Thor Gromowładny #3: Przeklęty

20/07/2017 § Dodaj komentarz


Grafomania Aarona

„Bardzo możliwe, że Jason Aaron urodził się, by tworzyć przygody Thora” – informuje blurb na okładce albumu. Owszem, możliwe. Równie możliwe jest, że to dziecię Godzilli z nieprawego łoża, zakamuflowany Elvis Presley albo ambasador kosmicznej rasy Nilvahani. Cykl Thor ładnie się zaczął (klik! klik!), by zamulić w tomie drugim (klik! klik!), bawić i osłabiać mnie w tomie trzecim. Niestety wszelkie pozytywy, to jedynie krótkie przebłyski.

Bieżący album uderza w ton high fantasy. Sprzymierzone, ale i wrogie rasy wszystkich nordyckich światów muszą współpracować, aby poradzić sobie z tytułowym Malekithem Przeklętym – byłym władcą mrocznych elfów, który po ucieczce z więzienia gromadzi siły, bo planuje przeprowadzić krwawą konkwistę. Czy też jihad. Chce zniszczyć zastany porządek, by zbudować nowy, i nie ważne czy będzie zabijał wrogie rasy i nacje, czy swoich. Przeciw niemu staje Liga Światów – taka marvelowska Drużyna Pierścienia z Thorem na czele. Kolejne zeszyty to wzajemne podchody, które prowadzą oczywiście do kulminacji, gdzie każdy z każdym.

Aaron miesza tu pójście w nudną sztampę z wyśmianiem konwencji, z którą wszedł. Natchnione przemowy, to farmazony na granicy parodii. Kraina elfów jest przesłodzona aż do mdłości. Dodatkowo w drużynie mamy elfa rewolwerowca(!), który jeździ na jednorożcu(!). Niestety to za bardzo nie pomaga, biorąc pod uwagę że historia jest nudna, ciągnie się, a dialogi ledwo da się czytać.

Sama opowieść ma też drugie dno. Wojna domowa pośród mrocznych elfów przypomina to, co działo się ostatnio i dzieje dalej w państwach arabskich (choćby w Syrii). Bezradność Kongresu Światów, który nie chce ingerować, by nie uznano to za bezprawne wtargnięcie, to działania w stylu ONZ czy NATO. Quest Ligi Światów to praktycznie rzecz biorąc koalicja państw, które wysłały kontynenty do walki z tzw. Państwem Islamskim. Do tego Thor, naiwny niczym Stany Zjednoczone, bredzący coś o tym, że skłócone plemiona mrocznych elfów powinny zakończyć walki plemienne i demokratycznie wybrać przywódcę. Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, o co Aaronowi chodzi, to dostaje motyw uchodźców. Na dobitkę otrzymujemy gorzki owoc działań Ligi, która niby osiągnęła cel, ale nie ma tu mowy o zwycięstwie, czy też rozwiązaniu problemu.

Aaron męczy bułę, bawi się konwencją, idzie w parabole… Niestety nie ma hamulców, by powstrzymać się w swojej pisaninie czy dokonać jakiejś selekcji. Zresztą jak zwykle, gdy robi coś mainstreamowego (zapewne dla kasy). Fabuła jest banalna. Dialogi czyta się źle. Za rysunki niestety nie odpowiada tym razem Esad Ribic, ograniczający się do samych okładek.

Z plusów wymienić mogę tylko alternatywną okładkę do czternastego zeszytu, autorstwa Dave’a Johnsona, utrzymaną w stylistyce Kirby’ego, i ostatni zeszyt zbiorku – samodzielną historię z rysunkami Dasa Pastorasa. Niestety nawet ta historia, zaczynająca się od składania przez Thora faktów z pijatyki ze smokiem z poprzedniej nocy nie ratuje tego tomu. Niestety. Może Aaron bywa mistrzem, ale i jemu zdarza się grafomania.

Nie ma co, nie ma po co, tej serii już dziękuję.

Jason Aaron (sc.), Ron Garney & Nic Klein & Das Pastoras & Emanuela Lupacchino (rys.), „Thor Gromowładny #3: Przeklęty”, tłum. Marceli Szpak {pseud.}, Klub Świata Komiksu – album 1153, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Batman #9: Bloom

10/07/2017 § Dodaj komentarz


  Mroczny Rycerz powraca?

W rzeczywistości „kolorowych zeszytów” nic nigdy nie ginie bezpowrotnie, to prawda znana czytelnikom od dawna. Czy zatem Batman, a właściwie Bruce Wayne, mógł porzucić swoją rolę obrońcy Gotham na dobre, nawet jeśli stracił pamięć i wydaje się nie być sobą? Nadszedł czas, aby się o tym przekonać, otwieramy tom dziewiąty Batmana.

Pan Bloom, nowy przeciwnik Zamaskowanego Krzyżowca, wdziera się do Powers Building i zaczyna odruchowo zabijać ludzi. Gordon staje z nim do walki, ale choć sytuacja wydaje się obracać na korzyść nowego Człowieka Nietoperza, wróg ostatecznie ucieka. Kiedy więc udaje się go namierzyć, nikt nie jest pewien czy rzeczywiście trafili na jego trop, czy też może łotr przygotował na nich zasadzkę. Były komisarz decyduje się samotnie stawić czoła zagrożeniu, nawet za cenę własnego życia.

Tymczasem Bruce Wayne wiedzie spokojny żywot u boku ukochanej kobiety, którą prosi o rękę. Mimo że w jej przeszłości nie brak mrocznych kart, chce spędzić z nią życie. Wciąż jednak ma problemy z pamięcią, chociaż odzywa się w nim jakiś dawny zew. Spotkanie z Duke’iem, który na własną rękę podjął się odkrycia prawdziwej tożsamości Blooma, staje się impulsem do przypomnienia sobie dawnej roli obrońcy Gotham. Tylko czy to wystarczy, by dawny Batman powrócił? Czy jego powrót jest konieczny, aby w mieście ponownie zapanował pokój?

Scott Snyder i Greg Capullo zaczynając nową serię Batmana w ramach The New 52 (czy jak chce tego polskie nazewnictwo, Nowego DC Comics) stworzyli dzieło, które z miejsca stało się hitem, ale i pozycją niemalże kultową. Trybunał sów, jakim zaczęli swój run, powszechnie uznawany jest za jedną z najlepszych opowieści o Batmanie, a pozostałe zeszyty ich autorstwa także trzymają poziom. Nie inaczej jest też w przypadku Blooma, przedostatniego tomu serii, w którym znalazł się także jubileuszowy, bo pięćdziesiąty zeszyt. Z tej okazji twórcy nie tylko domykają wiele wątków, ale przygotowali dla czytelników porcję zaskoczeń. Co więcej omawiana odsłona, pod względem scenariusza, jest lepsza od „ósemki”, a pędząca na złamanie karku akcja nie pozwala na chwilę nudy. Chociaż na spokojniejsze momenty także znalazło się miejsce.

Właściwie ten komiks jest jak gra, w którą rżną funkcjonariusze gothamskiej policji, przypomina pokera, z tym, że gra się w nią szybko, bez zastanowienia, a na stole czeka zakryta karta mogąca odmienić losy całej zabawy. Na tej zasadzie Snyder i James Tynion IV zbudowali całą fabułę, starając się dostarczyć czytelnikom jak najwięcej dobrej zabawy. Skutecznie zresztą. Całość na dodatek podlali charakterystycznymi dla Batmana z New 52 elementami, takimi jak legendy miejskie i grzebanie w historii Gotham. Co tylko wyszło opowieści na dobre.

Pod względem graficznym Capullo jak zwykle nie zawodzi. Jego znakomita, szczegółowa i mroczna kreska świetnie współgra ze scenariuszem, podobnie zresztą jak kolor. Pozostali artyści też wypadają przyjemnie dla oka, choć nie tak dobrze jak on. Całość została uzupełniona o bogatą (liczącą blisko 40 stron) galerię okładek alternatywnych do 50 zeszytu przedstawiających walkę Batmana z Supermanem. Lista artystów odpowiedzialnych za owe okładki robi spore wrażenie, że wspomnę tylko o Timie Sale’u, Alexie Rossie, Jimie Lee, Paulu Pope’ie czy Gabrielu Dell’Otto.

W skrócie, miłośnicy Batmana będą bardzo zadowoleni. Dostaną bowiem dokładnie to, czego oczekiwali. Osobiście Blooma polecam i czekam na finałowy tom serii.

 Scott Snyder & James Tynion IV (sc.), Greg Capullo & Danny Miki & Yanick Paquette (rys.), „Batman #9: Bloom”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1145, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Hellboy w Piekle #2: Karta śmierci

05/07/2017 § Dodaj komentarz


 Hellboy finał

Chciałoby się napisać: „do piekieł wstąpił, po drodze mu było”, tylko że przed Hellboyem od pewnego czasu nie stała już żadna inna ścieżka. Musiał zejść do piekła, aby dopiąć ostatecznie parę spraw. Mignola w iście piekielny sposób zamknął swoją serię. Z klasą, ale i bez szarżowania, i bez efektu WOW! Jako fan Piekielnego oczekiwałem czegoś więcej, ale – z drugiej strony – nie spodziewałem się też mniej niż otrzymałem.

Zamknięcie utrzymano w dość gotyckim klimacie. Dowiadujemy się więcej o samym Hellboyu, jego rodzinie i piekle. Mignola nie żałuje sobie jednocześnie dygresji, by sprzedać miniaturki z typowymi historiami z naszym bohaterem, wypełniającym zadania da Biura. Okazuje się też, że śmierć czy piekło nie zamyka pewnych spraw i istnienie Piekielnego dalej może być zagrożone.

Mam po tym tomie lekki problem jednocześnie, bo tak jak ostatnie tomy Hellboya przed piekłem wprowadzały mocne akcenty, podbijając stopniowo napięcie. Tak, mam wrażenie, że piekielna podseria jest nieco chaotyczna, toczy się samoistnie pogłębiając znany nam świat, ale też nie robiąc tego w z góry zaplanowanym dramatycznym porządku.

Przy okazji Karty śmierci ponownie swój moment ma Dave Stewart. Kolorysta związany jest z Hellboyem niemal od początku cyklu, kładąc z dużym wyczuciem swoje płaskie kolory, nadając poszczególnym scenom czy planszom odpowiedniej temperatury. Tym razem Stewart częstuje nas kolorami na wzór akwareli, dokładającymi określonym scenom pewnej lirycznej ulotności. W dalszym ciągu mamy też oczywiście do czynienia z popisem Mignoli, jako typa totalnie zakręconego na punkcie kompozycji plansz, grania detalem czy zabaw skaczącą perspektywą, unikającą kurczowego trzymania się protagonisty.

Hellboy jako seria doszedł do swojego kresu. Finał dla mnie, jako dla fana, nie jest satysfakcjonującym finałem, nie jest zawodzącym finałem. Jest po prostu trzymającym poziom zamknięciem cyklu, który ukazywał się przez lata, pozostawiając mnie jednak z pewnym niedosytem. Zamknął się pewien etap w historii amerykańskiego, mainstreamowego komiksu. Wypada przeczytać.

Mike Mignola (sc. & rys.), „Hellboy w Piekle #2: Karta śmierci”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1134, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Przemysław Pawełek]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Czerwony żółw

01/07/2017 § Dodaj komentarz


 Rozbitek na wyspie

Sztorm. Fale wyrzucają młodego mężczyznę na plażę. Na bezludnej wyspie czeka na niego konfrontacja z naturą, która potrafi być równie szczodra, co i niszczycielska. Biały człowiek żyjąc w dziczy stara się podporządkować sobie zastaną rzeczywistość, podchodząc do niej egoistycznie i egocentrycznie. Z czasem uczy się jednak patrzeć dalej, niż na czubek własnego nosa.

Japońsko-belgijsko-francuska kreskówka oczarowuje już od pierwszej sceny. Sztormowe bałwany, przywodzące skojarzenia z Wielką falą na Kanagawie Hokusaia, nie tylko zostały ładnie i sugestywnie zaanimowane – autorzy nadali też głębię samemu oceanowi, zarysowując kilka planów, czy też bawiąc się kątami i ruchem perspektywy. Podobne zabiegi pojawiają się do końca filmu, który nawet jeśli operuje statycznymi i cichymi scenami celebrującymi spokój, to unika wizualnego banału czy monotonii. Wrażenie robi tu żywy ruch zarośli tworzących tło, czy wiarygodne oddanie ruchów ludzi i zwierząt. Co ciekawe – w animacji odbijają się zarówno wpływy europejskie, jak i azjatyckie. Fizjonomie bohaterów budzą skojarzenia z frankofońskim komiksem, w czasie gdy zastosowana kolorystyka zdaje się być ukłonem w stronę japońskiej szkoły drzeworytu ukiyo-e.

Wątek drzeworytniczy wydaje się mieć tu zresztą drugie dno. Choć dawni mistrzowie często skupiali się na przedstawianiu życia ówczesnej społeczności, to często portretowali też przyrodę. Animacja de Wita to piękna opowieść w humanistycznym duchu, przypominająca o naszym miejscu na świecie, ale też o potrzebie harmonii z naturą, o której ludzkość zdaje się często zapominać. Fabuła bierze za punkt wyjścia historię Robinsona Crusoe, ale tu rozbitek musi się w pełni dostosować do natury.

Bezludna wyspa de Wita to przestrzeń, w której autor mówi o naturze, życiu, śmierci i cyklach, które od tysiącleci powtarzają się w przyrodzie. To baśń dla widza w niemal każdym wieku, gdzie pomiędzy realizmem, oniryzmem i subtelną fantazją zawieszony zostaje nasz bohater i tytułowy czerwony żółw. Nie chcę streszczać magicznej historii ich wzajemnej relacji, ale zapewniam – mamy do czynienia z wyjątkową, pięknie i wrażliwe zrealizowaną animacją, gdzie wszystko jest na swoim miejscu: emocje, spektakularne obrazy, ujmująca muzyka, a gdy trzeba – to także tworząca kontrapunkt cisza. Nie brak też subtelnego humoru, który wprowadzają małe kraby. Dowodem na kunszt połączonych sił europejskich i japońskich filmowców jest fakt, że wszystko udało się tu opowiedzieć bez słów.

Szczerze zachęcam do obejrzenia tej koprodukcji, w której palce maczało m.in. kultowe Studio Ghibli. To perła! Dzieło równie kameralne, co sugestywne, które pozostawiło mnie z potrzebą obejrzenia go jeszcze raz. Magiczny seans. Polecam.

„Czerwony żółw”: Michael Dudok de Wit (reżyseria), Michael Dudok de Wit & Pascale Ferran (scenariusz), data premiery w Polsce: 23 czerwca 2017, dystrybucja: Gutek Film.

[autor: Przemysław Pawełek]

Y – Ostatni z mężczyzn. Tom 4

27/06/2017 § Dodaj komentarz


 Seksmisja na poważnie

Wystarczy jeden, ale dobry, konsekwentnie rozwijany i prowadzony pomysł, aby przykuć uwagę odbiorcy. Przy okazji wywołać u niego wypieki na twarzy i poczucie oczekiwania na kolejną odsłonę. Brian K. Vaughn miał taki właśnie pomysł. Niezbyt oryginalny wprawdzie, jednak posiadający duży potencjał. Dodatkowo udało mu się wykrzesać z niego wszystko to, co najlepsze.

W roku 2002 dochodzi do zagłady wszystkich mężczyzn, a dokładniej wszystkich samców, wszystkich posiadaczy chromosomu Y reprezentujących żyjące na Ziemi gatunki. Zostają tylko kobiety i on, dwudziestokilkuletni Yorick Brown oraz jego małpa Ampersand. Dlaczego ocaleli? Czym się różnią? Co mają wspólnego ze sobą? To jedne z wielu pytań, które wymagają odpowiedzi jednak samego Yoricka bardziej zajmuje coś innego – jak przebyć kilkanaście tysięcy kilometrów, jakie dzielą go od narzeczonej w świecie, który rządzi się zupełnie nowymi prawami.

Na początku czwartego tomu bohater znajduje się coraz bliżej celu, jednakże los nie sprzyja mu w odnalezieniu ukochanej. Sam przetrzymywany jest na łodzi podwodnej, a na dodatek jego małpa została uprowadzona najprawdopodobniej do Japonii. Sytuacja pogarsza się, kiedy Yorickowi w towarzystwie pracującej dla Culper Ring agentki 355 udaje się w końcu wyjść na ląd. Zdjęcie zrobione mu przez żądną sensacji dziennikarkę, gdy tylko zostanie opublikowane doprowadzi nie tylko do wojny, ale też i ogólnoświatowego polowania na ostatniego mężczyznę. Oboje muszą coś z tym zrobić, zanim będzie za późno… [Tekst o poprzednich trzech tomach do przeczytania tu: klik! klik!]

Nie dziwię się, że Stephen King określił Y – Ostatniego z mężczyzn mianem najlepszej powieści graficznej, jaką kiedykolwiek czytał. Jej postapokaliptyczny rozmach, skupienie się na przemianach jakie zaszły w świecie (również tych politycznych) oraz mentalności ludzkości przypominają jego dzieła typu Bastion czy Pod kopułą. Jednakże napisana przez Briana K. Vaughana (Runaways, Saga) seria przypomina także wiele innych dzieł Sci-Fi.

Koncepcja świata bez mężczyzn wywodząca się z legend o Amazonkach, choć w Polsce najbardziej kojarzy się z komediową Seksmisją, ma długą gatunkową tradycję (tu wystarczy wspomnieć Virgin Planet Poula Andersona czy The Holdfast Chronicles Suzy McKee Charnas). Co ciekawe scenarzysta Y tak dobrze wykorzystał ten schemat, że historia Yoricka wymieniana jest w kanonie dzieł o tej właśnie tematyce. Poza tym Ostatni z mężczyzn przypomina także The Walking Dead. Żywe trupy, ale jest o niebo od nich (zarówno w ujęciu komiksowym, jak i serialowym) lepszy. I chociaż seria Vaughana nie przypomina go w żadnym momencie, emocje jakie we mnie wywołała przypominały te, jakie towarzyszyły mi w trakcie lektury Kaznodziei Gartha Ennisa, a to coś znaczy.

Komplementy odnośnie Y można mnożyć w nieskończoność. Znakomity scenariusz, niesamowity klimat, ciekawe zagadki, dobrze skonstruowane postacie i akcja. Do tego dochodzą wspaniałe w swej prostocie ilustracje w wykonaniu Pii Guerrery (nagrodzonej za nie najważniejszymi komiksowymi wyróżnieniami, nagrodą Eisnera, Harveya i Joe Shuster Award) i Gorana Sudžuki (Hellblazer). Po prostu świetna komiksowa robota.

Nic zatem dziwnego, że Ostatni z mężczyzn poza wspomnianymi wyżej wyróżnieniami zdobył Esinera dla najlepszej serii, kolejnego przyniósł Vaughanowi jako najlepszemu scenarzyście, a także doczekał się nominacji do Hugo Award (w kategorii najlepszej opowieści graficznej) jednej z najważniejszych nagród literackich przyznawanych utworom fantastycznym. Jeśli więc jeszcze nie znacie, to nadróbcie jak najszybciej. Bez wątpienia warto!

 Brian K. Vaughan (sc.), Pia Guerra & Goran Sudžuka (rys.), „Y – Ostatni z mężczyzn. Tom 4”, przeł. Krzysztof Uliszewski, Klub Świata Komiksu – album 1104, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Michał Lipka]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Bartnik Ignat i skarb puszczy

23/06/2017 § 2 komentarze


 Śpieszcie do księgarń!

Muszę przyznać, że gdy trzy lata temu sięgnąłem po komiks Bartnik Ignata i skarbu puszczy, był to mój pierwszy kontakt z twórczością Tomasza Samojlika. Bez bicia przyznam się, że wcześniej po prostu go ignorowałem. Kiedy wokół jego pierwszych, wydanych jeszcze nakładem Zakładu Badania Ssaków Polskiej Akademii Nauk, albumów rozkręcała się pozytywna fama, byłem dość sceptycznie nastawiony do komiksów o żubrach. Komiks dla dzieci? Ekologia i edukacja? Takie hasła budziło moją (w pewnym stopniu) uzasadnioną nieufność i ani mi się śniło sięgać do kieszeni. Ale wreszcie w moje ręce wpadł Bartnik… i po prostu zdębiałem.

Od setek lat w dzikich i prastarych lasach Puszczy Białowieskiej życie płynęło we własnym tempie. Tereny te od XIV do XVIII wieku były rezerwatem łowieckim polskich królów i wielkich książąt litewskich. Oznaczało to, że tylko oni mogli tam polować. Nikt niepożądany nie miał do niego wstępu, a przez to, że te tereny strzeżone były przed kłusownikami i nielegalną eksploatacją udało się zachować ich pierwotny charakter. Na mocy specjalnych przywilejów królewskich tylko niektórzy ludzie mogli korzystać z królewskich bogactw. Dzięki temu Puszcza zaspakajała mnóstwo potrzeb okolicznej szlachty, mieszczan, duchowieństwa i zwykłych chłopów. Bartnicy pozyskiwali miód i wosk, a budnicy wypalali smołę, potaż i węgiel drzewny. Na niektórych obszarach wypasano bydło, a sam las był źródłem grzybów, ziół, owoców leśnych, chrustu i drewna na opał, łuczywa z sosen i kory lipowej. Przez setki lat człowiek i natura żyli ze sobą w zgodzie.

Przedstawiony na kartach omawianego komiksu świat, to ideał zakochanego w ludowości romantyzmu, to spełnienie marzeń Jana Jakuba Rousseau (pojawiającego się zresztą w komiksie). W tej trochę bajkowej, trochę mitycznej Puszczy Białowieskiej Samojlika człowiek nie tylko współistnieje z przyrodą z dala od zgiełku cywilizacji i na peryferiach wielkiej polityki, ale jego kultura przenika się natura. W wyniku tej syntezy powstają lokalne legendy „głupim na dziwnowanie, a mądrym na naukę”, jak mówi jeden z budników, a sentymentalny poeta Franciszek Karpiński pracują nad swoim wielkim dziełem, zbierając opowieści starych osoczników i kmieci. Jednym słowem – idylla, trochę jak z oświeceniowych sielanek, trochę jak z wczesnoromantycznych ballad. Ale sielanka, jak to sielanka – nie może trwać wiecznie.

Akcja rozpoczyna się w roku 1795, tuż po trzecim, wymazującym Rzeczpospolitą z map Europy, rozbiorze. Caryca Katarzyna II w darze za wojenne zasługi daruje część Puszczy Białowieskiej generałowi Sobakiewiczowi (jego pierwowzorem jest hrabia Piotr Aleksandrowicz Rumiance, jeden z faworytów władczyni Rosji). Jak na czarny charakter przystało, chcąc się jak najszybciej wzbogacić, zarządzą wycinkę drzew byłych królewskich włości. Blady strach pada na ludzkich i zwierzęcych mieszkańców Puszczy i okolic. Tylko tytułowy bohater, posunięty nieco w latach bartnik Ignat będzie miał dość odwagi, aby sprzeciwić się okrutnemu Sobakiewiczowi i jego bandzie, a w tej walce towarzyszyć będzie mu mała Łucja, psotna wnuczka Karpińskiego.

Wiem, że o wielu tekstach mówi się i pisze, że są przeznaczone nie tylko dla dzieci, ale również i dla ich rodziców, lecz sposób, w jaki Tomaszowi Samojlikowi udało się pogodzić prostą, przygodową historię dla młodszego czytelnika z treściami przemycanymi dla całkiem dorosłego i oczytanego odbiorcy, budzi mój niekłamany podziw. W prowadzoną lekko, ale pełną napięcia opowieść, wpleciono nie tylko Wielką Historię znaną z podręczników, ale także tą mniejszą, lokalną, niekoniecznie powszechnie znaną. W ten sposób Samojlikowi udało się spojrzeć na ograne do bólu przez literaturę problemy z nieco innej, bardzo osobliwej perspektywy, co dla czytelnika mającego na karku lat dziesiąt jest niezwykle ciekawe. Co więcej, w albumie naprawdę połączono walory edukacyjne z dobrą zabawą. Samojlik doskonale wpisuje się w podejście „bawić – uczyć, uczyć – bawiąc” Papcia Chmiela nie popadając przy tym w toporny dydaktyzm, co potwierdzają setki dzieciaków uwielbiających wracać do jego komiksów.

Pod względem wizualnym Bartnik Ignat… nie zachwyca, ale nie sposób cokolwiek zarzucić Samojlikowi. Pochodzący z Hajnówki artysta jest komiksiarzem kompletnym. Ze swoją prostą, czytelną i dość charakterystyczną kreską może stawać w szranki z najlepszymi cartoonistami w Polsce, ale w jego ilustracjach nie chodzi o czcze efekciarstwo, tylko o klarowność narracji. Dzięki takim, a nie innym rysunkom czytelnik połykając kolejne strony daje się wciągnąć historii. Na uwagę zasługuje to, w jaki sposób gra szczegółem na drugim planie – czasem, aby uzyskać pożądany efekt (na przykład podkreślić dramaturgię danej sceny) całkowicie upraszcza tło wzmacniając przekaz konkretnego kadru lub całej strony.

Samojlik opowiadaczem jest niezrównanym! Pomimo tego, że snuje całkiem konwencjonalną opowieść, to jednak daleko mu od konwencjonalności i w niektórych momentach potrafi zaskoczyć. Świetnie dozuje napięcie, doskonale kreuje charaktery, potrafi śmieszyć, smucić i sprawiać radość. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Bartnik Ignat i skarb puszczy jest (obok Hildy) najlepszym komiksem, jaki ukazał się nakładem Centralki, który potwierdza wyjątkowość talentu Tomasza Samojlika. Pracujący w Zakładzie Badania Ssaków w Białowieży twórca w polskiej, a może i europejskiej skali, jest zjawiskiem wyjątkowym i niezwykłym. Dlatego dobrze się stało, że Centrala zdecydowała się na reedycję. Śpieszcie do księgarń! Nawet nie zauważycie, jak szybko nakład zniknie z półek.

 Tomasz Samojlik (sc. & rys.), „Bartnik Ignat i skarb puszczy”, Centrala – Mądre komiksy, wyd. II, Londyn-Poznań 2017.

[autor: Jakub Oleksak]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Batman #8: Waga superciężka

15/06/2017 § 2 komentarze


Batman bez Batmana

W roku 2011 wydawnictwo DC Comics postanowiło po raz kolejny w swojej liczącej wówczas 77 lat historii przeczyścić nieco uniwersum i odświeżyć tytuły, czego wynikiem było zrestartowanie najważniejszych serii. Wydarzenie przeszło do historii edytora pod szyldem The New 52. Sześć lat temu rozpoczął się nowy etap w życiu Batmana, a teraz nadszedł czas na kolejną zmianę. Zmianę wizerunku, ale także i osoby noszącej kostium Człowieka Nietoperza.

Batman zaginął w ostatniej walce z Jokerem i całe Gotham przekonane jest o jego śmierci (patrz album: Ostateczna rozgrywka). Mieszkańcy nie zamierzają jednak siedzieć z założonymi rękami. Miasto nie może istnieć bez swojego symbolu i największego obrońcy, dlatego Powers International zaczyna przygotowania do przedstawienia światu nowego Mrocznego Rycerza. Chociaż kandydatów jest wielu, na dodatek silniejszych, szybszych czy bardziej wytrwałych, nowym Batmanem zostaje nie kto inny tylko komisarz Jim Gordon. To on, w technologicznie zaawansowanej zbroi, zaczyna patrolować ulice Gotham City. Jego celem jest nie tylko zastąpienie Bruce’a Wayne’a, ale także pokazania jakie możliwości niesie ze sobą fakt, że Człowiek Nietoperz zamiast działać na granicy prawa, współpracuje ściśle z funkcjonariuszami w ramach jego przepisów.

Czy to może się sprawdzić? Czy człowiek o wiele mniej przygotowany do swojej misji niż jego poprzednik poradzi sobie zarówno ze starymi, jak i nowymi wrogami? Kiedy w Gotham pojawia się potężny przeciwnik Gordona czeka prawdziwy test w roli Batmana…

Batman bez Batmana – tak w skrócie można podsumować najnowszy, ósmy tom serii o Zamaskowanym Krzyżowcu. Bruce Wayne porzucił swoją rolę, zniknął, jego miejsce zajmuje długoletni przyjaciel. Zmieniają się też metody, ale jedno pozostaje takie samo: dobra zabawa. Kto polubił komiksy pisane przez Scotta Snydera, ten na pewno się nie zawiedzie, chociaż Waga superciężka nie jest aż tak udana, jak Trybunał sów. To po prostu bardzo dobra opowieść rozrywkowa, łącząca w sobie przygodę, grozę, miejskie legendy (trudno w nowym przeciwniku nie dopatrzyć się postaci Slender Mana) i całkiem sporą porcję mangowych klimatów (zbroja Gordona á la mecha). Nie zabrakło też porcji brutalności i krwawych scen, a całość wypełniona została po brzegi konkretną, efektowną akcją. Album możemy uznać za otwarcie nowego rozdziału w Batmanie, moim zdaniem całkiem niezłe. Dodatkowo rzecz sprawdza się jako samodzielna opowieść, od której można zacząć swoją przygodę z obrońcą Gotham.

Graficznie jest znakomicie. Rysunki Grega Capullo (niezapomniane prace dla Spawna!) są realistyczne, czyste, czasem lekko „mangujące”, ale w przypadku tej opowieści stanowi to duży plus. Poszczególne plansze bywają zarówno proste i dynamiczne, jak i złożone oraz pełne detali. Całość robi bardzo pozytywne wrażenie. Nieźle wypada też interludium w wykonaniu Jocka (do którego scenariusz wraz ze Snyderem napisał znakomity Brian Azzarello), choć jest prostsze i o wiele bardziej brudne, a zarazem klasyczne.

Jeśli chodzi o The New 52 (czy też Nowe DC Comics, bo takiej nazwy używa Egmont Polska) serie o Batmanie zdecydowanie należą do najciekawszych jego reprezentantów. Przy okazji to także jedne z najlepszych nowości od tego wydawnictwa dostępne na naszym rynku i warto jest przyjrzeć się im bliżej. Szczególnie, że ich lektura nie wymaga dobrej znajomości historii cyklu, co pozwala cieszyć się nią nie tylko stałym i starym fanom.

Scott Snyder & Brian Azzarello (sc.), Greg Capullo & Jock {właśc. Mark Simpson} (rys.), „Batman #8: Waga superciężka”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1101, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with występy gościnne at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: