Giant Days #1: Królowe dramy

10/10/2017 § Dodaj komentarz


Powrót do przeszłości

Zaczynam się głęboko zastanawiać nad tym, czy ze mną wszystko jest w porządku. Dostrzegam pewne niepokojące objawy przewartościowania czytelniczych preferencji. Czytam (i mi się podobają) komiksy i książki obrazkowe dla dzieci, co da się jakoś wytłumaczyć i uzasadnić. Galopująca infantylizacja trochę przeraża. Gdyż niedawno zachwycałem się (klik! klik!) pierwszym tomem serii Paper Girls, w którym główne bohaterki mają po dwanaście lat. Wczoraj przeczytałem komiks, w którym protagonistki są nastolatkami na pierwszym roku studiów. I od razu powiem, że produkcja Johna Allisona (scenariusz) i Lissy Treiman (rysunki) również mi się spodobała.

Fabułę Giant Days, bo o tym komiksie mowa, trafnie charakteryzuje Marcin Andrys: „Proza życia pokazana przez pryzmat akademickich zmagań z typowymi dla młodych studentek problemami”. Od siebie dodam, że na progu dorosłości dziewczyny mierzą się także z całkiem poważanymi problemami. Sporo scen dotyczy typowych, młodzieńczych dramatów, które rozgrywają się głównie w czasie wolnym od zajęć.

Daisy, Susan i Esther rozpoczęły studia niespełna miesiąc temu i, mimo dzielących je różnic, szybko się ze sobą zaprzyjaźniły. Daisy Wooton jest najmłodsza w grupie, trochę nieśmiała, zagubiona i wycofana. Susan Ptolemy jest „hersztem” ekipy, uparta i pewna siebie feministka, która przy okazji pełni rolę narratorki. Esther De Groot koleżanki przezwały „Królową Dramy”, bo w cudowny sposób zawsze pakuje się w jakiś kłopoty. Dziewczyny są tak różne od siebie, że nawet zwyczajne zdarzenie dnia codziennego może być przyczynkiem do komicznej i sarkastycznej wymiany zdań.

Scenarzysta wykreował żywe, spontanicznie reagujące i wiarygodne bohaterki, które czytelnik z miejsca zaczyna lubić. Całość napisana jest ze swadą, lekko i zabawnie. Trochę brakuje w „jedynce” wątku przewodniego, który spajałby ze sobą poszczególne epizody. Ów brak jest szczególnie widoczny w pierwszej połowie albumu. Potem jest lepiej, bo na scenę wkracza Graham McGraw, z którym narratorka kiedyś pozostawała w bliskich relacjach, a teraz darzy go szczerą nienawiścią.

Przy pierwszym kartkowaniu oprawa graficzna nie przypadła mi do gustu, ale gdy tylko zacząłem czytać, to okazało się, że prace Lissy Treiman świetnie ilustrują rzeczywistość, w której rozgrywa się akcja. Artystka posługuje się wyraźnie cartoonowym stylem przedstawienia postaci, który wzmacnia sympatię względem bohaterek.

Pierwsza odsłona serii Giant Days to trochę komedia, a trochę dramat obyczajowy, który rozgrywa się w środowisku nastoletnich studentek i studentów. Dla wielu czytelników lektura komiksu będzie swoistą podróżą do (własnej) przeszłości. Polecam!

John Allison (sc.), Lissa Treiman (rys.), „Giant Days #1: Królowe dramy”, tłum. Wojciech Góralczyk, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Reklamy

Paper Girls. Tom 1

21/09/2017 § 1 komentarz


Gazeciarki – bliskie spotkanie pierwszego stopnia

Dla wszystkich tych, którzy niecierpliwie wyczekują na premierę drugiego sezonu serialu telewizyjnego Stranger Things mam świetną wiadomość. Pozostałe do emisji dni można umilić sobie sięgając po pierwszy tom serii komiksowej Paper Girls, autorstwa Briana K. Vaughana (skrypt) i Cliffa Chianga (rysunki). Vaughan to aktualnie jeden z najbardziej renomowanych i wpływowych amerykańskich scenarzystów, spod jego ręki wyszły takie hity jak: Y – Ostatni z mężczyzn, Saga czy Lwy z Bagdadu.

Akcja komiksu rozpoczyna się o świcie pierwszego listopada 1988 roku. Po ulicach małego, amerykańskiego miasteczka jeszcze błąkają się halloweenowi przebierańcy, ale większość mieszkańców smacznie śpi w swoich łóżkach. Wyjątkiem są cztery nastoletnie dziewczyny, które na rowerach przemierzają ulice Stony Stream i rozwożą gazety. Niby dzień jak co dzień, a jednak nie do końca. Z chwilą pojawienia się zamaskowanych postaci, które kradną jednej z dziewczyn krótkofalówkę, zaczyna się robić nieco dziwnie, ale i zarazem coraz ciekawiej. Dalej, z każdą kolejną sceną, narasta atmosfera tajemniczości i niesamowitości.

Nie tylko bohaterki czują się zagubione, ale także czytelnik ma wyraźne problemy w zrozumieniu tego, co się dzieje. Oczywiście, jest to świadomy zabieg ze strony pisarza, który zmusza czytelnika do podjęcia próby połączenia niezbornych porządków w jedną spójną opowieść. Z jednej strony mamy charakterystyczne dla lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku rekwizyty i symbole, a z drugiej latających na pterodaktylach rycerzy w srebrnych zbrojach, którzy mówią „szekspirem”. Zbrojni raportują do starszego, siwobrodego pana, który chyba jest Bogiem albo kimś podobnym. Druga grupa obcych przybyszy z przyszłości pomaga ukryć się dziewczynom i tym samym naraża się na gniew Boga.

Właściwie w bieżącym tomie fabuła w niewielkim stopniu ewoluuje, ale za to została naszpikowana wieloma niezrozumiałymi (rozbudzającymi czytelniczą ciekawość!) elementami i epizodami. Początkowo opowieść sprawia wrażenie obyczajówki, ale potem dołączone zostają elementy science fiction, fantasy i makabry. Po lekturze „jedynki” ciężko przewidzieć w jakim kierunku całość się potoczy, a ostatnia scena zmusza do ponownego przemyślenia własnych intuicji.

Gatunkowe pomieszanie z poplątaniem to cecha charakterystyczna dla pisarstwa Vaughana. W wypadku Paper Girls taktyka sprawdza się wyśmienicie. Chciałbym mocno podkreślić, że komiks jest atrakcyjny nie tylko ze względu na wciągającą opowieść. Mam wrażenie, że największym atutem serii są (będą) świetnie zarysowane postaci głównych bohaterek. Pochodzące z różnych środowisk MacKenzie, Erin, Tiffany i KJ, to nie są jakieś przypadkowe czy naiwne dziewczyny. Każda z nich jest inna, ma swój bagaż doświadczeń i przekonań. Są różne, a mimo to są kumpelkami. Czytający z miejsca zaczyna wszystkie darzyć sympatią i myśli o nich w kategorii ulubionych koleżanek.

Wypada, abym napisał jeszcze kilka ciepłych słów o pracy rysownika. Cliff Chiang, którego możecie kojarzyć choćby z serii Wonder Woman do scenariusza Briana Azzarello (klik! klik!), spisał się wybornie. Rzeczywistość wykreowana przez amerykańskiego artystę wiernie ukazuje amerykańskie przedmieścia lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Rysownik zadał sobie wiele trudu, aby ubrania, buty, fryzury, rowery, budynki i elektronika należały do minionych czasów. Świetną robotę wykonał także kolorysta – Matt Wilson.

Seria w Stanach ma status „ongoing”, dotychczas opublikowane zeszyty zebrano w trzy zbiorcze tomy. Zaprezentowana przez Non Stop Comics „jedynka” wymusza niecierpliwe oczekiwanie na kolejne odsłony. Niestety już nie w tym roku…

Brian K. Vaughan (sc.), Cliff Chiang (rys.), „Paper Girls. Tom 1”, tłum. Bartosz Sztybor, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 5, kolory/cienie: 4+]  

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Kaki, Marietta, Pan Leclair i cała reszta… – rozmowa z Florianem Ferrier

16/08/2017 § 2 Komentarze


 Kaki, Marietta, Pan Leclair i cała reszta… – z Florianem Ferrier, współscenarzystą serii komiksowej Hotel Dziwny, rozmawia Maciej Gierszewski

Maciej Gierszewski: Patrząc na Pana wcześniejszą aktywność zawodową, nie przypuszczałbym, że jest Pan zainteresowany zrobieniem komiksu dla dzieci.
Florian Ferrier: Katherine i ja zawsze pracowaliśmy dla dzieci. Ona od dwudziestu lat robi ilustracje dla prasy dziecięcej i różnych wydawnictw we Francji, a ja robię animacje i reżyseruję programy TV. Piszę także powieści dla młodzieży. Dlatego zrobienie komiksu dla dzieci było dla nas czymś naturalnym, następnym krokiem. Dzieci stanowią naszą podstawową publiczność i uważamy je za „interesujące plemię”. Zwykle każde z nas pracuje nad własnymi projektami, to była pierwsza rzecz, którą zrobiliśmy wspólnie.

M.G.: Czy od początku zakładaliście, że będzie to seria? Czy zadecydowaliście o tym później?
F. F.: Chcieliśmy, aby to była seria. Tak to sobie wyobraziliśmy od początku: pięć dziwacznych postaci prowadzących hotel. Kiedy zaczęliśmy pisać i rysować, nie wiedzieliśmy, dokąd historia nas zaprowadzi. Wspólna praca tak nas cieszyła, że kiedy skończyliśmy pierwszy tom, pomyśleliśmy, dlaczego nie napisać kolejnej przygody? Ostatecznie i tak zawsze decydują czytelnicy. Gdyby pierwszy tom nie sprzedał się dobrze we Francji, prawdopodobnie nie byłoby drugiego.

M.G.: Co było pierwsze: postaci czy historia? Najpierw stworzyliście bohaterów, snując opowieść wokół nich? Czy może Hotel Dziwny dał początek wszystkiemu?
F.F.: Wszystko płynnie po sobie następowało, opowieść ewoluowała powoli. Najpierw jedna postać, potem kolejna… Jedna historia, potem następna… Jak Lego. Bezpośrednią inspiracją dla powstania Hotelu Dziwnego było nasze ulubione miejsce spędzania wakacji – drewniany domek w Alpach. On naprawdę istnieje! Następnie chcieliśmy stworzyć łatwo rozpoznawalnych bohaterów, choćby w zarysie. Każdy z nich ma jakiś szczególny kształt, kolor, niezwykły czy dziwny charakter, sposób patrzenia na życie. Uprzejmość, ale i humor.
Jest tak, że podczas pracy musisz ufać sobie i nie wahać się odrzucać tego, co nie jest wystarczająco dobre. Katherine szybko dochodzi do rezultatów, jakie chce uzyskać, dlatego odrzucała mniej niż ja (bardzo to podziwiam!). Sam zrezygnowałem z wielu pomysłów, które początkowo wydawały się dobre, ale później stawały się nudne.

M.G.: Możesz zdradzić czy w kolejnych tomach akcja również dzieje się w hotelu?
F. F.: Bohaterowie często wyruszają w poszukiwaniu przygody, czasami bardzo daleko od hotelu. Np. w czwartym tomie ekipa wkracza do krainy duchów, która znajdują się nad chmurami. Każda kolejna historia rozpoczyna się w hotelu i ostatecznie drużyna zawsze tam powraca. Wszystkie albumy zaczynają się tym samym kadrem ukazującym hotel, tylko pory roku się zmieniają…

M.G.: Wydaje się, że najważniejszymi postaciami w komiksie są Kaki, Marietta i Pan Leclair. Czy możesz powiedzieć coś więcej o każdym z nich? Czy wzorowaliście swoich bohaterów na rzeczywistych osobach?
F. F.: Wymyślając postaci zawsze inspirujemy się ludźmi, których znamy. Marietta to „szefowa”, która jest szczęśliwa tylko wtedy, kiedy inni są szczęśliwi. Kaki jest leniwą i przezabawną futrzaną kulką. Pan Leclair jest nocnym strażnikiem hotelu, ale wciąż zasypia. Lubi siedzieć w komfortowym zaciszu swojej biblioteki. Cała jego wiedza pochodzi z książek, nawet jego brytyjski humor… Wygląd bohaterów bywa zdecydowanie dziwny, jednak usposobieniem przypominają ludzi, których się zna. Jest także Celestin, sąsiad i przyjaciel. Trochę tajemniczy gość, który kocha samotność i las, bo on nie ma przed nim tajemnic. I wreszcie Pan Snarf, duch z księgi gości, recepcjonista i żyjącą pamięć hotelu.

M.G.: Oprócz Kaki, Marietty i Pana Leclair jest wiele innych postaci w komiksie. Niektóre z nich grają epizodyczną rolę. Czy trudno było nadać indywidualność każdej z nich?
F. F.: Czasami. Niektóre postaci są tak epizodyczne, że pojawiają się tylko w jednym kadrze. W komiksie można sobie pozwolić na niezliczoną ilość osób, kształtów czy kolorów. Główna bohaterka jest właścicielką hotelu, dlatego oczywistym jest, że spotyka wielu gości. Katherina uwielbia rysować dziwne stworzenia. Realistyczny świat i realne osoby nie interesują jej aż tak bardzo, zatem dobrze się bawiła, rysując tych wszystkich osobliwych bohaterów. W komiksie można spotkać niezliczoną ilość sylwetek, które żyją w lesie, pod ziemią, w niebie, małych i gigantycznych… To fantastyczny i poetycki świat, bez ograniczeń.

M.G.: Prostota akcji i zakończenia definiuje Wasz komiks jako lekturę dla dzieci. Czy braliście pod uwagę napisanie scenariusza w taki sposób, aby komiks skierowany był dla młodzieży (poprzez wydłużenie historii lub skomplikowanie zakończenia)?
F. F.: Dla nastolatków lub starszych? Po co? Oboje tworzymy dla dzieci, to nasz cel i coś, co lubimy robić. Dla nas nie ma specjalnej różnicy między książkami dla dzieci i dla dorosłych, ten podział funkcjonuje tylko w umysłach odbiorców. Dobra historia, to dobra historia! Umiejętność budowania prostych opowieści jest naszą siłą. Ponad wszystko, próbujemy opowiedzieć naszym czytelnikom przygodę. Pod pozorną prostotą poruszamy głębsze tematy, takie jak autorytet, dzielenie się, odpowiedzialność… Najzabawniejsze jest to, że mamy czytelników, którzy teraz są w wieku 12, 13 lat i śledzą serię od pierwszego tomu. Dorastali z Hotelem Dziwnym i kontynuują czytanie. To dowód na istnienie pewnej formy „porozumienia” między nami a czytelnikami. Zresztą o tym też świadczy, że nasze dzieło ewoluuje w stronę bardziej złożonych opowieści w kolejnych albumach. Nie jesteśmy więźniami naszych bohaterów. Zmieniamy się razem z nimi! A jeśli chodzi książki dla młodzieży, to właśnie skończyliśmy powieść, napisaliśmy ją razem, a Katherine ją zilustrowała. Premiera planowana jest na rok 2018.

M.G.: Katherine jest współscenarzystą. Czy wasza współpraca bywa trudna? Czy aktywnie uczestniczysz w rysowaniu postaci?
F. F.: Jak już wspomniałem wcześniej Hotel Dziwny, to praca na cztery ręce. Katherine pisze razem ze mną i razem rysujemy storybordy. Storybord jest dla nas najważniejszy: płynna narracja jest kluczem dobrej historii, niezależnie od formy. Czasem rysujemy szkic postaci razem, ale to nie jest regułą. Katherine jest bardzo konsekwentna, wykreowała charakterystyczny i rozpoznawalny świat. Oczywiście rozmawiamy o tym, czego ona chce. Np. nie lubi rysować samochodów, dlatego w komiksie nie mogą się one pojawiać. Lubi rysować naturalne krajobrazy, dalekie od zgiełku miasta.

M.G.: Pierwszy album Hotelu… został wydany we Francji 7 lat temu. Czy patrząc na ten komiks teraz, z perspektywy czasu, coś byś w nim zmienił?
F. F.: Oryginalnie pierwsza cześć była powieścią dla dzieci napisaną przez nas obojga i zilustrowaną przez Katherine, ale nie byliśmy z niej zadowoleni. Stwierdziliśmy, że lepiej będzie zaadaptować historię na komiks i zbadać to medium (zupełnie dla nas nowe). Więcej rysunków mniej tekstu. Dlatego też koniecznym było skrócenie fabuły, zbyt długiej na 40 stron komiksu. Kolejne części powstały już jako typowe scenariusze komiksowe. Niewątpliwie Hotel Dziwny zawdzięcza swój urok chwili, kiedy zdecydowaliśmy się wybrać komiks zamiast powieści.

M.G.: Obecnie seria liczy sobie pięć tomów. Czy będą dalsze?
F. F.: Jest sześć tomów, ostatni został opublikowany w październiku 2016 roku. Zanim zaczniemy myśleć o kolejnych częściach Hotelu Dziwnego, musimy skończyć dwie inne książki. Nad siódmym albumem zaczniemy pracować w przyszłym roku. Wciąż cieszy nas praca nad serią, dlatego, dopóki mamy ciekawe pomysły i wydawców, którzy nas wspierają, będziemy ją kontynuować.

M.G.: Jednym z najzabawniejszych aspektów pierwszego albumu jest to, że Pan Zima i Pan Wiosna są żeńskimi postaciami w języku polskim. Czy myślałeś o tym wcześniej, że pory roku w innym języku mogą być rodzaju żeńskiego?
F. F.: W tym wypadku problem bierze się ze specyfiki języków, a nie z tłumaczenia. We Francji zima i wiosna są braćmi.

M.G.: Czy chciałbyś coś powiedzieć polskim czytelnikom?

F. F.: To samo co mówimy naszym francuskim czytelnikom: mamy nadzieję, że dzieci w Polsce polubią naszych bohaterów i ich świat, a mały hotel ukryty między górami sprawi, że zaczną marzyć. Nie ma złych i dobrych w tych przygodach, są tylko różne stworzenia, które muszą nauczyć się żyć razem w pokoju. Co nie jest łatwe.

Katherine Ferrier & Florian Ferrier (sc.), Katherine Ferrier (rys.), „Hotel Dziwny #1: Przez zimę do wiosny”, tłum. Małgorzata Janczak, Kultura Gniewu, Warszawa 2017. [Zdjęcia pochodzą z oficjalnego profilu serii: klik! klik!]

 Komiks objęty patronatem:   {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Rozmowa przeprowadzona dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Outcast. Opętanie #2: Bezkresne, nieprzebyte zgliszcza

01/08/2017 § Dodaj komentarz


 Albo czytasz komiks, albo oglądasz serial telewizyjny

Z nową komiksową serią Roberta Kirkmana mam wyraźny problem, który wiąże się z faktem, że nim przeczytałem, to obejrzałem oba sezony telewizyjnej adaptacji wyprodukowanej przez stację Cinemax. I, z punktu widzenia potencjalnej przyjemności czytelniczej, to był błąd. Ponieważ znajomość głównych zrębów fabularnych powoduje, że lektura nie wciąga na tyle, na ile by mogła. Oczywiście są pewne różnice między narracją filmową a książkową, wyśledzenie ich sprawia pewną dozę przyjemności. Bez zmian jednak pozostaje główna nić fabularna, co stanowi kłopotliwą, bo mało atrakcyjną, kwestię.

Skrajnie różnymi postaciami są wielebny Anderson i Kyle Barnes. Pierwszy wierzy, że potęgą nadaną mu bezpośrednio przez Boga potrafi wypędzać z ludzi demony niemocy i ucisku. Z każdą kolejną sceną z udziałem byłych egzorcyzmowanych skuteczność duchownego poddawana jest w wątpliwość, gdyż okazuje się, że wyniki działań są raczej mierne. Co powoduje, że jego wiara słabnie. Za to drugi z panów nie jest wyznawcą żadnej religii i właściwie można śmiało powiedzieć, że jest ateistą. Dobrze zdaje sobie sprawę z istnienia diabelskich sił, a jego przekonania opierają się na wiedzy i empirycznym doświadczeniu. Jest raczej „świeckim egzorcystą”, którego moce mają czysto fizyczne (a nie duchowe) właściwości.

Obaj mężczyźni są bohaterami tragicznymi. Zamysł scenarzysty, aby w głównych rolach obsadzić aktorów, których okoliczności, a nie przekonania zmusiły do wspólnego działania, stanowi siłę napędową wielu scen. Anderson próbuje przekonać Barnesa, że ma cel i misję daną mu przez Boga. Kyle w dosadnych słowach się z nim nie zgadza. Ciężko pogodzić perspektywę duchownego z niewiarą młodzieńca, który szuka odpowiedzi na pytanie: dlaczego bliskie mu osoby zostają opętane? Bije się z wątpliwościami. Targają nim wyrzuty sumienia. Czy jest w stanie realnie pomóc osobom opętanym? Czy wypędzając, nie wyrządza czasem więcej krzywdy? Z drugiej strony kaznodzieja jest przerażony swoją niemocą oraz ilością demonów ukrywających się w miasteczku Rome. Ciekawość wzbudza postać tajemniczego Sidneya, który przedstawiony zostaje jako sam Diabeł, dla którego liczy jedynie „scalenie”. Czytelnik (ani widz) nadal nie wiedzą, czym jest ten rytuał.

Z założenie seria Outcast to horror. Ze sceny na scenę wzrasta poczucie osaczenia oraz niezrozumienia źródła i powodów działań sił nadprzyrodzonych, co nie przekłada się (niestety) na atmosferę grozy. Strach uchodzi przez niedostrzegalną dziurę, być może akcja rozwija się zbyt wolno. Dlatego dobrze, że w bieżącym tomie uwidaczniają się „twarde” i przerażające wątki obyczajowe: przemoc domowa, seksualne wykorzystanie nieletniej, odczuwane po latach poczucie winy oprawcy, który liczy na pojednanie, pogubiona nastolatka, która ucieka z domu.

Paul Azaceta oraz Elizabeth Breitweiser, którzy odpowiadali za oprawę graficzną „jedynki”, nadal są w dobrej formie. Nie dostrzegam zasadniczych zmian między tomami. Za to zwróciłem uwagę na ciekawy sposób budowania przez rysownika niektórych plansz: na gotową stronę wmontowuje/nakłada maleńkie kadry, które służą podkreśleniu i zwróceniu uwagi na istotne dla narracji elementy. Z punktu widzenia czytelnika zabieg prosty, acz skuteczny.

Dla osób, które nie natknęły się na serial telewizyjny lektura albumu Bezkresne, nieprzebyte zgliszcza może być satysfakcjonująca, choć nie oszałamiająca. Aby mieć prawdziwą frajdę z czytania i śledzenia komiksowego cyklu Kirkmana, należy zupełnie zrezygnować, właściwie nawet nie zaczynać oglądania telewizyjnej produkcji.

Robert Kirkman (sc.), Paul Azaceta (rys.), „Outcast. Opętanie #2: Bezkresne, nieprzebyte zgliszcza”, tłum. Marek Starosta, Mucha Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5, kolory/cienie: 6]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}
Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Rekomendacje: Hotel Dziwny #1: Przez zimę do wiosny

24/07/2017 § Dodaj komentarz


Pierwszy dzień wiosny

Oficyna Kultura Gniewu poinformowała, że właśnie do sprzedaży trafił pierwszy album bestsellerowej, francuskiej serii komiksowej dla dzieci – Hotel Dziwny. Cykl jest autorską produkcją, za którą odpowiadają Katherine i Florian Ferrier; oryginalnie wystartował w roku 2010 i na chwilę obecną liczy sobie sześć odsłon. Tytułem wstępu warto wspomnieć, że początkowo „jedynka” była powieścią dla dzieci, ale autorzy nie byli z niej zadowoleni, dlatego całość przerobili na komiks. I dobrze się stało!

Przez zimę do wiosny rozpoczyna się pewnego pięknego, śnieżnego poranka, gdy do furty hotelu dobijają się goście, który mają rezerwacje pokoi od pierwszego dnia wiosny. Marietta, szafowa, upiera się, że do wiosny jeszcze daleko, przecież wciąż leży śnieg, ale urlopowicze dowodzą, że dziś jest 21 marca i, nie zważając na protesty obsługi, wchodzą do środka. Powstaje duże zamieszanie, bo gości jest niemało. Realnym problemem, z którym muszą zmierzyć się gospodarze, to brak Pana Wiosny. Gdzie on mógł się podziać? Może Pan Zima go porwał? Jak podaje w materiałach promocyjnych wydawca: „Nie zastanawiając się długo, bohaterowie wyruszają na wyprawę, aby odnaleźć Pana Wiosnę i dowiedzieć się, co się z nim właściwie dzieje”.

Fabuła komiksu ma wysoce przygodowy i rozrywkowy charakter. Na poszukiwania wyrusza czwórka z piątki głównych bohaterów. Pan Snarf, duch z księgi gości, recepcjonista i żyjącą pamięć hotelu, zostaje na miejscu, aby zająć się przybyszami. Nim Kaki, Marietta, Pan Leclair i Celestin odkryją, dlaczego w tym roku Pan Wiosna się nie zjawił na czas, będę mieli wiele ekscytujących i zabawnych przygód. Między innymi Kaki nauczy się jeździć na nartach, Pan Leclair będzie opłakiwał swoje zniszczone książki (łączę się w rozpaczy), spotykają wielgaśne, groźnie wyglądające leśne trolle, a także zostaną zaskoczeni przez śnieżną burzę. Dopiero teraz, enumerując, zwróciłem uwagę na mnogość wydarzeń i epizodów rozgrywających się w komiksie. Akcja, miejscami dramatyczna, toczy się płynnie. Bohaterzy, dzięki temu, że działają wspólnie potrafią sobie poradzić z każdą sytuacją.

Zachwyca mnie oprawa graficzna! Rzeczywistość wykreowana przez Katherine Ferrier jest fantastyczna, została „zaludniona” ogromną ilością wszelkiej maści stworzeń i „pamperków”, które wyglądają fenomenalnie. Na pierwszy rzut oka niektóre z nich mogą przypominać postaci z Muminków Tove Jansson. Skojarzenie jest jednak powierzchowne, gdyż kreska i rysunek Ferrier jest zupełnie inny. Pod względem kolorystycznym całość prezentuje się równie dobrze.

Seria Hotel Dziwny idealnie nadaje się do wspólnego czytania z milusińskimi od piątego roku życia. Jednak jestem przekonany, że najwięcej przyjemności sprawi czytelnikom, który potrafią już samodzielnie składać litery. Liczę, że Kultura Gniewu rychło opublikuje „dwójkę”, bo sam chętnie poznam kolejne przygody Kaki, Marietty i innych.

Katherine Ferrier & Florian Ferrier (sc.), Katherine Ferrier (rys.), „Hotel Dziwny #1: Przez zimę do wiosny”, tłum. Małgorzata Janczak, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

komiks objęty patronatem:{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Wilk powrócił!

18/07/2017 § 1 komentarz


Bać się Wilka?

„Wilk powrócił!” – brzmi najważniejsza wiadomość dnia. Wszystkie gazety* na pierwszej stronie donoszą o tym, mrożącym krew w żyłach, fakcie. Informacja lotem błyskawicy rozeszła się po leśnym miasteczku. Dlatego nie dziwi, że na mieszkańców padł blady strach. Nikogo nie interesuje, gdzie był wilk, co robił i dlaczego powrócił. Może był na wywczasach? Może w odwiedzinach u rodziny? A może na występach gościnnych?

Cała akcja opowiadania rozgrywa się w domu lub na progu domu pana Długouchego, który nie mógł zasnąć po tym, jak w dzienniku przeczytał wypowiedź Wilka: „Odwiedzę mego przyjaciela Królika”. Zresztą nie tylko on panicznie się boi. W pewnej chwili słuchać pukanie do drzwi. Może to Zły przyszedł spełnić zapowiedź? Uff, na szczęście nie, to tylko Trzy Małe Świnki, które proszą, aby przyjaciel wpuścił je do środka. Chwilę rozmawiają i nagle rozlega się kolejne pukanie. Czy to Wilk? Uff, nie. I tak mija wieczór, kolejne osoby schodzą się do domu Królika, wiadomo – w grupie zawsze raźniej.

Geoffroy de Pennart zbudował fabułę na atrakcyjnym koncepcie. Z każdym kolejnym gościem: „ciśnienie” i strach opada. Czujność zwierząt (i czytelnika) spada, a radość ze wspólnego przebywania rośnie. Z drugiej strony – niby wiadomo, że kiedyś do drzwi zapuka Wilk. Choć tli się mały promyk nadziei, że może on wcale nie powrócił, że wszystkie leśne gazety jedynie powielały niesprawdzonego „fake newsa”. Ostatecznie, nie będę zdradzał finału opowieści. Sami sobie doczytajcie. A, zapomniałbym! Bardzo podoba mi się, że goście wchodzą do domu Królika niejako z innych bajek.

Pisarz jest także autorem oprawy graficznej. Rysunek jest sugestywny i żywy. Z wyjątkiem antagonisty, każda inna postać przedstawiona została bardzo sympatycznie. Ilustracje zajmują większą część strony, tekst umieszczony został gdzieś z boku, jakby na marginesie. Koźlęta, których jest oczywiście siedem (w końcu przywędrowały z baśni O wilku i siedmiu koźlątkach), ganiają się, bawią i brykają, wszędzie ich pełno. Trochę mnie razi pewna niekonsekwencja przedstawienia. Występującym zwierzętom nadano charakter antropomorficzny, jednak na stronie 16 i 17 możemy dostrzec ptaki, które są „tylko” ptakami.

Ze względu na niewielką objętość książkę można śmiało czytać małoletnim dzieciom oraz polecać do samodzielnej lektury tym, którzy dopiero składają litery. Według informacji zamieszczonej na okładce książki autorski cykl z udziałem Wilka składa się z dwunastu pozycji. Pierwsza zapowiada, że będzie to ciekawa przygoda.

_ _ _ _ _
* Słowa uznania należą się oficynie Muchomor, która zadbała o zabawne tłumaczenie tytułu każdej z gazet. Królik czyta dziennik o tytule „Liść kapusty”, a Świnki – „Korkociąg”, pani Koza kartkuje „Kozi Ser-Wis”, etc. Okazuje się, że jedynie Czerwony Kapturek nie czyta prasy. Może nie potrafi jeszcze czytać?

Geoffroy de Pennart (tekst & ilu.), „Wilk powrócił!”, tłum. Maria Skowrońska i Jadwiga Skowrońska, Muchomor, Warszawa 2017.

[tekst: 4+, rysunki: 5, kolory/cienie: 4+]

{książkę można kupić tu: klik! klik!}

Bajka na końcu świata #1: Ostatni ogród

24/06/2017 § 1 komentarz


Pierwsze przygody Bajki i Wiktorii

Pewnie zastanawiacie się nad tym, dlaczego najnowszy komiks Marcina Podolca nosi tytuł Bajka na końcu świata, a nie Bajka o końcu świata? Tytuł brzmi trochę nie po polsku, ale od razu informuję, że jest to jedynie złudzenie. Słowo „bajka”, użyte w tytule albumu, nie odnosi się do rodzaju utworu literackiego. Tak ma na imię pies (a właściwie suczka) małoletniej Wiktorii, która jest główną bohaterką opowieści. Obie są permanentnie w drodze, przemierzają „świat po wielkim wybuchu”. Stąd owo „na” a nie „o”.

Chcąc dalej trochę bawić się semantyką, to właściwie tytuł wskazuje, że Bajka jest już na końcu świata, że osiągnęła punkt docelowy. A skoro warstwa fabularna ukazuje ciągłą wędrówkę, to można domniemywać, że nie istnieje żadne konkretne miejsce, do którego bohaterki mogłyby dotrzeć. Ponieważ już w nim są, a wędrówka jest jedynie pretekstem. Do czego? Lepszego poznania postapokaliptycznej rzeczywistości? Choć można na sprawę spojrzeć jeszcze inaczej. Omawiana publikacja nosi podtytuł Ostatni ogród, a na grzbiecie umieszczono cyfrę jeden. Czyli w rękach mamy fragment, a całość opowieści składać się będzie z kilku części (Ilu? Tego na chwilę obecną nie wiadomo), więc nazwa odnosi się do kompletu, którego nie ma, który dopiero będzie. Jeśli pod tym kontem patrzeć, to wówczas Bajka znajdzie się na końcu świata w ostatniej odsłonie. A! Jeszcze jedna ciekawa sprawa. Z albumu to nie wynika, ale na stronie wydawcy podano, że w tytule „koniec świata” pisany jest z małych liter, więc niby nie jest to żadna nazwa własna… Dobra, dość tych słownych gierek.

Jak wspomniałem, akcja albumu rozgrywa się w mało przyjaznej rzeczywistości, która jest bezludna, zrujnowana, rozbita, spopielona i pustynna. Jeden z bohaterów mówi: „Wiecie, nie ma lekko, odkąd świat wygląda jak wielka piaskownica”. Bohaterki (Wiktoria i Bajka) przemierzają jałową krainę, codziennie mijają kolejne zwalone domy, wypalone do cna lasy, dymiące zgliszcza i kratery. Kierunek wędrówki wyznacza tajemnicze światło, które w nocy pojawia się na nieboskłonie. Protagonistki są przekonane, że światłość została wysłana przez rodziców dziewczynki i wskazuje miejsce ich aktualnego pobytu.

Scenarzysta nie zdradza dlaczego świat spotkała katastrofa, dlaczego jest bezludny czy jakim cudem Wiktoria i Bajka ocalały. Czytelnik „na wiarę” musi przyjąć wiele konstrukcyjnych elementów komiksu. Na szczęście opowiadanie wcale nie skupia się na beznadziejnej sytuacji bohaterek. A wręcz przeciwnie. Pewnie dlatego nie dziwi, że dziewczynka może rozmawiać z psem. A między ruinami i dymem migają nikłe promyczki nadziei: kiełkująca roślinka, zapomniany ogród z czystą wodą, gdzie można się popluskać i myć czy przyjacielsko nastawiony tapir, który jest kurierem. Całość fabuły niesie za sobą pozytywny przekaz o przyjaźni, lojalności, celowości podjętych działań i ufności. Historia, przynajmniej w „jedynce”, skupia się na małych a znaczących gestach i symbolach.

Oprawa graficzna jest więcej niż dobra. Podolec odrysował rzeczywistość spójną i wiarygodną, w której wszystkie przedstawione elementy do siebie pasują, wzajemnie się uzupełniają i uzasadniają. Z albumu na album kreska rysownika ewoluuje. Oczywiście w wypadku Bajki… w pewien sposób została dopasowana do potencjalnego czytelnika (tj. dzieci), dlatego postaci ukazane zostały bardzo sympatycznie i już na pierwszy rzut oka mogą się podobać. Należy zauważyć, że Wiktoria wcale nie jest klasycznie piękną dziewczynką, bo ma szparę między jedynkami, kartoflany nos oraz lekką nadwagę, a mimo to zupełnie naturalnie zaczynamy ją lubić. Docenić i chwalić należy artystę za to, jak prowadzi narrację – kadry odpowiednio przenoszą akcję. Dodatkowo twórca konstruuje plansze w odważny sposób. Świadomie rezygnuje z klasycznego układu kwadratów i prostokątów na rzecz bardziej śmiałych zabaw. Warto zwrócić uwagę na dwie plansze, na których postaci napotykają kiełkującą roślinkę czy na sceny przymusowej kąpieli. Na jeszcze jedną sprawę chciałbym zwrócić uwagę, otóż czasami elementy ilustracji „uciekają” poza linię paneli, co odbieram pozytywnie jako znak, że nie wszystko musi być „pod linijkę”.

Doceniam wiele detali, z których zbudowany jest komiks, że główną postacią jest dziewczynka, że akcja rozgrywa się w otoczeniu o charakterze postapokaliptycznym, że jest to komiks drogi, że nie wszystko zostało podane na tacy, że pewne elementy są wciąż ukryte przed czytelnikiem. Rzecz czyta się z niesłabnącym zaciekawieniem, a kolejne epizody dobrze ze sobą współgrają. Brakuje mi jedynie do pewnego, bliżej nieokreślonego, morału lub przesłania. W końcu, nawiązując do pierwszych akapitów tekstu, w tytule pada słowo „bajka”.

Marcin Podolec (sc. & rys.), „Bajka na końcu świata #1: Ostatni ogród”, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with nowość at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: