Love in Vain. Robert Johnson 1911-1938

29/06/2017 § Dodaj komentarz


 All my love’s in vain

Robert Johnson. Coś mówi Wam to nazwisko? Jeśli nie kojarzycie – legendarnego bluesmana, który żył zaledwie dwadzieścia siedem lat i nagrał jedynie dwadzieścia dziewięć utworów – to nie ma się czego wstydzić. W końcu koleś zmarł prawie osiemdziesiąt lat temu i całe życie spędził na południu Stanów Zjednoczonych. Warto jednak, abyście włączyli YouTube i w wyszukiwarkę wpisali to nazwisko. Posłuchajcie kilku piosenek i wówczas okaże się, że już kiedyś mieliście okazję je usłyszeć. Może nie w oryginalnym wykonaniu, ale jednak.

Tak, muzyk żył krótko, acz intensywnie. Niewiele rzeczy miało dla niego znaczenie, głównie granie na gitarze i śpiewanie. Nadto lubił jeszcze alkohol i kobiety. Na ironię losu zakrawa, że prawdopodobnie zmarł w wyniku wypicia zatrutej whisky, którą spreparował zazdrosny mąż, a butelkę podała mu kobieta. Legenda głosi, że pewnej nocy, gdzieś na rozstaju dróg, w zamian za talent zaprzedał swoją duszę Diabłu. Przez następne lata pilnie strzegł swej tajemnej techniki gry – występując na scenie siedział odwrócony tyłem do publiczności. Love in Vain jest udaną próbą przywrócenia pamięci o tym muzyku szerszemu gronu odbiorców.Książkę wyprodukowano we Francji, jest dziełem Jeana-Michela Duponta (scenariusz) i Pascala „Mezzo” Mesemberga (rysunki). Rzecz bardziej przypomina zbiór ilustrowanych faktów, niż typowy komiks biograficzny. W sposobie prowadzenia narracji jest coś oldschoolowego, ponieważ sprowadza się głównie do scenek z opisami, na podstawie których czytelnik buduje pewien szerszy obraz. Francuski scenarzysta stara się przybliżyć klimat, jaki panował w latach ‘30 ubiegłego wieku w Delcie Missisipi: bieda, niepokój i beznadzieja, kompulsywny seks, nocne imprezy w podrzędnych tancbudach, tani alkohol oraz zalewanie się w trupa. Niezbyt wielu znaczących faktów z biografii artysty możemy się dowiedzieć z lektury komiksu. Wizerunek jaki się wyłania jest rozmyty. Na pewno był postacią intrygującą, nietuzinkową, wymykającą się pewnym normom i standardom. Na pierwszy plan opowieści wysuwa się blues i to on jest niejako „głównym bohaterem”. Całość spaja osoba wszystkowiedzącego narratora, który dopiero w finale zdradza swoją prawdziwą tożsamość.Wystarczy otworzyć album, aby zdać sobie sprawę, że to nie warstwa literacka jest w nim najważniejsza, a oprawa graficzna, która – powiedzmy to sobie wprost – zwala z nóg. Nie wiem jaką dokładnie techniką zostały wykonane ilustracje, ale wyglądają trochę jak czarno-białe drzeworyty czy litografie. Plansze mają hipnotyczną moc. Długo można się w nie wpatrywać i podziwiać kunszt artysty.

Omawiany komiks można rozpatrywać jako pośmiertne epitafium dla Roberta Johnsona, ale także jako piękny hołd dla samego bluesa.

Jean-Michel Dupont (sc.) i Mezzo {właśc. Pascal Mesemberg} (rys.), „Love in Vain. Robert Johnson 1911-1938”, tłum. Olga Mysłowska, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 6, kolory/cienie: 6]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Bajka na końcu świata #1: Ostatni ogród

24/06/2017 § 1 komentarz


Pierwsze przygody Bajki i Wiktorii

Pewnie zastanawiacie się nad tym, dlaczego najnowszy komiks Marcina Podolca nosi tytuł Bajka na końcu świata, a nie Bajka o końcu świata? Tytuł brzmi trochę nie po polsku, ale od razu informuję, że jest to jedynie złudzenie. Słowo „bajka”, użyte w tytule albumu, nie odnosi się do rodzaju utworu literackiego. Tak ma na imię pies (a właściwie suczka) małoletniej Wiktorii, która jest główną bohaterką opowieści. Obie są permanentnie w drodze, przemierzają „świat po wielkim wybuchu”. Stąd owo „na” a nie „o”.

Chcąc dalej trochę bawić się semantyką, to właściwie tytuł wskazuje, że Bajka jest już na końcu świata, że osiągnęła punkt docelowy. A skoro warstwa fabularna ukazuje ciągłą wędrówkę, to można domniemywać, że nie istnieje żadne konkretne miejsce, do którego bohaterki mogłyby dotrzeć. Ponieważ już w nim są, a wędrówka jest jedynie pretekstem. Do czego? Lepszego poznania postapokaliptycznej rzeczywistości? Choć można na sprawę spojrzeć jeszcze inaczej. Omawiana publikacja nosi podtytuł Ostatni ogród, a na grzbiecie umieszczono cyfrę jeden. Czyli w rękach mamy fragment, a całość opowieści składać się będzie z kilku części (Ilu? Tego na chwilę obecną nie wiadomo), więc nazwa odnosi się do kompletu, którego nie ma, który dopiero będzie. Jeśli pod tym kontem patrzeć, to wówczas Bajka znajdzie się na końcu świata w ostatniej odsłonie. A! Jeszcze jedna ciekawa sprawa. Z albumu to nie wynika, ale na stronie wydawcy podano, że w tytule „koniec świata” pisany jest z małych liter, więc niby nie jest to żadna nazwa własna… Dobra, dość tych słownych gierek.

Jak wspomniałem, akcja albumu rozgrywa się w mało przyjaznej rzeczywistości, która jest bezludna, zrujnowana, rozbita, spopielona i pustynna. Jeden z bohaterów mówi: „Wiecie, nie ma lekko, odkąd świat wygląda jak wielka piaskownica”. Bohaterki (Wiktoria i Bajka) przemierzają jałową krainę, codziennie mijają kolejne zwalone domy, wypalone do cna lasy, dymiące zgliszcza i kratery. Kierunek wędrówki wyznacza tajemnicze światło, które w nocy pojawia się na nieboskłonie. Protagonistki są przekonane, że światłość została wysłana przez rodziców dziewczynki i wskazuje miejsce ich aktualnego pobytu.

Scenarzysta nie zdradza dlaczego świat spotkała katastrofa, dlaczego jest bezludny czy jakim cudem Wiktoria i Bajka ocalały. Czytelnik „na wiarę” musi przyjąć wiele konstrukcyjnych elementów komiksu. Na szczęście opowiadanie wcale nie skupia się na beznadziejnej sytuacji bohaterek. A wręcz przeciwnie. Pewnie dlatego nie dziwi, że dziewczynka może rozmawiać z psem. A między ruinami i dymem migają nikłe promyczki nadziei: kiełkująca roślinka, zapomniany ogród z czystą wodą, gdzie można się popluskać i myć czy przyjacielsko nastawiony tapir, który jest kurierem. Całość fabuły niesie za sobą pozytywny przekaz o przyjaźni, lojalności, celowości podjętych działań i ufności. Historia, przynajmniej w „jedynce”, skupia się na małych a znaczących gestach i symbolach.

Oprawa graficzna jest więcej niż dobra. Podolec odrysował rzeczywistość spójną i wiarygodną, w której wszystkie przedstawione elementy do siebie pasują, wzajemnie się uzupełniają i uzasadniają. Z albumu na album kreska rysownika ewoluuje. Oczywiście w wypadku Bajki… w pewien sposób została dopasowana do potencjalnego czytelnika (tj. dzieci), dlatego postaci ukazane zostały bardzo sympatycznie i już na pierwszy rzut oka mogą się podobać. Należy zauważyć, że Wiktoria wcale nie jest klasycznie piękną dziewczynką, bo ma szparę między jedynkami, kartoflany nos oraz lekką nadwagę, a mimo to zupełnie naturalnie zaczynamy ją lubić. Docenić i chwalić należy artystę za to, jak prowadzi narrację – kadry odpowiednio przenoszą akcję. Dodatkowo twórca konstruuje plansze w odważny sposób. Świadomie rezygnuje z klasycznego układu kwadratów i prostokątów na rzecz bardziej śmiałych zabaw. Warto zwrócić uwagę na dwie plansze, na których postaci napotykają kiełkującą roślinkę czy na sceny przymusowej kąpieli. Na jeszcze jedną sprawę chciałbym zwrócić uwagę, otóż czasami elementy ilustracji „uciekają” poza linię paneli, co odbieram pozytywnie jako znak, że nie wszystko musi być „pod linijkę”.

Doceniam wiele detali, z których zbudowany jest komiks, że główną postacią jest dziewczynka, że akcja rozgrywa się w otoczeniu o charakterze postapokaliptycznym, że jest to komiks drogi, że nie wszystko zostało podane na tacy, że pewne elementy są wciąż ukryte przed czytelnikiem. Rzecz czyta się z niesłabnącym zaciekawieniem, a kolejne epizody dobrze ze sobą współgrają. Brakuje mi jedynie do pewnego, bliżej nieokreślonego, morału lub przesłania. W końcu, nawiązując do pierwszych akapitów tekstu, w tytule pada słowo „bajka”.

Marcin Podolec (sc. & rys.), „Bajka na końcu świata #1: Ostatni ogród”, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Miesiąc miodowy na safari

02/05/2017 § 1 komentarz


Człowiek nie jest koroną stworzenia

Na wstępie przyznaję, że lektura komiksu Miesiąc miodowy na safari była dla mnie sporym zaskoczeniem. Dawno nie czytałem tak odjechanej i nieoczywistej pozycji. W zalewie amerykańskiego superhero i wszelkiej maści pozycji rozrywkowych album wnosi wyraźnie zauważalny powiew świeżości. Jesse Jacobs jest kanadyjskim artystą, który przez jakiś czas pracował przy animacji Adventure Time. Jest to o tyle ważna informacja, gdyż mam nieodparte wrażenie, że do albumu przeniknęły pewne elementy charakterystyczne dla rzeczywistości Finna i Jake’a. Myślę głównie o konstrukcji świata przedstawionego, który na pierwszy rzut oka jest absurdalny i odrealniony, ale gdy mu się bliżej przyjrzeć, to okazuje się, że ma sporo wspólnego z realnym.

Miesiąc miodowy na safari to stosunkowo prosta historia o charakterze przygodowym, w której występują jedynie trzy postaci: para nowożeńców (on jest starszym i bogatym mężczyzną, a ona stosunkowo młodą kobietą) oraz pan przewodnik, którego prawdziwą pasją jest gotowanie. I być może, gdyby nie pracował na tym pustkowiu, to byłby wziętym mistrzem kuchni. Akcja rozgrywa się w bliżej nieokreślonej dżungli (na innej planecie?), która szybko wytraca idylliczny wymiar. Knieje zamieszkiwane są przez przedziwne, mało przyjazne człowiekowi, zwierzęta, dla których stanowi on naturalnego wroga. Każdy kolejny dzień to bezpardonowa walka o przetrwanie, bo wygrać może tylko najsilniejszy. Wbrew pozorom ludzie wcale nie są na uprzywilejowanej pozycji.

Sylwetki, relacje i wzajemne stosunki bohaterów są przerysowane, ale dzięki temu bardziej wyraziste. Kobieta czuje się zobowiązana, aby przepraszać za zachowanie męża, który względem przewodnika zachowuje się arogancko i wyzywająco. Kilka razy podkreśla, że safari kosztuje go gruby szmal. Zachowuje się w myśl maksymy: „Płacę, więc wymagam!”. W pewnym miejscu małżonka mówi: „W mieście jest niezwykle ważną osobistością. Nie przywykł do poczucia bezradności”. Obaj mężczyźni są wrogo nastawieni wobec przyrody. Wydawać by się mogło, że przewodnik z racji dogłębnej znajomości fauny i flory będzie okazywał więcej szacunku i zrozumienia. A jednak nie. Bez refleksji wyciąga flintę i zabija małpę leśną, choć wie, że gatunek zagrożony jest wyginięciem. Przy okazji prosi: „Nie mówcie nikomu, że ją zabiłem. Mógłbym stracić licencję na organizację safari”. Ostatecznie Miesiąc miodowy… to ostra satyra na post-turystykę, ale dostaje się także domorosłym ekologom i zwolennikom slow life.

Pod względem graficznym album prezentuje się wyśmienicie. Całość narysowano subtelną i ciepłą kreską. Wykreowana przez Jacobsa rzeczywistość jest nadzwyczaj spójna. Z jednej strony urocza, a z drugiej przerażająca. Z oddalenia dżungla wygląda pięknie i ekscytująco, ale gdy „zbliżamy oko”, to okazuje się, że zamieszkują ją przerażające i groteskowe stwory, które tylko czyhają, aby zjeść lub zabić. Plansze hipnotyzują obsesyjną wzorzystością i monochromatyczną kolorystyką. Za przerywniki w narracji służą plansze składające się dwudziestu czterech paneli, na których ukazano różnorakie gatunki roślin i zwierząt. Przywodzą one na myśl karty z dziewiętnastowiecznego albumu przyrodniczego.

Za finalną rekomendację niech posłuży zdanie: Gdyby panowie Jacek Świdziński i Łukasz Kowalczuk postanowili napisać wspólny komiks, który narysowałby Marcin Podolec, to mogłoby im wyjść coś właśnie takiego.

Jesse Jacobs (sc. & rys.), „Miesiąc miodowy na safari”, tłum. Agata Napiórska, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 6, kolory/cienie: 5+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Niesłychane losy Ivana Kotowicza #2: Zamek rybiej dynastii

01/03/2017 § Dodaj komentarz


 W grupie raźniej

michal-ambrzykowskiNiespełna dwa lata temu recenzowałem pierwszy album cyklu Niesłychane losy Ivana Kotowicza, pisałem wówczas: „(…) debiut Kusiny i Ambrzykowskiego zaskoczył mnie, pozytywnie zaskoczył. Nie spodziewałem się, aż tak dopracowanego albumu. Scenarzysta zadbał o ciekawy skrypt, a rysownik świetnie wywiązał się ze swojego zadania. Z jednej strony otrzymaliśmy rzecz zabawną i wciągającą, z dobrze poprowadzoną akcją. A z drugiej wizualnie intrygującą, na którą patrzy się z satysfakcją”. Zupełnie niedawno ukazała się dwójka, która nosi podtytuł: Zamek rybiej dynastii. Czas sięgnąć po komiks i sprawdzić, czy autorom udało się spełnić wszystkie pokładane w nich nadzieje. Zresztą nie tylko moje. Warto wspomnieć, że jedynka uznana została za najlepszy polski album komiksowy podczas 26. Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi.

Fabuła bieżącego odcinka rozgrywa się jakiś czas po wydarzeniach ukazanych w jedynce. Partyjni towarzysze nadal wierzą w idee rewolucji komunistycznej. Ostatecznie jednak substancja o nazwie Stalinium się nie sprawdziła. Chociaż kotowicz-iwabpoczątkowo w miasteczkach panował komunistyczny ład i porządek. Jednakże po jakimś czasie sprawy zaczęły się poważnie komplikować: ludność faszerowana Stalinium zamieniała się w krwiożercze monstra.

Młody Ivan Kotowicz musi sobie poradzić ze stratą ojca, który, jak pamiętamy z jedynki, zginął podczas wybuchu w fabryce. Na szczęście wespół ze swym przyjacielem, Antonem Świnojewem, trafia pod opiekuńcze skrzydła profesora Bremera. Obaj chłopcy dołączają do specgrupy czerwonoarmistów, która ma za zadanie wytropić wrogów rewolucji. W skład grupy wchodzą: piękna i inteligentna lisica Eliza Chwost, silny i brutalny niedźwiedź Misza Siemionow i tajemniczy sierżant Krukow. Początkowo głównie wspólnie ćwiczą, trochę jak X-Meni w Instytucie profesora Xaviera dla Utalentowanej Młodzieży. Pierwsza wspólna misja bohaterów (superbohaterów?) polega na rozwikłaniu zagadki tytułowego zamczyska, w którym doszło do bliżej nieokreślonych nadprzyrodzonych zdarzeń.

Fabuła tym razem prowadzona jest leniwie, bez większych zwrotów akcji i zaskoczeń. Kotowicz (i czytelnik) mają chwilę, aby odpocząć, poukładać sobie w głowie uprzednie wydarzenia, zebrać siły i przygotować się do udziału w supermisji. Moim zdaniem Kusina zombienadmiernie rozciąga narrację, wprowadza tajemnicze wątki i postaci, delikatnie sygnalizujące kolejne niesamowite zdarzenia, których rozwinięcia i rozwiązania możemy się spodziewać w dalszych odsłonach. Rozumiem, że ma to służyć pobudzaniu apetytu u czytelnika i przywiązaniu go do serii. Czegoś jednak w bieżącej opowieści brakuje. Podczas lektury oczekiwałem na jakieś spektakularne zdarzenie, woltę, która wywróci opowieść na lewą stronę, ale na „czekaniu” się skończyło. Zamek rybiej dynastii to przydługi wstęp do wydarzeń, które mają dopiero nastąpić. Skrypt sugeruje, wręcz suponuje, że za chwilę coś ważnego się wydarzy, ale przewracamy stronę i znów jedynie budowanie napięcia, żadnego uwolnienia, żadnego rozwiązania. Pozostaje czekać na trójkę.

Z rysunkami sprawa przedstawia się zgoła inaczej. Dwójka prezentuje się pod tym względem ciekawiej. Co prawda całość utrzymana jest w tym samym stylu, co jedynka, ale plansze narysowane zostały z większą precyzją i dbałością o szczegóły. Artysta lepiej rozumie głównego bohatera, stosuje bardziej rozbudowaną mimikę, większa jest także dynamika poruszających się postaci. Kadrowanie kajetan-kusinajest odważniejsze, Ambrzykowski częściej zmienia kąt patrzenia i bawi się perspektywą. Wyraźnie widać, że rysownik pewniej się czuje w wykreowanym świecie. Wszystko to można zapisać na plus dla recenzowanej pozycji.

Podobno seria Niesłychane losy Ivana Kotowicza ma się składać z pięciu tomów. Zamek… mocno rozbudza apetyt, jednak do finału daleko. Biorąc tom do ręki czytelnik musi uzbroić się w cierpliwość: scenarzysta akcję gmatwa, podsuwa kolejne pytania i wymusza wyczekiwanie na trójkę. Ech, ciekawe, jak długo będziemy musieli czekać?

Kajetan Kusina (sc.), Michał Ambrzykowski (rys.), „Niesłychane losy Ivana Kotowicza #2: Zamek rybiej dynastii”, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 3+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5-]

kotowicz sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Totalnie nie nostalgia

26/01/2017 § 2 komentarze


Dzieci rozumieją wszystko…

totalnie-nie-nostalgiaWanda Hagedorn w rozmowie z Agatą Maksymiuk tak mówi o swoim komiksie: „Totalnie nie nostalgia jest opowieścią autobiograficzną, a więc prawdziwą. Gdyby wątki nie były prawdziwe, musiałabym nazwać ją fikcją. Niektóre są gorzkie, ponieważ portretują życie, a większość żyć ludzkich składa się z goryczy i słodyczy”. To ważne oświadczenie, które każda osoba sięgająca po wspomnianą pozycję, musi mieć w tyle głowy. Ani na chwilę nie powinna zapominać, że przedstawione wydarzenia nie są wytworem wyobraźni scenarzystki. Proszę uważać. Przypuszczam, że część czytelników może – w ramach samoobrony – podjąć mimowolną próbę pójścia na skróty, zastosować mechanizm wyparcia i zrzucić depresyjno-opresyjno-represyjną wymowę na karb wybujałej fantazji Hagedorn.

Totalnie nie… to fascynująca pozycja, która wciąga od pierwszych plansz. Od lektury trudno się oderwać, czytelnik pragnie poznać od razu całą opowieść. Ważny i znaczący jest sam tytuł komiksu, który niejako z góry ustawia właściwe nastawienie. Autorka podkreśla nim informację, że książka nie powstała z sentymentu czy tęsknoty za PRL-em. Wręcz przeciwnie. W opowieści komunistyczna polityka, bratnie wojska, partia, kartki żywnościowe czy stan wojenny grają role epizodyczne. wanda-hagedornAutorka nie poświęca im zbyt wiele uwagi, gdyż stanowią jedynie scenografię, na tle której rozgrywają się prawdziwe dramaty rodziny narratorki. Dlatego osoby, które liczą na miłą i niezobowiązującą opowieść utkaną z sentymentalnych wątków, niech nawet do niej nie podchodzą.

Scenarzystka, Wanda Hagedorn, od 1986 roku mieszka w Australii, gdzie wyemigrowała jako dorosła, zamężna kobieta. W omawianym komiksie wraca do wspomnień z dzieciństwa, które spędziła z rodzicami i trzema młodszymi siostrami najpierw w Szczecinie, a następnie w Kołobrzegu i Pruszkowie. Memuar pisany jest z pozycji osoby dorosłej, która jest w pełni świadoma znaczenia i wartości opisywanych zdarzeń. Poprzez grzebanie w pamięci (swojej i sióstr) stara się lepiej zrozumieć siebie, własne emocje oraz relacje z innymi. Historia podzielona została na trzy części, które odpowiednio poświecono dzieciństwu, dorastaniu i dojrzewaniu do dorosłości. Narracja przetykana jest rozgrywającymi się współcześnie wstawkami, które mają charakter retardacji i pełnią funkcję przystanków na złapanie oddechu i chwilę refleksji.

Bez wątpienia „Totalnie nie nostalgia jest opowieścią autobiograficzną”. Wandzia, Wanduśka, Wanda stanowi centralny ośrodek, wokół której ogniskuje się cała fabuła. jacek-frasNiebagatelne znaczenie nadano także wszystkim innym kobiecym postaciom występującym w komiksie: matce, sistrom, babciom i ciotkom. To na nich patriarchalna rzeczywistość odciska swoje traumatyczne piętno. Relacja jest szczera aż do bólu, nie ma w niej ani grama fałszu. Wydaje się, że autorka nic przed czytelnikiem nie ukrywa. I dotyczy to zarówno sytuacji seksualnego molestowania rodzeństwa, używania fizycznej przemocy, obleśnego zachowania wujostwa i przełożonych ojca, a także dziecięcych rytuałów inicjacyjnych. Sporo uwagi poświęca się despotycznemu i narcystycznemu ojcu. Sceny terroru i tyranii należą do najbardziej przejmujących w całym komiksie.

Dużo dobrego napisałem już o warstwie literackiej, jednak nie należy zapominać, że mamy do czynienia z powieścią graficzną. Jacek Frąś, który odpowiada za warstwę wizualną, wywiązał się ze swojego zadania znakomicie. Siła rażenia, z jaką Totalnie nie… działa na czytelnika w dużym stopniu jest jego zasługą. Kreska, jaką posługuje się artysta, nie jest hiperrealistyczna, ale jednak rzeczywistość została odwzorowana bardzo precyzyjnie. Twórca poświęcił sporo uwagi wszystkim detalom i temu, aby były zgodne z realiami epoki. Powyżej wspomniałem o tym, że album został podzielony na trzy rozdziały. kolobrzegTrójpodział podkreślony zostaje także w warstwie ilustracyjnej: początkowo przedstawienie postaci jest wyraźnie karykaturalne, jednak wraz z dorastaniem protagonistki rysunek staje się bardziej realistyczny.

Nie wiem, czy Wanda Hagedorn rozpisała scenariusz na plansze, sceny i kadry z sugestiami graficznymi, ale bez wątpienia Frąś pierwszorzędnie wczuł się w narrację. Pewne jest, że autorzy mailowo dyskutowali o rysunkach. Na wklejce umieszczono fragmenty korespondencji, jak się wpatrzymy, to możemy przeczytać m.in.: „nie rysujesz ludziom oczu”, „zmienić nieco jej kok”, „zmieniłem ujęcia w 2 ostatnich kadrach – celem podbicia emocji” czy „wygląda to słabooo!”. A według mnie wygląda doskonale!

Lektura omawianej pozycji wywarła na mnie mocne wrażenie. Wręcz piorunujące. Pewnie dlatego, że listyperspektywa ujęcia tematu jest tak różna/odmienna od mojej osobistej. Wymowy komiksu nie łagodzi fakt, że własne życiowe doświadczenia z opresyjno-despotycznym ojcem (i dziadkiem) były bardzo, bardzo podobne do przeżyć sióstr Chmielewskich. Mimo wszystko trochę niepokoi mnie łatwość z jaką scenarzysta podzieliła świat: wszystkie kobiety są represjonowane, a wszyscy mężczyźni występujący w komiksie to zło wcielone. Abstrahując od rzeczonych zastrzeżeń śmiem twierdzić, że Totalnie nie nostalgia to jedna z najważniejszych, jeśli nie najważniejsza, pozycja w polskiej komiksografii XXI wieku.

Wanda Hagedorn (sc.), Jacek Frąś (rys.), „Totalnie nie nostalgia. Memuar”, Wydawnictwo Komiksowe & Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 5, kolory/cienie: 4]

robinsonsklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Kościsko

18/01/2017 § Dodaj komentarz


Kościsko – pierwsze nieludzkie miasteczko

kosciskoNa punkcie nowego komiksu Karola Kalinowskiego, autora legendarnej Łaumy, oszaleją zarówno młodsi czytelnicy (którym spodoba się fantastyczna i baśniowa fabuła), jak i starsi (którzy docenią obyczajowy wymiar opowieści i kunszt artysty). Cholera, użyłem złego czasu, bez wątpienia to już się dokonało. Album miał swoją premierę w październiku ubiegłego roku i już jest hitem. Doczekał się wielu pochlebnych recenzji i omówień, zarówno na portalach branżowych (tj. komiksowych i książkowych) oraz w wysokonakładowej prasie (o Kościsku pisano w „Wyborczej”, „Polityce” czy „Newsweeku”). Dlatego w kontekście całego tego pozytywnego odzewu ciężko napisać coś nowego i odkrywczego.

Tytułowe Kościsko to niewielkie, fikcyjne miasteczko, geograficznie umiejscowione gdzieś na terenie Podlasia. Do miasteczka, z zamiarem osiedlenia się, przyjeżdżają ojciec z dorastającym synem. Karol dostaje pracę w bibliotece, a młodociany Max szybko znajduje kalinowski-kosciskokilku kolegów. Równie szybko okazuje się, że Kościsko nie jest zwykłym, prowincjonalnym miasteczkiem, gdyż wszyscy autochtoni nie są ludźmi. Bowiem cała społeczność (z wyjątkiem nowoprzybyłych) składa się z: duchów, uporów, wodników, południc, wąpierzy, umrzyków, chochlików oraz innych bóstw i demonów ze słowiańskich wierzeń. W mieście nie muszą się ukrywać, gdyż ono należy do nich. Wiele dziesięcioleci wstecz Leszy wpadł na pomysł „ucieczki do przodu”, czyli zamiast ukrywać się przed ludźmi, zamieszkać na widoku. „I tak powstało Kościsko – pierwsze nieludzkie miasteczko”.

Dlatego początkowo dziwi, że ojciec z synem zostali życzliwie przyjęci przez lokalną społeczność. Za „wymuszoną” akceptacją bytności Karola i Maxa stoi Kustosz, kalinowskiktóry przekonał tubylców, że obecność ludzi w ich świecie jest pożądana, a wręcz konieczna. Nadzwyczajne powody pobytu „docześniaków” trzyma przed mieszkańcami (i czytelnikami) w tajemnicy. Scenarzysta pięknie (i piekielnie) stopniuje napięcie. Sukcesywnie odsłania przed czytelnikami kolejne tajemnice miasteczka. Poznajemy całe zastępy tubylców i ich różnorakie zdolności. Daria potrafi przewidywać przyszłość, Cmentarna Baba widzi choroby i zna się na wszystkim (z wyjątkiem składu do druku), Kustosz potrafi dogadać się ze Śmiercią, a wielkie kamienie potrafią latać, tylko im się nie chce.

Objętość komiksu (prawie 200 stron) pozwoliła Kalinowskiemu fachowo zbudować atrakcyjne i ciekawe wątki leszypoboczne, wykreować wyraziste i sympatyczne postaci, które czytelnik darzy sympatia, dzięki czemu łatwo się z nimi identyfikuje. W opowiadanie o charakterze fantasy pisarz wplótł poważne, obyczajowe tematy: chorobę i śmierć. Zupełnie nie dziwię się wszystkimi pozytywnym recenzjom Kościska, ponieważ jest to komiks wybitny. Jego siła polega na wiarygodności emocjonalnej opowiadanej historii i uniwersalnym przesłaniu. W tym aspekcie mocno przypomina mi Hildę Luke’a Pearsona. Album KaeReLa także przeznaczona jest dla czytelników w każdym wieku.

Żal opuszczać Kościsko. Na szczęście nie wszystkie wątki zostały przez autora zamknięte, co pozwala mieć nadzieję, że kiedyś w przyszłości będziemy mieli jeszcze okazję odwiedzić nieludzkie miasteczko. Czego sobie i Państwu życzę.

Karol Kalinowski (sc. & rys.), „Kościsko”, Kultura Gniewu, Warszawa 2016.

[scenariusz: 5+, rysunki: 6, kolory/cienie: 5+]

leszy-kalinowskisklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Tymek i Mistrz. Tom 1

06/01/2017 § 1 komentarz


 Mistrzowski komiks

tymek-i-mistrzTymek i Mistrz zostali powołani do życia przez panów Rafała Skarżyckiego oraz Tomasza Leśniaka. Miało to miejsce jakieś piętnaście lat temu. Opowieści z udziałem tych bohaterów ukazywały się od marca 2001 r. do końca czerwca 2004 w „Komiksowie” – kolorowym dodatku dla dzieci do piątkowej „Gazety Wyborczej”. W latach 2003 – 2005 w oficynie Egmont Polska ukazało się sześć albumów z przygodami Tymka i jego nauczyciela. W związku z tymi faktami, niektórzy mogą się zastanawiać, dlaczego wydawnictwo Kultura Gniewu zdecydowało się na reedycję?

Już odpowiadam. Po pierwsze: Egmont nie zebrał wszystkich historyjek z „Komiksowa”. Po wtóre: po zwieszeniu magazynu Skarżycki i Leśniak przez kilka dobrych miesięcy tworzyli dalsze historie do szuflady. Jak udało mi się dowiedzieć, to co do tej pory ukazało się w albumach, to jedynie 40% całego materiału. Aktualny wydawca ma w planach opublikować trzy zbiorcze tomy, w których zaprezentowane zostaną WSZYSTKIE przygody małoletniego maga i jego mentora.

Głównymi bohaterami komiksu są: stary, bezimienny mag – Mistrz, który ma ponad 400 lat oraz jego młody uczeń. Opowieści toczą się w bliżej nieokreślonym miejscu. Prawdopodobnie w komiks-dla-dzieciŚredniowieczu. Pozornie wszystko jest na swoim miejscu. Czarodziej jest bardzo stary i bardzo mądry; szczupły, długobrody oraz łysy. Nosi długą, ozdobioną gwiazdami, szatę. Jednakże z racji swej długowieczności częstokroć zapomina najprostszych zaklęć. Bywa rozkojarzony, twardo po ziemi stąpa jego uczeń. Tymoteusz, mały urwis i spryciarz w okularach o grubych oprawkach, zjawia się pewnego razu w domu Mistrza i przekonuje go, że chciałby się uczyć magii. Terminowanie nie jest wcale. Lekcje sztuki czarnoksięskiej odbywają się rzadko i często przed nauką musi albo posprzątać, albo poukładać jakieś przedmioty. Ponieważ Mistrz jest potwornym bałaganiarzem i zbieraczem mało przydatnych przedmiotów, których przeznaczenia nawet on sam nie zna.

Antagonistami,rafal-skarzycki z którymi bohaterzy często muszą się skonfrontować są: ponury czarodziej Psuj, jego mało rozgarnięty i sepleniący uczeń o imieniu Popsuj. Zwykle Tymek i Mistrz muszą się bronić przed podstępnymi atakami ich strony. Psuj wciąż próbuje udowodnić, że najlepszym czarodziejem na świecie, chce raz na zawsze pozbyć się Mistrza. Para dobrych bohaterów nie daje się wciągnąć w rozgrywki złego maga lub staje w szranki na swoich zasadach i zawsze wygrywa, bo dobro zawsze…

Menażeria postaci pojawiających się na kartach albumów jest rozległa: smoki i smoczki, trolle, olbrzymy, cyklopy, jednorożce, krasnoludki i gnomy. Klasyczne fabuły z udziałem wyżej wspomnianych bohaterów zostają wykrzywione, autorzy dopisują do archetypicznych opowieści zaskakujące pointy. Siłą omawianego serialu jest przewrotne poczucie humoru, które docenią także dorośli czytelnicy.

Wymyśleni przez tomasz-lesniakLeśniaka i Skarżyckiego główni bohaterzy wzbudzają sympatię. Brak przemocy, jak i pozytywny przekaz: Mistrz lub Tymek zawsze znajdują rozwiązanie, które wszystkich zadowala. Dodatkowo autorzy cichaczem przemycają także wątki edukacyjne, z których małoletni czytelnicy dowiedzieć się mogą wielu przydatnych rzeczy. Komiks jest pozycją godną polecenia dla wszystkich czytelników niezależnie od wieku.

Rafał Skarżycki (sc.), Tomasz Leśniak (rys.), „Tymek i Mistrz. Tom 1”, Kultura Gniewu, wyd. II (kompletne), Warszawa 2016.

[scenariusz: 5+, rysunki: 6, kolory/cienie: 4+]

sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}12920279_861021164024108_122616306522720486_n
Powyższy artykuł pierwotnie ukazał się na łamach 16. numeru magazynu „Fika”; czasopismo można zamówić na stronie Tashki: klik! klik!

fika-numer-16

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with kultura gniewu at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: