Miesiąc miodowy na safari

02/05/2017 § 1 komentarz


Człowiek nie jest koroną stworzenia

Na wstępie przyznaję, że lektura komiksu Miesiąc miodowy na safari była dla mnie sporym zaskoczeniem. Dawno nie czytałem tak odjechanej i nieoczywistej pozycji. W zalewie amerykańskiego superhero i wszelkiej maści pozycji rozrywkowych album wnosi wyraźnie zauważalny powiew świeżości. Jesse Jacobs jest kanadyjskim artystą, który przez jakiś czas pracował przy animacji Adventure Time. Jest to o tyle ważna informacja, gdyż mam nieodparte wrażenie, że do albumu przeniknęły pewne elementy charakterystyczne dla rzeczywistości Finna i Jake’a. Myślę głównie o konstrukcji świata przedstawionego, który na pierwszy rzut oka jest absurdalny i odrealniony, ale gdy mu się bliżej przyjrzeć, to okazuje się, że ma sporo wspólnego z realnym.

Miesiąc miodowy na safari to stosunkowo prosta historia o charakterze przygodowym, w której występują jedynie trzy postaci: para nowożeńców (on jest starszym i bogatym mężczyzną, a ona stosunkowo młodą kobietą) oraz pan przewodnik, którego prawdziwą pasją jest gotowanie. I być może, gdyby nie pracował na tym pustkowiu, to byłby wziętym mistrzem kuchni. Akcja rozgrywa się w bliżej nieokreślonej dżungli (na innej planecie?), która szybko wytraca idylliczny wymiar. Knieje zamieszkiwane są przez przedziwne, mało przyjazne człowiekowi, zwierzęta, dla których stanowi on naturalnego wroga. Każdy kolejny dzień to bezpardonowa walka o przetrwanie, bo wygrać może tylko najsilniejszy. Wbrew pozorom ludzie wcale nie są na uprzywilejowanej pozycji.

Sylwetki, relacje i wzajemne stosunki bohaterów są przerysowane, ale dzięki temu bardziej wyraziste. Kobieta czuje się zobowiązana, aby przepraszać za zachowanie męża, który względem przewodnika zachowuje się arogancko i wyzywająco. Kilka razy podkreśla, że safari kosztuje go gruby szmal. Zachowuje się w myśl maksymy: „Płacę, więc wymagam!”. W pewnym miejscu małżonka mówi: „W mieście jest niezwykle ważną osobistością. Nie przywykł do poczucia bezradności”. Obaj mężczyźni są wrogo nastawieni wobec przyrody. Wydawać by się mogło, że przewodnik z racji dogłębnej znajomości fauny i flory będzie okazywał więcej szacunku i zrozumienia. A jednak nie. Bez refleksji wyciąga flintę i zabija małpę leśną, choć wie, że gatunek zagrożony jest wyginięciem. Przy okazji prosi: „Nie mówcie nikomu, że ją zabiłem. Mógłbym stracić licencję na organizację safari”. Ostatecznie Miesiąc miodowy… to ostra satyra na post-turystykę, ale dostaje się także domorosłym ekologom i zwolennikom slow life.

Pod względem graficznym album prezentuje się wyśmienicie. Całość narysowano subtelną i ciepłą kreską. Wykreowana przez Jacobsa rzeczywistość jest nadzwyczaj spójna. Z jednej strony urocza, a z drugiej przerażająca. Z oddalenia dżungla wygląda pięknie i ekscytująco, ale gdy „zbliżamy oko”, to okazuje się, że zamieszkują ją przerażające i groteskowe stwory, które tylko czyhają, aby zjeść lub zabić. Plansze hipnotyzują obsesyjną wzorzystością i monochromatyczną kolorystyką. Za przerywniki w narracji służą plansze składające się dwudziestu czterech paneli, na których ukazano różnorakie gatunki roślin i zwierząt. Przywodzą one na myśl karty z dziewiętnastowiecznego albumu przyrodniczego.

Za finalną rekomendację niech posłuży zdanie: Gdyby panowie Jacek Świdziński i Łukasz Kowalczuk postanowili napisać wspólny komiks, który narysowałby Marcin Podolec, to mogłoby im wyjść coś właśnie takiego.

Jesse Jacobs (sc. & rys.), „Miesiąc miodowy na safari”, tłum. Agata Napiórska, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 6, kolory/cienie: 5+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Niesłychane losy Ivana Kotowicza #2: Zamek rybiej dynastii

01/03/2017 § Dodaj komentarz


 W grupie raźniej

michal-ambrzykowskiNiespełna dwa lata temu recenzowałem pierwszy album cyklu Niesłychane losy Ivana Kotowicza, pisałem wówczas: „(…) debiut Kusiny i Ambrzykowskiego zaskoczył mnie, pozytywnie zaskoczył. Nie spodziewałem się, aż tak dopracowanego albumu. Scenarzysta zadbał o ciekawy skrypt, a rysownik świetnie wywiązał się ze swojego zadania. Z jednej strony otrzymaliśmy rzecz zabawną i wciągającą, z dobrze poprowadzoną akcją. A z drugiej wizualnie intrygującą, na którą patrzy się z satysfakcją”. Zupełnie niedawno ukazała się dwójka, która nosi podtytuł: Zamek rybiej dynastii. Czas sięgnąć po komiks i sprawdzić, czy autorom udało się spełnić wszystkie pokładane w nich nadzieje. Zresztą nie tylko moje. Warto wspomnieć, że jedynka uznana została za najlepszy polski album komiksowy podczas 26. Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi.

Fabuła bieżącego odcinka rozgrywa się jakiś czas po wydarzeniach ukazanych w jedynce. Partyjni towarzysze nadal wierzą w idee rewolucji komunistycznej. Ostatecznie jednak substancja o nazwie Stalinium się nie sprawdziła. Chociaż kotowicz-iwabpoczątkowo w miasteczkach panował komunistyczny ład i porządek. Jednakże po jakimś czasie sprawy zaczęły się poważnie komplikować: ludność faszerowana Stalinium zamieniała się w krwiożercze monstra.

Młody Ivan Kotowicz musi sobie poradzić ze stratą ojca, który, jak pamiętamy z jedynki, zginął podczas wybuchu w fabryce. Na szczęście wespół ze swym przyjacielem, Antonem Świnojewem, trafia pod opiekuńcze skrzydła profesora Bremera. Obaj chłopcy dołączają do specgrupy czerwonoarmistów, która ma za zadanie wytropić wrogów rewolucji. W skład grupy wchodzą: piękna i inteligentna lisica Eliza Chwost, silny i brutalny niedźwiedź Misza Siemionow i tajemniczy sierżant Krukow. Początkowo głównie wspólnie ćwiczą, trochę jak X-Meni w Instytucie profesora Xaviera dla Utalentowanej Młodzieży. Pierwsza wspólna misja bohaterów (superbohaterów?) polega na rozwikłaniu zagadki tytułowego zamczyska, w którym doszło do bliżej nieokreślonych nadprzyrodzonych zdarzeń.

Fabuła tym razem prowadzona jest leniwie, bez większych zwrotów akcji i zaskoczeń. Kotowicz (i czytelnik) mają chwilę, aby odpocząć, poukładać sobie w głowie uprzednie wydarzenia, zebrać siły i przygotować się do udziału w supermisji. Moim zdaniem Kusina zombienadmiernie rozciąga narrację, wprowadza tajemnicze wątki i postaci, delikatnie sygnalizujące kolejne niesamowite zdarzenia, których rozwinięcia i rozwiązania możemy się spodziewać w dalszych odsłonach. Rozumiem, że ma to służyć pobudzaniu apetytu u czytelnika i przywiązaniu go do serii. Czegoś jednak w bieżącej opowieści brakuje. Podczas lektury oczekiwałem na jakieś spektakularne zdarzenie, woltę, która wywróci opowieść na lewą stronę, ale na „czekaniu” się skończyło. Zamek rybiej dynastii to przydługi wstęp do wydarzeń, które mają dopiero nastąpić. Skrypt sugeruje, wręcz suponuje, że za chwilę coś ważnego się wydarzy, ale przewracamy stronę i znów jedynie budowanie napięcia, żadnego uwolnienia, żadnego rozwiązania. Pozostaje czekać na trójkę.

Z rysunkami sprawa przedstawia się zgoła inaczej. Dwójka prezentuje się pod tym względem ciekawiej. Co prawda całość utrzymana jest w tym samym stylu, co jedynka, ale plansze narysowane zostały z większą precyzją i dbałością o szczegóły. Artysta lepiej rozumie głównego bohatera, stosuje bardziej rozbudowaną mimikę, większa jest także dynamika poruszających się postaci. Kadrowanie kajetan-kusinajest odważniejsze, Ambrzykowski częściej zmienia kąt patrzenia i bawi się perspektywą. Wyraźnie widać, że rysownik pewniej się czuje w wykreowanym świecie. Wszystko to można zapisać na plus dla recenzowanej pozycji.

Podobno seria Niesłychane losy Ivana Kotowicza ma się składać z pięciu tomów. Zamek… mocno rozbudza apetyt, jednak do finału daleko. Biorąc tom do ręki czytelnik musi uzbroić się w cierpliwość: scenarzysta akcję gmatwa, podsuwa kolejne pytania i wymusza wyczekiwanie na trójkę. Ech, ciekawe, jak długo będziemy musieli czekać?

Kajetan Kusina (sc.), Michał Ambrzykowski (rys.), „Niesłychane losy Ivana Kotowicza #2: Zamek rybiej dynastii”, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 3+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5-]

kotowicz sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Totalnie nie nostalgia

26/01/2017 § 2 komentarze


Dzieci rozumieją wszystko…

totalnie-nie-nostalgiaWanda Hagedorn w rozmowie z Agatą Maksymiuk tak mówi o swoim komiksie: „Totalnie nie nostalgia jest opowieścią autobiograficzną, a więc prawdziwą. Gdyby wątki nie były prawdziwe, musiałabym nazwać ją fikcją. Niektóre są gorzkie, ponieważ portretują życie, a większość żyć ludzkich składa się z goryczy i słodyczy”. To ważne oświadczenie, które każda osoba sięgająca po wspomnianą pozycję, musi mieć w tyle głowy. Ani na chwilę nie powinna zapominać, że przedstawione wydarzenia nie są wytworem wyobraźni scenarzystki. Proszę uważać. Przypuszczam, że część czytelników może – w ramach samoobrony – podjąć mimowolną próbę pójścia na skróty, zastosować mechanizm wyparcia i zrzucić depresyjno-opresyjno-represyjną wymowę na karb wybujałej fantazji Hagedorn.

Totalnie nie… to fascynująca pozycja, która wciąga od pierwszych plansz. Od lektury trudno się oderwać, czytelnik pragnie poznać od razu całą opowieść. Ważny i znaczący jest sam tytuł komiksu, który niejako z góry ustawia właściwe nastawienie. Autorka podkreśla nim informację, że książka nie powstała z sentymentu czy tęsknoty za PRL-em. Wręcz przeciwnie. W opowieści komunistyczna polityka, bratnie wojska, partia, kartki żywnościowe czy stan wojenny grają role epizodyczne. wanda-hagedornAutorka nie poświęca im zbyt wiele uwagi, gdyż stanowią jedynie scenografię, na tle której rozgrywają się prawdziwe dramaty rodziny narratorki. Dlatego osoby, które liczą na miłą i niezobowiązującą opowieść utkaną z sentymentalnych wątków, niech nawet do niej nie podchodzą.

Scenarzystka, Wanda Hagedorn, od 1986 roku mieszka w Australii, gdzie wyemigrowała jako dorosła, zamężna kobieta. W omawianym komiksie wraca do wspomnień z dzieciństwa, które spędziła z rodzicami i trzema młodszymi siostrami najpierw w Szczecinie, a następnie w Kołobrzegu i Pruszkowie. Memuar pisany jest z pozycji osoby dorosłej, która jest w pełni świadoma znaczenia i wartości opisywanych zdarzeń. Poprzez grzebanie w pamięci (swojej i sióstr) stara się lepiej zrozumieć siebie, własne emocje oraz relacje z innymi. Historia podzielona została na trzy części, które odpowiednio poświecono dzieciństwu, dorastaniu i dojrzewaniu do dorosłości. Narracja przetykana jest rozgrywającymi się współcześnie wstawkami, które mają charakter retardacji i pełnią funkcję przystanków na złapanie oddechu i chwilę refleksji.

Bez wątpienia „Totalnie nie nostalgia jest opowieścią autobiograficzną”. Wandzia, Wanduśka, Wanda stanowi centralny ośrodek, wokół której ogniskuje się cała fabuła. jacek-frasNiebagatelne znaczenie nadano także wszystkim innym kobiecym postaciom występującym w komiksie: matce, sistrom, babciom i ciotkom. To na nich patriarchalna rzeczywistość odciska swoje traumatyczne piętno. Relacja jest szczera aż do bólu, nie ma w niej ani grama fałszu. Wydaje się, że autorka nic przed czytelnikiem nie ukrywa. I dotyczy to zarówno sytuacji seksualnego molestowania rodzeństwa, używania fizycznej przemocy, obleśnego zachowania wujostwa i przełożonych ojca, a także dziecięcych rytuałów inicjacyjnych. Sporo uwagi poświęca się despotycznemu i narcystycznemu ojcu. Sceny terroru i tyranii należą do najbardziej przejmujących w całym komiksie.

Dużo dobrego napisałem już o warstwie literackiej, jednak nie należy zapominać, że mamy do czynienia z powieścią graficzną. Jacek Frąś, który odpowiada za warstwę wizualną, wywiązał się ze swojego zadania znakomicie. Siła rażenia, z jaką Totalnie nie… działa na czytelnika w dużym stopniu jest jego zasługą. Kreska, jaką posługuje się artysta, nie jest hiperrealistyczna, ale jednak rzeczywistość została odwzorowana bardzo precyzyjnie. Twórca poświęcił sporo uwagi wszystkim detalom i temu, aby były zgodne z realiami epoki. Powyżej wspomniałem o tym, że album został podzielony na trzy rozdziały. kolobrzegTrójpodział podkreślony zostaje także w warstwie ilustracyjnej: początkowo przedstawienie postaci jest wyraźnie karykaturalne, jednak wraz z dorastaniem protagonistki rysunek staje się bardziej realistyczny.

Nie wiem, czy Wanda Hagedorn rozpisała scenariusz na plansze, sceny i kadry z sugestiami graficznymi, ale bez wątpienia Frąś pierwszorzędnie wczuł się w narrację. Pewne jest, że autorzy mailowo dyskutowali o rysunkach. Na wklejce umieszczono fragmenty korespondencji, jak się wpatrzymy, to możemy przeczytać m.in.: „nie rysujesz ludziom oczu”, „zmienić nieco jej kok”, „zmieniłem ujęcia w 2 ostatnich kadrach – celem podbicia emocji” czy „wygląda to słabooo!”. A według mnie wygląda doskonale!

Lektura omawianej pozycji wywarła na mnie mocne wrażenie. Wręcz piorunujące. Pewnie dlatego, że listyperspektywa ujęcia tematu jest tak różna/odmienna od mojej osobistej. Wymowy komiksu nie łagodzi fakt, że własne życiowe doświadczenia z opresyjno-despotycznym ojcem (i dziadkiem) były bardzo, bardzo podobne do przeżyć sióstr Chmielewskich. Mimo wszystko trochę niepokoi mnie łatwość z jaką scenarzysta podzieliła świat: wszystkie kobiety są represjonowane, a wszyscy mężczyźni występujący w komiksie to zło wcielone. Abstrahując od rzeczonych zastrzeżeń śmiem twierdzić, że Totalnie nie nostalgia to jedna z najważniejszych, jeśli nie najważniejsza, pozycja w polskiej komiksografii XXI wieku.

Wanda Hagedorn (sc.), Jacek Frąś (rys.), „Totalnie nie nostalgia. Memuar”, Wydawnictwo Komiksowe & Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 5, kolory/cienie: 4]

robinsonsklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Kościsko

18/01/2017 § Dodaj komentarz


Kościsko – pierwsze nieludzkie miasteczko

kosciskoNa punkcie nowego komiksu Karola Kalinowskiego, autora legendarnej Łaumy, oszaleją zarówno młodsi czytelnicy (którym spodoba się fantastyczna i baśniowa fabuła), jak i starsi (którzy docenią obyczajowy wymiar opowieści i kunszt artysty). Cholera, użyłem złego czasu, bez wątpienia to już się dokonało. Album miał swoją premierę w październiku ubiegłego roku i już jest hitem. Doczekał się wielu pochlebnych recenzji i omówień, zarówno na portalach branżowych (tj. komiksowych i książkowych) oraz w wysokonakładowej prasie (o Kościsku pisano w „Wyborczej”, „Polityce” czy „Newsweeku”). Dlatego w kontekście całego tego pozytywnego odzewu ciężko napisać coś nowego i odkrywczego.

Tytułowe Kościsko to niewielkie, fikcyjne miasteczko, geograficznie umiejscowione gdzieś na terenie Podlasia. Do miasteczka, z zamiarem osiedlenia się, przyjeżdżają ojciec z dorastającym synem. Karol dostaje pracę w bibliotece, a młodociany Max szybko znajduje kalinowski-kosciskokilku kolegów. Równie szybko okazuje się, że Kościsko nie jest zwykłym, prowincjonalnym miasteczkiem, gdyż wszyscy autochtoni nie są ludźmi. Bowiem cała społeczność (z wyjątkiem nowoprzybyłych) składa się z: duchów, uporów, wodników, południc, wąpierzy, umrzyków, chochlików oraz innych bóstw i demonów ze słowiańskich wierzeń. W mieście nie muszą się ukrywać, gdyż ono należy do nich. Wiele dziesięcioleci wstecz Leszy wpadł na pomysł „ucieczki do przodu”, czyli zamiast ukrywać się przed ludźmi, zamieszkać na widoku. „I tak powstało Kościsko – pierwsze nieludzkie miasteczko”.

Dlatego początkowo dziwi, że ojciec z synem zostali życzliwie przyjęci przez lokalną społeczność. Za „wymuszoną” akceptacją bytności Karola i Maxa stoi Kustosz, kalinowskiktóry przekonał tubylców, że obecność ludzi w ich świecie jest pożądana, a wręcz konieczna. Nadzwyczajne powody pobytu „docześniaków” trzyma przed mieszkańcami (i czytelnikami) w tajemnicy. Scenarzysta pięknie (i piekielnie) stopniuje napięcie. Sukcesywnie odsłania przed czytelnikami kolejne tajemnice miasteczka. Poznajemy całe zastępy tubylców i ich różnorakie zdolności. Daria potrafi przewidywać przyszłość, Cmentarna Baba widzi choroby i zna się na wszystkim (z wyjątkiem składu do druku), Kustosz potrafi dogadać się ze Śmiercią, a wielkie kamienie potrafią latać, tylko im się nie chce.

Objętość komiksu (prawie 200 stron) pozwoliła Kalinowskiemu fachowo zbudować atrakcyjne i ciekawe wątki leszypoboczne, wykreować wyraziste i sympatyczne postaci, które czytelnik darzy sympatia, dzięki czemu łatwo się z nimi identyfikuje. W opowiadanie o charakterze fantasy pisarz wplótł poważne, obyczajowe tematy: chorobę i śmierć. Zupełnie nie dziwię się wszystkimi pozytywnym recenzjom Kościska, ponieważ jest to komiks wybitny. Jego siła polega na wiarygodności emocjonalnej opowiadanej historii i uniwersalnym przesłaniu. W tym aspekcie mocno przypomina mi Hildę Luke’a Pearsona. Album KaeReLa także przeznaczona jest dla czytelników w każdym wieku.

Żal opuszczać Kościsko. Na szczęście nie wszystkie wątki zostały przez autora zamknięte, co pozwala mieć nadzieję, że kiedyś w przyszłości będziemy mieli jeszcze okazję odwiedzić nieludzkie miasteczko. Czego sobie i Państwu życzę.

Karol Kalinowski (sc. & rys.), „Kościsko”, Kultura Gniewu, Warszawa 2016.

[scenariusz: 5+, rysunki: 6, kolory/cienie: 5+]

leszy-kalinowskisklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Tymek i Mistrz. Tom 1

06/01/2017 § 1 komentarz


 Mistrzowski komiks

tymek-i-mistrzTymek i Mistrz zostali powołani do życia przez panów Rafała Skarżyckiego oraz Tomasza Leśniaka. Miało to miejsce jakieś piętnaście lat temu. Opowieści z udziałem tych bohaterów ukazywały się od marca 2001 r. do końca czerwca 2004 w „Komiksowie” – kolorowym dodatku dla dzieci do piątkowej „Gazety Wyborczej”. W latach 2003 – 2005 w oficynie Egmont Polska ukazało się sześć albumów z przygodami Tymka i jego nauczyciela. W związku z tymi faktami, niektórzy mogą się zastanawiać, dlaczego wydawnictwo Kultura Gniewu zdecydowało się na reedycję?

Już odpowiadam. Po pierwsze: Egmont nie zebrał wszystkich historyjek z „Komiksowa”. Po wtóre: po zwieszeniu magazynu Skarżycki i Leśniak przez kilka dobrych miesięcy tworzyli dalsze historie do szuflady. Jak udało mi się dowiedzieć, to co do tej pory ukazało się w albumach, to jedynie 40% całego materiału. Aktualny wydawca ma w planach opublikować trzy zbiorcze tomy, w których zaprezentowane zostaną WSZYSTKIE przygody małoletniego maga i jego mentora.

Głównymi bohaterami komiksu są: stary, bezimienny mag – Mistrz, który ma ponad 400 lat oraz jego młody uczeń. Opowieści toczą się w bliżej nieokreślonym miejscu. Prawdopodobnie w komiks-dla-dzieciŚredniowieczu. Pozornie wszystko jest na swoim miejscu. Czarodziej jest bardzo stary i bardzo mądry; szczupły, długobrody oraz łysy. Nosi długą, ozdobioną gwiazdami, szatę. Jednakże z racji swej długowieczności częstokroć zapomina najprostszych zaklęć. Bywa rozkojarzony, twardo po ziemi stąpa jego uczeń. Tymoteusz, mały urwis i spryciarz w okularach o grubych oprawkach, zjawia się pewnego razu w domu Mistrza i przekonuje go, że chciałby się uczyć magii. Terminowanie nie jest wcale. Lekcje sztuki czarnoksięskiej odbywają się rzadko i często przed nauką musi albo posprzątać, albo poukładać jakieś przedmioty. Ponieważ Mistrz jest potwornym bałaganiarzem i zbieraczem mało przydatnych przedmiotów, których przeznaczenia nawet on sam nie zna.

Antagonistami,rafal-skarzycki z którymi bohaterzy często muszą się skonfrontować są: ponury czarodziej Psuj, jego mało rozgarnięty i sepleniący uczeń o imieniu Popsuj. Zwykle Tymek i Mistrz muszą się bronić przed podstępnymi atakami ich strony. Psuj wciąż próbuje udowodnić, że najlepszym czarodziejem na świecie, chce raz na zawsze pozbyć się Mistrza. Para dobrych bohaterów nie daje się wciągnąć w rozgrywki złego maga lub staje w szranki na swoich zasadach i zawsze wygrywa, bo dobro zawsze…

Menażeria postaci pojawiających się na kartach albumów jest rozległa: smoki i smoczki, trolle, olbrzymy, cyklopy, jednorożce, krasnoludki i gnomy. Klasyczne fabuły z udziałem wyżej wspomnianych bohaterów zostają wykrzywione, autorzy dopisują do archetypicznych opowieści zaskakujące pointy. Siłą omawianego serialu jest przewrotne poczucie humoru, które docenią także dorośli czytelnicy.

Wymyśleni przez tomasz-lesniakLeśniaka i Skarżyckiego główni bohaterzy wzbudzają sympatię. Brak przemocy, jak i pozytywny przekaz: Mistrz lub Tymek zawsze znajdują rozwiązanie, które wszystkich zadowala. Dodatkowo autorzy cichaczem przemycają także wątki edukacyjne, z których małoletni czytelnicy dowiedzieć się mogą wielu przydatnych rzeczy. Komiks jest pozycją godną polecenia dla wszystkich czytelników niezależnie od wieku.

Rafał Skarżycki (sc.), Tomasz Leśniak (rys.), „Tymek i Mistrz. Tom 1”, Kultura Gniewu, wyd. II (kompletne), Warszawa 2016.

[scenariusz: 5+, rysunki: 6, kolory/cienie: 4+]

sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}12920279_861021164024108_122616306522720486_n
Powyższy artykuł pierwotnie ukazał się na łamach 16. numeru magazynu „Fika”; czasopismo można zamówić na stronie Tashki: klik! klik!

fika-numer-16

Tata z córką czyta komiksy: Detektyw Miś Zbyś na tropie – Złoty Sokół Teksański

27/11/2016 § 1 komentarz


Tata z córką czyta komiksy. Pierwsza odsłona cyklu

Postanowiłem kupić dla swojej, wtedy dwu i pół letniej, córeczki jej pierwszy komiks. mis zbysPo krótkim rozeznaniu wybór padł na Misia Zbysia Jasińskiego i Nowackiego. Ponieważ pierwszy tom był już niedostępny, przygodę zaczęliśmy od tomu drugiego. Początkowo komiks córki nie zainteresował – nie chciała, żebym go jej czytał. Wolała znane i lubiane książeczki z obrazkami. Jednak, gdy tylko (przyznaję: nieco wymuszona) lektura się zakończyła, uśmiech pojawił się na twarzyczce latorośli. Została „kupiona”.

W tym momencie, niestety, pojawiła się nowa przeszkoda – rodzice. Wspólnie z żoną nie mieliśmy pojęcia, że czytanie komuś komiksów jest aż tak absorbujące. Żona wcale nie czyta komiksów; a sam zaczynałem w czasach TM-Semica i niedawno, po dwunastoletniej przerwie, wróciłem do dawnego hobby – czyli powinienem przewidzieć ewentualne trudności. Czytając komiksy pewne rzeczy robi się automatycznie, nie specjalnie się nad nimi zastanawiając. Ogląda się obrazki, nowackiczyta tekst i stara się zauważyć smaczki jakie rysownik czy scenarzysta przygotowali dla odbiorcy. Nie sądziłem, że tak trudno jest opisać komuś, co się dzieje na planszy.

A dzieje się! W albumie znajduje się aż pięć dwustronicowych rozkładówek (sam komiks liczy 48 stron). Rysunki wypełnione są po brzegi postaciami. Tutaj mała uwaga – czasem miałem problem z odgadnięciem jakie zwierzę jest na obrazku: ,,To niebieskie to chyba zając córeczko, tu jest pies, tu kotki, tu hipopotam, a tu… nie wiem”. Na pewien czas odstawiliśmy więc Misia Zbysia na półkę książek przeczytanych.

Po przełamaniu pierwszych lodów polubiliśmy przygody zwierzęcych detektywów. Rysunki są dostosowane do odbiorcy, standardem jest umieszczenie tylko dwóch kadrów na stronie (czyli duże rysunki), zdarzają się również rysunki całostronicowe. Fabuła jest ciekawa, postacie mają swój charakter. Córeczce spodobał się Borsuk Mruk. Na kadrach innego komiksu – Ryjówki Przeznaczenia – widząc rysunek borsuka wołała „Borsuk Mruk!”. Często też powtarzała kwestie z komiksu (np. sprzeczkę Misia i Borsuka przed kopalnią).

Twarda oprawa jest dodatkowym plusem. Chociaż rodzice nie powinni się łudzić, pociechy są bardzo twórcze w zakresie niszczenia wszelakich pozycji czytanych. mis-nowackiNasz egzemplarz został obklejony przez córkę na dwóch stronach, na szczęście początkowych, naklejkami.

Czy zatem polecam lekturę Misia Zbysia dzieciom (i rodzicom)? Jak najbardziej. Jest to wspaniały początek przygody dla nieletnich i miły powrót do czasów dzieciństwa dla dorosłych. Czytając Julitce przygody dzielnego detektywa w myślach widziałem biblioteczkę zapełnioną setkami komiksów i moją córkę zaczytującą się w pozycjach Moore’a, Gaimana, Eisnera czy Satrapi (chociaż mam nadzieję, że doceni też zebraną przeze mnie klasykę Chrisy i będzie wspierać młodszych twórców polskiego pochodzenia). Trudno powiedzieć, jak się ta historia zakończy, ale pierwszy krok został postawiony. Teraz muszę tylko wprowadzać nowe pozycje, z bardziej skomplikowaną fabułą, i obserwować reakcję dziecka.

Maciej Jasiński (sc.), Piotr Nowacki (rys.), „Detektyw Miś Zbyś na tropie #2: Złoty Sokół Teksański”, Kultura Gniewu, Warszawa 2014.

[autor: Paweł Panicz]

sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Przygody Stasia i Złej Nogi

25/11/2016 § 1 komentarz


 Rodzina: nieidealne trio

przygody-stasia-i-zlej-nogiWczoraj wieczorem przeczytałem komiks. I nie ma w tej informacji właściwie nic niezwykłego. Ponieważ, gdy przeglądam swoje notatki, to wychodzi, że średnio czytam jeden album dziennie. Dlatego pewnie powinienem zacząć tekst inaczej. Może tak: Wczoraj wieczorem przeczytałem komiks, który mnie kompletnie zaskoczył. Spodziewałem się lekkiej i humorystycznej opowiastki pokroju Roznosiciela Sztybora & Nowackiego (klik! klik!), a obcowałem z fabułą przejmującą, wzruszającą i dającą do myślenia, która jest i smutna, i prawdziwa. O jakim komiksie mowa? Nie będę dłużej wzmagał napięcia, już zdradzam, czytałem: Przygody Stasia i Złej Nogi autorstwa Tomasza Grządzieli.

Kultura Gniewu opublikowała album w sierpniu tego roku. Przygody Stasia… można było jednak poznać wcześniej, ponieważ umyślone zostały przez autora jako webkomiks (klik! klik!) i były udostępniane w internetach od listopada 2014 do czerwca 2015. spellWersja papierowa różni się wirtualnej głównie objętością: dodano kilkanaście dodatkowych plansz, jednak pierwsza i ostatnia pozostały takie same.

Na stronie autor o pomyśle i początkach pisze tak: „(…)wpadłem na pomysł na depresyjny komiks o niepełnosprawnym chłopcu i jego wyzutej z emocji mamie. Ale nie chciałem, żeby komiks był zbyt ciężki. Uznałem, że niepełnosprawność chłopca musi wynikać z jakiejś dziwacznej choroby, która nieco zdystansuje całą historię od szarej i nudnej rzeczywistości. I tak powstała Zła Noga. Najważniejsza postać w całym komiksie”. Faktycznie w albumie występuje nieidealne trio głównych bohaterów: Mama, Staś i Zła Noga, bo „zła noga” jest bytem odrębnym i niezależnym od „nosiciela”. Nie należy jej traktować dosłownie, jest metaforą permanentnej choroby, która trawi ciało chłopca. Gros nas pewnie pamięta jakąś ciężką chorobę. I pamięta, że w takich chwilach ciało żyło samo, bo ono dyktowało warunki, niezależnie od wszelakich zaklęć, leków i terapii. Nasze „chcenia” nie mają wtedy nic do gadania.

Staś ma mocno zdeformowaną nogę, która uniemożliwia mu chodzenie, dlatego musi poruszać się tomasz-grzadzielana wózku inwalidzkim. Chłopak jest bardzo samotny. Wózek jest realną barierą, która uniemożliwia chłopcu nawiązanie przyjaźni z rówieśnikami. Dlatego nieumiarkowana wyobraźnia bohatera ożywia Nogę i czyni zeń najlepszego towarzysza zabaw, psot, codziennych epizodów w domu i szkole. Piszę trochę o Stasiu i Nodze. Jednak nie chciałbym pominąć Matki, bo ma do odebrania bardzo wyrazistą rolę: kobiety na skraju załamania, na skraju depresji, która cięgnie już resztkami sił.

Album składa się z kilkudziesięciu, zwykle jednostronicowych scenek, które układają się w zadziwiająco spójną chronologicznie narrację. Podczas lektury pozytywnie zaskakuje, że za pomocą minimalistycznych środków (uproszczony rysunek, brak drugiego planu, niewielka ilość dodatkowych rekwizytów) artysta zbudował niezwykle przejmującą historię. Myślę, że scenariusz świetnie sprawdziłby na scenie w teatrze. Dramat Grządzieli ma wysoce uniwersalny charakter. Jeszcze jeden mały cytat z autora: tomasz-spell-grzadziela„Więc Staś przeżył. Ale nie do końca. Bo rysując zakończenie zorientowałem się, że Staś umarł. Ten, kochany dzieciak, zawsze uśmiechnięty. (…) Umarł. A został inny Staś”. „Inny” – świadomy, że czas beztroski się skończył.

Przygody Stasia… to gorzka opowieść o rodzinie i trudach życia, o sytuacjach granicznych, które zmuszają nas, abyśmy w końcu wydorośleli. Całość okraszona została niewymuszonym humorem sytuacyjnym. Na początku wspomniałem, że trochę komiksów już w tym roku przeczytałem. Muszę publicznie przyznać, że nie przypominam sobie żadnego innego, który by mnie aż tak wzruszył.

Tomasz ‘Spell’ Grządziela (sc. & rys.), „Przygody Stasia i Złej Nogi”, Kultura Gniewu, Warszawa 2016.

[scenariusz: 6, rysunki: 5-, kolory/cienie: 4]
przygody-stasia-spell

sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with kultura gniewu at Kopiec Kreta.

%d bloggers like this: