Bajka na końcu świata #1: Ostatni ogród

24/06/2017 § Dodaj komentarz


Pierwsze przygody Bajki i Wiktorii

Pewnie zastanawiacie się nad tym, dlaczego najnowszy komiks Marcina Podolca nosi tytuł Bajka na końcu świata, a nie Bajka o końcu świata? Tytuł brzmi trochę nie po polsku, ale od razu informuję, że jest to jedynie złudzenie. Słowo „bajka”, użyte w tytule albumu, nie odnosi się do rodzaju utworu literackiego. Tak ma na imię pies (a właściwie suczka) małoletniej Wiktorii, która jest główną bohaterką opowieści. Obie są permanentnie w drodze, przemierzają „świat po wielkim wybuchu”. Stąd owo „na” a nie „o”.

Chcąc dalej trochę bawić się semantyką, to właściwie tytuł wskazuje, że Bajka jest już na końcu świata, że osiągnęła punkt docelowy. A skoro warstwa fabularna ukazuje ciągłą wędrówkę, to można domniemywać, że nie istnieje żadne konkretne miejsce, do którego bohaterki mogłyby dotrzeć. Ponieważ już w nim są, a wędrówka jest jedynie pretekstem. Do czego? Lepszego poznania postapokaliptycznej rzeczywistości? Choć można na sprawę spojrzeć jeszcze inaczej. Omawiana publikacja nosi podtytuł Ostatni ogród, a na grzbiecie umieszczono cyfrę jeden. Czyli w rękach mamy fragment, a całość opowieści składać się będzie z kilku części (Ilu? Tego na chwilę obecną nie wiadomo), więc nazwa odnosi się do kompletu, którego nie ma, który dopiero będzie. Jeśli pod tym kontem patrzeć, to wówczas Bajka znajdzie się na końcu świata w ostatniej odsłonie. A! Jeszcze jedna ciekawa sprawa. Z albumu to nie wynika, ale na stronie wydawcy podano, że w tytule „koniec świata” pisany jest z małych liter, więc niby nie jest to żadna nazwa własna… Dobra, dość tych słownych gierek.

Jak wspomniałem, akcja albumu rozgrywa się w mało przyjaznej rzeczywistości, która jest bezludna, zrujnowana, rozbita, spopielona i pustynna. Jeden z bohaterów mówi: „Wiecie, nie ma lekko, odkąd świat wygląda jak wielka piaskownica”. Bohaterki (Wiktoria i Bajka) przemierzają jałową krainę, codziennie mijają kolejne zwalone domy, wypalone do cna lasy, dymiące zgliszcza i kratery. Kierunek wędrówki wyznacza tajemnicze światło, które w nocy pojawia się na nieboskłonie. Protagonistki są przekonane, że światłość została wysłana przez rodziców dziewczynki i wskazuje miejsce ich aktualnego pobytu.

Scenarzysta nie zdradza dlaczego świat spotkała katastrofa, dlaczego jest bezludny czy jakim cudem Wiktoria i Bajka ocalały. Czytelnik „na wiarę” musi przyjąć wiele konstrukcyjnych elementów komiksu. Na szczęście opowiadanie wcale nie skupia się na beznadziejnej sytuacji bohaterek. A wręcz przeciwnie. Pewnie dlatego nie dziwi, że dziewczynka może rozmawiać z psem. A między ruinami i dymem migają nikłe promyczki nadziei: kiełkująca roślinka, zapomniany ogród z czystą wodą, gdzie można się popluskać i myć czy przyjacielsko nastawiony tapir, który jest kurierem. Całość fabuły niesie za sobą pozytywny przekaz o przyjaźni, lojalności, celowości podjętych działań i ufności. Historia, przynajmniej w „jedynce”, skupia się na małych a znaczących gestach i symbolach.

Oprawa graficzna jest więcej niż dobra. Podolec odrysował rzeczywistość spójną i wiarygodną, w której wszystkie przedstawione elementy do siebie pasują, wzajemnie się uzupełniają i uzasadniają. Z albumu na album kreska rysownika ewoluuje. Oczywiście w wypadku Bajki… w pewien sposób została dopasowana do potencjalnego czytelnika (tj. dzieci), dlatego postaci ukazane zostały bardzo sympatycznie i już na pierwszy rzut oka mogą się podobać. Należy zauważyć, że Wiktoria wcale nie jest klasycznie piękną dziewczynką, bo ma szparę między jedynkami, kartoflany nos oraz lekką nadwagę, a mimo to zupełnie naturalnie zaczynamy ją lubić. Docenić i chwalić należy artystę za to, jak prowadzi narrację – kadry odpowiednio przenoszą akcję. Dodatkowo twórca konstruuje plansze w odważny sposób. Świadomie rezygnuje z klasycznego układu kwadratów i prostokątów na rzecz bardziej śmiałych zabaw. Warto zwrócić uwagę na dwie plansze, na których postaci napotykają kiełkującą roślinkę czy na sceny przymusowej kąpieli. Na jeszcze jedną sprawę chciałbym zwrócić uwagę, otóż czasami elementy ilustracji „uciekają” poza linię paneli, co odbieram pozytywnie jako znak, że nie wszystko musi być „pod linijkę”.

Doceniam wiele detali, z których zbudowany jest komiks, że główną postacią jest dziewczynka, że akcja rozgrywa się w otoczeniu o charakterze postapokaliptycznym, że jest to komiks drogi, że nie wszystko zostało podane na tacy, że pewne elementy są wciąż ukryte przed czytelnikiem. Rzecz czyta się z niesłabnącym zaciekawieniem, a kolejne epizody dobrze ze sobą współgrają. Brakuje mi jedynie do pewnego, bliżej nieokreślonego, morału lub przesłania. W końcu, nawiązując do pierwszych akapitów tekstu, w tytule pada słowo „bajka”.

Marcin Podolec (sc. & rys.), „Bajka na końcu świata #1: Ostatni ogród”, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Bartnik Ignat i skarb puszczy

23/06/2017 § 2 komentarze


 Śpieszcie do księgarń!

Muszę przyznać, że gdy trzy lata temu sięgnąłem po komiks Bartnik Ignata i skarbu puszczy, był to mój pierwszy kontakt z twórczością Tomasza Samojlika. Bez bicia przyznam się, że wcześniej po prostu go ignorowałem. Kiedy wokół jego pierwszych, wydanych jeszcze nakładem Zakładu Badania Ssaków Polskiej Akademii Nauk, albumów rozkręcała się pozytywna fama, byłem dość sceptycznie nastawiony do komiksów o żubrach. Komiks dla dzieci? Ekologia i edukacja? Takie hasła budziło moją (w pewnym stopniu) uzasadnioną nieufność i ani mi się śniło sięgać do kieszeni. Ale wreszcie w moje ręce wpadł Bartnik… i po prostu zdębiałem.

Od setek lat w dzikich i prastarych lasach Puszczy Białowieskiej życie płynęło we własnym tempie. Tereny te od XIV do XVIII wieku były rezerwatem łowieckim polskich królów i wielkich książąt litewskich. Oznaczało to, że tylko oni mogli tam polować. Nikt niepożądany nie miał do niego wstępu, a przez to, że te tereny strzeżone były przed kłusownikami i nielegalną eksploatacją udało się zachować ich pierwotny charakter. Na mocy specjalnych przywilejów królewskich tylko niektórzy ludzie mogli korzystać z królewskich bogactw. Dzięki temu Puszcza zaspakajała mnóstwo potrzeb okolicznej szlachty, mieszczan, duchowieństwa i zwykłych chłopów. Bartnicy pozyskiwali miód i wosk, a budnicy wypalali smołę, potaż i węgiel drzewny. Na niektórych obszarach wypasano bydło, a sam las był źródłem grzybów, ziół, owoców leśnych, chrustu i drewna na opał, łuczywa z sosen i kory lipowej. Przez setki lat człowiek i natura żyli ze sobą w zgodzie.

Przedstawiony na kartach omawianego komiksu świat, to ideał zakochanego w ludowości romantyzmu, to spełnienie marzeń Jana Jakuba Rousseau (pojawiającego się zresztą w komiksie). W tej trochę bajkowej, trochę mitycznej Puszczy Białowieskiej Samojlika człowiek nie tylko współistnieje z przyrodą z dala od zgiełku cywilizacji i na peryferiach wielkiej polityki, ale jego kultura przenika się natura. W wyniku tej syntezy powstają lokalne legendy „głupim na dziwnowanie, a mądrym na naukę”, jak mówi jeden z budników, a sentymentalny poeta Franciszek Karpiński pracują nad swoim wielkim dziełem, zbierając opowieści starych osoczników i kmieci. Jednym słowem – idylla, trochę jak z oświeceniowych sielanek, trochę jak z wczesnoromantycznych ballad. Ale sielanka, jak to sielanka – nie może trwać wiecznie.

Akcja rozpoczyna się w roku 1795, tuż po trzecim, wymazującym Rzeczpospolitą z map Europy, rozbiorze. Caryca Katarzyna II w darze za wojenne zasługi daruje część Puszczy Białowieskiej generałowi Sobakiewiczowi (jego pierwowzorem jest hrabia Piotr Aleksandrowicz Rumiance, jeden z faworytów władczyni Rosji). Jak na czarny charakter przystało, chcąc się jak najszybciej wzbogacić, zarządzą wycinkę drzew byłych królewskich włości. Blady strach pada na ludzkich i zwierzęcych mieszkańców Puszczy i okolic. Tylko tytułowy bohater, posunięty nieco w latach bartnik Ignat będzie miał dość odwagi, aby sprzeciwić się okrutnemu Sobakiewiczowi i jego bandzie, a w tej walce towarzyszyć będzie mu mała Łucja, psotna wnuczka Karpińskiego.

Wiem, że o wielu tekstach mówi się i pisze, że są przeznaczone nie tylko dla dzieci, ale również i dla ich rodziców, lecz sposób, w jaki Tomaszowi Samojlikowi udało się pogodzić prostą, przygodową historię dla młodszego czytelnika z treściami przemycanymi dla całkiem dorosłego i oczytanego odbiorcy, budzi mój niekłamany podziw. W prowadzoną lekko, ale pełną napięcia opowieść, wpleciono nie tylko Wielką Historię znaną z podręczników, ale także tą mniejszą, lokalną, niekoniecznie powszechnie znaną. W ten sposób Samojlikowi udało się spojrzeć na ograne do bólu przez literaturę problemy z nieco innej, bardzo osobliwej perspektywy, co dla czytelnika mającego na karku lat dziesiąt jest niezwykle ciekawe. Co więcej, w albumie naprawdę połączono walory edukacyjne z dobrą zabawą. Samojlik doskonale wpisuje się w podejście „bawić – uczyć, uczyć – bawiąc” Papcia Chmiela nie popadając przy tym w toporny dydaktyzm, co potwierdzają setki dzieciaków uwielbiających wracać do jego komiksów.

Pod względem wizualnym Bartnik Ignat… nie zachwyca, ale nie sposób cokolwiek zarzucić Samojlikowi. Pochodzący z Hajnówki artysta jest komiksiarzem kompletnym. Ze swoją prostą, czytelną i dość charakterystyczną kreską może stawać w szranki z najlepszymi cartoonistami w Polsce, ale w jego ilustracjach nie chodzi o czcze efekciarstwo, tylko o klarowność narracji. Dzięki takim, a nie innym rysunkom czytelnik połykając kolejne strony daje się wciągnąć historii. Na uwagę zasługuje to, w jaki sposób gra szczegółem na drugim planie – czasem, aby uzyskać pożądany efekt (na przykład podkreślić dramaturgię danej sceny) całkowicie upraszcza tło wzmacniając przekaz konkretnego kadru lub całej strony.

Samojlik opowiadaczem jest niezrównanym! Pomimo tego, że snuje całkiem konwencjonalną opowieść, to jednak daleko mu od konwencjonalności i w niektórych momentach potrafi zaskoczyć. Świetnie dozuje napięcie, doskonale kreuje charaktery, potrafi śmieszyć, smucić i sprawiać radość. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Bartnik Ignat i skarb puszczy jest (obok Hildy) najlepszym komiksem, jaki ukazał się nakładem Centralki, który potwierdza wyjątkowość talentu Tomasza Samojlika. Pracujący w Zakładzie Badania Ssaków w Białowieży twórca w polskiej, a może i europejskiej skali, jest zjawiskiem wyjątkowym i niezwykłym. Dlatego dobrze się stało, że Centrala zdecydowała się na reedycję. Śpieszcie do księgarń! Nawet nie zauważycie, jak szybko nakład zniknie z półek.

 Tomasz Samojlik (sc. & rys.), „Bartnik Ignat i skarb puszczy”, Centrala – Mądre komiksy, wyd. II, Londyn-Poznań 2017.

[autor: Jakub Oleksak]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Irena #1: Getto

10/06/2017 § Dodaj komentarz


Irena i dzieci z warszawskiego getta

Troje francuskich twórców: Jean-David Morvan, Séverine Tréfouël i David Evrard podjęło się niełatwego zadania – stworzenia komiksu dla najmłodszych czytelników, który opowiada o tym, jak podczas II wojny światowej Irena Sendlerowa ratowała od śmierci żydowskie dzieci uwięzione w getcie warszawskim. Nie jest to ścisła biografia polskiej działaczki, która w 1965 roku została uznana przez instytut Jad Waszem za Sprawiedliwą wśród Narodów Świata. W odautorskiej nocie możemy przeczytać: „Irena Sendlerowa rzeczywiście istniała. Jej historia nas zafascynowała (…). Dostępne materiały nie podają tych samych informacji, czasem nawet sobie zaprzeczają. Przyjęliśmy więc założenie, że nie tworzymy prawdziwej biografii, ale wykorzystujemy fikcję, aby jak najlepiej przekazać ducha walki Ireny”.

Rzecz pomyślana jest jako trzyczęściowa seria, pierwszy odcinek – o podtytule Getto – ukazał się niedawno w Polsce staraniem oficyny Timof i cisi wspólnicy. Akcja komiksu rozpoczyna się w marcu 1941 roku. Na pierwszej planszy widzimy ciężarówkę należącą do Wydziału Opieki Społecznej, która wjeżdża do warszawskiego getta. W chwili przekroczenia szlabanu wkraczamy w „inną” rzeczywistość: potworną, bezprawną, szarą, fatalną i przygnębiającą. Czytelnik ma okazję zobaczyć koszmar życia w tym miejscu oczami protagonistki. Wszędzie ruiny, budynki mają albo zamurowane okna, albo powybijane szyby. Ludzi jest całe mrowie, tłoczą się, zajmują każdy kawałek pustek przestrzeni. Noszą pocerowane łachmany, większość nie ma butów. Na tym tle Sendlerowa i jej współpracownicy wyglądają nadzwyczaj normalnie i godnie.

Podczas wizyty protagonistka rozmawia z umierającą kobietą, która błaga, aby Polka wywiozła z getta jej syna. Aż do następnej wizyty bohaterka bije się z myślami czy zaryzykować życie swoje i współpracowników, aby ratować żydowskie dziecko. Gdy ponownie przyjeżdża na miejsce, to okazuje się, że prosząca o wsparcie i jej syn już nie żyją. Zdarzenie którego jesteśmy świadkami jest przełomowe. Dodatkowo dzięki rozmowie z kierowcą ciężarówki Sendlerowa podejmuje decyzję o natychmiastowemu zaangażowaniu się w ratowanie dzieci na niespotykaną dotąd skalę. Autorom udaje ukazać wyraźną zmianę w myśleniu i postępowaniu bohaterki. Niesamowita jest siła, z jaką przystępuje ona do realizacji wyznaczonego sobie zadania.

Obok scenarzystów i rysownik miał niełatwe zadanie. Jak ukazać potworności życia w getcie, aby nadmiernie nie epatować realizmem? Aby zaintrygować, a nie odstraszyć? Artysta zdecydował się na uproszczony rysunek postaci. Sendlerowa i jej pomocnicy wyglądają bardzo przyjaźnie i sympatycznie, natomiast przedstawienie faszystów ma wyraźnie karykaturalny charakter. Kreska konturu jest wyraźna, dość gruba. Gdy przyjrzymy się jej z bliska, to okaże się, że jest delikatnie karbowana, jakby Davidowi Evrardowi podczas rysowania drżała dłoń. Irena to komiks dla najmłodszych, dlatego na tak wielu kadrach ukazano dzieci, które biegają, bawią się z psem, grają w piłkę, rozmawiają, biją i szarpią – słowem zachowują się normalnie i zgodnie z oczekiwaniami.

Wrażliwość na cierpienie innych, hart i moralna niezłomność Sendlerowej stanowią wzorzec do naśladowania. Daleki jestem o uogólnień i generalizowania, ale wydaje mi się, że współczesna sytuacja polityczna i społeczna powoduje, iż warto dzieci zapoznać z omawianym komiksem. Rzecz prowokuje do rozmowy o okropieństwach wojny, ale i o prawości, odpowiedzialności oraz szlachetności.

Jean-David Morvan & Séverine Tréfouël (sc.), David Evrard (rys.), „Irena #1: Getto”, tłum. Małgorzata Fangrat, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4+, rysunki: 4, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Niezwykła podróż. Tom 1

19/05/2017 § Dodaj komentarz


 Wyprawa w krainę dzieciństwa

Niezwykła podróż to komiks, który oferuje każdemu czytelnikowi – niezależnie od wieku – ekscytującą wyprawę w alternatywną rzeczywistość, która charakteryzuje się niezwykłą spójnością kreacji i przedstawienia. W materiałach promocyjnych przygotowanych przez Wydawnictwo Kurc możemy przeczytać: „Przedstawiamy niezwykle urokliwą opowieść zainspirowaną twórczością Juliusza Verne′a oraz steampunkiem z niesłychanymi technicznymi wynalazkami, przygodą oraz oczywiście tajemnicą”. Zwykle z duża rezerwą podchodzę do wszelakich notek informacyjnych. Jednak w tym konkretnym wypadku zgadzam się w pełnej rozciągłości. Powyższe zdanie jest w stu procentach prawdziwe i można oficynie zaufać.

Akcja albumu rozgrywa się podczas I wojny światowej, która nadal trwa, chociaż jest już 1927 rok. W konflikt zaangażowana jest dodatkowa strona, zwana Trzecią Osią, która skutecznie przeszkadza w walce. Mechaniczne stwory do niszczą uzbrojenie obu wrażych armii. Tymczasem wojna jest jedynie elementem scenografii, jak będzie dalej, to się przekonamy.

Głównymi bohaterami opowieści jest para kuzynostwa – Noemi i Emilien – poznajemy ich podczas „rozbijania” letniego obozu w domku na drzewie, które stoi w ogrodzie pewnej londyńskiej szkoły z internatem. Są przekonani, że jak co roku wakacje spędzą z dala od domu. Jakże wielkie jest ich zaskoczenie, gdy dyrektor oświadcza, że ekscentryczni rodzice dziewczynki wrócili do kraju i zdecydowali zabrać dzieciaki do siebie. Emilien ma nadzieję, że i jego ojciec wrócił z wojaży. Niestety, na miejscu okazuje się, że nadal nie przyjechał. Chłopak poważnie martwi się o rodzica, dawno nie miał od niego żadnych wieści.

Rodowa rezydencja jest ogromna, pełno w niej zakamarków, ukrytych pomieszczeń i tajnych laboratoriów. Kuzynostwo na własną rękę rozpoczyna śledztwo w sprawie zaginięcia ojca Emiliena, który jest światowej sławy uczonym. Niespodziewanie w sukurs przychodzi im nowa guwernantka oraz były współpracownik naukowca. Para małoletnich bohaterów obdarzona jest ponadprzeciętną inteligencją, z którą współgrają: ciekawość świata, naukowe zacięcie oraz zdolności inżyniersko-konstruktorskie. Dzieciaki dosłownie nie potrafią usiedzieć na miejscu, wszędzie ich pełno i nic się przed nimi nie ukryje.

Pod względem wizualnym rzecz prezentuje się bardzo dobrze. Silvio Camboni w wypadku przedstawienia postaci posługuje się uproszczoną, cartoonową kreską. Dzięki czemu wszyscy wyglądają sympatycznie i przyjacielsko. Natomiast różnej maści maszyny, budowle, sprzęty oraz krajobrazy narysowano z dbałością o szczegóły. Artysta wiele przedmiotów i machin musiał sam wymyślić, dlatego drobiazgowość odwzorowania wywiera silne wrażenie.

Pierwszy tom z serii Niezwykła podróż jest wysoce atrakcyjną pozycją. Lektura sprawiła mi dużo frajdy. Podoba mi się i kreacja świata przedstawionego, i cała menażeria występujących postaci, która jest niezwykle barwna oraz osobliwa. Fabuła ma charakter przygodowy i prowadzona jest wartko. Para małoletnich bohaterów nie zawodzi. Mam nadzieję, że pozycja spotka się z dużym zainteresowaniem czytelników, a wydawca rychło opublikuje kolejną odsłonę.

Denis-Pierre Filippi (sc.), Silvio Camboni (rys.), „Niezwykła podróż. Tom 1”, tłum. Jakub Syty, Wydawnictwo Kurc, Koluszki 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Płatki

09/04/2017 § 1 komentarz


 Kwiatek w butonierce

Zima w pełni: trzaskający mróz i nieustannie padający śnieg. Listek chodzi po lesie i zbiera chrust na opał. Dla chłopca nie jest to wcale łatwe zadanie, gdyż nie ma zbyt wiele siły, a małe rączki nie uniosą wiele szczap. Nieoczekiwanie z pomocą przychodzi przypadkowo spotkany w ptak. Nieznajomy wysypuje drewno prosto ze swego czarodziejskiego cylindra. W ramach podziękowania lisek zaprasza ptaszysko do chatki na wzgórzu, w której mieszka wraz z ojcem. Tak rozpoczyna się kameralna opowieść napisana i narysowana przez brazylijskiego artystę Gustavo Borgesa.

Album Płatki liczy sobie łącznie 32 plansze komiksowe oraz kilka dodatkowych stron, na których rysownik i kolorystka przybliżają kulisy powstania pozycji.  Narracja w komiksie prowadzona jest bez użycia słów, dlatego każdy kadr, scena i ujęcie mają znacznie. Przyznaję, ciężko mi przybliżyć fabułę w taki sposób, aby nie zdradzić zbyt wielu istotnych elementów. Nie chciałby odbierać przyjemności obcowania z magiczną i wzruszającą historią. Napomknę jedynie, że ojciec głównego bohatera jest poważnie chory, a tajemnicze ptaszysko ma w butonierce kwiatek, którego płatki mają lekarskie właściwości. Ilość płatków jest jednak ograniczona, a niedomagać zaczynają i inni. Dobrze tyle wystarczy. Liczę, że zaciekawiłem Was na tyle, że sięgniecie po książkę.

Borges napisał wzruszającą opowieść o zaufaniu, przyjaźni, poświęceniu i śmierci. Całość pozbawiona została elementów melodramatycznych; pisarz ukazuje świat, w którym śmiech, zabawa, śpiew, ale i choroba oraz śmierć są nieodzownymi składnikami rzeczywistości. Skądinąd trudny temat ukazany został subtelnie i z wyczuciem. Historia została tak zbudowana, że czytelnik ma odpowiednią ilość czasu, aby przygotować się dramatyczny rozwój wypadków. Warto zwrócić uwagę na lekcję jaką udziela rodzinie lisów magik: nie warto słuchać radia, które donosi o strasznych rzeczach, lepiej cieszyć się chwilą.

Występujące w komiksie postaci ukazano pozytywnie i sympatycznie; decyzja, aby bohaterami uczynić antropomorficzne zwierzęta jest nadzwyczaj trafna. Rysownik dosłownie tchnął życie w swoich bohaterów, uwagę przykuwa ich rozbudowana mimika i gestykulacja. Dużo dobrego robią również kolory, które nałożyła nominowana do Nagrody Eisnera Cris Peter. Pod względem graficznym album prezentuje się wspaniale!

Tak, Płatki to komiks dla dzieci. Jednakże opowieść sama w sobie jest magiczna i mądra, dlatego i dorośli czytelnicy znajdą w niej coś dla siebie. Stawiam album na półce obok książek: Gęś, śmierć i tulipan oraz Czy umiesz gwizdać Joanno?. I wiem, że jeszcze nie raz po niego sięgnę.

Gustavo Borges (sc. & rys.), „Płatki”, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 5+, kolory/cienie: 5]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Sisters #6: Zakochana sister

04/04/2017 § Dodaj komentarz


 Wendy ma zakochanka

Chyba z żadną inna serią Egmont nie leci tak szybko do przodu, jak z produkcją panów Christophe’a Cazenove’a i Williama Maurya. Mam wrażenie, że dosłownie przed chwilą recenzowałem „piątkę”, a już „szóstka” leży przede mną. Bieżący album nosi podtytuł Zakochana sister i zgodnie z nim większość fabuł poświęcona została relacjonowaniu związku Wendy i Maksencjusza.

Maksencjusz epizodycznie pojawiał się już w poprzednich odsłonach, ale dopiero teraz nadszedł właściwy moment, aby porządnie namieszał w życiu rodzeństwa. Marine nie mówi, że Wendy ma chłopaka, ale ukuła na tę okoliczność zabawne określenie: „Masz zakochanka”. Para nie ma ani chwili spokoju, młodsza siostra chce być na bieżąco, dlatego wciąż przeszkadza, zagląda, szpieguje i podpatruje. Wynikają z tego zabawne sytuacje. Choćby taka: chłopak jest po to, aby odprowadzał po szkole do domu i jeszcze niósł tornister, więc Wendy przymusza kolegę z klasy, który dzielnie się sprawuje, ale do czasu, gdy uderza w płacz, bo kto ma jego odprowadzić…

Scenarzyści nie pozwalają się czytelnikowi nudzić. Wiele jest w „szóstce” zabawnych momentów, opartych głównie na humorze sytuacyjnym. Mam wrażenie, że ukazano więcej niż uprzednio epizodów o charakterze konfliktowym. Wynika to faktu, że starsza z sióstr liczy na chwile, w których będzie mogła pobyć z chłopakiem sam na sam. Spięcia biorą się także z tego, że Wendy chce pewne zdarzenia utrzymać w tajemnicy przed rodzicami. A o to trudno, gdy ma się w domu małą i wścibską siostrunię, która najpierw kłapie dziobem, a potem myśli.

Omawiany album został zbudowany tak samo, jak wszystkie poprzednie, czyli każda strona to samodzielny epizod, który łączy się z pozostałymi jedynie poprzez występowanie tych samych postaci oraz poprzez dzianie się w mniej więcej w tym samym okresie czasu. Plansze skonstruowane zostały bardzo poprawnie, oko intuicyjnie śmiga od kadru do kadru. Rysownik, William Maury, nie bawi się ani perspektywą, ani kadrowaniem. Pod tym względem jest bardzo klasycznie i przejrzyście. Rzuca się w dynamika postaci oraz rozbudowana mimika twarzy, która miejscami została karykaturalnie przerysowana. Co podkreśla humorystyczny wymiar komiksu.

Poprzednie propozycje skierowane były dla odbiorców z młodszej grupy wiekowej. Natomiast Zakochana sister jest odsłoną w dużym stopniu o nastolatkach dla nastolatków. Scenarzystom trafnie udało się oddać cały ambaras i perypetie, jakie wiążą się z posiadaniem chłopaka i młodszej siostry. Staram się oceniać komiks z perspektywy właściwego odbiorcy i dlatego dostał tak wysoką notę.

Christophe Cazenove & William Maury (sc.), William Maury (rys.), „Sisters #6: Zakochana sister”, przeł. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1086, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 5-, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Mały, Duży i chmura

08/03/2017 § Dodaj komentarz


Pan Mysz i pan Hipopotam

Mały, Duży i chmura to trzecia propozycja poznańskiej oficyny Tadam, która ukazała w ramach serii wydawniczej o nazwie Mój pierwszy komiks. Książka wyszła spod ręki Agaty Matraś. Autorka w pewnych kręgach jest dość znana, a to za sprawą opublikowanej przez portal Pulowerek pozycji pt.: Komiks, który wydarzył się naprawdę. Wydany w 2012 roku zbiór pasków opowiadał o codziennym zmaganiu się z rzeczywistością w bibliotece.

Bohaterami recenzowanego komiksu są Mały, czyli pan Mysz oraz Duży, czyli pan Hipopotam. Całość zaczyna się od wielkiego trzęsienia ziemi. Dosłownie, a nie metaforycznie. Mały smacznie sobie śpi w swojej norze, aż tu nagle „Bam! Bam! Bam!”, cały dom drży, a bohater spada z łóżka. Hałasy nie ustają. W takich warunkach nie da się spać, dlatego Mały wchodzi na drabinę i ostrożnie wychyla nos z jamy. Musi uważać, aby nie zostać stratowanym przez biegającego w te i nazad Dużego, który wcale nie przygotowuje się do startu w maratonie nowojorskim.

W tym miejscu rozpoczyna się właściwa fabuła komiksu, która wbrew pozorom dotyka sprawy istotnej, bo związanej z różnymi sposobami radzenia sobie ze złym samopoczuciem. Autorka ładnie zagrała tytułową „chmurą”, która fizycznie prześladuje jednego z bohaterów, a w wymiarze metaforycznym ma inną, dodatkową i wyraźną wymowę. Podoba mi się to, że Matraś wykorzystuje obie warstwy znaczeniowe: realną oraz symboliczną. Myślę, że dzięki temu prostemu zabiegowi komiks nabiera dodatkowej atrakcyjności dla rodziców – zyskuje nienachalny wymiar edukacyjny, który dotyczy rozpoznawania emocji i radzenia sobie z tymi negatywnymi.

Całość została narysowana z użyciem wyraźnej, acz uproszczonej kreski. Występujące zwierzęta przedstawiono skrótowo i umownie, jednak na tyle charakterystycznie, że dzieci nie będą miały problemów z ich rozpoznaniem i nazwaniem. Mały trochę mi przypomina postać Kota Prota wymyśloną przez Dr. Seussa.

Tylko jeden mały szczegół mi się nie podoba: toporny font jakiego użyto dla onomatopei. Za to bardzo pozytywnie odbieram fakt, że autorka w prosty tekst opowiadania wplotła słowo „konstelacja”. Również uważam, że należy wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję do tego, aby poszerzać słownictwo dzieci. Na to nigdy nie jest za wcześnie. Podsumowując, komiks Mały, Duży i chmura zasługuje na uznanie. Pewnie podobnie uważa wydawca, bo jeszcze w styczniu premiera komiksu Mały, Duży i czary.

Agata Matraś (sc. & rys), „Mały, Duży i chmura”, Wydawnictwo Tadam, Poznań 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 4-, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with komiks dla dzieci at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: