Nieśmiertelny Iron Fist #1: Opowieść ostatniego Iron Fista

17/01/2018 § Dodaj komentarz


Mistyczny wojownik w Hell’s Kitchen

Iron Fist jest „trzecioligowym” superbohaterem Marvela. Jest mistrzem sztuk walki i posiada moc polegającą na zdolności skupienia duchowej energii chi, którą potrafi kierować do pięści, dlatego uderza z niesamowitą i niszczycielską siłą. W Polsce heros znany jest głównie dzięki dwóm serialom wyemitowanym w tym roku przez Netflix: Marvel’s Iron Fist oraz The Defenders. Niestety w obu produkcjach postać Danny’ego Randa, którą gra Finn Jones, nie prezentuje się dobrze. Zatem zamiast cierpieć podczas oglądania wątpliwej jakości choreografii sztuk walki i marnej gry aktorskiej, warto sięgnąć po komiks Opowieść ostatniego Iron Fista, czyli pierwszy album z serii Nieśmiertelny Iron Fist.

Pierwotnie The Immortal Iron Fist ukazywał się od listopada 2006 do sierpnia 2009. Łącznie cykl liczył sobie 27 zeszytów, które następnie zebrano w pięć tomów. W produkcję zbiorczej „jedynki”, która w naszym kraju ukazała się staraniem Muchy, zaangażowani byli, m.in.: Ed Brubaker i Matt Fraction (scenariusz), David Aja (rysunki) i Matt Hollingsworth (kolory). Cztery nazwiska twórców, które mogą sugerować, że pozycja warta jest przeczytania.

Fabuła rozpisana została na kilka wątków, które wzajemnie się przenikają i w finale łączą. W pierwszym obserwujemy bieżące zmagania aktualnego Iron Fista z Hydrą oraz Danny’ego Randa z Chińskim Narodowym Instytutem Transportu. W drugim poznajemy kilku wcześniejszych obrońców mistycznego miasta K’un-Lun. Trzeci poświęcony jest Orsonowi Randallowi, który od 1915 roku jest Żelazną Pięścią, a teraz przybył Nowego Jorku, aby podzielić się z Danielem dziedzictwem i wiedzą.

Scenarzyści nadzwyczaj chętnie przeplatają bieżące wydarzenia epizodami z przeszłości. Na szczęście korzystanie z retrospekcji nie burzy spójności narracji, a wręcz przeciwnie, uwiarygodnia aktualne zdarzenia oraz buduje mistyczną mitologię bohatera. Przy okazji warto wspomnieć, że akcja komiksu rozgrywa się po wydarzeniu Civil War, czyli wojnie domowej między zwolennikami Iron Mana a Kapitana Ameryki, która dotyczyła rejestracji superbohaterów.

Głównym rysownikiem odcinka jest David Aja, który w zestawie materiałów dodatkowych dzieli się z czytelnikami autorskim komentarzem projektowania postaci. Zamieszczono sporo wstępnych szkiców kostiumu bohatera i pomysłów na „odświeżenie” jego wyglądu. Hiszpański rysownik, który aktualnie rysuje serię Hawkeye (klik! klik!), świetnie poradził sobie z ukazaniem scen akcji, pościgów i walki. Kreska jest jakaś taka brudna i chropowata, co świetnie oddaje istotę i naturę dzielnicy, w której rozgrywa się akcja. Aja chętnie eksperymentuje z wielkością, kształtem i układem kadrów na planszy

Danny Rand w komiksie prezentuje się dużo lepiej niż w serialu telewizyjnym, postać jest bardziej spójna i konsekwentnie poprowadzona. Polecam czytać Opowieść ostatniego Iron Fista z pozostałymi pozycjami należącymi do „mikrouniwersum” Hell’s Kitchen (klik! klik!), tym bardziej że w łamach gościnne występy zaliczają Daredevil, Luke Cage czy Misty Knight.

Ed Brubaker & Matt Fraction (sc.), David Aja & Russ Heath & John Severin & inni (rys.), „Nieśmiertelny Iron Fist #1: Opowieść ostatniego Iron Fista”, tłum. Marek Starosta, Mucha Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5-, kolory/cienie: 5]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Reklamy

Kingsman. Tajne służby

15/01/2018 § 1 komentarz


Brzydkie kaczątko zostaje elitarnym szpiegiem

Oglądaliście film Kingsman: Tajne służby? Świetny, prawda? A w ubiegłym roku byliście w kinie na Kingsman: Złoty krąg? Jak się podobał? Też uważacie, że sequel dużo słabszy od „jedynki”? Scenariusz obu produkcji bazował na komiksie Marka Millara oraz Dave’a Gibbonsa. Zresztą panowie zostali zaangażowani w kinową adaptację jako producenci wykonawczy. Tuż przed polską premierą Złotego kręgu do księgarń trafił album Kingsman. Tajne służby, który został opublikowany przez oficynę Mucha Comics.

Akcja komiksu osadzona została w Londynie. Głównym bohaterem jest nastoletni Gary (przez przyjaciół nazywany Eggsy). Chłopak nie może usiedzieć w domu, bo sytuacja w nim nie jest ciekawa: bezrobotna matka, bezrobotny ojczym, przemoc i terror, pijackie libacje, zasiłek przepuszczany na alkohol. Dlatego „buja się z ziomkami po dzielni” i regularnie pakuje w kłopoty. Po ostatniej eskapadzie ląduje w policyjnym areszcie, z którego wyciąga go wujek. Jack London pracuje dla rządu, ale wbrew temu co myśli siostrzeniec, nie jako księgowy, a tajny agent z licencją na zabijanie. I jest jednym z najlepszych szpiegów w służbie Jej Królewskiej Mości.

Wujek postanawia dać młodzieńcowi szansę wyrwania się z zaklętego kręgu życiowych nieudaczników. Dzięki swojej pozycji i koneksjom załatwia Gary’emu udział w szkoleniu przeznaczonym dla przyszłych szpiegów-gentelmanów. Chłopak z nizin społecznych nie pasuje do nowego miejsca, ale swoje braki w obyciu nadrabia wytrwałością i siłą charakteru.

Fabuła prowadzona jest dwutorowo. Społeczny awans Gary’ego to jeden wątek. Drugi dotyczy już stricte szpiegowskiej afery, która, jak przystało na produkcje tego typu, sama w sobie jest durna i absurdalna. Co prawda uważam, że jest to świadome działanie ze strony scenarzysty, który umyślił sobie napisanie pastiszu Bondów. Niestety im dalej w las, tym ciemniej. Millarowi się opowieść rozłazi. Tak to czytam, że autor bał się popadnięcia w nadmierne moralizatorstwo i nie wiedział w jakim kierunku pchnąć całość. Opowieść gdzieś po drodze wytraca tempo i płynność narracji. Rzecz się rwie i finalnie w pamięci pozostają strzępki kilku epizodów.

Gibbons jest klasą sam dla siebie. Wystarczy wymienić świetnych Strażników czy komiks Martha Washington. Jej życie i czasy, wiek XXI. W przypadku omawianej pozycji artysta zdecydował się na wyraźne uproszczenie przedstawienia. Ilustracje ograniczono do niezbędnej ilości detali, w wielokrotnie tła zredukowano do barwnej plamy. Z drugiej strony są kadry, które dopracowane zostały z niesamowitą dbałością o szczegóły. W scenach zbiorowych, gdzie występuje wielu statystów można rysownikowi zarzucić niedbałość ukazywania postaci. Można się czepiać także tego, jak przedstawiani są Gary i Jack – miejscami nie widać różnicy wieku między nimi. Oczywiście, decyzję o takim ich ukazaniu należy wpisać w świadome działanie, które ma parodiować podobne produkcje. Jednak mnie to za serce nie chwyta.

W pełni zgadzam się z Janem Sławińskim, który w swojej recenzji napisał: „Historia przypomina jakby pierwszy draft zamówiony przez Vaughna u Millara”. Całość da się czytać, ale po zakończonej lekturze proponuję jeszcze raz obejrzeć filmową adaptację z 2014 roku.

Mark Millar & Matthew Vaughn (sc.), Dave Gibbons (rys.), „Kingsman. Tajne służby”, tłum. Robert Lipski, Mucha Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 3, rysunki: 3, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Amulet #3: Zaginione miasto

12/01/2018 § Dodaj komentarz


Miasto w chmurach

Trzeci album serii Amulet rozpoczyna się od dwóch wydarzeń, w których nie występuje para głównych bohaterów. Początkowa nieobecność Emily i Navina może budzić niepokój. W zamian spotykamy młodego księcia elfów, który – jak pamiętamy z uprzedniej części – nie zrealizował zleconej misji, przez co ściąga na swoją głowę gniew bezdusznego ojca. W kolejnym epizodzie poznajemy Gabilana, płatnego zabójcę, któremu król elfów zleca zabójstwo młodej strażniczki kamienia oraz przykładne ukaranie księcia Trellisa. Przybliżone zdarzenia, to mroczny przedsmak tego, co czeka czytelników w tomie Zaginione miasto.

Dalej opowieść obfituje w niemniej zaskakujące wypadki. Kazu Kibuishi wysyła swoich bohaterów na poszukiwanie tytułowego zaginionego miasta, ukrytego gdzieś w chmurach, gdzie podobno rezyduje Rada Strażników. Mieszkańcy Alledii uważają, że Cielis nie istnieje i nigdy nie istniało, a informacje o Radzie, która troszczy się o równowagę i pokój w krainie, to jedynie miejska legenda. Czy znajdzie się jakiś śmiałek, który pomoże rodzeństwu i przyjaciołom w poszukiwaniu mitycznego miejsca? Czy najemny mściciel dopadnie rodzeństwo i księcia? Czy dziewczyna powinna ufać księciu z rodu elfów? Dlaczego on nienawidzi swojego ojca? Kim jest mężczyzna, którego Trellis odnajduje w jaskiniach i zabiera ze sobą na eskapadę? Na niektóre z tych pytań poznajemy odpowiedź, ale podczas lektury pojawiają się i inne.

Pisarz obdarowuje Emily i Navina kolejnymi ekscytującymi i niebezpiecznymi przygodami, które, oczywiście, kończą się pozytywnie. Czytelnik momentalnie wsiąka w przygodową fabułę i bez problemu wchodzi w wykreowaną rzeczywistość. Akcja całości prowadzona jest wartko, bez przynudzania i dłużyzn. Od pierwszych stron nie może się oderwać od czytania, a gdy pojawia się napis „Koniec części trzeciej” ciężko uwierzyć, że to już, że znów będzie musiał czekać pół roku nim Planeta Komiksów opublikuje kolejny tom.

W Zaginionym mieście mocniej eksponowany jest steampunkowy charakter scenografii i technologii. Samobieżne domy oraz gadające roboty pojawiły się już w uprzednich odcinkach. Nowością są niezbyt zwrotne sterowce, stacja paliw zbudowana na pionowej skale czy ukrywające się w chmurach latające miasto. Nadal ważnym i fundamentalnym elementem konstrukcyjnym fabuły jest magia, niezwykłe artefakty, fantastyczne stwory i obce rasy. Polecam serię Kibuishiego młodocianym czytelnikom od pierwszej odsłony. Przyznaję się również do tego, że sam podczas lektury mam sporo frajdy.

Kazu Kibuishi (sc. & rys.), „Amulet #3: Zaginione miasto”, tłum. Maria Lengren, Planeta Komiksów, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4+, rysunki: 3+, kolory/cienie: 4-]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Punisher Max. Tom 3

11/01/2018 § Dodaj komentarz


 Punisher: seks i przemoc

Pierwszy komiks z Punisherem przeczytałem, kiedy miałem osiem czy dziewięć lat. Nie pamiętam o czym był, ale jedna rzecz została mi w pamięci na zawsze: scena, w której Frank Castle walczył z rekinem. Dlatego też niniejszy tom obudził we mnie sentymentalne uczucia – tu także Mściciel znajduje się w podobnej sytuacji. Trzecia część cyklu Punihser Max pisanego przez Ennisa, to kawał rewelacyjnego komiksu. Pełnego seksu, przemocy, okrucieństwa i brudu, ale też i emocji oraz akcji. Całość podana wprawdzie w wulgarny, ale znakomity sposób.

Co tym razem czeka na Franka? W trakcie rutynowego polowania na przestępców, Mściciel staje się świadkiem walki pewnej kobiety z napastnikami. Oczywiście wkracza do akcji, ratuje, wykańcza wrogów i jednocześnie angażuje się w sprawę, z jaką nie miał zbyt wiele do czynienia w swojej karierze. Punisher słynnie w końcu z walki z mafią, handlarzami narkotyków etc., teraz przyjdzie mu jednak stawić czoła handlarzom ludzi pochodzącym ze Wschodniej Europy, którzy do łatwych przeciwników nie należą. Weterani czystek etnicznych, gotowi są na prawdziwą wojnę byle pilnować swoich interesów, a na dodatek nie istnieje chyba zbrodnia, której by się nie dopuścili. Jakby tego było mało, w sprawę angażuje się także policja…

W Barakudzie, czyli w drugiej opowieści, Frank zajmuje się tropieniem handlarzy narkotyków. Media i policja interesują się nim bardziej, niż dotychczas. Wszystko to sprawia, że nasz mściciel trafia do Miami, gdzie przyjdzie mu rozliczyć się z pewną korporacją i stawić czoła Barakudzie, kolejnemu choremu szaleńcowi, z jakim zetknął go los.

Martwe dzieci, zmuszone do prostytucji kobiety, rozczłonkowane ciała, płonący żywcem ludzie, ofiary pożerane przez rekiny… Garth Ennis, twórca Kaznodziei (klik! klik!), nie zwalnia tempa, a pisane przez niego opowieści cały czas utrzymują wysoki poziom. Całość jest brutalna, przepełniona chorą przemocą i ostrym seksem, ale jednocześnie wciąga, emocjonuje i potrafi zachwycić. Zresztą drastyczność także należy do zalet cyklu – ekstremalne wrażenia mają w końcu swoją wartość. Ennis często przekracza wprawdzie granice absurdu, ale robi to z takim wdziękiem, że możemy przymknąć na to oko.

Znakomicie wypadają też szata graficzna i wydanie. Pierwsza, choć za poszczególne historie odpowiadają różni artyści, zawsze jest brudna, krwawa, mroczna i mocno skupiona na makabrycznych detalach. I zawsze jest też udana, bo rysownicy wybrani do przeniesienia na papier wizji Ennisa są znakomici w swoim fachu. Co się zaś tyczy wydania, mamy tu papier kredowy, twardą oprawę, bardzo dobrą jakość całości i całkiem sporą galerię szkiców.

Jeśli szukacie mocnego komiksowego dreszczowca dla dorosłych, to Punisher Max będzie strzałem w dziesiątkę. Nie jest to oczywiście seria dla wszystkich, ale miłośnicy brutalnych sensacji w stylu filmów Tarantino czy Rodrigueza będą zachwyceni. Tytuł wart polecenia, jak rzadko który od Marvela.

Garth Ennis (sc.), Leandro Fernández & Goran Parlov (rys.), „Punisher Max. Tom 3”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1258, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Wiedźmy

09/01/2018 § Dodaj komentarz


  Czego tu się bać?

Scott Snyder to aktualnie jeden z najbardziej wziętych (tj. płodnych) scenarzystów DC Comics. W ramach The New 52 pisał całego Batmana, ale także serię Szpon, Wieczny Batman czy Wieczni Batman i Robin. Wymieniając tylko te rzeczy, które się w Polsce ukazały. Cykl Wiedźmy, przygotowany pierwotnie dla Image Comics, to opowieść z pogranicza horroru i groszowej pulpy. Jeśli czytaliście Amerykańskiego Wampira, Severed czy Przeburzenie, to wiecie, że mroczne historie nie są pisarzowi obce i całkiem nieźle sobie radzi z gatunkiem.

Początkowo fabuła prezentuje się w sposób tendencyjny i oczywisty. Trzyosobowa rodzina Rooksów przeprowadza się do małego miasteczka Litchfield w stanie New Hampshire, aby w nowym miejscu odciąć się od dawnych zdarzeń i zacząć z „czysta kartą”. Powód przenosin wiąże się z traumatycznymi przeżyciami Sailor, córki Charliego i Lucy, która ma stany lękowe i napady paniki. Dopiero z retrospekcji czytelnik dowiaduje się, że w poprzedniej szkole dziewczyna była prześladowana i terroryzowana przez starszą, brutalną koleżankę, która zaginęła w tajemniczych okolicznościach. Sailor ma poczcie winy. I choć rodzicie starają się, jak mogą, to ona obstaje przy swoim. Jak widać, psychologiczne podłoże zostało równie sztampowo zarysowane.

Czy na jakiejś płaszczyźnie skrypt Snydera zaskakuje? Czy zawiera coś nieprzewidywalnego? Czy wyłamuje się ze schematu? Czy opowiada nam coś, czego wcześniej nie mieliśmy okazji przeczytać lub zobaczyć w kinie? Czy w opowieści jest jakieś novum? Czy podczas lektury się boimy? Na żadne z pytań nie odpowiem wprost. Zdradzę jedynie, że niespełna dwustustronicowy album udało mi się przeczytać dopiero za trzecim podejściem.

Niebagatelne znaczenie dla fabuły ma podłoże obyczajowe. Wyraźnie widać, że scenarzysta kładzie nacisk na to, aby ukazać relacje panujące w rodzinie Rooksów. W tym aspekcie spodobała mi się silna więź, jaka łączy (i zawsze łączyła) ojca z córką. Element ten uwiarygodnia występujące postaci i należy zapisać na plus. W sugestywny sposób ukazano także zagubienie Sailor w nowej szkole.

Wiedźmy to popisowe dzieło trzech panów: Jocka (właściwie Marka Simpsona), Matta Hollignswortha i Clema Robinsa. Rysownika, kolorysty i liternika, który dodatkowo przygotował psychodeliczne „rozbryzgi” barw. W segmencie dodatków możemy zapoznać się z siedmiostopniowym procesem od rysunku tuszem do finalnej wersji kadru. Poglądowa lekcja jest niezwykle interesująca i pouczająca. Jock to artysta, który tworzy głównie okładki, a za rysowanie plansz nie zabiera się często. Szkoda, bo twórca posiada własny, unikatowy i charakterystyczny styl. Jego kreska jest ostra, drapieżna i agresywna, kontur wyraźny i „brudny”. Przedstawienie postaci jest zniekształcone i zdeformowane przez nadmierne rozciągnięcie w pionie. Tytułowe Wiedźmy, choć nie pojawiają się zbyt często, są odrażającymi kreaturami. Kojarzą mi się z demonami z japońskiego folkloru. Na uwagę zasługuje także układ kadrów na planszy: duże, horyzontalne panele przeplatają się z małymi, kwadratowymi wstawkami.

Komiks został bardzo dobrze przyjęty w Ameryce, jednak w Polsce Wiedźmy nie zebrały równie entuzjastycznych recenzji. Ponieważ nie jest to rzecz ani przełomowa, ani rewolucyjna. Wielbicielom opowieści grozy spod znaku Hrabstwa Harrow, Severed czy The Black Monday Murders produkcja przypadnie do gustu. I dla nich dobra informacja, którą przekazał mi Krzysztof Tymczyński: „Obecnie na łamach magazynu Image+ leci wstęp do drugiej części, która ma się ukazać w przyszłym roku”.

Scott Snyder (sc.), Jock {właśc. Mark Simpson} (rys.), „Wiedźmy”, tłum. Robert Lipski, Mucha Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 2+, rysunki: 5+, kolory/cienie: 6]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Zabij albo zgiń. Tom 1

08/01/2018 § Dodaj komentarz


 Mściciel Jungiem podszyty

Młody chłopak ociera się o śmierć. Życie nie układa mu się tak, jak by sobie tego życzył, dlatego postanawia się zabić. Dziwnym zrządzeniem losu przeżywa. Cud! W nocy objawia mu się tajemniczy demon, który w zamian za ratunek domaga się daniny krwi. Chłopak ma zabijać raz jakiś czas kolejne osoby, które przez swoje złe uczynki nie zasługują na życie. Staje się krwawym mścicielem, zamaskowanym bohaterem, który działa w tajemnicy przed wszystkimi. Seria Zabij albo zgiń nie jest jednak kolejną opowieścią superbohaterską. To chłodny i podszyty psychologią współczesny realizm.

Brubaker w pierwszoosobowym strumieniu świadomości głównego bohatera odwołuje się do psychoanalizy Junga. Trop ten można wyłapać niemal od samego początku. Jungowskie archetypy to psychologiczne wzorce, czy też elementy ludzkiej osobowości, często działające na poziomie podświadomym. Demon objawiający się naszemu bohaterowi wygląda w końcu niczym cień, a jungowski Cień odpowiadał za to, co przez nas wyparte, za zachowania społecznie nieakceptowane. Otarcie się o śmierć wywala (i wyzwala) chłopaka poza nawias społeczeństwa, jest wolny od norm i konwenansów. Mimo wszystko widzi w swoim działaniu wyższy cel, który podpowiada terroryzujący go demon.

W ten sposób Brubaker – posiłkując się takimi historiami jak z filmów Życzenie śmierci czy Taksówkarz – stworzył kolejny obraz o obrońcy polującym na bandziorów, tylko że podparty teoriami stojącymi u podstaw psychoanalizy. Oczywiście możecie stwierdzić, że moja teoria z Jungiem jest nieco naciągana, ale w takim razie czy ta osłonięta czerwienią twarz z okładki tylko mnie kojarzy się z klasycznym Cieniem, którego wydała u nas Planeta Komiksów (klik! klik!), a którego też sporo łączyło z rzeczonym archetypem?

Brubaker to marka i gwarancja poziomu, poniżej którego ten scenarzysta po prostu nie schodzi (nie licząc naprawdę okazjonalnych wypadków przy pracy). Nowa seria nie zawodzi, zwłaszcza że scenarzysta ma dopracowaną współpracę z Seanem Phillipsem, z którym razem stworzył choćby serię Fatale (klik! klik!). Zabij albo zgiń to intrygujący wstęp w dłuższą historię, bo nasz bohater dopiero zaczął przelewać krew łotrów, a jego zamaskowane dokonania przeplatają się z problemami osobistymi. Jednak w „jedynce” brakuje w jego losach czegoś, co by mnie mocniej chwyciło za serce (czy coś innego). Z drugiej strony to dopiero początek i dopiero zobaczymy, jak potoczy się jego kariera mściciela oraz co wyniknie z beznadziejnego trójkąta emocjonalnego, w który nasz bohater się wpakował.

Nie mówię: „Przeczytajcie koniecznie”, ale warto mieć na uwadze, zwłaszcza jeśli ma się do Brubakera zaufanie. Niby mnie nie chwyciło, ale ciekawi mnie, co przyniesie tom drugi.

Ed Brubaker (sc.), Sean Phillips (rys.), „Zabij albo zgiń. Tom 1”, tłum. Paulina Braiter, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Daredevil. Nieustraszony. Tom 2

04/01/2018 § Dodaj komentarz


 Matt Murdock przyciśnięty do ściany

Tak, to jest równie dobre jak pierwszy tom. Trzeba. O pierwszym tomie pisałem na stronie. Chwaliłem (klik! klik!). Oto dobrze znany Daredevil. W cywilu ślepy prawnik, który nocą walczy z przestępcami na ulicach, a za dnia walczy o poszanowanie prawa na sali sądowej. Tak to u niego działało przez minione dekady. Tylko że status quo zostało naruszone – ktoś podał opinii publicznej osobiste personalia śmiałka w czerwieni. Zaczyna się okres narastającego chaosu.

Tom drugi to kontynuacja i rozwinięcie tego motywu. W pewnym momencie bohater przestaje próbować kontrolować chaos, czy też z nim walczyć, a zamiast tego poddaje mu się i pozwala poprowadzić, stając się jedną z niszczących sił. Daredevil ma nadzieje, że uda mu się jednocześnie niszczyć i tworzyć, ale to wcale nie jest takie proste.

„Dwójka” to kolejna cegła napakowana po brzegi świetnym operowaniem możliwościami medium, jaki jest komiks. Kreując przygody herosa Bendis był u szczytu swoich możliwości, napisał świetne, żywe dialogi, pulsujące i napakowane emocjami i wiarygodnością (tu propsy dla ‘Szpaka’, tłumacza, który tego nie pogrąża). Równie dobrze operował kadrowaniem, upływem czasu w kadrach i poza nimi, które równie dobrze ze scenariusza na papier przelewał w swój brudny i pełen zadziorów sposób Maleev. Po prostu świetna robota, górny poziom, do którego mainstream zwykle nie sięga. Praktycznie powała.

Po bieżący tom warto jednak sięgnąć nie tylko dlatego, że jest napisany i narysowany równie dobrze, co pierwszy. To nie więcej tego samego dobra. To jest coraz więcej dobra. Matt Murdock zawsze był postacią borderline’ową, zawieszoną między swoimi dwoma obliczami, z których każde jest drugą stroną tej samej monety. Bendis przyciska go tu do ściany, zmusza do poddania się jednemu z jego wizerunków bądź zlania ich w jedność. W końcu prowadzi do jednej z najmocniejszych i najważniejszych konfrontacji w świecie Marvela, która tu faktycznie przynajmniej na jakiś czas ma swoje poważne konsekwencje.

Czytajcie Daredevila, bo czyta się go jednym tchem, to serial, gdzie trudno poprzestać na jednym zeszycie/odcinku, od razu się sięga po kolejny. Telewizyjne serie Netflixa nie potrafią tak trzymać tempa i napięcia, a ten komiks i owszem. Gdybym miał coś polecić komiksowemu ignorantowi, co dotąd tylko kino i seriale, to właśnie byłby to ten tytuł.

Czytajcie Daredevila, bo to jedna z najlepszych minionego roku!

Brian Michael Bendis (sc.), Alex Maleev & Michael Golden & Greg Horn & P. Craig Russell & Jae Lee & David Finch & inni (rys.), „Daredevil. Nieustraszony. Tom 2”, tłum. Marceli Szpak {pseud.}, Klub Świata Komiksu – album 1257, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with komiks amerykański at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: