Nieśmiertelny Iron Fist #1: Opowieść ostatniego Iron Fista

17/01/2018 § Dodaj komentarz


Mistyczny wojownik w Hell’s Kitchen

Iron Fist jest „trzecioligowym” superbohaterem Marvela. Jest mistrzem sztuk walki i posiada moc polegającą na zdolności skupienia duchowej energii chi, którą potrafi kierować do pięści, dlatego uderza z niesamowitą i niszczycielską siłą. W Polsce heros znany jest głównie dzięki dwóm serialom wyemitowanym w tym roku przez Netflix: Marvel’s Iron Fist oraz The Defenders. Niestety w obu produkcjach postać Danny’ego Randa, którą gra Finn Jones, nie prezentuje się dobrze. Zatem zamiast cierpieć podczas oglądania wątpliwej jakości choreografii sztuk walki i marnej gry aktorskiej, warto sięgnąć po komiks Opowieść ostatniego Iron Fista, czyli pierwszy album z serii Nieśmiertelny Iron Fist.

Pierwotnie The Immortal Iron Fist ukazywał się od listopada 2006 do sierpnia 2009. Łącznie cykl liczył sobie 27 zeszytów, które następnie zebrano w pięć tomów. W produkcję zbiorczej „jedynki”, która w naszym kraju ukazała się staraniem Muchy, zaangażowani byli, m.in.: Ed Brubaker i Matt Fraction (scenariusz), David Aja (rysunki) i Matt Hollingsworth (kolory). Cztery nazwiska twórców, które mogą sugerować, że pozycja warta jest przeczytania.

Fabuła rozpisana została na kilka wątków, które wzajemnie się przenikają i w finale łączą. W pierwszym obserwujemy bieżące zmagania aktualnego Iron Fista z Hydrą oraz Danny’ego Randa z Chińskim Narodowym Instytutem Transportu. W drugim poznajemy kilku wcześniejszych obrońców mistycznego miasta K’un-Lun. Trzeci poświęcony jest Orsonowi Randallowi, który od 1915 roku jest Żelazną Pięścią, a teraz przybył Nowego Jorku, aby podzielić się z Danielem dziedzictwem i wiedzą.

Scenarzyści nadzwyczaj chętnie przeplatają bieżące wydarzenia epizodami z przeszłości. Na szczęście korzystanie z retrospekcji nie burzy spójności narracji, a wręcz przeciwnie, uwiarygodnia aktualne zdarzenia oraz buduje mistyczną mitologię bohatera. Przy okazji warto wspomnieć, że akcja komiksu rozgrywa się po wydarzeniu Civil War, czyli wojnie domowej między zwolennikami Iron Mana a Kapitana Ameryki, która dotyczyła rejestracji superbohaterów.

Głównym rysownikiem odcinka jest David Aja, który w zestawie materiałów dodatkowych dzieli się z czytelnikami autorskim komentarzem projektowania postaci. Zamieszczono sporo wstępnych szkiców kostiumu bohatera i pomysłów na „odświeżenie” jego wyglądu. Hiszpański rysownik, który aktualnie rysuje serię Hawkeye (klik! klik!), świetnie poradził sobie z ukazaniem scen akcji, pościgów i walki. Kreska jest jakaś taka brudna i chropowata, co świetnie oddaje istotę i naturę dzielnicy, w której rozgrywa się akcja. Aja chętnie eksperymentuje z wielkością, kształtem i układem kadrów na planszy

Danny Rand w komiksie prezentuje się dużo lepiej niż w serialu telewizyjnym, postać jest bardziej spójna i konsekwentnie poprowadzona. Polecam czytać Opowieść ostatniego Iron Fista z pozostałymi pozycjami należącymi do „mikrouniwersum” Hell’s Kitchen (klik! klik!), tym bardziej że w łamach gościnne występy zaliczają Daredevil, Luke Cage czy Misty Knight.

Ed Brubaker & Matt Fraction (sc.), David Aja & Russ Heath & John Severin & inni (rys.), „Nieśmiertelny Iron Fist #1: Opowieść ostatniego Iron Fista”, tłum. Marek Starosta, Mucha Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5-, kolory/cienie: 5]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Reklamy

Wolverine. Trzy miesiące do śmierci. Tom 1

05/01/2018 § Dodaj komentarz


Droga przez mękę

Niedawno, po czterech odsłonach, zakończyła seria Wolverine i X-Men, która opowiadała o losach Logana, który przez jeden sezon był dyrektorem Szkoły dla Uzdolnionej Młodzieży im. Jean Grey. Dobrze wiadomo, że natura nie znosi próżni, tj. wydawca publikuje to, co się sprzedaje. Dlatego Egmont postawił na kolejny cykl z udziałem Rosomaka: Wolverine. Trzy miesiące do śmierci.

Fabuła pierwszego tomu jest oderwana od wcześniejszych wydarzeń. Właśnie dlatego dokładnie nie wiemy, dlaczego Logan porzucił szkołę, dlaczego wystąpił z X-Menów, dlaczego porzucił Avengersów i dlaczego przyłączył się do grupy mutantów współpracujących z panem o ksywie Oferta. Wiemy, że bohater stracił swą słynną zdolność regeneracji, czyli nagle jest śmiertelny. Rosomakowi wcale niespieszno umierać, kiedy w głowie kołacze się zemsta. Irytujący, z punktu widzenia polskiego czytelnika, jest fakt, że dostajemy jedynie fragment układanki, która ma coś wspólnego z Sabretoothem. A także odwiecznym pytaniem: ile w Loganie człowieka, a ile zwierzęcia? A patrząc z szerszej perspektywy: jest bohaterem czy może antybohaterem?

Powyższe pytania to punkt wyjścia, z którymi podczas lektury mierzy się czytelnik, ale także sam protagonista oraz jego aktualna kobieta. Scenarzysta, Paul Cornell raczy nas opowieścią nijaką, mglistą i zagmatwaną, w której retrospekcje mieszają się z bieżącymi wydarzeniami. Pisarz średnio uzasadnił współpracę protagonisty z Marią Hill, Spider-Manem, Czarną Wdową czy Kapitanem Brytanią. Całość jest chaotyczna i niespójna. Mocno doskwiera fabularna dziura między seriami.

W warstwie graficznej palce maczali: Ryan Stegman oraz Gerardo Sandoval. Tak brzydko narysowanego komiksu mainstreamowego dawno nie miałem okazji czytać. Rysunki są po prostu szkaradne i śmieszne;wpadają w karykaturę. Dynamiczne kadrowanie, rodem z komiksów japońskich, zupełnie się nie sprawdza.

Ostrzyłem sobie zęby na historię, która ma opowiadać o śmierci jednego z moich ulubionych bohaterów Marvela. Jednak lektura początku serii Wolverine. Trzy miesiące do śmierci, to droga przez mękę. Kto wie, może dalej będzie lepiej, ale wielkich nadziei nie mam.

Paul Cornell (sc.), Ryan Stegman & Gerardo Sandoval & David Baldeon (rys.), „Wolverine. Trzy miesiące do śmierci. Tom 1”, tłum. Sebastian Smolarek, Klub Świata Komiksu – album 1201, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 2, rysunki: 1+, kolory/cienie: 3]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Daredevil. Nieustraszony. Tom 2

04/01/2018 § Dodaj komentarz


 Matt Murdock przyciśnięty do ściany

Tak, to jest równie dobre jak pierwszy tom. Trzeba. O pierwszym tomie pisałem na stronie. Chwaliłem (klik! klik!). Oto dobrze znany Daredevil. W cywilu ślepy prawnik, który nocą walczy z przestępcami na ulicach, a za dnia walczy o poszanowanie prawa na sali sądowej. Tak to u niego działało przez minione dekady. Tylko że status quo zostało naruszone – ktoś podał opinii publicznej osobiste personalia śmiałka w czerwieni. Zaczyna się okres narastającego chaosu.

Tom drugi to kontynuacja i rozwinięcie tego motywu. W pewnym momencie bohater przestaje próbować kontrolować chaos, czy też z nim walczyć, a zamiast tego poddaje mu się i pozwala poprowadzić, stając się jedną z niszczących sił. Daredevil ma nadzieje, że uda mu się jednocześnie niszczyć i tworzyć, ale to wcale nie jest takie proste.

„Dwójka” to kolejna cegła napakowana po brzegi świetnym operowaniem możliwościami medium, jaki jest komiks. Kreując przygody herosa Bendis był u szczytu swoich możliwości, napisał świetne, żywe dialogi, pulsujące i napakowane emocjami i wiarygodnością (tu propsy dla ‘Szpaka’, tłumacza, który tego nie pogrąża). Równie dobrze operował kadrowaniem, upływem czasu w kadrach i poza nimi, które równie dobrze ze scenariusza na papier przelewał w swój brudny i pełen zadziorów sposób Maleev. Po prostu świetna robota, górny poziom, do którego mainstream zwykle nie sięga. Praktycznie powała.

Po bieżący tom warto jednak sięgnąć nie tylko dlatego, że jest napisany i narysowany równie dobrze, co pierwszy. To nie więcej tego samego dobra. To jest coraz więcej dobra. Matt Murdock zawsze był postacią borderline’ową, zawieszoną między swoimi dwoma obliczami, z których każde jest drugą stroną tej samej monety. Bendis przyciska go tu do ściany, zmusza do poddania się jednemu z jego wizerunków bądź zlania ich w jedność. W końcu prowadzi do jednej z najmocniejszych i najważniejszych konfrontacji w świecie Marvela, która tu faktycznie przynajmniej na jakiś czas ma swoje poważne konsekwencje.

Czytajcie Daredevila, bo czyta się go jednym tchem, to serial, gdzie trudno poprzestać na jednym zeszycie/odcinku, od razu się sięga po kolejny. Telewizyjne serie Netflixa nie potrafią tak trzymać tempa i napięcia, a ten komiks i owszem. Gdybym miał coś polecić komiksowemu ignorantowi, co dotąd tylko kino i seriale, to właśnie byłby to ten tytuł.

Czytajcie Daredevila, bo to jedna z najlepszych minionego roku!

Brian Michael Bendis (sc.), Alex Maleev & Michael Golden & Greg Horn & P. Craig Russell & Jae Lee & David Finch & inni (rys.), „Daredevil. Nieustraszony. Tom 2”, tłum. Marceli Szpak {pseud.}, Klub Świata Komiksu – album 1257, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Daredevil. Nieustraszony. Tom 1

01/01/2018 § Dodaj komentarz


  Człowiek, który nie zna strachu

Warto było czekać na ten komiks! Kiedy w roku 1998 zrestartowano serię Daredevil, przenosząc tytuł pod szyld Marvel Knights, który dawał autorom większą swobodę i szansę snucia opowieści przeznaczonych dla starszego i bardziej ambitnego czytelnika. Wtedy właśnie Daredevil z miejsca zdobył dużą popularność i uznanie. Zaczęło się do znakomitego Diabła stróża Kevina Smitha. Potem kilka zeszytów przygotował David Mack, a wreszcie do ekipy dołączył Brian Michael Bendis, który wkrótce na dobre przejął pisanie scenariuszy do przygód niewidomego herosa. To właśnie on sprawił, że komiksy o Dardevilu zagościły na szczycie, gdyż napisał opowieści, jakich czytelnicy nie mieli okazji czytać od czasów, kiedy serię prowadził reformator, a zarazem legenda komiksu, Frank Miller.

Daredevil i Kingpin. Daredevil i Spider-Man. Daredevil i kobiety. Matt Murdock był dzieckiem, kiedy w wypadku stracił wzrok. Wydarzenie to wyostrzało jednak pozostałe jego zmysły, pozwalając mu zastąpić nimi oczy, a kolejne tragedie wskazały chłopcy ścieżkę, jaką miał podążać: walkę ze zbrodnią. Matt ostatecznie został prawnikiem, jednak jednocześnie wiódł drugi, nocny żywot, jako zamaskowany mściciel zwalczający przestępczość. Teraz jego największy wróg, szef przestępczego świata Kingpin, staje przed sądem. Proces stulecia, jak wszyscy o nim mówią, ma relacjonować Ben Urich, dziennikarz znający prawdziwą tożsamość herosa. Wpada jednak na inną sprawę, którą chciałby się zająć. Zaginął bowiem drobny przestępca Żabiskoczek. Policja nie chce się tym zająć, a jedynymi osobami, które martwią się o zaginionego są jego żona i syn. Co ciekawe, chłopiec widział coś, co wprawiło go w stan katatonii. Coś ściśle zawiązanego z Daredevilem. Co? Tego Ben chce się dowiedzieć, ale nikt, włącznie z jego szefem, nie jest zainteresowany drobnym złodziejaszkiem.

Co tu dużo mówić, ten Daredevil jest rewelacyjny! Wiedziałem, że będzie to dobry komiks, Bendis zwykle nie zawodzi, ale nie sądziłem, że aż tak. Nawet kiedy zobaczyłem jak wiele opowieści z tego tomu znajduje się na marveloswkiej liście 50 najlepszych komiksów ze Śmiałkiem. A jednak to co znajdziecie w tym tomie po prostu zachwyca. Czym? Bendis, niczym przed laty Frank Miller, oferuje nam mroczne i dojrzałe spojrzenie na bohatera, jednocześnie wrzucając go w wir wydarzeń, które wywracają całe jego życie do góry nogami. Daredevil z każdym kolejnym zeszytem jest coraz bardziej doświadczany przez scenarzystę. Łamany, sponiewierany, niszczony… Czy się pozbiera? Seria dopiero się rozkręca, więc na odpowiedzi będziemy musieli zaczekać, ale warto będzie poznać na to, co pisarz trzyma w zanadrzu dla Murdocka.

Oczywiście nie samą fabułą żyje komiks. Na szczęście szata graficzna Daredevila jest równie znakomita, co treść. Zaczyna się od czteroczęściowej opowieści narysowanej przez Davida Macka, która wygląda jak połączenie prac Bila Sienkiewicza z onirycznymi ilustracjami Dave’a McKeana. Ręcznie malowane, jakby wyrwane ze snu tła, kolory kładzione często na ołówkowy szkic, łączą się tu z grafikami najczęściej hiperrealistycznymi, ale też i prostymi, niemalże cartoonowymi. Te pierwsze zresztą oparte są na zdjęciach, taka jest w końcu technika Macka, który do tego łączy swoje rysunki z kolażem najróżniejszych wycinków i wzorów. Znajdziecie tu nawet Petera Parkera o wyglądzie… Leonarda DiCaprio. Do tego artysta serwuje nam też prace utrzymane w stylistyce Joego Quesady, a to on przecież ilustrował wspomnianego już Diabła stróża. Większość albumu – z pomocą Gutierreza – narysował jednak operujący brudną, chropowatą i mroczną kreską Alex Maleeve, całość natomiast wieńczy zeszyt w wykonaniu Terry’ego i Rachel Dodsonów.

„Jedynka” to opasłe tomiszcze (blisko 500 stron i w twardej oprawie), które uzupełnione zostało o niemalże czterdzieści stron dodatków, wśród których znajdziecie kompletny scenariusz do otwierającego album zeszytu, solidną porcję szkiców, posłowie, trochę komentarzy Bendisa, etc. Chciałoby się więcej takich nowości. Lubicie Daredevila? Ten album to dla Was absolutne musisz-to-mieć. Cenicie dobre superhero? Też będziecie zadowoleni, bo Nieustraszony to jeden z najlepszych komiksów, jakie ma do zaoferowania cykl Marvel Classic. Lubicie opowieści o charakterze obyczajowym? Sięgnijcie, bo Matt Murdock to człowiek z problemami.

Brian Michael Bendis (sc.), David Mack & Alex Maleev & Manuel Gutierrez & Terry Dodson & Rachel Dodson (rys.), „Daredevil. Nieustraszony. Tom 1”, tłum. Marceli Szpak {pseud.}, Klub Świata Komiksu – album 1217, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Uncanny X-Men #4: Kontra S.H.I.E.L.D.

13/12/2017 § Dodaj komentarz


X-Men kontra S.H.I.E.L.D.

Kiedy zacząłem czytać All-New X-Men i seria przypadała mi do gustu, nie sądziłem, że sięgnę po drugi tytuł z mutantami – Uncanny X-Men. Nie chciałem angażować się w zbyt wiele opowieści, wystarczyło mi to, co miałem, skoro było dobre, ale ostatecznie sięgnąłem także i po analogiczny cykl. Skoro pisał go ten sam scenarzysta, znakomity Brian Michael Bendis, czy mogłem postąpić inaczej? I dobrze, że tak się stało, bo oba tytuły szybko zaczęły przenikać się wzajemnie, a teraz już na całego kontynuują swoje wątki. Jednocześnie bieżący tom łączy się wydarzeniem zwanym Grzech pierworodny (klik! klik!), wywołując kolejną rewolucję w hermetycznym świecie gatunku obdarzonego niezwykłymi mocami.

Dyrektor S.H.I.E.L.D., Maria Hill, zjawia się w Atlancie w domu Hijacka. Chociaż doskonale wie, że aktualne wydarzenia są wynikiem manipulacji Scotta. Zamierza poznać lokalizację kryjówki X-Men. Tymczasem Scott wykrywa Cerebro trop nowego, niezwykle potężnego mutanta. Wraz ze swoimi ludźmi i uczniami wyrusza na miejsce, ale niestety nic nie idzie tak, jak to sobie zaplanował. U celu znów czekają na nich sentinele, a jakby tego było mało, tym razem potrafią blokować ich moce. Mutanci cudem uchodzą z życiem, ale kropla przelewa czarę goryczy. Cyclops decyduje się raz na zawsze załatwić sprawę. Jeśli za atakami stoi S.H.I.E.L.D., zacznie z nimi wojnę – tak samo, jeśli okaże się, że choć wiedzą o całej sprawie, nic nie robią. Jak sytuacja wpłynie na X-Menów? Kto i dlaczego wysyła sentinele? I czy fakt, że Mystique wcieliła się w Dazzler i zajęła jej miejsce może cokolwiek zmienić?

Tymczasem dochodzi do wydarzeń znanych jako Grzech Pierworodny. Gdy za sprawą oka Watchera wychodzą na jaw długo skrywane sekrety, odnaleziony zostaje testament Charlesa Xaviera, a to co w sobie zawiera może wywrócić życie X-Men o sto osiemdziesiąt stopni. Czym to wszystko się skończy?

Bendis trzyma formę. Scenarzysta obu serii o mutantach wydawanych w ramach Marvel Now!, swoją opowieść zaczął w znakomity sposób i nawet kiedy akcja niektórych tomów zwalniała, całościowo nie zawodził. Tak samo jest w tym przypadku. W Uncanny X-Men kontra S.H.I.E.L.D. ciągle coś się dzieje, ale ważniejsze jest to, że scenarzysta rozwija najistotniejsze wątki, robiąc to w znakomitym stylu, i dodając przy okazji nowe. Czy odpowiada na pytania, które od początku serii stawiał? Przekonajcie się sami. Warto, jak zawsze zresztą.

Niezawodna fabuła Bendisa zyskała też znakomitą szatę graficzną. Najbardziej cieszy fakt, że pięć z siedmiu zebranych tu zeszytów zilustrował Chris Bachalo. Uwielbiam prostotę jego cartoonowego stylu. Gdzie klarowność i lekkość połączona została z ciekawym przestawieniem tła, które jakże często zdobią przerobione komputerowo zdjęcia. Kris Anka, który przejmuje rolę rysownika na dwa numery także nie zawodzi, choć przy Bachalo wypada blado… Operuje bowiem kreską czystą, nieskomplikowaną, ale też i bez większego charakteru. Ot dobra rzemieślnicza robota, kolokwialnie mówiąc. Do tego dochodzą też prace innych artystów, którzy przygotowali okładki alternatywne i przyjemny dla oka kolor.

Połączcie to wszystko razem, a otrzymacie komiks, które powinien znaleźć się na półce miłośników X-Men. Nie sam w sobie, ale razem z pozostałymi częściami serii. Wszystkie bowiem układają się w jedną, znakomitą opowieść, którą czyta się po prostu z wypiekami na twarzy, a perspektywy na przyszłość (Przygoda w świecie Ultimate oraz Mutant Omega) malują się nad wyraz intrygująco.

Brian Michael Bendis (sc.), Chris Bachalo & Kris Anka (rys.), „Uncanny X-Men #4: Kontra S.H.I.E.L.D.”, przeł. Kamil Śmiałkowski, Klub Świata Komiksu – album 1218, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

[komiks można kupić tu: klik! klik!}

Batman. Detective Comics #1: Powstanie Batmanów

11/12/2017 § Dodaj komentarz


  Batwoman szkoli młodzików

W Stanach Zjednoczonych zeszyty „Detective Comics” ukazują się nieprzerwanie od marca 1937 roku, co czyni tytuł najdłużej publikowaną serią komiksową na świecie. Co prawda w erze The New 52 oznaczenie wyzerowano, ale w ubiegłym roku – gdy nastało DC Rebirth – przywrócono starą numerację, włączając zeszyty z Nowego DC do kompletu. W tomie Powstanie Batmanów zaprezentowano zeszyty o numerach od 934 do 940. Byłem ciekaw nowej odsłony, gdyż w uprzedniej seria „Detective Comics” była jedną z najsłabszych propozycji. Oficyna Egmont Polska nie dociągnęła cyklu do końca, rzecz urwała się na tomie Anarky (klik! klik!), do finału zabrakło 12 zeszytów. Czy Odrodzenie przynosi jakąś zmianę jakościową?

Punktem wyjścia dla fabuły jest spisek, jaki przez przypadek odkrywa Batman. Po Gotham krążą wysokiej klasy, technologicznie zaawansowane drony, które „z cienia” obserwują poczynania Nietoperza i jego najbliższych sprzymierzeńców. Mroczny Rycerz zamiast działać w pojedynkę – jak to ma w zwyczaju – zwraca się z prośbą do Batwoman, aby wzięła pod swoje opiekuńcze skrzydła grupę „młodzików”. Zadanie polega na wyszkoleniu i przyuczeniu do zespołowego działania: Red Robina (Tima Drake’a), Spoiler (Stephanie Brown), Orphan (Cassandry Cain) oraz nawróconego na drogę dobra Clayface’a (Basila Karlo). W międzyczasie Batman podąża tropem supertajnej grupy, która działa w strukturach wojska.

Wieloletnie „mapowanie” posłużyło do stworzenia oddziału do zadań specjalnych, który charakteryzuje się wysoką skutecznością w działaniu. Oczywiście, trenowana przez Batwoman grupa „Batmanów” będzie musiała się zmierzyć z tajnym oddziałem. Starcie kończy się nieoczekiwanym zdarzeniem i pojawieniem nowej, tajemniczej postaci. Nim jednak do tego dojdzie czytelnik kilka razy zostaje wpuszczony w maliny. Trzeba przyznać, że scenarzysta – James Tynion IV – tym razem się przyłożył. Narracja obfituje w mocno zaskakujące i dobrze skonstruowane zwroty akcji. Słabiej wypada konstrukcja postaci, szczególnie obecność żartującego Clayface’a ciężko zaakceptować. Tynion rozbudowuje własne wątki, które zaprezentował w tomach Wieczny Batman i Wieczni Batman i Robin: dotyczące Cassandry Cain oraz romantycznej relacji Stephanie i Tima.

Za warstwę wizualną odpowiada trzech różnych artystów: Eddy Barrows, Alvaro Martinez i Al Barrionuevo. Rysunkowo całość wykonano bardzo poprawnie. Występującym postaciom nadano indywidualne rysy, zadbano o dynamikę i mimikę (Batman z permanentnym szczękościskiem, ale uśmiechająca się Cassandra wygląda ładnie). Trochę gorzej prezentują sceny zbiorowe, na których panuje lekki chaos. Dużo ciekawiej wypada samo kadrowanie i budowa planszy. W tej materii rysownicy nieźle sobie poczynają: Batwoman wrysowana w emblemat Batmana, zestaw kadrów wpisany w kufel piwa czy ukośne screeny z monitoringu, które nakładane są na inne panele, przez co stanowią swoisty podgląd.

Pora odpowiedzieć na pytanie zadane w pierwszym akapicie. Bez zbędnych wstępów i owijania w bawełnę: „Tak”. Opowiadana w „jedynce” historia jest ciekawsza niż większość fabuł zaprezentowanych w ramach The New 52. Dodatkowo, jeśli porównamy omawiany tom z pierwszą odsłoną nowego Batmana (Jestem Gothamklik! klik!), to wiele aspektów przemawia na korzyść Powstania Batmanów.

James Tynion IV (sc.), Eddy Barrows & Alvaro Martinez & Al Barrionuevo (rys.), „Batman. Detective Comics #1: Powstanie Batmanów”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1210, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 3+, kolory/cienie: 4-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Nastoletni Tytani #1: Damian wie lepiej

04/12/2017 § Dodaj komentarz


Damian reaktywuje Nastoletnich Tytanów

Albumem Damian wie lepiej debiutuje w Polsce grupa Nastoletnich Tytanów (Teen Titans). Przystępując do lektury tytułu, należy pamiętać, że cykl zasadniczo nie jest skierowany dla dorosłych czytelników. Podstawowy target to „młodsza młodzież”, która może śledzić przygody superbohaterów będących ich rówieśnikami.

Fabuła komiksu rozpoczyna się dniu trzynastych urodzin Damiana Wayne’a, który – jak pamiętamy – jest wnukiem Ra’sa Al Ghula. Dziadek miał wobec chłopca wielkie plany, chciał, aby przewodził grupie zabójców o nazwie Pięść Demona. Jednak młody Robin wybrał inaczej i aktualnie walczy u boku ojca, czyli Batmana. Nieśmiertelny przywódca Ligi Zabójców wydaje swoim nastoletnim podopiecznym zlecenie, aby w ramach „chrztu” skąpali się we krwi: Robina, Starfire’a, Kid Flasha, Beast Boya oraz Raven. Grupie asasynów przewodzi kuzynka Damiana, Mara, która traktuje sprawę osobiście, gdyż ma do wyrównania porachunki z przeszłości.

Gdy Damian dowiaduje się grożącym młodzikom niebezpieczeństwie, postanawia reaktywować Nastoletnich Tytanów, bo w jedności siła. Podbija serca przemową: „Wasza przeszłość jest już ustalona. Decydujcie o przyszłości”. Oczywiście zostaje przywódcą. Członkowie grupy długo rozważają, czy mu zaufać. Zresztą chłopak zachowuje się jakby pozjadał wszystkie rozumy, nikogo nie słucha, bo jest przekonany, że wszystko wie najlepiej. W finale opowieści Tytani walczą z Pięścią Demona, a potem z samym Ra’sem Al-Ghulem. Jak im poszło? Przekonajcie się sami.

Kartkując komiks, rzuca się w oczy dobór barw, bo jest wyjątkowo kolorowo. W produkcję zaangażowanych zostało trzech rysowników: Jonboy Meyers, Diogenes Neves i Khoi Pham. Ilustracje przygotowane przez pierwszych dwóch artystów charakteryzują się wyraźnym uproszczeniem przedstawienia, kreska jest trochę cartoonowa, ale zamiast obłych kształtów są ostre linie. Podobają mi się prace Khoi Phama: subtelny kontur, precyzyjne przedstawienie i przerysowana mimika bohaterów.

Damian wie lepiej to niewątpliwie typowe superhero, bo nawalanki i mordobicie są na porządku dziennym. Jednak scenarzysta, Benjamin Percy, kładzie równie mocny nacisk na przyjaźń, wspólne działanie oraz możliwość zmiany/przemiany (tj. każdy sam decyduje o swojej przyszłość, źli mogą skierować swoje kroki na drogę dobra). Przesłanie ma trafiać do „młodszej młodzieży”, pozostali czytelnicy pewnie uznają przekaz za infantylny.

Benjamin Percy (sc.), Khoi Pham & Jonboy Meyers & Diógenes Neves (rys.), „Nastoletni Tytani #1: Damian wie lepiej”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1226, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 3+, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with komiks superbohateski at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: