Wolverine. Trzy miesiące do śmierci. Tom 1

05/01/2018 § Dodaj komentarz


Droga przez mękę

Niedawno, po czterech odsłonach, zakończyła seria Wolverine i X-Men, która opowiadała o losach Logana, który przez jeden sezon był dyrektorem Szkoły dla Uzdolnionej Młodzieży im. Jean Grey. Dobrze wiadomo, że natura nie znosi próżni, tj. wydawca publikuje to, co się sprzedaje. Dlatego Egmont postawił na kolejny cykl z udziałem Rosomaka: Wolverine. Trzy miesiące do śmierci.

Fabuła pierwszego tomu jest oderwana od wcześniejszych wydarzeń. Właśnie dlatego dokładnie nie wiemy, dlaczego Logan porzucił szkołę, dlaczego wystąpił z X-Menów, dlaczego porzucił Avengersów i dlaczego przyłączył się do grupy mutantów współpracujących z panem o ksywie Oferta. Wiemy, że bohater stracił swą słynną zdolność regeneracji, czyli nagle jest śmiertelny. Rosomakowi wcale niespieszno umierać, kiedy w głowie kołacze się zemsta. Irytujący, z punktu widzenia polskiego czytelnika, jest fakt, że dostajemy jedynie fragment układanki, która ma coś wspólnego z Sabretoothem. A także odwiecznym pytaniem: ile w Loganie człowieka, a ile zwierzęcia? A patrząc z szerszej perspektywy: jest bohaterem czy może antybohaterem?

Powyższe pytania to punkt wyjścia, z którymi podczas lektury mierzy się czytelnik, ale także sam protagonista oraz jego aktualna kobieta. Scenarzysta, Paul Cornell raczy nas opowieścią nijaką, mglistą i zagmatwaną, w której retrospekcje mieszają się z bieżącymi wydarzeniami. Pisarz średnio uzasadnił współpracę protagonisty z Marią Hill, Spider-Manem, Czarną Wdową czy Kapitanem Brytanią. Całość jest chaotyczna i niespójna. Mocno doskwiera fabularna dziura między seriami.

W warstwie graficznej palce maczali: Ryan Stegman oraz Gerardo Sandoval. Tak brzydko narysowanego komiksu mainstreamowego dawno nie miałem okazji czytać. Rysunki są po prostu szkaradne i śmieszne;wpadają w karykaturę. Dynamiczne kadrowanie, rodem z komiksów japońskich, zupełnie się nie sprawdza.

Ostrzyłem sobie zęby na historię, która ma opowiadać o śmierci jednego z moich ulubionych bohaterów Marvela. Jednak lektura początku serii Wolverine. Trzy miesiące do śmierci, to droga przez mękę. Kto wie, może dalej będzie lepiej, ale wielkich nadziei nie mam.

Paul Cornell (sc.), Ryan Stegman & Gerardo Sandoval & David Baldeon (rys.), „Wolverine. Trzy miesiące do śmierci. Tom 1”, tłum. Sebastian Smolarek, Klub Świata Komiksu – album 1201, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 2, rysunki: 1+, kolory/cienie: 3]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Reklamy

Uncanny X-Men #4: Kontra S.H.I.E.L.D.

13/12/2017 § Dodaj komentarz


X-Men kontra S.H.I.E.L.D.

Kiedy zacząłem czytać All-New X-Men i seria przypadała mi do gustu, nie sądziłem, że sięgnę po drugi tytuł z mutantami – Uncanny X-Men. Nie chciałem angażować się w zbyt wiele opowieści, wystarczyło mi to, co miałem, skoro było dobre, ale ostatecznie sięgnąłem także i po analogiczny cykl. Skoro pisał go ten sam scenarzysta, znakomity Brian Michael Bendis, czy mogłem postąpić inaczej? I dobrze, że tak się stało, bo oba tytuły szybko zaczęły przenikać się wzajemnie, a teraz już na całego kontynuują swoje wątki. Jednocześnie bieżący tom łączy się wydarzeniem zwanym Grzech pierworodny (klik! klik!), wywołując kolejną rewolucję w hermetycznym świecie gatunku obdarzonego niezwykłymi mocami.

Dyrektor S.H.I.E.L.D., Maria Hill, zjawia się w Atlancie w domu Hijacka. Chociaż doskonale wie, że aktualne wydarzenia są wynikiem manipulacji Scotta. Zamierza poznać lokalizację kryjówki X-Men. Tymczasem Scott wykrywa Cerebro trop nowego, niezwykle potężnego mutanta. Wraz ze swoimi ludźmi i uczniami wyrusza na miejsce, ale niestety nic nie idzie tak, jak to sobie zaplanował. U celu znów czekają na nich sentinele, a jakby tego było mało, tym razem potrafią blokować ich moce. Mutanci cudem uchodzą z życiem, ale kropla przelewa czarę goryczy. Cyclops decyduje się raz na zawsze załatwić sprawę. Jeśli za atakami stoi S.H.I.E.L.D., zacznie z nimi wojnę – tak samo, jeśli okaże się, że choć wiedzą o całej sprawie, nic nie robią. Jak sytuacja wpłynie na X-Menów? Kto i dlaczego wysyła sentinele? I czy fakt, że Mystique wcieliła się w Dazzler i zajęła jej miejsce może cokolwiek zmienić?

Tymczasem dochodzi do wydarzeń znanych jako Grzech Pierworodny. Gdy za sprawą oka Watchera wychodzą na jaw długo skrywane sekrety, odnaleziony zostaje testament Charlesa Xaviera, a to co w sobie zawiera może wywrócić życie X-Men o sto osiemdziesiąt stopni. Czym to wszystko się skończy?

Bendis trzyma formę. Scenarzysta obu serii o mutantach wydawanych w ramach Marvel Now!, swoją opowieść zaczął w znakomity sposób i nawet kiedy akcja niektórych tomów zwalniała, całościowo nie zawodził. Tak samo jest w tym przypadku. W Uncanny X-Men kontra S.H.I.E.L.D. ciągle coś się dzieje, ale ważniejsze jest to, że scenarzysta rozwija najistotniejsze wątki, robiąc to w znakomitym stylu, i dodając przy okazji nowe. Czy odpowiada na pytania, które od początku serii stawiał? Przekonajcie się sami. Warto, jak zawsze zresztą.

Niezawodna fabuła Bendisa zyskała też znakomitą szatę graficzną. Najbardziej cieszy fakt, że pięć z siedmiu zebranych tu zeszytów zilustrował Chris Bachalo. Uwielbiam prostotę jego cartoonowego stylu. Gdzie klarowność i lekkość połączona została z ciekawym przestawieniem tła, które jakże często zdobią przerobione komputerowo zdjęcia. Kris Anka, który przejmuje rolę rysownika na dwa numery także nie zawodzi, choć przy Bachalo wypada blado… Operuje bowiem kreską czystą, nieskomplikowaną, ale też i bez większego charakteru. Ot dobra rzemieślnicza robota, kolokwialnie mówiąc. Do tego dochodzą też prace innych artystów, którzy przygotowali okładki alternatywne i przyjemny dla oka kolor.

Połączcie to wszystko razem, a otrzymacie komiks, które powinien znaleźć się na półce miłośników X-Men. Nie sam w sobie, ale razem z pozostałymi częściami serii. Wszystkie bowiem układają się w jedną, znakomitą opowieść, którą czyta się po prostu z wypiekami na twarzy, a perspektywy na przyszłość (Przygoda w świecie Ultimate oraz Mutant Omega) malują się nad wyraz intrygująco.

Brian Michael Bendis (sc.), Chris Bachalo & Kris Anka (rys.), „Uncanny X-Men #4: Kontra S.H.I.E.L.D.”, przeł. Kamil Śmiałkowski, Klub Świata Komiksu – album 1218, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

[komiks można kupić tu: klik! klik!}

Thor Gromowładny #4: Ostatnie dni Midgardu

15/11/2017 § Dodaj komentarz


Galactus zawsze wporzo

Strasznie marudziłem (klik! klik!) na trzeci tom Thora, gdzie Aaron poszedł w parabole, gdy ani ONZ ani NATO nie mogą sobie poradzić z ISIS, a zaangażowanie Thora i koalicji antyislamskiej tylko pogarsza sprawę.

Parabole Aarona nie opuszczają, ale czasem mu wychodzą lepiej. W „czwórce” Thor nie jest zbrojnym ramieniem koalicji, a w zasadzie starbucksowym lewakiem z kubkiem kawy ze Starbucksa. Bo Thor (gdy nie pije kawy i nie randkuje) walczy tu z mega-korporacją energetyczną, która oczywiście jest autentycznym ucieleśnieniem zła. Ale tym razem – dla odmiany – opowieść jest spoko. Z kilku powodów.

Bo antykorporacyjna, antyneoliberalna popierdułka wydana przez korporacyjnego molocha, ale rozrywkowa i ładnie narysowana. Konkretne, następujące argumenty na rzecz tego tomu:
– Thor (tutaj jako NekroThor) walczący z Galactusem, a Galactus, wiadomo, zawsze wporzo;
– Simon Bisley, który maluje tu blondwłosą, nordycką wersję Slaine’a nawalającego toporem lodowych gigantów (short story);
– R.M. Guéra, który tym razem nie rysuje zgnojonych Indian (klik! klik!), a zgnojone mroczne elfy, więc w sumie wychodzi na to samo, tylko kolor skóry inny, ale to dalej historia o przesranym życiu w rezerwacie (short story);
– Esad Ribic, który potrafi popłynąć przyjemniej (patrz: Loki), ale nawet jak się trzyma marvelowskiego standardu, to się przyjemnie patrzy.

Nie wiem, czy ma sens polecać tom jako wyrwany z cyklu, ale z drugiej strony – poprzedni był od czapki, że lepiej go sobie darować. Bieżący broni się samym Galactusem. Nawet licha strawa smakuje lepiej w towarzystwie pożeracza planet, a tu mamy jeszcze Guerę, Ribica i Biza, więc jest OK.

Fabularnie niby też się coś dzieje, zmienia się status bogów etc, ale nie oszukujmy się, że to ma jakąś większą wagę, czy wpływa na odbiór historii o długowłosym kolesiu z młotkiem. Przynajmniej nie u mnie.

Jason Aaron (sc.), Simon Bisley & Esad Ribic & Agustin Alessio & R. M. Guéra (rys.), „Thor Gromowładny #4: Ostatnie dni Midgardu”, tłum. Marceli Szpak {pseud.}, Klub Świata Komiksu – album 1180, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

All-New X-Men #5: Jeden z głowy

16/10/2017 § Dodaj komentarz


  Przeszłość, która powraca

Kiedy Bendis rozpoczynał pisanie serii All-New X-Men pierwsze co zrobił, to przeniósł dawnych członków X-Men do teraźniejszości. Krótko potem, w wielkim crossoverze Bitwa Atomu (klik! klik!), łączącym w sobie wszystkie serie o mutantach, do tego grona dołączyli także X-Meni z przyszłości. Teraz całe grono powraca w kolejnej udanej opowieści, która w znakomitym stylu kontynuuje wcześniejsze tomy.

Hanka dręczą wyrzuty sumienia po tym, jak namieszał w liniach czasowych. Nie wie jak naprawić szkody, które to spowodowało, nie ma pojęcia w jaki sposób odwrócić obecną sytuację i co przyniesie przyszłość. Tajemnicza postać, która go odwiedza (Watcher Uatu), uświadamia mu, że konsekwencje jego działań są poważniejsze niż sądził, ukazując mu różne wersje dalszych losów mutantów.

Tymczasem Jean i Scott usiłują zrozumieć zawiłości tego, co się dzieje i znaczenie nowych mocy dziewczyny. Jednocześnie X-23 decyduje się opuścić drużynę, ale zostaje zaatakowana przez tajemniczego przeciwnika. Gdy X-Meni dowiadują się o tym, nie mają pojęcia w jakiej sytuacji właśnie się znaleźli, ale jedno jest pewne – Bractwo Złych Mutantów z przyszłości powróciło i nie zamierza działać po cichu…

Serię All-New X-Men polubiłem z wielu powodów. Dobry scenariusz, ciekawy pomysł, znakomite wykonanie pod względem graficznym. Do tego dochodziła też niebagatelna rzecz – Bendis, ceniony i uwielbiany scenarzysta, odświeżył ich przygody i uczynił atrakcyjnymi dla nowych odbiorców. Po latach plątania fabuł, dodawania najróżniejszych wątków, ich alternatywnych wersji i zabaw z czasem, przestrzenią, taki zabieg był potrzebny. A co ważniejsze, okazał się udany. Pomysł z przeniesieniem młodych X-Menów do naszych czasów, gdzie muszą odkryć wszystkie zawiłości, chwycił także w oderwaniu od powyższego i jest konsekwentnie rozwijany. Czy trzyma poziom? Tak! I to właśnie jest kolejny powód, dla którego warto zapoznać się z całym cyklem.

W najnowszym, piątym już tomie (choć właściwie należałoby rzec, że siódmym – Bitwa Atomu oraz Proces Jean Grey, choć były crossoverami, stanowiły przede wszystkim część tej opowieści, a do tego całość łączy się jeszcze z drugą X-serią Bendisa: Uncanny X-Men), akcja nie zwalnia tempa, rozwija wcześniejsze wątki i wypada naprawdę dobrze. Jak zwykle dzieje się dużo, scenarzysta bawi się motywami znanymi z klasycznych zeszytów, oddaje im hołd i przepisuje na swój własny sposób. Poza tym znów bawi się czasem i różnymi wersjami przyszłości, a na dodatek z okazji 25 zeszytu serii, który otwiera ten tom, znów znalazł okazję do świętowania i złożenia hołdu – tym razem w postaci ilustracji wykonanych przez najróżniejszych twórców, od Davida Macka, po J.G. Jonesa.

Większość albumu narysował jednak znakomity Stuart Immonen (z pomocą Davida Marqueza i Sary Pichelli). Rysunki są więc znakomite, odpowiednio mroczne (autor rewelacyjnie operuje światłem i cieniem), dynamiczne, jest w nich coś cartoonowego, ale są też realistyczne i miejsca wpadają w oko. Ogląda się to świetnie, świetnie też czyta, więc jeśli należycie do miłośników X-Men, albo macie ochotę na dobry komiks superbohaterski, zainteresujcie się koniecznie tą serią.

Brian Michael Bendis (sc.), Stuart Immonen & Wade von Grawbadger & inni (rys.), „All-New X-Men #5: Jeden z głowy”, przeł. Kamil Śmiałkowski, Klub Świata Komiksu – album 1199, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Michał Lipka]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Grzech Pierworodny

13/10/2017 § Dodaj komentarz


 Kto i dlaczego zabił Watchera?

Mam nieodparte wrażenie, że uniwersum Marvela crossoverami oraz eventami stoi. I wszystkie są znaczące i przełomowe. Po każdym świat superbohaterów ewoluuje. Założenie Domu Pomysłów jest jasne: chodzi o rewolucję, postawienie rzeczywistości na głowie. Wszystko dlatego, że liczy się dynamika zmiany i sprzedaży… Anihilacja, Bitwa Atomu, Ród M, Tajna Inwazja, Tajna Wojna, Avengers kontra X-Men, Wojna Domowa, Nieskończoność, a teraz do zestawu dochodzi jeszcze Grzech Pierworodny.

Fabuła omawianego komiksu, za którą odpowiedzialni są Jason Aaron, Ed Brubaker i Mark Waid, skupia się wokół śmierci Watchera Uatu. Watcher to istota mieszkająca na Księżycu, która od dawien dawna obserwuje (podgląda) Ziemię i jej mieszkańców. Zasadniczo jest bezstronny, nie ocenia i bezpośrednio się nie angażuje. Tylko patrzy. Widzi wszystko i wszystkich. Tak więc zna każdą, nawet najbardziej skrywaną, tajemnicę. Nie zaspojleruję, gdy napiszę, że bohater zostaje zamordowany, a także bestialsko okaleczony. Komu zależało na tym, aby pozbawić go życia? Czy zginął, gdyż zobaczył coś czego nie powinien? A może motywem była chęć przejęcia wiedzy i technologii? W końcu – informacja to władza.

Niczym w najlepszym kryminale na plan pierwszy wysuwają się pytania: Kto zabił i dlaczego? Śledztwo prowadzone jest kilkutorowo: oficjalnie i nie. Główne Kapitan Ameryka zleca Nickowi Fury’emu, pozostałe prowadzone są przez oryginalne zespoły herosów. Dla przykładu jedna z grup składa się z Zimowego Żołnierza, Moon Knigta i Gamory. Długo nie wiadomo, kto wysłał w teren małe grupy. Scenarzyści wprowadzają do fabuły mniej znanych łotrów i to w moim mniemaniu należy zaliczyć na plus. Równie wartościowym elementem fabuły zdaje się twist związany z postacią Fury’ego. Osobiście wątek związany z byłym liderem S.H.I.E.L.D. uważam za najbardziej atrakcyjny.

Większość materiału została narysowana przez Mike’a Deodato. Ilustracje pochodzącego z Brazylii artysty są bogate w szczegóły, a przedstawienie postaci jest realistyczne. Zwraca uwagę dynamika scen walki, dobre wykorzystanie linii ruchu oraz światłocienia. Układ kadrów na planszy częstokroć odbiega od klasycznego sposobu kadrowania i układu paneli. Całość wykonano rzetelnie i na dobrym poziomie (tj. bez anatomicznych kiksów czy potworków). Oprawa graficzna jest spójna, a także współgra z warstwą narracyjną.

Jak (i czy) śmierć Watchera wpłynie na uniwersum? Czy po Grzechu Pierworodnym świat superbohaterów Marvela faktycznie nie będzie już taki sam? O tym przekonamy się w późniejszym terminie. Tymczasem nie pozostaje mi nic innego, jak tylko namówić was do przeczytania „kolejnej przełomowej historii”. Cierpieć nie będziecie, bo akcja wciąga – tom czyta się za jednym podejściem.

Jason Aaron & Ed Brubaker & Mark Waid (sc.), Mike Deodato & Jim Cheung & Javier Pulido & Paco Medina (rys.), „Grzech Pierworodny”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz & Piotr Cholewa, Klub Świata Komiksu – album 1182, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

New Avengers #4: Doskonały świat

11/08/2017 § Dodaj komentarz


  Jak ocalić świat od zagłady?

„Wszystko umiera. Wy. Ja. Każdy na tej planecie” – tak brzmi mantra powtarzana przez Mister Fantastica. Ponieważ podczas induksji, gdy dochodzi do kolizji dwóch Ziem z różnych wymiarów, albo obie zostaną zniszczone, albo jedna zostanie ocalona (kosztem drugiej). Ziemscy herosi, skupieni w grupie Illuminatów, są tego świadomi, od dłuższego czasu przegotowywali się do uratowania własnej planety. Tylko jest jedno małe „ale”. Jak poradzić sobie, jak unieść świadomość, że właśnie zgładziło się miliardy istnień?

Ciężar odpowiedzialności jaki spoczywa na barkach bohaterów jest ogromny. Na jednej szali jest ocalenie świata jakiego znają, na drugiej etyczna odpowiedzialność i wszystko, co się kryje pod hasłem: „człowieczeństwo”. W teorii decyzja wydaje się prosta i początkowo akcja rozwija się właśnie w tym kierunku. Jakby Hickmana przerobił najbardziej znaczących Avengersów w potwory bez sumień. Na szczęście w pewnym momencie przychodzi opamiętanie. Mogą razić pompatyczne przemowy herosów, którzy używają wielkich słów, aby rozstrzygnąć moralny dylemat.

Innym ciekawym wątkiem, który rozgrywa się na łamach Doskonałego świata, jest spór między T’Challą i Namorem. Czarna Pantera zostaje podstawiony pod ścianą – przodkowie żądają od niego unicestwienia władcy Atlantydy. Jaką ostatecznie decyzję podejmie król Wakandy dowiedzą się ci, którzy sięgną po czwartą część New Avengers.

Niestety w parze z wciągającą narracją fabularną nie idzie oprawa graficzna. Epizod z udziałem Czarnej Pantery, który zilustrował Valerio Schiti, może się miejscami podobać. Znacznie słabiej prezentują się plansze, które wyszły spod ręki Keva Walkera. Przerysowany, cartoonowy styl, jakim posługuje się artysta, nie współgra z powagą scen.

Bieżącą odsłonę czyta się całkiem dobrze. Fabuła jest spójna i konsekwentnie poprowadzona. A fatalistyczna mantra, którą Reed Richards mruczy od dłuższego czasu, w końcu przerodziła się w realne zagrożenie. Muszę przyznać, że pierwszy raz jest realnie zainteresowany tym, co w dalszej perspektywie Jonathan Hickman przygotował dla Illuminatów.

Jonathan Hickman (sc.), Valerio Schiti & Salvador Larroca & Kev Walker (rys.), „New Avengers #4: Doskonały świat”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1151, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 3-, kolory/cienie: 3+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Thor Gromowładny #3: Przeklęty

20/07/2017 § Dodaj komentarz


Grafomania Aarona

„Bardzo możliwe, że Jason Aaron urodził się, by tworzyć przygody Thora” – informuje blurb na okładce albumu. Owszem, możliwe. Równie możliwe jest, że to dziecię Godzilli z nieprawego łoża, zakamuflowany Elvis Presley albo ambasador kosmicznej rasy Nilvahani. Cykl Thor ładnie się zaczął (klik! klik!), by zamulić w tomie drugim (klik! klik!), bawić i osłabiać mnie w tomie trzecim. Niestety wszelkie pozytywy, to jedynie krótkie przebłyski.

Bieżący album uderza w ton high fantasy. Sprzymierzone, ale i wrogie rasy wszystkich nordyckich światów muszą współpracować, aby poradzić sobie z tytułowym Malekithem Przeklętym – byłym władcą mrocznych elfów, który po ucieczce z więzienia gromadzi siły, bo planuje przeprowadzić krwawą konkwistę. Czy też jihad. Chce zniszczyć zastany porządek, by zbudować nowy, i nie ważne czy będzie zabijał wrogie rasy i nacje, czy swoich. Przeciw niemu staje Liga Światów – taka marvelowska Drużyna Pierścienia z Thorem na czele. Kolejne zeszyty to wzajemne podchody, które prowadzą oczywiście do kulminacji, gdzie każdy z każdym.

Aaron miesza tu pójście w nudną sztampę z wyśmianiem konwencji, z którą wszedł. Natchnione przemowy, to farmazony na granicy parodii. Kraina elfów jest przesłodzona aż do mdłości. Dodatkowo w drużynie mamy elfa rewolwerowca(!), który jeździ na jednorożcu(!). Niestety to za bardzo nie pomaga, biorąc pod uwagę że historia jest nudna, ciągnie się, a dialogi ledwo da się czytać.

Sama opowieść ma też drugie dno. Wojna domowa pośród mrocznych elfów przypomina to, co działo się ostatnio i dzieje dalej w państwach arabskich (choćby w Syrii). Bezradność Kongresu Światów, który nie chce ingerować, by nie uznano to za bezprawne wtargnięcie, to działania w stylu ONZ czy NATO. Quest Ligi Światów to praktycznie rzecz biorąc koalicja państw, które wysłały kontynenty do walki z tzw. Państwem Islamskim. Do tego Thor, naiwny niczym Stany Zjednoczone, bredzący coś o tym, że skłócone plemiona mrocznych elfów powinny zakończyć walki plemienne i demokratycznie wybrać przywódcę. Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, o co Aaronowi chodzi, to dostaje motyw uchodźców. Na dobitkę otrzymujemy gorzki owoc działań Ligi, która niby osiągnęła cel, ale nie ma tu mowy o zwycięstwie, czy też rozwiązaniu problemu.

Aaron męczy bułę, bawi się konwencją, idzie w parabole… Niestety nie ma hamulców, by powstrzymać się w swojej pisaninie czy dokonać jakiejś selekcji. Zresztą jak zwykle, gdy robi coś mainstreamowego (zapewne dla kasy). Fabuła jest banalna. Dialogi czyta się źle. Za rysunki niestety nie odpowiada tym razem Esad Ribic, ograniczający się do samych okładek.

Z plusów wymienić mogę tylko alternatywną okładkę do czternastego zeszytu, autorstwa Dave’a Johnsona, utrzymaną w stylistyce Kirby’ego, i ostatni zeszyt zbiorku – samodzielną historię z rysunkami Dasa Pastorasa. Niestety nawet ta historia, zaczynająca się od składania przez Thora faktów z pijatyki ze smokiem z poprzedniej nocy nie ratuje tego tomu. Niestety. Może Aaron bywa mistrzem, ale i jemu zdarza się grafomania.

Nie ma co, nie ma po co, tej serii już dziękuję.

Jason Aaron (sc.), Ron Garney & Nic Klein & Das Pastoras & Emanuela Lupacchino (rys.), „Thor Gromowładny #3: Przeklęty”, tłum. Marceli Szpak {pseud.}, Klub Świata Komiksu – album 1153, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Marvel NOW at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: