Thor Gromowładny #3: Przeklęty

20/07/2017 § Dodaj komentarz


Grafomania Aarona

„Bardzo możliwe, że Jason Aaron urodził się, by tworzyć przygody Thora” – informuje blurb na okładce albumu. Owszem, możliwe. Równie możliwe jest, że to dziecię Godzilli z nieprawego łoża, zakamuflowany Elvis Presley albo ambasador kosmicznej rasy Nilvahani. Cykl Thor ładnie się zaczął (klik! klik!), by zamulić w tomie drugim (klik! klik!), bawić i osłabiać mnie w tomie trzecim. Niestety wszelkie pozytywy, to jedynie krótkie przebłyski.

Bieżący album uderza w ton high fantasy. Sprzymierzone, ale i wrogie rasy wszystkich nordyckich światów muszą współpracować, aby poradzić sobie z tytułowym Malekithem Przeklętym – byłym władcą mrocznych elfów, który po ucieczce z więzienia gromadzi siły, bo planuje przeprowadzić krwawą konkwistę. Czy też jihad. Chce zniszczyć zastany porządek, by zbudować nowy, i nie ważne czy będzie zabijał wrogie rasy i nacje, czy swoich. Przeciw niemu staje Liga Światów – taka marvelowska Drużyna Pierścienia z Thorem na czele. Kolejne zeszyty to wzajemne podchody, które prowadzą oczywiście do kulminacji, gdzie każdy z każdym.

Aaron miesza tu pójście w nudną sztampę z wyśmianiem konwencji, z którą wszedł. Natchnione przemowy, to farmazony na granicy parodii. Kraina elfów jest przesłodzona aż do mdłości. Dodatkowo w drużynie mamy elfa rewolwerowca(!), który jeździ na jednorożcu(!). Niestety to za bardzo nie pomaga, biorąc pod uwagę że historia jest nudna, ciągnie się, a dialogi ledwo da się czytać.

Sama opowieść ma też drugie dno. Wojna domowa pośród mrocznych elfów przypomina to, co działo się ostatnio i dzieje dalej w państwach arabskich (choćby w Syrii). Bezradność Kongresu Światów, który nie chce ingerować, by nie uznano to za bezprawne wtargnięcie, to działania w stylu ONZ czy NATO. Quest Ligi Światów to praktycznie rzecz biorąc koalicja państw, które wysłały kontynenty do walki z tzw. Państwem Islamskim. Do tego Thor, naiwny niczym Stany Zjednoczone, bredzący coś o tym, że skłócone plemiona mrocznych elfów powinny zakończyć walki plemienne i demokratycznie wybrać przywódcę. Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, o co Aaronowi chodzi, to dostaje motyw uchodźców. Na dobitkę otrzymujemy gorzki owoc działań Ligi, która niby osiągnęła cel, ale nie ma tu mowy o zwycięstwie, czy też rozwiązaniu problemu.

Aaron męczy bułę, bawi się konwencją, idzie w parabole… Niestety nie ma hamulców, by powstrzymać się w swojej pisaninie czy dokonać jakiejś selekcji. Zresztą jak zwykle, gdy robi coś mainstreamowego (zapewne dla kasy). Fabuła jest banalna. Dialogi czyta się źle. Za rysunki niestety nie odpowiada tym razem Esad Ribic, ograniczający się do samych okładek.

Z plusów wymienić mogę tylko alternatywną okładkę do czternastego zeszytu, autorstwa Dave’a Johnsona, utrzymaną w stylistyce Kirby’ego, i ostatni zeszyt zbiorku – samodzielną historię z rysunkami Dasa Pastorasa. Niestety nawet ta historia, zaczynająca się od składania przez Thora faktów z pijatyki ze smokiem z poprzedniej nocy nie ratuje tego tomu. Niestety. Może Aaron bywa mistrzem, ale i jemu zdarza się grafomania.

Nie ma co, nie ma po co, tej serii już dziękuję.

Jason Aaron (sc.), Ron Garney & Nic Klein & Das Pastoras & Emanuela Lupacchino (rys.), „Thor Gromowładny #3: Przeklęty”, tłum. Marceli Szpak {pseud.}, Klub Świata Komiksu – album 1153, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Spider-Man: Władza

13/07/2017 § Dodaj komentarz


  Starość Pajęczaka

Ilustracja zamieszczona na okładce albumu Spider-Man: Władza jest niezwykle sugestywna. Widzimy na niej tytułowego bohatera w bardzo zniszczonym stroju, który kurczowo ściska nagrobek żony Mary Jane Watson-Parker. Wyglada na to, że ktoś mu nieźle przyłożył. Ujęcie można również interpretować inaczej. Pająkowi grozi utonięcie w czarnej mazi, która zajęła już całą wolną przestrzeń. Próbuje nie poddać się fali i ostatkiem sił stara się utrzymać się na powierzchni. W tym wypadku płyta pełni rolę tratwy ratunkowej.

Ostatecznie, niezależnie od tego jak zinterpretujemy ukazaną scenę, możemy być pewni, że Spider-Man cierpi, bo spotkało go coś złego. Odczucia patrzącego korespondują z wypowiedzią rysownika: „(…) później do ilustracji dodałem ból. Zauważcie, że treścią okładek, które trafiły do druku, jest cierpienie – albo psychiczne, albo emocjonalne”. I rzeczywiście, ciężko się nie zgodzić z Kaare Andrewsem. Czteroczęściowa mini-seria ma bardzo przejmujące okładki. Ilustracje wewnątrz wypadają mniej atrakcyjnie. Rysunek jest „kanciasty” i szarpany. Płasko nałożone kolory oraz komputerowa obróbka wizualnych dodatków (np. deszczu) nie przypadły mi do gustu.

Zamysł fabularny jest skądinąd znany, jednak realizacja jest na tyle atrakcyjna, że warto po album sięgnąć. Rzecz mimowolnie kojarzy się produkcjami Franka Millera o podstarzałym Batmanie, który powraca po latach i wespół z bandą młodzików walczy o leprze jutro Gotham City. Tak na marginesie nawet jedna z postaci występujących we Władzy ma na imię Miller. Zresztą można wyprowadzić dużo więcej analogii między obiema pozycjami. Dla wprawnego czytelnika, który ma za sobą lekturę Roku pierwszego oraz Powrotu Mrocznego Rycerza, wskazanie podobieństw nie będzie stanowiło żadnego problemu.

W pierwszych scenach recenzowanego komiksu widzimy starszego pana w białej koszuli, pod szyją ma czerwoną muszkę, nosi okulary i ma ładnie przystrzyżoną siwą brodą. Mężczyzna pracuje w kwiaciarni, ale źle zrealizował zamówienie i właśnie zostaje zwolniony. Tak, to Peter Parker. Tylko starszy o trzydzieści lat. Nadal mieszka w Nowym Jorku, ale jest już na superbohaterskiej emeryturze. Strój Pajęczaka dawno temu pochował w grobie żony. Umyślnie „zapomniał” o swojej heroicznej przeszłości, ponieważ jest przekonany, że to jego osoba spowodowała śmierć Mary Jane. Oczywiście, nie potrafi sobie tego wybaczyć, żyje w ciągłym przytłaczający poczuciu winy. Scenarzysta wyjątkowo przekonująco ukazał portret psychologiczny postaci.

Parkera odnajduje równie stary i lekko zbzikowany J. Jonah Jameson. Były wydawca jest świecie przekonany, że uda mu się zmobilizować Spider-Mana do ostatniej walki. Czy faktycznie staruszek podejmie wyzwanie? Czy założy maskę? Na czyją pomoc może liczyć? I z kim przyjdzie mu się zmierzyć? Czy sobie wybaczy i zaakceptuje, że M. J. zmarła? Odpowiedzi na powyższe pytania poznają ci, którzy po album sięgną – do czego szczerze namawiam.

Kaare Andrews (sc.), Kaare Andrews & Jose Villarubia (rys.), „Spider-Man: Władza”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Mucha Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 3, kolory/cienie: 2+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Batman #9: Bloom

10/07/2017 § Dodaj komentarz


  Mroczny Rycerz powraca?

W rzeczywistości „kolorowych zeszytów” nic nigdy nie ginie bezpowrotnie, to prawda znana czytelnikom od dawna. Czy zatem Batman, a właściwie Bruce Wayne, mógł porzucić swoją rolę obrońcy Gotham na dobre, nawet jeśli stracił pamięć i wydaje się nie być sobą? Nadszedł czas, aby się o tym przekonać, otwieramy tom dziewiąty Batmana.

Pan Bloom, nowy przeciwnik Zamaskowanego Krzyżowca, wdziera się do Powers Building i zaczyna odruchowo zabijać ludzi. Gordon staje z nim do walki, ale choć sytuacja wydaje się obracać na korzyść nowego Człowieka Nietoperza, wróg ostatecznie ucieka. Kiedy więc udaje się go namierzyć, nikt nie jest pewien czy rzeczywiście trafili na jego trop, czy też może łotr przygotował na nich zasadzkę. Były komisarz decyduje się samotnie stawić czoła zagrożeniu, nawet za cenę własnego życia.

Tymczasem Bruce Wayne wiedzie spokojny żywot u boku ukochanej kobiety, którą prosi o rękę. Mimo że w jej przeszłości nie brak mrocznych kart, chce spędzić z nią życie. Wciąż jednak ma problemy z pamięcią, chociaż odzywa się w nim jakiś dawny zew. Spotkanie z Duke’iem, który na własną rękę podjął się odkrycia prawdziwej tożsamości Blooma, staje się impulsem do przypomnienia sobie dawnej roli obrońcy Gotham. Tylko czy to wystarczy, by dawny Batman powrócił? Czy jego powrót jest konieczny, aby w mieście ponownie zapanował pokój?

Scott Snyder i Greg Capullo zaczynając nową serię Batmana w ramach The New 52 (czy jak chce tego polskie nazewnictwo, Nowego DC Comics) stworzyli dzieło, które z miejsca stało się hitem, ale i pozycją niemalże kultową. Trybunał sów, jakim zaczęli swój run, powszechnie uznawany jest za jedną z najlepszych opowieści o Batmanie, a pozostałe zeszyty ich autorstwa także trzymają poziom. Nie inaczej jest też w przypadku Blooma, przedostatniego tomu serii, w którym znalazł się także jubileuszowy, bo pięćdziesiąty zeszyt. Z tej okazji twórcy nie tylko domykają wiele wątków, ale przygotowali dla czytelników porcję zaskoczeń. Co więcej omawiana odsłona, pod względem scenariusza, jest lepsza od „ósemki”, a pędząca na złamanie karku akcja nie pozwala na chwilę nudy. Chociaż na spokojniejsze momenty także znalazło się miejsce.

Właściwie ten komiks jest jak gra, w którą rżną funkcjonariusze gothamskiej policji, przypomina pokera, z tym, że gra się w nią szybko, bez zastanowienia, a na stole czeka zakryta karta mogąca odmienić losy całej zabawy. Na tej zasadzie Snyder i James Tynion IV zbudowali całą fabułę, starając się dostarczyć czytelnikom jak najwięcej dobrej zabawy. Skutecznie zresztą. Całość na dodatek podlali charakterystycznymi dla Batmana z New 52 elementami, takimi jak legendy miejskie i grzebanie w historii Gotham. Co tylko wyszło opowieści na dobre.

Pod względem graficznym Capullo jak zwykle nie zawodzi. Jego znakomita, szczegółowa i mroczna kreska świetnie współgra ze scenariuszem, podobnie zresztą jak kolor. Pozostali artyści też wypadają przyjemnie dla oka, choć nie tak dobrze jak on. Całość została uzupełniona o bogatą (liczącą blisko 40 stron) galerię okładek alternatywnych do 50 zeszytu przedstawiających walkę Batmana z Supermanem. Lista artystów odpowiedzialnych za owe okładki robi spore wrażenie, że wspomnę tylko o Timie Sale’u, Alexie Rossie, Jimie Lee, Paulu Pope’ie czy Gabrielu Dell’Otto.

W skrócie, miłośnicy Batmana będą bardzo zadowoleni. Dostaną bowiem dokładnie to, czego oczekiwali. Osobiście Blooma polecam i czekam na finałowy tom serii.

 Scott Snyder & James Tynion IV (sc.), Greg Capullo & Danny Miki & Yanick Paquette (rys.), „Batman #9: Bloom”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1145, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Hellboy w Piekle #2: Karta śmierci

05/07/2017 § Dodaj komentarz


 Hellboy finał

Chciałoby się napisać: „do piekieł wstąpił, po drodze mu było”, tylko że przed Hellboyem od pewnego czasu nie stała już żadna inna ścieżka. Musiał zejść do piekła, aby dopiąć ostatecznie parę spraw. Mignola w iście piekielny sposób zamknął swoją serię. Z klasą, ale i bez szarżowania, i bez efektu WOW! Jako fan Piekielnego oczekiwałem czegoś więcej, ale – z drugiej strony – nie spodziewałem się też mniej niż otrzymałem.

Zamknięcie utrzymano w dość gotyckim klimacie. Dowiadujemy się więcej o samym Hellboyu, jego rodzinie i piekle. Mignola nie żałuje sobie jednocześnie dygresji, by sprzedać miniaturki z typowymi historiami z naszym bohaterem, wypełniającym zadania da Biura. Okazuje się też, że śmierć czy piekło nie zamyka pewnych spraw i istnienie Piekielnego dalej może być zagrożone.

Mam po tym tomie lekki problem jednocześnie, bo tak jak ostatnie tomy Hellboya przed piekłem wprowadzały mocne akcenty, podbijając stopniowo napięcie. Tak, mam wrażenie, że piekielna podseria jest nieco chaotyczna, toczy się samoistnie pogłębiając znany nam świat, ale też nie robiąc tego w z góry zaplanowanym dramatycznym porządku.

Przy okazji Karty śmierci ponownie swój moment ma Dave Stewart. Kolorysta związany jest z Hellboyem niemal od początku cyklu, kładąc z dużym wyczuciem swoje płaskie kolory, nadając poszczególnym scenom czy planszom odpowiedniej temperatury. Tym razem Stewart częstuje nas kolorami na wzór akwareli, dokładającymi określonym scenom pewnej lirycznej ulotności. W dalszym ciągu mamy też oczywiście do czynienia z popisem Mignoli, jako typa totalnie zakręconego na punkcie kompozycji plansz, grania detalem czy zabaw skaczącą perspektywą, unikającą kurczowego trzymania się protagonisty.

Hellboy jako seria doszedł do swojego kresu. Finał dla mnie, jako dla fana, nie jest satysfakcjonującym finałem, nie jest zawodzącym finałem. Jest po prostu trzymającym poziom zamknięciem cyklu, który ukazywał się przez lata, pozostawiając mnie jednak z pewnym niedosytem. Zamknął się pewien etap w historii amerykańskiego, mainstreamowego komiksu. Wypada przeczytać.

Mike Mignola (sc. & rys.), „Hellboy w Piekle #2: Karta śmierci”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1134, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Przemysław Pawełek]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Uncanny Avengers #4: Pomścić Ziemię

04/07/2017 § Dodaj komentarz


 Ocalić albo pomścić? Oto jest pytanie

W wyniku machinacji Bliźniąt Apokalipsy doszło do całkowitego zniszczenia Ziemi. Kat Celestian wykonał wyrok: ludzkość została zgładzona. Ocaleli jedynie nosiciele genu X, których Scarlet Witch przeniosła na „statek-arkę” zmierzającą na Planetę X. Akcja czwartej odsłony cyklu rozgrywa się kilka lat po eksterminacji Homo sapiens. Homo superior żyją sobie w dostatku, rozwijając utopijne społeczeństwo pod wodzą Eimin.

Wygląda na to, że prawie wszyscy mieszkańcy są zadowoleni z takiego obrotu spraw, bo w końcu X-Meni mają swoje miejsce, gdzie nie są prześladowani i gdzie sami mogą sobą rządzić. Ewentualne poczucie dyskomfortu i wyrzuty sumienia z powodu zgładzenia ludzkości są „zamiatane pod dywan”. Dość łatwo przychodzi mutantom racjonalizowanie zastanego stanu rzeczy – ludzie są sami sobie winni. Mistrzem bezduszności jest przewodzący grupie X-Force Magneto, co właściwie wcale nie dziwi. Jedynie Havok i jego żona Wasp wciąż próbują zrobić coś, aby Ziemianie dostali drugą szansę.

Jak wiemy w komiksach superhero nie ma wydarzeń, których skutków nie można odwrócić o 180 stopni. Nawet martwi bohaterowie powracają do życia, a rzeczywistość wraca do punktu wyjścia. Scenarzysta, Rick Remender, buduje fabułę „czwórki” wokół właśnie takiej możliwości. Oto na Planecie X pojawia się Kang Zdobywca ze swoim oddziałem, który ma dla Alexa Summersa propozycję nie do odrzucenia. W tym miejscu rusza kolejna zabawa z czasem, która doprowadzi do… (i resztę sobie przeczytajcie sami).

Oprawa graficzna jest dziełem Daniela Acuñi. Rysownik miał spore pole do popisu, gdyż dostał okazję do zaprojektowania futurystycznego miasta X. Trzeba przyznać, że z zdania wywiązał się przyzwoicie. Rzeczywistość jest spójna i ukazana dość precyzyjnie. Fabuła komiksu obfituje w sceny batalistyczne z udziałem wielu bardziej i mniej znanych postaci z uniwersum Marvel NOW! Artysta nieźle sobie poradził z tłumem. Interesująco wypada także przedstawienie trochę „postarzonych” bohaterów X-Men, w końcu przebywają na planecie już jakiś czas. Dobrze wypada także dobór kolorów, całość utrzymana jest mrocznej i posępnej kolorystyce.

Czy Drużyna Jedności Avengers ocaliła Ziemię czy może „jedynie” pomściła? Wcale nie jest trudno odpowiedzieć na powyższe pytanie. Jeśli akceptuje się prawidła jakimi rządzą się opowieści superhero, to lektura omawianego tomu może sprawdzić sporo frajdy.

Rick Remender (sc.), Daniel Acuña (rys.), „Uncanny Avengers #4: Pomścić Ziemię”, przeł. Jacek Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1138, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4- rysunki: 4, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Millennium #1: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

21/06/2017 § Dodaj komentarz


 Blomkvist i Salander w komiksie

Cykl Millennium należy do grupy najbardziej rozpoznawalnych tekstów popkultury początku XXI wieku. Powieściowa saga Stiega Larssona sprzedała się w milionowych nakładach. Doczekała się dwóch adaptacji filmowych oraz dwóch komiksowych. W latach 2012-2015 nakładem oficyny Czarna Owca ukazały się w naszym kraju cztery albumy z Vertigo, do których scenariusz napisała Denise Mina. Natomiast w bieżącym roku, dzięki Egmontowi, na półki księgarskie trafił pierwszy album adaptacji przygotowanej pierwotnie w 2013 roku przez oficynę Dupuis, skrypt dla tej wersji przygotował Sylvain Runberg.

Trudno mi wyobrazić sobie, że są jeszcze osoby, które nie znają fabuły książki Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. Powieść Larssona jest pozycją wielowątkową, w której występują bardzo wyraziste postaci. Przypominam, że całość liczy sobie ponad 600 stron. Dlatego przede wszystkim należy docenić robotę belgijskiego scenarzysty, który umiejętnie wyselekcjonował wątki i wydarzenia. I chociaż robota Runberga polegała głównie na redukcji zbędnych epizodów i postaci, to całość nie traci na spójności i przejrzystości. Skrypt został sprawnie utkany, komiks stanowi dzieło samoistne, które można czytać bez znajomości powieściowych Mężczyzn….

W komiksie, podobnie jak w powieści, kluczowym elementem dla całej fabuły jest śledztwo Mikaela Blomkvista, który stara się rozwikłać zagadkę zaginionej przed laty Harriet Vanger. Z biegiem akcji z dziennikarzem rozpoczyna współpracę z utalentowana hakerka Lisbeth Salander. Dwoje bohaterów połączą nie tylko zawodowe relacje… Finalnie, ich wspólne poczynania skutkują okryciem odrażającej prawdy o niektórych członkach rodu Vangerów. Pod tym względem omawiana pozycja jest na wskroś wierną i, dodajmy, udaną adaptacją. Scenarzysta równie przekonująco oddał portrety psychologiczne pary głównych bohaterów. Więcej uwagi poświęca się Lisbeth, co wcale nie dziwi, gdyż jest niezwykle interesującą osobą, którą ukształtowały traumatyczne i tragiczne doświadczenia.

Za oprawę graficzną albumu odpowiada hiszpański rysownik José Homs. Trzeba przyznać, że właśnie rysunki wzbudzają największe zainteresowanie. Początkowo mogą się nie podobać, gdyż artysta posługuje się specyficzną manierą rysowania twarzy występujących postaci. Styl przedstawienia jest wyraźnie karykaturalny: duże głowy, mięsiste usta, bulwiaste nosy czy kreska brwi. Takie groteskowe przedstawienie kontrastuje z mało przyjemną fabułą i ostatecznie łagodzi wydźwięk pewnych scen (choćby gwałtu na głównej bohaterce). To, jak narysowano Blomkvista i ukazano jego mimikę, podkreśla prostolinijny i miejscami naiwny charakter bohatera. Zdaję sobie sprawę, że wszystkim czytelnikom przypadnie do gustu styl Homsa, ale bardzo proszę się nie zrażać.

Całość może wciągnąć, ponieważ rzecz jest dobrze zbudowana, a wątki poprawnie rozplanowane. Osobiście chętnie zapoznam się z kolejnymi odcinakami sagi. Chciałbym jednak zaznaczyć, że dla osób, które znają powieściowy pierwowzór, lektura komiksu nie będzie wielką przygodą.

Sylvain Runberg (sc.), José Homs (rys.), „Millennium #1: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1098, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Hawkeye #1: Moje życie to walka

20/06/2017 § Dodaj komentarz


  Tak wygląda jego życie, gdy nie jest z Avengers

W końcu za sprawą Egmontu i polscy czytelnicy mają możliwość zapoznania się z solowymi przygodami Clinta Bartona. Serial Hawkeye, który napisany został przez Matta Fractiona, pod wieloma względami wyróżnia się na tle innych komiksów superbohaterskich z linii Marvel Now! Chociaż protagonista należy do Avengers, w komiksie nie spotykamy żadnych Budowniczych, Kartografów czy Thanosa. Multiwersum się nie rozdziera i nikt nie powtarza mantry: „Wszystko umiera. Wy. Ja. Każdy na tej planecie”. Fabuła ma wyraźnie osobisty i kameralny charakter, a to jest miłą odmianą.

Na album Moje życie to walka składają się trzy opowieści, które są zamkniętymi całościami. Wszystkie napisane przez Fractiona, ale każda zilustrowana przez innego artystę. Różnica, o której wspominałem w pierwszym akapicie, w dużym stopniu sprowadza się do tego, że dostajemy możliwość zerknięcia za kurtynę i zobaczenia „zwykłego dnia” Clinta Bartona. Rzecz zaczyna się od słów: „Tak wygląda jego życie, gdy nie jest z Avengers. Niczego więcej nie musicie wiedzieć”. Wszystko się zgadza, po komiks można sięgnąć bez znajomości jakiejkolwiek innej pozycji z tych, które aktualnie się ukazują. Scenariusz gładko wprowadza nas w codzienne życie postaci. Okazuje się, że poza współpracą z Kapitanem Ameryką i Iron Manem, mężczyzna ma swoje prywatne sprawy.

A czym dokładnie zajmuje się bohater, kiedy nie ratuje świata wespół z Mścicielami? Barton mieszka w Nowym Jorku. Przyjaźni się z Kate Bishop, która za jakiś czas zastąpi go w roli Hawkeye’a. Dobrze zna się z sąsiadami i razem z nimi imprezuje na dachu kamienicy. A gdy mieszkańcy mają problemy z właścicielem, który niespodziewanie podnosi czynsz, znajduje sposób, aby im pomóc. Oczywiście, tak przy okazji, pakuje się w poważne kłopoty, z których wyplątuje się dzięki swoim umiejętnościom i celnemu oku. W innym wątku ratuje psa przed śmiercią, choć sam jest nieźle pokiereszowany. A w jeszcze innym ląduje w łóżku z piękną kobietą.

Pod względem graficznym album jest bardzo różnorodny. Autorem ilustracji do pierwszego opowiadania jest David Aja, kolejne zilustrował Javier Pulido, natomiast ostatni zeszyt – który przynależy do cyklu Young Avengers Presents – jest dziełem Alana Davisa. Z całej trójki zdecydowanie najciekawiej przedstawiają się prace Aji, który posługuje się grubą i mięsistą kreską. Postaci ukazano dość schematycznie, ale na tyle dokładnie, że czytelnik nie ma problemów z rozróżnieniem kto jest kim. Na uwagę zasługują sceny ukazujące ruch i dynamikę postaci. Kadrowanie oraz budowa planszy sprawiają wrażenie, że obcujemy z produkcją undergroundową. Imitacja jest tak silna, że gdy przechodzimy do czytania opowieści zilustrowanych przez pozostałych rysowników, to czujemy jakbysmy obcowali z zupełnie innym komiksem.

I chociaż albumowi daleko do Alias Bendisa (klik! klik!), to jednak ten cykl mimowolnie przychodzi mi na myśl. Fraction i Aja budują swą opowieść z podobnych elementów. Różnica sprowadza się do tego, że Jessica Jones ma pewne problemy psychiczne, a Clint Barton to mimo wszystko taki zwyczajny koleś z sąsiedztwa, który gra rolę ulicznego herosa. Ciekawi mnie, jak seria Hawkeye będzie się dalej rozwijała.

Matt Fraction (sc.), David Aja & Javier Pulido (rys.), „Hawkeye #1: Moje życie to walka”, tłum. Marceli Szpak, Klub Świata Komiksu – album 1108, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 5, kolory/cienie: 4+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with mainstream at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: