Thor Gromowładny #4: Ostatnie dni Midgardu

15/11/2017 § Dodaj komentarz


Galactus zawsze wporzo

Strasznie marudziłem (klik! klik!) na trzeci tom Thora, gdzie Aaron poszedł w parabole, gdy ani ONZ ani NATO nie mogą sobie poradzić z ISIS, a zaangażowanie Thora i koalicji antyislamskiej tylko pogarsza sprawę.

Parabole Aarona nie opuszczają, ale czasem mu wychodzą lepiej. W „czwórce” Thor nie jest zbrojnym ramieniem koalicji, a w zasadzie starbucksowym lewakiem z kubkiem kawy ze Starbucksa. Bo Thor (gdy nie pije kawy i nie randkuje) walczy tu z mega-korporacją energetyczną, która oczywiście jest autentycznym ucieleśnieniem zła. Ale tym razem – dla odmiany – opowieść jest spoko. Z kilku powodów.

Bo antykorporacyjna, antyneoliberalna popierdułka wydana przez korporacyjnego molocha, ale rozrywkowa i ładnie narysowana. Konkretne, następujące argumenty na rzecz tego tomu:
– Thor (tutaj jako NekroThor) walczący z Galactusem, a Galactus, wiadomo, zawsze wporzo;
– Simon Bisley, który maluje tu blondwłosą, nordycką wersję Slaine’a nawalającego toporem lodowych gigantów (short story);
– R.M. Guéra, który tym razem nie rysuje zgnojonych Indian (klik! klik!), a zgnojone mroczne elfy, więc w sumie wychodzi na to samo, tylko kolor skóry inny, ale to dalej historia o przesranym życiu w rezerwacie (short story);
– Esad Ribic, który potrafi popłynąć przyjemniej (patrz: Loki), ale nawet jak się trzyma marvelowskiego standardu, to się przyjemnie patrzy.

Nie wiem, czy ma sens polecać tom jako wyrwany z cyklu, ale z drugiej strony – poprzedni był od czapki, że lepiej go sobie darować. Bieżący broni się samym Galactusem. Nawet licha strawa smakuje lepiej w towarzystwie pożeracza planet, a tu mamy jeszcze Guerę, Ribica i Biza, więc jest OK.

Fabularnie niby też się coś dzieje, zmienia się status bogów etc, ale nie oszukujmy się, że to ma jakąś większą wagę, czy wpływa na odbiór historii o długowłosym kolesiu z młotkiem. Przynajmniej nie u mnie.

Jason Aaron (sc.), Simon Bisley & Esad Ribic & Agustin Alessio & R. M. Guéra (rys.), „Thor Gromowładny #4: Ostatnie dni Midgardu”, tłum. Marceli Szpak {pseud.}, Klub Świata Komiksu – album 1180, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Reklamy

Uniwersum DC: Odrodzenie

14/11/2017 § Dodaj komentarz


Katalog wydawniczy z fabułą

Nim jeszcze rzeczony komiks trafił w moje ręce, myślałem, że napisanie recenzji będzie karkołomnym przedsięwzięciem. Ciężko wgryźć się w temat nie wspominając nic o fabule. W przypadku Uniwersum DC: Odrodzenie tym trudniej, gdyż kluczowa dla niej jest postać narratora. Jak się jednak okazało, opis na okładce od razu ujawnia, że historia rozgrywa się wokół Wally’ego Westa. Zaspoilerowanie tego przez wydawcę znacznie ułatwia moje zadanie.

Przejdźmy do ustalania podstawowego faktu. Mimo że będę używał określenia „komiks”, to tak naprawdę rzeczony tytuł jest nim tylko z pozoru. W rzeczywistości jest to fabularyzowany katalog wydawniczy, który jest punktem wyjścia do całej inicjatywy Odrodzenia. Ale jest również „listem miłosnym” Geoffa Johnsa do DCU i zadośćuczynieniem dla starych fanów. Niezaprzeczalnie, to pozycja przeznaczona zwłaszcza dla nich, używająca potęgi nostalgii równie sprawnie jak Flash Mocy Prędkości.

Niepisaną tradycją jest istotna rola Szkarłatnego Sprintera w wielkich wydarzeniach w uniwersum. Nie inaczej jest tym razem, z wyjątkiem, że postawiono nie na Barry’ego Allena, a Wally’ego Westa. Johns nie mógł wybrać lepiej. Nie tylko ma on kilkuletnie doświadczenie w pisaniu przygód Westa, ale jest to jeden z ulubieńców czytelników, którzy przez cały czas trwania New 52 (Nowego DC Comics) domagali się jego powrotu. Ruch poczyniony ze strony wydawnictwa kilka lat temu, polegający na wprowadzeniu postaci, która dzieliła z ulubieńcem fanów jedynie imię, był jak cios w policzek. Uniwersum DC: Odrodzenie miało za zadanie odkupić winy The New 52 i przywrócić elementy, których brakowało w uniwersum przez ostatnich sześć lat. Wally jako symbol „starych, dobrych czasów” i najlepszy legacy hero, zwiastuje powrót dziedzictwa, nadziei, przyjaźni, optymizmu i miłości. Tytuły trzech z czterech rozdziałów oddają kluczowe elementy, które mają przyświecać Odrodzeniu.

Wally przez dwie dekady zasłużenie pełnił rolę Flasha i w świadomości czytelników z dłuższym stażem to on jest tym właściwym, a nie mdły i bezosobowy Barry. Pomimo antypatii wobec Allena, jego wspólna scena z Wallym podczas pierwszej lektury oryginalnego zeszytu w maju 2016, zaszkliła mi oczy i to mimo ówczesnych 29 lat na karku. Wątpię, aby nowi czytelnicy podzielali to emocjonalne podejście. Świeżych czytelników zachęcą pierwsze numery nowych serii, ale wydawnictwo chciało trafić do tych starych.

Nikt inny nie nadawał się do tej misji lepiej niż Johns. Scenarzysta uwielbia ten świat i zaludniające go postacie. Już pierwsze kadry wywołają uśmiech na twarzach fanów. Słowa, które padają tam z ust Wally’ego, pochodzą bezpośrednio od Johnsa i wyrażają uczucia reszty wielbicieli DCU. Mówią, że nie można wrócić do domu, ale lektura tego katalogu sprawiła, że poczułem się jakbym wrócił, a od progu przywitał mnie jeden ze starych kumpli. Nim go zobaczyłem, nie pamiętałem, że aż tak za nim tęskniłem

Kwartet artystów, którzy zilustrowali scenariusz to Gary Frank, Ethan van Sciver, Ivan Reis i Phil Jimenez. Każdy z nich współpracował już z Johsnem, a ich prace stoją na najwyższym poziomie. Trudno wskazać najlepszego, choć peleryna Batmana w wykonaniu van Scivera zawsze wygląda fenomenalnie – niczym autentyczne skrzydło nietoperza. Za to Jimenez odpowiada za emocjonalną sekwencję pomiędzy dwoma pokoleniami Flashów.

Omawiany album skutecznie zachęcająca do zakupu reklamowanych produktów. To szybka wycieczka po odradzającym się uniwersum z fajnym przewodnikiem. Lektura pozostawia odbiorcę z mnóstwem pytań i ani jedną odpowiedzią… Jeśli dopiero zaczynacie swą przygodę z tym światem, możecie czuć się skołowani. Miejcie na uwadze, że bez znajomości tego albumu w przyszłości możecie mieć problemy ze śledzeniem większej intrygi stojącej za nowymi seriami.

Geoff Johns (sc.), Ethan Van Sciver & Ivan Reis & Gary Frank & Joe Prado & Matt Santorelli & inni (rys.), „Uniwersum DC: Odrodzenie”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1179, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Damian Maksymowicz]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Superman #1: Syn Supermana

03/10/2017 § 3 Komentarze


  Stary czy nowy Superman?

Żadna regularna seria z Odrodzenia nie pociągała mnie tak bardzo, jak nowe przygody Supermana. Dlaczego? Po latach omijania komiksów z tym herosem szerokim łukiem, wróciła mi na nie ochota, to po pierwsze. Po drugie, bardzo optymistycznie nastawiły mnie do niej dwa albumy wstępne, wydane niedawno: Lois i Clark (klik! klik!) oraz Ostatnie dni Supermana (klik! klik!). Trzecim i ostatnim powodem był fakt, że opowieść ta przywracała w nowej odsłonie wszystkim doskonale znane opowieści z przeszłości, co otwierało przed serią wielkie możliwości. Szczególnie, że posiadała także kilka własnych, intrygujących nowych elementów. I póki co Superman nie zawodzi, oferując dobrą, pełną akcji rozrywkę atrakcyjną zarówno dla nowych odbiorców, jak i starych wyjadaczy komiksowego chleba.

Superman zginął. Nie był to jednak ten Superman, którego wszyscy tak dobrze znaliśmy a jego młodsza wersja, jaka broniła świata po Flashpoincie (klik! klik!). Starszy Clark Kent przyglądał się jego działaniom z ukrycia, z ukrycia także sam czasem działał, jednak teraz stoi przed wyborem czy nadal zachować ten stan rzeczy, czy zastąpić zmarłego herosa. Najpierw jednak chce przekonać się czy zabity Superman nie wróci tak, jak on, zza grobu. Niestety by jego zmartwychwstanie się dopełniło, potrzebna jest matryca regeneracyjna, a tej nie ma w fortecy. Dlatego też póki nie uda się jej znaleźć, starszy Clark zakłada strój bohatera i rusza do akcji. Zmagania z przestępcami to jednak najmniejszy z jego problemów. Oto bowiem jego syn zaczyna przejawiać niezwykłe zdolności, a jakby tego było mało na Ziemi zjawia się Eradictor, który w obronie kryptońskiego genomu jest gotów zabić każdego, kto nie spełnia jego wymagań – nawet jeśli płynie w nim krew rodu El…

Nie jestem miłośnikiem komiksów, które opowiadają te same historie na nowo, jednakże Superman z Odrodzenia nie jest to końca tego typu historią. Coś się zmieniło, wydarzenia eventu uświadomiły czytelnikom, że bohaterom odebrano dekadę z ich życia, czas nie do końca się cofnął, jednak do wielu wydarzeń nie doszło i teraz rzeczywistość nadrabia ich brak. Oczywiście wszystko to jest inne, ma inny przebieg i nie wiadomo właściwe, które z kluczowych momentów powrócą w nowej wersji. Szczególnie, że ta seria różni się w znacznym stopniu od pozostałych. Czym? Bohaterowie Batmana czy Ligii Sprawiedliwości są odmłodzeni o dekadę, nie tak doświadczeni, jak kiedyś i nieswiadomi tego, co się dzieje. Superman też taki był, ale zginał w poprzednim albumie, a jego miejsce zajął ukrywający się Clark Kent sprzed Flashpointu, który doprowadził do wszystkich tych zmian. Wie więc czego może się spodziewać i pamięta, co było kiedyś, a dzięki temu stanowi łącznik między tym co stare i co nowe. I to łącznik bardzo udany.

Fabularnie przygody Supermana są dobrze napisane, równie dobrze poprowadzone i ciekawe. Dzieje się dużo, regularni czytelnicy, szczególnie ci, którzy dobrze pamiętają czasy przygód tego bohatera wydawane przez TM-Semic, znajdą tu wiele smaczków. A każdy miłośnik superhero dostanie porcję naprawdę dobrej zabawy.

I dobrze przy tym narysowanej. Ekipa rysowników znana po części z Ostatnich dni Supermana dobrze czuje tę opowieść. Owszem szata graficzna jest dość typowa dla amerykańskiego komiksu środka, ale udana i zachęcająca do poznania całości, choć czasem zbyt mocno cartoonowa czy ciążąca w stronę mangi.

Warto też wspomnieć słówko o samym wydaniu. Wcześniejsze komiksy z DC Egmont wydawał w twardych oprawach lub edycjach Deluxe, a to oznaczało także wyższą cenę. Teraz albumy są tańsze, publikowane tak, jak seria Marvel Now, a więc w miękkiej okładce, ale na dobrym papierze kredowym. I takie rozwiązanie osobiście lepiej mi pasuje, niż wcześniejsze, bo i komiksy zajmują mniej miejsca, i cena (przy solidnej ilości stron) pozostaje atrakcyjna. Jeśli więc lubicie dobre opowieści superhero, albo macie ochotę na konkretną zabawę w towarzystwie Supermana, polecam gorąco, bo warto po ten album sięgnąć.

Peter J. Tomasi & Patrick Gleason (sc.), Jorge Jiménez & Doug Mahnke & Mick Gray & Jaime Mendoza & Patrick Gleaşon (rys.), „Superman #1: Syn Supermana”, tłum. Jakub Syty, Klub Świata Komiksu – album 1188, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Batman #10: Epilog

20/09/2017 § Dodaj komentarz


 Koniec nowego Batmana

Zdawało się, że w kwestii Batmana z Nowego DC Comics (czy jak kto woli The New 52) wszystko zostało już powiedziane. Poprzedni tom (klik! klik!) zakończył historię z nowym, potężnym wrogiem – panem Bloomem, rozwiązał też wątek z Gordonem w roli nowego obrońcy Gotham i zakończył się powrotem jedynego słusznego Człowieka Nietoperza. A jednak Scott Snyder i James Tynion IV (z drobną pomocą Raya Fawkesa) nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Teraz nadszedł czas na epilog całej opowieści, która zaczęła się w imponujący sposób Trybunałem sów (klik! klik!). A zatem poznajcie ostatnie historie z „nowym” Batmanem.

Tym razem czytelnicy nie dostają jednak jednej konkretnej opowieści, a cztery krótkie fabuły stanowiące pożegnanie z serią pisaną przez Snydera. W pierwszych dwóch cofamy się czasie, najpierw o pięć lat, potem jedynie na kilka chwil przed aktualnymi wydarzeniami. W pierwszej historii Batman włamuje się do siedziby Lexa Luthora by zdobyć związek Cauldera. W drugiej Bruce Wayne, wciąż cierpiąc na amnezję, powraca do odzyskanej posiadłości, która do niedawna służyła za zakład psychiatryczny. Jak się jednak okazuje, Clayface, Riddler i Mr. Freeze zdołali uciec i chcą zemścić się na Wayne’ie, który teraz jest zupełnie bezbronny.

W kolejnej opowieści, dziejącej się już po wydarzeniach poprzedniego tomu, w Gotham dochodzi do tajemniczej awarii prądu. Batman musi wkroczyć do akcji, bowiem cele z przestępcami zostały otwarte, a także wyjaśnić co właściwie się dzieje. Album kończy natomiast historia, w której przestępca zwany Crypsis włamuje się do banku, w którym nie trzymają oszczędności żadni bogaci ludzie, by okraść pewną skrytkę. Batman wkracza do akcji, przypominając sobie różne momenty ze swojego życia, które przemieniły go w obrońcę Gotham.

Trybunał sów. Mr. Freeze. Riddler. Clayface. Bane. Pingwin. Killer Crock. Poison Ivy. Strach na wróble. W ostatnim tomie swoich przygód Batman spotyka wielu swoich wrogów, ale autorom nie zależy na przedstawianiu kolejnych starć, a zagłębieniu się w postać obrońcy Gotham, jego przeszłość, przyszłość (wątek klonów powraca, chociaż nie wnosi właściwie nic do finału poprzedniego tomu) oraz znaczenia dla miasta. Jednak w odróżnieniu od kończących przygody z Nowego DC Comics, Superman: Ostatnie dni Supermana (klik! klik!) czy Liga Sprawiedliwości: Wojna Darkseida (klik! klik!), Batman: Epilog to opowieść, którą właściwie można pominąć, bo nie jest konieczna. Wszystkie wątki zostały już zakończone, teraz autorzy jedynie składają hołd postaci tak, aby seria zamknęła się na 52 zeszytach, jak na New 52 przystało (to jednak nie jedyne odniesienia do tej liczby w niniejszym albumie). Jednakże ci, którzy dobrze bawili się czytając całą serię Batman, dobrze będą bawić się i teraz. Szczególnie w przypadku trzeciej z opowieści – Gotham, klimatycznej i bardzo sentymentalnej.

Szata graficzna albumu jest tradycyjnie przyjemna. Najlepiej wypada wprawdzie wspomniane Gotham Grega Capullo, ale prostsze i bardziej brudne ilustracje innych artystów też mają swój urok. Znakomicie prezentują się też alternatywne okładki, a w szczególności ta stworzona przez Johna Romitę Jr.

Jeśli jesteście zatem miłośnikami Batmana i dobrze bawiliście się przy jego serii z Nowego DC Comics, będziecie zadowoleni. A zapowiedziane już nowości z tym bohaterem spod szyldu Odrodzenie prezentują się ciekawie. Na fanów obrońcy Gotham czeka więc dużo dobrej zabawy, a to w końcu dopiero początek nowego, intrygującego rozdziału. Zanim ten jednak rozpocznie się na dobre, mamy niniejsze krótkie opowiastki. Taki deser po konkretnej uczcie, jaką była seria.

Scott Snyder & James Tynion IV & Ray Fawkes (sc.), Greg Capullo & Danny Miki & Roge Antonio & inni (rys.), „Batman #10: Epilog”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1169, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Michał Lipka]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Superman: Ostatnie dni Supermana

01/09/2017 § Dodaj komentarz


 Kolejna śmierć Supermana

Superman umierał kilka razy. Zaczynając od sfingowania własnej śmierci jeszcze w latach 40. XX wieku, po tę właściwą, która wstrząsnęła nie tylko uniwersum DC, ale i obiła się głośnym echem w realnych mass mediach. Temat poruszył nawet Alan Moore. Jednakże tak naprawdę Człowiek ze Stali umarł tylko raz. Przynajmniej dopóki nie powstała niniejsza opowieść, kolejna zamykająca pewien etap historii bohatera i wydawnictwa.

Superman powoli, acz nieubłaganie umiera. Po wizycie w ognistych studniach Apokolips, kuracji w kryptoniotowej komorze w ARGUS-ie oraz walce z Rao jego życie powoli dobiega końca. Trawiony jest przez chorobę, na którą nie ma lekarstwa. Clark nie zamierza chwytać się rozpaczliwie żadnej nadziei – wie, że to nic nie da. Pogodził się ze swoim losem, stawiał czoła śmierci dość wiele razy, aby nie bać się odejścia. Jednak ciężko mu przejść do porządku dziennego nad tym, że nie będzie mógł już ratować ludzi. Powoli zaczyna żegnać się z bliskimi. Dlatego stara się, z pomocą Batmana, odnaleźć kuzynkę Karę i zrobić jak najwięcej dobrego, póki jeszcze może.

Tymczasem w Chinach pewna kobieta prowadzi dziwne eksperymenty. Wkrótce potem w USA pojawia się pewna płonąca istota, która twierdzi, że jest prawdziwym Supermanem. Clarka czeka więc jeszcze jedno starcie, być może ostatnie w jego życiu…

W dobie, kiedy to śmierć i zmartwychwstanie wszelkich komiksowych superbohaterów są na porządku dziennym (a jednocześnie i tak przyciąga czytelników, bo choć nikt już nie wierzy w ostateczny zgon któregoś z herosów, to jednak ciekaw jest jak tym razem twórcy to odwrócą), Superman jest jednym z nielicznych wyjątków, które zza grobu powróciły właściwie tylko jeden raz. Dlatego też tworzenie opowieści o jego „ponownym” zgonie było rzeczą kontrowersyjną. Czymś, co miało zadatki na bycie strzałem albo w dziesiątkę, albo w kolano. Na szczęście Superman: Ostatnie dni Supermana to znakomity album, lepszy niż Śmierć Supermana z lat 90. XX wieku, która, mimo swojej przełomowej treści, pełna była błędów, kiczu i porażającego wręcz patosu, jednocześnie nie oferując właściwie nic poza trwającą przez kilka zeszytów walką zakończoną zgonem tytułowego bohatera i jego przeciwnika.

Fabuła Ostatnich dni… jest złożona. Tak, jak to było w przypadku Lois i Clark (klik! klik!), wcześniejszego tomu Drogi do Odrodzenia, tak i tutaj widać echa wcześniejszej śmierci oraz wydarzeń, jakie rozegrały się potem. Całość jest ciekawa, dobrze poprowadzona, bardzo emocjonalnie ujęta, a przede wszystkim sprawdza się znakomicie jako zamknięcie etapu Nowego DC Comics (czy jak chce tego oryginał The New 52) i otwarcie Odrodzenia. Nowy Superman umiera. Stary powraca. Następuje symboliczna zmiana warty. Zaczyna się kolejny rozdział opowieści o superbohaterze z „S” na piersi i zapowiada się on bardzo ciekawie.

A jak tom prezentuje się od strony graficznej? Bardzo dobrze. Kreska i kolor są nowoczesne, ale w dobrym stylu, nastrojowe i realistyczne (choć nie zawsze, bo czasem przedstawienie postaci ma w sobie coś z mangi). Wprawdzie bardziej podobały mi się rysunki w Lois i Clark, ale i Ostatnim dniom… nie mam pod tym względem nic do zarzucenia.

Jeśli więc jesteście fanami Supermana, DC albo po prostu szukacie dobrych, epickich komiksów rozrywkowych, niniejszy album to pozycja dla Was. Dobrze napisana, równie dobrze narysowana. Rzecz spodoba się miłośnikom serii, jak i nowym odbiorcom. Polecam i nie mogę się już doczekać regularnych serii z Odrodzenia.

Peter J. Tomasi (sc.), Ed Benes & Dale Eaglesham & Scot Eaton & Mikel Janín & Jorge Jiménez & Doug Mahnke & Paul Pellerier (rys.), „Superman: Ostatnie dni Supermana”, tłum. Jakub Syty, Klub Świata Komiksu – album 1178, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Millennium #2: Dziewczyna, która igrała z ogniem

18/08/2017 § 2 Komentarze


 Kim jest Zala?

Od czasu wydarzeń przedstawionych w pierwszym albumie serii Millennium minął rok – klik! klik! Wygląda na to, że życie Mikaela Blomkvista bardzo powoli wraca na stare tory. Co prawda, stacje radiowe i telewizyjne nadal chętnie go zapraszają, aby publicznie wypowiedział się w tym czy innym temacie. Zainteresowanie mediów ciąży bohaterowi, chciałby powrócić „czystej” roboty reporterskiej. Okazja nadarza się, gdy do „Millennium” zgłasza się Dag Svensson – wolny strzelec, który wpadł na trop szwedzkiej siatki przestępczej zajmującej się handlem młodymi kobietami i zmuszaniem ich do prostytucji.

Omawiany album jest wierną adaptacją drugiej powieści Stiega Larssona Dziewczyna, która igrała z ogniem. Dlatego główne elementy fabuły, występujące postaci oraz finał zostały żywcem przeniesione z książki do komiksu. Scenarzysta, oczywiście, musiał dokonać wielu skrótów. Dzięki cięciom opowieść zyskała klarowności i przejrzystości. W porównaniu do pierwowzoru czytelnik musi mniej się domyślać i domniemywać. Runberg na potrzeby komiksowej narracji wysługuje kilka wątków. Wyraźnie skupia się na przeszłości i psychice Salander (poprzez retrospekcje) oraz bestialstwie członków bandy Zali (straszne sceny przemocy i gwałtów dokonywanych na porwanych kobietach). Mam wrażenie, że natłoku silnie emocjonujących scen, prowadzone przez Blomkvista śledztwo, zeszło na dalszy plan.

Na pozycji rysownika zaszła zamiana: José Homsa zastąpił Manolo Carrot, który podpisuje swoje prace pseudonimem Man. Wizualnie widać różnicę. Nowy artysta stawia na realizm przedstawienia. Dla przypomnienia: prace Homsa miejscami popadały w karykaturę i groteskę. Man przykłada wiele uwagi do mimiki twarzy i gestykulacji występujących postaci. A biorąc pod uwagę, że wiele scen ukazuje sytuacje drastyczne i szokujące, silnie oddziałuje na czytelnika. Na szczęście, ukazując sceny gwałtów i przemocy, rysownik nie przekracza granic dobrego smaku.

Całość jest spójna, a wątki prowadzone są konsekwentnie. Komiks jest mroczny, miejscami przerażający i nieprzyjemny. Motyw polityczno-kryminalny, znany z powieści, został tu odstawiony trochę na bok. Na osobach, które nie znają pierwowzoru, lektura albumu może wywrzeć spore wrażenie. I głównie im produkcję Runberga i Carrota polecam.

Sylvain Runberg (sc.), Man {właśc. Manolo Carrot} (rys.), „Millennium #2: Dziewczyna, która igrała z ogniem”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1098, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 3+, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Kaznodzieja. Tom 1

17/08/2017 § Dodaj komentarz


  Powrót Kaznodziei

Spośród tego, co u nas niegdyś wydano, to na reedycję serii Kaznodzieja chyba najbardziej czekałem. Co ciekawe – nie jestem szczególnym fanem całego cyklu. Uważam, że jest przereklamowany (choć nie aż tak mocno, jak Sandman), bo Ennis jedzie głównie na tanim szokowaniu. Wali nam na dzień dobry solidnie z bani eksplozją flaków, rozwalonych łbów i soczystych bluzgów, a zanim się czytelnik połapie, to poprawia z kolana w jaja. Problem serii jest taki, że Ennis zaczyna z kopyta, ale nie jest w stanie cały czas podbijać intensywności kolejnych zdarzeń, dlatego kolejne rozwalone łby przestają robić wrażenie. Zostaje fabuła, na siłę rozdmuchana do 66 zeszytów. I bohaterowie, za którymi akurat autentycznie tęskniłem.

Pierwszy tom nowego wydania Kaznodziei, to dla mnie powrót starych kumpli, którzy poszli lata temu w świat, a teraz wrócili. Dzięki czemu na nowo możemy snuć dobrze znane nam wszystkim historie, o tym jak to Jesse Custer, klecha z amerykańskiego zadupia, został nawiedzony niemal boską mocą, po czym ruszył w trasę po USA szukając Boga (tego jednego jedynego), a jego trasę znaczył kolejne akty przemocy, krew i trupy (nie tylko ludzi). Kumple wracają dubeltowo, bo i tomik nieco grubszy niż wcześniej, historia będzie dawkowana zgodnie z amerykańskimi wydaniami w twardej oprawie. I dobrze. Jeszcze więcej szczęścia na raz.

Kolega ostatnio na fejsie spytał, czy Kaznodzieja po latach, aby nie zmiękł. No więc, historia Ennisa robiła na mnie – swoją przewrotnością i dość zwyrolskim poczuciem humoru – duże wrażenie w czasach, gdy byłem studenciakiem. Teraz z dwóch powodów (i żadnym z nich nie jest zmięknięcie Preachera) odbieram go dużo lżej. Jestem starszy, inaczej wszystko odbieram, naczytałem się sporej ilości innego zwyrolskiego towaru, mam inny próg szoku i tolerancji. To raz. A dwa: czas też nie stał w miejscu, a komiks przez lata także ewoluował.

Trzeba pamiętać, że w momencie premiery Preachera w połowie lat 90-tych nie było za tak dużo takich historii. Owszem, były komiksy alternatywne, undeground pełen bluzgów i przemocy, także seksu, były artystowskie eksperymenty z superhero, ale to odpalenie przez DC wydawnictwa Vertigo (a Kaznodzieja był jednym z jego pierwszych flagowców) jakoś tam na amerykańskim rynku umocowało komiks przegięty i brutalny, dla dorosłych, ale jednak mieszczący się w kategoriach sensacyjnego (i mimo wszystko komercyjnego) mainstreamu.

O czym jest ta seria? Nieco o poszukiwaniu Boga. Bardziej o przyjaźni, miłości, lojalności i ich braku. Troszkę o rodzinie. Na pewno też o tym, że przemoc rodzi przemoc, w końcu to współczesny western. Jesse Custer ma tu swoją misję poszukania Najwyższego i porozmawiania sobie z nim szorstko, po męsku, ale by to zrobić, to najpierw musi poukładać swoje życie – relacje z byłą dziewczyną, którą zostawił parę lat wcześniej, relacje z przygodnie poznanym irlandzkim ochlapusem, ale co najważniejsze – zamknąć młodzieńczy etap swojego życia, związany z tyranizującą rodzinę zaborczą babcią-psychopatką i jej przybocznymi redneckami, którzy na jej zawołanie równie łatwo obijają ryje, co pociągają za cyngiel.

Fabuła nie ma już dla mnie tego uderzenia, co kiedyś, ale nawet dziś muszę przyznać Ennisowi kilka rzeczy, jak choćby to: facet potrafi zajebiście opowiadać, nawet o niczym. Irlandczyk do dziś wydaje mi się być komiksowym Tarantino, z jednej strony mając to samo zamiłowanie do makabry i czarnego humoru, z drugiej strony popisując się co jakiś czas świetnym uchem i ręką do dialogów. Ennis bawi się tu chronologią, stopniuje napięcie odwlekając zdradzenie pewnych retrospektywnych aspektów historii, skacze pomiędzy wsiokami z Teksasu a aniołami w Niebiosach, a wszystko to, choć przerysowane, wchłania się naprawdę znakomicie, nawet jeśli się już to czytało – a może właśnie przez to tym bardziej docenia się talent autora.

Oddzielną sprawą pozostają rysunki Dillona. Do dziś wybijające się ponad „vertigową” średnią (ale nie dochodząc do rejestrów górnych) i znakomite okładki Glenna Fabry’ego, z których każda jedna to mistrzostwo. Dużo słabiej niestety wypadają kolory – mało dziś wyrafinowane, walące po oczach kolorową drukarską kaszą. Nie wiem jak to nazwać – bo raczej nie rastrem – w każdym razie szału nie ma, offsetowy papier może to lepiej wchłonął i rozmył, na lakierowanym niestety kłuje w oczy. A może to wychodzą niedoskonałości pierwszych, cyfrowych gradientów, bazujących na ograniczonej palecie barw.

Reasumując – Kaznodzieja to zupełnie zasłużenie kawałek historii amerykańskiego komiksu i dobrze go mieć z powrotem. Dobrze też móc go nabyć za sumę, nie graniczącą z rozbojem w biały dzień. Bardzo prawdopodobne, że mit Preachera nieco go przerósł, ale to dalej świetnie napisana historia drogi, gdzie mężczyźni są twardzi, dumni i konsekwentni, a kobiety kochające i ofiarne, a największymi świniami są przedstawiciele wymiaru ścigania. Jak mogło być inaczej? W końcu to Teksas.

Dwa kciuki w górę, bo bez tej serii nie było by Vertigo takiego, jakim je dzisiaj znamy, pewnie nie było by też Skalpu (klik! klik!) i wielu innych tytułów. Trzeba sięgnąć, nawet jak się komiksów za dużo nie czyta, wtedy tym bardziej, choćby po to, by się przekonać, czym komiks może być.

PS. Nie, nie oglądałem serialu i nie zamierzam.
PS 2. Przy czytaniu zapuśćcie sobie Lynyrd Skynyrd. Serio radzę.

Garth Ennis (sc.), Steve Dillon (rys.), „Kaznodzieja. Tom 1”, tłum. Maciej Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album1150 , Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Przemysław Pawełek]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with mainstream at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: