Zabij albo zgiń. Tom 2

03/05/2018 § Dodaj komentarz


Prawie Punisher

Pierwszy tom serii Zabij albo zgiń Brubakera i Phillipsa był nietypowym spojrzeniem na thriller. Mamy opowieść o seryjnym mordercy, teoretycznie kryminał, tylko że widziany jego oczami. Dylan to student z problemami, który z powodu zaburzeń psychicznych lub też nawiedzenia przez demona, poluje na złoczyńców. Zakłada czerwoną maskę narciarską, chwyta za broń i przemienia się w Punishera. Nie ma jednak za sobą odpowiedniego przeszkolenia, dlatego kwestią czasu pozostaje, kiedy w końcu powinie mu się noga. Tom drugi to część jego historii, gdy wszystko zaczyna się komplikować.

„Jedynka” zaintrygowała mnie, ale nie powaliła (klik! klik!). Bieżąca odsłona utwierdza mnie w przekonaniu, że Brubaker to solidna marka, a jego komiksy mogę brać w ciemno, nawet, jeśli z początku nie jestem do końca przekonany do jego nowych serii. Pisarz poszedł w psychologię. W przypadku pierwszego tomu miałem wrażenie, że dopowiadam sobie nawiązania do Junga i drążenie jego archetypów, tak w kontynuacji jest to już postawione w praktycznie jednoznaczny sposób. Scenarzysta bawi się nieco dekonstrukcją figury superherosa w duchu Strażników, próbując odpowiedzieć na pytanie: co tym zamaskowanym gościom musi się kłębić w czaszce? Brubaker eksponuje ciemną stronę psychiki, silny, choć wypierany zew pierwotnej podświadomości, w tym przypadku wymieszany nieco z kompleksem Boga (czy może raczej obłaskawianego Demona).

Opowieść balansuje między kryminałem, psychologicznym thrillerem, psychoanalizą, a grozą. Interpretacja pobudek głównego bohatera wciąż nie jest jednoznaczna, choć autorzy mocno sugerują źródła jego obecnego stanu. Drugi tom nie pozostawia wątpliwości, jak świetnym warsztatem posługuje się Brubaker, co widać choćby w prostych zabiegach spotkania Dylana z jego dziewczyną, gdy rozkojarzony bohater skupia się na swoim monologu wewnętrznym, a jej dymki dialogowe pozostają puste. Innym razem (scena w furgonetce) autorzy świetnie godzą sekwencyjność z trudną do uchwycenia w komiksie szybkością czy wręcz jednoczesnością zdarzeń. Po raz kolejny też okazuje się, że Brubaker po prostu świetnie sprawdza się w duecie z Phillipsem, który potrafi płynnie dopasować swoją kreskę do stylistyki scenariusza. Świetnie broni się surowy, prosty realizm, bez większych eksperymentów plastycznych.

Kto miał wątpliwości co do serii, a ma do mnie zaufanie, to może już się ich wyzbyć. To nie komiks kategorii ‚można’, to seria kategorii ‚warto’. Niekoniecznie podejdzie każdemu, bo to nie sensacyjniak, ale przemieszanie komiksowych i psychologicznych tropów. Co daje ciekawy, wyróżniający efekt, który mnie kupił. Czekam na „trójkę”.

Ed Brubaker (sc.), Sean Phillips (rys.), „Zabij albo zgiń. Tom 2”, tłum. Paulina Braiter, Non Stop Comics, Katowice 2018.

[autor: Przemysław Pawełek]

[komiks można kupić tu: klik! klik!]

Briggs Land #1: Kobieca ręka

10/04/2018 § Dodaj komentarz


Ameryka Trumpa w komiksie

Od czasu amerykańskiej kampanii wyborczej regularnie mówi się o „Ameryce Trumpa”, alt-prawicy, amerykańskich fundamentalistach i białej hołocie, która miała swoimi głosami wybrać obecnego prezydenta USA (jak było – nie będę drążył). Briggs Land trafia na nasz rynek w dobrym momencie . Relacje USA z resztą świata są coraz bardziej napięte…

Brian Wood zaprasza czytelnika na wycieczkę na północ stanu Nowy York, gdzie lokalna społeczność żyje na własnych warunkach. Od czasu nieudanej próby zamachu na prezydenta głowa rodu Briggsów (rasista, seksista, tyran, można wymieniać długo) siedzi w pace. Rodzinnego „interesu” doglądała jego usłużna żona, ale jej cierpliwość właśnie się skończyła. Grace Briggs postanawia przejąć kontrolę nad państwem w państwie, odciąć się od swojego osadzonego w pierdlu męża i zatroszczyć się o swojaków. Nie będzie prosto ani lekko, bo w tym środowisku kobieta z zasady nie ma silnej pozycji. Jej rolą jest słuchać męża. Grace ma jednak twardy charakter, bo minione lata ją zahartowały. Czeka ją trudna rozgrywka o utrzymanie się przy sterze, której na pewno nie ułatwią kręcący się w okolicy agenci FBI.

Komiks Wooda ma w sobie sporo ze Skalpu (klik! klik!), choć na pewno brak tu finezji Aarona. To lokalny, współczesny western, ale dziejący się nie wśród Indian, a wśród tych „prawdziwych Amerykanów”. Ci ludzie to sól tej ziemi, obwieszeni bronią i walczący o swoje prawo do samostanowienia, w prostej linii są kontynuatorami postaw pierwszych amerykańskich osadników sprzed czasu uformowania się współczesnej amerykańskiej państwowości. Jednocześnie specyficzne realia rodzinne powodują, że mamy do czynienia niemal z szekspirowskim dramatem o wyrzeczeniach i wyzwaniach związanych z rodzinnym przewrotem i przejęciem władzy.

Strona wizualna sprawdza się głównie jako nośnik historii, bo nie ma tu za bardzo na czym oka zawiesić. Ot, sprawny i realistyczny rysunek. Zwykle – choć nie zawsze – się broni. Kolory też spełniają swoją rolę, choć niczym szczególnym się nie wyróżniają. Kadrowanie zapewnia właściwy rytm historii, ale wątpliwości budzi u mnie kompozycja plansz.

Pisarz odnosi się w Briggs Land nie tyle do dzisiejszych amerykańskich kontekstów, co raczej do kontekstów, o których sporo się mówi w kontekście zmian, jakim ulega od jakiegoś czasu Ameryka. To aktualna i budząca ciekawość historia, choć nie jest ona jakoś szczególnie elektryzująca. Lubicie współczesne westerny? Ciekawi was zacięcie społeczne? Tak? Dlatego to może być komiks dla Was, choć (jak to zwykle bywa) po pierwszym tomie trudno określić, czy historia utrzyma poziom i nie roztopi się w banale. Na razie jestem umiarkowanie, ale jednak zaciekawiony.

Brian Wood (sc.), Mack Chater (rys.), „Briggs Land #1: Kobieca ręka”, przeł. Maria Jaszczurowska, Klub Świata Komiksu – 1301, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2018.

[autor: Przemysław Pawełek]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Lady S #6: Portugalski galimatias

21/01/2018 § Dodaj komentarz


W tym szaleństwie jest metoda

Zupełnie niedawno przeczytałem kryminał Gdy morze cichnie, którą napisał norweski pisarz Jørn Lier Horst. Końcówka powieści (tj. finalne rozwiązanie) skojarzyła mi się z fabułą komiksu Portugalski galimatias. Obie pozycje dotykają tematu terrorystycznego zagrożenia, na jakie narażone są właściwie wszystkie państwa europejskie ze strony ekstremistycznych bojówek islamskich. W wypadku powieści potencjalny zamach miał mieć miejsce w Norwegii, a w wypadku komiksu – w Francji.

Po wydarzeniach przedstawionych w albumie Kret w Waszyngtonie (klik! klik!) Suzan Fitzroy została pozbawiona amerykańskiego obywatelstwa i wydalona ze Stanów. W bieżącej odsłonie spotykamy kobietę w Strasburgu, gdzie od trzech miesięcy pracuje jako tłumaczka w Parlamencie Europejskim. Szania próbuje na nowo się odnaleźć, zdefiniować. Mieszka w wynajętym mieszkaniu, które dzieli z pochodzącą z jakiegoś kraju arabskiego Kadiją. Obie panie nie stronią od uciech życia, chodzą nawet na podwójne randki. Podczas jednego z takich wieczorów nasza bohaterka poznaje Farika Hassine’a, który wywiera na niej dobre wrażenie: stateczny, mądry, oczytany i mający swoje zdanie. Parę połączy romantyczne uczucie czy fizyczne doznania?

No, nic z tych rzeczy. Wielki Jean Van Hamme ma wobec bohaterki zupełnie inne plany. Stabilizacja, nawet mała, nie jest kobiecie pisana. Kłopoty, szpiegowskie rozgrywki i afery na stałe są wpisane w jej życie. Tym razem pretekstem do nawiązania ponownej współpracy z Orionem jest płyta z pewnymi wrażliwymi danymi, którą Farik podrzucił do torebki Szani. Pewnie zastanawiacie się, jak to się wiąże z Portugalią? Mógłbym podzielić się tą informacją, ale jeśli tak zrobię, to odbiorę Wam frajdę samodzielnego zapoznania się z albumem. Należy oddać scenarzyście sprawiedliwość – fachowo buduje opowieść. Trochę razi, ale nie zraża, że wciąż używa tych samych lub bardzo podobnych elementów składowych.

Ponownie nie zawodzi Philippe Aymond, który wiernie przedstawia miejsca akcji oraz występujące postaci. Zmiana lokacji pozwala na ukazanie kolejnych realnych plenerów i miast (piękna Lizbona!). Właściwie do konstrukcji skądinąd rozrywkowej fabuły nie można się przyczepić, akcja prze do przodu, a całość czyta się z zainteresowaniem i uwagą. Wpleciono postaci, które już wcześniej występowały w serii. Na pochwałę zasługuje także rozwiązanie wątku ojców protagonistki (rodzonego i przybranego). Ciekawe, jak dalej potoczą się losy Estonki? Liczę, że w marcu lub w kwietniu oficyna Kubusse wypuści na rynek „siódemkę”. Czekam!

Jean Van Hamme (sc.), Philippe Aymond (rys.), „Lady S #6: Portugalski galimatias”, przeł. Jakub Syty, Wydawnictwo Kubusse, Lublin 2017.

[scenariusz: 5-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 5]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Kingsman. Tajne służby

15/01/2018 § 1 komentarz


Brzydkie kaczątko zostaje elitarnym szpiegiem

Oglądaliście film Kingsman: Tajne służby? Świetny, prawda? A w ubiegłym roku byliście w kinie na Kingsman: Złoty krąg? Jak się podobał? Też uważacie, że sequel dużo słabszy od „jedynki”? Scenariusz obu produkcji bazował na komiksie Marka Millara oraz Dave’a Gibbonsa. Zresztą panowie zostali zaangażowani w kinową adaptację jako producenci wykonawczy. Tuż przed polską premierą Złotego kręgu do księgarń trafił album Kingsman. Tajne służby, który został opublikowany przez oficynę Mucha Comics.

Akcja komiksu osadzona została w Londynie. Głównym bohaterem jest nastoletni Gary (przez przyjaciół nazywany Eggsy). Chłopak nie może usiedzieć w domu, bo sytuacja w nim nie jest ciekawa: bezrobotna matka, bezrobotny ojczym, przemoc i terror, pijackie libacje, zasiłek przepuszczany na alkohol. Dlatego „buja się z ziomkami po dzielni” i regularnie pakuje w kłopoty. Po ostatniej eskapadzie ląduje w policyjnym areszcie, z którego wyciąga go wujek. Jack London pracuje dla rządu, ale wbrew temu co myśli siostrzeniec, nie jako księgowy, a tajny agent z licencją na zabijanie. I jest jednym z najlepszych szpiegów w służbie Jej Królewskiej Mości.

Wujek postanawia dać młodzieńcowi szansę wyrwania się z zaklętego kręgu życiowych nieudaczników. Dzięki swojej pozycji i koneksjom załatwia Gary’emu udział w szkoleniu przeznaczonym dla przyszłych szpiegów-gentelmanów. Chłopak z nizin społecznych nie pasuje do nowego miejsca, ale swoje braki w obyciu nadrabia wytrwałością i siłą charakteru.

Fabuła prowadzona jest dwutorowo. Społeczny awans Gary’ego to jeden wątek. Drugi dotyczy już stricte szpiegowskiej afery, która, jak przystało na produkcje tego typu, sama w sobie jest durna i absurdalna. Co prawda uważam, że jest to świadome działanie ze strony scenarzysty, który umyślił sobie napisanie pastiszu Bondów. Niestety im dalej w las, tym ciemniej. Millarowi się opowieść rozłazi. Tak to czytam, że autor bał się popadnięcia w nadmierne moralizatorstwo i nie wiedział w jakim kierunku pchnąć całość. Opowieść gdzieś po drodze wytraca tempo i płynność narracji. Rzecz się rwie i finalnie w pamięci pozostają strzępki kilku epizodów.

Gibbons jest klasą sam dla siebie. Wystarczy wymienić świetnych Strażników czy komiks Martha Washington. Jej życie i czasy, wiek XXI. W przypadku omawianej pozycji artysta zdecydował się na wyraźne uproszczenie przedstawienia. Ilustracje ograniczono do niezbędnej ilości detali, w wielokrotnie tła zredukowano do barwnej plamy. Z drugiej strony są kadry, które dopracowane zostały z niesamowitą dbałością o szczegóły. W scenach zbiorowych, gdzie występuje wielu statystów można rysownikowi zarzucić niedbałość ukazywania postaci. Można się czepiać także tego, jak przedstawiani są Gary i Jack – miejscami nie widać różnicy wieku między nimi. Oczywiście, decyzję o takim ich ukazaniu należy wpisać w świadome działanie, które ma parodiować podobne produkcje. Jednak mnie to za serce nie chwyta.

W pełni zgadzam się z Janem Sławińskim, który w swojej recenzji napisał: „Historia przypomina jakby pierwszy draft zamówiony przez Vaughna u Millara”. Całość da się czytać, ale po zakończonej lekturze proponuję jeszcze raz obejrzeć filmową adaptację z 2014 roku.

Mark Millar & Matthew Vaughn (sc.), Dave Gibbons (rys.), „Kingsman. Tajne służby”, tłum. Robert Lipski, Mucha Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 3, rysunki: 3, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Zabij albo zgiń. Tom 1

08/01/2018 § Dodaj komentarz


 Mściciel Jungiem podszyty

Młody chłopak ociera się o śmierć. Życie nie układa mu się tak, jak by sobie tego życzył, dlatego postanawia się zabić. Dziwnym zrządzeniem losu przeżywa. Cud! W nocy objawia mu się tajemniczy demon, który w zamian za ratunek domaga się daniny krwi. Chłopak ma zabijać raz jakiś czas kolejne osoby, które przez swoje złe uczynki nie zasługują na życie. Staje się krwawym mścicielem, zamaskowanym bohaterem, który działa w tajemnicy przed wszystkimi. Seria Zabij albo zgiń nie jest jednak kolejną opowieścią superbohaterską. To chłodny i podszyty psychologią współczesny realizm.

Brubaker w pierwszoosobowym strumieniu świadomości głównego bohatera odwołuje się do psychoanalizy Junga. Trop ten można wyłapać niemal od samego początku. Jungowskie archetypy to psychologiczne wzorce, czy też elementy ludzkiej osobowości, często działające na poziomie podświadomym. Demon objawiający się naszemu bohaterowi wygląda w końcu niczym cień, a jungowski Cień odpowiadał za to, co przez nas wyparte, za zachowania społecznie nieakceptowane. Otarcie się o śmierć wywala (i wyzwala) chłopaka poza nawias społeczeństwa, jest wolny od norm i konwenansów. Mimo wszystko widzi w swoim działaniu wyższy cel, który podpowiada terroryzujący go demon.

W ten sposób Brubaker – posiłkując się takimi historiami jak z filmów Życzenie śmierci czy Taksówkarz – stworzył kolejny obraz o obrońcy polującym na bandziorów, tylko że podparty teoriami stojącymi u podstaw psychoanalizy. Oczywiście możecie stwierdzić, że moja teoria z Jungiem jest nieco naciągana, ale w takim razie czy ta osłonięta czerwienią twarz z okładki tylko mnie kojarzy się z klasycznym Cieniem, którego wydała u nas Planeta Komiksów (klik! klik!), a którego też sporo łączyło z rzeczonym archetypem?

Brubaker to marka i gwarancja poziomu, poniżej którego ten scenarzysta po prostu nie schodzi (nie licząc naprawdę okazjonalnych wypadków przy pracy). Nowa seria nie zawodzi, zwłaszcza że scenarzysta ma dopracowaną współpracę z Seanem Phillipsem, z którym razem stworzył choćby serię Fatale (klik! klik!). Zabij albo zgiń to intrygujący wstęp w dłuższą historię, bo nasz bohater dopiero zaczął przelewać krew łotrów, a jego zamaskowane dokonania przeplatają się z problemami osobistymi. Jednak w „jedynce” brakuje w jego losach czegoś, co by mnie mocniej chwyciło za serce (czy coś innego). Z drugiej strony to dopiero początek i dopiero zobaczymy, jak potoczy się jego kariera mściciela oraz co wyniknie z beznadziejnego trójkąta emocjonalnego, w który nasz bohater się wpakował.

Nie mówię: „Przeczytajcie koniecznie”, ale warto mieć na uwadze, zwłaszcza jeśli ma się do Brubakera zaufanie. Niby mnie nie chwyciło, ale ciekawi mnie, co przyniesie tom drugi.

Ed Brubaker (sc.), Sean Phillips (rys.), „Zabij albo zgiń. Tom 1”, tłum. Paulina Braiter, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Gotham Central #4: Corrigan

03/01/2018 § Dodaj komentarz


  Pożegnanie w wielkim stylu

Jedna z najlepszych serii komiksowych, której akcja rozgrywa się w mieście Batmana, właśnie dobiegła do finału. Całość Gotham Central liczy sobie jedynie czterdzieści zeszytów, które zebrano w cztery zbiorcze tomy, ale za to jakie! Chwaliłem poprzednie części (klik! klik!), a finalna odsłona – o podtytule Corrigan – tylko potwierdza wysoki poziom całości. Wielka szkoda, że żegnamy się z detektywami pracującymi w Wydziale Poważnych Przestępstw.

Ostatni tom zawiera cztery fabuły. Opowieść Natura wprowadza nas w ciemne i brudne sprawki zwykłych policjantów z Gotham, którzy nie cofaną się przed niczym, aby napełnić sobie kieszenie lewą gotówką. W historii swoją niecną rolę, kolejny zresztą raz, odrywa technik śledczy Jim Corrigan, co jest ważne w kontekście tytułowej narracji.

Martwy Robin rozpoczyna się znalezieniem przez policję zwłok Robina. Detektywi starają się ustalić czy ofiara rzeczywiście była pomocnikiem Batmana, czy może młodocianym przebierańcem. Gdyby potwierdziła się pierwsza wersja, to naturalną koleją rzeczy Mroczny Rycerz stałby się głównym podejrzanym. Policjanci z WPP nie chcą wyciągać pochopnych wniosków. Dlatego na przesłuchanie zostają wezwani przedstawiciele Nastoletnich Tytanów, którzy zeznają, że Robin żyje i ma się dobrze. Tymczasem w porcie zostaje znalezione kolejne ciało młodzieńca w stroju Cudownego Chłopca. Rozwiązanie zagadki jest poniekąd typowe dla miasta Gotham, gdzie świry mnożą się na potęgę.

Krwawa niedziela to moim zdaniem najmniej interesująca opowieść w tomie. Mimo wszystko jest ważna, gdyż w dużym stopniu poświęcona została prywatnemu (tj. pozazawodowemu) życiu detektywa Crispusa Allena. Z tego też powodu Krwawą… możemy potratować jako swoiste intro do tytułowej narracji, która przebija właściwie wszystkie opowiadania, jakie w ramach cyklu można przeczytać. Odpowiedzialny za scenariusz Greg Rucka wykorzystuje wcześniejsze epizody i wątki poświęcone Corriganowi. Widać, że postać szefa techników budowana była konsekwentnie i świadomie. Mężczyzna całym sobą oraz wszystkim, co sobą reprezentuje, stoi w opozycji wobec detektywów Renee Montoya i Crispus Allen. To bezwzględny drań, skorumpowany i zły do szpiku kości. Prawdziwy potwór, który mógłby stanąć w jednym szeregu z Jokerem, Pingwinem czy Dwie Twarze.

Szkoda, że Michael Lark zrezygnował z rysowania serii. Został godnie zastąpiony przez duet Kano (właśc. Jose Ángel Cano López) i Stefano Gaudiano. Panowie konsekwentnie kontynuują ukazywanie Gotham jako paskudnego i brudnego miasta. Podobny sposób kadrowania, szkicowania i nakładania tuszu. Gołym okiem nie widać jakiejś specjalnej różnicy między ich planszami, a wcześniejszymi, które wyszły spod ręki Larka. I właściwie dobrze, bo utrzymywany jest pierwotny klimat.

W brutalnym i nienawistnym świecie, w jakim na co dzień obracają się detektywi z Wydziału Poważnych Przestępstw, nie może być mowy o happy endzie. Konstrukcyjnie Gotham Central zatacza koło. W pierwszej opowieści z ręki „świra w przebraniu” (Mr. Freeze’a) ginie jeden z policjantów, jego partner – po rekonwalescencji – wraca do służby. W finale jest „troszeczkę” inaczej… Aby się dowiedzieć, jaką niespodziankę zmalował Rucka, musicie przeczytać. Musicie przeczytać!

Ed Brubaker & Greg Rucka (sc.), Kano {właśc. Jose Ángel Cano López} & Stefano Gaudiano (rys.), „Gotham Central #4: Corrigan”, tłum. Jacek Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1215, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 6-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Chrononauci. Tom 1

23/11/2017 § Dodaj komentarz


 Mały krok, a wielki skok

Pochodzący ze Szkocji scenarzysta Mark Millar jest klasą sam dla siebie. Wystarczy wymienić kultowe pozycje, które weszły do klasyki „opowieści obrazkowych”: Kick-Ass, Wojna domowa, The Authority czy Jupiter’s Legacy. Z albumem Chrononauci, wydanym przez Non Stop Comics, sprawa przedstawia się zdeczko inaczej, a dokładnie: gorzej.

Akcja komiksu rozpoczyna się w komnacie grobowej w piramidzie Majów, gdzie archeolodzy znajdują współczesne amerykańskie myśliwce, czołgi i samochody. Odkryte artefakty mają stanowić dowód na to, że podróże w czasie są możliwe. Tylko nie wynaleziono jeszcze właściwej technologii, ale doktorzy Corbin Quinn i Danny Reilly są bliscy dokonania przełomowego odkrycia. Najpierw wysyłają w przeszłość satelitę, który może on-line przekazywać obrazy z przeszłości do współczesności. W końcu przychodzi dzień, w którym genialni naukowcy wykonują „mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”.

Niestety nie wszystko idzie zgodnie z planem. Panowie się rozdzielają, Quinn wyrusza pierwszy, a Reilly podąża za nim dopiero po pewnym czasie. Niby tylko chwila różnicy, ale jakże brzemienna w skutki. Quinn wykorzystuje sposobność, aby rozpocząć nowe, wygodne i rozrywkowe życie. Namawia przyjaciela, aby się do niego przyłączył. Panowie, skacząc między epokami, urządzają sobie wielką i nieustającą imprezę. Sensu tej w opowieści jest niewiele, ale faktycznie sporo się dzieje. Kolejne epizody następują po sobie jak szalone.

Fabuła, mimo że dotyka tematu podróży w czasie, nie jest ani skomplikowana, ani złożona. Millar napisał miałki scenariusz. Wielka szkoda, bo do piachu idzie świetna robota rysownika Seana Gordona Murphy’ego oraz kolorysty Matta Hollingswortha. Murphy’ego można kojarzyć choćby z komiksu Przebudzenie wg scenariusza Scotta Snydera. Rysownik posługuje się ostrą kreską o cienkim konturze, co nadaje ilustracjom pewnej drapieżności. Technika dobrze się sprawdza w wypadku przedstawienia postaci. Szczególnie atrakcyjnie wyglądają całostronicowe plansze przedstawiające militarne machiny, które odrysowano z dbałością o każdy szczegóły. Dynamika scen walki także stoi na właściwym poziomie.

Chrononauci to lekka, sensacyjna komedia bez przesłania – tylko rozrywka. Po lekturze komiksu w pamięci pozostają jedynie graficzne fikołki Murphy’ego. Jednak świetna oprawa graficzna, to mimo wszystko za mało, aby całość oceniać pozytywnie. Tym bardziej, że od Marka Millara wypada spodziewać się produkcji minimum dobrej.

Mark Millar (sc.), Sean Gordon Murphy (rys.), „Chrononauci. Tom 1”, tłum. Kamil Śmiałkowski, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[scenariusz: 3, rysunki: 5, kolory/cienie: 5+]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with komiks sensacyjny at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: