Man:Plus

14/05/2018 § Dodaj komentarz


Zrozumieć androida

W futurystycznej wizji André Limy Araújo w roku 2042 rządy i państwa narodowe stracą na znaczeniu. O powstaniu i rozwoju nowych miast decydować będą międzynarodowe korporacje, które w arbitralny sposób powołują je do życia i utrzymują zgodnie ze swoim zapotrzebowaniem na tanią siłę roboczą. Olissipo City, w którym rozgrywa się akcja komiksu Man:Plus, to portugalska megametropolia, która na przestrzeni jedynie dwudziestu lat przeistoczyła się z małej wioski w ogólnoświatową stolicę technologii. Stało się to za sprawą biotechnologicznej korporacji Jiquiren, która właśnie tu umieściła główną linię produkcyjną ultranowoczesnych robotów i androidów.

Punktem wyjścia dla fabuły przedstawionej w albumie jest następująca sytuacja: wadliwie działający żeński android ucieka z korporacyjnych laboratoriów. W pościg rusza uzbrojona po zęby bojowa jednostka pościgowa. Ścigający dopadają zbiega na miejskim targowisku. Dochodzi do krwawej konfrontacji, w której giną i ludzie (cywile), i roboty (bojowe). W tym miejscu do akcji wkraczają przedstawiciele policji. Państwowa instytucja nie może przecież pozwolić, aby po mieście ganiali szaleńcy z bronią i prowadzili prywatną wojenkę. Rozpoczyna się wyścig z czasem. Jeśli android zostanie odnaleziony i przejęty przez specgrupę pod wodzą pani komendant, to na jaw wyjdą nieetyczne badania korporacji Jiquiren.

Scenarzysta skupia się głównie na dynamicznie prowadzonej akcji. Niewiele dowiadujemy się o występujących bohaterach, a jest ich całkiem sporo. Fabuła oparta została na wielokrotnie przetwarzanym przez popkulturę motywie, w którym miejscu sztuczna inteligencja przestaje być „sztuczna”, a staje się samoświadomą jednostką, której życie należy chronić i uważać za święte. Araújo nie wnosi do dyskursu o duszy androidów nic nowego. Dużo ciekawiej prezentuje się oprawa graficzna Man:Plus. Skojarzenia z pracami Mœbiusa są jak najbardziej na miejscu. Portugalski rysownik, który robi karierę w Marvel Comics, posługuje się delikatną i cienką kreską. Ilustracje są przejrzyste, a kadry dobrze rozplanowane. Żadnych wielkich szaleństw, rzetelna robota. Najlepiej prezentują fragmenty przedstawiające architekturę.

W komiksie sprawnie zostało zbudowane napięcie, jednak autor nie proponuje żadnego ciekawego rozwiązania. Czytelnik oczekuje, że w pewnym momencie opadnie mu szczeka, ale piorunujący zwrot akcji nie następuje. Tezy są na wskroś odtwórcze, całości brak nowatorskiego spojrzenia na odpowiedzialność ludzi względem sztucznego humanoida obdarzonego duszą.

André Lima Araújo (sc. & rys.), „Man:Plus”, tłum. Bartosz Czartoryski, Timof Comics, Warszawa 2018.

[scenariusz: 3, rysunki: 4-, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Wbrew naturze #1: Przebudzenie

13/05/2018 § Dodaj komentarz


Pora poświntuszyć

Autorska seria Mirki Andolfo, włoskiej scenarzystki, rysowniczki i kolorystki, która pracowała m.in. przy Ms Marvel czy Vampirella: Feary Tales, to mocno erotyzująca bajka science fantasy dla starszych czytelników. Łopatologiczna pod względem przesłania, mimo to jednak bardzo udana. Całość została uroczo zilustrowana.

Witajcie w świecie zamieszkanym przez antropomorficzne zwierzęta, które osiągnęły stopień rozwoju technologicznego równy z naszym. Jednak ze względu na fakt, iż obok siebie żyją najróżniejsze rasy, które z przyczyn biologicznych nie są w stanie rozmnożyć się między sobą, wprowadzono prawo zakazujące łączenie się w pary między nimi – a także w pary tej samej płci. Jakby tego było mało, każdy, kto ukończywszy 25 rok życia nie znajdzie życiowego partnera, za prawą Programu Rozrodczego, w którym przymusowo udział biorą wszyscy, otrzyma idealnego genetycznie małżonka.

W takiej rzeczywistości żyje sympatyczna świnka Leslie. Miłośniczka sushi i muzyki, pracująca w miejscu, którego nie znosi, zmuszona do noszenia obcisłych strojów i tolerowania erotycznych zaczepek szefa. Kobieta stara się wieść spokojną egzystencję, mieszkając z najlepszą przyjaciółką i przyjaźniąc się z kryjącym się przed otoczeniem ze swoim homoseksualizmem kolegą z pracy. Jest jednak coś, co burzy jej spokój – od miesiąca nękają ją erotyczne sny, w których uprawia namiętny seks z białym wilkiem. Sny nielegalne według prawa. Ale czy same sny mogą sprowadzić kłopoty? Wydaje się, że nie, jednak Leslie pewnego dnia zauważa, że jest przez kogo obserwowana. Przyjaciel radzi, aby odkryła, co kryje się za marzeniami sennymi. Jednak świnka nie zamierza ulegać ani presji znajomych, ani świata – chce żyć po swojemu. Niestety kończy 25-lat i ledwie kilka godzin potem dostaje informację, że znaleziono dla niej partnera w ramach Programu…

Pierwszy tom serii Wbrew naturze to stosunkowo prosta historia o wolności i tolerancji, ujęta w ramy motywów doskonale znanych z opowieści sci-fi. Świat będący typową orwellowską antyutopią, bohaterowie jakby wzięci z Folwarku zwierzęcego, ale uwspółcześnionego i nie skupionego na mechanizmach władzy, tylko losie jednostki i jej prostym życiu… Co ciekawe to nie elementy fantastyczne wypadają najciekawiej, a warstwa obyczajowo-emocjonalna. Uczucia bohaterki, jej nastroje i codzienne problemy są tym, co autentycznie wciąga, nawet jeśli jej marzenia senne wyglądają, jak wyrwane z Harlequinów. Jest w tym smutek, jest spora doza humoru, jest też szczerość i prawdziwość, którą docenia się nawet jeśli to wszystko już było. Mniej przekonuje samo przesłanie, proste, oczywiste i, jak wspominałem, łopatologicznie wyłożone – na tym polu przydałoby się więcej subtelności.

Znakomicie przedstawia się szata graficzna komiksu. Jest prosta, cartoonowa, ale pełna – i to nie tylko jeśli chodzi o obfite, i jakże często ukazywane bez okrycia, kształty bohaterki – i bardzo przyjemna dla oka. Czysta kreska, znakomicie oddana mimika bohaterów, świetnie ukazane tła i niezły kolor dobrze ilustrują treść. Komiks Mirki to taka quasi disneyowska (autorka w końcu pokochała historie obrazkowe dzięki Myszce Miki – zresztą pracowała także dla The Walt Disney Company Italy) bajka dla dorosłych, bajka erotyzująca, ale nie epatująca nagością, wyważona i naprawdę ciekawa. Miłośnicy podobnych tematów będą bardzo zadowoleni.

Mirka Andolfo (sc. & rys.), „Wbrew naturze #1: Przebudzenie”, tłum. Jacek Drewnowski, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Czarny Młot #2: Wydarzenie

25/04/2018 § Dodaj komentarz


Dobre, dobre, nadal dobre

Czarny Młot to świetna seria. Po mocnym otwarciu w pierwszym tomie otrzymujemy dalszy ciąg, rzecz nie obniża lotu. Owszem, brak tu efektu zaskoczenia i świeżości (bo w końcu zostaliśmy już w konwencję wprowadzeni), ale dalej jest to świetna historia. I dla fanów komiksu, i dla nie fanów komiksu.

W „jedynce” poznaliśmy nietypową drużynę podstarzałych i zgorzkniałych herosów, którzy przymusowo zostali wysłani na emeryturę, czy też raczej na zesłanie. Siedzą na sypiącej się farmie, odwiedzają pobliskie miasteczko, ale nie zapuszczają się dalej, bo nieokreślona bariera trzyma ich w miejscu. Chwile „zwyczajnego życia” przerywa im wspominanie dawnej chwały, a kolejne plansze wypełniają wtedy kadry pełne odwołań do Złotej Ery superbohaterszczyzny, pulpy czy Lovecrafta.

Tom drugi przynosi pewną zmianę. Spokój pogodzonych z losem bohaterów przerywa nagłe pojawienie się córki tytułowego Czarnego Młota – dawnego członka drużyny. To nieodrodna córka ojca, dziennikarka z charakterem, której nie daje spokoju sytuacja, w której się znalazła, zaczyna więc drążyć temat. Oczywiście powolnym postępom fabuły towarzyszą liczne retrospekcje, pogłębiające portrety postaci i istniejące między nimi zależności.

Bieżący album to świetna pozycja dla tych, którzy dali już się złapać na haczyk – nie będzie zawodu. Jeff Lemire umiejętnie wykorzystuje naszą ciekawość, oszczędnie dozując informacje, ale też podkręcając napięcie. Przy kreowaniu tego nastroju świetnie sprawdzają się współpracujący artyści, zwłaszcza duet Rubin + Stewart, którzy w 9 zeszycie wykreowali klasyczne retro SF, ale w psychodelicznym wydaniu.

Czarny Młot to intrygujący pomysł, granie tropami z dziesiątek lat amerykańskiego komiksu, ale też wybitny popis rzemiosła. Lemire sprawnie i z wyczuciem przeplata „współczesność” z „przeszłością”, w fabułę wkomponowując co i rusz retrospekcje. Cykl potwierdza wysoką klasę pisarza, który jest zdolnym „opowiadaczem”. Scenarzysta unika słów, gra postaciami i ich wspomnieniami za pomocą komiksowych zabiegów. Graficy jako kolektyw świetnie operują kadrami, odważnie i bardzo interesująco komponują plansze. Zdarza im się nieco przekombinować, ale nawet jeśli jest tu lekki przerost formy, to zawsze jest on podporządkowany treści, nigdy nie cierpi na tym czytelność narracji.

Jeśli czytaliście Tajną genezę (klik! klik!), to po Wydarzenie sięgnijcie koniecznie. Jeśli jeszcze nie znacie Czarnego Młota – to sięgajcie po pierwszy tom, a „dwójki” będziecie szukać sami. To zabawa minionymi epokami popkultury, ale podana w jak najbardziej nowoczesny sposób.

Jeff Lemire (sc.), Dean Ormston & Dave Stewart (rys.), „Czarny Młot #2: Wydarzenie”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2018.

[autor: Przemysław Pawełek]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Centaurus #3: Szalona ziemia

10/01/2018 § Dodaj komentarz


Obcy wśród kolonistów

Kosmiczna epopeja trwa w najlepsze. Na orbicie planety Vera, gdzieś w gwiazdozbiorze Centaura gatunek ludzki walczy o przetrwanie. Niespełna 9800 kolonistów z niecierpliwością oczekuje na wyniki misji doktor Mary-Mae Randolf, która wraz z niewielkim zespołem badawczym sprawdza, czy „nowa Ziemia” nadaje się do zamieszkania. Tymczasem na pokładzie orbitującego statku-świata trwa nerwowe śledztwo, które dotyczy obecności na pokładzie jakiegoś intruza.

Fabuła, jak uprzednio, prowadzona jest dwutorowo. W „trójce” rozdzielność wątków została dodatkowo podkreślona zerwaniem łączności między forpocztą osadników, a centrum dowodzenia. Przy okazji jeden z techników odkrywa, że ktoś majstrował w układzie sterowania. Nie udaje mu się jednak złożyć pełnego raportu, ponieważ zostaje zamordowany. Co prowadzi do jednoznacznego wniosku, że obcy wciąż jest/są na statku.

Równocześnie na planecie rozgrywają się nie mniej dramatyczne wydarzenia. Vera nadal skrywa wiele nierozwikłanych tajemnic i niespodzianek. Ekipa dociera do miasta, które wygląda jak wierna kopia opactwa Mont Saint-Michel. Ktoś (nadal nie wiadomo kto) bardzo się postarał, aby odtworzyć każdy, nawet najdrobniejszy szczegół – zrekonstruowano nawet ułożenie suwenirów na półkach w sklepie z pamiątkami czy papierowe banknoty w kasie. Dodatkowo znalezione zostają pozostałości czyjegoś obozowiska… Czyżby członkowie ekspedycji nie byli tu jedynymi inteligentnymi osobnikami? Widok wywołuje zimny dreszcz, dlatego grupa nie zatrzymuje się i rusza dalej. Kolejna lokacja wygląda równie zaskakująco, ale okazuje się dużo bardziej niebezpieczna.

Pisząc o „jedynce” (klik! klik!) i „dwójce” (klik! klik!) zwracałem uwagę, że mam niejakie problemy z zaakceptowaniem i pozytywną oceną wartości graficznej. Ilustracje, które tworzy Zoran Janjetov, sprawiają wrażenie tworów sztucznych i topornych. Największe zastrzeżenia miałem (i mam) względem przedstawienia i mimiki postaci. I pod tym względem Szalona ziemia nie odbiega od uprzednich odsłon.

Marcin Kamiński recenzując album Ziemia obiecana dowodził, że cykl mógłby z powodzeniem być spin-offem opowieści Leo osadzonych w uniwersum Aldebarana: „Oba tytuły są realistycznymi historiami sci-fi opowiadającymi o eksploracji nowych, nieznanych planet. Przygodowa fabuła jest w nich równie ważna jak wiarygodne i zaskakujące przedstawienie fantastycznych flory i fauny(…)”. Centaurus to seria, w której główny nacisk położony został na intrygującą zagadkę. Rzecz fabularnie zaciekawia. Scenarzyści, podstawiając czytelnikowi kolejne tajemnice, sprawnie budują napięcie. Znamienne i intrygujące, bo w zamian nie podają zbyt wielu rozwiązań. Czytający ma pole do popisu dla własnej wyobraźni. Co prawda zakończenie bieżącego tomu rzuca nikłe światło na to, czego do tej pory się dowiedzieliśmy i w jakim kierunku zmierzać będzie dalsza opowieść. Ciekawe, czy przypuszczenia się sprawdzą…

Leo {właśc. Luiz Eduardo de Oliveira} & Rodolphe {właśc. Rodolphe D. Jacquette} (sc.), Zoran Janjetov (rys.), „Centaurus #3: Szalona ziemia”, tłum. Wojciech Birek, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 2+, kolory/cienie: 3]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Storm #5: Uśpiona śmierć | Piraci z Pandarwii

07/12/2017 § Dodaj komentarz


Stare się kończy, nowe zaczyna

Piąty zbiorczy tom serii Storm, który zawiera albumy Uśpiona śmierć oraz Piraci z Pandarwii, jest z kilku powodów rzeczą przełomową. Po pierwsze etatowy rysownik Don Lawrence pierwszy i ostatni raz próbuje swoich sił jako autor fabuły. Po drugie na fotel głównego i stałego scenarzysty powraca Martin Lodewijk, czyli współpomysłodawca całej serii i autor skryptu drugiej odsłony. Po trzecie albumem Uśpiona… kończy się cykl Kroniki świata na dnie, a Piratami… rozpoczyna się nowy rozdział epopei, który nosi podtytuł Kroniki Pandarwii. Z konkretnymi i szczegółowymi informacjami o autorach, redaktorach i meandrach wydawniczych możemy zapoznać się czytając kolejny odcinek Nieodkrytego Storma.

Akcja odcinka Uśpiona śmierć rozgrywa się w dusznej i wiecznie zielonej puszczy, przez którą przedzierają się Storm i Rudowłosa. Nie są jednak sami, obserwuje ich grupa wojowniczych Indian. Dziewczyna zostaje postrzelona zatrutą strzałką i nagle traci przytomność. Mężczyzna bez większych problemów obezwładnia napastników i zmusza, aby poprowadzili do wodza. Satrapa posiada cudowne antidotum, jednak nie chce się nim dzielić, chyba że Storm… I w tym miejscu rozpoczyna się kolejna przygoda protagonisty, który tym razem przyczyni się do zjednoczenia dwóch zwaśnionych plemion. Narracja prowadzona jest poprzez dwie linie fabularne. W drugiej Rudowłosa daje „małą” próbkę swego silnego i niezależnego charakteru. Oj, biedny syn Yucana, który umyślił sobie małżeństwo z dziewczyną.

Natomiast fabuła Piratów… rozgrywa się z dala od Ziemi. Storm i Rudowłosa zostają porwani przez strumień czerwonego światła i przeniesieni na drugi kraniec galaktyki, gdzieś w okolice planety Pandarwia. Tymczasem nie wiemy, dlaczego władca planety – teokrata Marduk – wydał zlecenie porwania Stroma. Mężczyzna w swoich wypowiedziach nazywa go „anomalią”. Eksperyment uprowadzenia prawie się udał. W wyniku spadku mocy promień porzucił naszych bohaterów przed osiągnięciem celu. Przeciwności losu powodują, że para się rozdziela: Storm zostaje uratowany przez wielorybnika, a Rudowłosa trafia w łapy władającego planetą despoty.

Don Lawrence kolejny raz dowodzi wysokiego kunsztu artystycznego. Dlatego ciężko w tym aspekcie napisać coś nowego. W końcu regularnie chwalę. Nie inaczej musiałbym postąpić w wypadku „piątki”: urzeka bogactwo detali, kreacja świata przedstawionego oraz dziwaczny stworzeń. Moje ulubione plansze przedstawiają przestrzeń powietrzną nad Vertiga Bas (strony 84 i 85): korsarskie statki rodem z XV wieku, które miast pływać, unoszą się swobodnie w powietrzu.

Za sprawą Piratów z Pandarwii omawiana odsłona jest znacząca. Grubą kreską zostaje odcięte to wszystko, co było. Serial poniekąd rozpoczyna się na nowo. Zmiana lokacji to dobre posunięcie, daje pisarzowi pełną swobodę w kreowaniu kolejnych przygód Storma i Rudowłosej. Dobrze wróży wprowadzenie nowych postaci, które chyba zostaną na dłużej. Zresztą, przekonamy się o tym już za tydzień, gdy do sprzedaży trafi „szóstka”, która zawiera: Labirynt śmierci oraz Siedmiu z Aromatery (klik! klik!).

Don Lawrence & Martin Lodewijk (sc.), Don Lawrence (rys.), „Storm #5: Uśpiona śmierć | Piraci z Pandarwii”, tłum. Krzysztof Janicz, Wydawnictwo Kurc, Koluszki 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5-, kolory/cienie: 5]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Jezioro ognia

02/12/2017 § Dodaj komentarz


 Krucjata katarska i obcy

Ludzie kontra kosmici. Tak, to już było. Gatunek sci-fi ukazywał podobne konflikty niezliczoną ilość razy i to w najróżniejszych konfiguracjach. Byli kowboje walczący z obcymi, a teraz nadszedł czasy, aby z przybyszami z innej planety zmierzyli się… średniowieczni krzyżowcy. Jakkolwiek dziwnie to brzmi: Jezioro ognia to solidny survival horror s-f, który osadzony został w trzynastowiecznych realiach.

Jest rok 1220. W Pirenejach we Francji pewnego pasterza budzi poruszenie w jego stadzie owiec. Kiedy wychodzi z chaty staje się świadkiem katastrofy olbrzymiego statku kosmicznego. Mimo strachu udaje się na miejsce wypadku, jednak spotkanie z tym, co wydostaje się z wraku, nie kończy się dla niego dobrze.

Tymczasem dwaj krzyżowcy – Theobald Drugi z Szampanii oraz Hugh z Blois – przybywają w okolice oblężonego miasta Castelnaudary, żeby wspomóc walczących z heretykami (albigensami). Niestety ich obecność w tym miejscu jest bardziej kłopotliwa niż pomocna, dlatego też lord Montfort decyduje się pozbyć problemu i wysyła ich na „misję” do wioski Montaillou. Oficjalnie mają zwalczyć tamtejsze ognisko herezji. W rzeczywistości jednak wybrał pierwsze lepsze miejsce na mapie, leżące dość daleko, aby podróż w obie strony potrwała tyle, ile okres ich służby.

Do kierowania drużyną wybiera wiecznie pijanego, ale doświadczonego rycerza Raymonda, a jej szeregi zasila także dominikański inkwizytor, wszędzie widzący heretyków. Wyprawa mająca być spokojną przejażdżka, szybko przemienia się w walkę o przetrwanie. Krzyżowcy na miejscu przekonują się, że wioska jest opuszczana, a ci z jej mieszkańców, którzy przetrwali, schronili się w tutejszej twierdzy. Co się właściwie stało? Ocaleli twierdzą, że zaatakowały ich demony. Rycerze już wkrótce stają oko w oko z morderczymi bestiami. Zaczyna się nierówna walka z najeźdźcami z kosmosu.

O tym komiksie można powiedzieć, że fabuła przedstawiona została pół żartem, pół serio. Realia historyczne potraktowane są z pewną umownością, nie ma tu archaicznej mowy, rzeczywiste wydarzenia są bardziej zarysowane, niż ukazane, ale zarazem nie brak w tym prawdziwości. Jednak przede wszystkim jest to opowieść grozy o walce z obcymi. Krwiożercze, owadopodobne stworzenia mordują ludzi, którzy starają się przeżyć – schemat znany od dekad – zyskuje tutaj inną niż zazwyczaj oprawę, ale sprawdza się równie dobrze, co zawsze. Zapytacie co może być w tym ciekawego? Jednak komiks Jezioro ognia wart jest przeczytania. Dlaczego?

Przede wszystkim to po prostu dobra historia. Nie oryginalna, ale dobrze poprowadzona, dynamiczna i klimatyczna. Czyta się szybko i przyjemnie, bohaterowie też nakreśleni zostali całkiem nieźle, a całość zyskała dobrą oprawę graficzną. Rysunki Matta Smitha przypominają skrzyżowanie prac innego artysty o tym nazwisku, Jeffa Smitha (tak, tego od Gnata) – szczególnie jeśli chodzi o twarze bohaterów – z Mike’iem Mignolą, ojcem Hellboya. Ogląda się to sympatycznie, czyta też z przyjemnością. Niezła, lekka zabawa w stylu kinowych blockbusterów gwarantowana.

Nathan Fairbairn (sc.), Matt Smith (rys.), „Jezioro ognia”, tłum. Adam Olesiejuk, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[autor: Michał Lipka]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Chrononauci. Tom 1

23/11/2017 § Dodaj komentarz


 Mały krok, a wielki skok

Pochodzący ze Szkocji scenarzysta Mark Millar jest klasą sam dla siebie. Wystarczy wymienić kultowe pozycje, które weszły do klasyki „opowieści obrazkowych”: Kick-Ass, Wojna domowa, The Authority czy Jupiter’s Legacy. Z albumem Chrononauci, wydanym przez Non Stop Comics, sprawa przedstawia się zdeczko inaczej, a dokładnie: gorzej.

Akcja komiksu rozpoczyna się w komnacie grobowej w piramidzie Majów, gdzie archeolodzy znajdują współczesne amerykańskie myśliwce, czołgi i samochody. Odkryte artefakty mają stanowić dowód na to, że podróże w czasie są możliwe. Tylko nie wynaleziono jeszcze właściwej technologii, ale doktorzy Corbin Quinn i Danny Reilly są bliscy dokonania przełomowego odkrycia. Najpierw wysyłają w przeszłość satelitę, który może on-line przekazywać obrazy z przeszłości do współczesności. W końcu przychodzi dzień, w którym genialni naukowcy wykonują „mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”.

Niestety nie wszystko idzie zgodnie z planem. Panowie się rozdzielają, Quinn wyrusza pierwszy, a Reilly podąża za nim dopiero po pewnym czasie. Niby tylko chwila różnicy, ale jakże brzemienna w skutki. Quinn wykorzystuje sposobność, aby rozpocząć nowe, wygodne i rozrywkowe życie. Namawia przyjaciela, aby się do niego przyłączył. Panowie, skacząc między epokami, urządzają sobie wielką i nieustającą imprezę. Sensu tej w opowieści jest niewiele, ale faktycznie sporo się dzieje. Kolejne epizody następują po sobie jak szalone.

Fabuła, mimo że dotyka tematu podróży w czasie, nie jest ani skomplikowana, ani złożona. Millar napisał miałki scenariusz. Wielka szkoda, bo do piachu idzie świetna robota rysownika Seana Gordona Murphy’ego oraz kolorysty Matta Hollingswortha. Murphy’ego można kojarzyć choćby z komiksu Przebudzenie wg scenariusza Scotta Snydera. Rysownik posługuje się ostrą kreską o cienkim konturze, co nadaje ilustracjom pewnej drapieżności. Technika dobrze się sprawdza w wypadku przedstawienia postaci. Szczególnie atrakcyjnie wyglądają całostronicowe plansze przedstawiające militarne machiny, które odrysowano z dbałością o każdy szczegóły. Dynamika scen walki także stoi na właściwym poziomie.

Chrononauci to lekka, sensacyjna komedia bez przesłania – tylko rozrywka. Po lekturze komiksu w pamięci pozostają jedynie graficzne fikołki Murphy’ego. Jednak świetna oprawa graficzna, to mimo wszystko za mało, aby całość oceniać pozytywnie. Tym bardziej, że od Marka Millara wypada spodziewać się produkcji minimum dobrej.

Mark Millar (sc.), Sean Gordon Murphy (rys.), „Chrononauci. Tom 1”, tłum. Kamil Śmiałkowski, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[scenariusz: 3, rysunki: 5, kolory/cienie: 5+]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with science-fiction at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: