W koronie #1: Nie ma miejsca jak dąb

21/07/2017 § Dodaj komentarz


 W poszukiwaniu domu

Oficyna Tadam ruszyła z nową serią komiksową dla najmłodszych czytelników. W koronie to wspólne dzieło trójki panów, którzy dość regularnie ze sobą współpracują w ramach kolektywu Pokembry. Podczas przygotowywania publikacji podział zadań przedstawiał się następująco: Bartosz Sztybor – scenariusz i dialogi, Piotr Nowacki – rysunki i liternictwo, Łukasz Mazur – kolory i skład.

Pierwszy tom nosi intrygujący podtytuł Nie ma miejsca jak dąb, który mimowolnie kojarzy mi się z piosenką Nie ma miejsca jak dom rapera Piha (właśc. Adam Piechocki). Powinowactwo nie sprowadza się tyko i wyłącznie do samego tytułu, jest troszeczkę głębsze. Zresztą scenarzysta dał się już poznać jako wielbiciel hip-hopowych rytmów. W książce Niebieska Kapturka (klik! klik!) zdołał połączyć rymowane teksty, które napisane zostały slangiem z pozytywnym przesłaniem skądinąd krwawej opowieści.

Wróćmy jednak do omawianego komiksu. Głównym bohaterem powieści jest żółw Tudo, który rzekomo wcale nie jest żółwiem, a wroną. Tak przynajmniej twierdzi kandydat na prezydenta wszystkich żółwi. Trochę to absurdalne. Całe zamieszanie bierze się z tego, że gdy Tudo się kąpał, ktoś zajumał jego skorupę i przez to został zmuszony do opuszczenia gadziej społeczności. Nieposiadanie skorupy wiąże się z jeszcze jednym wielkim utrapieniem. Nasz bohater nagle staje się bezdomnym. Okoliczności sprawiają, że musi wyruszyć w świat, aby znaleźć nowy dom. I w tym miejscu pojawia się tytułowy Dąb, który, jak nie trudno się domyślić, zostaje zaanektowany przez protagonistę na nowe siedlisko. Po drodze małoletni żółwik spotyka kreta i małpę, z którymi się zaprzyjaźnia. Cała trójka „wynajmuje” mieszkanie w tej samej leśnej „kamienicy”.

Dużo dobrej roboty wykonali rysownik i kolorysta. Z albumu na album kreska Nowackiego ewoluuje (w dobrym kierunku!). Dobrze wiemy, że artysta potrafi tak narysować postaci, że z miejsca (tj. od pierwszego spojrzenia) wzbudzają w czytelniku sympatię. Tudo i Simia to prawdziwe mistrzostwo przedstawienia. Wskazana para tak mi się podoba, ponieważ widać pewne odejście od cartoonowej stylistyki. Co prawda nadal postaci są wyraźnie uproszczone, ale kreska jest jakby mniej obła. Dzięki wprowadzonym zmianom rysownik zyskuje możliwość wprowadzenia bardziej rozbudowanej mimiki i większej gestykulacji. A to przemawia na korzyść. Warto wspomnieć o jeszcze jednym novum: plansze zbudowano bez użycia ramek. Nadal są kadry, zwykle cztery na stronie, ale nie linia a kolor separuje je od siebie. W tym aspekcie przypomina mi to metodę zastosowaną przez Delphine Bournay w serii Chrupek i Miętus (Przy okazji kolejny raz chciałbym wyrazić swój żal, że wydawnictwo Dwie Siostry przerwało prezentację tego świetnego cyklu.).

Ważnym elementem fabuły, o którym do tej pory nie wspominałem, jest wątek „polityczny”. Jeśli spojrzymy na W koronie pod tym kontem, to okaże się, że obok opowieści stricte przygodowej, otrzymaliśmy podstawową lekcję demokracji bezpośredniej. Pisarz wprost mówi o wolności, kandydowaniu czy głosowaniu na prezydenta. To bardzo ważne, aby książki dla dzieci wprowadzały „świeże i aktualne spojrzenia na ważne zagadnienia społeczne” (patrz: seria Książki Jutra od Wydawnictwa Tako). Liczę, że kolejne odsłony podążą dokładnie w tym kierunku.

Bartosz Sztybor (sc.), Piotr Nowacki (rys.), „W koronie #1: Nie ma miejsca jak dąb”, Wydawnictwo Tadam, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 6]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Comanche #6: Buntownicza furia

19/07/2017 § Dodaj komentarz


Bratobójcza walka

Pierwszy album Comanche ukazał się lata temu, bo w roku 1972. Cykl składa się łącznie z piętnastu albumów i był produkowany do roku 2002. Michel Greg oraz Hermann Huppen wspólnie pracowali do dziesiątej odsłony. Po Hermannie pałeczkę rysownika przejął Michel Rouge, a po śmierci Grega – scenariusz ostatniej odsłony ukończył Rodolphe D. Jacquette. Być może komiksy drukowane byłby dalej, gdyby nie tragiczna śmierć scenarzysty. W każdym razie czytając kolejne tomy warto w tyle głowy mieć informację, że całość wystartowała ona ponad 40 lat temu.

Buntownicza furia kontynuuje niektóre wątki uprzednich części. Red Dust, który w „piątce” (klik! klik!) został mianowany szeryfem, nadal jest stróżem prawa. I trzeba przyznać, że bardzo poważnie podchodzi do swej roli. Scenarzysta dba o to, aby upływ czasu był widoczny. Postęp dociera do Greenstone Falls. Miasteczko się zmienia, kiedyś było zapadłą i zabitą dechami dziurą, a teraz jest na tyle atrakcyjnym miejsce, że zjawia się tu fotograf, który na zlecenie bostońskiej gazety przygotowuje reportaż. Nawet Comanche, która kiedyś nosiła flanelowe koszule i dżinsy, teraz paraduje w kretonowej sukni, rękawiczkach i z parasolką przeciwsłoneczną w dłoni.

Główna część fabuły skupia się na wydarzeniach związanych z grupą Indian z plemienia Czejenów. Dla przypomnienia jednym z pracowników rancza Trzy Szóstki jest Księżycowa Plama, który jest bratem Samotnego Ognia oraz Stojącego Konia. Pierwszy z nich wybrał neutralność, drugi jest buntownikiem, który podburza Indian do rebelii. Natomiast trzeci jest wodzem wolnych Czejenów żyjących zgodnie z prawem w rezerwacie. Pomiędzy braćmi dochodzi do bezpośredniego starcia. Mieszkańcy rancza Triple Six znajdą się w samym środku wojennych działań…

Niestety Greg skorzystał z tendencyjnych elementów. Z jednej strony mamy powstańców, których do działania popycha „woda ognista” i braterska zawiść, a z drugiej – szlachetnego i prawego wodza, któremu na sercu leży jedynie dobro jego ludu. Mimo tych niedociągnięć i fabuła prowadzona jest wartko i ciekawie; lektura całości sprawia frajdę.

Świetną robotę, oczywiście, odwala Hermann. Już okładka albumu zasługuje na „ochy” i „achy”. Wewnątrz znajdziemy wiele równie atrakcyjnych wizualnie kadrów i plansz. Rysownik podczas pracy nad serią zdobywał pierwsze szlify, powoli wypracowywał swój charakterystyczny i rozpoznawalny styl. Oficyna Prószyński i S-ka publikuje serię w powiększonym formacie, dzięki czemu ilustracje prezentują się nadzwyczaj dobrze.

Ciekawe, czy warszawski edytor ma w planach publikację całego cyklu, czy jedynie tomy, które wyszły spod ręki Grega i Hermann? Na stronie sklepu Gildia.pl wprowadzono jedynie pierwsze dziesięć tomów. Ostatecznie przekonamy się za jakiś czas, a tym czasem już za tydzień „siódemka” trafi do sprzedaży. Czekam!

Greg {właśc. Michel Louis Albert Regnier} (sc.), Hermann {właśc. Hermann Huppen} (rys.), „Comanche #6: Buntownicza furia”, tłum. Wojciech Birek, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 5-, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Ms Marvel #2: Pokolenie Czemu

07/07/2017 § Dodaj komentarz


  Ms Marvel przewodzi młodzieży

Jak pamiętamy z lektury „jedynki” (klik! klik!), pewnego wieczoru dotychczasowe życie Kamali Khan stanęło na głowie: zyskała supermoce. Nie, dziewczyna nie jest nosicielką zmutowanego genu X. Co zostało potwierdzone podczas „badania” przez Wolverine’a. Zresztą fakt, że posiada wielkie moce jakoś znacząco nie wpływa na jej wybory. Dziewczyna nie chce przyłączyć się do żadnej sformalizowanej grupy bohaterów. Zależy jej na tym, aby nadal żyć życiem „normalnej” szesnastolatki, czyli skupia się na szkole, kolegach i koleżankach, rodzinie, chodzi do meczetu, słucha rad szejka oraz udziela się w mediach społecznościowych. I niejako przy okazji pomaga mieszkańcom New Jersey.

Fabuła bieżącego tomu zaczyna się od dziwnego zdarzenia. Pewnego dnia Kamala idzie ulicą i słyszy warczenie dobiegające z wielgaśnej dziury w jezdni. Ciekawość bierze górę i nie wahając się ani minuty, biegnie po strój i schodzi pod ziemię. W kanałach odpływowych biegnących pod miastem dziewczynie przyjedzie zmierzyć się z Wynalazcą, który wysyła przeciw bohaterce zmutowane, wielgaśne aligatory. Ms Marvel w sukurs przychodzi dyrektor Wolverine, który szuka zaginionej uczennicy szkoły im. Jean Grey. To właśnie Rosomak stawia diagnozę, że nastolatka nie przynależy do Homo superior, a do rasy Inhumans. Dlatego z biegiem akcji Królowa Medusa postanawia przydzielić dziewczynie opiekuna, którym zostaje pies Lockjaw.

Tak w skrócie przedstawia się zasadniczy zrąb fabularny. Trochę szkoda, że scenarzystka na dalszy plan spycha problemy rodzinne i towarzyskie Kamali. Rozumiem, że chodzi o realizację pewnej konwencji superhero, w której mniej lub bardziej muszą się wpasować komiksy linii Marvel NOW!. W końcu Ms Marvel to nie teen drama. Trzeba jednak zaznaczyć, że pisarka G. Willow Wilson mimo to nie rezygnuje z próby przemycenia do fabuły pewnych symboli i wartości charakteryzujących współczesną młodzież.

Jeden z najważniejszych wątków omawianej odsłony wiąże się z identyfikacją i przynależnością. W pewnym momencie heroina tak myśli o sobie: „Jestem pół-Amerykanką i pół-kosmitką. Morfogenicznym nerdem”. Z drugiej jednak strony zwraca uwagę szeroki kontekst pokolenia młodych ludzi, do którego przecież sama należy. Pokolenia, które nie jest postrzegane pozytywnie, bo jest zatomizowane, niepotrafiące działać wspólnie, bez zbornych celów, niewyznające żadnych wartości poza „tomiwisizmem” . Cytat z Kamali: „Media nas nienawidzą, bo gapimy się w swoje smartfony. Ekonomiści nas nie cierpią, bo wymieniamy się dobrami, zamiast je kupować (…). To, że są starsi, nie daje im monopolu na prawdę”. Z założenia akcja albumu „Pokolenie Czemu” ma zadawać kłam takiemu powierzchownemu rozpoznaniu. Czy płomienna przemowa superbohaterki faktycznie porwałaby młodzież? Czy nie wypowiada się ona zbyt deklaratywnie? Ten fragment wzbudza moje wątpliwość.

Za oprawę graficzną bieżącego tomu odpowiadają Jacob Wyatt i Adrian Alphona. Dla drugiego z panów rysowanie serii jest kontynuacją przygody z Ms Marvel, ponieważ kanadyjski artysta odpowiadał za całą „jedynkę”. Wyatt posługuje się bardziej schematyczną i uproszczoną kreską, co prawda daleko jej jeszcze do cartoonowego przedstawienia, ale już bliżej do mangowych kreskówek niż do realistycznej stylistyki. Docenić należy świetną robotę kolorysty; Ian Herring stawia na pastelowe barwy, szeroką i różnorodną paletę.

„Dwójka” wypada mniej atrakcyjnie niż „jedynka”, głównie przez częściową rezygnację z osobistych epizodów. Jednakże nadal jest to komiks ciekawy i intrygujący. Protagonistkę pozostaje niezwykłą osobą, którą można lubić za to, że na siłę nie próbuje być kimś, kim nie jest. Przesłanie komiksu nadal jest pozytywne i, poniekąd, pokrzepiające: wyjątkowy nie znaczy samotny.

G. Willow Wilson (sc.), Adrian Alphona & Jacob Wyatt (rys.), „Ms Marvel #2: Pokolenie Czemu”, tłum. Anna Tatarska, Klub Świata Komiksu – album 1152, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o. o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 5-, kolory/cienie: 4+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Czerwony żółw

01/07/2017 § Dodaj komentarz


 Rozbitek na wyspie

Sztorm. Fale wyrzucają młodego mężczyznę na plażę. Na bezludnej wyspie czeka na niego konfrontacja z naturą, która potrafi być równie szczodra, co i niszczycielska. Biały człowiek żyjąc w dziczy stara się podporządkować sobie zastaną rzeczywistość, podchodząc do niej egoistycznie i egocentrycznie. Z czasem uczy się jednak patrzeć dalej, niż na czubek własnego nosa.

Japońsko-belgijsko-francuska kreskówka oczarowuje już od pierwszej sceny. Sztormowe bałwany, przywodzące skojarzenia z Wielką falą na Kanagawie Hokusaia, nie tylko zostały ładnie i sugestywnie zaanimowane – autorzy nadali też głębię samemu oceanowi, zarysowując kilka planów, czy też bawiąc się kątami i ruchem perspektywy. Podobne zabiegi pojawiają się do końca filmu, który nawet jeśli operuje statycznymi i cichymi scenami celebrującymi spokój, to unika wizualnego banału czy monotonii. Wrażenie robi tu żywy ruch zarośli tworzących tło, czy wiarygodne oddanie ruchów ludzi i zwierząt. Co ciekawe – w animacji odbijają się zarówno wpływy europejskie, jak i azjatyckie. Fizjonomie bohaterów budzą skojarzenia z frankofońskim komiksem, w czasie gdy zastosowana kolorystyka zdaje się być ukłonem w stronę japońskiej szkoły drzeworytu ukiyo-e.

Wątek drzeworytniczy wydaje się mieć tu zresztą drugie dno. Choć dawni mistrzowie często skupiali się na przedstawianiu życia ówczesnej społeczności, to często portretowali też przyrodę. Animacja de Wita to piękna opowieść w humanistycznym duchu, przypominająca o naszym miejscu na świecie, ale też o potrzebie harmonii z naturą, o której ludzkość zdaje się często zapominać. Fabuła bierze za punkt wyjścia historię Robinsona Crusoe, ale tu rozbitek musi się w pełni dostosować do natury.

Bezludna wyspa de Wita to przestrzeń, w której autor mówi o naturze, życiu, śmierci i cyklach, które od tysiącleci powtarzają się w przyrodzie. To baśń dla widza w niemal każdym wieku, gdzie pomiędzy realizmem, oniryzmem i subtelną fantazją zawieszony zostaje nasz bohater i tytułowy czerwony żółw. Nie chcę streszczać magicznej historii ich wzajemnej relacji, ale zapewniam – mamy do czynienia z wyjątkową, pięknie i wrażliwe zrealizowaną animacją, gdzie wszystko jest na swoim miejscu: emocje, spektakularne obrazy, ujmująca muzyka, a gdy trzeba – to także tworząca kontrapunkt cisza. Nie brak też subtelnego humoru, który wprowadzają małe kraby. Dowodem na kunszt połączonych sił europejskich i japońskich filmowców jest fakt, że wszystko udało się tu opowiedzieć bez słów.

Szczerze zachęcam do obejrzenia tej koprodukcji, w której palce maczało m.in. kultowe Studio Ghibli. To perła! Dzieło równie kameralne, co sugestywne, które pozostawiło mnie z potrzebą obejrzenia go jeszcze raz. Magiczny seans. Polecam.

„Czerwony żółw”: Michael Dudok de Wit (reżyseria), Michael Dudok de Wit & Pascale Ferran (scenariusz), data premiery w Polsce: 23 czerwca 2017, dystrybucja: Gutek Film.

[autor: Przemysław Pawełek]

Armada #19: Zatrzymani w czasie

28/06/2017 § 2 komentarze


 Zabawa kryształkami czasu

Mimo tego że Armada rozpadła się na dwie frakcje, to konwój krążkowników i statków kosmicznych nadal przemierza gwiezdne uniwersum. Nasza bohaterka, której towarzyszymy w Polsce od siedemnastu lat, próbuje zachować pewną niezależność, ale gdy przewodniczący demokratycznej Nowej Armady prosi Navis o pomoc, ta nie waha się ani chwili. Tym bardziej, że zagrożone jest życie dwóch ostatnich przedstawicieli przedziwnej rasy Jeeosigan.

Album Zatrzymani w czasie zaczyna się dramatycznie. Cała ekipa – Navis, Julia, Bobo i Yannsei – zostaje rozstrzelana i to na pierwszych czterech planszach. Wygląda na to, że wszyscy ostatecznie giną, a robot Snivel wariuje. Dałem się nabrać scenarzyście, że oto mam przed sobą ostatnią odsłonę serii. Na szczęście to tylko podstępna zabawa ze sposobem prowadzenia narracji. Morvan rezygnuje z linearnego przedstawienia wydarzeń, pozwala przedstawicielom rasy Jeeosigan użyć swoich mocy, które polegają na poruszaniu się po linii czasu do przodu i do tyłu. Zabieg sam w sobie jest ciekawy i uatrakcyjnia omawianą publikację.

Dla fabuły znaczenie mają także trzej młodzi archeolodzy, którzy samodzielnie odnaleźli kryptę przetrwalnikową pary przedstawicieli Jeeosigan. Wspomniana trójka odkryła także złożone i nikczemne machinacje Najwyższej Rady Armady, która ze strachu doprowadziła do całkowitej eksterminacji rasy i niemal całkowicie wymazała wszelkie informacje o ich cywilizacji. Inny, niemniej ciekawy, wątek, który przewija się przez Zatrzymanych… dotyczy podjęcia przez Navis decyzji zostania matką nowego pokolenia Yiarhu-Kahów.

Pod względem rysunkowym tom jakoś szczególnie się nie wyróżnia. Komis nadal może się podobać. Buchet kolejny raz zaprojektował ładne stroje dla Navis i wymyślił kolejne rasy. Kreacja świata przedstawionego jest spójna. Dobrze przedstawiają się sceny zbiorowe, zresztą mam wrażenie, że jest ich więcej niż w kilku uprzednich tomach.

Serial Armada, jak przystało na prowadzony przez lata tasiemiec, ma lepsze i gorsze momenty. Ten, 19. już tom zaliczam do pierwszej grupy. Całość wciąga, konstrukcja fabuły jest interesująca, a przemyślny „matczyny” cliffhanger dobrze wróży kolejnym odsłonom.

Jean David Morvan (sc.), Philippe Buchet (rys.), „Armada #19: Zatrzymani w czasie”, przeł. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1097, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Millennium #1: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

21/06/2017 § Dodaj komentarz


 Blomkvist i Salander w komiksie

Cykl Millennium należy do grupy najbardziej rozpoznawalnych tekstów popkultury początku XXI wieku. Powieściowa saga Stiega Larssona sprzedała się w milionowych nakładach. Doczekała się dwóch adaptacji filmowych oraz dwóch komiksowych. W latach 2012-2015 nakładem oficyny Czarna Owca ukazały się w naszym kraju cztery albumy z Vertigo, do których scenariusz napisała Denise Mina. Natomiast w bieżącym roku, dzięki Egmontowi, na półki księgarskie trafił pierwszy album adaptacji przygotowanej pierwotnie w 2013 roku przez oficynę Dupuis, skrypt dla tej wersji przygotował Sylvain Runberg.

Trudno mi wyobrazić sobie, że są jeszcze osoby, które nie znają fabuły książki Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. Powieść Larssona jest pozycją wielowątkową, w której występują bardzo wyraziste postaci. Przypominam, że całość liczy sobie ponad 600 stron. Dlatego przede wszystkim należy docenić robotę belgijskiego scenarzysty, który umiejętnie wyselekcjonował wątki i wydarzenia. I chociaż robota Runberga polegała głównie na redukcji zbędnych epizodów i postaci, to całość nie traci na spójności i przejrzystości. Skrypt został sprawnie utkany, komiks stanowi dzieło samoistne, które można czytać bez znajomości powieściowych Mężczyzn….

W komiksie, podobnie jak w powieści, kluczowym elementem dla całej fabuły jest śledztwo Mikaela Blomkvista, który stara się rozwikłać zagadkę zaginionej przed laty Harriet Vanger. Z biegiem akcji z dziennikarzem rozpoczyna współpracę z utalentowana hakerka Lisbeth Salander. Dwoje bohaterów połączą nie tylko zawodowe relacje… Finalnie, ich wspólne poczynania skutkują okryciem odrażającej prawdy o niektórych członkach rodu Vangerów. Pod tym względem omawiana pozycja jest na wskroś wierną i, dodajmy, udaną adaptacją. Scenarzysta równie przekonująco oddał portrety psychologiczne pary głównych bohaterów. Więcej uwagi poświęca się Lisbeth, co wcale nie dziwi, gdyż jest niezwykle interesującą osobą, którą ukształtowały traumatyczne i tragiczne doświadczenia.

Za oprawę graficzną albumu odpowiada hiszpański rysownik José Homs. Trzeba przyznać, że właśnie rysunki wzbudzają największe zainteresowanie. Początkowo mogą się nie podobać, gdyż artysta posługuje się specyficzną manierą rysowania twarzy występujących postaci. Styl przedstawienia jest wyraźnie karykaturalny: duże głowy, mięsiste usta, bulwiaste nosy czy kreska brwi. Takie groteskowe przedstawienie kontrastuje z mało przyjemną fabułą i ostatecznie łagodzi wydźwięk pewnych scen (choćby gwałtu na głównej bohaterce). To, jak narysowano Blomkvista i ukazano jego mimikę, podkreśla prostolinijny i miejscami naiwny charakter bohatera. Zdaję sobie sprawę, że wszystkim czytelnikom przypadnie do gustu styl Homsa, ale bardzo proszę się nie zrażać.

Całość może wciągnąć, ponieważ rzecz jest dobrze zbudowana, a wątki poprawnie rozplanowane. Osobiście chętnie zapoznam się z kolejnymi odcinakami sagi. Chciałbym jednak zaznaczyć, że dla osób, które znają powieściowy pierwowzór, lektura komiksu nie będzie wielką przygodą.

Sylvain Runberg (sc.), José Homs (rys.), „Millennium #1: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1098, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Amulet #2: Klątwa strażniczki

17/06/2017 § 6 komentarzy


Ahoj przygodo!

Pierwszy album serii Amulet służył głównie zarysowaniu ogólnego tła fabularnego i wprowadzeniu na scenę głównych aktorów opowieści: Emily, Navina oraz ich mamy Karen. W ramach przypomnienia – rodzina Hayesów wprowadza się opuszczonej, rodzinnej posiadłości w miejscowości Norlen. Wielki, stary dom, który należał do dziadka dzieciaków, kryje wiele tajemnic. I już pierwszego dnia pobytu część z nich zostaje ujawniona, choć właściwie stanowią jedynie wprowadzenie do kolejnych przygód. „Dwójka”, która nosi podtytuł Klątwa strażniczki, bez zbędnych wstępów wrzuca czytelnika w ekscytujący wir wydarzeń.

Akcja bieżącego tomu w naturalny sposób kontynuuje i rozwija wątki, jakie poznaliśmy w Strażniczce (klik! klik!). Dzieciaki, chcąc pomóc umierającej matce, muszą zdobyć wszechpotężny eliksir, który jest antidotum na każdą truciznę. Niepomni na niebezpieczeństwa wyruszają na szczyt góry o wdzięcznej nazwie Diabelska Czaszka. Właśnie tam rosną drzewa, których owoce mają wspomniane powyżej medyczne właściwości. Najpierw jednak muszą zawitać do miasta Kanalis, gdzie pod opieką najznamienitszych lekarzy pozostawiają matkę. Na miejscu spotykają całą zgraję zupełnie nowych postaci, m.in. rebeliantów, z którymi Navin podejmuje współpracę. Część nowo poznanych okaże się przyjaciółmi, ale nie wszyscy. Mroczne elfy wcale nie są serdecznie i bratersko usposobione…

Dobrze, wystarczy. Tyle tytułem przybliżenia fabuły. Resztę doczytajcie sobie sami. Czy warto? Czy polecam? Jasne! Przyznaję, że sięgnąłem po Klątwę strażniczki w przerwie między wywieszaniem prania, a wstawianiem kolejnego. Miałem „małą chwilę”, myślałem, że przeczytam dziesięć czy dwadzieścia stron i wrócę do zaplanowanych czynności. Jednak pranie musiało poczekać, aż skończyłem czytać. Opowieść tak mocno mnie wciągnęła, że całość przeczytałem od razu. Co prawda można mieć pewne zastrzeżenia do scenarzysty, że buduje opowieść na ogranych (i sprawdzonych) schematach. Robi to na tyle sprawnie i bez zbędnego przynudzania, że podczas lektury wcale nie przeszkadza, że jakiś wątek mocno kojarzy się z Gwiezdnymi Wojnami, a inny z Władcą Pierścieni.

Zresztą, nie zapominajmy, że komiks przeznaczony jest dla młodszych czytelników, którzy nie mają aż tak wielkiego obycia w popkulturze. Dla nich seria Amulet będzie w pełni atrakcyjną i satysfakcjonującą pozycją, bo wartka akcja, bo magiczne artefakty, bo gadające drzewa i zwierzęta, bo rebelianci chcący walczyć ze złowrogimi elfami, bo zadziwiające mechaniczne konstrukcje, bo potężny amulet, który może zawładnąć właścicielem i przeciągnąć go na „ciemną stronę mocy”, bo każde z dzieci ma misję do wypełnienia, bo ostatecznie okazuje się, że chodzi o walkę Dobra ze Złem.

Fabuła jest wciągająca, a opowieść nie pozostawia czytelnika obojętnym: kibicujemy bohaterom, życzymy im, aby wszelkie podjęte działania się powiodły, a nie popieramy, wręcz potępiamy, postępowanie elfów. Z każdą kolejną planszą dowiadujemy się więcej o niezwykłej krainie, w której rzecz się rozgrywa. Scenarzysta nie zapomina o aktorach, dba o to, abyśmy bliżej poznawali występujące postaci. Dla przykładu proszę zwrócić uwagę, że choć Leon Rudobrody zostaje przyjęty do drużyny, to nie od razu mu się bezgranicznie ufa. Z drugiej strony ciekawość wzbudza postać księcia Trellisa, który z nie znanego powodu nie wykonuje rozkazów Króla Elfów.

W warstwie graficznej między „jedynką” a „dwójką” nie ma żadnych zmian. Plansze zwykle składają się z układu kwadratowych i prostokątnych kadrów, ale tam gdzie dynamika akcji wzrasta (np. w scenach walki) artysta decyduje się na bardziej energiczne i niestandardowe kadrowanie. Całość narysowano cartoonową kreską, obrys konturu jest wyraźnie widoczny, choć linia jest cienka. Niektóre przedstawienia zwierzęcych postaci mocno kojarzą mi się z pracami Piotra Nowackiego. Dodatkowo wydawca zwraca uwagę na wizualne podobieństwo albumu z filmami ze studia Ghibli i poniekąd jest w tym trochę prawdy.

Omawiana publikacja jawi się jako przygodowe, znakomicie skonstruowane heroic fantasy. Wiem, że nie jestem odbiorcą docelowym, jednak lektura komiksu sprawiła mi sporo frajdy. Łukasz Chmielewski pewnie dodałby, że stało się tak za sprawą „galopującej infantylizacji” moich czytelniczych wyborów.

Kazu Kibuishi (sc. & rys.), „Amulet #2: Klątwa strażniczki”, tłum. Maria Lengren, Planeta Komiksów, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 4, kolory/cienie: 4-]

Post Scriptum, czyli konkurs z nagrodą
Uwaga! Uwaga! Wszystkich czytelników zapraszam do udziału w zabawie, w której można wgrać zrecenzowany powyżej album. Zasady konkursu są następujące: proszę w komentarzu wpisać, jaki magiczny artefakt chcielibyście posiadać i jak byście z niego korzystali, do czego konkretnie miałby służyć? Bardzo proszę o wpisywaniu poprawnego adresu e-mail, ponieważ laureat(-a) zostanie poinformowany(-a) mailowo o wygranej. Zabawa trwa od 19 czerwca do 25 czerwca.
Przy okazji bardzo proszę o polubienie profilu facebookowego wydawcy: Planeta Komiksu (klik! klik!) oraz Są komiksy dla dzieci (klik! klik!).

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with recenzja at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: