Batman. Detective Comics #1: Powstanie Batmanów

11/12/2017 § Dodaj komentarz


  Batwoman szkoli młodzików

W Stanach Zjednoczonych zeszyty „Detective Comics” ukazują się nieprzerwanie od marca 1937 roku, co czyni tytuł najdłużej publikowaną serią komiksową na świecie. Co prawda w erze The New 52 oznaczenie wyzerowano, ale w ubiegłym roku – gdy nastało DC Rebirth – przywrócono starą numerację, włączając zeszyty z Nowego DC do kompletu. W tomie Powstanie Batmanów zaprezentowano zeszyty o numerach od 934 do 940. Byłem ciekaw nowej odsłony, gdyż w uprzedniej seria „Detective Comics” była jedną z najsłabszych propozycji. Oficyna Egmont Polska nie dociągnęła cyklu do końca, rzecz urwała się na tomie Anarky (klik! klik!), do finału zabrakło 12 zeszytów. Czy Odrodzenie przynosi jakąś zmianę jakościową?

Punktem wyjścia dla fabuły jest spisek, jaki przez przypadek odkrywa Batman. Po Gotham krążą wysokiej klasy, technologicznie zaawansowane drony, które „z cienia” obserwują poczynania Nietoperza i jego najbliższych sprzymierzeńców. Mroczny Rycerz zamiast działać w pojedynkę – jak to ma w zwyczaju – zwraca się z prośbą do Batwoman, aby wzięła pod swoje opiekuńcze skrzydła grupę „młodzików”. Zadanie polega na wyszkoleniu i przyuczeniu do zespołowego działania: Red Robina (Tima Drake’a), Spoiler (Stephanie Brown), Orphan (Cassandry Cain) oraz nawróconego na drogę dobra Clayface’a (Basila Karlo). W międzyczasie Batman podąża tropem supertajnej grupy, która działa w strukturach wojska.

Wieloletnie „mapowanie” posłużyło do stworzenia oddziału do zadań specjalnych, który charakteryzuje się wysoką skutecznością w działaniu. Oczywiście, trenowana przez Batwoman grupa „Batmanów” będzie musiała się zmierzyć z tajnym oddziałem. Starcie kończy się nieoczekiwanym zdarzeniem i pojawieniem nowej, tajemniczej postaci. Nim jednak do tego dojdzie czytelnik kilka razy zostaje wpuszczony w maliny. Trzeba przyznać, że scenarzysta – James Tynion IV – tym razem się przyłożył. Narracja obfituje w mocno zaskakujące i dobrze skonstruowane zwroty akcji. Słabiej wypada konstrukcja postaci, szczególnie obecność żartującego Clayface’a ciężko zaakceptować. Tynion rozbudowuje własne wątki, które zaprezentował w tomach Wieczny Batman i Wieczni Batman i Robin: dotyczące Cassandry Cain oraz romantycznej relacji Stephanie i Tima.

Za warstwę wizualną odpowiada trzech różnych artystów: Eddy Barrows, Alvaro Martinez i Al Barrionuevo. Rysunkowo całość wykonano bardzo poprawnie. Występującym postaciom nadano indywidualne rysy, zadbano o dynamikę i mimikę (Batman z permanentnym szczękościskiem, ale uśmiechająca się Cassandra wygląda ładnie). Trochę gorzej prezentują sceny zbiorowe, na których panuje lekki chaos. Dużo ciekawiej wypada samo kadrowanie i budowa planszy. W tej materii rysownicy nieźle sobie poczynają: Batwoman wrysowana w emblemat Batmana, zestaw kadrów wpisany w kufel piwa czy ukośne screeny z monitoringu, które nakładane są na inne panele, przez co stanowią swoisty podgląd.

Pora odpowiedzieć na pytanie zadane w pierwszym akapicie. Bez zbędnych wstępów i owijania w bawełnę: „Tak”. Opowiadana w „jedynce” historia jest ciekawsza niż większość fabuł zaprezentowanych w ramach The New 52. Dodatkowo, jeśli porównamy omawiany tom z pierwszą odsłoną nowego Batmana (Jestem Gothamklik! klik!), to wiele aspektów przemawia na korzyść Powstania Batmanów.

James Tynion IV (sc.), Eddy Barrows & Alvaro Martinez & Al Barrionuevo (rys.), „Batman. Detective Comics #1: Powstanie Batmanów”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1210, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 3+, kolory/cienie: 4-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Reklamy

Książę nocy #0: Pierwsza śmierć

24/11/2017 § Dodaj komentarz


Książę nocy powraca na tarczy

Książę nocy to francuska seria komiksowa autorstwa Yves’a Swolfsa, która pierwotnie ukazywała się w latach 1994 – 2001. Całość, czyli sześć zeszytów cyklu, została w Polsce opublikowana latach 2001 – 2003 staraniem Egmont Polska. Dwa lata temu belgijski artysta postanowił napisać i narysować kolejny, a właściwie pierwszy, rozdział sagi o nieumarłym Vladimirze Kerganie. Tym razem opowieść dotyczy genezy powstania nieśmiertelnego krwiopijcy, który jak się okazuje pochodzi ze starożytnego ludu Daków. W naszym kraju album Pierwsza śmierć ukazał się w sierpniu bieżącego roku.

Swolfs osadził akcję w odległych czasach, gdzieś na przełomie I i II wieku naszej ery, gdy Dakowie walczyli z legionistami Imperium Rzymskiego. Kergan, pierworodny syn księcia Panajkomesa i teoretycznie przyszły władca, zostaje wysłany z poselstwem do króla Jazygów, aby wespół z nimi pertraktować zawarcie rozejmu z Rzymianami. Podczas przejazdu przez leśne ostępy w górach ekspedycja zostaje wybita, a młody Vladimir pojmany i odstawiony do wrażego obozu. Wykorzystując zamieszanie udaje mu się uciec, wraca do rodzinnego grodu, gdzie przysięga odwieczną zemstę zdrajcom. Gnany nienawiścią trafia do chatynki wiedźmy, która oferuje mu wieczność.

Scenarzysta miał okazję napisać historię, która w interesujący sposób opowie o początkach krwiożerczego potwora. Niestety intryga, w którą wpisana została zdrada i zemsta, jest płytka, oczywista oraz tendencyjna. Po przeczytaniu pierwszych kilku plansz od razu wiadomo w jakim kierunku potoczy się akcja. Nieoryginalność odbiera czytelnikowi całą potencjalną frajdę z lektury. Wampiry i wampiryzm zostały przetrawione przez popkulturę na tysiące sposobów. Dlatego ciężko w temacie napisać coś nowego. Nie usprawiedliwia to miałkości recenzowanej pozycji. Na pocieszenie zostają rysunki Swolfsa, które doskonale oddają klimat epoki. Artysta posługuje się realistyczną kreską, dokładnie odzwierciedlającą ludzką anatomię i mimikę. Jednak udana realizacja warstwy graficznej to za mało, aby całość oceniać pozytywnie.

Prequel został opublikowany, gdyż Egmont ma w planach wznowienie głównego cyklu, dyptyk Łowca | List inkwizytora trafi do sprzedaży w 7 grudnia. Obawiam się jednak, że osoby, które sięgnęły po Pierwszą śmierć, będą miały obiekcje przed zakupem „jedynki”. Mimo wszystko proszę się nie zrażać do cyklu, bo potem jest o niebo lepiej!

Yves Swolfs (sc. & rys.), „Książę nocy #0: Pierwsza śmierć”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1174, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 3, rysunki: 4, kolory/cienie: 4-]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Batman #1: Jestem Gotham

21/11/2017 § Dodaj komentarz


 Brat i siostra bronią Gotham City

DC Odrodzenie, w przeciwieństwie do The New 52, nie ma burzyć całego continuum i stawiać uniwersum superbohaterów na głowie. DC Rebirth (klik! klik!) nie odrzuca, a kontynuuje wątki fabularne z ostatnich lat. Gdyż celem „wielkiego” wydarzenia miało być podniesienie jakości, poprzez swoisty powrót do przeszłości, do minionych wartości i opowieści. Zmiany niby kosmetyczne. I tu nasuwa się pytanie: Czy nowa odsłona przygód Batmana niesie ze sobą powiew świeżości?

Podtytuł pierwszego albumu – Jestem Gotham – sugeruje, że Mroczny Rycerz ma jakieś problemy z zapanowaniem nad własnym ego, które może urosło do niewyobrażalnych rozmiarów. Gdyż nastąpiła pełna identyfikacja Batmana z tkanką miasta, które ślubował chronić. Czy faktycznie opowieść tego dotyczy? Od razu zdradzę: nie! Zupełnie nie, to strzał kulą w płot. To autorska zmyłka, na którą osobiście dałem się nabrać.

Fabuła dotyczy czegoś zupełnie innego. Pewnej nocy nad Gotham dochodzi do awarii samolotu, Batman – wiadomo – rusza z odsieczą i jest gotów zginąć, aby tylko uratować wszystkich ludzi, którzy są wewnątrz. Przez chwilę wydaje się, że faktycznie coś strasznego się musi wydarzyć, że nie ma szans, aby Mściciel wyszedł z katastrofy bez szwanku. I wtedy na scenę wkracza para zupełnie nowych bohaterów: Gotham i Gotham Girl. Brat i siostra, którzy posiadają cały zestaw supermocy, m.in. potrafią latać. Herosi bardziej przypominają Supermana i Wonder Woman niż Batmana i Batgirl. Może w końcu nadszedł czas, aby Batman odwiesił pelerynę na wieszak?

Pomysł scenarzysty, Toma Kinga, sprowadza się do tego, aby do miasta wprowadzić herosów z prawdziwego zdarzenia, bo obdarzonych niezwykłymi mocami, którzy teoretycznie mogą zastąpić naszego ukochanego Gacka. Blady strach powinien paść na czytelników… Niestety nie pada, bo fabularnie całość nie jest ani ciekawa, ani udana, ani przełomowa. W wypadku „jedynki” powrót do przeszłości się nie udał. Miło być novum, a wyszła miałka pulpa. Poza tym nie podoba mi się, że w opowieść na siłę wepchnięto nawiązania do The New 52, tylko po to, aby przekazać czytelnikowi jasny komunikat: „Nie czytałeś? Oj, to źle! Wiele straciłeś. Ale nie przejmuj się, nie wszystko stracone. Leć do księgarni i nadrób zaległości”. Nie należy dać się nabrać na te sprzedażowe zabiegi. Można sobie darować lekturę.

Wizualnie jest średnio. Większość rysunków wykonał David Finch, dlatego Batman wygląda jak osiłek, który przedawkował sterydy. Do tego monumentalne pozy i peleryny bohaterów łopoczące na wietrze. Nie kupuję tego. In plus prezentuje się jedynie postać Alfreda, który nie jest nadopiekuńczym lokajem, a sarkastycznym i ironicznym kolesiem. Tytułem podsumowania: Jeśli ktoś nie jest psychofanem postaci stworzonej przez Boba Kane’a i Billa Fingera, to lekturę Jestem Gotham może sobie darować.

Scott Snyder & Tom King (sc.), David Finch & Danny Miki & Sandra Hope & Scott Hanna & inni (rys.), „Batman #1: Jestem Gotham”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1190, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 2, rysunki: 3, kolory/cienie: 4-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Saga Winlandzka. Tom 2

09/11/2017 § Dodaj komentarz


 Wikingowie podbijają Anglię

W połowie września premierę miał drugi tomu serii Saga Winlandzka. Pisząc o pierwszej odsłonie (klik! klik!) zwracałem uwagę na trochę zaskakujący (dla mnie) fakt. Mianowicie jest to komiks japoński, narysowany charakterystyczną mangową kreską, a jego akcja rozgrywa się na początku XI wieku w Europie podczas wielkiej ekspansji Wikingów i podboju Anglii. „Jedynka” mi się podobała, chwaliłem po całości, dlatego niecierpliwie wyczekiwałem dalszego ciągu.

W ramach krótkiego przypomnienia. Osią fabularną jest konflikt między Thorfinnem a Askeladdem. Panowie się szczerze nienawidzą. Bieżąca część rzuca dodatkowe światło na charakter i podłoże ich wzajemnej relacji. Początkowo sympatia czytelnika jest po stronie młodego Thorfinna, który pragnie się zemścić na dowódcy za śmierć swojego ojca, Thorsa.

Scenarzysta poświęca sporo czasu i miejsca, aby ukazać niejednoznaczność i nieoczywistość sytuacji. Tym razem epizody pokazują zachowanie młodzieńca, które ciężko oceniać pozytywnie. Natomiast postać Askeladda zyskuje dodatkową psychologiczną głębię. Nie jest już tylko i wyłącznie bezwzględnym, brutalnym i łasym na kasę oprychem. Bije od niego jakiś spokój, dystans i zrozumienie dla postępowania młodego przeciwnika. I choć mógłby go zabić, to powstrzymuje się od zadania ostatecznego ciosu. Dodatkowym smaczkiem jest poddanie w wątpliwość pochodzenia bohatera. Może wcale nie jest Wikingiem? Może skrycie nienawidzi przyszywanych pobratymców? Może ma zupełnie osobny plan na podbój Anglii?

Podstawowa narracja rozgrywa się w drugiej połowie 1013 roku, gdy duński król Swen Widłobrody wraz ze swoją armią kroczy od zwycięstwa do zwycięstwa przez Mercję, Wessex i Kent. Nie udaje mu się jednak zdobyć Londynu, po kilku próbach jego wojska pomaszerowały dalej, a pod bramami miasta zostawił syna – Knuta, zwanego Wielkim, który wpada w zasadzkę… Większość wątków rozgrywa się na tle realnych wydarzeń historycznych. Co prawda dla przeciętnego czytelnika, którego niespecjalnie kręci szczegółowy i wierny opis podbojów Wikingów, sprawa wierności faktom – chociaż jest ciekawie opowiedziana – ma drugorzędne znaczenie.

Nadal na wysokim poziomie stoi oprawa graficzna. Na plus: 1) zaliczam wysoko rozbudowaną mimiką i gestykulację postaci, która trafnie oddaje emocje; 2) dynamikę scen bitewnych i walk między postaciami; 3) dokładne przedstawienie materialnych realiów epoki (stroje, broń i sprzęty); 4) sceny rozgrywające się w gęstym lesie lub na ośnieżonych polach. Mówiąc kolokwialnie: jest na czym oko zawiesić. Całość prezentuje się nadzwyczaj dobrze i spójnie. W „jedynce” przeszkadzało mi karykaturalne przedstawienie niektórych aktorów drugoplanowych, tym razem Yukimura stawia na realistyczne odwzorowanie. I dobrze!

W recenzowanym tomie akcja ani na chwilę w nie zwalnia tempa. Intryga jest wyborna. Fabuła obfituje w nagłe i zaskakujące zwroty. Bliżej poznajemy motywację występujących postaci, ale to wcale nie znaczy, że przestają zaskakiwać. Całość – od pierwszej do ostatniej planszy – czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem. Tak, Saga Winlandzka jest ze wszech miar pozycją godną polecania.

Makoto Yukimura (sc. & rys.), „Saga Winlandzka. Tom 2”, tłum. Radosław Bolałek, Wydawnictwo Hanami, [bmw] 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

James Bond #1: Warg

02/11/2017 § 4 Komentarze


Komiksowy Bond

Komiks James Bond: Warg to oficjalny produkt sygnowany przez Ian Fleming Publications Ltd. Co znaczy mniej więcej tyle, że spadkobiercy i beneficjenci twórczości angielskiego pisarza wyrazili zgodę na napisaną przez Warrena Ellisa przygodę agenta 007. Niestety w tym konkretnym wypadku użycie znaku towarowego nie idzie w parze z jakością, bo scenariusz jest słaby i przewidywalny, bo oprawa graficzna jest mało atrakcyjna.

Duet Ellis & Masters redefiniuje klasyczny, znany głównie z filmów, obraz Jamesa Bonda. Bohater zyskuje – dosłownie i metaforycznie – „nową twarz”. Przestaje być dżentelmenem, który popija wstrząśnięte, niemieszane Martini. A nader chętnie używa siły, jest arogancki i brutalny. Dąży do celu po trupach, powierzone przez MI6 zadanie schodzi na dalszy plan, gdyż bohater jest emocjonalnie zaangażowany. Także rzeczywistość, w której rozgrywa się akcja została urealniona, uwspółcześniona: bioinżynieria, narkotyki, serbski wynalazca z obozową przeszłością, który gra na kilku frontach, ciemne sprawki CIA i brutalna zemsta.

Za oprawę graficzną odpowiada Jason Masters, który posługuje się prostą i czystą kresą. Całość narysowano bez zbędnych ozdobników i bardzo surowo. Z ilustracji bije nienaturalny wręcz chłód i schludność. Każdy kadr został narysowany z innej perspektywy, ten zabieg służy zdynamizowaniu opowieści, ale sam w sobie bije zmyślną sztucznością. Niewiele dobrego mogę napisać o przedstawieniu postaci, które nadzwyczaj często przyjmują jakieś dziwne pozy. Jakby artysta chciał „złapać” ruch, ale nie bardzo mu się to udało. Nieatrakcyjnie wypada także tło i sceneria pomieszczeń, odstraszają wszystkie te linie proste i hiperdokładność wizualizacji punktów zbiegu perspektywy. Scena z pierwszego rozdziału, w której Bond ma widzenie w biurze M, to prawdziwy potworek.

Zaproponowany przez scenarzystę miks tematów i wydarzeń może wydawać się interesujący czy intrygujący, jednakże całości czegoś brakuje… Czego? Pewnej spójności, konsekwencji oraz lekkości, która uwidacznia się szczególnie w kiepskich dialogach. Czytając cięte riposty Bonda nóż sam się w kieszeni otwiera. Częste zmiany lokacji, wartka akcja, sceny walki i pościgów nie rekompensują wspomnianych braków. Lektura albumu „James Bond w Warg” to jednorazowa przygoda, po której niewiele zostaje w pamięci.

Warren Ellis (sc.), Jason Masters (rys.), „James Bond #1: Warg”, tłum. Kamil Śmiałkowski, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[scenariusz: 2+, rysunki: 3, kolory/cienie: 4]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Giant Days #1: Królowe dramy

10/10/2017 § Dodaj komentarz


Powrót do przeszłości

Zaczynam się głęboko zastanawiać nad tym, czy ze mną wszystko jest w porządku. Dostrzegam pewne niepokojące objawy przewartościowania czytelniczych preferencji. Czytam (i mi się podobają) komiksy i książki obrazkowe dla dzieci, co da się jakoś wytłumaczyć i uzasadnić. Galopująca infantylizacja trochę przeraża. Gdyż niedawno zachwycałem się (klik! klik!) pierwszym tomem serii Paper Girls, w którym główne bohaterki mają po dwanaście lat. Wczoraj przeczytałem komiks, w którym protagonistki są nastolatkami na pierwszym roku studiów. I od razu powiem, że produkcja Johna Allisona (scenariusz) i Lissy Treiman (rysunki) również mi się spodobała.

Fabułę Giant Days, bo o tym komiksie mowa, trafnie charakteryzuje Marcin Andrys: „Proza życia pokazana przez pryzmat akademickich zmagań z typowymi dla młodych studentek problemami”. Od siebie dodam, że na progu dorosłości dziewczyny mierzą się także z całkiem poważanymi problemami. Sporo scen dotyczy typowych, młodzieńczych dramatów, które rozgrywają się głównie w czasie wolnym od zajęć.

Daisy, Susan i Esther rozpoczęły studia niespełna miesiąc temu i, mimo dzielących je różnic, szybko się ze sobą zaprzyjaźniły. Daisy Wooton jest najmłodsza w grupie, trochę nieśmiała, zagubiona i wycofana. Susan Ptolemy jest „hersztem” ekipy, uparta i pewna siebie feministka, która przy okazji pełni rolę narratorki. Esther De Groot koleżanki przezwały „Królową Dramy”, bo w cudowny sposób zawsze pakuje się w jakiś kłopoty. Dziewczyny są tak różne od siebie, że nawet zwyczajne zdarzenie dnia codziennego może być przyczynkiem do komicznej i sarkastycznej wymiany zdań.

Scenarzysta wykreował żywe, spontanicznie reagujące i wiarygodne bohaterki, które czytelnik z miejsca zaczyna lubić. Całość napisana jest ze swadą, lekko i zabawnie. Trochę brakuje w „jedynce” wątku przewodniego, który spajałby ze sobą poszczególne epizody. Ów brak jest szczególnie widoczny w pierwszej połowie albumu. Potem jest lepiej, bo na scenę wkracza Graham McGraw, z którym narratorka kiedyś pozostawała w bliskich relacjach, a teraz darzy go szczerą nienawiścią.

Przy pierwszym kartkowaniu oprawa graficzna nie przypadła mi do gustu, ale gdy tylko zacząłem czytać, to okazało się, że prace Lissy Treiman świetnie ilustrują rzeczywistość, w której rozgrywa się akcja. Artystka posługuje się wyraźnie cartoonowym stylem przedstawienia postaci, który wzmacnia sympatię względem bohaterek.

Pierwsza odsłona serii Giant Days to trochę komedia, a trochę dramat obyczajowy, który rozgrywa się w środowisku nastoletnich studentek i studentów. Dla wielu czytelników lektura komiksu będzie swoistą podróżą do (własnej) przeszłości. Polecam!

John Allison (sc.), Lissa Treiman (rys.), „Giant Days #1: Królowe dramy”, tłum. Wojciech Góralczyk, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Paper Girls. Tom 1

21/09/2017 § 4 Komentarze


Gazeciarki – bliskie spotkanie pierwszego stopnia

Dla wszystkich tych, którzy niecierpliwie wyczekują na premierę drugiego sezonu serialu telewizyjnego Stranger Things mam świetną wiadomość. Pozostałe do emisji dni można umilić sobie sięgając po pierwszy tom serii komiksowej Paper Girls, autorstwa Briana K. Vaughana (skrypt) i Cliffa Chianga (rysunki). Vaughan to aktualnie jeden z najbardziej renomowanych i wpływowych amerykańskich scenarzystów, spod jego ręki wyszły takie hity jak: Y – Ostatni z mężczyzn, Saga czy Lwy z Bagdadu.

Akcja komiksu rozpoczyna się o świcie pierwszego listopada 1988 roku. Po ulicach małego, amerykańskiego miasteczka jeszcze błąkają się halloweenowi przebierańcy, ale większość mieszkańców smacznie śpi w swoich łóżkach. Wyjątkiem są cztery nastoletnie dziewczyny, które na rowerach przemierzają ulice Stony Stream i rozwożą gazety. Niby dzień jak co dzień, a jednak nie do końca. Z chwilą pojawienia się zamaskowanych postaci, które kradną jednej z dziewczyn krótkofalówkę, zaczyna się robić nieco dziwnie, ale i zarazem coraz ciekawiej. Dalej, z każdą kolejną sceną, narasta atmosfera tajemniczości i niesamowitości.

Nie tylko bohaterki czują się zagubione, ale także czytelnik ma wyraźne problemy w zrozumieniu tego, co się dzieje. Oczywiście, jest to świadomy zabieg ze strony pisarza, który zmusza czytelnika do podjęcia próby połączenia niezbornych porządków w jedną spójną opowieść. Z jednej strony mamy charakterystyczne dla lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku rekwizyty i symbole, a z drugiej latających na pterodaktylach rycerzy w srebrnych zbrojach, którzy mówią „szekspirem”. Zbrojni raportują do starszego, siwobrodego pana, który chyba jest Bogiem albo kimś podobnym. Druga grupa obcych przybyszy z przyszłości pomaga ukryć się dziewczynom i tym samym naraża się na gniew Boga.

Właściwie w bieżącym tomie fabuła w niewielkim stopniu ewoluuje, ale za to została naszpikowana wieloma niezrozumiałymi (rozbudzającymi czytelniczą ciekawość!) elementami i epizodami. Początkowo opowieść sprawia wrażenie obyczajówki, ale potem dołączone zostają elementy science fiction, fantasy i makabry. Po lekturze „jedynki” ciężko przewidzieć w jakim kierunku całość się potoczy, a ostatnia scena zmusza do ponownego przemyślenia własnych intuicji.

Gatunkowe pomieszanie z poplątaniem to cecha charakterystyczna dla pisarstwa Vaughana. W wypadku Paper Girls taktyka sprawdza się wyśmienicie. Chciałbym mocno podkreślić, że komiks jest atrakcyjny nie tylko ze względu na wciągającą opowieść. Mam wrażenie, że największym atutem serii są (będą) świetnie zarysowane postaci głównych bohaterek. Pochodzące z różnych środowisk MacKenzie, Erin, Tiffany i KJ, to nie są jakieś przypadkowe czy naiwne dziewczyny. Każda z nich jest inna, ma swój bagaż doświadczeń i przekonań. Są różne, a mimo to są kumpelkami. Czytający z miejsca zaczyna wszystkie darzyć sympatią i myśli o nich w kategorii ulubionych koleżanek.

Wypada, abym napisał jeszcze kilka ciepłych słów o pracy rysownika. Cliff Chiang, którego możecie kojarzyć choćby z serii Wonder Woman do scenariusza Briana Azzarello (klik! klik!), spisał się wybornie. Rzeczywistość wykreowana przez amerykańskiego artystę wiernie ukazuje amerykańskie przedmieścia lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Rysownik zadał sobie wiele trudu, aby ubrania, buty, fryzury, rowery, budynki i elektronika należały do minionych czasów. Świetną robotę wykonał także kolorysta – Matt Wilson.

Seria w Stanach ma status „ongoing”, dotychczas opublikowane zeszyty zebrano w trzy zbiorcze tomy. Zaprezentowana przez Non Stop Comics „jedynka” wymusza niecierpliwe oczekiwanie na kolejne odsłony. Niestety już nie w tym roku…

Brian K. Vaughan (sc.), Cliff Chiang (rys.), „Paper Girls. Tom 1”, tłum. Bartosz Sztybor, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 5, kolory/cienie: 4+]  

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with nowość at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: