W koronie #1: Nie ma miejsca jak dąb

21/07/2017 § Dodaj komentarz


 W poszukiwaniu domu

Oficyna Tadam ruszyła z nową serią komiksową dla najmłodszych czytelników. W koronie to wspólne dzieło trójki panów, którzy dość regularnie ze sobą współpracują w ramach kolektywu Pokembry. Podczas przygotowywania publikacji podział zadań przedstawiał się następująco: Bartosz Sztybor – scenariusz i dialogi, Piotr Nowacki – rysunki i liternictwo, Łukasz Mazur – kolory i skład.

Pierwszy tom nosi intrygujący podtytuł Nie ma miejsca jak dąb, który mimowolnie kojarzy mi się z piosenką Nie ma miejsca jak dom rapera Piha (właśc. Adam Piechocki). Powinowactwo nie sprowadza się tyko i wyłącznie do samego tytułu, jest troszeczkę głębsze. Zresztą scenarzysta dał się już poznać jako wielbiciel hip-hopowych rytmów. W książce Niebieska Kapturka (klik! klik!) zdołał połączyć rymowane teksty, które napisane zostały slangiem z pozytywnym przesłaniem skądinąd krwawej opowieści.

Wróćmy jednak do omawianego komiksu. Głównym bohaterem powieści jest żółw Tudo, który rzekomo wcale nie jest żółwiem, a wroną. Tak przynajmniej twierdzi kandydat na prezydenta wszystkich żółwi. Trochę to absurdalne. Całe zamieszanie bierze się z tego, że gdy Tudo się kąpał, ktoś zajumał jego skorupę i przez to został zmuszony do opuszczenia gadziej społeczności. Nieposiadanie skorupy wiąże się z jeszcze jednym wielkim utrapieniem. Nasz bohater nagle staje się bezdomnym. Okoliczności sprawiają, że musi wyruszyć w świat, aby znaleźć nowy dom. I w tym miejscu pojawia się tytułowy Dąb, który, jak nie trudno się domyślić, zostaje zaanektowany przez protagonistę na nowe siedlisko. Po drodze małoletni żółwik spotyka kreta i małpę, z którymi się zaprzyjaźnia. Cała trójka „wynajmuje” mieszkanie w tej samej leśnej „kamienicy”.

Dużo dobrej roboty wykonali rysownik i kolorysta. Z albumu na album kreska Nowackiego ewoluuje (w dobrym kierunku!). Dobrze wiemy, że artysta potrafi tak narysować postaci, że z miejsca (tj. od pierwszego spojrzenia) wzbudzają w czytelniku sympatię. Tudo i Simia to prawdziwe mistrzostwo przedstawienia. Wskazana para tak mi się podoba, ponieważ widać pewne odejście od cartoonowej stylistyki. Co prawda nadal postaci są wyraźnie uproszczone, ale kreska jest jakby mniej obła. Dzięki wprowadzonym zmianom rysownik zyskuje możliwość wprowadzenia bardziej rozbudowanej mimiki i większej gestykulacji. A to przemawia na korzyść. Warto wspomnieć o jeszcze jednym novum: plansze zbudowano bez użycia ramek. Nadal są kadry, zwykle cztery na stronie, ale nie linia a kolor separuje je od siebie. W tym aspekcie przypomina mi to metodę zastosowaną przez Delphine Bournay w serii Chrupek i Miętus (Przy okazji kolejny raz chciałbym wyrazić swój żal, że wydawnictwo Dwie Siostry przerwało prezentację tego świetnego cyklu.).

Ważnym elementem fabuły, o którym do tej pory nie wspominałem, jest wątek „polityczny”. Jeśli spojrzymy na W koronie pod tym kontem, to okaże się, że obok opowieści stricte przygodowej, otrzymaliśmy podstawową lekcję demokracji bezpośredniej. Pisarz wprost mówi o wolności, kandydowaniu czy głosowaniu na prezydenta. To bardzo ważne, aby książki dla dzieci wprowadzały „świeże i aktualne spojrzenia na ważne zagadnienia społeczne” (patrz: seria Książki Jutra od Wydawnictwa Tako). Liczę, że kolejne odsłony podążą dokładnie w tym kierunku.

Bartosz Sztybor (sc.), Piotr Nowacki (rys.), „W koronie #1: Nie ma miejsca jak dąb”, Wydawnictwo Tadam, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 6]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Thor Gromowładny #3: Przeklęty

20/07/2017 § Dodaj komentarz


Grafomania Aarona

„Bardzo możliwe, że Jason Aaron urodził się, by tworzyć przygody Thora” – informuje blurb na okładce albumu. Owszem, możliwe. Równie możliwe jest, że to dziecię Godzilli z nieprawego łoża, zakamuflowany Elvis Presley albo ambasador kosmicznej rasy Nilvahani. Cykl Thor ładnie się zaczął (klik! klik!), by zamulić w tomie drugim (klik! klik!), bawić i osłabiać mnie w tomie trzecim. Niestety wszelkie pozytywy, to jedynie krótkie przebłyski.

Bieżący album uderza w ton high fantasy. Sprzymierzone, ale i wrogie rasy wszystkich nordyckich światów muszą współpracować, aby poradzić sobie z tytułowym Malekithem Przeklętym – byłym władcą mrocznych elfów, który po ucieczce z więzienia gromadzi siły, bo planuje przeprowadzić krwawą konkwistę. Czy też jihad. Chce zniszczyć zastany porządek, by zbudować nowy, i nie ważne czy będzie zabijał wrogie rasy i nacje, czy swoich. Przeciw niemu staje Liga Światów – taka marvelowska Drużyna Pierścienia z Thorem na czele. Kolejne zeszyty to wzajemne podchody, które prowadzą oczywiście do kulminacji, gdzie każdy z każdym.

Aaron miesza tu pójście w nudną sztampę z wyśmianiem konwencji, z którą wszedł. Natchnione przemowy, to farmazony na granicy parodii. Kraina elfów jest przesłodzona aż do mdłości. Dodatkowo w drużynie mamy elfa rewolwerowca(!), który jeździ na jednorożcu(!). Niestety to za bardzo nie pomaga, biorąc pod uwagę że historia jest nudna, ciągnie się, a dialogi ledwo da się czytać.

Sama opowieść ma też drugie dno. Wojna domowa pośród mrocznych elfów przypomina to, co działo się ostatnio i dzieje dalej w państwach arabskich (choćby w Syrii). Bezradność Kongresu Światów, który nie chce ingerować, by nie uznano to za bezprawne wtargnięcie, to działania w stylu ONZ czy NATO. Quest Ligi Światów to praktycznie rzecz biorąc koalicja państw, które wysłały kontynenty do walki z tzw. Państwem Islamskim. Do tego Thor, naiwny niczym Stany Zjednoczone, bredzący coś o tym, że skłócone plemiona mrocznych elfów powinny zakończyć walki plemienne i demokratycznie wybrać przywódcę. Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, o co Aaronowi chodzi, to dostaje motyw uchodźców. Na dobitkę otrzymujemy gorzki owoc działań Ligi, która niby osiągnęła cel, ale nie ma tu mowy o zwycięstwie, czy też rozwiązaniu problemu.

Aaron męczy bułę, bawi się konwencją, idzie w parabole… Niestety nie ma hamulców, by powstrzymać się w swojej pisaninie czy dokonać jakiejś selekcji. Zresztą jak zwykle, gdy robi coś mainstreamowego (zapewne dla kasy). Fabuła jest banalna. Dialogi czyta się źle. Za rysunki niestety nie odpowiada tym razem Esad Ribic, ograniczający się do samych okładek.

Z plusów wymienić mogę tylko alternatywną okładkę do czternastego zeszytu, autorstwa Dave’a Johnsona, utrzymaną w stylistyce Kirby’ego, i ostatni zeszyt zbiorku – samodzielną historię z rysunkami Dasa Pastorasa. Niestety nawet ta historia, zaczynająca się od składania przez Thora faktów z pijatyki ze smokiem z poprzedniej nocy nie ratuje tego tomu. Niestety. Może Aaron bywa mistrzem, ale i jemu zdarza się grafomania.

Nie ma co, nie ma po co, tej serii już dziękuję.

Jason Aaron (sc.), Ron Garney & Nic Klein & Das Pastoras & Emanuela Lupacchino (rys.), „Thor Gromowładny #3: Przeklęty”, tłum. Marceli Szpak {pseud.}, Klub Świata Komiksu – album 1153, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Comanche #6: Buntownicza furia

19/07/2017 § Dodaj komentarz


Bratobójcza walka

Pierwszy album Comanche ukazał się lata temu, bo w roku 1972. Cykl składa się łącznie z piętnastu albumów i był produkowany do roku 2002. Michel Greg oraz Hermann Huppen wspólnie pracowali do dziesiątej odsłony. Po Hermannie pałeczkę rysownika przejął Michel Rouge, a po śmierci Grega – scenariusz ostatniej odsłony ukończył Rodolphe D. Jacquette. Być może komiksy drukowane byłby dalej, gdyby nie tragiczna śmierć scenarzysty. W każdym razie czytając kolejne tomy warto w tyle głowy mieć informację, że całość wystartowała ona ponad 40 lat temu.

Buntownicza furia kontynuuje niektóre wątki uprzednich części. Red Dust, który w „piątce” (klik! klik!) został mianowany szeryfem, nadal jest stróżem prawa. I trzeba przyznać, że bardzo poważnie podchodzi do swej roli. Scenarzysta dba o to, aby upływ czasu był widoczny. Postęp dociera do Greenstone Falls. Miasteczko się zmienia, kiedyś było zapadłą i zabitą dechami dziurą, a teraz jest na tyle atrakcyjnym miejsce, że zjawia się tu fotograf, który na zlecenie bostońskiej gazety przygotowuje reportaż. Nawet Comanche, która kiedyś nosiła flanelowe koszule i dżinsy, teraz paraduje w kretonowej sukni, rękawiczkach i z parasolką przeciwsłoneczną w dłoni.

Główna część fabuły skupia się na wydarzeniach związanych z grupą Indian z plemienia Czejenów. Dla przypomnienia jednym z pracowników rancza Trzy Szóstki jest Księżycowa Plama, który jest bratem Samotnego Ognia oraz Stojącego Konia. Pierwszy z nich wybrał neutralność, drugi jest buntownikiem, który podburza Indian do rebelii. Natomiast trzeci jest wodzem wolnych Czejenów żyjących zgodnie z prawem w rezerwacie. Pomiędzy braćmi dochodzi do bezpośredniego starcia. Mieszkańcy rancza Triple Six znajdą się w samym środku wojennych działań…

Niestety Greg skorzystał z tendencyjnych elementów. Z jednej strony mamy powstańców, których do działania popycha „woda ognista” i braterska zawiść, a z drugiej – szlachetnego i prawego wodza, któremu na sercu leży jedynie dobro jego ludu. Mimo tych niedociągnięć i fabuła prowadzona jest wartko i ciekawie; lektura całości sprawia frajdę.

Świetną robotę, oczywiście, odwala Hermann. Już okładka albumu zasługuje na „ochy” i „achy”. Wewnątrz znajdziemy wiele równie atrakcyjnych wizualnie kadrów i plansz. Rysownik podczas pracy nad serią zdobywał pierwsze szlify, powoli wypracowywał swój charakterystyczny i rozpoznawalny styl. Oficyna Prószyński i S-ka publikuje serię w powiększonym formacie, dzięki czemu ilustracje prezentują się nadzwyczaj dobrze.

Ciekawe, czy warszawski edytor ma w planach publikację całego cyklu, czy jedynie tomy, które wyszły spod ręki Grega i Hermann? Na stronie sklepu Gildia.pl wprowadzono jedynie pierwsze dziesięć tomów. Ostatecznie przekonamy się za jakiś czas, a tym czasem już za tydzień „siódemka” trafi do sprzedaży. Czekam!

Greg {właśc. Michel Louis Albert Regnier} (sc.), Hermann {właśc. Hermann Huppen} (rys.), „Comanche #6: Buntownicza furia”, tłum. Wojciech Birek, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 5-, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Wilk powrócił!

18/07/2017 § 1 komentarz


Bać się Wilka?

„Wilk powrócił!” – brzmi najważniejsza wiadomość dnia. Wszystkie gazety* na pierwszej stronie donoszą o tym, mrożącym krew w żyłach, fakcie. Informacja lotem błyskawicy rozeszła się po leśnym miasteczku. Dlatego nie dziwi, że na mieszkańców padł blady strach. Nikogo nie interesuje, gdzie był wilk, co robił i dlaczego powrócił. Może był na wywczasach? Może w odwiedzinach u rodziny? A może na występach gościnnych?

Cała akcja opowiadania rozgrywa się w domu lub na progu domu pana Długouchego, który nie mógł zasnąć po tym, jak w dzienniku przeczytał wypowiedź Wilka: „Odwiedzę mego przyjaciela Królika”. Zresztą nie tylko on panicznie się boi. W pewnej chwili słuchać pukanie do drzwi. Może to Zły przyszedł spełnić zapowiedź? Uff, na szczęście nie, to tylko Trzy Małe Świnki, które proszą, aby przyjaciel wpuścił je do środka. Chwilę rozmawiają i nagle rozlega się kolejne pukanie. Czy to Wilk? Uff, nie. I tak mija wieczór, kolejne osoby schodzą się do domu Królika, wiadomo – w grupie zawsze raźniej.

Geoffroy de Pennart zbudował fabułę na atrakcyjnym koncepcie. Z każdym kolejnym gościem: „ciśnienie” i strach opada. Czujność zwierząt (i czytelnika) spada, a radość ze wspólnego przebywania rośnie. Z drugiej strony – niby wiadomo, że kiedyś do drzwi zapuka Wilk. Choć tli się mały promyk nadziei, że może on wcale nie powrócił, że wszystkie leśne gazety jedynie powielały niesprawdzonego „fake newsa”. Ostatecznie, nie będę zdradzał finału opowieści. Sami sobie doczytajcie. A, zapomniałbym! Bardzo podoba mi się, że goście wchodzą do domu Królika niejako z innych bajek.

Pisarz jest także autorem oprawy graficznej. Rysunek jest sugestywny i żywy. Z wyjątkiem antagonisty, każda inna postać przedstawiona została bardzo sympatycznie. Ilustracje zajmują większą część strony, tekst umieszczony został gdzieś z boku, jakby na marginesie. Koźlęta, których jest oczywiście siedem (w końcu przywędrowały z baśni O wilku i siedmiu koźlątkach), ganiają się, bawią i brykają, wszędzie ich pełno. Trochę mnie razi pewna niekonsekwencja przedstawienia. Występującym zwierzętom nadano charakter antropomorficzny, jednak na stronie 16 i 17 możemy dostrzec ptaki, które są „tylko” ptakami.

Ze względu na niewielką objętość książkę można śmiało czytać małoletnim dzieciom oraz polecać do samodzielnej lektury tym, którzy dopiero składają litery. Według informacji zamieszczonej na okładce książki autorski cykl z udziałem Wilka składa się z dwunastu pozycji. Pierwsza zapowiada, że będzie to ciekawa przygoda.

_ _ _ _ _
* Słowa uznania należą się oficynie Muchomor, która zadbała o zabawne tłumaczenie tytułu każdej z gazet. Królik czyta dziennik o tytule „Liść kapusty”, a Świnki – „Korkociąg”, pani Koza kartkuje „Kozi Ser-Wis”, etc. Okazuje się, że jedynie Czerwony Kapturek nie czyta prasy. Może nie potrafi jeszcze czytać?

Geoffroy de Pennart (tekst & ilu.), „Wilk powrócił!”, tłum. Maria Skowrońska i Jadwiga Skowrońska, Muchomor, Warszawa 2017.

[tekst: 4+, rysunki: 5, kolory/cienie: 4+]

{książkę można kupić tu: klik! klik!}

Wojna Robinów

17/07/2017 § Dodaj komentarz


 Banda Robinów kontra Sowy

Okładka tomu Wojna Robinów wyraźnie sugeruje, że Trybunał Sów powraca do gry. Na ilustracji widzimy charakterystyczna maskę, którą noszą przedstawiciele tego quasimasońskiego stowarzyszenia. Jest ona pęknięta i zakrwawiona… Dlatego, nim przystąpimy do lektury, możemy domniemywać, że doszło do jakiegoś starcia Robinów z Sowami. Zanim przejdę do bardziej szczegółowego omówienia, wspomnę o informacji ważnej dla potencjalnych czytelników. Przed sięgnięciem po tom należy mieć za sobą lekturę następujących komiksów: Batman #7: Ostateczna rozgrywka, Batman #8: Waga superciężka (klik! klik!) oraz koniecznie Wieczni Batman i Robin. Tom 1 (klik! klik!).

Z ostatniej z wymienionych pozycji wiemy, że aktualnie w Gotham miana „Robin” używa, obok Dicka Graysona, Jasona Todda, Tima Drake’a oraz Damiana Wayne’a, cała zgraja młodych osób, które podczas nieobecności Batmana chcą walczyć z przestępczością, czynić dobro i demaskować złoczyńców. Samozwańczy obrońcy miasta wzrastają w siłę i liczebność. To nie jest w smak radnej Noctua, która po pewnym incydencie w nocnym sklepie, gdzie (z powodu braku doświadczenia „Robina”) giną i policjant, i rabuś, doprowadza do przegłosowania ustawy zwanej „Prawem Robina”. Mówiąc wprost – delegalizuje działalność młodzików.

Co w konsekwencji prowadzi do legalnego (tj. pod auspicjami policji) polowania na każdego, kto nosi symbole mogące się z nim kojarzyć (wszywkę z literą „R”, czerwone buty, pelerynę czy maskę). Z drugiej strony oryginalna czwórka Robinów jednoczy siły, aby lepiej poznać i wspomóc (tj. wyszkolić) naśladowców, a przy okazji dotrzeć do sedna, czyli do spiskowców pociągających za sznurki.

Z biegiem akcji okazuje się, że postępowanie radnej jest w pełni zdominowane i kontrolowane przez Trybunał Sów, który chciałby odzyskać utraconą pozycję (patrz: pierwsze tomy serii Batman wg Scotta Snydera). Klika manipuluje wszystkimi dookoła, gdyż ma w planach wprowadzić na scenę nowego czempiona Szarego Syna. Napisałem „nowego”, a właściwie chodzi o dorosłego Dicka Graysona, który od wczesnego dzieciństwa był szykowany do zostania Szarym Synem, ale – jak pamiętamy – wtrącił się Batman i zgarnął im młodzika sprzed nosa.

Czy Trybunałowi uda się skaptować Graysona? A może Szarym Synem mógłby zostać ktoś inny? Co się stanie z samozwańczymi „Robinami”? Kto poprowadzi ich do walki? Czy jest między nimi jakiś lider? Czy przymierze między oryginalnymi Robinami okaże się trwałe? Czy Trybunał ma do dyspozycji jakiegoś morderczego Szpona? Czy wyjdą na jaw machinacje i przekręty radnej? Czy Mechabatman wtrąci swoje trzy grosze? Czy tajne stowarzyszanie znów polegnie? Fabuła dostarcza całkiem ciekawych odpowiedzi na powyższy zestaw pytań.

Omawiany tom jest antologią, która powstała dzięki pracy ośmiu scenarzystów oraz dwudziestu (sic!) rysowników. Na czwartej stronie podano nazwiska wszystkich (lub prawie wszystkich) osób, które uczestniczyły w przygotowaniu projektu. Dlatego pod względem graficznym jest bardzo różnorodnie i oryginalnie. Choć można zauważyć, że większość artystów stawia na realistyczne przedstawienie postaci i przedmiotów. Wyjątkiem jest rozdział zatytułowany Robini kontra Zombi, który pierwotnie ukazał się jako trzynasty zeszyt serii Gotham Academy, gdzie rysownik – Adam Archer – odchodzi od naturalistycznego przedstawienia rzeczywistości na rzecz cartoonowej stylistyki.

Wojna Robinów to sporej objętości crossover, który przetoczył się przez kilka okołobatmanowych serii (m.in. Detective Comics, Grayson, Teen Titans czy Robin: Son of Batman). Całość ma stricte rozrywkowy i przygodowy charakter. Pozycja jest o tyle ciekawa, że rozwija mitologię Gotham, upomina się o pamięć osłabionego Trybunał Sów i rozbudowuje pewne wątki wspomnianych w pierwszym akapicie albumów. Z tych powodów można sięgnąć po recenzowany komiks.

Lee Bermejo & Ray Fawkes & Tom King & Tim Seeley & inni (sc.), Adam Archer & Ian Churchill & Jorge Corona & Sandra Hope & Walden Wong & inni (rys.), „Wojna Robinów”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1127, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4, kolory/cienie: 3+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Spider-Man: Władza

13/07/2017 § Dodaj komentarz


  Starość Pajęczaka

Ilustracja zamieszczona na okładce albumu Spider-Man: Władza jest niezwykle sugestywna. Widzimy na niej tytułowego bohatera w bardzo zniszczonym stroju, który kurczowo ściska nagrobek żony Mary Jane Watson-Parker. Wyglada na to, że ktoś mu nieźle przyłożył. Ujęcie można również interpretować inaczej. Pająkowi grozi utonięcie w czarnej mazi, która zajęła już całą wolną przestrzeń. Próbuje nie poddać się fali i ostatkiem sił stara się utrzymać się na powierzchni. W tym wypadku płyta pełni rolę tratwy ratunkowej.

Ostatecznie, niezależnie od tego jak zinterpretujemy ukazaną scenę, możemy być pewni, że Spider-Man cierpi, bo spotkało go coś złego. Odczucia patrzącego korespondują z wypowiedzią rysownika: „(…) później do ilustracji dodałem ból. Zauważcie, że treścią okładek, które trafiły do druku, jest cierpienie – albo psychiczne, albo emocjonalne”. I rzeczywiście, ciężko się nie zgodzić z Kaare Andrewsem. Czteroczęściowa mini-seria ma bardzo przejmujące okładki. Ilustracje wewnątrz wypadają mniej atrakcyjnie. Rysunek jest „kanciasty” i szarpany. Płasko nałożone kolory oraz komputerowa obróbka wizualnych dodatków (np. deszczu) nie przypadły mi do gustu.

Zamysł fabularny jest skądinąd znany, jednak realizacja jest na tyle atrakcyjna, że warto po album sięgnąć. Rzecz mimowolnie kojarzy się produkcjami Franka Millera o podstarzałym Batmanie, który powraca po latach i wespół z bandą młodzików walczy o leprze jutro Gotham City. Tak na marginesie nawet jedna z postaci występujących we Władzy ma na imię Miller. Zresztą można wyprowadzić dużo więcej analogii między obiema pozycjami. Dla wprawnego czytelnika, który ma za sobą lekturę Roku pierwszego oraz Powrotu Mrocznego Rycerza, wskazanie podobieństw nie będzie stanowiło żadnego problemu.

W pierwszych scenach recenzowanego komiksu widzimy starszego pana w białej koszuli, pod szyją ma czerwoną muszkę, nosi okulary i ma ładnie przystrzyżoną siwą brodą. Mężczyzna pracuje w kwiaciarni, ale źle zrealizował zamówienie i właśnie zostaje zwolniony. Tak, to Peter Parker. Tylko starszy o trzydzieści lat. Nadal mieszka w Nowym Jorku, ale jest już na superbohaterskiej emeryturze. Strój Pajęczaka dawno temu pochował w grobie żony. Umyślnie „zapomniał” o swojej heroicznej przeszłości, ponieważ jest przekonany, że to jego osoba spowodowała śmierć Mary Jane. Oczywiście, nie potrafi sobie tego wybaczyć, żyje w ciągłym przytłaczający poczuciu winy. Scenarzysta wyjątkowo przekonująco ukazał portret psychologiczny postaci.

Parkera odnajduje równie stary i lekko zbzikowany J. Jonah Jameson. Były wydawca jest świecie przekonany, że uda mu się zmobilizować Spider-Mana do ostatniej walki. Czy faktycznie staruszek podejmie wyzwanie? Czy założy maskę? Na czyją pomoc może liczyć? I z kim przyjdzie mu się zmierzyć? Czy sobie wybaczy i zaakceptuje, że M. J. zmarła? Odpowiedzi na powyższe pytania poznają ci, którzy po album sięgną – do czego szczerze namawiam.

Kaare Andrews (sc.), Kaare Andrews & Jose Villarubia (rys.), „Spider-Man: Władza”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Mucha Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 3, kolory/cienie: 2+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Batman #9: Bloom

10/07/2017 § Dodaj komentarz


  Mroczny Rycerz powraca?

W rzeczywistości „kolorowych zeszytów” nic nigdy nie ginie bezpowrotnie, to prawda znana czytelnikom od dawna. Czy zatem Batman, a właściwie Bruce Wayne, mógł porzucić swoją rolę obrońcy Gotham na dobre, nawet jeśli stracił pamięć i wydaje się nie być sobą? Nadszedł czas, aby się o tym przekonać, otwieramy tom dziewiąty Batmana.

Pan Bloom, nowy przeciwnik Zamaskowanego Krzyżowca, wdziera się do Powers Building i zaczyna odruchowo zabijać ludzi. Gordon staje z nim do walki, ale choć sytuacja wydaje się obracać na korzyść nowego Człowieka Nietoperza, wróg ostatecznie ucieka. Kiedy więc udaje się go namierzyć, nikt nie jest pewien czy rzeczywiście trafili na jego trop, czy też może łotr przygotował na nich zasadzkę. Były komisarz decyduje się samotnie stawić czoła zagrożeniu, nawet za cenę własnego życia.

Tymczasem Bruce Wayne wiedzie spokojny żywot u boku ukochanej kobiety, którą prosi o rękę. Mimo że w jej przeszłości nie brak mrocznych kart, chce spędzić z nią życie. Wciąż jednak ma problemy z pamięcią, chociaż odzywa się w nim jakiś dawny zew. Spotkanie z Duke’iem, który na własną rękę podjął się odkrycia prawdziwej tożsamości Blooma, staje się impulsem do przypomnienia sobie dawnej roli obrońcy Gotham. Tylko czy to wystarczy, by dawny Batman powrócił? Czy jego powrót jest konieczny, aby w mieście ponownie zapanował pokój?

Scott Snyder i Greg Capullo zaczynając nową serię Batmana w ramach The New 52 (czy jak chce tego polskie nazewnictwo, Nowego DC Comics) stworzyli dzieło, które z miejsca stało się hitem, ale i pozycją niemalże kultową. Trybunał sów, jakim zaczęli swój run, powszechnie uznawany jest za jedną z najlepszych opowieści o Batmanie, a pozostałe zeszyty ich autorstwa także trzymają poziom. Nie inaczej jest też w przypadku Blooma, przedostatniego tomu serii, w którym znalazł się także jubileuszowy, bo pięćdziesiąty zeszyt. Z tej okazji twórcy nie tylko domykają wiele wątków, ale przygotowali dla czytelników porcję zaskoczeń. Co więcej omawiana odsłona, pod względem scenariusza, jest lepsza od „ósemki”, a pędząca na złamanie karku akcja nie pozwala na chwilę nudy. Chociaż na spokojniejsze momenty także znalazło się miejsce.

Właściwie ten komiks jest jak gra, w którą rżną funkcjonariusze gothamskiej policji, przypomina pokera, z tym, że gra się w nią szybko, bez zastanowienia, a na stole czeka zakryta karta mogąca odmienić losy całej zabawy. Na tej zasadzie Snyder i James Tynion IV zbudowali całą fabułę, starając się dostarczyć czytelnikom jak najwięcej dobrej zabawy. Skutecznie zresztą. Całość na dodatek podlali charakterystycznymi dla Batmana z New 52 elementami, takimi jak legendy miejskie i grzebanie w historii Gotham. Co tylko wyszło opowieści na dobre.

Pod względem graficznym Capullo jak zwykle nie zawodzi. Jego znakomita, szczegółowa i mroczna kreska świetnie współgra ze scenariuszem, podobnie zresztą jak kolor. Pozostali artyści też wypadają przyjemnie dla oka, choć nie tak dobrze jak on. Całość została uzupełniona o bogatą (liczącą blisko 40 stron) galerię okładek alternatywnych do 50 zeszytu przedstawiających walkę Batmana z Supermanem. Lista artystów odpowiedzialnych za owe okładki robi spore wrażenie, że wspomnę tylko o Timie Sale’u, Alexie Rossie, Jimie Lee, Paulu Pope’ie czy Gabrielu Dell’Otto.

W skrócie, miłośnicy Batmana będą bardzo zadowoleni. Dostaną bowiem dokładnie to, czego oczekiwali. Osobiście Blooma polecam i czekam na finałowy tom serii.

 Scott Snyder & James Tynion IV (sc.), Greg Capullo & Danny Miki & Yanick Paquette (rys.), „Batman #9: Bloom”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1145, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing the Recenzje category at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: