Gwiezdny zamek #1: 1869 Podbój kosmosu

10/06/2018 § 1 komentarz


W duchu Verne’a

Eter to potoczna nazwa związku chemicznego Słowo to miało od czasów antycznych dużo szersze, jednocześnie dużo mniej konkretne, znaczenie. Eter miał być piątym pierwiastkiem, hipotetyczną substancją wypełniającą cały wszechświat, nośnikiem energii. Bohaterowie Gwiezdnego zamku poszukują tej substancji, by wykorzystać drzemiącą w niej moc. W wyniku eksperymentu ginie matka młodego Serafina – głównego bohatera tej historii. Tajemnicza substancja ma jednak na tyle duży potencjał, że interesują się nią europejscy możni XIX wieku, przez co Serafin i jego ojciec wynalazca zostają wciągnięci w intrygę z udziałem wywiadów różnych państw.

Alex Alice to autor, po którym nie spodziewałem się zbyt wiele – nie czytałem wcześniej żadnej jego historii, zetknąłem się tylko z ilustrowanym przez niego, a kojarzącym mi się dziś dość klasycznie Trzecim testamentem. Pierwszy kontakt z jego samodzielnym dziełem wypada bardzo dobrze. Historia, nawiązująca do Verne’a i epoki dynamicznego rozwoju przemysłu, w której dziecięcy bohaterowie przeżywają kolejne przygody, przekona do siebie raczej młodszych czytelników, ale stanowi jednocześnie idealną bazę dla strony wizualnej.

Alice wyraźnie lubi rysować dziwne urządzenia, mechanizmy, pojazdy, rozrysowywać architekturę i fantazji mu nie brakuje. Posługuje się przy tym ciekawą kreską, budzącą przynajmniej u mnie subtelne skojarzenia z mangą i anime, zwłaszcza spod znaku Studia Ghibli. Artysta nie boi się mieszać inspiracji, bo tuż obok pojawiają się patenty rodem z europejskich secesyjnych rysunków. Największą siłę jego grafikom zapewniają jednak świetne, sugestywne, akwarelowe kolory, napełniające kolejne plansze niemal bajkowym klimatem.

Pierwszy tom serii wziął mnie niemal z zaskoczenia. Widziałem wcześniej ładną okładkę i parę plansz, spodziewałem się historii pełnej przygód i dziwnych urządzeń, ale nie nastawiałem się na nic, tymczasem dostałem pięknie zilustrowaną opowieść dla młodszego czytelnika. Nie jestem może docelowym odbiorcą, ale ujęła mnie strona plastyczna, spodobało też historyczne tło opowieści. To, czego mi zabrakło, to większej dynamiki, ale tego spodziewam się po kolejnych tomach.

Album Podbój kosmosu jest tu zaledwie wstępem, zaproszeniem do podróży, która ponieść ma nas prosto w kosmos. Gdybym był pacholęciem, to pewnie nie mógłbym się doczekać kontynuacji. Jestem starym koniem i przyjmuję ten komiks na spokojnie, ale i tak doceniam fantazję i stronę wizualną, bo jest tu na co patrzeć, zwłaszcza że wydaniu Egmontu nie można absolutnie nic zarzucić.

Alex Alice (sc. & rys.), „Gwiezdny zamek #1: 1869 Podbój kosmosu”, tłum. Elżbieta Żbik, Klub Świata Komiksu – album 1295, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2018.

[autor: Przemysław Pawełek]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

All-Star Batman #1: Mój największy wróg

07/06/2018 § Dodaj komentarz


Batman i Two-Face na wycieczce

Dla The New 52 Scott Snyder napisał sporą ilość fabuł z udziałem Batmana, które w większości wypadków zostały dobrze przyjęte przez czytelników. Pewnie dlatego włodarze DC Comisc w ramach Odrodzenia dali pisarzowi wolną rękę w prowadzeniu cyklu All-Star Batman. Jego run liczy sobie czternaście zeszytów, które tworzą trzy zbiorcze tomy. Pierwszy, o podtytule Mój największy wróg, jest dostępny w Polsce.

Punktem wyjścia opowieści jest następująca sytuacja: Batman wyjeżdża z Gotham i zabiera ze sobą przyjaciela z dzieciństwa – Harveya Denta, który właśnie teraz jest Two-Face. Wycieczka nie ma charakteru krajoznawczego. Punktem docelowym jest ośrodek dla trudnej młodzieży, gdzie podobno Dent ukrył szczepionkę na swoją chorobę. Panowie mają do przebycia tylko 800 km, ale nie będzie im łatwo. W ślad za nimi rusza cała ekipa płatnych morderców, szubrawców i kryminalistów. Do polowania przyłączają się również zwykli ludzie, których motywuje wysoka nagroda za głowę Batmana. Dotrą na czas do celu? Zginą? Szczepionka okaże się skutecznym lekiem na rozdwojoną osobowość Denta?

Czytając komiks, nie można z pewnością narzekać na nudę czy ślamazarne tempo akcji. Sporo się dzieje, są brutalne sceny walki, dużo krwi i agresji. Jest w końcu Batman, który prze do przodu niczym czołg, nie zważając na kolejne połamane kości i krwawiące rany. Dwie sprawy się Snyderowi udały: ukazać Mrocznego Rycerza upartego jak osioł i naiwnego jak baranek prowadzony na rzeź. Scenarzyście, oczywiście, zależy na dołożeniu swojej cegiełki do ponadczasowej mitologii Mrocznego Rycerze. Dlatego za pomocą licznych retrospekcji ukazuje dawną, młodzieńczą relację jaka łączyła Harveya i Bruce’a.

Większość plansz w tomie wyszła spod ręki Johna Romity Juniora, który od niedawna współpracuje z DC Comics. To doświadczony i obsypany nagrodami branżowymi rysownik. Dlatego powinniśmy się spodziewać produkcji co najmniej dobrych. Jednak ilustracje sprawiają wrażenie wykonanych niestarannie i w pośpiechu. Co jeszcze szczególnie widoczne w wypadku twarzy występujących postaci oraz redukcji drugiego planu. Stosunkowo dobrze ukazane zostały dynamiczne sceny walki. Mimo wszystko – całość rozczarowuje.

Pierwsza odsłona serii All-Star Batman pozostawia czytelnika z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony dowiadujemy się czegoś nowego o przeszłości Batmana i Two-Face. Z drugiej irytuje absurdalność i miałkie uzasadnienie „wycieczki” obu panów. Mimo wszystko jestem ciekaw, jak Snyder wykorzysta pozyskany materiał.

Scott Snyder (sc.), John Romita Jr. & Declan Shalvey (rys.), „All-Star Batman #1: Mój największy wróg”, przeł. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1225, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 3, rysunki: 3-, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Clifton. Tom 1

04/06/2018 § Dodaj komentarz


Angielski pułkownik na emeryturze

Harold Wilberforce Clifton to detektyw-amator i dowódca, jako Bocian Meloman, zastępu skautów. Kiedyś był pułkownikiem brytyjskiej Służby Bezpieczeństwa (MI5), czyli działał w kontrwywiadzie, latał na myśliwcach w RAF-ie, szpiegował i tropił wrogów Jej Królewskiej Mości. Teraz, na emeryturze, chciałby wieść spokojny żywot w pięknym domku na wsi z nadopiekuńczą gosposią (miss Partridge) i na co dzień zajmować się ulubionym hobby: kolekcjonowaniem banderoli od cygar. Jednak nie jest mu dane korzystać z uroków wiejskiego życia, gdyż co rusz pakuje się w jakąś skomplikowaną i niebezpieczną kabałę.

„Ojcem” bohatera jest belgijski scenarzysta i rysownik Raymond Macherot. Pierwszy pojaw był 1959 roku w magazynie „Le Journal de Tintin”. Ex-pułkownik natychmiast zaskarbił sobie sympatię młodocianych czytelników, bo nieprzerwanie od 1961 roku jego przygody regularnie ukazują się w formie zeszytowej. W ubiegłym roku pojawił się album oznaczony na grzbiecie cyfrą 23. W zeszłym miesiącu w Polsce wydano pierwszy integral, który zawiera cztery fabuły, oryginalne zeszyty od 9 do 12, które napisał Bob de Groot, a zilustrowali Turk (właśc. Philippe Liégeois) oraz – dobrze znany w naszym kraju z serii Hugo – Bédu (właśc. Bernard Dumont).

Poszczególne historie stanowią odrębne całości, gdyż nie są ze sobą powiązane ani chronologicznie, ani fabularnie. Elementem spajającym jest postać głównego bohatera oraz jego kolejne (lub wcześniejsze – w wypadku retrospekcji) przygody. Pierwsza fabuła, Kindping, opowiada o dramatycznym porwaniu jednego z podopiecznych Bociana Meloman podczas obozu skautów. W Czas przeszły złożony Clifton opowiada dziennikarzowi o swojej przeszłości. Trzecia opowieść skupia się na zabawnych zdarzeniach, które są wynikiem utraty pamięci przez pewnego jegomościa, winien temu jest nasz bohater, bo przypadkowo go potrącił. Ostatni film to najsłabszy epizod w zbiorze. Mam wrażenie, że scenarzyście zależało na napisaniu pastiszu przygód Jamesa Bonda, ale zamysł się nie udał.

Pan Harold to przejmująco przemiły i sympatyczny gość, zdeczko naiwny i prostolinijny, ale dzięki temu zdarzenia z jego udziałem wypadają zabawnie. Seria ma głównie charakter przygodowy, ale jest dużo humoru sytuacyjnego i słownego, który wynika z nieporozumień językowych. Niebagatelne znaczenie ma fakt, że bohater jest Anglikiem oraz byłym wojskowym – pole do użytkowania możliwych klisz i schematów jest bardzo rozległe. W tym wypadku nie należy tego oceniać negatywnie, bo bez ograniczeń można się pośmiać z narodowych przywar i przyzwyczajeń.

Tylko czy w drugiej dekadzie XXI wieku na tego typu humor dadzą się złapać młodociani czytelnicy? Mam pewne wątpliwości… Bédu w wywiadzie z Rafałem Pośnikiem mówi: „(…)komiks przeznaczony jest dla odbiorcy od 12. roku życia. Tak się zwyczajowo przyjmuje, ale oczywiście jest też wielu starszych czytelników. Ta postać powstała wiele lat temu, więc czytelnicy zestarzeli się razem z serią”, ale w dalszej części rozmowy przyznaje: „Średnia wieku czytelnika komiksów francuskich i belgijskich to czterdzieści pięć lat”. Biorąc pod uwagę jakość polskiej edycji (integral z przedmową, twarda okładka, dobry papier) oficyna Egmont od razu kieruje produkt właśnie do nieco starszej publiczności. Choć rzecz można śmiało polecać już dziesięciolatkom, jest szansa, że im się spodoba.

Bob de Groot (sc.), Turk {właśc. Philippe Liégeois} & Bédu {właśc. Bernard Dumont} (rys.), „Clifton. Tom 1”, tłum. Marek Puszczewicz, Klub Świata Komiksu – album 1330, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2018.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Tyler Cross #1: Black Rock

16/05/2018 § Dodaj komentarz


Przygoda na pograniczu

Nie darzę Fabiena Nury’ego jakąś szczególną atencją. Czytałem kilka komiksów, które powstały na podstawie jego scenariuszy. Żaden nie był zły, ale także żaden nie wyróżniał się jakoś szczególnie. Ot, średniej jakości europejskie czytadła. Z albumem Tyler Cross: Black Rock sprawa przedstawia się dużo lepiej, gdyż tym razem pisarz zaserwował czytelnikom wyrazistą opowieść, która utrzymana jest w stylistyce czarnego, gangsterskiego kryminału. Skojarzenia z komiksową serią Parker Darwyna Cooka czy powieściowym cyklem Trylogia pogranicza Cormaca McCarthy’ego są jak najbardziej na miejscu.

Tyler Cross to gość od brudnej roboty, złodziej i cyngiel do wynajęcia, który nie zadaje wielu pytań zleceniodawcom. Poznajemy go, gdy przyjmuje kolejną szemraną robotę, w której możne zarobić 150 tysięcy dolarów. Zlecone zadanie wydaje się dziecinnie proste: od chrześniaka mocodawcy należy przejąć 20 kilogramów heroiny. Jednak zgodnie ze znanym prawem Murphy’ego – „Jeśli coś może pójść źle, to pójdzie” – sprawy się niezwykle komplikują. Wywiązuje się strzelanina, w której Tyler traci dwoje pomocników, środek transportu i trzy kilogramy towaru. Bohater pewnym krokiem rusza przed siebie, musi dojść do miasteczka Black Rock. Na miejscu okazuje się, że wydarzania minionej nocy to dopiero przedsmak tego, co zgotował mu nieprzychylny los.

Największym plusem omawianego komiksu jest sposób w jaki została poprowadzona opowieści. Początkowo trzecioosobowa narracja skupia się na gangsterze, ale od chwili gdy dociera do miasteczka, zostaje rozbita na kilka osób i jednego gada. Dzięki czemu zdarzenia poznajemy z różnych perspektyw. Dostajemy model do samodzielnego „składania”, rolą czytelnika jest poukładać wątki fabularne w taki sposób, aby otrzymać koherentną historię. Dobrze ze swojego zadania wywiązał się rysownik. Pochodzący z Niemiec artysta, który podpisuje swoje prace Brüno, posługuje się prostą, wręcz cartoonową kreską. Ilustracje mają umowny charakter, niewiele w nich szczegółów czy detali – dzięki temu wyobraźnia czytelnika ma spore pole do popisu. Postaci są przerysowane, a przedstawienie jest karykaturalne: główny bohater ma oczywiście kwadratową szczękę, a nowa pomocnica malutki nosek, blond włosy, wydatne wargi i duże piersi. Wizualnie całość dobrze mi się kojarzy z serią Lincoln braci Jouvray.

Nie wspomniałem o tym wcześniej, ale ze względu na brutalne i obsceniczne sceny komiks przeznaczony jest dla dorosłego czytelnika. Black Rock to pierwszy tom serii. Polski wydawca zapowiada, że „dwójka” pojawi się w księgarniach w bliżej nieokreślonym terminie, ale „wkrótce”. Jest i „trójka”, która dopiero co ukazała się we Francji. To mnie cieszy, bo polubiłem szelmę.

Fabien Nury (sc.), Brüno {właśc. Bruno Thielleux} (rys.), „Tyler Cross #1: Black Rock”, tłum. Jakub Syty, OMG! Wytwórnia Słowobrazu, Warszawa 2018.

[scenariusz: 4+, rysunki: 4, kolory/cienie: 5]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Wbrew naturze #1: Przebudzenie

13/05/2018 § Dodaj komentarz


Pora poświntuszyć

Autorska seria Mirki Andolfo, włoskiej scenarzystki, rysowniczki i kolorystki, która pracowała m.in. przy Ms Marvel czy Vampirella: Feary Tales, to mocno erotyzująca bajka science fantasy dla starszych czytelników. Łopatologiczna pod względem przesłania, mimo to jednak bardzo udana. Całość została uroczo zilustrowana.

Witajcie w świecie zamieszkanym przez antropomorficzne zwierzęta, które osiągnęły stopień rozwoju technologicznego równy z naszym. Jednak ze względu na fakt, iż obok siebie żyją najróżniejsze rasy, które z przyczyn biologicznych nie są w stanie rozmnożyć się między sobą, wprowadzono prawo zakazujące łączenie się w pary między nimi – a także w pary tej samej płci. Jakby tego było mało, każdy, kto ukończywszy 25 rok życia nie znajdzie życiowego partnera, za prawą Programu Rozrodczego, w którym przymusowo udział biorą wszyscy, otrzyma idealnego genetycznie małżonka.

W takiej rzeczywistości żyje sympatyczna świnka Leslie. Miłośniczka sushi i muzyki, pracująca w miejscu, którego nie znosi, zmuszona do noszenia obcisłych strojów i tolerowania erotycznych zaczepek szefa. Kobieta stara się wieść spokojną egzystencję, mieszkając z najlepszą przyjaciółką i przyjaźniąc się z kryjącym się przed otoczeniem ze swoim homoseksualizmem kolegą z pracy. Jest jednak coś, co burzy jej spokój – od miesiąca nękają ją erotyczne sny, w których uprawia namiętny seks z białym wilkiem. Sny nielegalne według prawa. Ale czy same sny mogą sprowadzić kłopoty? Wydaje się, że nie, jednak Leslie pewnego dnia zauważa, że jest przez kogo obserwowana. Przyjaciel radzi, aby odkryła, co kryje się za marzeniami sennymi. Jednak świnka nie zamierza ulegać ani presji znajomych, ani świata – chce żyć po swojemu. Niestety kończy 25-lat i ledwie kilka godzin potem dostaje informację, że znaleziono dla niej partnera w ramach Programu…

Pierwszy tom serii Wbrew naturze to stosunkowo prosta historia o wolności i tolerancji, ujęta w ramy motywów doskonale znanych z opowieści sci-fi. Świat będący typową orwellowską antyutopią, bohaterowie jakby wzięci z Folwarku zwierzęcego, ale uwspółcześnionego i nie skupionego na mechanizmach władzy, tylko losie jednostki i jej prostym życiu… Co ciekawe to nie elementy fantastyczne wypadają najciekawiej, a warstwa obyczajowo-emocjonalna. Uczucia bohaterki, jej nastroje i codzienne problemy są tym, co autentycznie wciąga, nawet jeśli jej marzenia senne wyglądają, jak wyrwane z Harlequinów. Jest w tym smutek, jest spora doza humoru, jest też szczerość i prawdziwość, którą docenia się nawet jeśli to wszystko już było. Mniej przekonuje samo przesłanie, proste, oczywiste i, jak wspominałem, łopatologicznie wyłożone – na tym polu przydałoby się więcej subtelności.

Znakomicie przedstawia się szata graficzna komiksu. Jest prosta, cartoonowa, ale pełna – i to nie tylko jeśli chodzi o obfite, i jakże często ukazywane bez okrycia, kształty bohaterki – i bardzo przyjemna dla oka. Czysta kreska, znakomicie oddana mimika bohaterów, świetnie ukazane tła i niezły kolor dobrze ilustrują treść. Komiks Mirki to taka quasi disneyowska (autorka w końcu pokochała historie obrazkowe dzięki Myszce Miki – zresztą pracowała także dla The Walt Disney Company Italy) bajka dla dorosłych, bajka erotyzująca, ale nie epatująca nagością, wyważona i naprawdę ciekawa. Miłośnicy podobnych tematów będą bardzo zadowoleni.

Mirka Andolfo (sc. & rys.), „Wbrew naturze #1: Przebudzenie”, tłum. Jacek Drewnowski, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Avengers: Czas się kończy. Tom1

06/05/2018 § Dodaj komentarz


Długie odliczanie

Wraz z serią New Avengers (klik! klik!) zaczęło się długie odliczanie końca uniwersum, jakie znamy. Teraz wydarzenia wkraczają w kluczową fazę, prowadzącą bezpośrednio do wielkiego finału, jaki przeczytamy w evencie Tajne Wojny. Zanim jednak to nastąpi musimy zapoznać się z kilkoma ważnymi i mniej ważnymi zdarzeniami.

Jak może pamiętacie – zaczęło się od inkursji, zderzeń alternatywnych wszechświatów, które muszą się skończyć poświęceniem jednego ze światów znajdujących się na ich styku, bo w innym wypadku zginą oba. Zniszczono już niejedną planetę, by ocalić Ziemię, ale nasz glob nadal nie jest bezpieczny. Iluminaci, pod okiem nie zgadzających się na takie rozwiązanie Avengers, zaczęli działać w obronie świata. Nie byli jednak w stanie niszczyć innych. We wspólnej misji siły połączyli ci, którzy dotychczas ze sobą walczyli – zarówno niektórzy bohaterowie, jak i ich wrogowie, gotowi zrobić wszystko, byle wyjść cało z kolejnych inkursji. To wywołało podziały między herosami. Iluminaci są poszukiwani przez Avengers, rozłam się pogłębia, każdy ma swój pogląd na obecną sytuację i metody, jakie należałoby zastosować. Ale czas ucieka. Czas się kończy. Czy ktokolwiek ma szansę zaradzić coś na obecną sytuację?

Avengers: Czas się kończy to kolejny event z Marvelowskimi Mścicielami, tyle że nie rozpisany na ogół serii wydawanych w ramach Marvel NOW!, a na oba tytuły z nimi w rolach głównych. Co nie znaczy, że jego wydarzenia dotykają tylko nich samych. Prowadzi w końcu bezpośrednio do wspomnianych już Tajnych Wojen (nie mylić z historią o tym samym tytule z lat ’80 ubiegłego wieku), które odmienią wszystkie pozycje wydawnictwa oraz całe oblicze uniwersum. Nie chcę nic zdradzać, ale uwierzcie, zmiany będą większe, niż w dotychczas wydanych eventach razem wziętych.

Zanim to jednak nastąpi, mamy ciekawą opowieść, w której akcja jest szybka, dynamiczna i spektakularna. Nie brak też spokojniejszych momentów, a całość stawia kilka ciekawych pytań. Weźmy na przykład to najistotniejsze, ciągnące się od początku New Avengers, a mianowicie czy bezpieczeństwo świata powinno spoczywać na brakach grupki ludzi, która pełna jest własnych słabości. Niby rzecz oczywista, a jednak…

Dodajcie do tego świetną oprawę graficzną, realistyczną, szczegółowa i doskonale oddającą charakter całości, a otrzymacie zdecydowanie jedną z najlepszych serii Marvel NOW. In plus przemawia jeszcze, że historia opowiedziana z wielkim rozmachem, od pierwszego tomu tworząc wielką sagę o inkursji, w skład której weszły takie eventy, jak Era Ultrona (klik! klik!) czy Nieskończoność (klik! klik!). Polecam gorąco, nie tylko Czas się kończy. Komplet wydarzeń z udziałem Avengers absolutnie wart jest poznania.

Jonathan Hickman (sc.), Mike Deodato & Stefano Caselli & Jim Cheung & Valerio Schiti & Kev Walker i inni (rys.), „Avengers: Czas się kończy. Tom1”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1303, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2018.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

The Black Monday Murders #1: Chwała mamonie

29/04/2018 § 2 Komentarze


Chwała Hickmanowi i Cokerowi

Scenarzysta Jonathan Hickman kojarzony jest w naszym kraju głównie z prowadzenia dwóch serii o Avengers w ramach Morvel NOW!. Dla wielu czytelników pierwsza odsłona The Black Monday Murders może być sporym zaskoczeniem. Dlaczego? Bo tym razem pisarz zaserwował nam mroczny i brutalny okultystyczny thriller, który zachwyca klimatem i cudowną szatą graficzną.

Wydawca na okładce nie zamieścił żadnego streszczenia fabuły, żadnej polecanki, nie ma nawet jednego zdania jakiegoś uznanego twórcy. Samo takie podejście intryguje. Niemniej warto wspomnieć z czym mamy do czynienia. Rok 1929, czarny czwartek. Cały świat zapamiętał ten dzień z powodu krachu na giełdzie i licznych samobójstw dokonanych przez zrujnowanych finansowo maklerów. Nikt nie ma jednak pojęcia, co rzeczywiście się wówczas wydarzyło. Nikt też, poza wtajemniczonymi, nie wie o tym, co dzieje się w wewnętrznych strukturach banku inwestycyjnego Caina-Kankrin. O tym jak zarząd odniósł sukces, skąd zdobył tak wielkie fundusze i co kryje się za pozornie zwyczajną firmą. Bezduszne praktyki, wykańczanie konkurencji, dążenie po trupach do celu – to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Pieniądze żądzą światem, pieniądze krwawią, ale co znajduje się za kurtyną?

Coś paranormalnego – to oczywiste, skoro mamy do czynienia z komiksem okultystycznym. Ale co? Na to pytanie nie jest tak łatwo odpowiedzieć. Hickman zabiera czytelnika do świata o ustalonych zasadach. Bohaterowie (przynajmniej ci, których to dotyczy) wiedzą doskonale co się dzieje, tkwią w tym wszystkim od dawna i wypełniają swoją rolę tak, jak powinni. Bez zbędnego gadania, bez wyjaśniania – czytelnik obserwuje to wszystko, powoli starając się odnaleźć w sytuacji i zrozumieć z czym właściwie ma do czynienia. I takie podejście do tematu podoba mi się o wiele bardziej, niż tłumaczenie wydarzeń na bieżąco.

Zagadka wraz z postępem akcji się rozwija, przybywa bohaterów i wątków. Fascynujące okazują się kulisy finansowego świata, ten brud, to traktowanie człowieka jako niewolnika, ofiarę, którą można poświęcić dla zysku etc. Pierwszy milion można zarobić na wyrzeczeniach i niewyobrażalnie ciężkiej pracy, powielić go już się nie da działając zgodnie z prawem czy jakimikolwiek zasadami moralnymi. Ale czasem nawet to nie wystarcza. Całość podlano oczywiście zagadką kryminalną w klimatach noir i poprowadzono w naprawdę znakomity sposób.

I jakże genialnie zilustrowano. Fotorealistyczne rysunki, mroczne, brudne i rewelacyjne dobrane do całości robią wielkie wrażenie. Znakomicie budują klimat The Black Monday Murders. Wszystko to wymieszano z aktami spraw, informacjami, listami i wszelką dokumentacją mającą urealnić przedstawioną opowieść. I chociaż do tej serii podchodziłem ze sporymi obawami, Hickman bowiem wiele razy rozczarował mnie poważnie swoimi komiksami o Avengers, to po lekturze mogę powiedzieć, że jestem bardzo, bardzo zadowolony i polecam tytuł każdemu niezależnie od preferencji czytelniczych.

Jonathan Hickman (sc), Tomm Coker (rys.), „The Black Monday Murders #1: Chwała mamonie”, tłum. Paweł Cichawa, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with tom 1 at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: