Lady S #6: Portugalski galimatias

21/01/2018 § Dodaj komentarz


W tym szaleństwie jest metoda

Zupełnie niedawno przeczytałem kryminał Gdy morze cichnie, którą napisał norweski pisarz Jørn Lier Horst. Końcówka powieści (tj. finalne rozwiązanie) skojarzyła mi się z fabułą komiksu Portugalski galimatias. Obie pozycje dotykają tematu terrorystycznego zagrożenia, na jakie narażone są właściwie wszystkie państwa europejskie ze strony ekstremistycznych bojówek islamskich. W wypadku powieści potencjalny zamach miał mieć miejsce w Norwegii, a w wypadku komiksu – w Francji.

Po wydarzeniach przedstawionych w albumie Kret w Waszyngtonie (klik! klik!) Suzan Fitzroy została pozbawiona amerykańskiego obywatelstwa i wydalona ze Stanów. W bieżącej odsłonie spotykamy kobietę w Strasburgu, gdzie od trzech miesięcy pracuje jako tłumaczka w Parlamencie Europejskim. Szania próbuje na nowo się odnaleźć, zdefiniować. Mieszka w wynajętym mieszkaniu, które dzieli z pochodzącą z jakiegoś kraju arabskiego Kadiją. Obie panie nie stronią od uciech życia, chodzą nawet na podwójne randki. Podczas jednego z takich wieczorów nasza bohaterka poznaje Farika Hassine’a, który wywiera na niej dobre wrażenie: stateczny, mądry, oczytany i mający swoje zdanie. Parę połączy romantyczne uczucie czy fizyczne doznania?

No, nic z tych rzeczy. Wielki Jean Van Hamme ma wobec bohaterki zupełnie inne plany. Stabilizacja, nawet mała, nie jest kobiecie pisana. Kłopoty, szpiegowskie rozgrywki i afery na stałe są wpisane w jej życie. Tym razem pretekstem do nawiązania ponownej współpracy z Orionem jest płyta z pewnymi wrażliwymi danymi, którą Farik podrzucił do torebki Szani. Pewnie zastanawiacie się, jak to się wiąże z Portugalią? Mógłbym podzielić się tą informacją, ale jeśli tak zrobię, to odbiorę Wam frajdę samodzielnego zapoznania się z albumem. Należy oddać scenarzyście sprawiedliwość – fachowo buduje opowieść. Trochę razi, ale nie zraża, że wciąż używa tych samych lub bardzo podobnych elementów składowych.

Ponownie nie zawodzi Philippe Aymond, który wiernie przedstawia miejsca akcji oraz występujące postaci. Zmiana lokacji pozwala na ukazanie kolejnych realnych plenerów i miast (piękna Lizbona!). Właściwie do konstrukcji skądinąd rozrywkowej fabuły nie można się przyczepić, akcja prze do przodu, a całość czyta się z zainteresowaniem i uwagą. Wpleciono postaci, które już wcześniej występowały w serii. Na pochwałę zasługuje także rozwiązanie wątku ojców protagonistki (rodzonego i przybranego). Ciekawe, jak dalej potoczą się losy Estonki? Liczę, że w marcu lub w kwietniu oficyna Kubusse wypuści na rynek „siódemkę”. Czekam!

Jean Van Hamme (sc.), Philippe Aymond (rys.), „Lady S #6: Portugalski galimatias”, przeł. Jakub Syty, Wydawnictwo Kubusse, Lublin 2017.

[scenariusz: 5-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 5]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Reklamy

Nieśmiertelny Iron Fist #1: Opowieść ostatniego Iron Fista

17/01/2018 § Dodaj komentarz


Mistyczny wojownik w Hell’s Kitchen

Iron Fist jest „trzecioligowym” superbohaterem Marvela. Jest mistrzem sztuk walki i posiada moc polegającą na zdolności skupienia duchowej energii chi, którą potrafi kierować do pięści, dlatego uderza z niesamowitą i niszczycielską siłą. W Polsce heros znany jest głównie dzięki dwóm serialom wyemitowanym w tym roku przez Netflix: Marvel’s Iron Fist oraz The Defenders. Niestety w obu produkcjach postać Danny’ego Randa, którą gra Finn Jones, nie prezentuje się dobrze. Zatem zamiast cierpieć podczas oglądania wątpliwej jakości choreografii sztuk walki i marnej gry aktorskiej, warto sięgnąć po komiks Opowieść ostatniego Iron Fista, czyli pierwszy album z serii Nieśmiertelny Iron Fist.

Pierwotnie The Immortal Iron Fist ukazywał się od listopada 2006 do sierpnia 2009. Łącznie cykl liczył sobie 27 zeszytów, które następnie zebrano w pięć tomów. W produkcję zbiorczej „jedynki”, która w naszym kraju ukazała się staraniem Muchy, zaangażowani byli, m.in.: Ed Brubaker i Matt Fraction (scenariusz), David Aja (rysunki) i Matt Hollingsworth (kolory). Cztery nazwiska twórców, które mogą sugerować, że pozycja warta jest przeczytania.

Fabuła rozpisana została na kilka wątków, które wzajemnie się przenikają i w finale łączą. W pierwszym obserwujemy bieżące zmagania aktualnego Iron Fista z Hydrą oraz Danny’ego Randa z Chińskim Narodowym Instytutem Transportu. W drugim poznajemy kilku wcześniejszych obrońców mistycznego miasta K’un-Lun. Trzeci poświęcony jest Orsonowi Randallowi, który od 1915 roku jest Żelazną Pięścią, a teraz przybył Nowego Jorku, aby podzielić się z Danielem dziedzictwem i wiedzą.

Scenarzyści nadzwyczaj chętnie przeplatają bieżące wydarzenia epizodami z przeszłości. Na szczęście korzystanie z retrospekcji nie burzy spójności narracji, a wręcz przeciwnie, uwiarygodnia aktualne zdarzenia oraz buduje mistyczną mitologię bohatera. Przy okazji warto wspomnieć, że akcja komiksu rozgrywa się po wydarzeniu Civil War, czyli wojnie domowej między zwolennikami Iron Mana a Kapitana Ameryki, która dotyczyła rejestracji superbohaterów.

Głównym rysownikiem odcinka jest David Aja, który w zestawie materiałów dodatkowych dzieli się z czytelnikami autorskim komentarzem projektowania postaci. Zamieszczono sporo wstępnych szkiców kostiumu bohatera i pomysłów na „odświeżenie” jego wyglądu. Hiszpański rysownik, który aktualnie rysuje serię Hawkeye (klik! klik!), świetnie poradził sobie z ukazaniem scen akcji, pościgów i walki. Kreska jest jakaś taka brudna i chropowata, co świetnie oddaje istotę i naturę dzielnicy, w której rozgrywa się akcja. Aja chętnie eksperymentuje z wielkością, kształtem i układem kadrów na planszy

Danny Rand w komiksie prezentuje się dużo lepiej niż w serialu telewizyjnym, postać jest bardziej spójna i konsekwentnie poprowadzona. Polecam czytać Opowieść ostatniego Iron Fista z pozostałymi pozycjami należącymi do „mikrouniwersum” Hell’s Kitchen (klik! klik!), tym bardziej że w łamach gościnne występy zaliczają Daredevil, Luke Cage czy Misty Knight.

Ed Brubaker & Matt Fraction (sc.), David Aja & Russ Heath & John Severin & inni (rys.), „Nieśmiertelny Iron Fist #1: Opowieść ostatniego Iron Fista”, tłum. Marek Starosta, Mucha Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5-, kolory/cienie: 5]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Torpedo 1972

16/01/2018 § Dodaj komentarz


Luca Torelli to Torpedo

Torpedo to nowojorski gangster o sycylijskich korzeniach. Drań bez skrupułów, czepiący z życia pełnymi garściami, a gdy życie nie chce mu po dobroci dać tego, co pragnie – wtedy on wydziera to siłą. Pięciotomowa seria od Taurus Media przedstawiała losy bohatera w scenografii retro, tak dobrze znanej z retrospekcji z Ojca Chrzestnego II. Nasz Torpedo to postać dokładnie z drugiego czy trzeciego planu filmów Coppoli. Cykl przedstawiał proste gangsterskie opowiastki, operując przy tym znakomitą kreską i świetnym wykorzystaniem kontrastów, jakie oferują czerń i biel. Lubię bardzo. Dlatego polecam nowe zbiorcze wydanie od Non Stop Comics: Torpedo 1936, bo to świetna rzecz, grubaśny integral wart jest wyłożonych na niego pieniędzy.

Nieco inaczej przedstawia się sprawa z wydanym także przez NSC albumem Torpedo 1972. To stworzona kilkanaście lat później krótka opowieść o tytułowym cynglu w wieku emerytalnym. Dalej nie ma skrupułów, dalej brutalnie i przedmiotowo traktuje kobiety. Niestety – albo jego życie nie jest już ani trochę ciekawe, albo podano w tym komiksie jakiś naprawdę mało poruszający wycinek. Jest Torpedo i jego pomagier, ambitny reporter i jego narzeczona fotografka, jest też trzech braci, gangsterów chcących pomścić śmierć ojca. Więcej napisać nie mogę, bo jeszcze zdanie lub dwa, a streszczę całą opowieść, która liczy sobie jedynie 50 stron.

Plusy? Dostajemy przedmowę i galerię szkiców, co ma o tyle istotne znaczenie, że album narysował ogromnie u nas ceniony Eduardo Risso. Zawsze miło zobaczyć coś, co powstało pod jego ręką. Szkoda, że scenarzysta Enrique Sanchez Abuli nie wymyślił mu zbytnich wyzwań, przy których mógłby się wyszaleć. Są więc gadające głowy, kobieta w wersji dość ponętnej, fachowe granie czernią, przyzwoite kolory, ale to wszystko konesera Risso nie powali. Rysunkowo oczywiście artysta trzyma poziom, ale zapamiętam z tego albumu tylko pocztówkowe obrazki Nowego Jorku i przerysowane sceny otwierające Ojca chrzestnego.

Torpedo 1972 to album dla tych największych fanów Risso i serii. Pozostałych czytelników raczej zawiedzie. Premiera sequela jest świetną okazją, abym jeszcze raz gorąco polecił oryginał. Sięgnijcie po Torpedo 1936. Bohatera niekoniecznie polubicie, choć komiks o nim, właśnie ten starszy, to bardzo dobra rzecz.

Enrique Sánchez Abulí (sc.), Eduardo Risso (rys.), „Torpedo 1972”, tłum. Jakub Jankowski, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Kingsman. Tajne służby

15/01/2018 § 1 komentarz


Brzydkie kaczątko zostaje elitarnym szpiegiem

Oglądaliście film Kingsman: Tajne służby? Świetny, prawda? A w ubiegłym roku byliście w kinie na Kingsman: Złoty krąg? Jak się podobał? Też uważacie, że sequel dużo słabszy od „jedynki”? Scenariusz obu produkcji bazował na komiksie Marka Millara oraz Dave’a Gibbonsa. Zresztą panowie zostali zaangażowani w kinową adaptację jako producenci wykonawczy. Tuż przed polską premierą Złotego kręgu do księgarń trafił album Kingsman. Tajne służby, który został opublikowany przez oficynę Mucha Comics.

Akcja komiksu osadzona została w Londynie. Głównym bohaterem jest nastoletni Gary (przez przyjaciół nazywany Eggsy). Chłopak nie może usiedzieć w domu, bo sytuacja w nim nie jest ciekawa: bezrobotna matka, bezrobotny ojczym, przemoc i terror, pijackie libacje, zasiłek przepuszczany na alkohol. Dlatego „buja się z ziomkami po dzielni” i regularnie pakuje w kłopoty. Po ostatniej eskapadzie ląduje w policyjnym areszcie, z którego wyciąga go wujek. Jack London pracuje dla rządu, ale wbrew temu co myśli siostrzeniec, nie jako księgowy, a tajny agent z licencją na zabijanie. I jest jednym z najlepszych szpiegów w służbie Jej Królewskiej Mości.

Wujek postanawia dać młodzieńcowi szansę wyrwania się z zaklętego kręgu życiowych nieudaczników. Dzięki swojej pozycji i koneksjom załatwia Gary’emu udział w szkoleniu przeznaczonym dla przyszłych szpiegów-gentelmanów. Chłopak z nizin społecznych nie pasuje do nowego miejsca, ale swoje braki w obyciu nadrabia wytrwałością i siłą charakteru.

Fabuła prowadzona jest dwutorowo. Społeczny awans Gary’ego to jeden wątek. Drugi dotyczy już stricte szpiegowskiej afery, która, jak przystało na produkcje tego typu, sama w sobie jest durna i absurdalna. Co prawda uważam, że jest to świadome działanie ze strony scenarzysty, który umyślił sobie napisanie pastiszu Bondów. Niestety im dalej w las, tym ciemniej. Millarowi się opowieść rozłazi. Tak to czytam, że autor bał się popadnięcia w nadmierne moralizatorstwo i nie wiedział w jakim kierunku pchnąć całość. Opowieść gdzieś po drodze wytraca tempo i płynność narracji. Rzecz się rwie i finalnie w pamięci pozostają strzępki kilku epizodów.

Gibbons jest klasą sam dla siebie. Wystarczy wymienić świetnych Strażników czy komiks Martha Washington. Jej życie i czasy, wiek XXI. W przypadku omawianej pozycji artysta zdecydował się na wyraźne uproszczenie przedstawienia. Ilustracje ograniczono do niezbędnej ilości detali, w wielokrotnie tła zredukowano do barwnej plamy. Z drugiej strony są kadry, które dopracowane zostały z niesamowitą dbałością o szczegóły. W scenach zbiorowych, gdzie występuje wielu statystów można rysownikowi zarzucić niedbałość ukazywania postaci. Można się czepiać także tego, jak przedstawiani są Gary i Jack – miejscami nie widać różnicy wieku między nimi. Oczywiście, decyzję o takim ich ukazaniu należy wpisać w świadome działanie, które ma parodiować podobne produkcje. Jednak mnie to za serce nie chwyta.

W pełni zgadzam się z Janem Sławińskim, który w swojej recenzji napisał: „Historia przypomina jakby pierwszy draft zamówiony przez Vaughna u Millara”. Całość da się czytać, ale po zakończonej lekturze proponuję jeszcze raz obejrzeć filmową adaptację z 2014 roku.

Mark Millar & Matthew Vaughn (sc.), Dave Gibbons (rys.), „Kingsman. Tajne służby”, tłum. Robert Lipski, Mucha Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 3, rysunki: 3, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Amulet #3: Zaginione miasto

12/01/2018 § Dodaj komentarz


Miasto w chmurach

Trzeci album serii Amulet rozpoczyna się od dwóch wydarzeń, w których nie występuje para głównych bohaterów. Początkowa nieobecność Emily i Navina może budzić niepokój. W zamian spotykamy młodego księcia elfów, który – jak pamiętamy z uprzedniej części – nie zrealizował zleconej misji, przez co ściąga na swoją głowę gniew bezdusznego ojca. W kolejnym epizodzie poznajemy Gabilana, płatnego zabójcę, któremu król elfów zleca zabójstwo młodej strażniczki kamienia oraz przykładne ukaranie księcia Trellisa. Przybliżone zdarzenia, to mroczny przedsmak tego, co czeka czytelników w tomie Zaginione miasto.

Dalej opowieść obfituje w niemniej zaskakujące wypadki. Kazu Kibuishi wysyła swoich bohaterów na poszukiwanie tytułowego zaginionego miasta, ukrytego gdzieś w chmurach, gdzie podobno rezyduje Rada Strażników. Mieszkańcy Alledii uważają, że Cielis nie istnieje i nigdy nie istniało, a informacje o Radzie, która troszczy się o równowagę i pokój w krainie, to jedynie miejska legenda. Czy znajdzie się jakiś śmiałek, który pomoże rodzeństwu i przyjaciołom w poszukiwaniu mitycznego miejsca? Czy najemny mściciel dopadnie rodzeństwo i księcia? Czy dziewczyna powinna ufać księciu z rodu elfów? Dlaczego on nienawidzi swojego ojca? Kim jest mężczyzna, którego Trellis odnajduje w jaskiniach i zabiera ze sobą na eskapadę? Na niektóre z tych pytań poznajemy odpowiedź, ale podczas lektury pojawiają się i inne.

Pisarz obdarowuje Emily i Navina kolejnymi ekscytującymi i niebezpiecznymi przygodami, które, oczywiście, kończą się pozytywnie. Czytelnik momentalnie wsiąka w przygodową fabułę i bez problemu wchodzi w wykreowaną rzeczywistość. Akcja całości prowadzona jest wartko, bez przynudzania i dłużyzn. Od pierwszych stron nie może się oderwać od czytania, a gdy pojawia się napis „Koniec części trzeciej” ciężko uwierzyć, że to już, że znów będzie musiał czekać pół roku nim Planeta Komiksów opublikuje kolejny tom.

W Zaginionym mieście mocniej eksponowany jest steampunkowy charakter scenografii i technologii. Samobieżne domy oraz gadające roboty pojawiły się już w uprzednich odcinkach. Nowością są niezbyt zwrotne sterowce, stacja paliw zbudowana na pionowej skale czy ukrywające się w chmurach latające miasto. Nadal ważnym i fundamentalnym elementem konstrukcyjnym fabuły jest magia, niezwykłe artefakty, fantastyczne stwory i obce rasy. Polecam serię Kibuishiego młodocianym czytelnikom od pierwszej odsłony. Przyznaję się również do tego, że sam podczas lektury mam sporo frajdy.

Kazu Kibuishi (sc. & rys.), „Amulet #3: Zaginione miasto”, tłum. Maria Lengren, Planeta Komiksów, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4+, rysunki: 3+, kolory/cienie: 4-]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Punisher Max. Tom 3

11/01/2018 § Dodaj komentarz


 Punisher: seks i przemoc

Pierwszy komiks z Punisherem przeczytałem, kiedy miałem osiem czy dziewięć lat. Nie pamiętam o czym był, ale jedna rzecz została mi w pamięci na zawsze: scena, w której Frank Castle walczył z rekinem. Dlatego też niniejszy tom obudził we mnie sentymentalne uczucia – tu także Mściciel znajduje się w podobnej sytuacji. Trzecia część cyklu Punihser Max pisanego przez Ennisa, to kawał rewelacyjnego komiksu. Pełnego seksu, przemocy, okrucieństwa i brudu, ale też i emocji oraz akcji. Całość podana wprawdzie w wulgarny, ale znakomity sposób.

Co tym razem czeka na Franka? W trakcie rutynowego polowania na przestępców, Mściciel staje się świadkiem walki pewnej kobiety z napastnikami. Oczywiście wkracza do akcji, ratuje, wykańcza wrogów i jednocześnie angażuje się w sprawę, z jaką nie miał zbyt wiele do czynienia w swojej karierze. Punisher słynnie w końcu z walki z mafią, handlarzami narkotyków etc., teraz przyjdzie mu jednak stawić czoła handlarzom ludzi pochodzącym ze Wschodniej Europy, którzy do łatwych przeciwników nie należą. Weterani czystek etnicznych, gotowi są na prawdziwą wojnę byle pilnować swoich interesów, a na dodatek nie istnieje chyba zbrodnia, której by się nie dopuścili. Jakby tego było mało, w sprawę angażuje się także policja…

W Barakudzie, czyli w drugiej opowieści, Frank zajmuje się tropieniem handlarzy narkotyków. Media i policja interesują się nim bardziej, niż dotychczas. Wszystko to sprawia, że nasz mściciel trafia do Miami, gdzie przyjdzie mu rozliczyć się z pewną korporacją i stawić czoła Barakudzie, kolejnemu choremu szaleńcowi, z jakim zetknął go los.

Martwe dzieci, zmuszone do prostytucji kobiety, rozczłonkowane ciała, płonący żywcem ludzie, ofiary pożerane przez rekiny… Garth Ennis, twórca Kaznodziei (klik! klik!), nie zwalnia tempa, a pisane przez niego opowieści cały czas utrzymują wysoki poziom. Całość jest brutalna, przepełniona chorą przemocą i ostrym seksem, ale jednocześnie wciąga, emocjonuje i potrafi zachwycić. Zresztą drastyczność także należy do zalet cyklu – ekstremalne wrażenia mają w końcu swoją wartość. Ennis często przekracza wprawdzie granice absurdu, ale robi to z takim wdziękiem, że możemy przymknąć na to oko.

Znakomicie wypadają też szata graficzna i wydanie. Pierwsza, choć za poszczególne historie odpowiadają różni artyści, zawsze jest brudna, krwawa, mroczna i mocno skupiona na makabrycznych detalach. I zawsze jest też udana, bo rysownicy wybrani do przeniesienia na papier wizji Ennisa są znakomici w swoim fachu. Co się zaś tyczy wydania, mamy tu papier kredowy, twardą oprawę, bardzo dobrą jakość całości i całkiem sporą galerię szkiców.

Jeśli szukacie mocnego komiksowego dreszczowca dla dorosłych, to Punisher Max będzie strzałem w dziesiątkę. Nie jest to oczywiście seria dla wszystkich, ale miłośnicy brutalnych sensacji w stylu filmów Tarantino czy Rodrigueza będą zachwyceni. Tytuł wart polecenia, jak rzadko który od Marvela.

Garth Ennis (sc.), Leandro Fernández & Goran Parlov (rys.), „Punisher Max. Tom 3”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1258, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Centaurus #3: Szalona ziemia

10/01/2018 § Dodaj komentarz


Obcy wśród kolonistów

Kosmiczna epopeja trwa w najlepsze. Na orbicie planety Vera, gdzieś w gwiazdozbiorze Centaura gatunek ludzki walczy o przetrwanie. Niespełna 9800 kolonistów z niecierpliwością oczekuje na wyniki misji doktor Mary-Mae Randolf, która wraz z niewielkim zespołem badawczym sprawdza, czy „nowa Ziemia” nadaje się do zamieszkania. Tymczasem na pokładzie orbitującego statku-świata trwa nerwowe śledztwo, które dotyczy obecności na pokładzie jakiegoś intruza.

Fabuła, jak uprzednio, prowadzona jest dwutorowo. W „trójce” rozdzielność wątków została dodatkowo podkreślona zerwaniem łączności między forpocztą osadników, a centrum dowodzenia. Przy okazji jeden z techników odkrywa, że ktoś majstrował w układzie sterowania. Nie udaje mu się jednak złożyć pełnego raportu, ponieważ zostaje zamordowany. Co prowadzi do jednoznacznego wniosku, że obcy wciąż jest/są na statku.

Równocześnie na planecie rozgrywają się nie mniej dramatyczne wydarzenia. Vera nadal skrywa wiele nierozwikłanych tajemnic i niespodzianek. Ekipa dociera do miasta, które wygląda jak wierna kopia opactwa Mont Saint-Michel. Ktoś (nadal nie wiadomo kto) bardzo się postarał, aby odtworzyć każdy, nawet najdrobniejszy szczegół – zrekonstruowano nawet ułożenie suwenirów na półkach w sklepie z pamiątkami czy papierowe banknoty w kasie. Dodatkowo znalezione zostają pozostałości czyjegoś obozowiska… Czyżby członkowie ekspedycji nie byli tu jedynymi inteligentnymi osobnikami? Widok wywołuje zimny dreszcz, dlatego grupa nie zatrzymuje się i rusza dalej. Kolejna lokacja wygląda równie zaskakująco, ale okazuje się dużo bardziej niebezpieczna.

Pisząc o „jedynce” (klik! klik!) i „dwójce” (klik! klik!) zwracałem uwagę, że mam niejakie problemy z zaakceptowaniem i pozytywną oceną wartości graficznej. Ilustracje, które tworzy Zoran Janjetov, sprawiają wrażenie tworów sztucznych i topornych. Największe zastrzeżenia miałem (i mam) względem przedstawienia i mimiki postaci. I pod tym względem Szalona ziemia nie odbiega od uprzednich odsłon.

Marcin Kamiński recenzując album Ziemia obiecana dowodził, że cykl mógłby z powodzeniem być spin-offem opowieści Leo osadzonych w uniwersum Aldebarana: „Oba tytuły są realistycznymi historiami sci-fi opowiadającymi o eksploracji nowych, nieznanych planet. Przygodowa fabuła jest w nich równie ważna jak wiarygodne i zaskakujące przedstawienie fantastycznych flory i fauny(…)”. Centaurus to seria, w której główny nacisk położony został na intrygującą zagadkę. Rzecz fabularnie zaciekawia. Scenarzyści, podstawiając czytelnikowi kolejne tajemnice, sprawnie budują napięcie. Znamienne i intrygujące, bo w zamian nie podają zbyt wielu rozwiązań. Czytający ma pole do popisu dla własnej wyobraźni. Co prawda zakończenie bieżącego tomu rzuca nikłe światło na to, czego do tej pory się dowiedzieliśmy i w jakim kierunku zmierzać będzie dalsza opowieść. Ciekawe, czy przypuszczenia się sprawdzą…

Leo {właśc. Luiz Eduardo de Oliveira} & Rodolphe {właśc. Rodolphe D. Jacquette} (sc.), Zoran Janjetov (rys.), „Centaurus #3: Szalona ziemia”, tłum. Wojciech Birek, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 2+, kolory/cienie: 3]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing the Recenzje category at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: