Czerwone wilczątko

24/08/2017 § 4 Komentarze


 Współczesna baśń

Szata graficzna Czerwonego wilczątka oszałamia! Ilustracje są wspaniałe. Bardzo szczegółowe, a także różnorodne. Ukazują leśną rzeczywistość, która jest miejscami magiczna i tajemnicza, a miejscami przerażająca i upiorna. Na dokładkę rozbudowana kolorystyka (szczególnie w pierwszej części) również przykuwa uwagę czytelnika. Całostronicowe plansze zawierają elementy narracyjne, które wymagają uważnego śledzenia i jednocześnie odwodzą czytelnika od tekstu. Tekst opowiadania, zepchnięty – z małymi wyjątkami – na boczny lub dolny margines, także stanowi element konstrukcyjny ilustracji. Książę chce się wciąż od nowa przeglądać, kartkować w te i nazad, wyłapywać „smaczki” i zachwycać każdym detalem. Dużym jednak błędem byłoby marginesowanie warstwy literackiej utworu i skupianie się tylko i wyłącznie na oprawie graficznej.

Amélie Fléchais napisała wariację na temat klasycznej baśni Mały Czerwony Kapturek autorstwa Charles’a Perraulta. Mimo podmiany głównej bohaterki z dziewczynki na wilczątko, rzecz ma więcej wspólnego z pierwowzorem niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. I nie chodzi tylko o podobieństwa elementów składowych (tj. mama, babcia, Czerwony Kapturek, myśliwy), ale raczej o nadrzędne przesłanie. Dla przypomnienia oryginalnie pierwowzór kończy się pożarciem babci i dziewczynki przez wilka. Dopiero XX-wieczna popkultura nadpisała dla opowieści szczęśliwe zakończenie. Autorka upomina się o krwawą brutalność i zgrozę w prawdziwych (a nie disnejowskich) baśniach.

Wilczątko, niepomne pouczeń i instrukcji udzielonych przez matkę, podąża za swoimi popędami – oddaje się zabawie, zbacza ze ścieżki, zjada zająca i zawierza słowom ludzkiej dziewczynki, z którą odchodzi (a ona wzbudza zaufanie, gdyż zachowuje się z gracją i pięknie wygląda). Postępowanie protagonistki jest autodestrukcyjne – choć nieuświadomione. Co prawda napięcie wywołane strachem przed porzuceniem i śmiercią ulega w finale rozładowaniu, gdyż dziewczynka zostaje uratowana przez Wilka-ojca. Tylko czy można mówić o szczęśliwym zakończeniu w sytuacji, gdy dochodzi do zabójstwa?

Huśtawka uczuć i emocji, z którą musi sobie poradzić bohaterka, jest niezwykle rozpięta. Beztroska, złość na siebie z powodu naiwności, strach o własne życie, wyrzuty sumienia, nadzieja ocalenia, ale przede wszystkim trauma, która pewnie na zawsze zmieni postrzeganie świata przez bohaterkę. W finale opowieści rzeczywistość wykreowana przez Fléchais jest ponura i mroczna. Co pewnie nie pasuje do obrazu, jaki wytworzyli sobie rodzice (większość, nie wszyscy) na temat baśni dla dzieci. Jednakże nie jest to powód, aby skreślać książkę z listy wspólnych lektur. A wręcz przeciwnie. Jestem zdania, że Czerwone wilczątko należy „przerobić”/„przetrawić” bardzo dokładnie. Słuchając o wilczątku, które na własne życzenie ma poważne kłopoty, dziecko – poprzez identyfikację – może przyjrzeć się własnym uczuciom, zobaczyć je niejako z zewnątrz i przemyśleć, a finalnie pozbyć się tłumionego napięcia. Co ma wymierne korzyści – nauczy młodego człowieka lepiej rozumieć samego siebie.

Czerwone wilczątko to pozycja odważna i znacząca, której w zalewie publikacji dla dzieci nie wypada przeoczyć. Rzecz piękna, mądra i pouczająca.

Amélie Fléchais (tekst & ilustracje), „Czerwone wilczątko”, tłum. Ana Brzezińska, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[tekst: 6, rysunki: 5+ kolory/cienie: 6-]

 {książkę można kupić tu: klik! klik!}

Reklamy

Kaki, Marietta, Pan Leclair i cała reszta… – rozmowa z Florianem Ferrier

16/08/2017 § 2 Komentarze


 Kaki, Marietta, Pan Leclair i cała reszta… – z Florianem Ferrier, współscenarzystą serii komiksowej Hotel Dziwny, rozmawia Maciej Gierszewski

Maciej Gierszewski: Patrząc na Pana wcześniejszą aktywność zawodową, nie przypuszczałbym, że jest Pan zainteresowany zrobieniem komiksu dla dzieci.
Florian Ferrier: Katherine i ja zawsze pracowaliśmy dla dzieci. Ona od dwudziestu lat robi ilustracje dla prasy dziecięcej i różnych wydawnictw we Francji, a ja robię animacje i reżyseruję programy TV. Piszę także powieści dla młodzieży. Dlatego zrobienie komiksu dla dzieci było dla nas czymś naturalnym, następnym krokiem. Dzieci stanowią naszą podstawową publiczność i uważamy je za „interesujące plemię”. Zwykle każde z nas pracuje nad własnymi projektami, to była pierwsza rzecz, którą zrobiliśmy wspólnie.

M.G.: Czy od początku zakładaliście, że będzie to seria? Czy zadecydowaliście o tym później?
F. F.: Chcieliśmy, aby to była seria. Tak to sobie wyobraziliśmy od początku: pięć dziwacznych postaci prowadzących hotel. Kiedy zaczęliśmy pisać i rysować, nie wiedzieliśmy, dokąd historia nas zaprowadzi. Wspólna praca tak nas cieszyła, że kiedy skończyliśmy pierwszy tom, pomyśleliśmy, dlaczego nie napisać kolejnej przygody? Ostatecznie i tak zawsze decydują czytelnicy. Gdyby pierwszy tom nie sprzedał się dobrze we Francji, prawdopodobnie nie byłoby drugiego.

M.G.: Co było pierwsze: postaci czy historia? Najpierw stworzyliście bohaterów, snując opowieść wokół nich? Czy może Hotel Dziwny dał początek wszystkiemu?
F.F.: Wszystko płynnie po sobie następowało, opowieść ewoluowała powoli. Najpierw jedna postać, potem kolejna… Jedna historia, potem następna… Jak Lego. Bezpośrednią inspiracją dla powstania Hotelu Dziwnego było nasze ulubione miejsce spędzania wakacji – drewniany domek w Alpach. On naprawdę istnieje! Następnie chcieliśmy stworzyć łatwo rozpoznawalnych bohaterów, choćby w zarysie. Każdy z nich ma jakiś szczególny kształt, kolor, niezwykły czy dziwny charakter, sposób patrzenia na życie. Uprzejmość, ale i humor.
Jest tak, że podczas pracy musisz ufać sobie i nie wahać się odrzucać tego, co nie jest wystarczająco dobre. Katherine szybko dochodzi do rezultatów, jakie chce uzyskać, dlatego odrzucała mniej niż ja (bardzo to podziwiam!). Sam zrezygnowałem z wielu pomysłów, które początkowo wydawały się dobre, ale później stawały się nudne.

M.G.: Możesz zdradzić czy w kolejnych tomach akcja również dzieje się w hotelu?
F. F.: Bohaterowie często wyruszają w poszukiwaniu przygody, czasami bardzo daleko od hotelu. Np. w czwartym tomie ekipa wkracza do krainy duchów, która znajdują się nad chmurami. Każda kolejna historia rozpoczyna się w hotelu i ostatecznie drużyna zawsze tam powraca. Wszystkie albumy zaczynają się tym samym kadrem ukazującym hotel, tylko pory roku się zmieniają…

M.G.: Wydaje się, że najważniejszymi postaciami w komiksie są Kaki, Marietta i Pan Leclair. Czy możesz powiedzieć coś więcej o każdym z nich? Czy wzorowaliście swoich bohaterów na rzeczywistych osobach?
F. F.: Wymyślając postaci zawsze inspirujemy się ludźmi, których znamy. Marietta to „szefowa”, która jest szczęśliwa tylko wtedy, kiedy inni są szczęśliwi. Kaki jest leniwą i przezabawną futrzaną kulką. Pan Leclair jest nocnym strażnikiem hotelu, ale wciąż zasypia. Lubi siedzieć w komfortowym zaciszu swojej biblioteki. Cała jego wiedza pochodzi z książek, nawet jego brytyjski humor… Wygląd bohaterów bywa zdecydowanie dziwny, jednak usposobieniem przypominają ludzi, których się zna. Jest także Celestin, sąsiad i przyjaciel. Trochę tajemniczy gość, który kocha samotność i las, bo on nie ma przed nim tajemnic. I wreszcie Pan Snarf, duch z księgi gości, recepcjonista i żyjącą pamięć hotelu.

M.G.: Oprócz Kaki, Marietty i Pana Leclair jest wiele innych postaci w komiksie. Niektóre z nich grają epizodyczną rolę. Czy trudno było nadać indywidualność każdej z nich?
F. F.: Czasami. Niektóre postaci są tak epizodyczne, że pojawiają się tylko w jednym kadrze. W komiksie można sobie pozwolić na niezliczoną ilość osób, kształtów czy kolorów. Główna bohaterka jest właścicielką hotelu, dlatego oczywistym jest, że spotyka wielu gości. Katherina uwielbia rysować dziwne stworzenia. Realistyczny świat i realne osoby nie interesują jej aż tak bardzo, zatem dobrze się bawiła, rysując tych wszystkich osobliwych bohaterów. W komiksie można spotkać niezliczoną ilość sylwetek, które żyją w lesie, pod ziemią, w niebie, małych i gigantycznych… To fantastyczny i poetycki świat, bez ograniczeń.

M.G.: Prostota akcji i zakończenia definiuje Wasz komiks jako lekturę dla dzieci. Czy braliście pod uwagę napisanie scenariusza w taki sposób, aby komiks skierowany był dla młodzieży (poprzez wydłużenie historii lub skomplikowanie zakończenia)?
F. F.: Dla nastolatków lub starszych? Po co? Oboje tworzymy dla dzieci, to nasz cel i coś, co lubimy robić. Dla nas nie ma specjalnej różnicy między książkami dla dzieci i dla dorosłych, ten podział funkcjonuje tylko w umysłach odbiorców. Dobra historia, to dobra historia! Umiejętność budowania prostych opowieści jest naszą siłą. Ponad wszystko, próbujemy opowiedzieć naszym czytelnikom przygodę. Pod pozorną prostotą poruszamy głębsze tematy, takie jak autorytet, dzielenie się, odpowiedzialność… Najzabawniejsze jest to, że mamy czytelników, którzy teraz są w wieku 12, 13 lat i śledzą serię od pierwszego tomu. Dorastali z Hotelem Dziwnym i kontynuują czytanie. To dowód na istnienie pewnej formy „porozumienia” między nami a czytelnikami. Zresztą o tym też świadczy, że nasze dzieło ewoluuje w stronę bardziej złożonych opowieści w kolejnych albumach. Nie jesteśmy więźniami naszych bohaterów. Zmieniamy się razem z nimi! A jeśli chodzi książki dla młodzieży, to właśnie skończyliśmy powieść, napisaliśmy ją razem, a Katherine ją zilustrowała. Premiera planowana jest na rok 2018.

M.G.: Katherine jest współscenarzystą. Czy wasza współpraca bywa trudna? Czy aktywnie uczestniczysz w rysowaniu postaci?
F. F.: Jak już wspomniałem wcześniej Hotel Dziwny, to praca na cztery ręce. Katherine pisze razem ze mną i razem rysujemy storybordy. Storybord jest dla nas najważniejszy: płynna narracja jest kluczem dobrej historii, niezależnie od formy. Czasem rysujemy szkic postaci razem, ale to nie jest regułą. Katherine jest bardzo konsekwentna, wykreowała charakterystyczny i rozpoznawalny świat. Oczywiście rozmawiamy o tym, czego ona chce. Np. nie lubi rysować samochodów, dlatego w komiksie nie mogą się one pojawiać. Lubi rysować naturalne krajobrazy, dalekie od zgiełku miasta.

M.G.: Pierwszy album Hotelu… został wydany we Francji 7 lat temu. Czy patrząc na ten komiks teraz, z perspektywy czasu, coś byś w nim zmienił?
F. F.: Oryginalnie pierwsza cześć była powieścią dla dzieci napisaną przez nas obojga i zilustrowaną przez Katherine, ale nie byliśmy z niej zadowoleni. Stwierdziliśmy, że lepiej będzie zaadaptować historię na komiks i zbadać to medium (zupełnie dla nas nowe). Więcej rysunków mniej tekstu. Dlatego też koniecznym było skrócenie fabuły, zbyt długiej na 40 stron komiksu. Kolejne części powstały już jako typowe scenariusze komiksowe. Niewątpliwie Hotel Dziwny zawdzięcza swój urok chwili, kiedy zdecydowaliśmy się wybrać komiks zamiast powieści.

M.G.: Obecnie seria liczy sobie pięć tomów. Czy będą dalsze?
F. F.: Jest sześć tomów, ostatni został opublikowany w październiku 2016 roku. Zanim zaczniemy myśleć o kolejnych częściach Hotelu Dziwnego, musimy skończyć dwie inne książki. Nad siódmym albumem zaczniemy pracować w przyszłym roku. Wciąż cieszy nas praca nad serią, dlatego, dopóki mamy ciekawe pomysły i wydawców, którzy nas wspierają, będziemy ją kontynuować.

M.G.: Jednym z najzabawniejszych aspektów pierwszego albumu jest to, że Pan Zima i Pan Wiosna są żeńskimi postaciami w języku polskim. Czy myślałeś o tym wcześniej, że pory roku w innym języku mogą być rodzaju żeńskiego?
F. F.: W tym wypadku problem bierze się ze specyfiki języków, a nie z tłumaczenia. We Francji zima i wiosna są braćmi.

M.G.: Czy chciałbyś coś powiedzieć polskim czytelnikom?

F. F.: To samo co mówimy naszym francuskim czytelnikom: mamy nadzieję, że dzieci w Polsce polubią naszych bohaterów i ich świat, a mały hotel ukryty między górami sprawi, że zaczną marzyć. Nie ma złych i dobrych w tych przygodach, są tylko różne stworzenia, które muszą nauczyć się żyć razem w pokoju. Co nie jest łatwe.

Katherine Ferrier & Florian Ferrier (sc.), Katherine Ferrier (rys.), „Hotel Dziwny #1: Przez zimę do wiosny”, tłum. Małgorzata Janczak, Kultura Gniewu, Warszawa 2017. [Zdjęcia pochodzą z oficjalnego profilu serii: klik! klik!]

 Komiks objęty patronatem:   {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Rozmowa przeprowadzona dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Rekomendacje: Hotel Dziwny #1: Przez zimę do wiosny

24/07/2017 § Dodaj komentarz


Pierwszy dzień wiosny

Oficyna Kultura Gniewu poinformowała, że właśnie do sprzedaży trafił pierwszy album bestsellerowej, francuskiej serii komiksowej dla dzieci – Hotel Dziwny. Cykl jest autorską produkcją, za którą odpowiadają Katherine i Florian Ferrier; oryginalnie wystartował w roku 2010 i na chwilę obecną liczy sobie sześć odsłon. Tytułem wstępu warto wspomnieć, że początkowo „jedynka” była powieścią dla dzieci, ale autorzy nie byli z niej zadowoleni, dlatego całość przerobili na komiks. I dobrze się stało!

Przez zimę do wiosny rozpoczyna się pewnego pięknego, śnieżnego poranka, gdy do furty hotelu dobijają się goście, który mają rezerwacje pokoi od pierwszego dnia wiosny. Marietta, szafowa, upiera się, że do wiosny jeszcze daleko, przecież wciąż leży śnieg, ale urlopowicze dowodzą, że dziś jest 21 marca i, nie zważając na protesty obsługi, wchodzą do środka. Powstaje duże zamieszanie, bo gości jest niemało. Realnym problemem, z którym muszą zmierzyć się gospodarze, to brak Pana Wiosny. Gdzie on mógł się podziać? Może Pan Zima go porwał? Jak podaje w materiałach promocyjnych wydawca: „Nie zastanawiając się długo, bohaterowie wyruszają na wyprawę, aby odnaleźć Pana Wiosnę i dowiedzieć się, co się z nim właściwie dzieje”.

Fabuła komiksu ma wysoce przygodowy i rozrywkowy charakter. Na poszukiwania wyrusza czwórka z piątki głównych bohaterów. Pan Snarf, duch z księgi gości, recepcjonista i żyjącą pamięć hotelu, zostaje na miejscu, aby zająć się przybyszami. Nim Kaki, Marietta, Pan Leclair i Celestin odkryją, dlaczego w tym roku Pan Wiosna się nie zjawił na czas, będę mieli wiele ekscytujących i zabawnych przygód. Między innymi Kaki nauczy się jeździć na nartach, Pan Leclair będzie opłakiwał swoje zniszczone książki (łączę się w rozpaczy), spotykają wielgaśne, groźnie wyglądające leśne trolle, a także zostaną zaskoczeni przez śnieżną burzę. Dopiero teraz, enumerując, zwróciłem uwagę na mnogość wydarzeń i epizodów rozgrywających się w komiksie. Akcja, miejscami dramatyczna, toczy się płynnie. Bohaterzy, dzięki temu, że działają wspólnie potrafią sobie poradzić z każdą sytuacją.

Zachwyca mnie oprawa graficzna! Rzeczywistość wykreowana przez Katherine Ferrier jest fantastyczna, została „zaludniona” ogromną ilością wszelkiej maści stworzeń i „pamperków”, które wyglądają fenomenalnie. Na pierwszy rzut oka niektóre z nich mogą przypominać postaci z Muminków Tove Jansson. Skojarzenie jest jednak powierzchowne, gdyż kreska i rysunek Ferrier jest zupełnie inny. Pod względem kolorystycznym całość prezentuje się równie dobrze.

Seria Hotel Dziwny idealnie nadaje się do wspólnego czytania z milusińskimi od piątego roku życia. Jednak jestem przekonany, że najwięcej przyjemności sprawi czytelnikom, który potrafią już samodzielnie składać litery. Liczę, że Kultura Gniewu rychło opublikuje „dwójkę”, bo sam chętnie poznam kolejne przygody Kaki, Marietty i innych.

Katherine Ferrier & Florian Ferrier (sc.), Katherine Ferrier (rys.), „Hotel Dziwny #1: Przez zimę do wiosny”, tłum. Małgorzata Janczak, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

komiks objęty patronatem:{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Love in Vain. Robert Johnson 1911-1938

29/06/2017 § Dodaj komentarz


 All my love’s in vain

Robert Johnson. Coś mówi Wam to nazwisko? Jeśli nie kojarzycie – legendarnego bluesmana, który żył zaledwie dwadzieścia siedem lat i nagrał jedynie dwadzieścia dziewięć utworów – to nie ma się czego wstydzić. W końcu koleś zmarł prawie osiemdziesiąt lat temu i całe życie spędził na południu Stanów Zjednoczonych. Warto jednak, abyście włączyli YouTube i w wyszukiwarkę wpisali to nazwisko. Posłuchajcie kilku piosenek i wówczas okaże się, że już kiedyś mieliście okazję je usłyszeć. Może nie w oryginalnym wykonaniu, ale jednak.

Tak, muzyk żył krótko, acz intensywnie. Niewiele rzeczy miało dla niego znaczenie, głównie granie na gitarze i śpiewanie. Nadto lubił jeszcze alkohol i kobiety. Na ironię losu zakrawa, że prawdopodobnie zmarł w wyniku wypicia zatrutej whisky, którą spreparował zazdrosny mąż, a butelkę podała mu kobieta. Legenda głosi, że pewnej nocy, gdzieś na rozstaju dróg, w zamian za talent zaprzedał swoją duszę Diabłu. Przez następne lata pilnie strzegł swej tajemnej techniki gry – występując na scenie siedział odwrócony tyłem do publiczności. Love in Vain jest udaną próbą przywrócenia pamięci o tym muzyku szerszemu gronu odbiorców.Książkę wyprodukowano we Francji, jest dziełem Jeana-Michela Duponta (scenariusz) i Pascala „Mezzo” Mesemberga (rysunki). Rzecz bardziej przypomina zbiór ilustrowanych faktów, niż typowy komiks biograficzny. W sposobie prowadzenia narracji jest coś oldschoolowego, ponieważ sprowadza się głównie do scenek z opisami, na podstawie których czytelnik buduje pewien szerszy obraz. Francuski scenarzysta stara się przybliżyć klimat, jaki panował w latach ‘30 ubiegłego wieku w Delcie Missisipi: bieda, niepokój i beznadzieja, kompulsywny seks, nocne imprezy w podrzędnych tancbudach, tani alkohol oraz zalewanie się w trupa. Niezbyt wielu znaczących faktów z biografii artysty możemy się dowiedzieć z lektury komiksu. Wizerunek jaki się wyłania jest rozmyty. Na pewno był postacią intrygującą, nietuzinkową, wymykającą się pewnym normom i standardom. Na pierwszy plan opowieści wysuwa się blues i to on jest niejako „głównym bohaterem”. Całość spaja osoba wszystkowiedzącego narratora, który dopiero w finale zdradza swoją prawdziwą tożsamość.Wystarczy otworzyć album, aby zdać sobie sprawę, że to nie warstwa literacka jest w nim najważniejsza, a oprawa graficzna, która – powiedzmy to sobie wprost – zwala z nóg. Nie wiem jaką dokładnie techniką zostały wykonane ilustracje, ale wyglądają trochę jak czarno-białe drzeworyty czy litografie. Plansze mają hipnotyczną moc. Długo można się w nie wpatrywać i podziwiać kunszt artysty.

Omawiany komiks można rozpatrywać jako pośmiertne epitafium dla Roberta Johnsona, ale także jako piękny hołd dla samego bluesa.

Jean-Michel Dupont (sc.) i Mezzo {właśc. Pascal Mesemberg} (rys.), „Love in Vain. Robert Johnson 1911-1938”, tłum. Olga Mysłowska, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 6, kolory/cienie: 6]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Bajka na końcu świata #1: Ostatni ogród

24/06/2017 § 1 komentarz


Pierwsze przygody Bajki i Wiktorii

Pewnie zastanawiacie się nad tym, dlaczego najnowszy komiks Marcina Podolca nosi tytuł Bajka na końcu świata, a nie Bajka o końcu świata? Tytuł brzmi trochę nie po polsku, ale od razu informuję, że jest to jedynie złudzenie. Słowo „bajka”, użyte w tytule albumu, nie odnosi się do rodzaju utworu literackiego. Tak ma na imię pies (a właściwie suczka) małoletniej Wiktorii, która jest główną bohaterką opowieści. Obie są permanentnie w drodze, przemierzają „świat po wielkim wybuchu”. Stąd owo „na” a nie „o”.

Chcąc dalej trochę bawić się semantyką, to właściwie tytuł wskazuje, że Bajka jest już na końcu świata, że osiągnęła punkt docelowy. A skoro warstwa fabularna ukazuje ciągłą wędrówkę, to można domniemywać, że nie istnieje żadne konkretne miejsce, do którego bohaterki mogłyby dotrzeć. Ponieważ już w nim są, a wędrówka jest jedynie pretekstem. Do czego? Lepszego poznania postapokaliptycznej rzeczywistości? Choć można na sprawę spojrzeć jeszcze inaczej. Omawiana publikacja nosi podtytuł Ostatni ogród, a na grzbiecie umieszczono cyfrę jeden. Czyli w rękach mamy fragment, a całość opowieści składać się będzie z kilku części (Ilu? Tego na chwilę obecną nie wiadomo), więc nazwa odnosi się do kompletu, którego nie ma, który dopiero będzie. Jeśli pod tym kontem patrzeć, to wówczas Bajka znajdzie się na końcu świata w ostatniej odsłonie. A! Jeszcze jedna ciekawa sprawa. Z albumu to nie wynika, ale na stronie wydawcy podano, że w tytule „koniec świata” pisany jest z małych liter, więc niby nie jest to żadna nazwa własna… Dobra, dość tych słownych gierek.

Jak wspomniałem, akcja albumu rozgrywa się w mało przyjaznej rzeczywistości, która jest bezludna, zrujnowana, rozbita, spopielona i pustynna. Jeden z bohaterów mówi: „Wiecie, nie ma lekko, odkąd świat wygląda jak wielka piaskownica”. Bohaterki (Wiktoria i Bajka) przemierzają jałową krainę, codziennie mijają kolejne zwalone domy, wypalone do cna lasy, dymiące zgliszcza i kratery. Kierunek wędrówki wyznacza tajemnicze światło, które w nocy pojawia się na nieboskłonie. Protagonistki są przekonane, że światłość została wysłana przez rodziców dziewczynki i wskazuje miejsce ich aktualnego pobytu.

Scenarzysta nie zdradza dlaczego świat spotkała katastrofa, dlaczego jest bezludny czy jakim cudem Wiktoria i Bajka ocalały. Czytelnik „na wiarę” musi przyjąć wiele konstrukcyjnych elementów komiksu. Na szczęście opowiadanie wcale nie skupia się na beznadziejnej sytuacji bohaterek. A wręcz przeciwnie. Pewnie dlatego nie dziwi, że dziewczynka może rozmawiać z psem. A między ruinami i dymem migają nikłe promyczki nadziei: kiełkująca roślinka, zapomniany ogród z czystą wodą, gdzie można się popluskać i myć czy przyjacielsko nastawiony tapir, który jest kurierem. Całość fabuły niesie za sobą pozytywny przekaz o przyjaźni, lojalności, celowości podjętych działań i ufności. Historia, przynajmniej w „jedynce”, skupia się na małych a znaczących gestach i symbolach.

Oprawa graficzna jest więcej niż dobra. Podolec odrysował rzeczywistość spójną i wiarygodną, w której wszystkie przedstawione elementy do siebie pasują, wzajemnie się uzupełniają i uzasadniają. Z albumu na album kreska rysownika ewoluuje. Oczywiście w wypadku Bajki… w pewien sposób została dopasowana do potencjalnego czytelnika (tj. dzieci), dlatego postaci ukazane zostały bardzo sympatycznie i już na pierwszy rzut oka mogą się podobać. Należy zauważyć, że Wiktoria wcale nie jest klasycznie piękną dziewczynką, bo ma szparę między jedynkami, kartoflany nos oraz lekką nadwagę, a mimo to zupełnie naturalnie zaczynamy ją lubić. Docenić i chwalić należy artystę za to, jak prowadzi narrację – kadry odpowiednio przenoszą akcję. Dodatkowo twórca konstruuje plansze w odważny sposób. Świadomie rezygnuje z klasycznego układu kwadratów i prostokątów na rzecz bardziej śmiałych zabaw. Warto zwrócić uwagę na dwie plansze, na których postaci napotykają kiełkującą roślinkę czy na sceny przymusowej kąpieli. Na jeszcze jedną sprawę chciałbym zwrócić uwagę, otóż czasami elementy ilustracji „uciekają” poza linię paneli, co odbieram pozytywnie jako znak, że nie wszystko musi być „pod linijkę”.

Doceniam wiele detali, z których zbudowany jest komiks, że główną postacią jest dziewczynka, że akcja rozgrywa się w otoczeniu o charakterze postapokaliptycznym, że jest to komiks drogi, że nie wszystko zostało podane na tacy, że pewne elementy są wciąż ukryte przed czytelnikiem. Rzecz czyta się z niesłabnącym zaciekawieniem, a kolejne epizody dobrze ze sobą współgrają. Brakuje mi jedynie do pewnego, bliżej nieokreślonego, morału lub przesłania. W końcu, nawiązując do pierwszych akapitów tekstu, w tytule pada słowo „bajka”.

Marcin Podolec (sc. & rys.), „Bajka na końcu świata #1: Ostatni ogród”, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Miesiąc miodowy na safari

02/05/2017 § 1 komentarz


Człowiek nie jest koroną stworzenia

Na wstępie przyznaję, że lektura komiksu Miesiąc miodowy na safari była dla mnie sporym zaskoczeniem. Dawno nie czytałem tak odjechanej i nieoczywistej pozycji. W zalewie amerykańskiego superhero i wszelkiej maści pozycji rozrywkowych album wnosi wyraźnie zauważalny powiew świeżości. Jesse Jacobs jest kanadyjskim artystą, który przez jakiś czas pracował przy animacji Adventure Time. Jest to o tyle ważna informacja, gdyż mam nieodparte wrażenie, że do albumu przeniknęły pewne elementy charakterystyczne dla rzeczywistości Finna i Jake’a. Myślę głównie o konstrukcji świata przedstawionego, który na pierwszy rzut oka jest absurdalny i odrealniony, ale gdy mu się bliżej przyjrzeć, to okazuje się, że ma sporo wspólnego z realnym.

Miesiąc miodowy na safari to stosunkowo prosta historia o charakterze przygodowym, w której występują jedynie trzy postaci: para nowożeńców (on jest starszym i bogatym mężczyzną, a ona stosunkowo młodą kobietą) oraz pan przewodnik, którego prawdziwą pasją jest gotowanie. I być może, gdyby nie pracował na tym pustkowiu, to byłby wziętym mistrzem kuchni. Akcja rozgrywa się w bliżej nieokreślonej dżungli (na innej planecie?), która szybko wytraca idylliczny wymiar. Knieje zamieszkiwane są przez przedziwne, mało przyjazne człowiekowi, zwierzęta, dla których stanowi on naturalnego wroga. Każdy kolejny dzień to bezpardonowa walka o przetrwanie, bo wygrać może tylko najsilniejszy. Wbrew pozorom ludzie wcale nie są na uprzywilejowanej pozycji.

Sylwetki, relacje i wzajemne stosunki bohaterów są przerysowane, ale dzięki temu bardziej wyraziste. Kobieta czuje się zobowiązana, aby przepraszać za zachowanie męża, który względem przewodnika zachowuje się arogancko i wyzywająco. Kilka razy podkreśla, że safari kosztuje go gruby szmal. Zachowuje się w myśl maksymy: „Płacę, więc wymagam!”. W pewnym miejscu małżonka mówi: „W mieście jest niezwykle ważną osobistością. Nie przywykł do poczucia bezradności”. Obaj mężczyźni są wrogo nastawieni wobec przyrody. Wydawać by się mogło, że przewodnik z racji dogłębnej znajomości fauny i flory będzie okazywał więcej szacunku i zrozumienia. A jednak nie. Bez refleksji wyciąga flintę i zabija małpę leśną, choć wie, że gatunek zagrożony jest wyginięciem. Przy okazji prosi: „Nie mówcie nikomu, że ją zabiłem. Mógłbym stracić licencję na organizację safari”. Ostatecznie Miesiąc miodowy… to ostra satyra na post-turystykę, ale dostaje się także domorosłym ekologom i zwolennikom slow life.

Pod względem graficznym album prezentuje się wyśmienicie. Całość narysowano subtelną i ciepłą kreską. Wykreowana przez Jacobsa rzeczywistość jest nadzwyczaj spójna. Z jednej strony urocza, a z drugiej przerażająca. Z oddalenia dżungla wygląda pięknie i ekscytująco, ale gdy „zbliżamy oko”, to okazuje się, że zamieszkują ją przerażające i groteskowe stwory, które tylko czyhają, aby zjeść lub zabić. Plansze hipnotyzują obsesyjną wzorzystością i monochromatyczną kolorystyką. Za przerywniki w narracji służą plansze składające się dwudziestu czterech paneli, na których ukazano różnorakie gatunki roślin i zwierząt. Przywodzą one na myśl karty z dziewiętnastowiecznego albumu przyrodniczego.

Za finalną rekomendację niech posłuży zdanie: Gdyby panowie Jacek Świdziński i Łukasz Kowalczuk postanowili napisać wspólny komiks, który narysowałby Marcin Podolec, to mogłoby im wyjść coś właśnie takiego.

Jesse Jacobs (sc. & rys.), „Miesiąc miodowy na safari”, tłum. Agata Napiórska, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 6, kolory/cienie: 5+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Niesłychane losy Ivana Kotowicza #2: Zamek rybiej dynastii

01/03/2017 § Dodaj komentarz


 W grupie raźniej

michal-ambrzykowskiNiespełna dwa lata temu recenzowałem pierwszy album cyklu Niesłychane losy Ivana Kotowicza, pisałem wówczas: „(…) debiut Kusiny i Ambrzykowskiego zaskoczył mnie, pozytywnie zaskoczył. Nie spodziewałem się, aż tak dopracowanego albumu. Scenarzysta zadbał o ciekawy skrypt, a rysownik świetnie wywiązał się ze swojego zadania. Z jednej strony otrzymaliśmy rzecz zabawną i wciągającą, z dobrze poprowadzoną akcją. A z drugiej wizualnie intrygującą, na którą patrzy się z satysfakcją”. Zupełnie niedawno ukazała się dwójka, która nosi podtytuł: Zamek rybiej dynastii. Czas sięgnąć po komiks i sprawdzić, czy autorom udało się spełnić wszystkie pokładane w nich nadzieje. Zresztą nie tylko moje. Warto wspomnieć, że jedynka uznana została za najlepszy polski album komiksowy podczas 26. Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi.

Fabuła bieżącego odcinka rozgrywa się jakiś czas po wydarzeniach ukazanych w jedynce. Partyjni towarzysze nadal wierzą w idee rewolucji komunistycznej. Ostatecznie jednak substancja o nazwie Stalinium się nie sprawdziła. Chociaż kotowicz-iwabpoczątkowo w miasteczkach panował komunistyczny ład i porządek. Jednakże po jakimś czasie sprawy zaczęły się poważnie komplikować: ludność faszerowana Stalinium zamieniała się w krwiożercze monstra.

Młody Ivan Kotowicz musi sobie poradzić ze stratą ojca, który, jak pamiętamy z jedynki, zginął podczas wybuchu w fabryce. Na szczęście wespół ze swym przyjacielem, Antonem Świnojewem, trafia pod opiekuńcze skrzydła profesora Bremera. Obaj chłopcy dołączają do specgrupy czerwonoarmistów, która ma za zadanie wytropić wrogów rewolucji. W skład grupy wchodzą: piękna i inteligentna lisica Eliza Chwost, silny i brutalny niedźwiedź Misza Siemionow i tajemniczy sierżant Krukow. Początkowo głównie wspólnie ćwiczą, trochę jak X-Meni w Instytucie profesora Xaviera dla Utalentowanej Młodzieży. Pierwsza wspólna misja bohaterów (superbohaterów?) polega na rozwikłaniu zagadki tytułowego zamczyska, w którym doszło do bliżej nieokreślonych nadprzyrodzonych zdarzeń.

Fabuła tym razem prowadzona jest leniwie, bez większych zwrotów akcji i zaskoczeń. Kotowicz (i czytelnik) mają chwilę, aby odpocząć, poukładać sobie w głowie uprzednie wydarzenia, zebrać siły i przygotować się do udziału w supermisji. Moim zdaniem Kusina zombienadmiernie rozciąga narrację, wprowadza tajemnicze wątki i postaci, delikatnie sygnalizujące kolejne niesamowite zdarzenia, których rozwinięcia i rozwiązania możemy się spodziewać w dalszych odsłonach. Rozumiem, że ma to służyć pobudzaniu apetytu u czytelnika i przywiązaniu go do serii. Czegoś jednak w bieżącej opowieści brakuje. Podczas lektury oczekiwałem na jakieś spektakularne zdarzenie, woltę, która wywróci opowieść na lewą stronę, ale na „czekaniu” się skończyło. Zamek rybiej dynastii to przydługi wstęp do wydarzeń, które mają dopiero nastąpić. Skrypt sugeruje, wręcz suponuje, że za chwilę coś ważnego się wydarzy, ale przewracamy stronę i znów jedynie budowanie napięcia, żadnego uwolnienia, żadnego rozwiązania. Pozostaje czekać na trójkę.

Z rysunkami sprawa przedstawia się zgoła inaczej. Dwójka prezentuje się pod tym względem ciekawiej. Co prawda całość utrzymana jest w tym samym stylu, co jedynka, ale plansze narysowane zostały z większą precyzją i dbałością o szczegóły. Artysta lepiej rozumie głównego bohatera, stosuje bardziej rozbudowaną mimikę, większa jest także dynamika poruszających się postaci. Kadrowanie kajetan-kusinajest odważniejsze, Ambrzykowski częściej zmienia kąt patrzenia i bawi się perspektywą. Wyraźnie widać, że rysownik pewniej się czuje w wykreowanym świecie. Wszystko to można zapisać na plus dla recenzowanej pozycji.

Podobno seria Niesłychane losy Ivana Kotowicza ma się składać z pięciu tomów. Zamek… mocno rozbudza apetyt, jednak do finału daleko. Biorąc tom do ręki czytelnik musi uzbroić się w cierpliwość: scenarzysta akcję gmatwa, podsuwa kolejne pytania i wymusza wyczekiwanie na trójkę. Ech, ciekawe, jak długo będziemy musieli czekać?

Kajetan Kusina (sc.), Michał Ambrzykowski (rys.), „Niesłychane losy Ivana Kotowicza #2: Zamek rybiej dynastii”, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 3+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5-]

kotowicz sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with kultura gniewu at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: