Gnat zasługuje na swój kultowy status… – rozmowa z Jackiem Drewnowskim

26/06/2017 § 1 komentarz


Gnat zasługuje na swój kultowy status – z Jackiem Drewnowskim, tłumaczem komiksu „Gnat”, rozmawia Maciej Gierszewski

Maciej Gierszewski: Pamiętasz swoje pierwsze tłumaczenie? To była książka czy komiks?
Jacek Drewnowski: Doskonale pamiętam. Były to dwie historyjki komiksowe do magazynu „Komiks Gigant”, do którego Egmont szukał tłumacza. Dotychczasowy, Michał Wojnarowski, przestał się wyrabiać po przejściu „Kaczora Donalda”, którego też przedkładał, z cyklu dwutygodniowego na tygodniowy. Współpracowałem wówczas z Egmontem jako redaktor komiksowego pisma dla dzieci i znałem akurat potrzebne przy „Gigancie” języki, czyli włoski i angielski, więc zaproponowano mi próbny przekład dwóch historyjek, po jednej z każdego z tych języków. Efekt oceniało kilka osób na różnych szczeblach, włącznie oczywiście ze wspomnianym Michałem Wojnarowskim, a że się spodobał, dostałem do tłumaczenia cały numer. I kolejne.

M.G.: Dlaczego postanowiłeś tłumaczyć?
J.D.: Kiedy zaczynałem studia italianistyczne, moim marzeniem na przyszłość było tłumaczenie literatury. Lecz mimo że miałem już wówczas za sobą debiut pisarski i szykowały się kolejne publikacje, nie do końca w taką przyszłość wierzyłem. Wydawało mi się, że tłumaczami książek zostają jacyś wybitnie utalentowani nadludzie i że dla mnie taka praca pozostanie w sferze marzeń. Później mieliśmy zajęcia translatorskie, chyba na drugim roku, w ramach których przekładaliśmy fragmenty literatury, i okazało się, że wychodzi mi to całkiem nieźle. Mimo to nie spodziewałem się, że jeszcze na studiach zacznę zarabiać na przekładach. A tak się niebawem stało – jak mówiłem, zaczęło się od disnejowskich komiksów.

M.G.: Czy jest jakaś różnica w podejściu do tłumaczeniu książek a komiksów? Na czym polega?
J.D.: Podstawowe różnice wynikają z samego charakteru tych mediów. W komiksie tekst niemal nigdy nie funkcjonuje w oderwaniu od obrazu, słowo gra ze stroną wizualną i tłumacz musi to uwzględnić. W samej codziennej pracy może to być zarówno ułatwieniem – w tym sensie, że rysunek czasem przybliża intencje twórców – jak i ograniczeniem, którego w beletrystyce nie ma. Na przykład w komiksie nieraz nie da się zastąpić idiomu innym, o podobnym znaczeniu, bo w relacji słowo-obraz liczy się konkretny wyraz z owego idiomu. Ograniczeniem czysto technicznym bywa też pojemność dymka, o czym notabene niejeden początkujący tłumacz komiksów zapomina. W większości wypadków komiks wymaga tak zwanego ucha do dialogów i być może jakiegoś zestawu innych umiejętności czy zdolności, których nie potrafię zdefiniować. W każdym razie widywałem sytuacje, w których dobrzy i uznani tłumacze literatury zupełnie nie radzili sobie z komiksem.

M.G.: Czy komiksy dla dzieci tłumaczy się trudniej?
J.D.: Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno inaczej, ale czy trudniej? Jak wspominałem, zaczynałem od tłumaczenia komiksów (a niedługo potem książeczek) dla dzieci. Już wcześniej takie komiksy redagowałem. To one są zatem w pewnym sensie moim środowiskiem naturalnym, a z przekładami innego rodzaju – komiksami dla dorosłego czytelnika, literaturą piękną i popularnonaukową, publicystyką czy filmami – mierzyłem się dopiero po nich. Każdy z tych obszarów pracy translatorskiej ma swoją specyfikę, jedne lubię bardziej, inne mniej, ale nie umiem powiedzieć, który jest najtrudniejszy. Wiem, że niektórzy tłumacze nie lubią bądź nie potrafią przekładać dla dzieci lub przeciwnie, nie czują się dobrze w innych tekstach, ale sam do nich nie należę.

M.G.: Postanowiłeś spolszczyć tytuł serii Jeffa Smitha i od razu posypały się kamienie na twoją głowę… Jak wpadłeś na Gnata? Gnatowo? Chwata?
J.D.: Osobiście jakoś nie poczułem tego gradu kamieni. Przeglądałem w sieci kilka dyskusji na ten temat i odniosłem wrażenie, że przeważają w nich głosy zadowolonych z polskiego tytułu. Gnata, Gnatowo, Chwata itp. wymyśliłem podczas pierwszego podejścia do tłumaczenia tego komiksu. Konieczność spolszczenia znaczącego nazwiska „Bone” wydawała mi się wówczas oczywista – wiąże się z nim choćby wygląd bohaterów – i „Gnata” uznałem za rozsądną opcję. Np. rzeczownik „kość”, który ma to samo znaczenie, jest rodzaju żeńskiego i zawiera dwa polskie znaki diakrytyczne, więc pasowałby tu gorzej. Dalsze wybory były już konsekwencją tego pierwszego. Np. „Fone Bone” jako „Chwat Gnat” – jednosylabowe imię do jednosylabowego nazwiska, rymujące się i oddające, mam nadzieję, ducha oryginału.

M.G.: Wspominałeś, że pierwsze przymiarki do tłumaczenia komiksu mają 15 lat. Tłumaczyłeś dla siebie? Czy też ktoś wówczas planował wydać?
J.D.: Tłumaczenie to moja praca, na którą poświęcam ładnych kilka godzin dziennie, więc w czasie wolnym wolę zajmować się innymi rzeczami. Nie tłumaczę zatem dla siebie i także ten pierwszy album „Gnata” przełożyłem wówczas na zamówienie, bo komiks miał być wydany. Na jakimś późniejszym etapie z tego zrezygnowano, przyczyn nie znam. Natomiast wykorzystałem tamten przekład w obecnym wydaniu, oczywiście po wnikliwej rewizji. To jedna trzecia obecnego pierwszego tomu, który obejmuje trzy albumy.

M.G.: Czym się kierujesz podczas spolszczania imion bohaterów? Czy z zasady powinno się je przekładać? A kiedy lepiej zostawić w oryginalnej wersji?
J.D.: Nie znam ani nie stosuję żadnej uniwersalnej zasady. Choć mam już w tej robocie długoletnie i bogate doświadczenie, nie przekłada się ono na usystematyzowaną, podręcznikową wiedzę. Do każdego tłumaczenia podchodzę indywidualnie, a w swojej pracy zawsze kierowałem się i kieruję w znacznej mierze intuicją. Bez wątpienia mogę powiedzieć jedno: spolszczanie znaczących imion i nazw jest istotniejsze w wypadku treści skierowanych do dzieci.

M.G.: Pierwszy tom „Gnata” liczy sobie ponad 450 stron. Ile trwało przetłumaczenie całości? Co nastręczało najwięcej trudności?
J.D.: Kolejne pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć. Nigdy nie przekładam tylko jednego tekstu, zwykle pracuję na przemian nad przynajmniej dwoma w ciągu dnia i przynajmniej trzema w ciągu tygodnia, traktując każdy z nich jako oddech od pozostałych. Bardzo lubię taki płodozmian, najchętniej w miarę możliwości przeplatam pracę nad tekstami jak najróżniejszymi – np. włoskim komiksem postapokaliptycznym i amerykańską książeczką dla dzieci – tłumacząc po kilka stron i robiąc w ciągu dnia kilkanaście zmian między jednym a drugim. Nad „Gnatem” też nie siedziałem jednym ciągiem, ale wydaje mi się, że w pewnym przybliżeniu mogę określić średnie tempo pracy nad tym komiksem na 6, może 7 plansz w ciągu godziny.
Co do trudności – nie przychodzi mi do głowy nic konkretnego. Może najtrudniejsze było to, o co wcześniej pytałeś: decyzja, które imiona spolszczać, a których nie. W jednym wypadku nie jestem do końca przekonany do swojego wyboru, ale nie powiem, w którym – zobaczymy, czy ktoś to wytknie. Ogólnie „Gnata” przekłada się bardzo przyjemnie. Mam już za sobą tłumaczenie drugiego tomu, a wkrótce zabieram się za trzeci i ostatni.

M.G.: Jak przygotowywałeś się do tłumaczenia?
J.D.: Szczerze mówiąc, nie było jakichś szczególnych przygotowań. Pewnego dnia otworzyłem komiks, włączyłem komputer i zacząłem czytać swój przekład sprzed lat.

M.G.: Czy polubiłeś głównego bohatera, za co?
J.D.: Polubiłem. Jest taki, jaki powinien być bohater. Z zasadami, ale i z wadami. Jego osobowość, wybory, reakcje i emocje – zarówno pozytywne, jak i negatywne – są nakreślone bardzo przekonująco.

M.G.: W „komiksowie” jest pozytywna fama wokół pozycji, czy ona jest aż tak dobra?
J.D.: Czytelnicy ocenią, czy komiks dorósł do ich oczekiwań. I mam nadzieję, że nie będą zawiedzeni. W moich oczach jak najbardziej zasługuje na swój kultowy status, jakim cieszy się w komiksowym światku nie tylko w Polsce. Pod względem fabularnym jest to naprawdę ciekawa i wciągająca saga fantasy, z intrygującymi bohaterami, zwrotami akcji i zmianami nastroju, z umiejętnie wprowadzanymi dawkami przygody, humoru, niepokoju. Jest przy tym ciekawie, dynamicznie, a miejscami bardzo pomysłowo narysowana.

M.G.: Czy jest to komiks dla dzieci? W jakim wieku?
J.D.: W mojej opinii to komiks dla wszystkich, a zatem także dla dzieci, nawet ośmioletnich, o ile lubią czytać, idzie im to płynnie i samodzielna lektura nie sprawia im już trudności.

Jeff Smith (sc. & rys.), „Gnat #1: Dolina, czyli równonoc wiosenna”, przeł. Jacek Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1132, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[Wywiad pierwotnie ukazał się na stronie Aleja Komiksu: klik! klik!]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Rekomendacje: Gnat #1: Dolina, czyli równonoc wiosenna

17/05/2017 § 1 komentarz


Elektryzująca wiadomość

Wydawnictwo Egmont Polska rozpoczyna publikację nowej serii komiksowej, której fabuła osadzona jest w świecie zamieszkanym przez magiczne i fantastyczne istoty. To wielokrotnie nagradzana, nadzwyczaj popularna w świecie, humorystyczna saga fantasy o niezwykłych przygodach humanoidalnych bohaterów. Niezliczone scenerie, bogactwo niespotykanych postaci, pełna rozmachu, wciągająca historia, elementy grozy, wątek miłosny i tajemnica – to wszystko znajdą czytelnicy, którzy sięgną po pierwszy tom cyklu Gnat o podtytule Dolina, czyli równonoc wiosenna. Prapremiera albumu odbędzie się 18 maja 2017 roku podczas Festiwalu Komiksowa Warszawa trwającego w ramach Warszawskich Targów Książki. Tydzień później, 24 maja, komiks trafi do sprzedaży.

Komiks amerykańskiego scenarzysty oraz rysownika Jeffa Smitha powstał w latach 1991-2004. W oryginale seria Bone liczyła pięćdziesiąt pięć zeszytów i została wydana w wersji czarno-białej. Inspiracją dla autora do stworzenia wyjątkowej serii komiksowej było wiele źródeł. Zaowocowało to ogromnym, zachwycającym światem oraz nadzwyczajnymi przygodami Chwata Gnata i jego kuzynów, podróżujących czasem razem, a często osobno po niezwykłych krainach, a wszystko zabarwione ogromną porcją dowcipu.

„Jeff Smith umie dawkować humor lepiej niż niemal wszyscy inni twórcy komiksów. Jego dialogi zachwycają – tak samo jak jego ludzie, nie wspominając o zwierzętach, czarnych charakterach, a nawet robakach” – napisał o komiksie Neil Gaiman. Gnat to pozycja mająca status bestsellera; komiks zdobył kilkadziesiąt międzynarodowych nagród, w tym najważniejsze wyróżnienia w branży: dziesięć Nagród Eisnera (m.in. w kategoriach: najlepsza publikacja humorystyczna, najlepszy scenarzysta, najlepszy rysownik czy najlepsza kontynuowana seria) oraz jedenaście Nagród Harveya.

Egmont ma w planach wydanie kompletnej serii, w trzech albumach zbiorczych, obejmujących wszystkie dziewięć tomów oryginalnego cyklu:

1. Dolina, czyli równonoc wiosenna (maj 2017);
2. Kant kontratakuje, czyli przesilenie (wrzesień 2017);
3. Przyjaciele i wrogowie, czyli żniwa (maj 2018).

W pierwszym tomie główny bohater – Chwat Gnat – razem z kuzynami głupkowatym Chichotem Gnatem i chciwym Kantem Gnatem zostają wygnani z rodzimego Gnatowa, za przekręty tego ostatniego. Przypadkowo zostają rozdzieleni, by spotkać się w Dolinie, zamieszkanej przez wiele magicznych i fantastycznych istot oraz wyrazistych, niepozbawionych wad postaci. Ich tropem podążają wysłannicy mrocznego wroga. Wygląda na to, że los przydzielił Chwatowi Gnatowi rolę, która przerasta jego najśmielsze wyobrażenia! Smoki naprawdę istnieją, a napotkana dziewczyna nie jest tylko piękną i bystrą wieśniaczką, którą się z początku wydaje… Tak rozpoczyna się mistrzowska opowieść o małych, bezwłosych, ale sympatycznych humanoidalnych istotach. Potem dzieje się jeszcze więcej! Kuzyni spotkają dziwne i intrygujące postacie, takie jak Króldok, Babcia Ben, robak Ted, Zadra, rodzina Oposów, szczuropodobne stworzenia o wyjątkowych upodobaniach kulinarnych, czy stateczny, acz trochę cyniczny Smok. Fabułę, humor, grafikę docenią zarówno dzieci, jak i dorośli czytelnicy.

Jacek Drewnowski, polski tłumacz serii, na pytanie czy jest to komiks dla dzieci, tak odpowiada: „W mojej opinii to komiks dla wszystkich, a zatem także dla dzieci, nawet ośmioletnich, o ile lubią czytać, idzie im to płynnie i samodzielna lektura nie sprawia im już trudności”.

Popularność Gnata spowodowała, że już wkrótce doczeka się on filmowej adaptacji. Wytwórnia Warner Bros zajmie się realizacją produkcji. Reżyserii podjął się Mark Osborne, twórca takich filmów animowanych jak Kung Fu Panda czy SpongeBob Kanciastoporty.

Jeff Smith (sc. & rys.), „Gnat #1: Dolina, czyli równonoc wiosenna”, przeł. Jacek Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1132, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[opracowano na podstawie materiałów wydawcy]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Tata z córką czyta komiksy: Detektyw Miś Zbyś na tropie – Złoty Sokół Teksański

27/11/2016 § 1 komentarz


Tata z córką czyta komiksy. Pierwsza odsłona cyklu

Postanowiłem kupić dla swojej, wtedy dwu i pół letniej, córeczki jej pierwszy komiks. mis zbysPo krótkim rozeznaniu wybór padł na Misia Zbysia Jasińskiego i Nowackiego. Ponieważ pierwszy tom był już niedostępny, przygodę zaczęliśmy od tomu drugiego. Początkowo komiks córki nie zainteresował – nie chciała, żebym go jej czytał. Wolała znane i lubiane książeczki z obrazkami. Jednak, gdy tylko (przyznaję: nieco wymuszona) lektura się zakończyła, uśmiech pojawił się na twarzyczce latorośli. Została „kupiona”.

W tym momencie, niestety, pojawiła się nowa przeszkoda – rodzice. Wspólnie z żoną nie mieliśmy pojęcia, że czytanie komuś komiksów jest aż tak absorbujące. Żona wcale nie czyta komiksów; a sam zaczynałem w czasach TM-Semica i niedawno, po dwunastoletniej przerwie, wróciłem do dawnego hobby – czyli powinienem przewidzieć ewentualne trudności. Czytając komiksy pewne rzeczy robi się automatycznie, nie specjalnie się nad nimi zastanawiając. Ogląda się obrazki, nowackiczyta tekst i stara się zauważyć smaczki jakie rysownik czy scenarzysta przygotowali dla odbiorcy. Nie sądziłem, że tak trudno jest opisać komuś, co się dzieje na planszy.

A dzieje się! W albumie znajduje się aż pięć dwustronicowych rozkładówek (sam komiks liczy 48 stron). Rysunki wypełnione są po brzegi postaciami. Tutaj mała uwaga – czasem miałem problem z odgadnięciem jakie zwierzę jest na obrazku: ,,To niebieskie to chyba zając córeczko, tu jest pies, tu kotki, tu hipopotam, a tu… nie wiem”. Na pewien czas odstawiliśmy więc Misia Zbysia na półkę książek przeczytanych.

Po przełamaniu pierwszych lodów polubiliśmy przygody zwierzęcych detektywów. Rysunki są dostosowane do odbiorcy, standardem jest umieszczenie tylko dwóch kadrów na stronie (czyli duże rysunki), zdarzają się również rysunki całostronicowe. Fabuła jest ciekawa, postacie mają swój charakter. Córeczce spodobał się Borsuk Mruk. Na kadrach innego komiksu – Ryjówki Przeznaczenia – widząc rysunek borsuka wołała „Borsuk Mruk!”. Często też powtarzała kwestie z komiksu (np. sprzeczkę Misia i Borsuka przed kopalnią).

Twarda oprawa jest dodatkowym plusem. Chociaż rodzice nie powinni się łudzić, pociechy są bardzo twórcze w zakresie niszczenia wszelakich pozycji czytanych. mis-nowackiNasz egzemplarz został obklejony przez córkę na dwóch stronach, na szczęście początkowych, naklejkami.

Czy zatem polecam lekturę Misia Zbysia dzieciom (i rodzicom)? Jak najbardziej. Jest to wspaniały początek przygody dla nieletnich i miły powrót do czasów dzieciństwa dla dorosłych. Czytając Julitce przygody dzielnego detektywa w myślach widziałem biblioteczkę zapełnioną setkami komiksów i moją córkę zaczytującą się w pozycjach Moore’a, Gaimana, Eisnera czy Satrapi (chociaż mam nadzieję, że doceni też zebraną przeze mnie klasykę Chrisy i będzie wspierać młodszych twórców polskiego pochodzenia). Trudno powiedzieć, jak się ta historia zakończy, ale pierwszy krok został postawiony. Teraz muszę tylko wprowadzać nowe pozycje, z bardziej skomplikowaną fabułą, i obserwować reakcję dziecka.

Maciej Jasiński (sc.), Piotr Nowacki (rys.), „Detektyw Miś Zbyś na tropie #2: Złoty Sokół Teksański”, Kultura Gniewu, Warszawa 2014.

[autor: Paweł Panicz]

sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Y – Ostatni z mężczyzn

06/11/2016 § Dodaj komentarz


Świat bez mężczyzn

Y – Ostatni z mężczyzn to dla mnie komiks szczególny. W 2008 roku, kiedy jeszcze wydawało mi się, y-the-last-man-pia-guerraże o historiach obrazkowych wiem bardzo wiele, zanurzyłem się w magiczny świat skanów. Magiczny, bo było w nim na wyciągnięcie ręki właściwie wszystko, co mnie interesowało, jeśli chodzi o amerykańskie pozycje. Okazało się, że o komiksach nie wiem właściwie niczego; nie znam nie tylko rzeczy opatrzonych zupełnie obcymi dla mnie nazwiskami, ale i wielu dzieł moich ulubionych autorów. O pewnych tytułach, jak Shade, The Changing Man czy Enigma Milligana coś słyszałem (i miałem nawet kilka zeszytów), ale gdzie mi tam było do znajomości całych opowieści. I pośród tego nieskończonego wirtualnego stosu dobra na monitorze mojego komputera zagościła także pozycja: Y – The Last Man Briana K. Vaughana i Pii Guerry. Jak widać, czasami mam szczęście.

Już nie pamiętam, jak trafiłem na ten komiks. Byłem wtedy bezgranicznie zakochany w Vertigo (Mógłbym nawet wytatuować sobie gdzieś ich logo… Dzisiaj tylko biorę taką możliwość pod uwagę, wtedy byłem pewny, że kiedyś tak zrobię.) i chyba po prostu wciągałem wszystko, co wydawali, a pośród skanów mogłem znaleźć… wszystko. Nie chwalę się czytaniem zeskanowanych komiksów, po prostu stwierdzam, jak to wyglądało. Dzięki temu poznałem właściwie nowy świat, a komiks do scenariusza Vaughana stał się jego bardzo ważnym elementem.

To właśnie od pisania o tej serii zacząłem swoją „poważną” przygodę z recenzowaniem historii obrazkowych y-the-last-man– poczułem, że pomimo niewielkiej znajomości tematu, muszę podzielić się swoim entuzjazmem i dać znać każdemu, kto przypadkiem przeczyta moje słowa, jaka jest dobra. Po niemal dekadzie, z radością trzymając w rękach trzy tomy polskiego wydania Ostatniego z mężczyzn, stwierdzam, że ta seria nadal jest tak samo dobra! Nie przemawia przeze mnie żaden sentyment, bo te 8 lat wcześniej nie byłem jednak dzieciakiem, który bezkrytycznie przyjmował każdy nowy komiks. Uważam, że to wciąż jedna z najlepszych graficznych (i nie tylko) historii science fiction, jakie znam.

W cyklu wykreowanym przez Vaughana i Guerrę nie ma już mężczyzn – z niewiadomych przyczyn wyginęli wszyscy, oczywiście poza Yorickiem, czyli tytułowym protagonistą oraz Ampresandem, jego nieznośną małpą. Dlaczego tak się stało? Dlaczego na świecie pozostały same kobiety, z dwoma wyjątkami? Tego z początku nie wiemy, a i później scenarzysta nie serwuje nam banalnego czy oczywistego rozwiązania. W każdym razie przebywający w Stanach Zjednoczonych Yorick ma bardzo ważną misję: jego niedoszła narzeczona jest w Australii, bez jakiegokolwiek kontaktu z naszym bohaterem. Chłopak postanawia ją odszukać, jednakże jeszcze nie wie, że świat ma wobec niego plany, które wcale nie ułatwią jego zadania.

Fabuła serii daje możliwość śledzenia podróży Yoricka po pozbawionym mężczyzn świecie oraz obserwowania jego przemiany z niezbyt odpowiedzialnego i dojrzałego wesołka w zupełnie innego człowieka, obdarzonego bagażem niekoniecznie tylko tych dobrych doświadczeń. Obie sprawy są równie fascynujące, tak samo jak przedstawienie świata, gdzie żyją niemal wyłącznie kobiety. Zapewne wielu czytelników przed sięgnięciem po ten komiks nie zastanowi się dłużej i na poważnie, jak wyglądałby taki świat; brian-k-vaughantymczasem, poza najbardziej oczywistymi sprawami takimi jak nadchodząca wielkimi krokami zagłada całej ludzkości, niesie to za sobą również całą masę innych konsekwencji. Zupełnie zmienia się na przykład układ sił militarnych na Ziemi, a to i tak tylko wierzchołek góry lodowej.

Y – Ostatni z mężczyzn to serial świetnie poprowadzony od początku aż do finalnego epizodu, który pamiętam i wspominam z autentycznym wzruszeniem do dzisiaj (czytelnicy polskiego wydania muszą na niego jeszcze trochę zaczekać). Wzruszeniem z powodu samego wydźwięku historii, jak i wywołanego rozstaniem z postaciami, do których swego czasu zdążyłem się przywiązać (a teraz robię to ponownie…). To seria wypełniona świetnymi pomysłami, wieloma niezapomnianymi dialogami oraz charakterystycznymi dla Vaughana nawiązaniami do popkultury. W dodatku bardzo dobrze narysowana, choć muszę przyznać, że przy takim scenariuszu kadry Guerry stanowią jedynie bardzo udane, ale jednak tło.

Przyjmuję ten cykl niemal bezkrytycznie (chociaż niedawno zacząłem się zastanawiać, czy po wyginięciu mężczyzn jakaś grupa kobiet na pewno zrobiłaby z siebie świętujące nowy stan rzeczy, obcinające sobie piersi Amazonki?) i polecam każdemu, kto ma ochotę na dobre science fiction, dobry komiks… po prostu dobrą opowieść, którą powinien zapamiętać na długo.

Brian K. Vaughan (sc.), Pia Guerra (rys.), „Y – Ostatni z mężczyzn. Tom 1”, przeł. Krzysztof Uliszewski, Klub Świata Komiksu – album 958, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.
Brian K. Vaughan (sc.), Pia Guerra & Paul Chadwick & Goran Parlov (rys.), „Y – Ostatni z mężczyzn. Tom 2”, przeł. Krzysztof Uliszewski, Klub Świata Komiksu – album 992, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.
Brian K. Vaughan (sc.), Pia Guerra & Goran Sudžuka (rys.), „Y – Ostatni z mężczyzn. Tom 3”, przeł. Krzysztof Uliszewski, Klub Świata Komiksu – album 1021, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.

[autor: Michał Misztal]

y-the-last-mansklep{serię można kupić tu: klik! klik!}

Dino kontra dino – gra karciana

23/06/2016 § Dodaj komentarz


Za pan brat z tyranozaurem

dino-kontra-dinoMiliony lat temu naszym globem rządziły wielkie gady. Gdyby nie upadek wielkiej skały z kosmosu, kto wie, jak dzisiaj wyglądałaby cywilizacja? Meteor może spowodował wyginięcie dinozaurów, ale na pewno nie uniemożliwił wzrostu fascynacji nimi wśród dzieciaków wiele wieków później. Kto za młodych lat nie interesował się nimi, kto nie posiadał zabawkowych dinusiów i takich też książeczek? Tym razem Reiner Knizia, jeden z najbardziej rozpoznawalnych twórców gier planszowych, wymyślił grę ku uciesze milusińskich.

W pudełku z grą Dino kontra dino znajduje się 45 kart dinozaurów, 30 kart wydarzeń, drewniana figurka dinozaura (jako pionek określający pierwszego gracza) oraz bonusowy plakat. Każdy z uczestników otrzymuje po trzy karty dinozaurów, następnie z wcześniej przetasowanej talii kart wydarzeń dobiera się jedną i czyta znajdujący się na niej opis. Najczęściej przedstawiają one naturalne katastrofy, które mogły mieć miejsce miliony lat temu, takie jak wybuchy wulkanu, powodzie czy trzęsienia ziemi. Następnie gracze wybierają po jednym gadzie z ręki i kładą go zakrytego przed sobą. Kiedy już wszyscy dokonali wyboru, odsłania się je, odwraca kartę wydarzenia i sprawdza, który dinozaur był najlepiej przystosowany do przetrwania.

dino karty

Na każdej karcie dinozaura znajdują się bowiem statystyki czterech cech: drapieżności, rozmiaru, szybkości i zdolności adaptacji. Wydarzenie na swoim rewersie ma pokazaną cechę (lub cechy), które pomagają w przetrwaniu danej katastrofy. Który z wyłożonych dinozaurów ma ją najbardziej rozwiniętą, wygrywa (w przypadku dwóch cech ich statystyki dodaje się do siebie). Gracz, którego dino przeżył, otrzymuje w nagrodę kartę wydarzenia oraz pionek dinozaura. W przypadku remisu wygrywa osoba dysponująca znacznikiem, lub ta siedząca najbliżej do niej, licząc wedle wskazówek zegara. Rozgrywka toczy się do momentu, kiedy zabraknie kart do dobierania dla wszystkich graczy. Wtedy należy zagrać ostatnie dwa wydarzenia i zakończyć pojedynek. Zwycięża osoba z największą ilością punktów. W przypadku remisu wygrywa ten, kto zgromadził więcej znaczników drapieżności. Jeśli nadal nie ma zwycięzcy, po kolei decydują znaczniki rozmiaru, szybkości i na końcu adaptacji.

dinozaury

Dino kontra dino to gra, która z opisu przypomina inne, dosyć podobne w przebiegu rozgrywki tytuły, jak choćby Barcelona czy Werona. Niestety, w odróżnieniu od tego drugiego, nowy twór Reinera Knizi podążył raczej w kierunku takich jego pomysłów jak choćby Kosmiczni piraci. Ciekawy pomysł początkowy niestety utonął pod ciężarem powtarzalności i przewidywalności. Nawet młodsze dzieci zauważają lekką tendencyjność i przewidywalność wydarzeń. Na dodatek przy dość niewielkiej ich ilości, po kilku rozgrywkach każdy wie, jaka cecha pomaga w danym przypadku i w tym momencie losowo zwycięża osoba, która przypadkiem dobrała dinozaura z lepszymi statystykami. Czyni to rozgrywkę bardzo losową i niestety niezbyt zależną od graczy. Z drugiej strony dynamika gry nie jest na tyle wciągająca, by dzieci chciały często toczyć pojedynki wielkich gadów.

Zaletę stanowią dobrze graficznie przygotowane wizerunki dinozaurów, które – wraz z dwustronnym plakatem przedstawiającym wszystkie gatunki występujące w grze – stanowią niewątpliwą ciekawostkę dla dzieci. Niestety, prócz tego gra może zainteresować odbiorców tylko okładką i opisem, sama rozgrywka bowiem potwierdza to, że Reiner Knizia w swoich grach stawia na ich ilość, a nie jakość.

„Dino Kontra Dino”, Reiner Knizia (autorstwo & projekt), Wydawca: Granna.
Wiek graczy od 7 lat, czas rozgrywki ok. 15 minut, liczba graczy 2-4.

[ocena: 2]
[autor: Paweł Olejniczak]

dino{grę można kupić m.in. w poznańskiej księgarni KiK, która mieści się na ul. Św. Marcin 26; wszyscy, którzy wybiorą się do KiK-u (lub zamówią książkę via wiadomość fb: klik! klik!) na hasło „kopiec kreta” otrzymają możliwość kupienia gry z rabatem 10%}

Zapisz

Fistaszki – wersja kinowa

24/01/2016 § Dodaj komentarz


Warto mierzyć wysoko

Fistaszki - wersja kinowaZacznę od wielkiego komplementu i będzie to OGROMNY komplement z moich ust, gdyż zwyczajnie nie jestem fanem animacji 3D/CGI. Ta forma przejadła mi się dobrą dekadę temu, to przykre, że wielkie studia wmuszają nam ją nadal. Szczerze mówiąc, tylko nieliczne zachwyciły mnie od strony wizualnej. Co z tego, że w Jak wytresować Smoka są ładne sceny latania, jeśli ogół plastyki filmu wydaje mi się Meh! (czyt. „nieciekawy”). Jest pewna swoboda i można ją przekazać, gdy rysuje się osobno każdą z klatek, której zwyczajnie nie ma przy poruszaniu „modelami”, nie mówiąc już, że animacja powinna być miejscem, gdzie można popisać się fantazją. Robienie coraz bardziej realistycznych tekstur, zwyczajnie mija mi się z celem.

Z radością pragnę ogłosić, że oglądając Fistaszki pierwszy raz miałem wrażenie, że animacja CGI NARESZCIE SIĘ ODNALAZŁA! Już w zwiastunach podobało mi się w jaką stronę z tym poszli, ale na wielkim ekranie było to wręcz hipnotyczne! Czułem się jak dzieciak z wielką głową w sklepie z Cukierkami! Co chwila na ekranie było coś ciekawego, pomysłowego, nowego… i ślicznego! Reżyser filmu znalazł nową i sprytną formę wręcz wymuszającą na animatorach i storybordzistach lawinę kreatywności i zabawy formą, a że ją mieli przy robieniu, to promieniuje w każdym ujęciu. Niby banalne zabiegi jak dodanie komiksowych kreseczek i wywalenie paru klatek, gdy postacie machają rękami, a już mamy o niebo ciekawszy efekt niż, gdyby ich gesty miały naśladować rzeczywistość. Postaci, choć proste, nagle stały się bardziej autentyczne, żywe i tętniące osobowością, niż cokolwiek widziałem w Krainie Lodu czy Kung Fu Pandzie. A jak trzeba to film potrafi być też spektakularny, choćby w scenach z wyobraźni Snoopy’ego, w których stawia czoła Czerwonemu Barnowi. To jest jak oglądnie genialnego kolażu: samoloty są trójwymiarowe, postacie płaskie jak wycinanki i jeszcze ich oczy wyglądają klasycznie, a jednak wszystko fajnie współgra.

charlie

Autentycznie mam ochotę pójść na film drugi (być może nawet trzeci) raz dla samej strony wizualnej, bo mam wrażenie, że gdy ilekroć coś mnie na parę sekund rozproszyło, przeleciały mi tony fajnych rzeczy. Plus umówmy się… *WESTCHNIENIE* …długo potrawa niż pozostałe studia zechcą pójść w tę stronę. Gdyby tak uczyniły, w życiu bym nie powiedział na nie ani słowa… Dodatkowo: Scenariusz jest super.

OK, mały regres. Znam fanów Fistaszków, którzy się cali trzęsą, bo film wygląda „za wesoło”. No tak, komiksowe Fistaszki mają świetny humor, ale ogólnie ton serii jest na póły depresyjny. Wszystko ma gorzki podtekst, dzieci schodziły się na filozoficzne konwersacje i zawsze w powietrzu wisi coś niekomfortowego. Kurcze, jak po raz pierwszy zobaczyłem bohaterów Schulza (w przedszkolu), to miałem wrażenie, że są one bardziej smutne niż wesołe i nie rozumiałem czemu. To nie komiks o magii dzieciństwa jak Calvin i Hobbes. Raczej rzecz o niezręcznych aspektach rzeczywistości i uświadamianiu sobie, że życie w swoim okrucieństwie jest czasem dołujące. Nie mówiąc już od takich szokujących scenkach, jak ta z animacji Schulza, w której Charlie i Linus odwiedzają w szpitalu chorą na białaczkę koleżankę i pytają ją, czy umrze. Jeśli kochacie Fistaszki za owy ciężki ton, to idąc do kina raczej obniżcie swoje oczekiwania, bo film, co prawda ma drugie dno, ale nawet nie próbuje naśladować powolnej, cichej atmosfery oryginalnych animacji.

druzyna

Co nie zmienia faktu, że twórcy uchwycili „coś” z komiksu i wyszło to rewelacyjnie. To miła odmiana, oglądać film „dla dzieci”, w którym nie ma wielkiej intrygi, a jedynie z życia wzięte problemy. To tak naprawdę półtorej godziny oglądania anegdot z życia bohaterów, z Charlie Brownem chcącym się przełamać i zagadać z koleżanką, która mu się podoba jako motywem przewodnim. Skojarzyło mi się to nieco z Kubusiem Puchatkiem Disneya z 2011 roku. Fabuła jest jedynie pretekstem do spędzenia czasu z bohaterami, to ich osobowości tworzą film.
Taka sympatyczna „kromka życia” dla dzieci, nieco przywodząca na myśl także Mikołajka. Dynamika między gromadką zostaje rewelacyjnie oddana, jak i poszczególne osobowości. Jeśli ktoś nigdy nie rozumiał fenomenu Fistaszków, to po kilku pierwszych minutach szybko zrozumie za co są kochane. Żarty autentycznie dobre. I słowne i sytuacyjne, i slapstikowe (idące mocno ramię w ramię z genialną animacją, o której pisałem powyżej), bo wynikające z osobowości postaci, a co najważniejsze BARDZO inteligentne (chwilami wręcz intelektualne) bez głupawych akcentów, które zwykle mnie drażnią w filmach Dream Worksu czy Illumination Entertaiment.

snoopy

Podoba mi się ponadczasowość, zero nawiązań do współczesnej pop-kultury czy mody (nikt nie ma tableta czy komórki), dzięki czemu film będzie tak samo bawił za 50 lat. Opowieść jest miejscami wzruszająca, trochę przesłodka, ale nigdy nie przekracza granicy, za którą widz czuje się manipulowany emocjonalnie. Do tego żadnego patosu. Nie wiem, co jeszcze dodać. Polecam, polecam! Całość artystycznie fascynująca plus czarująca historyjka z masą kreatywnego humoru, który rzeczywiście bawi. Wyszedłem z kina w niezwykle dobrym nastroju. WARTO!

fistaszki

Kilka dodatkowych obserwacji:
– Ilekroć w tle leciał oryginalny motyw muzyczny, to mój uśmiech rósł na twarzy pięciokrotnie.
– Dzieci w kinie śmiały się głośno ze sposobu w jakim postacie tańczą. Co mnie potrójnie raduje, bo owa scena jest hołdem najstarszych animacji z Fistaszkami, jest żywcem skopiowana. To świadczy o mocy tej serii: jeśli coś z lat 60’siątych ciągle bawi dzieci dzisiaj.
– Odniosłem wrażenie, że były ze dwa motywy z komiksu, których film nawet nie próbował wprowadzić, tylko z góry założył, że widzowie je znają (np. gdy Linus nagle wspomina o „Wielkiej dyni”) I szczerze? BARDZO DOBRZE! Pokazuje to tylko wolnomyślicielstwo twórców, którzy, nie próbowali być 100% bezpieczni tylko swobodnie wrzucali żarty tak jak je czuli nie zamartwiając się, że część widowni nie załapie 100% gagów. Nic pod publikę…
– Peppermint Patty i Marcie miały najzabawniejsze momenty. Chciałbym cały short tylko z nimi.
– W trakcie pewnej sceny pomyślałem: „To zabawne, że Lucy krytykuje Charliego Browna, że ma «twarz nieudacznika», choć technicznie wszystkie postaci wyglądają tak samo”. I dosłownie chwilę później pojawia się gag wytykający tę ironię. Dobrze świadczy o reżyserze, gdy potrafi przewidzieć reakcje widzów.
– To genialny zabieg, że 2/3 filmu dzieje się zimą, bo gdy już przechodzi wiosna, to ekran zalewa morze kolorów, to zyskują na potędze.
– Ufff… Na samiutkim końcu była „scena z piłką”. Warto zostać do końca napisów.

czerwony baron

Kilka drobnych uwag, które nie wpływają na wysoką ocenę filmu:
– Całość nieco za krótka. Autentycznie mogło to trwać spokojnie dziesięć-piętnaście minut dłużej.
– Za mało Linusa. Znaczy jest go sporo, ale miałem wrażenie, że z tej postaci można wyciągnąć dużo więcej. Jakbym nie czytał komiksu, to po obejrzeniu filmu, miałbym mało o nim do powiedzenia. Ot, mniej barwny członek gromadki. Podczas, gdy w pierwowzorze (przynajmniej w moim odczuciu), to była zawsze najważniejsza postać zaraz po Charlie Brownie, no i Snoopym.
– Rewelacyjny jest wątek dziejący się w wyobraźni Snoopy’ego, ale miałem wrażenie, że można go było lepiej rozłożyć w czasie filmu. W każdym razie w ostatniej 1/3 filmu był moment, w którym dano dwie takie sekwencje pod rząd w bardzo małych odstępach czasu.

fistaszki cala ekipa

Polski dubbing jest świetny, tym bardziej, że grały same dzieciaki, ale:
Fistaszki – Wersja kinowa brzmi idiotycznie. Wiem, że technicznie niczym się nie różni od The Peanuts movie, ale polski tytuł mógłby brzmieć Fistaszki i było by OK.
– Ilekroć w filmie miał miejsce jakiś sklapstik i na ekranie pojawiały się onomatopeje („WHAM!”, „BAM!”), to lektor czytał je na głos. Szkoda!
– Podczas napisów końcowych są scenki, w których bohaterowie tańczą, zaś obok nich pojawiają się ich imiona oraz aktorów, którzy użyczyli im głosów, właściwie pojawiły się tylko imiona Snoopy’ego i jego ukochanej Fifi (bo ich aktorzy byli z oryginału angielskojęzycznego), zaś nie podpisano polskich aktorów. Po prostu pojawia się imię postaci, a obok puste miejsce, w który powinno być wklejone imię aktora. Szkoda, że tego nie uczyniono, dzieciaki odwaliły kawał wspaniałej roboty i zasłużyły, by ich imiona dostały pięć sekund w centrum ekranu!

 [autor: Maciej Kur]

The Shadow. Cień: W ogniu stworzenia

02/12/2015 § Dodaj komentarz


Cień i szpiedzy

the ShadowNazwisko Gartha Ennisa budzi spore oczekiwania. Ostatecznie, to scenarzysta serii Kaznodzieja, komiksu, który wielu wskaże swoim numerem jeden. Jednak, parafrazując wujka Bena, wielkie nadzieje budzą wielkie rozczarowania. Jeszcze nie całkiem otrząsnąłem się z traumy po wybryku scenarzysty często z Ennisem mylonego. Lektura Wojny bez końca Warrena Ellisa skończyła się mentalnym bełtem. Do dziś zachodzę w głowę, jak to możliwe, że autor Transmetropolitan, Detektywa Fella czy marvelowskich Thunderbolts złożył podpis pod tak wyrazistym przykładem absolutnej miernoty. Do Shadowa podchodzę więc chłodno. Choć trzeba przyznać, że ciężko zachować zimną krew na widok miodnej okładki Alexa Rossa.

Shadow nie miał ze mną lekko. Nie przekonało mnie ani zamieszczone z tyłu zawołanie „cień wie”, Layout 1które skojarzyło mi się z dość popularnym frazeologizmem, ani też sam podtytuł: Cień w ogniu stworzenia. Co to, do cholery, ma być, pomyślałem, oczyma wyobraźni widząc cień wesoło pląsający w ogniu skrzesanym przez jakieś paskudne, ropucho-podobne stworzenie. Nie ma co drażnić mojej wyobraźni. Nie przekonały mnie też rysunki. Mocno kontrastują z okładkami. Wyglądają trochę jak klasyczne, książkowe ilustracje rysowane na bazie zdjęć. Czasem kreska pójdzie trochę nie tak i pan z wąsem nie ma oka, ale kto by się tam przejmował detalami, w końcu widać, co jest co. Ich szczęście, że przynajmniej dobrze opowiadają historię, a o to tu chyba chodzi…

The Shadow z miejsca okazał się być czymś nieco innym, niż się spodziewałem. Być może dlatego, że większość krążących po sieci kadrów przedstawia sceny, w których tytułowy mściciel pruje z pistoletów, tymczasem nie one są kwintesencją tej opowieści. Szykowałem się na mroczny kryminał w stylu noir z bohaterem pokroju V z V jak Vandetta. Tymczasem otrzymałem opowieść drogi, osadzoną w czasach historycznej burzy poprzedzającej II wojnę światową. Zamiast Batmana, dostałem nowoczesnego Corto Maltese na sterydach. Czy był to minus? I tak, i nie. Z jednej strony, uwielbiam kryminały, z drugiej, dostałem coś, co cenię chyba jeszcze bardziej – kawał solidnej historii, do której chce się wrócić. Przeszkodą były jedynie około wojenne realia, które, delikatnie rzecz ujmując, nie znajdują się w centrum mojego zainteresowania.

Jeśli do bohatera wykreowanego przez Ennisa mam jakieś zastrzeżenia, Layout 1to głównie takie, że wydaje się nieco zbyt mocarny, żeby nie powiedzieć: całkowicie pozbawiony słabości. Wie wszystko, umie wszystko, tak można go podsumować. Jest niczym nieśmiertelny Indiana Jones zaopatrzony w dwa automaty i zdolność widzenia przyszłości. Podejrzewałem, że cień zwykle przemyka się pod ścianami, tymczasem woli raczej równać je z ziemią, by to po nich został ledwo cień.

Na tym właściwie kończy się lista zastrzeżeń. Przedstawione w komiksie postacie urzekły mnie świetną konstrukcją. Zarówno sam Cień, uprzejmy gentleman z tendencją do bezceremonialnej brutalności i cynizmu, jak i przekrój świetnie skonstruowanych bohaterów dalszego planu, od wojskowego przygłupa – marionetki, po bezwzględnego adwersarza, balansującego między potężnymi siłami, zdolnego wyprowadzić w pole Niemców, Anglików, Rosjan, a także rodzime Cesarstwo. Urzekła mnie także postać Bawoła. Autentyczny, grubiański watażka (uwielbiam to słowo!) zdobył moje serce sprowadzając japońskie wartości do poziomu gleby, którą to w wyniku „honorowej walki” krwią zraszały setki tysięcy chińskich ofiar.

Komiks jest napakowany treścią i choć w fabule trudno się zgubić, to jednak nie można powiedzieć, że mało się w niej dzieje. Skończona lektura wywołała u mnie błogie uczucie odbycia pasjonującej podróży. Choć, między Bogiem a prawdą, cieszy, że była to jedynie podróż wyobraźni. Co ważne, pozycja stanowi autonomiczną, w pełni zamkniętą całość. Layout 1Powoli zaczyna mnie irytować, że każde nowe wydawnictwo stanowi ledwie przedsmak kolejnego tasiemca. Także finał historii okazał się być satysfakcjonujący, ze świetnym suspensem pod koniec i mocnym, bezkompromisowym epilogiem.

Podsumowując, mimo że komiks nie do końca wstrzelił się w moje oczekiwania oraz ogólne preferencje, okazał się być doskonałą lekturą, która na długo pozostaje w pamięci. Gdyby postać była nieco mniej przepakowana, a rysunki chętniej pieściły oczy, mógłbym go uznać za jedną z lepszych pozycji, jakie kiedykolwiek czytałem. Tymczasem, jest tylko bardzo dobrze.

Garth Ennis (scen.), Aaron Campbell (rys.), „The Shadow. Cień: W ogniu stworzenia”, tłum. Maciej Drewnowski, Wydawnictwo Planeta Komiksów, Warszawa 2015. [ocena: 7/10]

[autor: Józek Śliwiński]

alex rossplaneta Komiksów{komiks można kupić tu: klik! klik! lub tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with opinia at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: