Torpedo 1972

16/01/2018 § Dodaj komentarz


Luca Torelli to Torpedo

Torpedo to nowojorski gangster o sycylijskich korzeniach. Drań bez skrupułów, czepiący z życia pełnymi garściami, a gdy życie nie chce mu po dobroci dać tego, co pragnie – wtedy on wydziera to siłą. Pięciotomowa seria od Taurus Media przedstawiała losy bohatera w scenografii retro, tak dobrze znanej z retrospekcji z Ojca Chrzestnego II. Nasz Torpedo to postać dokładnie z drugiego czy trzeciego planu filmów Coppoli. Cykl przedstawiał proste gangsterskie opowiastki, operując przy tym znakomitą kreską i świetnym wykorzystaniem kontrastów, jakie oferują czerń i biel. Lubię bardzo. Dlatego polecam nowe zbiorcze wydanie od Non Stop Comics: Torpedo 1936, bo to świetna rzecz, grubaśny integral wart jest wyłożonych na niego pieniędzy.

Nieco inaczej przedstawia się sprawa z wydanym także przez NSC albumem Torpedo 1972. To stworzona kilkanaście lat później krótka opowieść o tytułowym cynglu w wieku emerytalnym. Dalej nie ma skrupułów, dalej brutalnie i przedmiotowo traktuje kobiety. Niestety – albo jego życie nie jest już ani trochę ciekawe, albo podano w tym komiksie jakiś naprawdę mało poruszający wycinek. Jest Torpedo i jego pomagier, ambitny reporter i jego narzeczona fotografka, jest też trzech braci, gangsterów chcących pomścić śmierć ojca. Więcej napisać nie mogę, bo jeszcze zdanie lub dwa, a streszczę całą opowieść, która liczy sobie jedynie 50 stron.

Plusy? Dostajemy przedmowę i galerię szkiców, co ma o tyle istotne znaczenie, że album narysował ogromnie u nas ceniony Eduardo Risso. Zawsze miło zobaczyć coś, co powstało pod jego ręką. Szkoda, że scenarzysta Enrique Sanchez Abuli nie wymyślił mu zbytnich wyzwań, przy których mógłby się wyszaleć. Są więc gadające głowy, kobieta w wersji dość ponętnej, fachowe granie czernią, przyzwoite kolory, ale to wszystko konesera Risso nie powali. Rysunkowo oczywiście artysta trzyma poziom, ale zapamiętam z tego albumu tylko pocztówkowe obrazki Nowego Jorku i przerysowane sceny otwierające Ojca chrzestnego.

Torpedo 1972 to album dla tych największych fanów Risso i serii. Pozostałych czytelników raczej zawiedzie. Premiera sequela jest świetną okazją, abym jeszcze raz gorąco polecił oryginał. Sięgnijcie po Torpedo 1936. Bohatera niekoniecznie polubicie, choć komiks o nim, właśnie ten starszy, to bardzo dobra rzecz.

Enrique Sánchez Abulí (sc.), Eduardo Risso (rys.), „Torpedo 1972”, tłum. Jakub Jankowski, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Reklamy

Punisher Max. Tom 3

11/01/2018 § Dodaj komentarz


 Punisher: seks i przemoc

Pierwszy komiks z Punisherem przeczytałem, kiedy miałem osiem czy dziewięć lat. Nie pamiętam o czym był, ale jedna rzecz została mi w pamięci na zawsze: scena, w której Frank Castle walczył z rekinem. Dlatego też niniejszy tom obudził we mnie sentymentalne uczucia – tu także Mściciel znajduje się w podobnej sytuacji. Trzecia część cyklu Punihser Max pisanego przez Ennisa, to kawał rewelacyjnego komiksu. Pełnego seksu, przemocy, okrucieństwa i brudu, ale też i emocji oraz akcji. Całość podana wprawdzie w wulgarny, ale znakomity sposób.

Co tym razem czeka na Franka? W trakcie rutynowego polowania na przestępców, Mściciel staje się świadkiem walki pewnej kobiety z napastnikami. Oczywiście wkracza do akcji, ratuje, wykańcza wrogów i jednocześnie angażuje się w sprawę, z jaką nie miał zbyt wiele do czynienia w swojej karierze. Punisher słynnie w końcu z walki z mafią, handlarzami narkotyków etc., teraz przyjdzie mu jednak stawić czoła handlarzom ludzi pochodzącym ze Wschodniej Europy, którzy do łatwych przeciwników nie należą. Weterani czystek etnicznych, gotowi są na prawdziwą wojnę byle pilnować swoich interesów, a na dodatek nie istnieje chyba zbrodnia, której by się nie dopuścili. Jakby tego było mało, w sprawę angażuje się także policja…

W Barakudzie, czyli w drugiej opowieści, Frank zajmuje się tropieniem handlarzy narkotyków. Media i policja interesują się nim bardziej, niż dotychczas. Wszystko to sprawia, że nasz mściciel trafia do Miami, gdzie przyjdzie mu rozliczyć się z pewną korporacją i stawić czoła Barakudzie, kolejnemu choremu szaleńcowi, z jakim zetknął go los.

Martwe dzieci, zmuszone do prostytucji kobiety, rozczłonkowane ciała, płonący żywcem ludzie, ofiary pożerane przez rekiny… Garth Ennis, twórca Kaznodziei (klik! klik!), nie zwalnia tempa, a pisane przez niego opowieści cały czas utrzymują wysoki poziom. Całość jest brutalna, przepełniona chorą przemocą i ostrym seksem, ale jednocześnie wciąga, emocjonuje i potrafi zachwycić. Zresztą drastyczność także należy do zalet cyklu – ekstremalne wrażenia mają w końcu swoją wartość. Ennis często przekracza wprawdzie granice absurdu, ale robi to z takim wdziękiem, że możemy przymknąć na to oko.

Znakomicie wypadają też szata graficzna i wydanie. Pierwsza, choć za poszczególne historie odpowiadają różni artyści, zawsze jest brudna, krwawa, mroczna i mocno skupiona na makabrycznych detalach. I zawsze jest też udana, bo rysownicy wybrani do przeniesienia na papier wizji Ennisa są znakomici w swoim fachu. Co się zaś tyczy wydania, mamy tu papier kredowy, twardą oprawę, bardzo dobrą jakość całości i całkiem sporą galerię szkiców.

Jeśli szukacie mocnego komiksowego dreszczowca dla dorosłych, to Punisher Max będzie strzałem w dziesiątkę. Nie jest to oczywiście seria dla wszystkich, ale miłośnicy brutalnych sensacji w stylu filmów Tarantino czy Rodrigueza będą zachwyceni. Tytuł wart polecenia, jak rzadko który od Marvela.

Garth Ennis (sc.), Leandro Fernández & Goran Parlov (rys.), „Punisher Max. Tom 3”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1258, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Zabij albo zgiń. Tom 1

08/01/2018 § Dodaj komentarz


 Mściciel Jungiem podszyty

Młody chłopak ociera się o śmierć. Życie nie układa mu się tak, jak by sobie tego życzył, dlatego postanawia się zabić. Dziwnym zrządzeniem losu przeżywa. Cud! W nocy objawia mu się tajemniczy demon, który w zamian za ratunek domaga się daniny krwi. Chłopak ma zabijać raz jakiś czas kolejne osoby, które przez swoje złe uczynki nie zasługują na życie. Staje się krwawym mścicielem, zamaskowanym bohaterem, który działa w tajemnicy przed wszystkimi. Seria Zabij albo zgiń nie jest jednak kolejną opowieścią superbohaterską. To chłodny i podszyty psychologią współczesny realizm.

Brubaker w pierwszoosobowym strumieniu świadomości głównego bohatera odwołuje się do psychoanalizy Junga. Trop ten można wyłapać niemal od samego początku. Jungowskie archetypy to psychologiczne wzorce, czy też elementy ludzkiej osobowości, często działające na poziomie podświadomym. Demon objawiający się naszemu bohaterowi wygląda w końcu niczym cień, a jungowski Cień odpowiadał za to, co przez nas wyparte, za zachowania społecznie nieakceptowane. Otarcie się o śmierć wywala (i wyzwala) chłopaka poza nawias społeczeństwa, jest wolny od norm i konwenansów. Mimo wszystko widzi w swoim działaniu wyższy cel, który podpowiada terroryzujący go demon.

W ten sposób Brubaker – posiłkując się takimi historiami jak z filmów Życzenie śmierci czy Taksówkarz – stworzył kolejny obraz o obrońcy polującym na bandziorów, tylko że podparty teoriami stojącymi u podstaw psychoanalizy. Oczywiście możecie stwierdzić, że moja teoria z Jungiem jest nieco naciągana, ale w takim razie czy ta osłonięta czerwienią twarz z okładki tylko mnie kojarzy się z klasycznym Cieniem, którego wydała u nas Planeta Komiksów (klik! klik!), a którego też sporo łączyło z rzeczonym archetypem?

Brubaker to marka i gwarancja poziomu, poniżej którego ten scenarzysta po prostu nie schodzi (nie licząc naprawdę okazjonalnych wypadków przy pracy). Nowa seria nie zawodzi, zwłaszcza że scenarzysta ma dopracowaną współpracę z Seanem Phillipsem, z którym razem stworzył choćby serię Fatale (klik! klik!). Zabij albo zgiń to intrygujący wstęp w dłuższą historię, bo nasz bohater dopiero zaczął przelewać krew łotrów, a jego zamaskowane dokonania przeplatają się z problemami osobistymi. Jednak w „jedynce” brakuje w jego losach czegoś, co by mnie mocniej chwyciło za serce (czy coś innego). Z drugiej strony to dopiero początek i dopiero zobaczymy, jak potoczy się jego kariera mściciela oraz co wyniknie z beznadziejnego trójkąta emocjonalnego, w który nasz bohater się wpakował.

Nie mówię: „Przeczytajcie koniecznie”, ale warto mieć na uwadze, zwłaszcza jeśli ma się do Brubakera zaufanie. Niby mnie nie chwyciło, ale ciekawi mnie, co przyniesie tom drugi.

Ed Brubaker (sc.), Sean Phillips (rys.), „Zabij albo zgiń. Tom 1”, tłum. Paulina Braiter, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Daredevil. Nieustraszony. Tom 2

04/01/2018 § Dodaj komentarz


 Matt Murdock przyciśnięty do ściany

Tak, to jest równie dobre jak pierwszy tom. Trzeba. O pierwszym tomie pisałem na stronie. Chwaliłem (klik! klik!). Oto dobrze znany Daredevil. W cywilu ślepy prawnik, który nocą walczy z przestępcami na ulicach, a za dnia walczy o poszanowanie prawa na sali sądowej. Tak to u niego działało przez minione dekady. Tylko że status quo zostało naruszone – ktoś podał opinii publicznej osobiste personalia śmiałka w czerwieni. Zaczyna się okres narastającego chaosu.

Tom drugi to kontynuacja i rozwinięcie tego motywu. W pewnym momencie bohater przestaje próbować kontrolować chaos, czy też z nim walczyć, a zamiast tego poddaje mu się i pozwala poprowadzić, stając się jedną z niszczących sił. Daredevil ma nadzieje, że uda mu się jednocześnie niszczyć i tworzyć, ale to wcale nie jest takie proste.

„Dwójka” to kolejna cegła napakowana po brzegi świetnym operowaniem możliwościami medium, jaki jest komiks. Kreując przygody herosa Bendis był u szczytu swoich możliwości, napisał świetne, żywe dialogi, pulsujące i napakowane emocjami i wiarygodnością (tu propsy dla ‘Szpaka’, tłumacza, który tego nie pogrąża). Równie dobrze operował kadrowaniem, upływem czasu w kadrach i poza nimi, które równie dobrze ze scenariusza na papier przelewał w swój brudny i pełen zadziorów sposób Maleev. Po prostu świetna robota, górny poziom, do którego mainstream zwykle nie sięga. Praktycznie powała.

Po bieżący tom warto jednak sięgnąć nie tylko dlatego, że jest napisany i narysowany równie dobrze, co pierwszy. To nie więcej tego samego dobra. To jest coraz więcej dobra. Matt Murdock zawsze był postacią borderline’ową, zawieszoną między swoimi dwoma obliczami, z których każde jest drugą stroną tej samej monety. Bendis przyciska go tu do ściany, zmusza do poddania się jednemu z jego wizerunków bądź zlania ich w jedność. W końcu prowadzi do jednej z najmocniejszych i najważniejszych konfrontacji w świecie Marvela, która tu faktycznie przynajmniej na jakiś czas ma swoje poważne konsekwencje.

Czytajcie Daredevila, bo czyta się go jednym tchem, to serial, gdzie trudno poprzestać na jednym zeszycie/odcinku, od razu się sięga po kolejny. Telewizyjne serie Netflixa nie potrafią tak trzymać tempa i napięcia, a ten komiks i owszem. Gdybym miał coś polecić komiksowemu ignorantowi, co dotąd tylko kino i seriale, to właśnie byłby to ten tytuł.

Czytajcie Daredevila, bo to jedna z najlepszych minionego roku!

Brian Michael Bendis (sc.), Alex Maleev & Michael Golden & Greg Horn & P. Craig Russell & Jae Lee & David Finch & inni (rys.), „Daredevil. Nieustraszony. Tom 2”, tłum. Marceli Szpak {pseud.}, Klub Świata Komiksu – album 1257, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Head Lopper #1: Wyspa albo plaga bestii

02/01/2018 § Dodaj komentarz


Co dwie głowy, to nie jedna

Head Lopper zadebiutował jako autorska, niszowa seria wydana własnym sumptem przez Andrew MacLeana. Po dwóch zeszytach tytuł został przejęty przez Image Comics. Co przesądziło o jego sukcesie? Raczej nie odkrywczość, bo historia Norgala Dekapitatora to dość typowe fantasy w lekko skandynawskich klimatach. Jeśli już to udana fabuła. Nieco zakręcona, bardzo dobrze poprowadzona, która spodoba się miłośnikom gatunku.

Do brzegów wyspy Barra przybija syn Minotaura, egzekutor, dekapitator – Norgal. Wielki wojownik i posiadacz odciętej, ale gadatliwej (i zrzędliwej!) głowy Agathy Błękitnej Wiedźmy. Przypłyną, aby na zlecenie tutejszych duchownych zająć się (tj. zgładzić) wielkim wężem morskim od lat gnębiącym mieszkańców Castlebay. Jak się można spodziewać, z zadania wywiązuje się doskonale, potwór pada martwy. Niemniej duchowni, powołując się na własne ubóstwo, nie chcą zapłacić należnej kwoty. Norgal nie zamierza jednak czekać aż zmienią zdanie i sam bierze to, co jego. Zbulwersowany opat udaje się więc na skargę do władcy, żądając żeby rozkazano zabić dekapitatora.

Sława Norgala roznosi się po okolicy. Czarownik z Czarnego Bagniska chce dostać w swoje ręce głowę Agathy, ponieważ jej moc pozwoliłaby mu wreszcie wyzwolić się z więzienia w jakim się znalazł. Wie jednak, że nikt nie pokona rosłego wojownika, dlatego decyduje się podstępem zwabić go do siebie. Jak? Każąc namiestnikowi wynająć Norgala do zabicia… jego samego. Czy w wyjściu z tej sytuacji pomoże naszemu herosowi Wiedźma? W końcu co dwie głowy, to nie jedna!

To, co w Head Lopperze rzuca się w oczy już na samym początku to oczywiście szata graficzna. Bardzo specyficzna, taka, która nie każdego kupi. Kreska jest tu prosta, podobnie jak kolorystyka, pod wieloma względami całość przypomina komiksy Davida B., skrzyżowane z dziełami ojca Hellboya Mike’a Mignoli, z tym że jest bardziej cartoonowa i nieskomplikowana. Mimo to ma swój urok, choć podobnych ilustracji każdy miłośnik opowieści graficznych widział już wiele i najczęściej lepiej wykonanych.

Przede wszystkim jednak komiks ma w sobie to „coś”. Coś, co przyciąga, a potem wciąga w historię, którą opowiada. Całość intryguje. Chociaż fabuła nie jest szczególnie nowatorska, MacLean poprowadził ją tak znakomicie, że nie sposób tego nie docenić. Jest konkretna akcja, dużo walk, spora doza humoru, jeszcze więcej krwi i intryg (na nich zresztą opiera się całość), ale w tym wszystkim nie zabrakło także skandynawskiego klimatu, który może kojarzyć się z filmem Michael Kohlhaas. Zabawa z Head Lopperem jest więc zadziwiająco dobra!

Andrew MacLean (sc. & rys.), „Head Lopper #1: Wyspa albo plaga bestii”, tłum. Jacek Drewnowski, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Daredevil. Nieustraszony. Tom 1

01/01/2018 § Dodaj komentarz


  Człowiek, który nie zna strachu

Warto było czekać na ten komiks! Kiedy w roku 1998 zrestartowano serię Daredevil, przenosząc tytuł pod szyld Marvel Knights, który dawał autorom większą swobodę i szansę snucia opowieści przeznaczonych dla starszego i bardziej ambitnego czytelnika. Wtedy właśnie Daredevil z miejsca zdobył dużą popularność i uznanie. Zaczęło się do znakomitego Diabła stróża Kevina Smitha. Potem kilka zeszytów przygotował David Mack, a wreszcie do ekipy dołączył Brian Michael Bendis, który wkrótce na dobre przejął pisanie scenariuszy do przygód niewidomego herosa. To właśnie on sprawił, że komiksy o Dardevilu zagościły na szczycie, gdyż napisał opowieści, jakich czytelnicy nie mieli okazji czytać od czasów, kiedy serię prowadził reformator, a zarazem legenda komiksu, Frank Miller.

Daredevil i Kingpin. Daredevil i Spider-Man. Daredevil i kobiety. Matt Murdock był dzieckiem, kiedy w wypadku stracił wzrok. Wydarzenie to wyostrzało jednak pozostałe jego zmysły, pozwalając mu zastąpić nimi oczy, a kolejne tragedie wskazały chłopcy ścieżkę, jaką miał podążać: walkę ze zbrodnią. Matt ostatecznie został prawnikiem, jednak jednocześnie wiódł drugi, nocny żywot, jako zamaskowany mściciel zwalczający przestępczość. Teraz jego największy wróg, szef przestępczego świata Kingpin, staje przed sądem. Proces stulecia, jak wszyscy o nim mówią, ma relacjonować Ben Urich, dziennikarz znający prawdziwą tożsamość herosa. Wpada jednak na inną sprawę, którą chciałby się zająć. Zaginął bowiem drobny przestępca Żabiskoczek. Policja nie chce się tym zająć, a jedynymi osobami, które martwią się o zaginionego są jego żona i syn. Co ciekawe, chłopiec widział coś, co wprawiło go w stan katatonii. Coś ściśle zawiązanego z Daredevilem. Co? Tego Ben chce się dowiedzieć, ale nikt, włącznie z jego szefem, nie jest zainteresowany drobnym złodziejaszkiem.

Co tu dużo mówić, ten Daredevil jest rewelacyjny! Wiedziałem, że będzie to dobry komiks, Bendis zwykle nie zawodzi, ale nie sądziłem, że aż tak. Nawet kiedy zobaczyłem jak wiele opowieści z tego tomu znajduje się na marveloswkiej liście 50 najlepszych komiksów ze Śmiałkiem. A jednak to co znajdziecie w tym tomie po prostu zachwyca. Czym? Bendis, niczym przed laty Frank Miller, oferuje nam mroczne i dojrzałe spojrzenie na bohatera, jednocześnie wrzucając go w wir wydarzeń, które wywracają całe jego życie do góry nogami. Daredevil z każdym kolejnym zeszytem jest coraz bardziej doświadczany przez scenarzystę. Łamany, sponiewierany, niszczony… Czy się pozbiera? Seria dopiero się rozkręca, więc na odpowiedzi będziemy musieli zaczekać, ale warto będzie poznać na to, co pisarz trzyma w zanadrzu dla Murdocka.

Oczywiście nie samą fabułą żyje komiks. Na szczęście szata graficzna Daredevila jest równie znakomita, co treść. Zaczyna się od czteroczęściowej opowieści narysowanej przez Davida Macka, która wygląda jak połączenie prac Bila Sienkiewicza z onirycznymi ilustracjami Dave’a McKeana. Ręcznie malowane, jakby wyrwane ze snu tła, kolory kładzione często na ołówkowy szkic, łączą się tu z grafikami najczęściej hiperrealistycznymi, ale też i prostymi, niemalże cartoonowymi. Te pierwsze zresztą oparte są na zdjęciach, taka jest w końcu technika Macka, który do tego łączy swoje rysunki z kolażem najróżniejszych wycinków i wzorów. Znajdziecie tu nawet Petera Parkera o wyglądzie… Leonarda DiCaprio. Do tego artysta serwuje nam też prace utrzymane w stylistyce Joego Quesady, a to on przecież ilustrował wspomnianego już Diabła stróża. Większość albumu – z pomocą Gutierreza – narysował jednak operujący brudną, chropowatą i mroczną kreską Alex Maleeve, całość natomiast wieńczy zeszyt w wykonaniu Terry’ego i Rachel Dodsonów.

„Jedynka” to opasłe tomiszcze (blisko 500 stron i w twardej oprawie), które uzupełnione zostało o niemalże czterdzieści stron dodatków, wśród których znajdziecie kompletny scenariusz do otwierającego album zeszytu, solidną porcję szkiców, posłowie, trochę komentarzy Bendisa, etc. Chciałoby się więcej takich nowości. Lubicie Daredevila? Ten album to dla Was absolutne musisz-to-mieć. Cenicie dobre superhero? Też będziecie zadowoleni, bo Nieustraszony to jeden z najlepszych komiksów, jakie ma do zaoferowania cykl Marvel Classic. Lubicie opowieści o charakterze obyczajowym? Sięgnijcie, bo Matt Murdock to człowiek z problemami.

Brian Michael Bendis (sc.), David Mack & Alex Maleev & Manuel Gutierrez & Terry Dodson & Rachel Dodson (rys.), „Daredevil. Nieustraszony. Tom 1”, tłum. Marceli Szpak {pseud.}, Klub Świata Komiksu – album 1217, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Uncanny X-Men #4: Kontra S.H.I.E.L.D.

13/12/2017 § Dodaj komentarz


X-Men kontra S.H.I.E.L.D.

Kiedy zacząłem czytać All-New X-Men i seria przypadała mi do gustu, nie sądziłem, że sięgnę po drugi tytuł z mutantami – Uncanny X-Men. Nie chciałem angażować się w zbyt wiele opowieści, wystarczyło mi to, co miałem, skoro było dobre, ale ostatecznie sięgnąłem także i po analogiczny cykl. Skoro pisał go ten sam scenarzysta, znakomity Brian Michael Bendis, czy mogłem postąpić inaczej? I dobrze, że tak się stało, bo oba tytuły szybko zaczęły przenikać się wzajemnie, a teraz już na całego kontynuują swoje wątki. Jednocześnie bieżący tom łączy się wydarzeniem zwanym Grzech pierworodny (klik! klik!), wywołując kolejną rewolucję w hermetycznym świecie gatunku obdarzonego niezwykłymi mocami.

Dyrektor S.H.I.E.L.D., Maria Hill, zjawia się w Atlancie w domu Hijacka. Chociaż doskonale wie, że aktualne wydarzenia są wynikiem manipulacji Scotta. Zamierza poznać lokalizację kryjówki X-Men. Tymczasem Scott wykrywa Cerebro trop nowego, niezwykle potężnego mutanta. Wraz ze swoimi ludźmi i uczniami wyrusza na miejsce, ale niestety nic nie idzie tak, jak to sobie zaplanował. U celu znów czekają na nich sentinele, a jakby tego było mało, tym razem potrafią blokować ich moce. Mutanci cudem uchodzą z życiem, ale kropla przelewa czarę goryczy. Cyclops decyduje się raz na zawsze załatwić sprawę. Jeśli za atakami stoi S.H.I.E.L.D., zacznie z nimi wojnę – tak samo, jeśli okaże się, że choć wiedzą o całej sprawie, nic nie robią. Jak sytuacja wpłynie na X-Menów? Kto i dlaczego wysyła sentinele? I czy fakt, że Mystique wcieliła się w Dazzler i zajęła jej miejsce może cokolwiek zmienić?

Tymczasem dochodzi do wydarzeń znanych jako Grzech Pierworodny. Gdy za sprawą oka Watchera wychodzą na jaw długo skrywane sekrety, odnaleziony zostaje testament Charlesa Xaviera, a to co w sobie zawiera może wywrócić życie X-Men o sto osiemdziesiąt stopni. Czym to wszystko się skończy?

Bendis trzyma formę. Scenarzysta obu serii o mutantach wydawanych w ramach Marvel Now!, swoją opowieść zaczął w znakomity sposób i nawet kiedy akcja niektórych tomów zwalniała, całościowo nie zawodził. Tak samo jest w tym przypadku. W Uncanny X-Men kontra S.H.I.E.L.D. ciągle coś się dzieje, ale ważniejsze jest to, że scenarzysta rozwija najistotniejsze wątki, robiąc to w znakomitym stylu, i dodając przy okazji nowe. Czy odpowiada na pytania, które od początku serii stawiał? Przekonajcie się sami. Warto, jak zawsze zresztą.

Niezawodna fabuła Bendisa zyskała też znakomitą szatę graficzną. Najbardziej cieszy fakt, że pięć z siedmiu zebranych tu zeszytów zilustrował Chris Bachalo. Uwielbiam prostotę jego cartoonowego stylu. Gdzie klarowność i lekkość połączona została z ciekawym przestawieniem tła, które jakże często zdobią przerobione komputerowo zdjęcia. Kris Anka, który przejmuje rolę rysownika na dwa numery także nie zawodzi, choć przy Bachalo wypada blado… Operuje bowiem kreską czystą, nieskomplikowaną, ale też i bez większego charakteru. Ot dobra rzemieślnicza robota, kolokwialnie mówiąc. Do tego dochodzą też prace innych artystów, którzy przygotowali okładki alternatywne i przyjemny dla oka kolor.

Połączcie to wszystko razem, a otrzymacie komiks, które powinien znaleźć się na półce miłośników X-Men. Nie sam w sobie, ale razem z pozostałymi częściami serii. Wszystkie bowiem układają się w jedną, znakomitą opowieść, którą czyta się po prostu z wypiekami na twarzy, a perspektywy na przyszłość (Przygoda w świecie Ultimate oraz Mutant Omega) malują się nad wyraz intrygująco.

Brian Michael Bendis (sc.), Chris Bachalo & Kris Anka (rys.), „Uncanny X-Men #4: Kontra S.H.I.E.L.D.”, przeł. Kamil Śmiałkowski, Klub Świata Komiksu – album 1218, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

[komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with występy gościnne at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: