Batman #10: Epilog

20/09/2017 § Dodaj komentarz


 Koniec nowego Batmana

Zdawało się, że w kwestii Batmana z Nowego DC Comics (czy jak kto woli The New 52) wszystko zostało już powiedziane. Poprzedni tom (klik! klik!) zakończył historię z nowym, potężnym wrogiem – panem Bloomem, rozwiązał też wątek z Gordonem w roli nowego obrońcy Gotham i zakończył się powrotem jedynego słusznego Człowieka Nietoperza. A jednak Scott Snyder i James Tynion IV (z drobną pomocą Raya Fawkesa) nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Teraz nadszedł czas na epilog całej opowieści, która zaczęła się w imponujący sposób Trybunałem sów (klik! klik!). A zatem poznajcie ostatnie historie z „nowym” Batmanem.

Tym razem czytelnicy nie dostają jednak jednej konkretnej opowieści, a cztery krótkie fabuły stanowiące pożegnanie z serią pisaną przez Snydera. W pierwszych dwóch cofamy się czasie, najpierw o pięć lat, potem jedynie na kilka chwil przed aktualnymi wydarzeniami. W pierwszej historii Batman włamuje się do siedziby Lexa Luthora by zdobyć związek Cauldera. W drugiej Bruce Wayne, wciąż cierpiąc na amnezję, powraca do odzyskanej posiadłości, która do niedawna służyła za zakład psychiatryczny. Jak się jednak okazuje, Clayface, Riddler i Mr. Freeze zdołali uciec i chcą zemścić się na Wayne’ie, który teraz jest zupełnie bezbronny.

W kolejnej opowieści, dziejącej się już po wydarzeniach poprzedniego tomu, w Gotham dochodzi do tajemniczej awarii prądu. Batman musi wkroczyć do akcji, bowiem cele z przestępcami zostały otwarte, a także wyjaśnić co właściwie się dzieje. Album kończy natomiast historia, w której przestępca zwany Crypsis włamuje się do banku, w którym nie trzymają oszczędności żadni bogaci ludzie, by okraść pewną skrytkę. Batman wkracza do akcji, przypominając sobie różne momenty ze swojego życia, które przemieniły go w obrońcę Gotham.

Trybunał sów. Mr. Freeze. Riddler. Clayface. Bane. Pingwin. Killer Crock. Poison Ivy. Strach na wróble. W ostatnim tomie swoich przygód Batman spotyka wielu swoich wrogów, ale autorom nie zależy na przedstawianiu kolejnych starć, a zagłębieniu się w postać obrońcy Gotham, jego przeszłość, przyszłość (wątek klonów powraca, chociaż nie wnosi właściwie nic do finału poprzedniego tomu) oraz znaczenia dla miasta. Jednak w odróżnieniu od kończących przygody z Nowego DC Comics, Superman: Ostatnie dni Supermana (klik! klik!) czy Liga Sprawiedliwości: Wojna Darkseida (klik! klik!), Batman: Epilog to opowieść, którą właściwie można pominąć, bo nie jest konieczna. Wszystkie wątki zostały już zakończone, teraz autorzy jedynie składają hołd postaci tak, aby seria zamknęła się na 52 zeszytach, jak na New 52 przystało (to jednak nie jedyne odniesienia do tej liczby w niniejszym albumie). Jednakże ci, którzy dobrze bawili się czytając całą serię Batman, dobrze będą bawić się i teraz. Szczególnie w przypadku trzeciej z opowieści – Gotham, klimatycznej i bardzo sentymentalnej.

Szata graficzna albumu jest tradycyjnie przyjemna. Najlepiej wypada wprawdzie wspomniane Gotham Grega Capullo, ale prostsze i bardziej brudne ilustracje innych artystów też mają swój urok. Znakomicie prezentują się też alternatywne okładki, a w szczególności ta stworzona przez Johna Romitę Jr.

Jeśli jesteście zatem miłośnikami Batmana i dobrze bawiliście się przy jego serii z Nowego DC Comics, będziecie zadowoleni. A zapowiedziane już nowości z tym bohaterem spod szyldu Odrodzenie prezentują się ciekawie. Na fanów obrońcy Gotham czeka więc dużo dobrej zabawy, a to w końcu dopiero początek nowego, intrygującego rozdziału. Zanim ten jednak rozpocznie się na dobre, mamy niniejsze krótkie opowiastki. Taki deser po konkretnej uczcie, jaką była seria.

Scott Snyder & James Tynion IV & Ray Fawkes (sc.), Greg Capullo & Danny Miki & Roge Antonio & inni (rys.), „Batman #10: Epilog”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1169, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Michał Lipka]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Reklamy

Superman: Ostatnie dni Supermana

01/09/2017 § Dodaj komentarz


 Kolejna śmierć Supermana

Superman umierał kilka razy. Zaczynając od sfingowania własnej śmierci jeszcze w latach 40. XX wieku, po tę właściwą, która wstrząsnęła nie tylko uniwersum DC, ale i obiła się głośnym echem w realnych mass mediach. Temat poruszył nawet Alan Moore. Jednakże tak naprawdę Człowiek ze Stali umarł tylko raz. Przynajmniej dopóki nie powstała niniejsza opowieść, kolejna zamykająca pewien etap historii bohatera i wydawnictwa.

Superman powoli, acz nieubłaganie umiera. Po wizycie w ognistych studniach Apokolips, kuracji w kryptoniotowej komorze w ARGUS-ie oraz walce z Rao jego życie powoli dobiega końca. Trawiony jest przez chorobę, na którą nie ma lekarstwa. Clark nie zamierza chwytać się rozpaczliwie żadnej nadziei – wie, że to nic nie da. Pogodził się ze swoim losem, stawiał czoła śmierci dość wiele razy, aby nie bać się odejścia. Jednak ciężko mu przejść do porządku dziennego nad tym, że nie będzie mógł już ratować ludzi. Powoli zaczyna żegnać się z bliskimi. Dlatego stara się, z pomocą Batmana, odnaleźć kuzynkę Karę i zrobić jak najwięcej dobrego, póki jeszcze może.

Tymczasem w Chinach pewna kobieta prowadzi dziwne eksperymenty. Wkrótce potem w USA pojawia się pewna płonąca istota, która twierdzi, że jest prawdziwym Supermanem. Clarka czeka więc jeszcze jedno starcie, być może ostatnie w jego życiu…

W dobie, kiedy to śmierć i zmartwychwstanie wszelkich komiksowych superbohaterów są na porządku dziennym (a jednocześnie i tak przyciąga czytelników, bo choć nikt już nie wierzy w ostateczny zgon któregoś z herosów, to jednak ciekaw jest jak tym razem twórcy to odwrócą), Superman jest jednym z nielicznych wyjątków, które zza grobu powróciły właściwie tylko jeden raz. Dlatego też tworzenie opowieści o jego „ponownym” zgonie było rzeczą kontrowersyjną. Czymś, co miało zadatki na bycie strzałem albo w dziesiątkę, albo w kolano. Na szczęście Superman: Ostatnie dni Supermana to znakomity album, lepszy niż Śmierć Supermana z lat 90. XX wieku, która, mimo swojej przełomowej treści, pełna była błędów, kiczu i porażającego wręcz patosu, jednocześnie nie oferując właściwie nic poza trwającą przez kilka zeszytów walką zakończoną zgonem tytułowego bohatera i jego przeciwnika.

Fabuła Ostatnich dni… jest złożona. Tak, jak to było w przypadku Lois i Clark (klik! klik!), wcześniejszego tomu Drogi do Odrodzenia, tak i tutaj widać echa wcześniejszej śmierci oraz wydarzeń, jakie rozegrały się potem. Całość jest ciekawa, dobrze poprowadzona, bardzo emocjonalnie ujęta, a przede wszystkim sprawdza się znakomicie jako zamknięcie etapu Nowego DC Comics (czy jak chce tego oryginał The New 52) i otwarcie Odrodzenia. Nowy Superman umiera. Stary powraca. Następuje symboliczna zmiana warty. Zaczyna się kolejny rozdział opowieści o superbohaterze z „S” na piersi i zapowiada się on bardzo ciekawie.

A jak tom prezentuje się od strony graficznej? Bardzo dobrze. Kreska i kolor są nowoczesne, ale w dobrym stylu, nastrojowe i realistyczne (choć nie zawsze, bo czasem przedstawienie postaci ma w sobie coś z mangi). Wprawdzie bardziej podobały mi się rysunki w Lois i Clark, ale i Ostatnim dniom… nie mam pod tym względem nic do zarzucenia.

Jeśli więc jesteście fanami Supermana, DC albo po prostu szukacie dobrych, epickich komiksów rozrywkowych, niniejszy album to pozycja dla Was. Dobrze napisana, równie dobrze narysowana. Rzecz spodoba się miłośnikom serii, jak i nowym odbiorcom. Polecam i nie mogę się już doczekać regularnych serii z Odrodzenia.

Peter J. Tomasi (sc.), Ed Benes & Dale Eaglesham & Scot Eaton & Mikel Janín & Jorge Jiménez & Doug Mahnke & Paul Pellerier (rys.), „Superman: Ostatnie dni Supermana”, tłum. Jakub Syty, Klub Świata Komiksu – album 1178, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Millennium #2: Dziewczyna, która igrała z ogniem

18/08/2017 § 2 Komentarze


 Kim jest Zala?

Od czasu wydarzeń przedstawionych w pierwszym albumie serii Millennium minął rok – klik! klik! Wygląda na to, że życie Mikaela Blomkvista bardzo powoli wraca na stare tory. Co prawda, stacje radiowe i telewizyjne nadal chętnie go zapraszają, aby publicznie wypowiedział się w tym czy innym temacie. Zainteresowanie mediów ciąży bohaterowi, chciałby powrócić „czystej” roboty reporterskiej. Okazja nadarza się, gdy do „Millennium” zgłasza się Dag Svensson – wolny strzelec, który wpadł na trop szwedzkiej siatki przestępczej zajmującej się handlem młodymi kobietami i zmuszaniem ich do prostytucji.

Omawiany album jest wierną adaptacją drugiej powieści Stiega Larssona Dziewczyna, która igrała z ogniem. Dlatego główne elementy fabuły, występujące postaci oraz finał zostały żywcem przeniesione z książki do komiksu. Scenarzysta, oczywiście, musiał dokonać wielu skrótów. Dzięki cięciom opowieść zyskała klarowności i przejrzystości. W porównaniu do pierwowzoru czytelnik musi mniej się domyślać i domniemywać. Runberg na potrzeby komiksowej narracji wysługuje kilka wątków. Wyraźnie skupia się na przeszłości i psychice Salander (poprzez retrospekcje) oraz bestialstwie członków bandy Zali (straszne sceny przemocy i gwałtów dokonywanych na porwanych kobietach). Mam wrażenie, że natłoku silnie emocjonujących scen, prowadzone przez Blomkvista śledztwo, zeszło na dalszy plan.

Na pozycji rysownika zaszła zamiana: José Homsa zastąpił Manolo Carrot, który podpisuje swoje prace pseudonimem Man. Wizualnie widać różnicę. Nowy artysta stawia na realizm przedstawienia. Dla przypomnienia: prace Homsa miejscami popadały w karykaturę i groteskę. Man przykłada wiele uwagi do mimiki twarzy i gestykulacji występujących postaci. A biorąc pod uwagę, że wiele scen ukazuje sytuacje drastyczne i szokujące, silnie oddziałuje na czytelnika. Na szczęście, ukazując sceny gwałtów i przemocy, rysownik nie przekracza granic dobrego smaku.

Całość jest spójna, a wątki prowadzone są konsekwentnie. Komiks jest mroczny, miejscami przerażający i nieprzyjemny. Motyw polityczno-kryminalny, znany z powieści, został tu odstawiony trochę na bok. Na osobach, które nie znają pierwowzoru, lektura albumu może wywrzeć spore wrażenie. I głównie im produkcję Runberga i Carrota polecam.

Sylvain Runberg (sc.), Man {właśc. Manolo Carrot} (rys.), „Millennium #2: Dziewczyna, która igrała z ogniem”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1098, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 3+, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Kaznodzieja. Tom 1

17/08/2017 § Dodaj komentarz


  Powrót Kaznodziei

Spośród tego, co u nas niegdyś wydano, to na reedycję serii Kaznodzieja chyba najbardziej czekałem. Co ciekawe – nie jestem szczególnym fanem całego cyklu. Uważam, że jest przereklamowany (choć nie aż tak mocno, jak Sandman), bo Ennis jedzie głównie na tanim szokowaniu. Wali nam na dzień dobry solidnie z bani eksplozją flaków, rozwalonych łbów i soczystych bluzgów, a zanim się czytelnik połapie, to poprawia z kolana w jaja. Problem serii jest taki, że Ennis zaczyna z kopyta, ale nie jest w stanie cały czas podbijać intensywności kolejnych zdarzeń, dlatego kolejne rozwalone łby przestają robić wrażenie. Zostaje fabuła, na siłę rozdmuchana do 66 zeszytów. I bohaterowie, za którymi akurat autentycznie tęskniłem.

Pierwszy tom nowego wydania Kaznodziei, to dla mnie powrót starych kumpli, którzy poszli lata temu w świat, a teraz wrócili. Dzięki czemu na nowo możemy snuć dobrze znane nam wszystkim historie, o tym jak to Jesse Custer, klecha z amerykańskiego zadupia, został nawiedzony niemal boską mocą, po czym ruszył w trasę po USA szukając Boga (tego jednego jedynego), a jego trasę znaczył kolejne akty przemocy, krew i trupy (nie tylko ludzi). Kumple wracają dubeltowo, bo i tomik nieco grubszy niż wcześniej, historia będzie dawkowana zgodnie z amerykańskimi wydaniami w twardej oprawie. I dobrze. Jeszcze więcej szczęścia na raz.

Kolega ostatnio na fejsie spytał, czy Kaznodzieja po latach, aby nie zmiękł. No więc, historia Ennisa robiła na mnie – swoją przewrotnością i dość zwyrolskim poczuciem humoru – duże wrażenie w czasach, gdy byłem studenciakiem. Teraz z dwóch powodów (i żadnym z nich nie jest zmięknięcie Preachera) odbieram go dużo lżej. Jestem starszy, inaczej wszystko odbieram, naczytałem się sporej ilości innego zwyrolskiego towaru, mam inny próg szoku i tolerancji. To raz. A dwa: czas też nie stał w miejscu, a komiks przez lata także ewoluował.

Trzeba pamiętać, że w momencie premiery Preachera w połowie lat 90-tych nie było za tak dużo takich historii. Owszem, były komiksy alternatywne, undeground pełen bluzgów i przemocy, także seksu, były artystowskie eksperymenty z superhero, ale to odpalenie przez DC wydawnictwa Vertigo (a Kaznodzieja był jednym z jego pierwszych flagowców) jakoś tam na amerykańskim rynku umocowało komiks przegięty i brutalny, dla dorosłych, ale jednak mieszczący się w kategoriach sensacyjnego (i mimo wszystko komercyjnego) mainstreamu.

O czym jest ta seria? Nieco o poszukiwaniu Boga. Bardziej o przyjaźni, miłości, lojalności i ich braku. Troszkę o rodzinie. Na pewno też o tym, że przemoc rodzi przemoc, w końcu to współczesny western. Jesse Custer ma tu swoją misję poszukania Najwyższego i porozmawiania sobie z nim szorstko, po męsku, ale by to zrobić, to najpierw musi poukładać swoje życie – relacje z byłą dziewczyną, którą zostawił parę lat wcześniej, relacje z przygodnie poznanym irlandzkim ochlapusem, ale co najważniejsze – zamknąć młodzieńczy etap swojego życia, związany z tyranizującą rodzinę zaborczą babcią-psychopatką i jej przybocznymi redneckami, którzy na jej zawołanie równie łatwo obijają ryje, co pociągają za cyngiel.

Fabuła nie ma już dla mnie tego uderzenia, co kiedyś, ale nawet dziś muszę przyznać Ennisowi kilka rzeczy, jak choćby to: facet potrafi zajebiście opowiadać, nawet o niczym. Irlandczyk do dziś wydaje mi się być komiksowym Tarantino, z jednej strony mając to samo zamiłowanie do makabry i czarnego humoru, z drugiej strony popisując się co jakiś czas świetnym uchem i ręką do dialogów. Ennis bawi się tu chronologią, stopniuje napięcie odwlekając zdradzenie pewnych retrospektywnych aspektów historii, skacze pomiędzy wsiokami z Teksasu a aniołami w Niebiosach, a wszystko to, choć przerysowane, wchłania się naprawdę znakomicie, nawet jeśli się już to czytało – a może właśnie przez to tym bardziej docenia się talent autora.

Oddzielną sprawą pozostają rysunki Dillona. Do dziś wybijające się ponad „vertigową” średnią (ale nie dochodząc do rejestrów górnych) i znakomite okładki Glenna Fabry’ego, z których każda jedna to mistrzostwo. Dużo słabiej niestety wypadają kolory – mało dziś wyrafinowane, walące po oczach kolorową drukarską kaszą. Nie wiem jak to nazwać – bo raczej nie rastrem – w każdym razie szału nie ma, offsetowy papier może to lepiej wchłonął i rozmył, na lakierowanym niestety kłuje w oczy. A może to wychodzą niedoskonałości pierwszych, cyfrowych gradientów, bazujących na ograniczonej palecie barw.

Reasumując – Kaznodzieja to zupełnie zasłużenie kawałek historii amerykańskiego komiksu i dobrze go mieć z powrotem. Dobrze też móc go nabyć za sumę, nie graniczącą z rozbojem w biały dzień. Bardzo prawdopodobne, że mit Preachera nieco go przerósł, ale to dalej świetnie napisana historia drogi, gdzie mężczyźni są twardzi, dumni i konsekwentni, a kobiety kochające i ofiarne, a największymi świniami są przedstawiciele wymiaru ścigania. Jak mogło być inaczej? W końcu to Teksas.

Dwa kciuki w górę, bo bez tej serii nie było by Vertigo takiego, jakim je dzisiaj znamy, pewnie nie było by też Skalpu (klik! klik!) i wielu innych tytułów. Trzeba sięgnąć, nawet jak się komiksów za dużo nie czyta, wtedy tym bardziej, choćby po to, by się przekonać, czym komiks może być.

PS. Nie, nie oglądałem serialu i nie zamierzam.
PS 2. Przy czytaniu zapuśćcie sobie Lynyrd Skynyrd. Serio radzę.

Garth Ennis (sc.), Steve Dillon (rys.), „Kaznodzieja. Tom 1”, tłum. Maciej Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album1150 , Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Przemysław Pawełek]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

New Avengers #4: Doskonały świat

11/08/2017 § Dodaj komentarz


  Jak ocalić świat od zagłady?

„Wszystko umiera. Wy. Ja. Każdy na tej planecie” – tak brzmi mantra powtarzana przez Mister Fantastica. Ponieważ podczas induksji, gdy dochodzi do kolizji dwóch Ziem z różnych wymiarów, albo obie zostaną zniszczone, albo jedna zostanie ocalona (kosztem drugiej). Ziemscy herosi, skupieni w grupie Illuminatów, są tego świadomi, od dłuższego czasu przegotowywali się do uratowania własnej planety. Tylko jest jedno małe „ale”. Jak poradzić sobie, jak unieść świadomość, że właśnie zgładziło się miliardy istnień?

Ciężar odpowiedzialności jaki spoczywa na barkach bohaterów jest ogromny. Na jednej szali jest ocalenie świata jakiego znają, na drugiej etyczna odpowiedzialność i wszystko, co się kryje pod hasłem: „człowieczeństwo”. W teorii decyzja wydaje się prosta i początkowo akcja rozwija się właśnie w tym kierunku. Jakby Hickmana przerobił najbardziej znaczących Avengersów w potwory bez sumień. Na szczęście w pewnym momencie przychodzi opamiętanie. Mogą razić pompatyczne przemowy herosów, którzy używają wielkich słów, aby rozstrzygnąć moralny dylemat.

Innym ciekawym wątkiem, który rozgrywa się na łamach Doskonałego świata, jest spór między T’Challą i Namorem. Czarna Pantera zostaje podstawiony pod ścianą – przodkowie żądają od niego unicestwienia władcy Atlantydy. Jaką ostatecznie decyzję podejmie król Wakandy dowiedzą się ci, którzy sięgną po czwartą część New Avengers.

Niestety w parze z wciągającą narracją fabularną nie idzie oprawa graficzna. Epizod z udziałem Czarnej Pantery, który zilustrował Valerio Schiti, może się miejscami podobać. Znacznie słabiej prezentują się plansze, które wyszły spod ręki Keva Walkera. Przerysowany, cartoonowy styl, jakim posługuje się artysta, nie współgra z powagą scen.

Bieżącą odsłonę czyta się całkiem dobrze. Fabuła jest spójna i konsekwentnie poprowadzona. A fatalistyczna mantra, którą Reed Richards mruczy od dłuższego czasu, w końcu przerodziła się w realne zagrożenie. Muszę przyznać, że pierwszy raz jest realnie zainteresowany tym, co w dalszej perspektywie Jonathan Hickman przygotował dla Illuminatów.

Jonathan Hickman (sc.), Valerio Schiti & Salvador Larroca & Kev Walker (rys.), „New Avengers #4: Doskonały świat”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1151, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 3-, kolory/cienie: 3+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Deadpool Classic. Tom 2

09/08/2017 § Dodaj komentarz


Kill… Love Is All Around

Ever fallen in love with someone
Ever fallen in love, in love with someone
Ever fallen in love, in love with someone
You shouldn’t have fallen in love with

Buzzcocks

Zupełnie niedawno – w ramach serii Marvel Now! – Deadpool się żenił, a przy okazji wspominał wszystkie swoje wcześniejsze związki. No, prawie wszystkie. Teraz nadszedł czas, aby klasyczne opowieści z jego przygodami ukazała nam nieco więcej romantycznych perypetii. Oczywiście walk, trupów i typowego dla serii humoru także nie zabrakło, a jeśli w poprzednim tomie brakowało Wam gościnnych występów czołowych herosów Marvela, teraz nieco się to zmieni.

Ech te hormony! W końcu pewnie odpuszczą, jednak póki co Deadpool wzdycha do poznanej całkiem niedawno Siryn. Niestety podglądanie jej nocą przez okno musi zaczekać, kiedy uprowadzony zostaje jego kumpel (i dostawca broni) Weasel. Kidnaperem okazuje się być Taskmaster, który ma co do niego konkretne plany, a Deadpoola postanawia wykorzystać do linczu szkoleniowego dla swoich ludzi. Co może mu się udać, bowiem posiada zdolność zapamiętywania ruchów przeciwnika i nasz najemnik z nawijką nie jest w stanie niczym go zaskoczyć. W tej sytuacji bez znaczenia wydaje się fakt, że posiada czynnik gojący, który zapewnia mu niemalże nieśmiertelność.

Z tym czynnikiem zresztą może być problem. Zaczyna bowiem szwankować, o czym dowiaduje się T-Ray. Co więcej Deadpoolowi grozi śmierć, a ocalić go może tylko… krew Hulka. Mało? Dodajcie więc do tego pojawienie się Typhoid Mary i Vamp, gościnny udział Daredevila i Stana Lee plus historię opowiadającą o wydarzeniach, jakie miały miejsce zanim Wade stał się tym, kim jest, i przekonajcie się co do zaoferowania ma klasyczny Deadpool.

Pierwszy tom serii (klik! klik!), który na polskim rynku ukazał się kilka miesięcy temu, zebrał różnorodne oceny. Jego odmienność od przygód znanych z Marvel Now!, prostota i typowy dla lat 90. XX wieku styl jednych odrzucił, innym – w tym mnie – przypomniał stare TM-Semicowe komiksy, do których mam wielki sentyment. Jakkolwiek by jednak nie odbierać tego albumu, nie można mu było odmówić znaczenia. Prezentował bowiem zbiór historii z samych początków istnienia Deadpoola, zaczynając od jego debiutu na łamach New Mutants, przez dwie pierwsze miniserie z jego przygodami, na pierwszym numerze regularnej serii kończąc. Drugi tom zbiera zeszyty #2-8, #-1 owej serii oraz Dardevil/Deadpool Annual 1997 i prezentuje się o wiele lepiej, niż się spodziewałem.

Scenariusze są zabawniejsze, niż poprzednio, więcej też się dzieje, głownie za sprawą krótkich, zamkniętych epizodów z życia głównego bohatera. Dużą rolę odgrywa tu wątek miłosny, sporo jest też komiksowej satyry, a dla tych, którzy stęsknili się za poważniejszymi fabułami, także coś się znajdzie. Miłe są też smaczki pokroju odniesień do rewelacyjnej miniserii Daredevil: The Man Without Fear Franka Mllera i Johna Romity Jr, a całość ma po prostu swój charakter.

Gorzej wypadała tym razem szata graficzna. W pierwszym tomie ilustracje były realistyczne, typowe dla okresu, w którym powstały, drugi kontynuuje to, co widzieliśmy w jego finale, czyli bardzo proste i kolorowe cartoonowe rysunki. Jednakże, chociaż na pierwszy rzut oka nie kupiły mnie one, muszę przyznać, że naprawdę pasują do tej historii. Dzięki nim Deadpool staje się szaloną kreskówką, w której dużo jest trupów i niewybrednych żartów, często w tonacji czarnego humoru.

Z połączenia wszystkich tych elementów powstał ciekawy komiks, taka trochę ułagodzona wersja Lobo. Wielkie wydarzenia nie mają tu miejsca ani nie padają ważkie pytania, ale Deadpool dostarcza solidnej porcji dobrej rozrywki. Jeżeli macie ochotę na coś takiego albo podobał Wam się film kinowy, to zdecydowanie album dla Was.

Joe Kelly (sc.), Ed McGuinness & Kevin Lau & Aaron Lopresti & Bernard Chang & inni (rys.), „Deadpool Classic. Tom 2”, tłum. Oskar Rogowski, Klub Świata Komiksu, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Szósty rewolwer #2: Rozdroża

07/08/2017 § Dodaj komentarz


 Dziwny Dziki Zachód

Nim zapoznałem się z drugim albumem z cyklu Szósty rewolwer, musiałem zdjąć z półki „jedynkę” i ponownie przeczytać (klik! klik!). W końcu minęło ponad dwa lata od premiery albumu, dlatego nie dziw, że miałem dziury w pamięci. Musiałem przypomnieć sobie, kiedy i w jakich okolicznościach Drake Sinclair wszedł w posiadanie czterech z sześciu magicznych spluw, dlaczego Becky Montcrief ma swój osobisty „pistolecik”, którego nikt nie może jej odebrać, a także dlaczego Billjohn O’Henry wygląda i zachowuje się jak golem oraz kim jest i skąd się wziął Gord Cantrel.

Akcja albumu Rozdroża rozgrywa się w Nowym Orleanie, a także na bagnach znajdujących się w pobliżu miasta. Po pierwszym użyciu sześciostrzałowców między panem Sinclair a przedmiotami wywiązała się magiczna relacja, która niezwykle ciąży bohaterowi. Mężczyzna zrozumiał, że posiadanie na własność rewolwerów nie jest najlepszym pomysłem. Dlatego szuka kogoś, kto pomoże mu zerwać więź. I tak odnajduje niejakiego Henriego Fouriera – starego czarownika voodoo, który zdradza mu historię tytułowych spluw. A z okolicznych bagien wyłazi coś strasznego i nie trudno zgadnąć, czego chce…

Tempo, z jakim prowadzono fabułę „jedynki”, było iście ekspresowe, wydarzenia następowały po sobie niczym kolejne strzały z rewolweru. Pierwsza połowa bieżącej odsłony prowadzona jest dość spokojnie. Scenarzysta początkowo stara się przybliżyć tło wydarzeń, ale w drugiej połowie akcja wyraźnie przyspiesza. Scenografia, w której rozgrywają się wydarzenia – bagna Luizjany i miasto Nowy Orlean – stanowi ciekawy i atrakcyjny dodatek. Cullen Bunn wprowadza do opowieści nowe postaci, nie zapominając o tym, aby przybliżyć trójkę głównych bohaterów. Mamy okazję lepiej poznać Drake’a, Becky i Billjohna, bo w końcu spędzimy z nimi trochę czasu, gdyż, nie licząc spin-offów, cała seria liczy sobie dziewięć tomów.

Ilustracje wyszły spod ręki Briana Hurtta, który dba o realność i szczegółowość przedstawienia, choć kreska ma wyraźnie cartoonowy sznyt. Każdej z postaci nadano indywidualne rysy, więc nie ma najmniejszych problemów w rozpoznaniu bohaterów. Rysownik nie zapomina o elementach tła i drugiego planu. Całość prezentuje się nadzwyczaj dobrze, a sceny z udziałem haitańskich demonów, które rozgrywają się na mokradłach, naprawę mogą się podobać.

Szósty rewolwer to seria, która należy do gatunku Dziwny Dziki Zachód, w którym typowo westernowe elementy zostały połączone z elementami horroru oraz fantastyki. Fabuła ma iście rozrywkowy charakter, została uszyta z ciekawych elementów oraz sprawnie poprowadzona. Lektura komiksu stanowi niezłą przygodę, którą warto samodzielnie przeżyć.

Cullen Bunn (sc.), Brian Hurtt (rys.), „Szósty rewolwer #2: Rozdroża”, tłum. Maciej Drewnowski, Timof Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 5-]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with mainstream at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: