Bajka na końcu świata #1: Ostatni ogród

24/06/2017 § Dodaj komentarz


Pierwsze przygody Bajki i Wiktorii

Pewnie zastanawiacie się nad tym, dlaczego najnowszy komiks Marcina Podolca nosi tytuł Bajka na końcu świata, a nie Bajka o końcu świata? Tytuł brzmi trochę nie po polsku, ale od razu informuję, że jest to jedynie złudzenie. Słowo „bajka”, użyte w tytule albumu, nie odnosi się do rodzaju utworu literackiego. Tak ma na imię pies (a właściwie suczka) małoletniej Wiktorii, która jest główną bohaterką opowieści. Obie są permanentnie w drodze, przemierzają „świat po wielkim wybuchu”. Stąd owo „na” a nie „o”.

Chcąc dalej trochę bawić się semantyką, to właściwie tytuł wskazuje, że Bajka jest już na końcu świata, że osiągnęła punkt docelowy. A skoro warstwa fabularna ukazuje ciągłą wędrówkę, to można domniemywać, że nie istnieje żadne konkretne miejsce, do którego bohaterki mogłyby dotrzeć. Ponieważ już w nim są, a wędrówka jest jedynie pretekstem. Do czego? Lepszego poznania postapokaliptycznej rzeczywistości? Choć można na sprawę spojrzeć jeszcze inaczej. Omawiana publikacja nosi podtytuł Ostatni ogród, a na grzbiecie umieszczono cyfrę jeden. Czyli w rękach mamy fragment, a całość opowieści składać się będzie z kilku części (Ilu? Tego na chwilę obecną nie wiadomo), więc nazwa odnosi się do kompletu, którego nie ma, który dopiero będzie. Jeśli pod tym kontem patrzeć, to wówczas Bajka znajdzie się na końcu świata w ostatniej odsłonie. A! Jeszcze jedna ciekawa sprawa. Z albumu to nie wynika, ale na stronie wydawcy podano, że w tytule „koniec świata” pisany jest z małych liter, więc niby nie jest to żadna nazwa własna… Dobra, dość tych słownych gierek.

Jak wspomniałem, akcja albumu rozgrywa się w mało przyjaznej rzeczywistości, która jest bezludna, zrujnowana, rozbita, spopielona i pustynna. Jeden z bohaterów mówi: „Wiecie, nie ma lekko, odkąd świat wygląda jak wielka piaskownica”. Bohaterki (Wiktoria i Bajka) przemierzają jałową krainę, codziennie mijają kolejne zwalone domy, wypalone do cna lasy, dymiące zgliszcza i kratery. Kierunek wędrówki wyznacza tajemnicze światło, które w nocy pojawia się na nieboskłonie. Protagonistki są przekonane, że światłość została wysłana przez rodziców dziewczynki i wskazuje miejsce ich aktualnego pobytu.

Scenarzysta nie zdradza dlaczego świat spotkała katastrofa, dlaczego jest bezludny czy jakim cudem Wiktoria i Bajka ocalały. Czytelnik „na wiarę” musi przyjąć wiele konstrukcyjnych elementów komiksu. Na szczęście opowiadanie wcale nie skupia się na beznadziejnej sytuacji bohaterek. A wręcz przeciwnie. Pewnie dlatego nie dziwi, że dziewczynka może rozmawiać z psem. A między ruinami i dymem migają nikłe promyczki nadziei: kiełkująca roślinka, zapomniany ogród z czystą wodą, gdzie można się popluskać i myć czy przyjacielsko nastawiony tapir, który jest kurierem. Całość fabuły niesie za sobą pozytywny przekaz o przyjaźni, lojalności, celowości podjętych działań i ufności. Historia, przynajmniej w „jedynce”, skupia się na małych a znaczących gestach i symbolach.

Oprawa graficzna jest więcej niż dobra. Podolec odrysował rzeczywistość spójną i wiarygodną, w której wszystkie przedstawione elementy do siebie pasują, wzajemnie się uzupełniają i uzasadniają. Z albumu na album kreska rysownika ewoluuje. Oczywiście w wypadku Bajki… w pewien sposób została dopasowana do potencjalnego czytelnika (tj. dzieci), dlatego postaci ukazane zostały bardzo sympatycznie i już na pierwszy rzut oka mogą się podobać. Należy zauważyć, że Wiktoria wcale nie jest klasycznie piękną dziewczynką, bo ma szparę między jedynkami, kartoflany nos oraz lekką nadwagę, a mimo to zupełnie naturalnie zaczynamy ją lubić. Docenić i chwalić należy artystę za to, jak prowadzi narrację – kadry odpowiednio przenoszą akcję. Dodatkowo twórca konstruuje plansze w odważny sposób. Świadomie rezygnuje z klasycznego układu kwadratów i prostokątów na rzecz bardziej śmiałych zabaw. Warto zwrócić uwagę na dwie plansze, na których postaci napotykają kiełkującą roślinkę czy na sceny przymusowej kąpieli. Na jeszcze jedną sprawę chciałbym zwrócić uwagę, otóż czasami elementy ilustracji „uciekają” poza linię paneli, co odbieram pozytywnie jako znak, że nie wszystko musi być „pod linijkę”.

Doceniam wiele detali, z których zbudowany jest komiks, że główną postacią jest dziewczynka, że akcja rozgrywa się w otoczeniu o charakterze postapokaliptycznym, że jest to komiks drogi, że nie wszystko zostało podane na tacy, że pewne elementy są wciąż ukryte przed czytelnikiem. Rzecz czyta się z niesłabnącym zaciekawieniem, a kolejne epizody dobrze ze sobą współgrają. Brakuje mi jedynie do pewnego, bliżej nieokreślonego, morału lub przesłania. W końcu, nawiązując do pierwszych akapitów tekstu, w tytule pada słowo „bajka”.

Marcin Podolec (sc. & rys.), „Bajka na końcu świata #1: Ostatni ogród”, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Bartnik Ignat i skarb puszczy

23/06/2017 § 2 komentarze


 Śpieszcie do księgarń!

Muszę przyznać, że gdy trzy lata temu sięgnąłem po komiks Bartnik Ignata i skarbu puszczy, był to mój pierwszy kontakt z twórczością Tomasza Samojlika. Bez bicia przyznam się, że wcześniej po prostu go ignorowałem. Kiedy wokół jego pierwszych, wydanych jeszcze nakładem Zakładu Badania Ssaków Polskiej Akademii Nauk, albumów rozkręcała się pozytywna fama, byłem dość sceptycznie nastawiony do komiksów o żubrach. Komiks dla dzieci? Ekologia i edukacja? Takie hasła budziło moją (w pewnym stopniu) uzasadnioną nieufność i ani mi się śniło sięgać do kieszeni. Ale wreszcie w moje ręce wpadł Bartnik… i po prostu zdębiałem.

Od setek lat w dzikich i prastarych lasach Puszczy Białowieskiej życie płynęło we własnym tempie. Tereny te od XIV do XVIII wieku były rezerwatem łowieckim polskich królów i wielkich książąt litewskich. Oznaczało to, że tylko oni mogli tam polować. Nikt niepożądany nie miał do niego wstępu, a przez to, że te tereny strzeżone były przed kłusownikami i nielegalną eksploatacją udało się zachować ich pierwotny charakter. Na mocy specjalnych przywilejów królewskich tylko niektórzy ludzie mogli korzystać z królewskich bogactw. Dzięki temu Puszcza zaspakajała mnóstwo potrzeb okolicznej szlachty, mieszczan, duchowieństwa i zwykłych chłopów. Bartnicy pozyskiwali miód i wosk, a budnicy wypalali smołę, potaż i węgiel drzewny. Na niektórych obszarach wypasano bydło, a sam las był źródłem grzybów, ziół, owoców leśnych, chrustu i drewna na opał, łuczywa z sosen i kory lipowej. Przez setki lat człowiek i natura żyli ze sobą w zgodzie.

Przedstawiony na kartach omawianego komiksu świat, to ideał zakochanego w ludowości romantyzmu, to spełnienie marzeń Jana Jakuba Rousseau (pojawiającego się zresztą w komiksie). W tej trochę bajkowej, trochę mitycznej Puszczy Białowieskiej Samojlika człowiek nie tylko współistnieje z przyrodą z dala od zgiełku cywilizacji i na peryferiach wielkiej polityki, ale jego kultura przenika się natura. W wyniku tej syntezy powstają lokalne legendy „głupim na dziwnowanie, a mądrym na naukę”, jak mówi jeden z budników, a sentymentalny poeta Franciszek Karpiński pracują nad swoim wielkim dziełem, zbierając opowieści starych osoczników i kmieci. Jednym słowem – idylla, trochę jak z oświeceniowych sielanek, trochę jak z wczesnoromantycznych ballad. Ale sielanka, jak to sielanka – nie może trwać wiecznie.

Akcja rozpoczyna się w roku 1795, tuż po trzecim, wymazującym Rzeczpospolitą z map Europy, rozbiorze. Caryca Katarzyna II w darze za wojenne zasługi daruje część Puszczy Białowieskiej generałowi Sobakiewiczowi (jego pierwowzorem jest hrabia Piotr Aleksandrowicz Rumiance, jeden z faworytów władczyni Rosji). Jak na czarny charakter przystało, chcąc się jak najszybciej wzbogacić, zarządzą wycinkę drzew byłych królewskich włości. Blady strach pada na ludzkich i zwierzęcych mieszkańców Puszczy i okolic. Tylko tytułowy bohater, posunięty nieco w latach bartnik Ignat będzie miał dość odwagi, aby sprzeciwić się okrutnemu Sobakiewiczowi i jego bandzie, a w tej walce towarzyszyć będzie mu mała Łucja, psotna wnuczka Karpińskiego.

Wiem, że o wielu tekstach mówi się i pisze, że są przeznaczone nie tylko dla dzieci, ale również i dla ich rodziców, lecz sposób, w jaki Tomaszowi Samojlikowi udało się pogodzić prostą, przygodową historię dla młodszego czytelnika z treściami przemycanymi dla całkiem dorosłego i oczytanego odbiorcy, budzi mój niekłamany podziw. W prowadzoną lekko, ale pełną napięcia opowieść, wpleciono nie tylko Wielką Historię znaną z podręczników, ale także tą mniejszą, lokalną, niekoniecznie powszechnie znaną. W ten sposób Samojlikowi udało się spojrzeć na ograne do bólu przez literaturę problemy z nieco innej, bardzo osobliwej perspektywy, co dla czytelnika mającego na karku lat dziesiąt jest niezwykle ciekawe. Co więcej, w albumie naprawdę połączono walory edukacyjne z dobrą zabawą. Samojlik doskonale wpisuje się w podejście „bawić – uczyć, uczyć – bawiąc” Papcia Chmiela nie popadając przy tym w toporny dydaktyzm, co potwierdzają setki dzieciaków uwielbiających wracać do jego komiksów.

Pod względem wizualnym Bartnik Ignat… nie zachwyca, ale nie sposób cokolwiek zarzucić Samojlikowi. Pochodzący z Hajnówki artysta jest komiksiarzem kompletnym. Ze swoją prostą, czytelną i dość charakterystyczną kreską może stawać w szranki z najlepszymi cartoonistami w Polsce, ale w jego ilustracjach nie chodzi o czcze efekciarstwo, tylko o klarowność narracji. Dzięki takim, a nie innym rysunkom czytelnik połykając kolejne strony daje się wciągnąć historii. Na uwagę zasługuje to, w jaki sposób gra szczegółem na drugim planie – czasem, aby uzyskać pożądany efekt (na przykład podkreślić dramaturgię danej sceny) całkowicie upraszcza tło wzmacniając przekaz konkretnego kadru lub całej strony.

Samojlik opowiadaczem jest niezrównanym! Pomimo tego, że snuje całkiem konwencjonalną opowieść, to jednak daleko mu od konwencjonalności i w niektórych momentach potrafi zaskoczyć. Świetnie dozuje napięcie, doskonale kreuje charaktery, potrafi śmieszyć, smucić i sprawiać radość. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Bartnik Ignat i skarb puszczy jest (obok Hildy) najlepszym komiksem, jaki ukazał się nakładem Centralki, który potwierdza wyjątkowość talentu Tomasza Samojlika. Pracujący w Zakładzie Badania Ssaków w Białowieży twórca w polskiej, a może i europejskiej skali, jest zjawiskiem wyjątkowym i niezwykłym. Dlatego dobrze się stało, że Centrala zdecydowała się na reedycję. Śpieszcie do księgarń! Nawet nie zauważycie, jak szybko nakład zniknie z półek.

 Tomasz Samojlik (sc. & rys.), „Bartnik Ignat i skarb puszczy”, Centrala – Mądre komiksy, wyd. II, Londyn-Poznań 2017.

[autor: Jakub Oleksak]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Amulet #2: Klątwa strażniczki

17/06/2017 § 3 komentarze


Ahoj przygodo!

Pierwszy album serii Amulet służył głównie zarysowaniu ogólnego tła fabularnego i wprowadzeniu na scenę głównych aktorów opowieści: Emily, Navina oraz ich mamy Karen. W ramach przypomnienia – rodzina Hayesów wprowadza się opuszczonej, rodzinnej posiadłości w miejscowości Norlen. Wielki, stary dom, który należał do dziadka dzieciaków, kryje wiele tajemnic. I już pierwszego dnia pobytu część z nich zostaje ujawniona, choć właściwie stanowią jedynie wprowadzenie do kolejnych przygód. „Dwójka”, która nosi podtytuł Klątwa strażniczki, bez zbędnych wstępów wrzuca czytelnika w ekscytujący wir wydarzeń.

Akcja bieżącego tomu w naturalny sposób kontynuuje i rozwija wątki, jakie poznaliśmy w Strażniczce (klik! klik!). Dzieciaki, chcąc pomóc umierającej matce, muszą zdobyć wszechpotężny eliksir, który jest antidotum na każdą truciznę. Niepomni na niebezpieczeństwa wyruszają na szczyt góry o wdzięcznej nazwie Diabelska Czaszka. Właśnie tam rosną drzewa, których owoce mają wspomniane powyżej medyczne właściwości. Najpierw jednak muszą zawitać do miasta Kanalis, gdzie pod opieką najznamienitszych lekarzy pozostawiają matkę. Na miejscu spotykają całą zgraję zupełnie nowych postaci, m.in. rebeliantów, z którymi Navin podejmuje współpracę. Część nowo poznanych okaże się przyjaciółmi, ale nie wszyscy. Mroczne elfy wcale nie są serdecznie i bratersko usposobione…

Dobrze, wystarczy. Tyle tytułem przybliżenia fabuły. Resztę doczytajcie sobie sami. Czy warto? Czy polecam? Jasne! Przyznaję, że sięgnąłem po Klątwę strażniczki w przerwie między wywieszaniem prania, a wstawianiem kolejnego. Miałem „małą chwilę”, myślałem, że przeczytam dziesięć czy dwadzieścia stron i wrócę do zaplanowanych czynności. Jednak pranie musiało poczekać, aż skończyłem czytać. Opowieść tak mocno mnie wciągnęła, że całość przeczytałem od razu. Co prawda można mieć pewne zastrzeżenia do scenarzysty, że buduje opowieść na ogranych (i sprawdzonych) schematach. Robi to na tyle sprawnie i bez zbędnego przynudzania, że podczas lektury wcale nie przeszkadza, że jakiś wątek mocno kojarzy się z Gwiezdnymi Wojnami, a inny z Władcą Pierścieni.

Zresztą, nie zapominajmy, że komiks przeznaczony jest dla młodszych czytelników, którzy nie mają aż tak wielkiego obycia w popkulturze. Dla nich seria Amulet będzie w pełni atrakcyjną i satysfakcjonującą pozycją, bo wartka akcja, bo magiczne artefakty, bo gadające drzewa i zwierzęta, bo rebelianci chcący walczyć ze złowrogimi elfami, bo zadziwiające mechaniczne konstrukcje, bo potężny amulet, który może zawładnąć właścicielem i przeciągnąć go na „ciemną stronę mocy”, bo każde z dzieci ma misję do wypełnienia, bo ostatecznie okazuje się, że chodzi o walkę Dobra ze Złem.

Fabuła jest wciągająca, a opowieść nie pozostawia czytelnika obojętnym: kibicujemy bohaterom, życzymy im, aby wszelkie podjęte działania się powiodły, a nie popieramy, wręcz potępiamy, postępowanie elfów. Z każdą kolejną planszą dowiadujemy się więcej o niezwykłej krainie, w której rzecz się rozgrywa. Scenarzysta nie zapomina o aktorach, dba o to, abyśmy bliżej poznawali występujące postaci. Dla przykładu proszę zwrócić uwagę, że choć Leon Rudobrody zostaje przyjęty do drużyny, to nie od razu mu się bezgranicznie ufa. Z drugiej strony ciekawość wzbudza postać księcia Trellisa, który z nie znanego powodu nie wykonuje rozkazów Króla Elfów.

W warstwie graficznej między „jedynką” a „dwójką” nie ma żadnych zmian. Plansze zwykle składają się z układu kwadratowych i prostokątnych kadrów, ale tam gdzie dynamika akcji wzrasta (np. w scenach walki) artysta decyduje się na bardziej energiczne i niestandardowe kadrowanie. Całość narysowano cartoonową kreską, obrys konturu jest wyraźnie widoczny, choć linia jest cienka. Niektóre przedstawienia zwierzęcych postaci mocno kojarzą mi się z pracami Piotra Nowackiego. Dodatkowo wydawca zwraca uwagę na wizualne podobieństwo albumu z filmami ze studia Ghibli i poniekąd jest w tym trochę prawdy.

Omawiana publikacja jawi się jako przygodowe, znakomicie skonstruowane heroic fantasy. Wiem, że nie jestem odbiorcą docelowym, jednak lektura komiksu sprawiła mi sporo frajdy. Łukasz Chmielewski pewnie dodałby, że stało się tak za sprawą „galopującej infantylizacji” moich czytelniczych wyborów.

Kazu Kibuishi (sc. & rys.), „Amulet #2: Klątwa strażniczki”, tłum. Maria Lengren, Planeta Komiksów, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 4, kolory/cienie: 4-]

Post Scriptum, czyli konkurs z nagrodą
Uwaga! Uwaga! Wszystkich czytelników zapraszam do udziału w zabawie, w której można wgrać zrecenzowany powyżej album. Zasady konkursu są następujące: proszę w komentarzu wpisać, jaki magiczny artefakt chcielibyście posiadać i jak byście z niego korzystali, do czego konkretnie miałby służyć? Bardzo proszę o wpisywaniu poprawnego adresu e-mail, ponieważ laureat(-a) zostanie poinformowany(-a) mailowo o wygranej. Zabawa trwa od 19 czerwca do 25 czerwca.
Przy okazji bardzo proszę o polubienie profilu facebookowego wydawcy: Planeta Komiksu (klik! klik!) oraz Są komiksy dla dzieci (klik! klik!).

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Fistaszki zebrane. 1981-1982

12/06/2017 § Dodaj komentarz


Jakim gatunkiem ptaka jest Woodstock?

Od prawie trzech lat większość wolnego czasu spędzam na obserwowaniu ptaków. Biegam z lornetką po łąkach, łęgach, lasach, krzakach, plażach, halach i polach. Właściwie ptaków wypatruję wszędzie, nawet na cmentarzu czy dworcowym peronie. Rację ma Stanisław Łubieński, który w książce 12 srok za ogon dowodzi dowodzi, że być ptasiarzem to właściwie cierpieć na egzotyczną chorobę (Birding Compulsive Disorder). W moim wypadku sprawa jest dość poważna, gdyż dotyczy także „obserwowania” ptaków (tj. śledzeniu ornitologicznych tropów) w czytanych książkach, komiksach i picturebookach. I właśnie nad jednym takim tropem chciałbym się na chwilę pochylić.

Kilka dni temu przeczytałem kolejny tom Fistaszków zebranych, już szesnasty. Jak dobrze wiemy, jednym z bohaterów komiksu Schulza jest Woodstock, który jest małym ptakiem. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Tylko do jakiego należy gatunku? Oto jest pytanie! Intrygujące, nawet bardzo. Zresztą sprawą zajmował się i Snoopy, który w poprzedniej odsłonie serii próbował rozgryźć do jakiego gatunku ptaków zalicza się jego przyjaciel. Rozumny beagle podszedł do sprawy poważnie. Jego robota polegała na wykluczaniu kolejnych gatunków, do których Woodstock z jakiś konkretnych powodów nie przynależy.

Udało mu się ustalić, że nasz bohater nie jest ani pipilem rudobocznym, ani kukawikiem żółtodziobym, ani berniklą kanadyjską (bo nie lubi hokeja), ani gajówką, ani kardynałem szkarłatnym, ani gągołkiem, ani lodówką, ani sępikiem różogłowym, ani lasówką nadwodną, ani bielikiem amerykańskim, ani jaskółką, ani gołębiem, ani krogulcem, ani przedrzeźniaczem. Nie jest przepiórką, bo nie rozumie, dlaczego najpierw biegną i uciekają, a do lotu wzbijają się dopiero w ostatniej chwili. Ostatecznie Snoopy stwierdza: „Poddaję się! Nie wiem, jakim gatunkiem ptaka jesteś! Jeśli o mnie chodzi, możesz być nawet kaczką!”. W tym miejscu ptaszek uderza w płacz, dlatego pies mówi: „Wybacz, mały przyjacielu… Poniosło mnie… Nie jesteś kaczką”.

Dobrze, spróbujmy inaczej. Może gdy bliżej przyjrzymy się biotopowi, płochliwości, zachowaniom godowym, wielkości, kolorowi, budowie ciała, posłuchamy piosenki czy zwrócimy większą uwagę na lot i sposób poruszania się, to uda nam się poprawnie oznaczyć Woodstocka.

Wielkość około 10 centymetrów. Osiadły, nie odlatuje na zimę, bo pod piórkami nosi długą i ciepłą bieliznę. Gniazduje w pobliżu ludzkich osiedli. Preferuje przestrzenie zurbanizowane ze znikomą ilością drzew. Gniazdo duże, umieszczone około metra nad ziemią na szczycie samotnie stojącego drzewa lub krzaku. Strachliwy, ale nie boi się ludzi. Okresowo łączy się z Billem, Conradem, Olivierem i Harriet w niewielkie stado (tzw. ptasi zastęp skautów). Posiada kiepską orientację w terenie i całkowity brak umiejętności wyznaczania kierunku na podstawie słońca.

Podczas obserwacji w ternie uwagę przykuwają: małe skrzydła, bardzo duży dziób oraz permanentnie nastroszony czubek na ciemnieniu. Brak dymorfizmu płciowego. Głowa, płaszcz i skrzydła w jednolitym jasnożółtym, kanarkowym kolorze. Żeruje na ziemi, żywi się owadami i dżdżownicami (jego dochód netto, to „cztery robaki dziennie”), nie pogardzi nasionami, piankami znad ogniska czy okruszkiem chleba. Porusza się głównie chodząc po ziemi, lata niechętnie. Lot zdaje się trzepotliwy i niezborny. Nie siada na drutach telefonicznych. Nie boi się wody, dobrze nurkuje.

Śpiewa tylko raz dziennie – rano – z eksponowanego miejsca, piosenka prosta, monotonna: „czap, czap, czap” lub „tuut, tuut, tuut”. Wyjątkowo, gdy jest przestraszony: „tiit, tiit, tiit, fiuu, fiuu, fiuu, mlask, mlask, mlask”. Za to potrafi nieźle gwizdać. Śpiewa także podczas padającego deszczu. Zachowania godowe nie w pełni poznane. Większość czasu spędza samotnie. Okresowo łączy się w migrujące stado, które składa się z psiego przewodnika, jednej samicy i czterech samców (patrz: „ptasi zastęp skautów”). Wyraźne braki emocjonalne, chciałby znów spotkać mamę.

Hm… Na niewiele się zdało spisanie taksonu Woodstocka. Chyba nie jest możliwe poprawne oznaczenie. Muszę przyznać się do całkowitej porażki. Nic nie szkodzi, bo jak pewnego razu powiedział Snoopy do swego skrzydlatego przyjaciela: „Na świecie jest mnóstwo ludzi, którzy nie widzą kim ani czym są”.

Charles M. Schulz (sc. & rys.), „Fistaszki zebrane. 1981-1982”, przeł. Michał Rusinek, Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Irena #1: Getto

10/06/2017 § Dodaj komentarz


Irena i dzieci z warszawskiego getta

Troje francuskich twórców: Jean-David Morvan, Séverine Tréfouël i David Evrard podjęło się niełatwego zadania – stworzenia komiksu dla najmłodszych czytelników, który opowiada o tym, jak podczas II wojny światowej Irena Sendlerowa ratowała od śmierci żydowskie dzieci uwięzione w getcie warszawskim. Nie jest to ścisła biografia polskiej działaczki, która w 1965 roku została uznana przez instytut Jad Waszem za Sprawiedliwą wśród Narodów Świata. W odautorskiej nocie możemy przeczytać: „Irena Sendlerowa rzeczywiście istniała. Jej historia nas zafascynowała (…). Dostępne materiały nie podają tych samych informacji, czasem nawet sobie zaprzeczają. Przyjęliśmy więc założenie, że nie tworzymy prawdziwej biografii, ale wykorzystujemy fikcję, aby jak najlepiej przekazać ducha walki Ireny”.

Rzecz pomyślana jest jako trzyczęściowa seria, pierwszy odcinek – o podtytule Getto – ukazał się niedawno w Polsce staraniem oficyny Timof i cisi wspólnicy. Akcja komiksu rozpoczyna się w marcu 1941 roku. Na pierwszej planszy widzimy ciężarówkę należącą do Wydziału Opieki Społecznej, która wjeżdża do warszawskiego getta. W chwili przekroczenia szlabanu wkraczamy w „inną” rzeczywistość: potworną, bezprawną, szarą, fatalną i przygnębiającą. Czytelnik ma okazję zobaczyć koszmar życia w tym miejscu oczami protagonistki. Wszędzie ruiny, budynki mają albo zamurowane okna, albo powybijane szyby. Ludzi jest całe mrowie, tłoczą się, zajmują każdy kawałek pustek przestrzeni. Noszą pocerowane łachmany, większość nie ma butów. Na tym tle Sendlerowa i jej współpracownicy wyglądają nadzwyczaj normalnie i godnie.

Podczas wizyty protagonistka rozmawia z umierającą kobietą, która błaga, aby Polka wywiozła z getta jej syna. Aż do następnej wizyty bohaterka bije się z myślami czy zaryzykować życie swoje i współpracowników, aby ratować żydowskie dziecko. Gdy ponownie przyjeżdża na miejsce, to okazuje się, że prosząca o wsparcie i jej syn już nie żyją. Zdarzenie którego jesteśmy świadkami jest przełomowe. Dodatkowo dzięki rozmowie z kierowcą ciężarówki Sendlerowa podejmuje decyzję o natychmiastowemu zaangażowaniu się w ratowanie dzieci na niespotykaną dotąd skalę. Autorom udaje ukazać wyraźną zmianę w myśleniu i postępowaniu bohaterki. Niesamowita jest siła, z jaką przystępuje ona do realizacji wyznaczonego sobie zadania.

Obok scenarzystów i rysownik miał niełatwe zadanie. Jak ukazać potworności życia w getcie, aby nadmiernie nie epatować realizmem? Aby zaintrygować, a nie odstraszyć? Artysta zdecydował się na uproszczony rysunek postaci. Sendlerowa i jej pomocnicy wyglądają bardzo przyjaźnie i sympatycznie, natomiast przedstawienie faszystów ma wyraźnie karykaturalny charakter. Kreska konturu jest wyraźna, dość gruba. Gdy przyjrzymy się jej z bliska, to okaże się, że jest delikatnie karbowana, jakby Davidowi Evrardowi podczas rysowania drżała dłoń. Irena to komiks dla najmłodszych, dlatego na tak wielu kadrach ukazano dzieci, które biegają, bawią się z psem, grają w piłkę, rozmawiają, biją i szarpią – słowem zachowują się normalnie i zgodnie z oczekiwaniami.

Wrażliwość na cierpienie innych, hart i moralna niezłomność Sendlerowej stanowią wzorzec do naśladowania. Daleki jestem o uogólnień i generalizowania, ale wydaje mi się, że współczesna sytuacja polityczna i społeczna powoduje, iż warto dzieci zapoznać z omawianym komiksem. Rzecz prowokuje do rozmowy o okropieństwach wojny, ale i o prawości, odpowiedzialności oraz szlachetności.

Jean-David Morvan & Séverine Tréfouël (sc.), David Evrard (rys.), „Irena #1: Getto”, tłum. Małgorzata Fangrat, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4+, rysunki: 4, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Czy to pies, czy to bies. Czyli zbiór słowiańskich stworów

04/06/2017 § Dodaj komentarz


 Dlaczego Licho nigdy nie śpi?

Na przestrzeni ostatnich kilku lat możemy zaobserwować wyraźny wzrost zainteresowania mitologią słowiańską. Renesans widoczny jest choćby w ilości książek, w których pojawiają się legendarne stwory rodem z zamierzchłych czasów. Wydaje mi się, że prym wiedzie Karol Kalinowski, który bohaterami obu swoich komiksów (Łaumy i Kościska) uczynił słowiańskie potwory i demony. Warto także wspomnieć o pozycjach: Paskudki słowiańskie Magdaleny Mrozińskiej i Marii Dek czy serii Bestiariuszy słowiańskich Witolda Vargasa i Pawła Zycha. Zupełnie niedawno ukazał się książka Kamili i Łukasza Loskotów, która również dotyka pradawnych, rodzimych legend.

Czy to pies, czy to bies ma charakter poręcznego bestiariusza, który skierowany jest dla młodszych i trochę starszych czytelników. W książce znaleźć możemy uwspółcześnione legendy przedstawiające dwanaście słowiańskich stworów, występują m.in.: Strzyga, Licho, Południca, Zmora czy Leszy. Publikacja zbudowana została na przejrzystym schemacie: najpierw karta tytułowa, na następnej stronie tekst opisujący postać, a potem ilustracja „portretowa”, a dwie kolejne strony to rozkładówka, na której narysowano potwora w naturalnym środowisku. Całość zaczyna się wierszem, w którym stoi: „Patrz zatem sercem na strony / Gdzie bestie rogate koczują / Nie taki diabeł straszny / Jak go niektórzy malują”. Pisze – Łukasz, a maluje – Kamila.

I faktycznie, właściwie żadna z ukazanych postaci nie wygląda jakoś bardzo przerażająco czy obrzydliwie. Są jedynie trochę upiorne, głównie dlatego, że mają długie, ostre zęby i ciało porośnięte sierścią. Większość prezentuje się sympatycznie i przyjaźnie. Nawet Leszy, który, gdy pojawia się Wiedźminie czy Hellboyu, jest demonem, którego lepiej za wszelką cenę unikać, tu przedstawiony został jako starszy pan z brodą i rogami na głowie, na których siedzą ptaszki. Zresztą tekst opowiadania także podkreśla pozytywne strony stwora: „Jeśli jesteś dobry dla zwierząt i roślin, Leszy zawsze ci pomoże”.

Czy to pies… podoba mi się przede wszystkim ze względu na oprawę graficzną. I nie mam na myśli tylko i wyłącznie samych ilustracji. Całość została przygotowana ze smakiem i dbałością o każdy szczegół. I to już od wklejki, która ozdobiona jest roślinnymi ornamentami. Zresztą liściaste arabeski i szlaczki stanowią swoisty lejtmotyw całej książki, gdyż przewijają się prawie przez wszystkie strony. Na uwagę zasługuje pewna niedbałość kreski, artystka wcale nie stara się, aby wszystko było prosto i równo.

Rzecz jest ładna i ciekawa. Jestem przekonany, że spodoba się młodszym czytelnikom, którzy chcą dowiedzieć się, kim są Mamuny i dlaczego Licho nigdy nie śpi.

Łukasz Loskot (tekst), Kamila Loskot (il.), „Czy to pies, czy to bies. Czyli zbiór słowiańskich stworów”, Wydawnictwo OVO, Trzebnica 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 5, kolory/cienie: 5-]

 {książkę można kupić tu: klik! klik!}

Ariol #3: Jak ostatnie prosię

22/05/2017 § Dodaj komentarz


Poezja faktycznie jest piękna

Dobrze, że Wydawnictwo Adamada nie zwalnia tempa produkcyjnego. Cieszy, że już trzecia odsłona komiksowej serii Ariol jest dostępna w księgarniach. Zbiór nosi podtytuł Jak ostatnie prosię i przedstawia dalsze perypetie tytułowego bohatera oraz kilku jego koleżanek i kolegów ze szkoły. W sposobie budowy komiksu nie ma żadnych zmian. Wewnątrz znajdujemy kilka nadzwyczaj zabawnych historii, które nie układają się w regularną fabułę, choć pewna logika czasu i miejsca zostaje zachowana.

Ariol to bardzo sympatyczny i towarzyski koleżka, którego po prostu nie da się nie lubić. W bieżącym tomie sporo uwagi poświęcono miłosnym perypetiom chłopaka. Dla przypomnienia nasz bohater podkochuje się w pięknej krówce Petuli, która zupełnie nie odwzajemnia jego uczucia. Za to w nim zakochana do szaleństwa jest muszka Scysja. Ariol odkrywa, że poezja wcale nie jest nudna, a nawet spełnia pewne utylitarne cele – można się nią posłużyć, aby wyznać uczucia („Twój głos jest tak piękny, że kiedy będziesz duża, na pewno będziesz czytać ogłoszenia na lodniskach i w supermarketach”) . Dodatkowo sam dostaje napisany wierszem miłosny list od Scysji i awansuje na prywatnego ochroniarza Petuli. Emocjonalny trójkąt to niewyczerpane źródło zabawnych epizodów i zdarzeń. Scenarzysta trafnie rozpisuje wspomniany wątek, możliwość wystąpienia w realnym świcie jest wielce prawdopodobna.

Obok tych miłosnych opowiadań w tomie znalazło się miejsce na kolejne wspólne zabawy Ariola i Ramono. Tym razem koledzy realizują niebezpieczną misję wysadzenia w powietrze bazy łodzi podwodnych, która mieści się w podziemnym parkingu. W domu u Ramono Ariol zostaje przygnieciony do podłogi piersiami siostry przyjaciela. Nasz bohater jest bardzo pomysłowy, świetnie radzi sobie z dorosłymi i ostatecznie w ten czy w inny sposób dostaje to, co chce: fenomenalny plakat z Superkoniem czy ulubiony komiks z autografem autora.

Właściwie każde z dwunastu opowiadań jest mocno osadzone w rzeczywistości chłopców chodzących do szkoły, którzy muszą mierzyć się z różnymi codziennymi problemami. Scenarzysta zwykle wychodzi od czegoś zwykłego czy naturalnego, a następnie dokłada jakąś zabawną scenkę czy gag słowny. Całość ma wyraźnie rozrywkowy charakter, ale w komiksie ukryte są i nieco poważniejsze tematy, które zwykle objawiają się za pomocą trafnej pointy. Od pierwszego tomu seria niezmiennie mnie bawi!

Emmanuel Guibert (sc.), Marc Boutavant (rys.), „Ariol #3: Jak ostatnie prosię”, tłum. Tomasz Swoboda, Wydawnictwo Adamada, Gdańsk 2017.

[scenariusz: 6, rysunki: 5, kolory/cienie: 5+]

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with dla dzieci at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: