Książę nocy #0: Pierwsza śmierć

24/11/2017 § Dodaj komentarz


Książę nocy powraca na tarczy

Książę nocy to francuska seria komiksowa autorstwa Yves’a Swolfsa, która pierwotnie ukazywała się w latach 1994 – 2001. Całość, czyli sześć zeszytów cyklu, została w Polsce opublikowana latach 2001 – 2003 staraniem Egmont Polska. Dwa lata temu belgijski artysta postanowił napisać i narysować kolejny, a właściwie pierwszy, rozdział sagi o nieumarłym Vladimirze Kerganie. Tym razem opowieść dotyczy genezy powstania nieśmiertelnego krwiopijcy, który jak się okazuje pochodzi ze starożytnego ludu Daków. W naszym kraju album Pierwsza śmierć ukazał się w sierpniu bieżącego roku.

Swolfs osadził akcję w odległych czasach, gdzieś na przełomie I i II wieku naszej ery, gdy Dakowie walczyli z legionistami Imperium Rzymskiego. Kergan, pierworodny syn księcia Panajkomesa i teoretycznie przyszły władca, zostaje wysłany z poselstwem do króla Jazygów, aby wespół z nimi pertraktować zawarcie rozejmu z Rzymianami. Podczas przejazdu przez leśne ostępy w górach ekspedycja zostaje wybita, a młody Vladimir pojmany i odstawiony do wrażego obozu. Wykorzystując zamieszanie udaje mu się uciec, wraca do rodzinnego grodu, gdzie przysięga odwieczną zemstę zdrajcom. Gnany nienawiścią trafia do chatynki wiedźmy, która oferuje mu wieczność.

Scenarzysta miał okazję napisać historię, która w interesujący sposób opowie o początkach krwiożerczego potwora. Niestety intryga, w którą wpisana została zdrada i zemsta, jest płytka, oczywista oraz tendencyjna. Po przeczytaniu pierwszych kilku plansz od razu wiadomo w jakim kierunku potoczy się akcja. Nieoryginalność odbiera czytelnikowi całą potencjalną frajdę z lektury. Wampiry i wampiryzm zostały przetrawione przez popkulturę na tysiące sposobów. Dlatego ciężko w temacie napisać coś nowego. Nie usprawiedliwia to miałkości recenzowanej pozycji. Na pocieszenie zostają rysunki Swolfsa, które doskonale oddają klimat epoki. Artysta posługuje się realistyczną kreską, dokładnie odzwierciedlającą ludzką anatomię i mimikę. Jednak udana realizacja warstwy graficznej to za mało, aby całość oceniać pozytywnie.

Prequel został opublikowany, gdyż Egmont ma w planach wznowienie głównego cyklu, dyptyk Łowca | List inkwizytora trafi do sprzedaży w 7 grudnia. Obawiam się jednak, że osoby, które sięgnęły po Pierwszą śmierć, będą miały obiekcje przed zakupem „jedynki”. Mimo wszystko proszę się nie zrażać do cyklu, bo potem jest o niebo lepiej!

Yves Swolfs (sc. & rys.), „Książę nocy #0: Pierwsza śmierć”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1174, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 3, rysunki: 4, kolory/cienie: 4-]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Reklamy

Comanche #8: Szeryfowie

16/11/2017 § Dodaj komentarz


Siedmiu niewspaniałych szeryfów

Seria Comanche osiągnęła właśnie półmetek. W bieżącej odsłonie powracają znane (lubiane i nie) postaci, po krótkiej przerwie pojawia się także tytułowa bohaterka. Dodatkowo kontynuowany jest wątek z poprzedniej części: Red Dust na ranczu Duncana, gdzie wiedzie spokojny żywot farmera, kolty schował w sypialni pod poduszką. Sielanka? Tak, ale do czasu…

…gdy zjawia się szóstka byłych szeryfów, którzy mają nieregulowane rachunki z rodzinną bandą Ruhmannów i ich prywatną armią. Nasz bohater nie chce się mieszać i odmawia przyłączenia się do karnej ekspedycji. Mężczyzna jest przekonany, że czasy, gdy zamiast wideł używał broni, minęły. I czytelnik również chwilę w to wierzy. I już wydaje się, że byli stróże prawa pod wodzą dawnego przełożonego Dusta – szeryfa Wallace’a, odjadą z kwitkiem, ale wówczas wychodzi na jaw, że wśród oblężonych w forcie Summerfield jest piękna i rezolutna Comanche.

Scenarzysta podaje nam swoja wersję klasycznej, westernowej opowieści o „siedmiu wspaniałych”, którzy gotowi poświęcić własne życie, aby zaprowadzić ład i porządek. Chociaż mam wrażenia, że Greg pisząc skrypt bardziej wzorował się na filmie Akiry Kurosawy niż na legendarnym filmie Johna Sturgesa. Panowie Wallace, Wabash, Dutch Kruger, Lover Lash, Rabin, Concho i Red Dust – tworzą niezbyt zgraną ekipę, żaden z nich kieruje się w życiu kryształową moralność, nieograniczoną tolerancyjnością czy wzniosłą szlachetnością. No, może z wyjątkiem Dusta.

Rysując Szeryfów Hermann był w szczytowej formie, komiks pierwotnie został opublikowany w roku 1980. Ilustracje robią piorunujące wrażenie, dbałość o detale stoi na najwyższym poziomie. Diabelnie dobrze wyszły sekwencje rozgrywające się na tle przyrody. Na uwagę zasługuje przeprawa rewolwerowców przez skaliste i ośnieżone góry. Na tle wielu wspaniałych kadrów sceny oblężenia fortu Summerfield i ofensywa szeryfów prezentują się mniej okazale, co nie znaczy, że źle. Trochę siada „czucie” narracyjności ilustracji, w kilku miejscach artysta posługuje się strzałkami, aby właściwie (z kadru do kadru) „nieść” opowieść. Na osobne słowa uznania zasługuje kolorysta, który wówczas dołączył do produkcyjnego duetu. Fraymond posługuje się bardzo rozległą paletą barw.

Melancholijny i „rozliczeniowy” wydźwięk fabuły stawia omawianą część wyżej niż większość uprzednich odsłon. Lubię komiksowe westerny, dlatego od samego początku lektura serialu sprawiała mi większą lub mniejszą przyjemność. „Ósemką” autorzy udowadniają, że nie opowiedzieli jeszcze wszystkiego, że mają w zanadrzu kilka mocnych historii o Dzikim Zachodzie.

Greg {właśc. Michel Louis Albert Regnier} (sc.), Hermann {właśc. Hermann Huppen} (rys.), „Comanche #8: Szeryfowie”, tłum. Wojciech Birek, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 5, kolory/cienie: 6]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Pożoga. Tom 1

08/11/2017 § Dodaj komentarz


Co przyniesie przyszłość?

Francuski scenarzysta Jean-David Morvan jest w naszym kraju znany głównie dzięki bestsellerowej serii Armada (klik! klik!). Co trochę dziwi, gdyż pisarz ma na swoim koncie niemałą ilość publikacji. Jest szansa, że to się zmieni, m.in. za sprawą serii Pożoga oraz Irena (klik! klik!). Zobaczymy. Tymczasem zajmijmy się pierwszym tomem opowieści, która powstała na podstawie wydanej w 1943 roku powieści Ravage Rene Barjavela. Przy okazji warto wspomnieć, że żadna z prawie trzydziestu książek tego autora nie została w Polsce wydana.

Połowa XXI wieku, Ziemia. Punktem wyjścia dla fabuły jest globalny kataklizm, w wyniku którego przestały działać wszystkie urządzenia i maszyny elektryczne. W jednej chwili ludzkość cofnęła się do epoki kamienia łupanego. No, może nie dosłownie, bo występujące postaci posługują się kuszami czy mają na twarzach maski przeciwgazowe. Katastrofa pociągnęła za sobą wiele istnień, pozostali przy życiu ludzie podzieleni są na dwie frakcje. Pierwszej przewodzi sędziwy Patriarcha, który jest całkowicie przeciwny wszelkim maszynom, gdyż dostrzega w nich zagrożenie dla ludzkości. Druga ekipa jest postępowa i ma w posiadaniu pewien artefakt z przeszłości. Grupy toczą ze sobą zażartą walkę. Zresztą od brutalnych i krwawych scen bitewnych rozpoczyna się omawiany komiks.

Druga nic narracyjna cofa nas w czasie. Jest rok 2052, François Deshamps – przyszły Patriarcha – jest młodzieńcem, który właśnie przyjechał do Paryża, aby sprawdzić, czy został przyjęty na Wyższą Szkołę Chemii Rolniczej. Cywilizacja jest całkowicie uzależniona od elektryczności. Dla wygody człowiek oddał się w niewolę cybermaszynom. W retrospekcji poznajemy i innych bohaterów, którzy prawdopodobnie będą mieli znaczenie w dalszym przebiegu fabuły: Blanche Rouget, czyli przyjaciółkę François i przyszłą piosenkarkę oraz Jérôme Seita – bogatego i wpływowego menadżera muzycznego.

Recenzowany album ma charakter mocno „zagajający” i ogólny: przedstawione zostają występujące postaci, naszkicowane tło wydarzeń i właściwie to wszystko, scenarzysta niewiele więcej nam zdradza. Początkowa sekwencja plansz rozbudza w czytelniku silną ciekawość. Może się podobać dynamika scen i „zacofanie” technologiczne walczących. Niebagatelne znaczenie ma także atmosfera tajemniczości o podłoże i naturę konfliktu. Niestety dalej jest gorzej. Sceny rozgrywające się w połowie XXI wieku trącą nudą i schematycznością; choćby wątek emocjonalnego trójkąta – Blanche, François & menażer – rozpisany jest tendencyjnie i nieudolnie.

Pod względem wizualnym komiks przedstawia się niezwykle atrakcyjnie. Macutay nie boi się eksperymentować z układem kadrów na planszy, dynamicznymi ujęciami i fragmentarycznym przedstawieniem. Pod tym względem szczególnie efektownie wypada pierwsza część opowieści, gdzie artysta ukazuje bitwę i pojedynki. Ze względu na malarskość ilustracji prace Reya Macutaya przywodzą mi na myśl produkcje takich rysowników, jak: Francis Manapul, Matteo Scalera czy Sean Murphy. Oczywiście duża w tym zasługa kolorysty – Walter Pezzali spisał się na medal.

Okładka „jedynki” jest świetnie zaprojektowana! Kojarzy mi się ze scenami z filmu Christophera Nolana Incepcja. Szkoda, że środek nie spełnia wszystkich oczekiwań. Mimo wszystko jestem ciekaw, co będzie dalej.

Jean-David Morvan (sc.), Rey Macutay (rys.), „Pożoga. Tom 1”, tłum. Jakub Syty, Taurus Media, Piaseczno 2017.

[scenariusz: 3+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5+]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Trochę hałasu z głębi lasu

01/11/2017 § Dodaj komentarz


Trochę hałasu z głębi lasu

Warszawska oficyna Tadam debiutowała na rynku księgarskim w październiku ubiegłego roku. W przeciągu kilku miesięcy „wypuściła” na rynek kilkanaście książek przeznaczonych dla dzieci w różnym wieku. Dużo? Mało? Myślę, że jak na niewielkie wydawnictwo to całkiem sporo. Warto nadmienić, że prawie wszystkie pozycje zostały napisane (i narysowane) przez polskich twórców. We wspomnianym zestawie są cztery serie komiksowe, które tworzą cykl Mój pierwszy komiks. Dziś biorę na warsztat kwartet publikacji Trochę hałasu z głębi lasu, który wyszedł spod ręki Adama Święckiego.

Na chwilę obecną całość składa się z tytułów: Pani detektyw Sowa, Pan łasuch Miś, Pan elegant Lis oraz Pan kawalarz Wilk. Każda z odsłon poświęcona została jednemu leśnemu bohaterowi. Jakiemu? Łatwo można wywnioskować z samego tytułu. Jednak występujących postaci jest więcej. Książki są zbudowane według przejrzystego schematu: główny bohater przemierza las i łąkę, gdzie spotyka inne zwierzęta.

Punktem wyjścia dla albumu Pani detektyw Sowa jest wypowiedź ptaka: „Cała rodzina jest ze mnie dumna, bo jestem bystra i wielce rozumna”. Bohaterka musi posłużyć się rozumem, aby odnaleźć żołędzie, które zniknęły z dębu oraz odkryć, kto i dlaczego je ukradł. Pani Sowa nie wykonuje czysto detektywistycznej pracy. Nie śledzi, nie zbiera dowodów, nie szuka tropów. Ogranicza się do zadawania pytań innym zwierzętom i sprawdzania ich odpowiedzi.

Jak dobrze wiadomo, misie są wielkimi wielbicielami miodu. Akcja komiksu Pan łasuch Miś rozpoczyna się o poranku. Po kilku ćwiczeniach protagonista zakrada się do dziupli pszczół, zgarnia cały zapas słodkości i ucieka. Owady szybko orientują się, że miód zaginął i ruszają w szaleńczy pościg za złodziejem. Finał opowieści jest jednak całkowicie różny od spodziewanego…

Z kolei w komiksie Pan elegant Lis główny bohater jest kreatorem mody. Trzeba przyznać, że w tym przypadku fantazja autora mile zaskakuje. Lis przyozdabia wszystkie napotkane zwierzęta piórami. Ależ jest zaskoczony, gdy na swojej drodze spotyka małego pingwina, który omyłkowo przypłynął z Antarktydy i teraz chciałby się tam z powrotem dostać! Tylko nie wie jak. Bohater wpada na świetny pomysł i wszystko dobrze się kończy.

Pan kawalarz Wilk miał swoją premierę podczas 28. Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Pisarz kolejny raz skupia uwagę na postaci, którą zasadniczo można nazwać antybohaterem. Wilkowi w głowie jednie psoty, ostro dokazuje wszystkim innym zwierzętom. Żartowniś z niego nie lada, tylko nie wiedzieć czemu inne zwierzęta zaczynają go unikać. Trochę trwa nim bohater zrozumie, że lepsza jest przyjaźń niż samotna zabawa.

Dzięki różnym fabularnym rozwiązaniom akcja wszystkich komiksów przenosi się z miejsca na miejsce, a czytelnik poznaje kolejnych mieszkańców lasu. Dodatkowo dziecko dostaje możliwość poznania i rozpoznania (przy kolejnej lekturze): lisa, wiewiórki, węża, myszy, niedźwiedzia, łosia, jeża, borsuka czy bobra.

Artysta świetnie dostosował ilustracje do wieku potencjalnego czytelnika. Całość wygląda sympatycznie i przyjacielsko. Mam bardzo pozytywne skojarzenia, gdy patrzę na przedstawienie sowy, niedźwiedzia czy lisa. Trochę szkoda, że Wilk jest taki czarny… Wszystkie zwierzęta narysowano w uproszczony sposób, ale nie ma żadnych wątpliwości, co do poprawnego oznaczenia postaci. Niezwykle atrakcyjnie dobrano kolory. Wiele plansz jest pięknych, choćby ta z zającem i sową na łące z Pani detektyw Sowa czy z Misiem zbiegającym z pagórka. Ale są i elementy humorystyczne: ostatnia plansza z Pana eleganta Lisa czy Miś, który wpada do wody, czy Wilk siadający na mrowisko.

Jestem przekonany, że wszystkie pozycje z serii Trochę hałasu z głębi lasu spodobają się odbiorcom. Publikacja jest adresowana do najmłodszych czytelników – takich, którzy nie potrafią jeszcze czytać (są słuchaczami) lub dopiero zaczynają samodzielnie składać litery. Dla dzieci w wieku 2-6 lat to trafiona propozycja, tak samo jak cały cykl Mój pierwszy komiks.

Adam Święcki (sc. & rys.), „Pani detektyw Sowa”, Wydawnictwo Tadam, Warszawa 2016.
Adam Święcki (sc. & rys.), „Pan łasuch Miś”, Wydawnictwo Tadam, Warszawa 2016.
Adam Święcki (sc. & rys.), „Pan elegant Lis”, Wydawnictwo Tadam, Warszawa 2017.
Adam Święcki (sc. & rys.), „Pan kawalarz Wilk”, Wydawnictwo Tadam, Warszawa 2017.

[Miło mi poinformować, że komiks Pan kawalarz Wilk ukazał się pod oficjalnym patronatem prowadzonej przeze mnie strony: Są komiksy dla dzieci]

Smerfy #17: Smerfowanie biżuterii

23/10/2017 § Dodaj komentarz


 Smerf złodziejem?

Wszystkie dzieci (i nie tylko one) dobrze wiedzą, że Smerfy to niezwykle praworządne, życzliwe i bezinteresowne stworzonka. Nie skrzywdzą nawet muchy. Jednak siedemnasty album nosi tytuł Smerfowanie biżuterii. Czyżby któryś z niebieskich skrzatów miał wkroczyć na drogę występu i bezprawia? Co powie Papa Smerf, gdy się o tym dowie?

Akcja omawianego komiksu zaczyna się w przeddzień wielkiej zabawy z okazji dnia wiosny. Papa Smerf wysyła Ważniaka i Zgrywusa nad rzekę, aby nazrywali pałek wodnych. Para bohaterów musi uważać, bo w tej okolicy nadzwyczaj często kręcą się ludzie. W wyniku nieszczęśliwego wypadku Zgrywus wpada w ręce dwójki wędrownych kuglarzy, którzy postanawiają wykorzystać niebieskiego stworka podczas swoich występów. Po pierwszym, dodajmy udanym, przedstawieniu nowi właściciele Smerfa dostają propozycję bardziej intratnego wykorzystania zdolności więźnia… W poszukiwaniu zaognionego Zgrywusa, oczywiście, wyrusza misja ratunkowa.

Z góry wiadomo, jak przygoda się skończy. Ale nie o szczęśliwy finał chodzi, a o kolejne epizody i zdarzenia. Fabuła jest konsekwentnie prowadzona i skupia się na postaci Zgrywusa, którego możemy zobaczyć z zupełnie innej strony – jako niezwykle lojalnego przyjaciela. W komiksie znalazło się także miejsce dla kilku rzeczywiście zabawnych gagów sytuacyjnych. Ewidentnym plusem albumu jest jednak ukazanie świata poza wioską Smerfów. Sporo scen rozgrywa się w pseudośredniowiecznym miasteczku i zamku, dzięki czemu uzyskujemy wgląd w ludzką społeczność. W komiksie spotykamy nawet Gargamela, który na targu robi zakupy. Całość swoim klimatem przywodzi mi na myśl album Krasnal z Corneloup z serii Hugo (klik! klik!).

Za oprawę graficzną odpowiedzialny jest Alain Maury, który świetnie sobie radzi z ukazaniem dynamiki postaci i wiernością przedstawienia Smerfów. Na plus artyście należy zapisać, że średniowieczna rzeczywistość jest spójna i ciekawa. Osobne gratulacje za przedstawienie Marudy w stroju błazna, idealne! Chciałbym bardzo pochwalić polskiego edytora, który zadbał o przekład onomatopei na język polski. Świetna sprawa, że pojawiają się: „bach”, „ślizg”, „łups”, „skrzyp, skrzyp” i inne.

Smerfowanie biżuterii to jeden z najlepszych, a może nawet najlepszy album z udziałem Smerfów, jakie w ostatnim czasie wydał Egmont. Wielowątkowa fabuła, różnorodne postaci, ciekawa i żywo prowadzona akcja. Pozycja w sam raz dla dzieci, ale i dla dorosłych, którzy czują sentyment do niebieskich stworków.

Thierry Culliford & Luc Parthoens (sc.), Alain Maury (rys.), „Smerfy #17: Smerfowanie biżuterii”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1170, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 5-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Sisters #7: Spalone słońcem

20/10/2017 § Dodaj komentarz


 Sisters – nie aż taki idealny komiks?

Od dwóch lat regularnie czytam cykl Sisters autorstwa panów Christophe’a Cazenove’a i Williama Maurya, który ukazuje się w Polsce staraniem oficyny Egmont Polska. Jestem wierny serii, ponieważ od pierwszego albumu mnie bawi – lubię bohaterki, śmieszy mnie humor słowny i sytuacyjny, podoba mi się warstwa graficzna.

Opowiadane przez scenarzystów historie z życia sióstr Marine i Wendy przyjmowałem z całym dorobkiem inwentarza. Dopiero tekst Olgi Wróbel, opublikowany na łamach internetowego wydania „Kwartalnika Ryms”, uświadomił mi, że fabuła ukazuje jedynie niewielki fragment codziennej rzeczywistości głównych bohaterek. Przez ową wybiórczość, która, jak mniemam, bierze się z faktu, iż scenariusz pisany jest przez dorosłych obserwujących swoje dzieci, otrzymujemy obraz nieprawdziwy, aby nie powiedzieć sfałszowany.

Autorka pisze: „(…) trochę boli mnie feministyczna strona serca” i w następnym akapicie uzasadnia: „(…) uwiera mnie z lekka świat przedstawiony, w którym tytułowe siostry zajmują się głównie strojami i chłopcami”, a dalej podaje przykłady na selektywność epizodów i wątpliwej jakości przesłanie niektórych z nich. Ciężko się z Olgą Wróbel nie zgodzić. Właściwie nie mam żadnych argumentów, które mógłbym przeciwstawić powyższej tezie.

W siódmej odsłonie, a recenzentka „Rymsa” omawiała pierwszą, nadal sporo miejsca poświęca się sprzeczkom o ubrania, strojeniu się, powierzchowności, zabieganiu o płeć przeciwną. Chociaż w ramach przeciwwagi są także zabawne historie, które źródło mają w dzielącej dziewczęta różnicy wieku oraz niepojmowania (a właściwie rozumieniu „po swojemu”) przez młodszą zasad funkcjonowania relacji międzyludzkich.

Recenzując „piątkę”, pisałem (klik! klik!), że „Sisters to komiks prawie idealny. Oczywiście z drobnym, acz znaczącym zastrzeżeniem, że będzie oceniany przez docelową grupę czytelniczą”. Teraz przychodzi mi zweryfikować swoje poglądy… Nie zamierzam nikogo namawiać, aby przestał podsuwać cykl swoim milusińskim, bo nie tędy droga. Sam nie porzucam cyklu, gdyż – jak wspomniałem – lubię protagonistki, a lektura mnie bawi, ale do fabuły podchodzę z większym dystansem i, mimowolnie, wyłapuję epizody o wątpliwej jakości przekazu.

Christophe Cazenove & William Maury (sc.), William Maury (rys.), „Sisters #7: Spalone słońcem”, przeł. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1154, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 3, rysunki: 4+, kolory/cienie: 3+]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Golden Dogs #2: Orwood

19/10/2017 § Dodaj komentarz


Złote Psy idą w rozsypkę

Złote Psy świetnie sobie radzą. Skoki stają się coraz bardziej zuchwałe i bezczelne. Fama, jaką zdobył sobie kwartet złodziei, dotarła z jednej strony do najbardziej mrocznych zaułków Londynu, a z drugiej na salony arystokracji. Bohaterowie pławią się w sukcesie i samouwielbieniu. Przychodzi moment na najważniejszy skok w karierze. Czy wszystko pójdzie zgodnie z planem? Czy lojalność członków gangu względem siebie oraz oddanie sprawie są na tyle silne, że stawią czoła przeciwnościom?

Wydawać by się mogło, że skoro podtytuł „dwójki” brzmi Orwood, to fabuła skupiać się będzie na postaci przywódcy złodziejskiej szajki, który skrywa niejeden mroczny seret. Narratorką ponownie jest Fanny, która – jak pamiętamy z poprzedniej częścijest niezdrowo zafascynowana tytułowym mężczyzną i w końcu dopina swego, czyli regularnie uprawia z nim seks. Opowieść dziewczyny zawiera kilka faktów o kochanku, które udało jej się odkryć, ale głównie relacjonuje, jak doszło do rozpadu grupy i jakie były dalsze jej losy.

Stephen Desberg nie poradził sobie z rozplanowaniem fabuły w drugiej połowie bieżącej odsłony. „Mrocznemu” sekretowi Orwooda, który stanowił podwaliny postaci, pisarz poświęca za mało uwagi. Zresztą, gdy w końcu zostaje ujawniony, to okazuje się, że jest on nijaki. A od momentu ucieczki Fanny z Londynu historia staje się nudna i tendencyjna. Naiwność oraz głupota narratorki ogromnie irytują. Z biegiem akcji postać traci wszelkie psychologiczne uzasadnienie.

Na szczęście nie zawodzi oprawa graficzna. Griffo utrzymuje poziom znany z pierwszego albumu: wyraźny kontur, szeroka gama ludzkich typów zaludniających opowieść, realistyczne przedstawienie, które miejscami ociera się o cartoon i zajmująca scenografia kolejnych lokacji. Układ kadrów na planszy jest klasyczny, żadnych eksperymentów i zabaw z narracją wizualną. Podobnie rzecz ma się z perspektywą – używana jest głównie linearna.

Być może mylę się w swoich rozpoznaniach. Być może scenarzysta specjalnie w ten sposób poprowadził historię, aby podkreślić naiwność oraz prostolinijność narratorki. I w kolejnym albumie zafunduje niespodziewaną woltę. Oby tak właśnie było, czego życzę wszystkim czytelnikom i sobie.

Stéphen Desberg (sc.), Griffo {właśc. Werner Goelen} (rys.), „Golden Dogs #2: Orwood”, tłum. Andrzej Luniak, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 2, rysunki: 4-, kolory/cienie: 3+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with recenzja at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: