Ariol #3: Jak ostatnie prosię

22/05/2017 § Dodaj komentarz


Poezja faktycznie jest piękna

Dobrze, że Wydawnictwo Adamada nie zwalnia tempa produkcyjnego. Cieszy, że już trzecia odsłona komiksowej serii Ariol jest dostępna w księgarniach. Zbiór nosi podtytuł Jak ostatnie prosię i przedstawia dalsze perypetie tytułowego bohatera oraz kilku jego koleżanek i kolegów ze szkoły. W sposobie budowy komiksu nie ma żadnych zmian. Wewnątrz znajdujemy kilka nadzwyczaj zabawnych historii, które nie układają się w regularną fabułę, choć pewna logika czasu i miejsca zostaje zachowana.

Ariol to bardzo sympatyczny i towarzyski koleżka, którego po prostu nie da się nie lubić. W bieżącym tomie sporo uwagi poświęcono miłosnym perypetiom chłopaka. Dla przypomnienia nasz bohater podkochuje się w pięknej krówce Petuli, która zupełnie nie odwzajemnia jego uczucia. Za to w nim zakochana do szaleństwa jest muszka Scysja. Ariol odkrywa, że poezja wcale nie jest nudna, a nawet spełnia pewne utylitarne cele – można się nią posłużyć, aby wyznać uczucia („Twój głos jest tak piękny, że kiedy będziesz duża, na pewno będziesz czytać ogłoszenia na lodniskach i w supermarketach”) . Dodatkowo sam dostaje napisany wierszem miłosny list od Scysji i awansuje na prywatnego ochroniarza Petuli. Emocjonalny trójkąt to niewyczerpane źródło zabawnych epizodów i zdarzeń. Scenarzysta trafnie rozpisuje wspomniany wątek, możliwość wystąpienia w realnym świcie jest wielce prawdopodobna.

Obok tych miłosnych opowiadań w tomie znalazło się miejsce na kolejne wspólne zabawy Ariola i Ramono. Tym razem koledzy realizują niebezpieczną misję wysadzenia w powietrze bazy łodzi podwodnych, która mieści się w podziemnym parkingu. W domu u Ramono Ariol zostaje przygnieciony do podłogi piersiami siostry przyjaciela. Nasz bohater jest bardzo pomysłowy, świetnie radzi sobie z dorosłymi i ostatecznie w ten czy w inny sposób dostaje to, co chce: fenomenalny plakat z Superkoniem czy ulubiony komiks z autografem autora.

Właściwie każde z dwunastu opowiadań jest mocno osadzone w rzeczywistości chłopców chodzących do szkoły, którzy muszą mierzyć się z różnymi codziennymi problemami. Scenarzysta zwykle wychodzi od czegoś zwykłego czy naturalnego, a następnie dokłada jakąś zabawną scenkę czy gag słowny. Całość ma wyraźnie rozrywkowy charakter, ale w komiksie ukryte są i nieco poważniejsze tematy, które zwykle objawiają się za pomocą trafnej pointy. Od pierwszego tomu seria niezmiennie mnie bawi!

Emmanuel Guibert (sc.), Marc Boutavant (rys.), „Ariol #3: Jak ostatnie prosię”, tłum. Tomasz Swoboda, Wydawnictwo Adamada, Gdańsk 2017.

[scenariusz: 6, rysunki: 5, kolory/cienie: 5+]

Niezwykła podróż. Tom 1

19/05/2017 § Dodaj komentarz


 Wyprawa w krainę dzieciństwa

Niezwykła podróż to komiks, który oferuje każdemu czytelnikowi – niezależnie od wieku – ekscytującą wyprawę w alternatywną rzeczywistość, która charakteryzuje się niezwykłą spójnością kreacji i przedstawienia. W materiałach promocyjnych przygotowanych przez Wydawnictwo Kurc możemy przeczytać: „Przedstawiamy niezwykle urokliwą opowieść zainspirowaną twórczością Juliusza Verne′a oraz steampunkiem z niesłychanymi technicznymi wynalazkami, przygodą oraz oczywiście tajemnicą”. Zwykle z duża rezerwą podchodzę do wszelakich notek informacyjnych. Jednak w tym konkretnym wypadku zgadzam się w pełnej rozciągłości. Powyższe zdanie jest w stu procentach prawdziwe i można oficynie zaufać.

Akcja albumu rozgrywa się podczas I wojny światowej, która nadal trwa, chociaż jest już 1927 rok. W konflikt zaangażowana jest dodatkowa strona, zwana Trzecią Osią, która skutecznie przeszkadza w walce. Mechaniczne stwory do niszczą uzbrojenie obu wrażych armii. Tymczasem wojna jest jedynie elementem scenografii, jak będzie dalej, to się przekonamy.

Głównymi bohaterami opowieści jest para kuzynostwa – Noemi i Emilien – poznajemy ich podczas „rozbijania” letniego obozu w domku na drzewie, które stoi w ogrodzie pewnej londyńskiej szkoły z internatem. Są przekonani, że jak co roku wakacje spędzą z dala od domu. Jakże wielkie jest ich zaskoczenie, gdy dyrektor oświadcza, że ekscentryczni rodzice dziewczynki wrócili do kraju i zdecydowali zabrać dzieciaki do siebie. Emilien ma nadzieję, że i jego ojciec wrócił z wojaży. Niestety, na miejscu okazuje się, że nadal nie przyjechał. Chłopak poważnie martwi się o rodzica, dawno nie miał od niego żadnych wieści.

Rodowa rezydencja jest ogromna, pełno w niej zakamarków, ukrytych pomieszczeń i tajnych laboratoriów. Kuzynostwo na własną rękę rozpoczyna śledztwo w sprawie zaginięcia ojca Emiliena, który jest światowej sławy uczonym. Niespodziewanie w sukurs przychodzi im nowa guwernantka oraz były współpracownik naukowca. Para małoletnich bohaterów obdarzona jest ponadprzeciętną inteligencją, z którą współgrają: ciekawość świata, naukowe zacięcie oraz zdolności inżyniersko-konstruktorskie. Dzieciaki dosłownie nie potrafią usiedzieć na miejscu, wszędzie ich pełno i nic się przed nimi nie ukryje.

Pod względem wizualnym rzecz prezentuje się bardzo dobrze. Silvio Camboni w wypadku przedstawienia postaci posługuje się uproszczoną, cartoonową kreską. Dzięki czemu wszyscy wyglądają sympatycznie i przyjacielsko. Natomiast różnej maści maszyny, budowle, sprzęty oraz krajobrazy narysowano z dbałością o szczegóły. Artysta wiele przedmiotów i machin musiał sam wymyślić, dlatego drobiazgowość odwzorowania wywiera silne wrażenie.

Pierwszy tom z serii Niezwykła podróż jest wysoce atrakcyjną pozycją. Lektura sprawiła mi dużo frajdy. Podoba mi się i kreacja świata przedstawionego, i cała menażeria występujących postaci, która jest niezwykle barwna oraz osobliwa. Fabuła ma charakter przygodowy i prowadzona jest wartko. Para małoletnich bohaterów nie zawodzi. Mam nadzieję, że pozycja spotka się z dużym zainteresowaniem czytelników, a wydawca rychło opublikuje kolejną odsłonę.

Denis-Pierre Filippi (sc.), Silvio Camboni (rys.), „Niezwykła podróż. Tom 1”, tłum. Jakub Syty, Wydawnictwo Kurc, Koluszki 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Punisher Max. Tom 1

16/05/2017 § 2 komentarze


Punisher na maxa

Kiedy w roku 2000 Garth Ennis, świeżo po skończeniu pracy nad swoim opus magnum Kaznodzieją, przejął pisanie przygód marvelowskiego mściciela, Punisher nie miał się najlepiej. Zabity, a następnie wskrzeszony w miniserii Purgatory stał się „niebiańskim” agentem pracującym zarówno dla aniołów, jak i demonów. To się nie mogło udać, dlatego Ennis z miejsca odrzucił kontynuowanie fabuły i skupił się na walce Franka Castle’a z gangsterami i bandytami. Dwunastoczęściowy run, zatytułowany Witaj w domu, Frank okazał się strzałem w dziesiątkę, a irlandzki scenarzysta dostał możliwość napisania nie tylko kilku oneshotów i miniserii, ale też całego cyklu, a potem i kolejnego, już w ramach linii Max przeznaczonej dla dorosłych czytelników. I to właśnie te ostatnie przygody, krwawe, brutalne i wulgarne, trafiły niedawno do rąk polskich czytelników. I chociaż przemoc osiąga w pierwszym tomie serii absurdalne rozmiary, mimo wszystko jest to rewelacyjny komiks, który czyta się jednym tchem.

Historia w nim opowiedziana jest w zasadzie prosta. Punisher morduje kolejnych gangsterów – bossów, pomniejszych żołnierzy czy nawet „emerytowanych” już członków mafijnych rodzin – i to masowo. Chce ich zabijać tak długo, aż przestaną pojawiać się kolejni na ich miejsce. Osaczeni przestępcy chcą się pozbyć wroga za wszelką cenę, ale nie tylko oni polują na Mściciela. Pewna tajemnicza grupa nie tylko jest w stanie go wyśledzić, ale także ma po swojej stronie Micro, dawnego współpracownika Franka. Czy tym razem przeciwnicy zdołają powstrzymać samozwańczego egzekutora?

W pierwszej miniserii o Punisherze (Circle of Blood) twórcy postawili istotne pytanie: Ile przemocy i zabijania znieść może jeden człowiek? Ennis kontynuując tradycję zastanawia się czy istnieje sposób, aby Frank Castle przestał być Mścicielem. Oczywiście robi to w charakterystycznym dla siebie stylu, psychologii postaci szukając wśród przerysowanej brutalności, hektolitrach krwi i czarnym humorze. Punisher, niby Rambo w czwartej odsłonie swoich przygód, chwyta za karabin maszynowy i rozpoczyna spektakularną rzeź. Ale nie jest to masakra dla masakry, chociaż Ennis lubuje się w okrucieństwie. Autor po raz kolejny pokazuje więc zagubionego człowieka, który nie potrafi przestać mordować. Śmierć rodziny z rąk gangsterów to jedynie pretekst, by móc strzelać do kolejnych ludzi pod płaszczykiem walki z bezprawiem. Czy w takiej sytuacji istnieje jeszcze jakaś granica? I gdzie są resztki człowieczeństwa Punishera? Odpowiedzi, jak zawsze u tego scenarzysty, są mroczne i niepokojące.

I w takim tonie utrzymane zostały również ilustracje – przynajmniej w pierwszych sześciu z zebranych tu zeszytów. Kreska jest brudna, kadry ciemne, a Lewis LaRosa nie unika pokazywania wprost ran i okaleczeń. Prościej wyglądają kolejne części w wykonaniu Leandro Fernándeza, ale i one mają swój klimat i urok, a przede wszystkim pasują do pisanego przez Ennisa scenariusza.

Wprawdzie mogłoby się wydawać, że Punisher Max nie ma do zaoferowania nic ponad mocną rozrywkę, jednak to tylko pozory. Z tym z komiksem jest tak jak z filmami Tarantino, wystarczy spojrzeć poprzez tryskającą krew, a okazuje się, że naprawdę kryje się tam coś więcej. Ennis po raz kolejny nie zawiódł, a recenzowany tytuł jest jedną z najlepszych opowieści wydanych przez Egmont w ramach klasyki Marvela. Warto sięgnąć, szczególnie że nadaje się dobrze również dla nowych odbiorców. Warto też czekać na kolejne tomy, tym bardziej że Egmont od czerwca zaczyna wznawiać Kaznodzieję, co gwarantuje, iż Ennis nieprędko zniknie z księgarskich półek.

Garth Ennis (sc.), Lewis LaRosa & Leandro Fernández (rys.), „Punisher Max. Tom 1”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1115, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Avengers #5: Dostosuj się lub zgiń

10/05/2017 § Dodaj komentarz


 Avengers kontra Avengers

Ziemscy Mściciele to grupa, której skład zmienia się w zależności od aktualnych potrzeb i okoliczności. Oczywiście istnieje pewien stały i nienaruszalny człon. Jedna z pierwszych scen albumu Dostosuj się lub zgiń rozgrywa się w wieży Avengersów, gdzie Kapitan Ameryka i Iron Man dyskutują nad tym, że ostatnie wydarzenia (starcie z Budowniczymi i próba podbicia Ziemi przez Thanosa) wymuszają rozbudowanie ekipy o nowych członków.

W omawianej „piątce” mamy dwie główne opowieści. W pierwszej chodzi o to, aby kolejny raz uratować Ziemię i wszystkich jej mieszkańców. Tym razem realne zagrożenie stanowi inna planeta, która pędzi w kierunku naszego globu. O zagrożeniu informuje Avengersów przybyły z roku 3030 Iron Man. Gość z przyszłości zjawia się z gotowym rozwiązaniem – należy zbudować pewną machinę, która… No, przyznaję, nie bardzo zrozumiałem, jak działa. Zresztą „mądre głowy” z zespołu superbohaterów maja podobny problem.

Druga historia jest znacznie bardziej rozbudowana i wiąże się z działaniami naukowców z AIM (Advanced Idea Mechanics). Prowadzone przez nich zaawansowane eksperymenty doprowadzają do zaistnienia luki w czasoprzestrzeni, z której wychodzą Mściciele z innego świata. Jakby tego było mało, to pojawia się jeszcze jedna ekipa Mścicieli – wersja zmodyfikowana przez AIM. W dalszej części wątku akcja sprowadza się do ogólnego mordobicia, które niewiele wnosi do fabuły. A, zapomniałbym. Pojawiają się jeszcze pewne zawiłości związane z osobą Hulk, a właściwie Bruce’a Bannera, który w epilogu zostanie dołącza do Illuminatów.

Nad oprawą graficzną albumu pracowało kilku rysowników. Świetna okładka, za którą odpowiada Esad Ribić. Artysta narysował także pewną ilość plansz, ale niezbyt wiele. Od tego albumu jest zmiana na fotelu głównego rysownika serii – aktualnie zasiada na nim Salvador Larroca. Prace pochodzącego z Hiszpanii twórcy charakteryzują się użyciem bardzo wyraźnej linii konturu, którym obrysowuje się występujące postaci. Co miejscami nie wygląda najlepiej. Proszę zwrócić uwagę na usta bohaterów, są niejako wycięte z papieru i „położone” na twarzy, co sprawia wrażenie sztuczności, nienaturalności.

Przyznaję, że powoli zaczynam się gubić w „wielkiej opowieści”, którą kreuje Jonathan Hickman. Jakoś zdzierżyłem Budowniczych, ale zbliża się czas konfrontacji z Kartografami. Do tego knowania Starka w ramach Illuminatów i nie zapominajmy o rozdarciu Multiversum.

Jonathan Hickman (sc.), Salvador Larroca & Esad Ribic & Mike Deodato & Butch Guice (rys.), „Avengers #5: Dostosuj się lub zgiń”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1106, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 3-, rysunki: 3+, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Barakuda #1: Niewolnicy

04/05/2017 § Dodaj komentarz


Prawdziwi piraci z Karaibów

Jean Dufaux to artysta znany i uznany, mogący poszczycić się długą listą komiksów, które powstały do jego scenariuszy. Nawet w naszym kraju jest reprezentowany przez sporą ilość dzieł, wystarczy wymienić choćby: Skargę Utraconych Ziem, Krucjatę, Konkwistadora czy Murenę. Niedawno, za sprawą oficyny Taurus Media, do powyższego zbioru doszedł pierwszy tom z serii Barakuda. Wspomniany komiks należy do nurtu opowieści przygodowych, które toczy się w scenerii mórz i oceanów, portów i pirackich okrętów.

Akcja albumu, noszącego tytuł Niewolnicy, rozgrywa się na Karaibach. Pierwsze plansze przedstawiają scenę krwawego abordażu. Tuż przed wejściem na pokład hiszpańskiego okrętu kapitan Blackdog tak mówi to swoich podwładnych: „Żadnych jeńców! Za wyjątkiem kobiet, jeśli tam jakieś są”. Okrutni piraci w pień wycinają całą załogę. Z życiem uchodzi jedynie pan de la Loya, który wygrał pojedynek z młodym synem dowódcy. Z pogromu ocalała jeszcze czwórka innych podróżnych: doña Emilie Sanchez del Scuebo, jej spowiednik oraz dwie młode dziewczyny (jedna z nich to chłopiec przebrany w damskie ciuszki).

Los jednak nie jest dla nich łaskawy, gdyż, po przetransportowaniu do portu Puerto Blanco, kobiety zostają wystawione na sprzedaż. Jeszcze na pokładzie Barakudy, bo taką nazwę nosi korsarski okręt, doña del Scuebo próbuje negocjować z Blackdogiem: liczy, że jak poda informację o miejscu ukrycia bezcennego diamentu, to ona i jej podopieczni odzyskają wolność. No i przeliczyła się…

Charakter komiksu jest bardzo naturalistyczny. Piraci odarci zostali z całej romantycznej otoczki. Belgijski twórca ukazuje ich bestialstwo, krwiożerczość i wiarołomstwo. Nie ma mowy o żadnym kodeksie honorowym, po trupach do celu, bo liczy się tylko możliwość wzbogacenia (tj. odnalezienie skarbu). Bieżący album przedstawia głównych bohaterów dramatu, nakreśla relacje panujące między nimi. Po pierwszych scenach, gdy czytelnik załapie istotę i przekaz komiksu, można snuć trafne przypuszczenia w jakim kierunku potoczy się akcja.

Za oprawę graficzną albumu odpowiada Jérémy Petiqueux. Powiem wprost: nie podobają mi się jego rysunki. Drażni mnie karykaturalna maniera z jaką ukazano część występujących postaci. Artysta miesza sposoby przedstawiania, na niektórych kadrach ludzie ukazani się realistycznie i szczegółowo, by po chwili powrócić do „swego” stylu. Kiepsko także wypadają sceny zbiorowe, panuje na nich niejaki chaos. Jakoś nie pasują mi do tej opowieści pastelowe kolory, nałożone przez Petiqueux.

Mimo wszystko nie skreślałbym cyklu, gdyż przed nami pięć kolejnych odsłon, w których wiele się może jeszcze wydarzyć. Dufaux zawiązał kilka ciekawych wątków, które mogą pchnąć całość w mniej przewidywalnym kierunku.

 Jean Dufaux (sc.), Jérémy Petiqueux (rys.), „Barakuda #1: Niewolnicy”, tłum. Jakub Syty, Taurus Media, Piaseczno 2017.

 [scenariusz: 4-, rysunki: 2+, kolory/cienie: 3]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

X-Men: Mordercza geneza

03/05/2017 § Dodaj komentarz


 Mutanci, duchy i tajemnice Xaviera

To, że marvelowscy mutanci nigdy nie mieli lekko, wie każdy czytelnik ich przygód. Jednak to wydarzenie opublikowane jako Ród M stało się jednym z najcięższych okresów w ich historii. Scarlet Witch wymazała istnienie większość homo superior oraz sprawiła, że miał już więcej nie narodzić się żaden przedstawiciel tej rasy. Album Mordercza geneza podejmuje opowieść właśnie w tym miejscu i korzystając ze sprawdzonych schematów fabularnych wrzuca X-Menów w wir szalonej walki, która wydaje się nie mieć dobrego zakończenia.

Po ostatnich wydarzeniach dla mutantów nadszedł kolejny ciężki okres wypełniony niepewnością i pytaniami. Nikt nie wie gdzie zniknął ich mentor, Charles Xavier. Hank natomiast zastanawia się nad jeszcze jedną kwestią: co się stało z odebraną mocą tysięcy mutantów. W przyrodzie nic przecież nie ginie, energia jest stała, więc i ta nie mogła zniknąć. Tymczasem na orbicie w zniszczonym promie kosmicznym pojawia się tajemnicza postać. Jej przybycie na powierzchnię Ziemi wraz z wrakiem wahadłowca alarmuje X-Menów, bowiem osobnik ów dysponuje mocą przynajmniej poziomu Omega. Scott, Wolverine i Rachel ruszają na miejsce, chcąc dotrzeć tam przed wojskiem i zbadać całą sytuację. Nie są jednak gotowi na to, co tam zastaną.

Tymczasem wokół X-Menów zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Duchy zmarłych bliskich pojawiają się w ich otoczeniu, a koszmarne wspomnienia przybierają konkretne kształty na ich oczach. Jaki to wszystko ma związek z głęboko skrywanymi sekretami Xaviera, na trop których wpada Sean? I czemu nowy, potężny wróg X-Men wydaje się znać przynajmniej część z nich, jakby już kiedyś się spotkali?

Mordercza geneza to sześcioczęściowa miniseria, która miała znaczący wpływ na wydarzenia głównych x-menowych tytułów. Całość nie jest szczególnie odkrywcza. Schemat narracyjny znany jest miłośnikom komiksów od lat, jednakże siłą albumu Eda Brubakera, jest jego wykorzystanie. Autor między innymi Zimowego żołnierza wziął na warsztat historię o tajemnicach przeszłości, podlał ją szybką akcją, dużą ilością wydarzeń i niebezpieczeństw i zmiksował w jedną, naprawdę znakomitą całość. Od pierwszych stron dzieje się dużo, nie ma chwili na nudę, a odbrązowienie Charlesa Xaviera dodaje charakteru zarówno postaci, jak i całej opowieści.

Co warto nadmienić Mordercza geneza mocno związana jest z legendarną Drugą genezą. Zaczynają od tytułu i okładki, przez treść wracającą do opisanych tam wydarzeń i odmieniającą ich oblicze, po wprowadzenie do fabuły nowych postaci. Czyta się to znakomicie, a na miłośników mutantów znających dobrze ich losy czeka wiele nawiązań uprzyjemniających lekturę. Bardzo dobrze wypadły także krótkie komiksy rysowane przez Pete’a Woodsa, przybliżające przeszłość nowych postaci.

A skoro o rysunkach mowa, odpowiedzialny za szatę graficzną głównej treści Trevor Hairsine wykonał kawał dobrej roboty. Jego nowoczesne, realistyczne rysunki w sam raz pasują do niniejszej opowieści. Ilustracje są dynamiczne, mroczne i odpowiednio efektowne, czyli takie, jakie być powinny. Chociaż patrząc na okładki stworzone przez Marca Silvestriego chciałbym zobaczyć ten album w jego wykonaniu.

Lubicie X-Menów? Tak. To koniecznie sięgnijcie po omawiany komiks, bo przedstawia ważny etap w historii mutantów. Wypada też wspomnieć, że fabuła Brubakera doczekała się także wersji What if…, ale jak to mówią, to już zupełnie inna historia…

Ed Brubaker (sc.), Trevor Hairsine & Scott Hanna (rys.), „X-Men: Mordercza geneza”, tłum. Kamil Śmiałkowski, Klub Świata Komiksu – album 1109, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Miesiąc miodowy na safari

02/05/2017 § 1 komentarz


Człowiek nie jest koroną stworzenia

Na wstępie przyznaję, że lektura komiksu Miesiąc miodowy na safari była dla mnie sporym zaskoczeniem. Dawno nie czytałem tak odjechanej i nieoczywistej pozycji. W zalewie amerykańskiego superhero i wszelkiej maści pozycji rozrywkowych album wnosi wyraźnie zauważalny powiew świeżości. Jesse Jacobs jest kanadyjskim artystą, który przez jakiś czas pracował przy animacji Adventure Time. Jest to o tyle ważna informacja, gdyż mam nieodparte wrażenie, że do albumu przeniknęły pewne elementy charakterystyczne dla rzeczywistości Finna i Jake’a. Myślę głównie o konstrukcji świata przedstawionego, który na pierwszy rzut oka jest absurdalny i odrealniony, ale gdy mu się bliżej przyjrzeć, to okazuje się, że ma sporo wspólnego z realnym.

Miesiąc miodowy na safari to stosunkowo prosta historia o charakterze przygodowym, w której występują jedynie trzy postaci: para nowożeńców (on jest starszym i bogatym mężczyzną, a ona stosunkowo młodą kobietą) oraz pan przewodnik, którego prawdziwą pasją jest gotowanie. I być może, gdyby nie pracował na tym pustkowiu, to byłby wziętym mistrzem kuchni. Akcja rozgrywa się w bliżej nieokreślonej dżungli (na innej planecie?), która szybko wytraca idylliczny wymiar. Knieje zamieszkiwane są przez przedziwne, mało przyjazne człowiekowi, zwierzęta, dla których stanowi on naturalnego wroga. Każdy kolejny dzień to bezpardonowa walka o przetrwanie, bo wygrać może tylko najsilniejszy. Wbrew pozorom ludzie wcale nie są na uprzywilejowanej pozycji.

Sylwetki, relacje i wzajemne stosunki bohaterów są przerysowane, ale dzięki temu bardziej wyraziste. Kobieta czuje się zobowiązana, aby przepraszać za zachowanie męża, który względem przewodnika zachowuje się arogancko i wyzywająco. Kilka razy podkreśla, że safari kosztuje go gruby szmal. Zachowuje się w myśl maksymy: „Płacę, więc wymagam!”. W pewnym miejscu małżonka mówi: „W mieście jest niezwykle ważną osobistością. Nie przywykł do poczucia bezradności”. Obaj mężczyźni są wrogo nastawieni wobec przyrody. Wydawać by się mogło, że przewodnik z racji dogłębnej znajomości fauny i flory będzie okazywał więcej szacunku i zrozumienia. A jednak nie. Bez refleksji wyciąga flintę i zabija małpę leśną, choć wie, że gatunek zagrożony jest wyginięciem. Przy okazji prosi: „Nie mówcie nikomu, że ją zabiłem. Mógłbym stracić licencję na organizację safari”. Ostatecznie Miesiąc miodowy… to ostra satyra na post-turystykę, ale dostaje się także domorosłym ekologom i zwolennikom slow life.

Pod względem graficznym album prezentuje się wyśmienicie. Całość narysowano subtelną i ciepłą kreską. Wykreowana przez Jacobsa rzeczywistość jest nadzwyczaj spójna. Z jednej strony urocza, a z drugiej przerażająca. Z oddalenia dżungla wygląda pięknie i ekscytująco, ale gdy „zbliżamy oko”, to okazuje się, że zamieszkują ją przerażające i groteskowe stwory, które tylko czyhają, aby zjeść lub zabić. Plansze hipnotyzują obsesyjną wzorzystością i monochromatyczną kolorystyką. Za przerywniki w narracji służą plansze składające się dwudziestu czterech paneli, na których ukazano różnorakie gatunki roślin i zwierząt. Przywodzą one na myśl karty z dziewiętnastowiecznego albumu przyrodniczego.

Za finalną rekomendację niech posłuży zdanie: Gdyby panowie Jacek Świdziński i Łukasz Kowalczuk postanowili napisać wspólny komiks, który narysowałby Marcin Podolec, to mogłoby im wyjść coś właśnie takiego.

Jesse Jacobs (sc. & rys.), „Miesiąc miodowy na safari”, tłum. Agata Napiórska, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 6, kolory/cienie: 5+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing the Recenzje category at Kopiec Kreta.

%d bloggers like this: