Punisher Max. Tom 1

16/05/2017 § 2 komentarze


Punisher na maxa

Kiedy w roku 2000 Garth Ennis, świeżo po skończeniu pracy nad swoim opus magnum Kaznodzieją, przejął pisanie przygód marvelowskiego mściciela, Punisher nie miał się najlepiej. Zabity, a następnie wskrzeszony w miniserii Purgatory stał się „niebiańskim” agentem pracującym zarówno dla aniołów, jak i demonów. To się nie mogło udać, dlatego Ennis z miejsca odrzucił kontynuowanie fabuły i skupił się na walce Franka Castle’a z gangsterami i bandytami. Dwunastoczęściowy run, zatytułowany Witaj w domu, Frank okazał się strzałem w dziesiątkę, a irlandzki scenarzysta dostał możliwość napisania nie tylko kilku oneshotów i miniserii, ale też całego cyklu, a potem i kolejnego, już w ramach linii Max przeznaczonej dla dorosłych czytelników. I to właśnie te ostatnie przygody, krwawe, brutalne i wulgarne, trafiły niedawno do rąk polskich czytelników. I chociaż przemoc osiąga w pierwszym tomie serii absurdalne rozmiary, mimo wszystko jest to rewelacyjny komiks, który czyta się jednym tchem.

Historia w nim opowiedziana jest w zasadzie prosta. Punisher morduje kolejnych gangsterów – bossów, pomniejszych żołnierzy czy nawet „emerytowanych” już członków mafijnych rodzin – i to masowo. Chce ich zabijać tak długo, aż przestaną pojawiać się kolejni na ich miejsce. Osaczeni przestępcy chcą się pozbyć wroga za wszelką cenę, ale nie tylko oni polują na Mściciela. Pewna tajemnicza grupa nie tylko jest w stanie go wyśledzić, ale także ma po swojej stronie Micro, dawnego współpracownika Franka. Czy tym razem przeciwnicy zdołają powstrzymać samozwańczego egzekutora?

W pierwszej miniserii o Punisherze (Circle of Blood) twórcy postawili istotne pytanie: Ile przemocy i zabijania znieść może jeden człowiek? Ennis kontynuując tradycję zastanawia się czy istnieje sposób, aby Frank Castle przestał być Mścicielem. Oczywiście robi to w charakterystycznym dla siebie stylu, psychologii postaci szukając wśród przerysowanej brutalności, hektolitrach krwi i czarnym humorze. Punisher, niby Rambo w czwartej odsłonie swoich przygód, chwyta za karabin maszynowy i rozpoczyna spektakularną rzeź. Ale nie jest to masakra dla masakry, chociaż Ennis lubuje się w okrucieństwie. Autor po raz kolejny pokazuje więc zagubionego człowieka, który nie potrafi przestać mordować. Śmierć rodziny z rąk gangsterów to jedynie pretekst, by móc strzelać do kolejnych ludzi pod płaszczykiem walki z bezprawiem. Czy w takiej sytuacji istnieje jeszcze jakaś granica? I gdzie są resztki człowieczeństwa Punishera? Odpowiedzi, jak zawsze u tego scenarzysty, są mroczne i niepokojące.

I w takim tonie utrzymane zostały również ilustracje – przynajmniej w pierwszych sześciu z zebranych tu zeszytów. Kreska jest brudna, kadry ciemne, a Lewis LaRosa nie unika pokazywania wprost ran i okaleczeń. Prościej wyglądają kolejne części w wykonaniu Leandro Fernándeza, ale i one mają swój klimat i urok, a przede wszystkim pasują do pisanego przez Ennisa scenariusza.

Wprawdzie mogłoby się wydawać, że Punisher Max nie ma do zaoferowania nic ponad mocną rozrywkę, jednak to tylko pozory. Z tym z komiksem jest tak jak z filmami Tarantino, wystarczy spojrzeć poprzez tryskającą krew, a okazuje się, że naprawdę kryje się tam coś więcej. Ennis po raz kolejny nie zawiódł, a recenzowany tytuł jest jedną z najlepszych opowieści wydanych przez Egmont w ramach klasyki Marvela. Warto sięgnąć, szczególnie że nadaje się dobrze również dla nowych odbiorców. Warto też czekać na kolejne tomy, tym bardziej że Egmont od czerwca zaczyna wznawiać Kaznodzieję, co gwarantuje, iż Ennis nieprędko zniknie z księgarskich półek.

Garth Ennis (sc.), Lewis LaRosa & Leandro Fernández (rys.), „Punisher Max. Tom 1”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1115, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

X-Men: Mordercza geneza

03/05/2017 § Dodaj komentarz


 Mutanci, duchy i tajemnice Xaviera

To, że marvelowscy mutanci nigdy nie mieli lekko, wie każdy czytelnik ich przygód. Jednak to wydarzenie opublikowane jako Ród M stało się jednym z najcięższych okresów w ich historii. Scarlet Witch wymazała istnienie większość homo superior oraz sprawiła, że miał już więcej nie narodzić się żaden przedstawiciel tej rasy. Album Mordercza geneza podejmuje opowieść właśnie w tym miejscu i korzystając ze sprawdzonych schematów fabularnych wrzuca X-Menów w wir szalonej walki, która wydaje się nie mieć dobrego zakończenia.

Po ostatnich wydarzeniach dla mutantów nadszedł kolejny ciężki okres wypełniony niepewnością i pytaniami. Nikt nie wie gdzie zniknął ich mentor, Charles Xavier. Hank natomiast zastanawia się nad jeszcze jedną kwestią: co się stało z odebraną mocą tysięcy mutantów. W przyrodzie nic przecież nie ginie, energia jest stała, więc i ta nie mogła zniknąć. Tymczasem na orbicie w zniszczonym promie kosmicznym pojawia się tajemnicza postać. Jej przybycie na powierzchnię Ziemi wraz z wrakiem wahadłowca alarmuje X-Menów, bowiem osobnik ów dysponuje mocą przynajmniej poziomu Omega. Scott, Wolverine i Rachel ruszają na miejsce, chcąc dotrzeć tam przed wojskiem i zbadać całą sytuację. Nie są jednak gotowi na to, co tam zastaną.

Tymczasem wokół X-Menów zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Duchy zmarłych bliskich pojawiają się w ich otoczeniu, a koszmarne wspomnienia przybierają konkretne kształty na ich oczach. Jaki to wszystko ma związek z głęboko skrywanymi sekretami Xaviera, na trop których wpada Sean? I czemu nowy, potężny wróg X-Men wydaje się znać przynajmniej część z nich, jakby już kiedyś się spotkali?

Mordercza geneza to sześcioczęściowa miniseria, która miała znaczący wpływ na wydarzenia głównych x-menowych tytułów. Całość nie jest szczególnie odkrywcza. Schemat narracyjny znany jest miłośnikom komiksów od lat, jednakże siłą albumu Eda Brubakera, jest jego wykorzystanie. Autor między innymi Zimowego żołnierza wziął na warsztat historię o tajemnicach przeszłości, podlał ją szybką akcją, dużą ilością wydarzeń i niebezpieczeństw i zmiksował w jedną, naprawdę znakomitą całość. Od pierwszych stron dzieje się dużo, nie ma chwili na nudę, a odbrązowienie Charlesa Xaviera dodaje charakteru zarówno postaci, jak i całej opowieści.

Co warto nadmienić Mordercza geneza mocno związana jest z legendarną Drugą genezą. Zaczynają od tytułu i okładki, przez treść wracającą do opisanych tam wydarzeń i odmieniającą ich oblicze, po wprowadzenie do fabuły nowych postaci. Czyta się to znakomicie, a na miłośników mutantów znających dobrze ich losy czeka wiele nawiązań uprzyjemniających lekturę. Bardzo dobrze wypadły także krótkie komiksy rysowane przez Pete’a Woodsa, przybliżające przeszłość nowych postaci.

A skoro o rysunkach mowa, odpowiedzialny za szatę graficzną głównej treści Trevor Hairsine wykonał kawał dobrej roboty. Jego nowoczesne, realistyczne rysunki w sam raz pasują do niniejszej opowieści. Ilustracje są dynamiczne, mroczne i odpowiednio efektowne, czyli takie, jakie być powinny. Chociaż patrząc na okładki stworzone przez Marca Silvestriego chciałbym zobaczyć ten album w jego wykonaniu.

Lubicie X-Menów? Tak. To koniecznie sięgnijcie po omawiany komiks, bo przedstawia ważny etap w historii mutantów. Wypada też wspomnieć, że fabuła Brubakera doczekała się także wersji What if…, ale jak to mówią, to już zupełnie inna historia…

Ed Brubaker (sc.), Trevor Hairsine & Scott Hanna (rys.), „X-Men: Mordercza geneza”, tłum. Kamil Śmiałkowski, Klub Świata Komiksu – album 1109, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Liga Sprawiedliwości #7: Wojna Darkseida. Część 1

01/05/2017 § Dodaj komentarz


Anty-Monitor & Grail kontra Darkseid

W pierwszym tomie Ligi Sprawiedliwości, herosi DC odparli inwazję Darkseida (klik! klik!). Teraz przyszła pora na rewanż. Władca Apokalips postanowił wrócić na Ziemię. Jednak to nie z Ligą przyjdzie mu skrzyżować pięści, a z przeciwnikiem znacznie większego kalibru – znanym z Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach Anty-Monitorem. Pomocy „Antkowi” udziela Grail, zrodzona z Amazonki córka Darkseida!

Nie byłem zwolennikiem tej serii, podobał mi się jedynie premierowy tom. Geoff „Ciffhanger” Johns znowu zagrał na wysokiej nucie. Scenarzysta stosuje sprawdzone chwyty, które przyniosły mu sławę. Z komiksu bije wręcz miłość do uniwersum DC i zaludniających go postaci. Dar Johnsa dotyczy głownie zdolności reinterpretowania postaci, które darzy iście fanowskim uwielbieniem, a czytelnik zaczyna podzielać jego sympatię.

Ostatnim sukcesem było odświeżenie Aquamana, tym razem padło na Scotta Free/Miracle Mana. W dużym skrócie, który jednak nie traci na czytelności poznajemy jego historię, jak również dowiadujemy się podstawowych informacji o Nowych Bogach i Czwartym Świecie (Nowej Genezie i Apokalips). Scenarzysta pokusił się również o zreinterpretowanie genezy Anty-Monitora, oczywiście z obowiązkiem twistem. Jedyną postacią, która wypada płasko jest córka Darkseida. Jej motywacja sprowadza się do przemożnej chęci zabicia ojca… i tyle. Można doszukiwać się intencji autora na wykreowanie Grail na mroczne odbicie Wonder Woman, ale wydaje mi się, że ociera się to o nadinterpretację.

Skoro już mowa o Wonder Woman, to pełni ona istotną rolę w opowieści. Odpowiada za sporą część narracji i patrzy na wydarzenia okiem wojowniczki, której konflikt zbrojny nie jest obcy. Johns mówił otwarcie w wywiadach, że ma pomysł na historię z udziałem tej postaci. Jeśli znajdzie na to czas w swym napiętym grafiku, to możemy być spokojni, bo potrafi wejść do głowy amazońskiej księżniczki i ani przez chwilę nie pisze jej „out of character”.

Jason Fabook szybko dał się poznać jako jeden z najlepszych rysowników komiksów superbohaterskich. „Jim Lee, któremu się chce” – tak głosi powszechna opinia na jego temat. Jest w tym niemało prawdy, bo w kwestii stylu do Lee mu najbliżej. Od legendarnego Jima odróżnia go nieprzeseksualizowanie postaci i niezawalanie terminów. Realistyczna kreska idzie u niego w parze z dużą dbałością o szczegóły. Artysta nie zaniedbuje nawet teł. Sceny batalistyczne w jego wykonaniu to coś, co naprawdę warto zobaczyć. Scenerie pełne są zacinającego deszczu i ognia, wyglądają one pierwszorzędnie za sprawą kolorysty Brada Andersona. Dominujące ciemniejsze odcienie tworzą z kreską Fabooka organiczną całość. Miłym akcentem są gościnne występy kilku artystów, którzy przedstawili wizualizacje poszczególnych kryzysów, jakie przez lata dotknęły DCU.

Moja jedyna uwaga do polskiego wydania tyczy się tłumaczenia nazwy mieszkańców planety Krypton. Przez lata przyzwyczaiłem się do wersji „Kryptończyk”. Z tego powodu „Kryptonijczyk”, którego dostajemy w Lidze… wywołuje u mnie zgrzyt…

Wojnę Darkseida uczciwie będę mógł ocenić dopiero po przeczytaniu całości. Póki co jestem usatysfakcjonowany tym, co zaprezentowano w pierwszej części. Komiks podoba mi się na równi z Tronem Atlantydy i znacznie przewyższa Wieczne zło (klik! klik!). Nie jestem zwolennikiem ostatniego tytułu i cieszy mnie, że mimo nawiązań do tamtego eventu, jego znajomość nie jest obowiązkowa. Bieżąca pozycja to rzecz przystępna, nierozwodniona garścią tie-inów, która prezentuje ciekawe wydarzenie z centralną walką na skalę Godzilla kontra King Kong. Ot, „letni blockbuster” na kartach komiksu, któremu warto poświęcić trochę swojego czasu. Nie będziecie zawiedzeni.

Geoff Johns (sc.), Jason Fabok & Kevin Maguire & Phil Jimenez & Jim Lee & inni (rys.), „Liga Sprawiedliwości #7: Wojna Darkseida. Część 1”, tłum. Krzysztof Uliszewski, Klub Świata Komiksu – album 1087, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Damian Maksymowicz]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Deadpool #5: Wyzwanie Draculi

03/04/2017 § Dodaj komentarz


Deadpool, Blade & Wiedźmin

Po pierwszym tomie klasycznych komiksów z Deadpoolem (klik! klik!) nadszedł dla mnie czas na Wyzwanie Draculi. Przyznam się, że na ten album czekałem nawet, kiedy postać Wade’a Wilsona omijałem szerokim łukiem. Dlaczego? Klimatyczne opowieści grozy (klasyczne czy ujęte w parodystyczne ramy) uwielbiam. Dodatkowo darzę sporym sentymentem Blade’a, który w tym tomie zaliczył gościnne występy. Teraz, po lekturze, muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczony. Dużo czarnego, dalekiego od politycznej poprawności Marvela, humoru, który dosłownie wylewa się z plansz razem z hektolitrami krwi, mnóstwo cameo znanych postaci, nie tylko z horrorów. Wreszcie Dracula, który wygląda jak nasz rodzimy Wiesiek, Wiedźmin znaczy. Czy można tego nie polubić?

Pewnie znajdą się i tacy, ale Wyzwanie Draculi to naprawdę znakomity komiks humorystyczny, żartujący właściwie z każdej konwencji w jakiej się porusza. Przebywający w Londynie Deadpool (akcja ocalenia dziewczyny wyszła całkiem nieźle, ale niewiasta zamiast oddać się naszemu bohaterowi wolała uciec z wrzaskiem na widok jego twarzy) zostaje zmolestowany przez… nie, nie, nie członka Wham… a właściwie to nie zmolestowany… Nawet nie zaatakowany. Ale przez wampira. Rusza więc za nim wykończyć go, w końcu dopada… Wprawdzie posłańca się nie zabija, skąd miał jednak wiedzieć, że krwiopijca chciał mu jedynie przekazać wiadomość? Tak czy inaczej Deadpool dociera do swojego nowego zleceniodawcy, którym jest nie kto inny, a sam Dracula. Czegóż ten legendarny wampir może od niego chcieć? Sprawa jest dość prosta: Dracula się żeni, a ślub ów zjednoczy świat potworów, zakończy trwający od wieków konflikt i takie tam bla, bla, bla. Nie każdy jednak chce pokoju, dlatego Dedpool musi dostarczyć wybrankę wampira całą i zdrową, aby ceremonia mogła się odbyć.

Co z tego wyniknie? Jeśli znacie przygody antybohatera w czerwonym kostiumie, na pewno już wiecie: dużo krwawej, ale zabawnej akcji, pełnej legendarnych stworów (minotaur na motorynce!), nieustających gagów i bohaterów, którzy są w pełni świadomi tego, że wcale nie istnieją naprawdę. No, może nie wszyscy z nich, ale ktoś musi się z tego schematu wyłamać, prawda? Całość została na dodatek przesycona filmowymi odwołaniami, które widoczne są na każdym kroku, weźmy choćby tytuły kolejnych rozdziałów (Amerykański najemnik w Londynie, Wilkołak z londyńskiego sąsiedztwa czy Deadpool i świątynia ogłady) albo otwierającą główną akcję albumu piosenkę utrzymaną w bondowskim klimacie („Z nim randka to pół kasa/Byś rzekł, że kawał to… jest asa”.). Całość czyta się znakomicie, co w dużej mierze zawdzięczamy współscenarzyście, Brianowi Posehnowi, który z zawodu jest komikiem. Fabuła to właściwie pretekst służący do przedstawiania kolejnych żartów i gagów, ale o dziwo pretekst naprawdę dobrze skonstruowany. Nie ma nudy, nie ma wrażenia silenia się i nie ma także żenady, chociaż humor mógł ją przecież zagwarantować.

Udane są ilustracje. Wprawdzie komiks powstał jako publikacja internetowa, wzbogacona o pewną interaktywność, której papierowa wersja posiadać nie będzie, ale w odróżnieniu od np. Spider-Mana, ilustracje nie są uproszczone ani nie sprawiają wrażenia robionych na szybko. Czasem bohaterowie są kopiowani do kolejnych kadrów, ale to już urok cyfrowego pierwowzoru. Najważniejsze, że nie ma tutaj wpadek, a całość prezentuje się przyjemnie dla oka.

Podsumowując – fani Deadpoola dostaną to, czego oczekują. Natomiast nowi czytelnicy, którzy chcieliby zacząć od tej opowieści, śmiało mogą to zrobić i dobrze się bawić, bo chociaż wydarzenie w niej przedstawione mają wpływ na kolejne zeszyty serii, Wyzwanie Draculi bardzo dobrze sprawdza się jako samodzielny album.

Gerry Duggan & Brian Posehn (sc.), Reilly Brown & Khary Randolph & Scott Koblish (rys.), „Deadpool #5: Wyzwanie Draculi”, tłum. Oskar Rogowski, Klub Świata Komiksu – album 1093, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Lucky Luke #52: Fingers

20/03/2017 § Dodaj komentarz


Magia Dzikiego Zachodu

Przyznam, że trochę obawiałem się tego tomu Lucky Luke’a. Chociaż René Goscinny nie był autorem postaci i dołączył do tworzenia kolejnych przygód najszybszego kowboja Dzikiego Zachodu dopiero w roku 1956 (czyli równo dekadę po debiucie serii), to jego nazwisko zawsze kojarzyło mi się z tym tytułem i najbardziej przyciągało. Dlatego też zmiana scenarzysty na Lo Hartoga Van Bandę nie szczególnie mnie ucieszyła. Na szczęście moje obawy okazały się bezzasadne, a Fingers, 52 tom godnie kontynuuje to, co w cyklu najlepsze.

Fabuła w skrócie przedstawia się następująco. Pewnego dnia w teksańskim więzieniu o zaostrzonym rygorze, z którego nikt jeszcze nigdy nie uciekł, pojawia się pewien elegancki mężczyzna prowadzący skutego szeryfa. Pod bramą zwraca stróżowi prawa jego odznakę i kluczyki do kajdanek, po czym przedstawia się jako więzień, dodając że chce spędzić w zakładzie noc. Kim jest? Imion ma wiele, choćby „Niepodrabialny Gaston” czy „Król Magii”, jednakże tutaj znany jest pod pseudonimem „Fingers”.

Nienaganne maniery i wielki talent do wchodzenia w posiadanie takich rzeczy, jak klucze strażników czy ich broń szybko doprowadzają naczelnika do wściekłości. Fingers trafia do celi braci Daltonów, odwiecznych wrogów Lucky Luke’a, jednakże niezbyt długo przyjdzie mu ją z nimi dzielić. Gdy przestępcy mozolą się nad wykopaniem łyżkami podkopu, magik wręcza im pęk kluczy do cel. Daltonowie uciekają, zamierzając wypuścić wszystkich innych więźniów – tylko Fingers nie chce się ruszyć z więzienia. Wieści o ucieczce docierają do Luke’a, który bez chwili wahania wyrusza w drogę. I tak już wkrótce na swojej drodze nasz dzielny kowboj spotka osobliwego Fingersa. Czym zakończy się ich wspólna przygoda?

Album Fingers pod pewnymi względami przypomina inny komiks z Lucky Lukiem, a dokładniej znakomitego Żółtodzioba (klik! klik!). Bohaterem tamtego komiksu był dystyngowany Anglik muszący skonfrontować swoją nienaganna kulturę z pierwotnością Dzikiego Zachodu. Tutaj iluzjonista o podobnych manierach (choć zdecydowanie mniej przyjemnym charakterze) równie wyraźnie odcina się na pustynnym, surowym tle. Konsekwencje są jednak inne, różny jest także przebieg zdarzeń. Jedno się nie zmienia – świetny humor stanowiący prawdziwą siłę napędową komiksu. Gagi bowiem jak zwykle nie zawodzą, mimo iż odpowiada za nie inny autor, a sama fabuła, przygody i klimat doskonale kontynuują rozpoczętą w roku 1946 luckyluke’ową tradycję.

Do tego dochodzą oczywiście wyśmienite rysunki Morrisa, artysty, którego śmiało możemy uznać za ojca serii. To on pisał pierwsze scenariusze i to on rysował te komiksy od samego początku. Lepiej więc, niż jakakolwiek inny twórca potrafi oddać charakterystyczny klimat Lucky Luke’a i dodać mu jeszcze więcej humoru.

Jeśli więc wahacie się czy seria potrafi się obronić bez Goscinnego, przestańcie i sięgnijcie po Fingers. Magia Dzikiego Zachodu, jaką znamy z poprzednich albumów, została zachowana, więc się nie zawiedziecie. I Wasi małoletni milusińscy również się nie zawiodą.

Lo Hartog Van Banda (sc.), Morris {właśc. Maurice de Bevere} (rys.), „Lucky Luke #52: Fingers”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1074, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Deadpool Classic. Tom 1

15/03/2017 § Dodaj komentarz


 Śmierci pula u Deadpoola

Chociaż postać Deadpoola została wykreowana jako odpowiedź na Deathstroke’a z wydawnictwa DC Comics, zawsze uważałem go za niewydarzoną kopię Lobo. Z kim innym bowiem może kojarzyć się psychopatyczny morderca do wynajęcia, który potrafi się regenerować, nie umiera, a przy okazji jego przygody, choć krwawe, dalekie są od tonacji na serio? Właśnie. Przyznaję, nie przepadałem za nim, kiedy gościnnie pojawiał się na łamach serii Amazing Spider-Man; pewnie dlatego, nie sięgałem po samodzielne przygody Wade’a Wilsona. Ale klasyka? To chyba wypada znać, prawda? Dziś uważam, że olschoolowy Deadpool, to kawał dobrej komiksowej roboty. Rzecz utrzymana w typowym dla lat 90. XX wieku klimacie, z którą powinni zapoznać się również ci mający alergię Deadpoola.

Bohatera poznajemy w momencie, kiedy, na zlecenie Tollivera, ma zabić Cable’a. Zjawia się więc w bunkrze New Mutants, zaczyna walkę i… przegrywa. Wyszczekany, niemal niezniszczalny antybohater, który był jednym z eksperymentów Broni X przegrywa! Ale to dopiero początek. Jakiś czas później w Sarajewie Deadpool staje do walki z polującymi na niego najemnikami. Po śmierci Tolliera, za zabicie którego jedni oskarżają Cable’a, a inni naszego antyherosa, pojawiła się plotka o tajnym testamencie. Nikt nigdy nie widział go na oczy, ale każdy wie, że mówi on jasno – zwycięzca zgarnia łupy. Dlatego każdy poluje na każdego. A dokładnie, to na każdego, kto kiedykolwiek pracował z Tolliverem. Deadpool w zabijaniu ma niemało zabawy, ale kiedy na horyzoncie pojawiają się tacy przeciwnicy, jak Kane czy Juggernaut, to może być nieco ciężej, szczególnie jeśli chce się jednocześnie dowiedzieć prawdy o Vanessie.

W pierwszym tomie Deadpool Classic znalazło się dziesięć zeszytów prezentujących cztery fabuły z tytułowym antybohaterem. Pierwszy przedstawia jego debiut na łamach The New Mutants. Kolejny Goniąc w kółko, to pierwsza miniseria z jego przygodami, potem mamy jej bezpośrednią kontynuację o tytule Grzechy przeszłości, a wreszcie pierwszy numer regularnej serii z Deapoolem. W skrócie – dla fanów postaci to pozycja absolutnie obowiązkowa, w kompleksowy sposób przedstawiająca najistotniejsze publikacje z początków kariery postaci.

Jeśli czytaliście współczesne komiksy z Deadpoolem (czy to wydawane w ramach Marvel Now!, czy też WKKM) musicie wiedzieć, że „classic” Wade, to postaci zupełnie inna. Nie jest tak gadatliwy, nie jest też tak cięty, mniej w nim humoru, a jego przygody stanowią kwintesencję tego, co w latach 90. ubiegłego wieku oferował Marvel. Komiks jest nieco naiwny, przerysowany i pod każdym względem przypomina kino akcji klasy B. Dzieje się w nim dużo, nie zawsze z sensem, ale to i tak ma swój czar. Oldschoolowy urok dawnych, infantylnych, ale wciąż pociągających komiksów – szczególnie dla pokolenia czytelników wychowanych na zeszytówkach od TM-Semic.

Do tego dochodzą znakomite rysunki. O fabułach pisanych przez Liefelda można powiedzieć niejedno krytyczne słowo, to jego ilustracje (a także grafiki w wykonaniu Churchilla, Weeksa, czy Madureiry) przypominają to, co w latach 90. Marvel miał najlepszego. Kreska przypomina tutaj dokonania Todda McFarlane’a: pełna detali, ale i prostoty, wpada w oko, a we mnie dodatkowo budzi sentyment. W końcu na podobnie rysowanych komiksach się wychowałem. I jakie one wtedy robiły wrażenie.

Zatem gorąco polecam Deadpool Classic, bo to świetny (i dobrze wydany) album. Dosłownie: klasyka dla miłośników postaci, ale też i X-Menów oraz Spider-Mana (tytułowy antybohater w pewnym stopniu wzorowany był na Pajęczaku, co widać wyraźnie choćby w rzucanych przez niego żartach). Fani komiksów Marvela będą więc usatysfakcjonowani.

Fabian Nicieza & Mark Waid & Joe Kelly (sc.), Rob Liefeld & Joe Medureira & Ian Churchill & Lee Weeks & Ken Lashley (rys.), „Deadpool Classic. Tom 1”, tłum. Oskar Rogowski, Klub Świata Komiksu – album 1095, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Skalp. Tom 4

07/03/2017 § Dodaj komentarz


 Musisz grzeszyć, by zostać zbawionym

Jeszcze tylko jeden zbiorczy tom serii Skalp i koniec. Jason Aaron jakby na to nie zważa, ciągle zadaje nowe pytania, cały czas wprowadza nowych bohaterów i wciąż zaskakuje. Komiks czyta się świetnie. Ten zbiór to kolejna kombinacja wydarzeń teraźniejszych, epizodów o przeszłości poszczególnych postaci oraz historii dziejących się w tym samym czasie, co główny wątek, ale poświęconych osobom drugoplanowym, uzupełniających informacje o nich. Cykl nadal mogę tylko chwalić, zresztą nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz.

Pomijając powtarzającą się wadę w postaci gorszych (czasami o wiele gorszych) niż R.M. Guéra ilustratorów, tom kolejny raz spełnia moje oczekiwania. Jeżeli chodzi o historie poboczne, to na początek dostajemy krótką opowieść o dwojgu Indian walczących z głodem. To opowieść poboczna, nic nie wnosząca do głównej fabuły, ale czyta się dobrze (niestety nie mogę napisać, że równie dobrze się patrzy na rysunki…). Zaraz potem okazuje się, że Shunka, jeden z najbardziej zaufanych ludzi Czerwonego Kruka, ma pewną zaskakującą chyba dla każdego czytelnika tajemnicę. Jeszcze później dowiadujemy się o kolejnej osobie z rezerwatu Prairie Rose współpracującej z FBI. I w tym miejscu zaczyna się znów główny wątek.

Uzbierało się trochę problemów i spraw, z których tak dobry scenarzysta jak Aaron przygotował ogromne zamieszanie. Carol, cały czas uzależniona od heroiny, jest w ciąży z Dashem. Zły Koń również nie może powiedzieć, że nie ma problemów z narkotykami. W dodatku, zupełnie nieoczekiwanie, spotyka się ze swoim znienawidzonym ojcem, który po latach wraca do rezerwatu i chce odnaleźć morderców Giny. Ale ojciec Dashiella nie ma do końca czystego sumienia, zresztą czy ma je którykolwiek z bohaterów cyklu?

Dalsze losy kilku postaci nabierają całkiem nowego znaczenia, pozycja Czerwonego Kruka w rezerwacie Prairie Rose jest zagrożona, w dodatku nie przez kogoś, kogo można pokonać siłą, a przez osobę, którą wódz darzy ogromnym szacunkiem. Agent Nitz traci wszystko, ale nie wiadomo, czy w końcu nie powróci z jeszcze większą siłą, by dopaść właściciela kasyna. Do tego wszystkiego morderca matki Dasha i jego tajemnica, a także jego ojciec, o którym wiadomo, że ma do odegrania bardzo ważną rolę.

Druga część omawianego tomu nie jest tak dobra, nie przekonuje mnie. Może po genialnych poprzednich tomach spodziewałem się jeszcze więcej, a tymczasem w „czwórce” trochę brakuje mi mocnego pierdolnięcia. Większość epizodów to rzeczy przegadane (nie żeby dialogom czegoś brakowało), nie podoba mi się kilka wątków, m.in. niespełnionej miłości, porwania i zdarzeń w jaskini. Ogólnie czegoś brakuje, choć nie jestem w stanie sprecyzować, czego. Za to końcówka tomu jak zwykle pozwala przypuszczać, że Skalp nadal będzie świetną serią.

Jeśli ktoś czytał poprzednie tomy, wie, że Aaron potrafi połączyć wszystko w idealną albo niemal idealną całość. Wciąż nie czuć, że opowieść zbliża się do finału (chociaż kilka rzeczy wyraźnie to sugeruje). Nie mam pojęcia, jak będą wyglądały ostatnie odcinki serii. Scenariusz może podążyć dosłownie w każdym kierunku, zresztą przedtem kilka razy też było tak, że jedno wydarzenie zupełnie zmieniało całą historię. Mogę tylko napisać po raz kolejny (już nie wiem, który), że uwielbiam ten komiks.

Jason Aaron (sc.), R.M. Guéra {właśc. Rajko Milošević} & Davide Furnò & Danijel Zezelj & Jason Latour (rys.), „Skalp. Tom 4”, tłum. Krzysztof Uliszewski, Klub Świata Komiksu – album 1091, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Misztal]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with występy gościnne at Kopiec Kreta.

%d bloggers like this: