Łabędzi śpiew #1: Jutro będzie już po nas

19/09/2017 § Dodaj komentarz


 Porucznik Katzinski i jego żołnierze

Akcja komiksu Łabędzi śpiew rozgrywa się dokładnie sto lat temu. I wojna światowa w pełnej krasie: nędzne okopy, błoto, brak ciepłych posiłków, bezsensowne szarże pod osłoną prowizorycznych czołgów, beznadzieja i frustracja. Bohaterami są francuscy żołnierze z kompanii dowodzonej przez porucznika Katzinskiego, których poznajemy, gdy wracają z niezbyt udanej wiosennej kampanii. Do Zgromadzenia Narodowego, obradującego w Paryżu, nie docierają prawdziwe informacje o aktualnym stanie działań wojennych. Wysoko postawieni generałowie świadomie wprowadzają w błąd parlamentarzystów.

Jednak jest nadzieja, że sytuacja może ulec zmianie, że niepotrzebne masakry mogą się zakończyć, że wojna może się w końcu skończyć. A to za sprawą tak zwanej Petycji ze wzgórza 108, która – jeśli dotrze do Paryża dokładnie za trzy dni – może odmienić losy zwykłych żołnierzy. W przekazanie dokumentu zostają zaangażowani podwładni porucznika Katzinskiego. I w tym miejscu następuje wolta. Stricte wojenna opowieść przeradza się z pełną niebezpieczeństw, przygodowo-awanturniczą historię. Na plan pierwszy, miast spadających bomb, wysuwają się psychologiczne i fizyczne konsekwencje decyzji podjętych przez występujące postaci. Nie będę szeroko przybliżał fabuły, wspomnę jedynie, że żołnierze wstępują na drogę bezprawia – dezerterują z linii frontu i zostają zabójcami.

Pod względem fabularnym album Jutro będzie już po nas wypada intrygująco. Innym powodem, dla którego warto się z omawianym komiksem zapoznać jest oprawa graficzna autorstwa Cédrica Babouche’a. Dla francuskiego rysownika jest to pierwsza pełnometrażowa przygoda z „kolorowymi zeszytami”, wcześniej pracował przy produkcji filmów animowanych. I trzeba przyznać, że szlify, które zdobył podczas pracy animatora są widoczne gołym okiem: rozedrgana kreska, linie nakładane jedna na drugą oraz przesunięcie koloru względem konturu. Wspomniane zabiegi sprawiają wrażenie, że postaci faktycznie są w ruchu. Sceny rozgrywające się na froncie (wybuchy, szarża czy ucieczka) nakreślone zostały z duża dynamiką i ekspresją. Pod tym względem świetnie wypadają plansze na stronach od 8 do 11. Artysta nieźle sobie radzi z kolorem, który nakłada za pomocą farb wodnych. I chociaż większość plansz ma monochromatyczny charakter, to te, na których ukazana została przyroda, prezentują się nadzwyczaj dobrze. W zestawie dodatków zamieszczonych na końcu tomu możemy zapoznać się z całym procesem powstawania planszy – od pierwszego szkicu, a do finalnego przedstawiania.

Omawiana produkcja jest owocem współpracy pary scenarzystów. Dobrze znanego i cenionego w naszym kraju Xaviera Dorisona (Long John Silver, W.E.S.T., Fechmistrz czy Undertaker) oraz Emmanuela Herzeta. Drugiego z panów możemy kojarzyć z komiksu Wydział Lincoln, który – jak może pamiętamy – został zilustrowany przez naszego rodaka Piotra Kowalskiego. Cieszy, że cykl Łabędzi śpiew to tylko dyptyk. „Jedynka” nie zawodzi, bo kieruje narrację w stronę political fiction. Dlatego chętnie sięgnę po następną odsłonę. A was tymczasem namawiam na bliższe zapoznanie się z podwładnymi porucznika Katzinskiego.

 Xavier Dorison & Emmanuel Herzet (sc.), Cédric Babouche (rys.), „Łabędzi śpiew #1: Jutro będzie już po nas”, tłum. Jakub Syty, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4-, kolory/cienie: 3]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Reklamy

Lil i Put #3: Czarująca panna młoda

12/09/2017 § Dodaj komentarz


 Miksja w welonie!

To musiało się kiedyś wydarzyć! Autorzy komiksowej serii Lil i Put – Maciej Kur i Piotr Bednarczyk – nie pozostali głusi na prośby swoich czytelników. Zresztą sam również optowałem za tym, aby w kolejnym albumie została opowiedziana jedna pełnometrażowa historia, a nie kilka krótkich szortów. Czy scenarzyście udało się napisać rzecz spójną i ciekawą? Przekonajmy się.

Bez zbędnych wstępów – już w pierwszym kadrze – wprowadzone zostają do fabuły nowe postaci. Fryc Mamon jest wójtem wsi Miniatury Wielkie, który wygrał wybory, bo przekonał głosujących do swojej osoby darmowym napitkiem. Pełnienie urzędu wykorzystuje instrumentalnie i interesownie – powiększa osobisty majątek. Lil i Put narażają się urzędnikowi i „za karę” muszą szkodę odpracować w polu. Prace fizyczne strasznie męczą parę małoludów. Dlatego uciekają do stolicy. Po drodze spotykają elfkę Miksję, której towarzyszy goblinem Kirki – on także podpadł Frycowi. W efekcie tego incydentu ten ostatni zlecił Gerwinowi Stworołówcy zgładzenie zwierzaka.

Przedstawiony powyżej zestaw epizodów, to dopiero początek zwariowanych i miejscami absurdalnych przygód naszych bohaterów. Maciej Kur prowadzi narrację w sposób brawurowy i daleki od sztampy, świetnie łamie konwencję opowieści fantasy, wprowadzając elementy parodiujące współczesną rzeczywistość (m.in. wizyta Miksji w urzędzie pocztowym czy sceny w „wariatkowie” z udziałem Scotta McClouda oraz profesora, który wszędzie widzi spiski). Rozwój wydarzeń jest trudny do przewidzenia. Co prawda, biorąc pod uwagę podtytuł albumu i ilustrację na okładce, wiemy, że w którymś momencie musi pojawić się jakaś „panna młoda” i jeszcze „czarująca”, czyli Miksja. Czytamy, czytamy i już połowa komiksu, a ślubu ani widu, ani słychu. Czytelnik zdaje sobie sprawę, że będzie wychodziła za mąż, ale za kogo i dlaczego? Przecież nie z miłości, a może?

Omawiany album to naprawdę udana pozycja. Dobrze się stało, że autorzy (i wydawca) zdecydowali się na prezentację wielowątkowej, pełnometrażowej historii. Całość skrzy się humorem, podczas lektury ciężko powstrzymać się od śmiechu. Należy oddać scenarzyście sprawiedliwość – wszystko się ze sobą pięknie zaplata i łączy. Maciej Kur ma wyraźny dar konstruowania zabawnych fabuł, które nie opierają się tylko i wyłącznie na świetnych gagach, ale i literacko stoją na wysokim poziomie.

Rysunki Piotra Bednarczyka z każdym kolejnym albumem zyskują. Stają się mniej toporne, a bardziej dobitne i ekspresyjne. Już na poziomie storyboardu gagi sytuacyjne są właściwie rozplanowane, patrzący w mig łapie komiczne przesłanie sceny. Wszystkie występujące postaci są dobrze zaprojektowane i poprowadzone, dlatego czytelnik nie ma żadnych problemów z ich rozpoznaniem. Na uwagę zasługuje także rozbudowana i różnorodna gestykulacja, mimika oraz zachowanie.

Autorzy mają świadomość, że ich czytelnicy serii dorastają. Pierwsze dwa albumy skierowane były głównie do 8- czy 9-latków. Natomiast – ze względu na aluzyjność i niuanse, zastosowanie wielu popkulturowych nawiązań, użycie narracji wstecznej oraz rozbudowaną listę dialogową – bieżącą odsłonę polecam wszystkim samodzielnym czytelnikom.

Maciej Kur (sc.), Piotr Bednarczyk (rys.), „Lil i Put #3: Czarująca panna młoda”, Klub Świata Komiksu – album 1131, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 4, kolory/cienie: 4-]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Universal War One. Tom 1

10/09/2017 § Dodaj komentarz


Pierwszy tom klasyki

W końcu za sprawą oficyny Elemental jest dostępny pierwszy tom Universal War One, czyli opus magnum Denisa Bajrama. Wielu czytelników cierpliwie (i nie) czekało na premierę albumu, gdyż chciało zapoznać się z historią członków międzyplanetarnej eskadry Purgatory w porządku chronologicznym. Co prawda kilkanaście lat temu wydawnictwo Egmont opublikowało wszystkie trzy pojedyncze albumy: Genesis, Zakazany owoc oraz Kain i Abel, ale dopiero bieżąca edycja cyklu oddaje kompleksowy zamysł artysty.

Akcja komiksu rozgrywa się w przyszłości, raczej dalszej niż bliższej. Ludzkość osiągnęła wysoki stopień rozwoju technologicznego i cywilizacyjnego. Zaawansowana technika umożliwia kolonizację odległych planet Układu Słonecznego. Gdy nagle między Saturnem a Jowiszem pojawia się zagadkowa czarna ściana. Federacji Zjednoczonych Ziem postanawia odkryć, co kryje się z nią (lub w niej). Rozkaz zbadania anomalii otrzymuje III Flota Sił Zbrojnych dowodzona przez admirała Friedricha von Richtburga. Szef sztabu postanawia wysłać w okolice ściany jednostkę specjalną – Purgatory, która utworzona została na prośbę córki admirała z nikomu niepotrzebnych do szczęścia żołnierzy-skazańców.

W skład siedmioosobowej ekipy wchodzi między innymi były naukowiec Edward ‘Ed’ Kalish, który jako jedyny z całej floty co nieco rozumie jak dział i czym jest ściana. Jednak, aby w pełni pojąć charakter złowróżbnej nieprawidłowości, nasi bohaterzy będą musieli wlecieć do środka. Dopiero wówczas opowieść Bajrama zyskuje właściwy charakter. Początkowo wydaje się, że UW1 będzie typowym komiksem science fiction o wojennych przeprawach kilku parszywych żołnierzy. Wolta jaką funduje czytelnikom scenarzysta jest niespodziewana i sensacyjna. Portrety psychologiczne bohaterów zostają pogłębione, ich wzajemne relacje rozbudowane, a w warstwie narracyjnej na plan pierwszy wysuwają się naukowe aspekty związane z możliwościami podróży w czasie.

Oprawa graficzna albumu stoi na wysokim poziomie i doskonale pasuje do opowieści. Artysta dołożył wszelkich starań, aby wiarygodnie oddać kosmiczną rzeczywistość, w której rozgrywa się akcja. Uwagę przykuwa szczegółowość i precyzja przedstawienia wszelkich międzyplanetarnych statków, a mamy ich całkiem sporo, bo i myśliwce, i transportowce, i kontenerowce. W krótkim posłowiu, jakie znajdujemy po drugim rozdziale, autor tak pisze o projektowaniu kosmicznej floty: „Zazwyczaj zaczynam od zdefiniowana ich funkcji, roli. Na początek precyzuję, czy statek jest zdolny wchodzić w atmosferę. Jeśli tak, musi mieć kształt aerodynamiczny, w przeciwnym wypadku nie jest to konieczne…”. Wpis okraszony został całą masą wstępnych szkiców.

Zdaję sobie sprawę, że zaprezentowany powyżej opis fabuły nie oddaje rozmachu i kompleksowości pisarskiego zamysłu. Cały cykl Universal War fascynuje, ale dopiero całościowa lektura opublikowanych dotąd tomów (klik! klik! oraz klik! klik!) pozwala dostrzec wielkość działa. Zapewniam, że nawet dla osób, które nie przepadają za sci-fi rzecz okaże się atrakcyjną przygodą. Stawiam komiks na jednej półce wśród klasyki, czyli obok: Wiecznej Wojny, Valeriana oraz Incala.

Denis Bajram (sc. & rys.), „Universal War One. Tom 1”, Wojciech Birek, Wydawnictwo Elemental, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 4+, kolory/cienie: 5]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Skalp. Tom 5

08/09/2017 § 5 Komentarzy


Skalp ociera się o doskonałość

Jeśli chodzi o komiksy, to ostatni rok były chyba jednym z najlepszych w moim życiu, głównie dzięki wielokrotnie wychwalanej przeze mnie serii Skalp. Serii, która była i wciąż jest niczym objawienie, pokazujące niemal każdym epizodem, jak niemożliwe staje się możliwe. Wreszcie przeczytałem finalny tom, więc teraz przyjdzie mi chwalić Scalped po raz ostatni. Z jednej strony czuję ulgę, bo ileż razy można pisać to samo, a z drugiej, wiecie, jak to jest, cykl Aarona i Guéry wiele razy dosłownie wypruwał mi flaki, odbierając możliwość porównania ich komiksu do czegokolwiek innego.

Niecierpliwie czekałem na każdą kolejną część, później czytałem serię ze szczęką leżącą gdzieś na podłodze i to były dobre uczucia. Niecierpliwość, oczekiwanie, brak wiary w to, że cykl ciągle trzyma tak samo wysoki poziom. Czasem paradoksalnie dobre, bo w tych sześćdziesięciu zeszytach autorzy zawarli taką ilość nieprzyjemnych i dołujących wątków, że lektura bywała wręcz masochistycznym doświadczeniem. A teraz to już koniec, piękny finał godny tak niesamowitego tytułu, ale wiem, że po przeczytaniu całości czegoś zabraknie na zawsze.

„Piątka” przenosi nas w czasie o kilka miesięcy po finale uprzedniej odsłony, czyli (jak zwykle ostrzegam tych, którzy jeszcze nie czytali wcześniejszych części, że kolejne zdania w tym akapicie mogą zepsuć im kilka niespodzianek, więc radzę go pominąć i przejść do następnego): Czerwony Kruk siedzi w więzieniu i czeka na wyrok, całkowicie świadomy, że niemal na pewno spędzi tam resztę swojego życia, zaś rezerwat Prairie Rose powoli odbija się od dna. Dash opuszcza FBI i po nieskutecznych poszukiwaniach mordercy swojej matki staje się grzecznym, chodzącym do kościoła chłopcem. Sielanka. Czyżby?

Okazuje się jednak, że nie bardzo. Zapomnijcie o hamulcach na finiszu i sentymentalnym pożegnaniu ciągnącym się przez kilkadziesiąt stron. Przyszłość Dasha nadal nie jest pewna. Adwokat Kruka chce wygrać proces poprzez wyjawienie kilku czarnych wydarzeń z jego awanturniczego życia, tym samym pozbawiając byłego agenta FBI wiarygodności. Uzależnienie od heroiny, zamordowanie Diesela… – trochę się tego uzbierało. Poza tym osoba, która zamordowała jego matkę, wciąż jest wolna i nie ma zamiaru poprzestać na jednym zabójstwie.

Dzieje się. Działo się właściwie przez całą serię, a niemal każdy z pomysłów scenarzysty wbijał mnie w fotel. Moim ulubionym tomem pozostaje „dwójka”, ale cała seria jest zaskakująco równa. Aaron pisze w taki sposób, że wydarzenia, które w innych komiksach byłyby tylko następną tragedią, śmiercią kolejnej postaci przyjmowaną przez czytelników najwyżej ziewnięciem, tutaj trzymają w napięciu i poruszają. Pewnie już o tym pisałem (pewnie więcej niż raz), ale wygląda to tak, jakby scenarzysta wiedział dokładnie, co zrobić i w jakiej chwili, umiał nacisnąć tak, żeby zabolało, żeby wzruszyć, przestraszyć czy rozbawić (choć akurat zabawnych elementów nie było w tej serii zbyt wiele, a jeśli już, to miały czarny kolor), a następnie wyważył całość tak, żeby każdy element idealnie ze sobą współgrał. I, chociaż chwalenie serii w poprzednich recenzjach oraz w tej, ostatniej, polegało głównie na powtarzaniu tych samych superlatyw, tak naprawdę mógłbym (i chciałbym!) chwalić ten komiks bez końca. I będę polecał go każdemu, kto spyta, co dobrego czytałem, nieważne, czy będzie to teraz, tuż po finale całej historii, czy za kilka lat. Nie sądzę, żeby Scalped i niesamowite wrażenie, jakie pozostawiła opowieść Aarona i Guéry, kiedykolwiek się zestarzały.

Poprzednie tomy pozwalały przypuszczać, że zakończenie będzie niesamowite i genialne. Czy finał na pewno spełnia oczekiwania? Moje w stu procentach, ale raczej nie należę do ludzi płaczących, że „to nie tak miało być”, „chciałem, żeby wszystko skończyło się inaczej”, czy „ten, który zginął, miał przeżyć, a tamtego, który przeżył, miała przecież spotkać zasłużona kara” i tak dalej. Nigdy nie narzekałem na zakończenie, na przykład, Kaznodziei, choć w tej kwestii słyszałem wiele głosów rozczarowania. Mógłbym napisać, że pojawiające się w tych wszystkich komiksach osoby to przecież wyłącznie bohaterowie z papieru i jakie ma znaczenie, co się z nimi stanie, ale akurat postaci wykreowane przez Aarona są tak dalekie od papierowych i pozbawionych głębi, jak to tylko możliwe. Chodzi mi bardziej o to, że pomimo wyobrażeń, jakie oczywiście miałem na temat ostatnich stron serii, los Dasha i reszty leżał w rękach scenarzysty. Zrobił z nimi, co chciał, czasami wbrew mojej wizji, ale jak zwykle stanął na wysokości zadania. I jeśli jego bohaterowie są ludzcy, tak jak w przypadku prawdziwych ludzi nie zawsze spotyka ich to, czego się spodziewamy lub czego byśmy sobie życzyli.

Ale nie chcę, żeby ten ostatni akapit brzmiał jak ukryte rozczarowanie, bo wcale tak nie jest! Po raz, niestety, ostatni, tym razem już naprawdę: Skalp jest komiksem genialnym i ocierającym się o doskonałość. Nie bez przyczyny wbijałem Wam to do głowy we wszystkich poprzednich recenzjach. Jeśli jeszcze nie czytaliście tego komiksu, zróbcie to! Zróbcie jak najszybciej. Nie przychodzi mi do głowy ani jeden powód odkładania lektury na później.

Jason Aaron (sc.), R.M. Guéra {właśc. Rajko Milošević} & Jordi Bernet & Denys Cowan & Dean Haspiel & Brendan McCarthy & Steve Dillon & inni (rys.), „Skalp. Tom 5”, tłum. Krzysztof Uliszewski, Klub Świata Komiksu – album 1171, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Misztal]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Millennium #2: Dziewczyna, która igrała z ogniem

18/08/2017 § 2 Komentarze


 Kim jest Zala?

Od czasu wydarzeń przedstawionych w pierwszym albumie serii Millennium minął rok – klik! klik! Wygląda na to, że życie Mikaela Blomkvista bardzo powoli wraca na stare tory. Co prawda, stacje radiowe i telewizyjne nadal chętnie go zapraszają, aby publicznie wypowiedział się w tym czy innym temacie. Zainteresowanie mediów ciąży bohaterowi, chciałby powrócić „czystej” roboty reporterskiej. Okazja nadarza się, gdy do „Millennium” zgłasza się Dag Svensson – wolny strzelec, który wpadł na trop szwedzkiej siatki przestępczej zajmującej się handlem młodymi kobietami i zmuszaniem ich do prostytucji.

Omawiany album jest wierną adaptacją drugiej powieści Stiega Larssona Dziewczyna, która igrała z ogniem. Dlatego główne elementy fabuły, występujące postaci oraz finał zostały żywcem przeniesione z książki do komiksu. Scenarzysta, oczywiście, musiał dokonać wielu skrótów. Dzięki cięciom opowieść zyskała klarowności i przejrzystości. W porównaniu do pierwowzoru czytelnik musi mniej się domyślać i domniemywać. Runberg na potrzeby komiksowej narracji wysługuje kilka wątków. Wyraźnie skupia się na przeszłości i psychice Salander (poprzez retrospekcje) oraz bestialstwie członków bandy Zali (straszne sceny przemocy i gwałtów dokonywanych na porwanych kobietach). Mam wrażenie, że natłoku silnie emocjonujących scen, prowadzone przez Blomkvista śledztwo, zeszło na dalszy plan.

Na pozycji rysownika zaszła zamiana: José Homsa zastąpił Manolo Carrot, który podpisuje swoje prace pseudonimem Man. Wizualnie widać różnicę. Nowy artysta stawia na realizm przedstawienia. Dla przypomnienia: prace Homsa miejscami popadały w karykaturę i groteskę. Man przykłada wiele uwagi do mimiki twarzy i gestykulacji występujących postaci. A biorąc pod uwagę, że wiele scen ukazuje sytuacje drastyczne i szokujące, silnie oddziałuje na czytelnika. Na szczęście, ukazując sceny gwałtów i przemocy, rysownik nie przekracza granic dobrego smaku.

Całość jest spójna, a wątki prowadzone są konsekwentnie. Komiks jest mroczny, miejscami przerażający i nieprzyjemny. Motyw polityczno-kryminalny, znany z powieści, został tu odstawiony trochę na bok. Na osobach, które nie znają pierwowzoru, lektura albumu może wywrzeć spore wrażenie. I głównie im produkcję Runberga i Carrota polecam.

Sylvain Runberg (sc.), Man {właśc. Manolo Carrot} (rys.), „Millennium #2: Dziewczyna, która igrała z ogniem”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1098, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 3+, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Szósty rewolwer #2: Rozdroża

07/08/2017 § Dodaj komentarz


 Dziwny Dziki Zachód

Nim zapoznałem się z drugim albumem z cyklu Szósty rewolwer, musiałem zdjąć z półki „jedynkę” i ponownie przeczytać (klik! klik!). W końcu minęło ponad dwa lata od premiery albumu, dlatego nie dziw, że miałem dziury w pamięci. Musiałem przypomnieć sobie, kiedy i w jakich okolicznościach Drake Sinclair wszedł w posiadanie czterech z sześciu magicznych spluw, dlaczego Becky Montcrief ma swój osobisty „pistolecik”, którego nikt nie może jej odebrać, a także dlaczego Billjohn O’Henry wygląda i zachowuje się jak golem oraz kim jest i skąd się wziął Gord Cantrel.

Akcja albumu Rozdroża rozgrywa się w Nowym Orleanie, a także na bagnach znajdujących się w pobliżu miasta. Po pierwszym użyciu sześciostrzałowców między panem Sinclair a przedmiotami wywiązała się magiczna relacja, która niezwykle ciąży bohaterowi. Mężczyzna zrozumiał, że posiadanie na własność rewolwerów nie jest najlepszym pomysłem. Dlatego szuka kogoś, kto pomoże mu zerwać więź. I tak odnajduje niejakiego Henriego Fouriera – starego czarownika voodoo, który zdradza mu historię tytułowych spluw. A z okolicznych bagien wyłazi coś strasznego i nie trudno zgadnąć, czego chce…

Tempo, z jakim prowadzono fabułę „jedynki”, było iście ekspresowe, wydarzenia następowały po sobie niczym kolejne strzały z rewolweru. Pierwsza połowa bieżącej odsłony prowadzona jest dość spokojnie. Scenarzysta początkowo stara się przybliżyć tło wydarzeń, ale w drugiej połowie akcja wyraźnie przyspiesza. Scenografia, w której rozgrywają się wydarzenia – bagna Luizjany i miasto Nowy Orlean – stanowi ciekawy i atrakcyjny dodatek. Cullen Bunn wprowadza do opowieści nowe postaci, nie zapominając o tym, aby przybliżyć trójkę głównych bohaterów. Mamy okazję lepiej poznać Drake’a, Becky i Billjohna, bo w końcu spędzimy z nimi trochę czasu, gdyż, nie licząc spin-offów, cała seria liczy sobie dziewięć tomów.

Ilustracje wyszły spod ręki Briana Hurtta, który dba o realność i szczegółowość przedstawienia, choć kreska ma wyraźnie cartoonowy sznyt. Każdej z postaci nadano indywidualne rysy, więc nie ma najmniejszych problemów w rozpoznaniu bohaterów. Rysownik nie zapomina o elementach tła i drugiego planu. Całość prezentuje się nadzwyczaj dobrze, a sceny z udziałem haitańskich demonów, które rozgrywają się na mokradłach, naprawę mogą się podobać.

Szósty rewolwer to seria, która należy do gatunku Dziwny Dziki Zachód, w którym typowo westernowe elementy zostały połączone z elementami horroru oraz fantastyki. Fabuła ma iście rozrywkowy charakter, została uszyta z ciekawych elementów oraz sprawnie poprowadzona. Lektura komiksu stanowi niezłą przygodę, którą warto samodzielnie przeżyć.

Cullen Bunn (sc.), Brian Hurtt (rys.), „Szósty rewolwer #2: Rozdroża”, tłum. Maciej Drewnowski, Timof Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 5-]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Sykes

04/08/2017 § 3 Komentarze


 Sceny z życia szeryfa

Jeszcze cztery czy pięć lat temu w Polsce ukazywało się niewiele komiksów. Fani opowieści obrazkowych mogli kupować właściwie każdą kolejną produkcję. Aktualnie nie jest już to możliwe, gdyż co miesiąc na półki księgarskie trafia kilkadziesiąt nowych pozycji. Różnorakich, od superhero po tytuły dla dzieci, od alternatywy po „frankofony”. Dlatego kupujący z większym rozeznaniem i selekcją rozbudowują swoje domowe kolekcje. Osobiście stawiam na westerny – pod tym kontem rozwijam swoją biblioteczkę. Rodzimi wydawcy regularnie dostarczają kolejne albumy, które mogę odstawić na tematyczną półeczkę, gdzie stoją już: Comanche, Ringo, Blueberry, Undertaker, Lucky Luke oraz Sykes. Nad ostatnią pozycją, która ukazała się nakładem Scream Comics, chciałbym się dziś pochylić.

Album rozpoczyna się sceną rozgrywającą się w małej, żyznej dolinie. Pewien ubrany na czarno jeździec podjeżdża pod samotnie stojący dom i prosi bawiącego się w obejściu chłopca o wodę. Dochodzi do nieporozumienia. Z domu wychodzi kobieta z obrzynem w rękach. Grzecznie „sugeruje” mężczyźnie by się nie zatrzymywał i jechał dalej swoją drogą. Na szczęście udaje się uniknąć strzelaniny. Kobieta opuszcza broń, gdy mężczyzna unosi klapę kurtki i pokazuje wpiętą na piersi gwiazdę szeryfa. Przed odjazdem ostrzega panią Starret o grasującej gdzieś w pobliżu bandzie nikczemnych przestępców.

Tak przedstawia się pierwsze spotkanie chłopca Jima Starreta oraz mężczyzny imieniem Sykes, który nosi pseudonim ‘Wyrok’. Dlaczego ‘Wyrok’? Już odpowiadam, cytując scenarzystę, „(…) jak dopadnie swoją zdobycz, a zawsze ją dopada, wierz mi, sądzi, skazuje i dokonuje egzekucji za jednym zamachem”. Tak, główny bohater jest poniekąd westernową wersją Sędziego Dredda czy Ronana Oskarżyciela. Sykes jedzie do miasteczka, gdzie ma spotkać się z przyjacielem od krwawej, ale legalnej roboty. On i O’Malley mają zapolować na bandę Claytonów, która – co wcale nie dziwi – noc wcześniej napadła na farmę pani Starret. Małoletni Jim był świadkiem dantejskich, nieludzkich scen. Dlatego, mimo sprzeciwu szeryfa, bierze aktywny udział w obławie na oprychów. Tytułowy bohater ma z nimi do wyrównania swoje prywatne rachunki.

Pod względem fabularnym album jest ciekawie skonstruowany. Całość w trzech czwartych przebiega utartymi szlakami, jakimi zwykle podążają tego typu historie, rozgrywające się na Dzikim Zachodzie. Dużo ciekawiej przedstawia się końcówka komiksu, gdzie Pierre Dubois w telegraficznym skrócie ukazuje kolejne lata „pracy” pary szeryfów, aż do ponownego spotkania protagonisty z Jimem, który dorósł, okrzepł i wyrobił sobie własne zdanie o wydarzeniach rozgrywających się na pograniczu.

Za oprawę graficzną odpowiada, dotąd nie prezentowany w Polsce, francuski artysta Dimitri Armand. Rysownik stawia na realizm. Postaci ukazane są zgodnie z normami anatomicznymi i fizjonomicznymi. Na uwagę zasługuje także wysoka dynamika ruchów oraz gestów. Całość narysowana została mięsistą, tłustą kreską. Ilustracje obwiedziono mocnym, wyraźnym konturem. Twórca mniej uwagi przywiązuje do tła i drugiego planu, który zwykle ograniczony zostaje do barwnej plamy.

Lubię komiksowe westerny. Pewnie dlatego omawiany tom przypadł mi do gustu. Jestem przekonany, że osobom o podobnym „skrzywieniu” Sykes się spodoba.

Pierre Dubois (sc.), Dimitri Armand (rys.), „Sykes”, tłum. Jakub Syty, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with recenzja at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: