) domagali się jego powrotu. Ruch poczyniony ze strony wydawnictwa kilka lat temu, polegający na wprowadzeniu postaci, która dzieliła z ulubieńcem fanów jedynie imię, był jak cios w policzek. Uniwersum DC: Odrodzenie miało za zadanie odkupić winy The New 52 i przywrócić elementy, których brakowało w uniwersum przez ostatnich sześć lat. Wally jako symbol „starych, dobrych czasów” i najlepszy legacy hero, zwiastuje powrót dziedzictwa, nadziei, przyjaźni, optymizmu i miłości. Tytuły trzech z czterech rozdziałów oddają kluczowe elementy, które mają przyświecać Odrodzeniu.

Wally przez dwie dekady zasłużenie pełnił rolę Flasha i w świadomości czytelników z dłuższym stażem to on jest tym właściwym, a nie mdły i bezosobowy Barry. Pomimo antypatii wobec Allena, jego wspólna scena z Wallym podczas pierwszej lektury oryginalnego zeszytu w maju 2016, zaszkliła mi oczy i to mimo ówczesnych 29 lat na karku. Wątpię, aby nowi czytelnicy podzielali to emocjonalne podejście. Świeżych czytelników zachęcą pierwsze numery nowych serii, ale wydawnictwo chciało trafić do tych starych.

Nikt inny nie nadawał się do tej misji lepiej niż Johns. Scenarzysta uwielbia ten świat i zaludniające go postacie. Już pierwsze kadry wywołają uśmiech na twarzach fanów. Słowa, które padają tam z ust Wally’ego, pochodzą bezpośrednio od Johnsa i wyrażają uczucia reszty wielbicieli DCU. Mówią, że nie można wrócić do domu, ale lektura tego katalogu sprawiła, że poczułem się jakbym wrócił, a od progu przywitał mnie jeden ze starych kumpli. Nim go zobaczyłem, nie pamiętałem, że aż tak za nim tęskniłem

Kwartet artystów, którzy zilustrowali scenariusz to Gary Frank, Ethan van Sciver, Ivan Reis i Phil Jimenez. Każdy z nich współpracował już z Johsnem, a ich prace stoją na najwyższym poziomie. Trudno wskazać najlepszego, choć peleryna Batmana w wykonaniu van Scivera zawsze wygląda fenomenalnie – niczym autentyczne skrzydło nietoperza. Za to Jimenez odpowiada za emocjonalną sekwencję pomiędzy dwoma pokoleniami Flashów.

Omawiany album skutecznie zachęcająca do zakupu reklamowanych produktów. To szybka wycieczka po odradzającym się uniwersum z fajnym przewodnikiem. Lektura pozostawia odbiorcę z mnóstwem pytań i ani jedną odpowiedzią… Jeśli dopiero zaczynacie swą przygodę z tym światem, możecie czuć się skołowani. Miejcie na uwadze, że bez znajomości tego albumu w przyszłości możecie mieć problemy ze śledzeniem większej intrygi stojącej za nowymi seriami.

Geoff Johns (sc.), Ethan Van Sciver & Ivan Reis & Gary Frank & Joe Prado & Matt Santorelli & inni (rys.), „Uniwersum DC: Odrodzenie”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1179, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Damian Maksymowicz]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with superhero at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: