Bajka na końcu świata #1: Ostatni ogród

24/06/2017 § Dodaj komentarz


Pierwsze przygody Bajki i Wiktorii

Pewnie zastanawiacie się nad tym, dlaczego najnowszy komiks Marcina Podolca nosi tytuł Bajka na końcu świata, a nie Bajka o końcu świata? Tytuł brzmi trochę nie po polsku, ale od razu informuję, że jest to jedynie złudzenie. Słowo „bajka”, użyte w tytule albumu, nie odnosi się do rodzaju utworu literackiego. Tak ma na imię pies (a właściwie suczka) małoletniej Wiktorii, która jest główną bohaterką opowieści. Obie są permanentnie w drodze, przemierzają „świat po wielkim wybuchu”. Stąd owo „na” a nie „o”.

Chcąc dalej trochę bawić się semantyką, to właściwie tytuł wskazuje, że Bajka jest już na końcu świata, że osiągnęła punkt docelowy. A skoro warstwa fabularna ukazuje ciągłą wędrówkę, to można domniemywać, że nie istnieje żadne konkretne miejsce, do którego bohaterki mogłyby dotrzeć. Ponieważ już w nim są, a wędrówka jest jedynie pretekstem. Do czego? Lepszego poznania postapokaliptycznej rzeczywistości? Choć można na sprawę spojrzeć jeszcze inaczej. Omawiana publikacja nosi podtytuł Ostatni ogród, a na grzbiecie umieszczono cyfrę jeden. Czyli w rękach mamy fragment, a całość opowieści składać się będzie z kilku części (Ilu? Tego na chwilę obecną nie wiadomo), więc nazwa odnosi się do kompletu, którego nie ma, który dopiero będzie. Jeśli pod tym kontem patrzeć, to wówczas Bajka znajdzie się na końcu świata w ostatniej odsłonie. A! Jeszcze jedna ciekawa sprawa. Z albumu to nie wynika, ale na stronie wydawcy podano, że w tytule „koniec świata” pisany jest z małych liter, więc niby nie jest to żadna nazwa własna… Dobra, dość tych słownych gierek.

Jak wspomniałem, akcja albumu rozgrywa się w mało przyjaznej rzeczywistości, która jest bezludna, zrujnowana, rozbita, spopielona i pustynna. Jeden z bohaterów mówi: „Wiecie, nie ma lekko, odkąd świat wygląda jak wielka piaskownica”. Bohaterki (Wiktoria i Bajka) przemierzają jałową krainę, codziennie mijają kolejne zwalone domy, wypalone do cna lasy, dymiące zgliszcza i kratery. Kierunek wędrówki wyznacza tajemnicze światło, które w nocy pojawia się na nieboskłonie. Protagonistki są przekonane, że światłość została wysłana przez rodziców dziewczynki i wskazuje miejsce ich aktualnego pobytu.

Scenarzysta nie zdradza dlaczego świat spotkała katastrofa, dlaczego jest bezludny czy jakim cudem Wiktoria i Bajka ocalały. Czytelnik „na wiarę” musi przyjąć wiele konstrukcyjnych elementów komiksu. Na szczęście opowiadanie wcale nie skupia się na beznadziejnej sytuacji bohaterek. A wręcz przeciwnie. Pewnie dlatego nie dziwi, że dziewczynka może rozmawiać z psem. A między ruinami i dymem migają nikłe promyczki nadziei: kiełkująca roślinka, zapomniany ogród z czystą wodą, gdzie można się popluskać i myć czy przyjacielsko nastawiony tapir, który jest kurierem. Całość fabuły niesie za sobą pozytywny przekaz o przyjaźni, lojalności, celowości podjętych działań i ufności. Historia, przynajmniej w „jedynce”, skupia się na małych a znaczących gestach i symbolach.

Oprawa graficzna jest więcej niż dobra. Podolec odrysował rzeczywistość spójną i wiarygodną, w której wszystkie przedstawione elementy do siebie pasują, wzajemnie się uzupełniają i uzasadniają. Z albumu na album kreska rysownika ewoluuje. Oczywiście w wypadku Bajki… w pewien sposób została dopasowana do potencjalnego czytelnika (tj. dzieci), dlatego postaci ukazane zostały bardzo sympatycznie i już na pierwszy rzut oka mogą się podobać. Należy zauważyć, że Wiktoria wcale nie jest klasycznie piękną dziewczynką, bo ma szparę między jedynkami, kartoflany nos oraz lekką nadwagę, a mimo to zupełnie naturalnie zaczynamy ją lubić. Docenić i chwalić należy artystę za to, jak prowadzi narrację – kadry odpowiednio przenoszą akcję. Dodatkowo twórca konstruuje plansze w odważny sposób. Świadomie rezygnuje z klasycznego układu kwadratów i prostokątów na rzecz bardziej śmiałych zabaw. Warto zwrócić uwagę na dwie plansze, na których postaci napotykają kiełkującą roślinkę czy na sceny przymusowej kąpieli. Na jeszcze jedną sprawę chciałbym zwrócić uwagę, otóż czasami elementy ilustracji „uciekają” poza linię paneli, co odbieram pozytywnie jako znak, że nie wszystko musi być „pod linijkę”.

Doceniam wiele detali, z których zbudowany jest komiks, że główną postacią jest dziewczynka, że akcja rozgrywa się w otoczeniu o charakterze postapokaliptycznym, że jest to komiks drogi, że nie wszystko zostało podane na tacy, że pewne elementy są wciąż ukryte przed czytelnikiem. Rzecz czyta się z niesłabnącym zaciekawieniem, a kolejne epizody dobrze ze sobą współgrają. Brakuje mi jedynie do pewnego, bliżej nieokreślonego, morału lub przesłania. W końcu, nawiązując do pierwszych akapitów tekstu, w tytule pada słowo „bajka”.

Marcin Podolec (sc. & rys.), „Bajka na końcu świata #1: Ostatni ogród”, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Millennium #1: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

21/06/2017 § Dodaj komentarz


 Blomkvist i Salander w komiksie

Cykl Millennium należy do grupy najbardziej rozpoznawalnych tekstów popkultury początku XXI wieku. Powieściowa saga Stiega Larssona sprzedała się w milionowych nakładach. Doczekała się dwóch adaptacji filmowych oraz dwóch komiksowych. W latach 2012-2015 nakładem oficyny Czarna Owca ukazały się w naszym kraju cztery albumy z Vertigo, do których scenariusz napisała Denise Mina. Natomiast w bieżącym roku, dzięki Egmontowi, na półki księgarskie trafił pierwszy album adaptacji przygotowanej pierwotnie w 2013 roku przez oficynę Dupuis, skrypt dla tej wersji przygotował Sylvain Runberg.

Trudno mi wyobrazić sobie, że są jeszcze osoby, które nie znają fabuły książki Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. Powieść Larssona jest pozycją wielowątkową, w której występują bardzo wyraziste postaci. Przypominam, że całość liczy sobie ponad 600 stron. Dlatego przede wszystkim należy docenić robotę belgijskiego scenarzysty, który umiejętnie wyselekcjonował wątki i wydarzenia. I chociaż robota Runberga polegała głównie na redukcji zbędnych epizodów i postaci, to całość nie traci na spójności i przejrzystości. Skrypt został sprawnie utkany, komiks stanowi dzieło samoistne, które można czytać bez znajomości powieściowych Mężczyzn….

W komiksie, podobnie jak w powieści, kluczowym elementem dla całej fabuły jest śledztwo Mikaela Blomkvista, który stara się rozwikłać zagadkę zaginionej przed laty Harriet Vanger. Z biegiem akcji z dziennikarzem rozpoczyna współpracę z utalentowana hakerka Lisbeth Salander. Dwoje bohaterów połączą nie tylko zawodowe relacje… Finalnie, ich wspólne poczynania skutkują okryciem odrażającej prawdy o niektórych członkach rodu Vangerów. Pod tym względem omawiana pozycja jest na wskroś wierną i, dodajmy, udaną adaptacją. Scenarzysta równie przekonująco oddał portrety psychologiczne pary głównych bohaterów. Więcej uwagi poświęca się Lisbeth, co wcale nie dziwi, gdyż jest niezwykle interesującą osobą, którą ukształtowały traumatyczne i tragiczne doświadczenia.

Za oprawę graficzną albumu odpowiada hiszpański rysownik José Homs. Trzeba przyznać, że właśnie rysunki wzbudzają największe zainteresowanie. Początkowo mogą się nie podobać, gdyż artysta posługuje się specyficzną manierą rysowania twarzy występujących postaci. Styl przedstawienia jest wyraźnie karykaturalny: duże głowy, mięsiste usta, bulwiaste nosy czy kreska brwi. Takie groteskowe przedstawienie kontrastuje z mało przyjemną fabułą i ostatecznie łagodzi wydźwięk pewnych scen (choćby gwałtu na głównej bohaterce). To, jak narysowano Blomkvista i ukazano jego mimikę, podkreśla prostolinijny i miejscami naiwny charakter bohatera. Zdaję sobie sprawę, że wszystkim czytelnikom przypadnie do gustu styl Homsa, ale bardzo proszę się nie zrażać.

Całość może wciągnąć, ponieważ rzecz jest dobrze zbudowana, a wątki poprawnie rozplanowane. Osobiście chętnie zapoznam się z kolejnymi odcinakami sagi. Chciałbym jednak zaznaczyć, że dla osób, które znają powieściowy pierwowzór, lektura komiksu nie będzie wielką przygodą.

Sylvain Runberg (sc.), José Homs (rys.), „Millennium #1: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1098, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Hawkeye #1: Moje życie to walka

20/06/2017 § Dodaj komentarz


  Tak wygląda jego życie, gdy nie jest z Avengers

W końcu za sprawą Egmontu i polscy czytelnicy mają możliwość zapoznania się z solowymi przygodami Clinta Bartona. Serial Hawkeye, który napisany został przez Matta Fractiona, pod wieloma względami wyróżnia się na tle innych komiksów superbohaterskich z linii Marvel Now! Chociaż protagonista należy do Avengers, w komiksie nie spotykamy żadnych Budowniczych, Kartografów czy Thanosa. Multiwersum się nie rozdziera i nikt nie powtarza mantry: „Wszystko umiera. Wy. Ja. Każdy na tej planecie”. Fabuła ma wyraźnie osobisty i kameralny charakter, a to jest miłą odmianą.

Na album Moje życie to walka składają się trzy opowieści, które są zamkniętymi całościami. Wszystkie napisane przez Fractiona, ale każda zilustrowana przez innego artystę. Różnica, o której wspominałem w pierwszym akapicie, w dużym stopniu sprowadza się do tego, że dostajemy możliwość zerknięcia za kurtynę i zobaczenia „zwykłego dnia” Clinta Bartona. Rzecz zaczyna się od słów: „Tak wygląda jego życie, gdy nie jest z Avengers. Niczego więcej nie musicie wiedzieć”. Wszystko się zgadza, po komiks można sięgnąć bez znajomości jakiejkolwiek innej pozycji z tych, które aktualnie się ukazują. Scenariusz gładko wprowadza nas w codzienne życie postaci. Okazuje się, że poza współpracą z Kapitanem Ameryką i Iron Manem, mężczyzna ma swoje prywatne sprawy.

A czym dokładnie zajmuje się bohater, kiedy nie ratuje świata wespół z Mścicielami? Barton mieszka w Nowym Jorku. Przyjaźni się z Kate Bishop, która za jakiś czas zastąpi go w roli Hawkeye’a. Dobrze zna się z sąsiadami i razem z nimi imprezuje na dachu kamienicy. A gdy mieszkańcy mają problemy z właścicielem, który niespodziewanie podnosi czynsz, znajduje sposób, aby im pomóc. Oczywiście, tak przy okazji, pakuje się w poważne kłopoty, z których wyplątuje się dzięki swoim umiejętnościom i celnemu oku. W innym wątku ratuje psa przed śmiercią, choć sam jest nieźle pokiereszowany. A w jeszcze innym ląduje w łóżku z piękną kobietą.

Pod względem graficznym album jest bardzo różnorodny. Autorem ilustracji do pierwszego opowiadania jest David Aja, kolejne zilustrował Javier Pulido, natomiast ostatni zeszyt – który przynależy do cyklu Young Avengers Presents – jest dziełem Alana Davisa. Z całej trójki zdecydowanie najciekawiej przedstawiają się prace Aji, który posługuje się grubą i mięsistą kreską. Postaci ukazano dość schematycznie, ale na tyle dokładnie, że czytelnik nie ma problemów z rozróżnieniem kto jest kim. Na uwagę zasługują sceny ukazujące ruch i dynamikę postaci. Kadrowanie oraz budowa planszy sprawiają wrażenie, że obcujemy z produkcją undergroundową. Imitacja jest tak silna, że gdy przechodzimy do czytania opowieści zilustrowanych przez pozostałych rysowników, to czujemy jakbysmy obcowali z zupełnie innym komiksem.

I chociaż albumowi daleko do Alias Bendisa (klik! klik!), to jednak ten cykl mimowolnie przychodzi mi na myśl. Fraction i Aja budują swą opowieść z podobnych elementów. Różnica sprowadza się do tego, że Jessica Jones ma pewne problemy psychiczne, a Clint Barton to mimo wszystko taki zwyczajny koleś z sąsiedztwa, który gra rolę ulicznego herosa. Ciekawi mnie, jak seria Hawkeye będzie się dalej rozwijała.

Matt Fraction (sc.), David Aja & Javier Pulido (rys.), „Hawkeye #1: Moje życie to walka”, tłum. Marceli Szpak, Klub Świata Komiksu – album 1108, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 5, kolory/cienie: 4+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Wieczni Batman i Robin. Tom 1

14/06/2017 § Dodaj komentarz


 Czterech Robinów i Matka

Cykl Wieczny Batman sprzedał się na tyle dobrze, że włodarze DC Comics postanowili iść za ciosem i zlecili Jamesowi Tynionowi IV i Scottowi Snyderowi obmyślenie kolejnej fabuły. Na szczęście seria Wieczni Batman i Robin nie jest kontynuacją, dlatego rzecz można czytać bez znajomości pierwszej pozycji. Warto jednak wiedzieć, że Bruce Wayne nie jest już Batmanem, a rolę Zamaskowanego Krzyżowca aktualnie gra Jim Gordon, który biega po ulicach Gotham w Bat-zbroi.

Głównymi aktorami są członkowie Bat-rodziny: Dick Grayson (ex-Nightwing, a aktualnie szpieg organizacji Spyral o kryptonimie Agent-37, Jason Todd (Red Hood), Tim Drake (Red Robin) i Harper Row (Bluebird). Dzielna czwórka nie odwiesiła peleryn na wieszak, nie złożyła broni, a kontynuuje misję byłego mentora: broni i walczy. Właściwa fabuła rozpoczyna się w chwili pojawienia się w Gotham tajemniczego zabójcy o pseudonimie Orphan, który okazuje się być „prawą ręką” niejakiej Matki. Z biegiem akcji dowiadujemy się, że przestępcza działalność Matki sprowadza się do sprzedawania „zaprogramowanych” ludzi zgodnie z potrzebami i zachciankami zamawiających. Bogacze zamawiają idealne żony. Wszystko wskazuje na to, że kilka lat temu Batman skorzystał z usług handlarki i poprosił o zupełnie nowego pomocnika.

Czy faktycznie takie zdarzenie miało miejsce? Jeśli tak, to który z Robinów jest tym podstawionym? Śledzimy poczynania bohaterów, którzy próbują odkryć prawdę o byłych wydarzeniach. Muszą działać zespołowo i czuwać nad sobą, bo Orphan na nich poluje. Scenarzystom, którzy pracowali po czujnym okiem Tyniona i Snydera, udało się ukazać różnorodne charaktery Cudownych Chłopców, to chyba najciekawszy aspekt całego cyklu. Finalnie przecież zagadka zostanie rozwiązana i zapomniana, a zostaną postaci i to, co się o nich dowiedzieliśmy. Z całej czwórki najsłabiej wypada Dick Grayson, który zbyt mocno wciela się w rolę szpiega i trochę przypomina Jamesa Bonda. W komiksie pojawia się milcząca Cassandra Cain, która tym samym zalicza udany debiut w The New 52.

W produkcji uczestniczyło kilkunastu rysowników, którzy rysowali pod nadzorem Tony’ego S. Daniela. Dlatego pod względem wizualnym całość prezentuje się spójnie: realistyczne przedstawienie postaci, ciała o rozbudowanej muskulaturze, dynamiczne kadrowanie i filmowe ujęcia. Żadnych fajerwerków, ale miło się ogląda.

Pierwsza połowa bieżącego tomu trzyma w napięciu, gdyż fabuła rozwija się dynamicznie i w zaskakującym kierunku. Linearność narracji jest co jakiś czas zaburzana retrospekcjami. Dobrze wypadają wtrącenia z przeszłości Batmana, które nie są ani nachalne, ani przestrzelone, a pełnią utylitarną funkcję – podsycają w czytelniku wątpliwości związane z ewentualną współpracą Nietoperza z Matką. W drugiej połowie napięcie siada, komiks zaczyna przypominać typowe superhero: mordobicie wszystkich ze wszystkimi. Niewiele wnosi pojawienie się Bane’a czy Azraela.

Cykl Wieczni Batman i Robin raczej nie będzie znaczącym dla Bat-mitologii dziełem. Lektura „jedynki” jest interesująco zbudowanym, rozrywkowym czytadłem. Całość jest na tyle ciekawa, że chętnie sięgnę po „dwójkę”.

Scott Snyder & James Tynion IV & Tim Seeley & Steve Orlando & inni (sc.), Tony S. Daniel & Goran Sudžuka & Geraldo Borges & Javier Pina inni (rys.), „Wieczni Batman i Robin. Tom 1”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1113, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4, kolory/cienie: 4] 

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Universal War Two. Tom 1

11/06/2017 § Dodaj komentarz


I nie ma nadziei?

Mimo że do ukończenia cyklu Universal War jest jeszcze daleko, to śmiało możemy powiedzieć, że jest to opus magnum Denisa Bajrama. Z odautorskiego posłowia do albumu UW2: Czas pustyni możemy dowiedzieć się, że zamysł całości i zarys fabuły trzech cykli powstał w 1997 roku. „Od najwcześniejszego dzieciństwa zawsze pociągała mnie fantastyka naukowa. (…)Właściwie narzucały mi się trzy główne pomysły. Trzy rodzaje konfliktu. Wojna między ludźmi o panowanie w Układzie Słonecznym. Wojna o panowanie w Galaktyce. Wojna o panowanie nad samą czasoprzestrzenią. (…)Do pierwszego cyklu przypisałem pomysł karnej eskadry oficerów zagrożonych sądem wojskowym. Do drugiego – pomysł grupki młodych rekrutów…”.

Jak pamiętamy, pierwszy cykl zakończył się zniszczeniem Ziemi, ale dzięki odkryciu przez Kalisha możliwości podróży w czasie oraz teleportacji pojawia się nikły promyczek nadziei na ocalenie ludzkości. Gdyż zjawiają się, pochodzący z przyszłości, przedstawiciele nowej, doskonalszej, technologicznie rozwiniętej rasy ludzkiej, którzy otaczają opieką niedobitków z Układu Słonecznego. Wydarzenia przedstawione w omawianym albumie rozgrywają się trzynaście lat po pierwszej wojnie wszechświatowej i trzy wieki od chwili założenia Kanaanu (temporalny rozdźwięk jest oczywiście skutkiem podróży w czasie).

Jednak sytuacja socjalno-ekonomiczna społeczeństwa na Ziemi-3 (czyli na Marsie) jest daleka od ideału. Z jakiegoś powodu przybysze z przyszłości nie zdecydowali się przenieść ocalonych na swoją planetę. Dodatkowo Słońce umiera, co jest skutkiem otwarcia przez CIC warmhole’a. Podobno za pięć lat gwiazda przemieni się w czerwonego olbrzyma i przy tej okazji wszystko zniszczy. Dlatego Kananejczycy rozpoczynają projekt Feniks. W stronę Słońca wysłana zostaje sonda, zostaje ona zniszczona przez tajemnicze i złowrogie trójkąty, które najprawdopodobniej nie mają pokojowych zamiarów, ponieważ zagarniają wszystko, co stanie im na drodze, a rozprzestrzeniają się w postępie geometrycznym. I tak rozpoczyna się druga wojna wszechświatowa.

Tyle tytułem wprowadzenia do fabuły. Śledzenie rozwoju wypadków wymaga od czytelnika maksymalnego skupienia uwagi. Dla pełnego zrozumienia wydarzeń przedstawionych w komiksie jednokrotna lektura nie wystarczy. Całość jest kapitalnie zbudowana, wszystkie elementy idealnie do siebie pasują. Wiele wątków się przeplata i zaplata, wespół z bohaterami podróżujemy po linii czasu w te i nazad. Od autora otrzymujemy przewodnika, w właściwie przewodniczkę, gdyż główną aktorką jest rezolutna, butna i niezależna Thea, wypisz wymaluj prawdziwa potomkini Kalisha. Zresztą tego ostatniego pana także będziemy mieli okazję spotkać, gdyż jest „profesorem” i wykłada w Uniwersytecie Temporalnym. W chwili, gdy spłonie nadzieja na wygranie walki z „trójkątami”, dziewczyna zwróci się do praprzodka z prośbą o pomoc.

Porównując omawiany tom z poprzednim widać wyraźną zmianę w opracowaniu warstwy graficznej. Pewnie dlatego, aby przyspieszyć prace nad kolejnymi albumami Denis Bajram zdecydował się na skorzystanie z pomocy komputera. Jak sam przyznaje plansze obrobione zostały photoshopie. Dotyczy to nałożenia kolorów i dodania efektów specjalnych. Całość utrzymana jest w ciemnych, nasyconych i zimnych barwach. Rysunek sam w sobie jest dokładny i realnie przedstawiający występujące postaci i zdobycze cywilizacyjne.

Cykl Universal War to zakrojona na ogromną skalę epopeja science fiction, która obok typowych dla tego gatunku elementów narracyjnych, konstrukcyjnych i technologicznych, zawiera także (jeśli nie głównie) charakterystykę umysłowej i emocjonalnej natury człowieka. Francuski pisarz jest fatalistą i nie ma najlepszego zdania o ludzkości. Sam przyznaje: „Universal War jest opowieścią traktującą o kruchości naszej cywilizacji”.

Denis Bajram (sc. & rys.), „Universal War Two. Tom 1”, Wojciech Birek, Wydawnictwo Elemental, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4-]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Irena #1: Getto

10/06/2017 § Dodaj komentarz


Irena i dzieci z warszawskiego getta

Troje francuskich twórców: Jean-David Morvan, Séverine Tréfouël i David Evrard podjęło się niełatwego zadania – stworzenia komiksu dla najmłodszych czytelników, który opowiada o tym, jak podczas II wojny światowej Irena Sendlerowa ratowała od śmierci żydowskie dzieci uwięzione w getcie warszawskim. Nie jest to ścisła biografia polskiej działaczki, która w 1965 roku została uznana przez instytut Jad Waszem za Sprawiedliwą wśród Narodów Świata. W odautorskiej nocie możemy przeczytać: „Irena Sendlerowa rzeczywiście istniała. Jej historia nas zafascynowała (…). Dostępne materiały nie podają tych samych informacji, czasem nawet sobie zaprzeczają. Przyjęliśmy więc założenie, że nie tworzymy prawdziwej biografii, ale wykorzystujemy fikcję, aby jak najlepiej przekazać ducha walki Ireny”.

Rzecz pomyślana jest jako trzyczęściowa seria, pierwszy odcinek – o podtytule Getto – ukazał się niedawno w Polsce staraniem oficyny Timof i cisi wspólnicy. Akcja komiksu rozpoczyna się w marcu 1941 roku. Na pierwszej planszy widzimy ciężarówkę należącą do Wydziału Opieki Społecznej, która wjeżdża do warszawskiego getta. W chwili przekroczenia szlabanu wkraczamy w „inną” rzeczywistość: potworną, bezprawną, szarą, fatalną i przygnębiającą. Czytelnik ma okazję zobaczyć koszmar życia w tym miejscu oczami protagonistki. Wszędzie ruiny, budynki mają albo zamurowane okna, albo powybijane szyby. Ludzi jest całe mrowie, tłoczą się, zajmują każdy kawałek pustek przestrzeni. Noszą pocerowane łachmany, większość nie ma butów. Na tym tle Sendlerowa i jej współpracownicy wyglądają nadzwyczaj normalnie i godnie.

Podczas wizyty protagonistka rozmawia z umierającą kobietą, która błaga, aby Polka wywiozła z getta jej syna. Aż do następnej wizyty bohaterka bije się z myślami czy zaryzykować życie swoje i współpracowników, aby ratować żydowskie dziecko. Gdy ponownie przyjeżdża na miejsce, to okazuje się, że prosząca o wsparcie i jej syn już nie żyją. Zdarzenie którego jesteśmy świadkami jest przełomowe. Dodatkowo dzięki rozmowie z kierowcą ciężarówki Sendlerowa podejmuje decyzję o natychmiastowemu zaangażowaniu się w ratowanie dzieci na niespotykaną dotąd skalę. Autorom udaje ukazać wyraźną zmianę w myśleniu i postępowaniu bohaterki. Niesamowita jest siła, z jaką przystępuje ona do realizacji wyznaczonego sobie zadania.

Obok scenarzystów i rysownik miał niełatwe zadanie. Jak ukazać potworności życia w getcie, aby nadmiernie nie epatować realizmem? Aby zaintrygować, a nie odstraszyć? Artysta zdecydował się na uproszczony rysunek postaci. Sendlerowa i jej pomocnicy wyglądają bardzo przyjaźnie i sympatycznie, natomiast przedstawienie faszystów ma wyraźnie karykaturalny charakter. Kreska konturu jest wyraźna, dość gruba. Gdy przyjrzymy się jej z bliska, to okaże się, że jest delikatnie karbowana, jakby Davidowi Evrardowi podczas rysowania drżała dłoń. Irena to komiks dla najmłodszych, dlatego na tak wielu kadrach ukazano dzieci, które biegają, bawią się z psem, grają w piłkę, rozmawiają, biją i szarpią – słowem zachowują się normalnie i zgodnie z oczekiwaniami.

Wrażliwość na cierpienie innych, hart i moralna niezłomność Sendlerowej stanowią wzorzec do naśladowania. Daleki jestem o uogólnień i generalizowania, ale wydaje mi się, że współczesna sytuacja polityczna i społeczna powoduje, iż warto dzieci zapoznać z omawianym komiksem. Rzecz prowokuje do rozmowy o okropieństwach wojny, ale i o prawości, odpowiedzialności oraz szlachetności.

Jean-David Morvan & Séverine Tréfouël (sc.), David Evrard (rys.), „Irena #1: Getto”, tłum. Małgorzata Fangrat, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4+, rysunki: 4, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Podboje #1: Horda żywych

05/06/2017 § Dodaj komentarz


Scytowie zawierają przymierze

Bardzo lubię komiksy, których akcja osadzona jest w mitologii czy też w ważnych wydarzeniach historycznych. Nierzadko alternatywna historia potrafi wciągnąć bardziej niż ta prawdziwa, przy czym laik często ma problem z odkryciem, co wydarzyło się naprawdę, a co jest dziełem wyobraźni pisarza. Tego wrażenia nie miałem jednak przy kolejnym dziele belgijskiego scenarzysty Sylvain Runberga. Z jego pracami miałem do czynienia kilka razy, recenzując serię Konugowie czy Milenium. Pierwsza wypadła przeciętnie, aczkolwiek z ciekawym finałem, a druga wessała mnie od razu. Problem w tym, że Millenium nie zostało wymyślone przez Runberga, a jedynie zaadaptował on dzieło Stiega Larssona na karty komiksu. Jak zatem wypadł jego kunszt pisarski w Podbojach? Cóż, w moim odczuciu mieszanie, choć album ma więcej zalet niż wad.

Komiks opisuje historię wojny pomiędzy Hetytami a Scytami, przy czym nie podano tutaj konkretnych ram czasowych. Jeśli ktoś interesuje się historią Starożytną tamtych rejonów zapewne wie, że Imperium Hetytów upadło przed powstaniem militarnej siły Scytów, którzy dominowali na polach bitew jako wspaniali łucznicy. Zresztą to właśnie temu ludowi spore grono historyków przypisuje wynalezienie łuku refleksyjnego, tak charakterystycznego dla łuczników z Bliskiego Wschodu. Mimo wszystko sięgając po serię Podboje należy położyć ogromny nacisk na słowo „fantastyka”, gdyż mitologię poznamy tutaj raczej od strony przedstawienia kultury, strojów i imion poszczególnych postaci, nawiązujących do ważnych miejsc z starożytnego świata. Sama fabuła zaś jest bardzo prosta. Oto Imperium Hetytów chwieje się w posadach, po tym jak doznało licznych ataków ze strony Ludów Morza. Młody król, Hattusilis, postanawia odbudować potęgę swego państwa i zaczyna najeżdżać okoliczne ziemie. W końcu trafia na tereny Scytów, ludu nomadów zamiłowanego w koniach, który postanowił jednak osiąść i wznieść kilka miast. Najpotężniejsze z nich zwane Haumawargi jest siedzibą trzech wielkich władców Scytów. To oni w odwecie na atak agresora zbierają swe plemiona i budują z nich Hordę Żywych, która rusza naprzeciw wojskom Hattusilisa.

Tak w skrócie przedstawia się fabuła tej trzytomowej serii, której wszystkie części mają zostać wydane w tym roku (drugi tom w lipcu, a trzeci w listopadzie). Co do scenariusza powiem wprost – „ma ręce i nogi”, akcja prowadzona jest wartko, zaś całość napisana interesująco. Podczas lektury miałem silne uczucie jakbym próbował zjeść odgrzewanego, do tego nie jeden raz, starego kotleta. Nic mnie specjalnie nie zaskoczyło, nie spowodowało zdziwienia czy zniesmaczenia. To porządna, rzemieślnicza robota, jednak przy takim potencjale fabularnym, można było pokusić się o coś więcej niż tylko wykorzystać sprawdzone schematy. Z drugiej strony ta „powtórka z rozrywki” jest udana, nie nuży. Zatem komiks dobrze sprawdza się na polu do polecenia laikowi, który chce spróbować czegoś nowego niż Thorgal czy wszędobylskie superhero.

W tym momencie należy zaznaczyć i podkreślić jedna, bardzo istotną, rzecz – komiks jest przeznaczony tylko i wyłącznie dla odbiorcy pełnoletniego. Sporo tutaj negliżu oraz brutalnych i krwawych scen, co jest zresztą udanym przeniesieniem realiów kulturowych oraz historycznych ludów zamieszkujących Bliski Wschód w VII wieku p.n.e.. Trzeba przyznać, że te elementy w komiksie, mimo swej dominacji, nie budzą u czytelnika niesmaku. W praktyce oddają pełnię charakteru tamtejszych wierzeń czy sztuki prowadzenia wojny, choć autorzy troszkę całość doprawili odrobiną fantazji. Praktycznie cała zasługa za tak dobre przedstawienie tego aspektu należy się rysownikowi, François Miville-Deschênes. Jego prace są wykonane świetnie, przyciągają oko malowniczymi kolorami, za które również odpowiadał, a jednocześnie nie ociekają brudem, choć ten spowija nieraz ciała wojowników i wojowniczek. Tak naprawdę jest to najmocniejsza strona recenzowanej pozycji, choćby dla niej warto zainteresować się serią.

Na koniec muszę wspomnieć o najciekawszej postaci w całym albumie, dzięki której (i tylko dzięki niej) nie ziewałem podczas lektury. Myślę tu o babilońskiej kronikarce imieniem Thusia. Została wysłana przez władcę Babilonu w celu zaciśnięcia więzi przyjaźni z Scytami. Jednocześnie, jako dar dla nich, ma napisać kronikę ich wojny z Hetytami, która zostanie złożona w wielkiej bibliotece Babilonu. Z tego powodu spora część komiksu jest opisana oczami kronikarki, która w umiejętny sposób przedstawia kulturę oraz obyczaje poszczególnych plemion Scytów. Zabieg ten jest naprawdę porządnie pomyślany, a do tego sama postać Thusi nawiązuje ciekawe relacje z innymi bohaterami tej opowieści.

Podboje to komiks balansujący na pograniczu słów „niezły” a „dobry”. Z jednej strony umiejętnie łączy starożytną historię ludów Bliskiego Wschodu z fikcją, gdzie swoje miejsce nalazł nawet lud Atlantów oraz magia, a z drugiej czuć mocno odgrzewane danie. Z tego powodu komiks potrafi nie zapaść jakoś szczególnie w pamięć, choć dużo zależy kto jakie ma doświadczenie z tego typu dziełami. Z pewnością będzie to miła odskocznia dla osób siedzących tylko w uniwersum superbohaterów Marvela lub DC Comics, ale fani historii i mitologii niekoniecznie będą umieli się tutaj odnaleźć. Szczególnie jeśli mieli do czynienia z Mureną czy Krucjatą pióra Jeana Dufauxa.

Sylvain Runberg (sc.), François Miville-Deschênes (rys.), „Podboje #1: Horda żywych”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1110, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Artur Tojza]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with tom 1 at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: