Undertaker #3: Ogr z Sutter Camp

11/10/2017 § 1 komentarz


 Potwór z przeszłości

Interes spółki „Jonas Crow & dwie poważne damy” nie kręci się najlepiej. Wszystkiemu winien jest grabarz, który nie ma za grosz taktu i empatii. Szwankuje u niego również znajomość rynku i potrzeb klientów. Kompania jest bez grosza i dlatego, aby przetrwać, musi dobrze wywiązać się z kolejnego zlecenia. Droga wiedzie naszych bohaterów prosto do Kalifornii, gdzie mają zrealizować usługę przygotowania i pochówku teściowej niejakiego Richarda Ashtona.

Na miejscu okazuje się, że mężem zmarłej jest pułkownik Charley Warwick, który – mimo alkoholowego zamroczenia – rozpoznaje w grabarzu swego dawnego żołnierza z czasów wojny secesyjnej. Panowie mają ze sobą na pieńku. Podniosła uroczystość zamienia się w jatkę i regularne mordobicie. Znów nici z zarobku, gdyż ekipa zostaje odprawiona z kwitkiem. Zdarzenie w Warwick Mansion jest brzemienne w skutki, ponieważ pułkownik przywołał demona z przeszłości. Kim jest tytułowy Ogr z Sutter Camp? Co łączy wszystkich trzech mężczyzn ze sobą? Co skrywa przeszłość Jonasa?

Trzeba przyznać, że scenarzysta, Xavier Dorison, długo trzyma czytelnika w niewiedzy. Tytułowa postać pojawia się dopiero na 24 stronie omawianego albumu i wcale nie przypomina groźnego potwora. Początkowo przedstawiona zostaje jako dobroduszny, objazdowy felczer, który za „co łaska” leczy i operuje ludzi. Z biegiem akcji dowiadujemy się kilku znaczących faktów z przeszłości i teraźniejszości postaci. Ostatecznie, czytelnik sam musi sobie wyrobić zdanie o ściganym – jest genialnym lekarzem czy może „doktorem Mengele”?

Niezmiennie dobrze prezentuje się warstwa graficzna. Między kolejnymi odsłonami nie widać jakichś zasadniczych zmian w rysowaniu. Ralph Meyer posługuje się realistyczną kreską. Występujące postaci, kolejne krajobrazy, scenografia mijanych miasteczek i odwiedzanych domów ukazane zostały dokładnie i wiarygodnie. Artysta radzi sobie zarówno ze scenami statycznymi (rozmowy), jak i dynamicznymi (walki i pościgi). Na plus należy także zapisać umiejętne zbliżenia, „najazdy” kamery na twarze bohaterów, skupienie na szczególe, częste oraz zmiany perspektywy.

Akcja komiksu toczy się wartko, fabuła naszpikowana została zaskakującymi twistami i wiarygodnymi, niejednoznacznymi postaciami. Powyższe elementy powodują, że całość czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem. Dorison świetnie panuje nad wszystkim wątkami opowieści, odsłaniając przed czytelnikiem kolejne szczegóły dotyczące przeszłości głównego bohatera. Omawiany album kończy się zaskakującym cliffhangerem, a to sprawia, że czwartej odsłony wyczekuję z niecierpliwością.

 Xavier Dorison (sc.), Ralph Meyer (rys.), „Undertaker #3: Ogr z Sutter Camp”, tłum. Jakub Syty, Taurus Media, Piaseczno 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 5-, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Reklamy

Comanche #7: Palec diabła

07/10/2017 § Dodaj komentarz


 Red Dust w Montanie

Właściwie od samego początku seria Comanche powinna nazywać się Red Dust. W końcu atrakcyjna ranczerka była jedynie pretekstem dla wprowadzenia postaci Reda, który wraz z rozwojem akcji stał się głównym bohaterem całej opowieści. Album oznaczony na grzbiecie cyfrą siedem rozpoczyna kolejny rozdział jego losów, a sama Comanche pozostaje jedynie wspomnieniem. Nie zmienia się jedno – cykl zdecydowanie należy od najlepszych westernowych opowieści stworzonych przez europejskich twórców.

W Greenstone Falls zaczyna się święto, kiedy jeden z mieszkańców miasta, tutejszy sędzia Robert Dillon, zostaje mianowany na gubernatora. Red Dust ma dość, zrzeka się urzędu szeryfa i zostawia przyjaciół z rancza Trzy Szóstki. Rusza do Montany, gdzie nie ma jeszcze gubernatora. Czy ma szansę na odmianę losu? Już pierwsze chwile w nowym miejscu przynoszą kłopoty. Kiedy pomaga wleczonej na śmierć dwójce, oficjalnie przeciwstawia się straży obywatelskiej. Niestety uratowani okazują się być zupełnie inni, niż sądził. Ogłuszony i okradziony Red wyrusza w dalszą drogę mimo wszystko nie żałując tego, co zrobił.

Wkrótce trafia w miejsce, w którym zacznie czuć się jak w domu. Należące do Duncanów ranczo przypomina mu Trzy Szóstki, córka właściciela, młoda Patricia, aż za bardzo kojarzy się z Comanche, a jej ojciec wydaje mu się dziwnie znajomy. Duncanowie nie chcą tu nikogo, nie chcą też zatrudnić Reda w roli pracownika, ale zgadzają się by w zamian za tymczasową pomoc zatrzymał się na trochę. Czy rewolwerowiec znajdzie tu szczęście i spokój, czy może czekają na niego kolejne zagrożenia?

Chyba cykl Comanche nigdy nie osiągnie już tak wysokiego poziomu, jaki prezentował album Mroczna pustynia (klik! klik!). Pod względem nastroju oderwany od pozostałych części, smutny, szary i depresyjny… Nie zmienia to jednak faktu, że każde kolejne albumy i tak prezentują się znakomicie. Scenariusze są interesujące, nie ma w nich miejsca na nudę, a klimat bez przerwy urzeka, nawet jeśli ktoś, tak jak ja, nie przepada za westernowymi klimatami. Całość to świetna seria przygodowa, wzorcowa poprowadzona i znakomicie wykonana. Z jej rozwojem zmieniają się nie tylko bohaterowie, ale cały Dziki Zachód. Czasy kowbojów i Indian przemijają, wkracza postęp, świat potrzebuje zmian, a ta potrzeba dosięga także samej serii. W siódmym tomie starzy bohaterowie niemal odchodzą w zapomnienie, ale ich miejsce zajmują nowi, stanowiący ich lustrzane odbicie. A może także i coś więcej, o tym przekonacie się już jednak sami.

Mimo znakomitej fabuły, to ilustracje Hermanna pozostają tym, co w Comanche najlepsze. Klasyczna, europejska kreska, realistyczne, dopracowane kadry, piękne plenery, wspaniały kolor. Do tych ilustracji chce się wracać, tak samo zresztą jak do poszczególnych tomów serii. Czy trzeba dodawać coś jeszcze? Dla mnie to najlepszy westernowy komiks, jaki czytałem, dlatego też polecam go gorąco Waszej uwadze.

Greg {właśc. Michel Louis Albert Regnier} (sc.), Hermann {właśc. Hermann Huppen} (rys.), „Comanche #7: Palec diabła”, tłum. Wojciech Birek, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Szósty rewolwer #2: Rozdroża

07/08/2017 § Dodaj komentarz


 Dziwny Dziki Zachód

Nim zapoznałem się z drugim albumem z cyklu Szósty rewolwer, musiałem zdjąć z półki „jedynkę” i ponownie przeczytać (klik! klik!). W końcu minęło ponad dwa lata od premiery albumu, dlatego nie dziw, że miałem dziury w pamięci. Musiałem przypomnieć sobie, kiedy i w jakich okolicznościach Drake Sinclair wszedł w posiadanie czterech z sześciu magicznych spluw, dlaczego Becky Montcrief ma swój osobisty „pistolecik”, którego nikt nie może jej odebrać, a także dlaczego Billjohn O’Henry wygląda i zachowuje się jak golem oraz kim jest i skąd się wziął Gord Cantrel.

Akcja albumu Rozdroża rozgrywa się w Nowym Orleanie, a także na bagnach znajdujących się w pobliżu miasta. Po pierwszym użyciu sześciostrzałowców między panem Sinclair a przedmiotami wywiązała się magiczna relacja, która niezwykle ciąży bohaterowi. Mężczyzna zrozumiał, że posiadanie na własność rewolwerów nie jest najlepszym pomysłem. Dlatego szuka kogoś, kto pomoże mu zerwać więź. I tak odnajduje niejakiego Henriego Fouriera – starego czarownika voodoo, który zdradza mu historię tytułowych spluw. A z okolicznych bagien wyłazi coś strasznego i nie trudno zgadnąć, czego chce…

Tempo, z jakim prowadzono fabułę „jedynki”, było iście ekspresowe, wydarzenia następowały po sobie niczym kolejne strzały z rewolweru. Pierwsza połowa bieżącej odsłony prowadzona jest dość spokojnie. Scenarzysta początkowo stara się przybliżyć tło wydarzeń, ale w drugiej połowie akcja wyraźnie przyspiesza. Scenografia, w której rozgrywają się wydarzenia – bagna Luizjany i miasto Nowy Orlean – stanowi ciekawy i atrakcyjny dodatek. Cullen Bunn wprowadza do opowieści nowe postaci, nie zapominając o tym, aby przybliżyć trójkę głównych bohaterów. Mamy okazję lepiej poznać Drake’a, Becky i Billjohna, bo w końcu spędzimy z nimi trochę czasu, gdyż, nie licząc spin-offów, cała seria liczy sobie dziewięć tomów.

Ilustracje wyszły spod ręki Briana Hurtta, który dba o realność i szczegółowość przedstawienia, choć kreska ma wyraźnie cartoonowy sznyt. Każdej z postaci nadano indywidualne rysy, więc nie ma najmniejszych problemów w rozpoznaniu bohaterów. Rysownik nie zapomina o elementach tła i drugiego planu. Całość prezentuje się nadzwyczaj dobrze, a sceny z udziałem haitańskich demonów, które rozgrywają się na mokradłach, naprawę mogą się podobać.

Szósty rewolwer to seria, która należy do gatunku Dziwny Dziki Zachód, w którym typowo westernowe elementy zostały połączone z elementami horroru oraz fantastyki. Fabuła ma iście rozrywkowy charakter, została uszyta z ciekawych elementów oraz sprawnie poprowadzona. Lektura komiksu stanowi niezłą przygodę, którą warto samodzielnie przeżyć.

Cullen Bunn (sc.), Brian Hurtt (rys.), „Szósty rewolwer #2: Rozdroża”, tłum. Maciej Drewnowski, Timof Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 5-]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Sykes

04/08/2017 § 3 Komentarze


 Sceny z życia szeryfa

Jeszcze cztery czy pięć lat temu w Polsce ukazywało się niewiele komiksów. Fani opowieści obrazkowych mogli kupować właściwie każdą kolejną produkcję. Aktualnie nie jest już to możliwe, gdyż co miesiąc na półki księgarskie trafia kilkadziesiąt nowych pozycji. Różnorakich, od superhero po tytuły dla dzieci, od alternatywy po „frankofony”. Dlatego kupujący z większym rozeznaniem i selekcją rozbudowują swoje domowe kolekcje. Osobiście stawiam na westerny – pod tym kontem rozwijam swoją biblioteczkę. Rodzimi wydawcy regularnie dostarczają kolejne albumy, które mogę odstawić na tematyczną półeczkę, gdzie stoją już: Comanche, Ringo, Blueberry, Undertaker, Lucky Luke oraz Sykes. Nad ostatnią pozycją, która ukazała się nakładem Scream Comics, chciałbym się dziś pochylić.

Album rozpoczyna się sceną rozgrywającą się w małej, żyznej dolinie. Pewien ubrany na czarno jeździec podjeżdża pod samotnie stojący dom i prosi bawiącego się w obejściu chłopca o wodę. Dochodzi do nieporozumienia. Z domu wychodzi kobieta z obrzynem w rękach. Grzecznie „sugeruje” mężczyźnie by się nie zatrzymywał i jechał dalej swoją drogą. Na szczęście udaje się uniknąć strzelaniny. Kobieta opuszcza broń, gdy mężczyzna unosi klapę kurtki i pokazuje wpiętą na piersi gwiazdę szeryfa. Przed odjazdem ostrzega panią Starret o grasującej gdzieś w pobliżu bandzie nikczemnych przestępców.

Tak przedstawia się pierwsze spotkanie chłopca Jima Starreta oraz mężczyzny imieniem Sykes, który nosi pseudonim ‘Wyrok’. Dlaczego ‘Wyrok’? Już odpowiadam, cytując scenarzystę, „(…) jak dopadnie swoją zdobycz, a zawsze ją dopada, wierz mi, sądzi, skazuje i dokonuje egzekucji za jednym zamachem”. Tak, główny bohater jest poniekąd westernową wersją Sędziego Dredda czy Ronana Oskarżyciela. Sykes jedzie do miasteczka, gdzie ma spotkać się z przyjacielem od krwawej, ale legalnej roboty. On i O’Malley mają zapolować na bandę Claytonów, która – co wcale nie dziwi – noc wcześniej napadła na farmę pani Starret. Małoletni Jim był świadkiem dantejskich, nieludzkich scen. Dlatego, mimo sprzeciwu szeryfa, bierze aktywny udział w obławie na oprychów. Tytułowy bohater ma z nimi do wyrównania swoje prywatne rachunki.

Pod względem fabularnym album jest ciekawie skonstruowany. Całość w trzech czwartych przebiega utartymi szlakami, jakimi zwykle podążają tego typu historie, rozgrywające się na Dzikim Zachodzie. Dużo ciekawiej przedstawia się końcówka komiksu, gdzie Pierre Dubois w telegraficznym skrócie ukazuje kolejne lata „pracy” pary szeryfów, aż do ponownego spotkania protagonisty z Jimem, który dorósł, okrzepł i wyrobił sobie własne zdanie o wydarzeniach rozgrywających się na pograniczu.

Za oprawę graficzną odpowiada, dotąd nie prezentowany w Polsce, francuski artysta Dimitri Armand. Rysownik stawia na realizm. Postaci ukazane są zgodnie z normami anatomicznymi i fizjonomicznymi. Na uwagę zasługuje także wysoka dynamika ruchów oraz gestów. Całość narysowana została mięsistą, tłustą kreską. Ilustracje obwiedziono mocnym, wyraźnym konturem. Twórca mniej uwagi przywiązuje do tła i drugiego planu, który zwykle ograniczony zostaje do barwnej plamy.

Lubię komiksowe westerny. Pewnie dlatego omawiany tom przypadł mi do gustu. Jestem przekonany, że osobom o podobnym „skrzywieniu” Sykes się spodoba.

Pierre Dubois (sc.), Dimitri Armand (rys.), „Sykes”, tłum. Jakub Syty, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Comanche #6: Buntownicza furia

19/07/2017 § Dodaj komentarz


Bratobójcza walka

Pierwszy album Comanche ukazał się lata temu, bo w roku 1972. Cykl składa się łącznie z piętnastu albumów i był produkowany do roku 2002. Michel Greg oraz Hermann Huppen wspólnie pracowali do dziesiątej odsłony. Po Hermannie pałeczkę rysownika przejął Michel Rouge, a po śmierci Grega – scenariusz ostatniej odsłony ukończył Rodolphe D. Jacquette. Być może komiksy drukowane byłby dalej, gdyby nie tragiczna śmierć scenarzysty. W każdym razie czytając kolejne tomy warto w tyle głowy mieć informację, że całość wystartowała ona ponad 40 lat temu.

Buntownicza furia kontynuuje niektóre wątki uprzednich części. Red Dust, który w „piątce” (klik! klik!) został mianowany szeryfem, nadal jest stróżem prawa. I trzeba przyznać, że bardzo poważnie podchodzi do swej roli. Scenarzysta dba o to, aby upływ czasu był widoczny. Postęp dociera do Greenstone Falls. Miasteczko się zmienia, kiedyś było zapadłą i zabitą dechami dziurą, a teraz jest na tyle atrakcyjnym miejsce, że zjawia się tu fotograf, który na zlecenie bostońskiej gazety przygotowuje reportaż. Nawet Comanche, która kiedyś nosiła flanelowe koszule i dżinsy, teraz paraduje w kretonowej sukni, rękawiczkach i z parasolką przeciwsłoneczną w dłoni.

Główna część fabuły skupia się na wydarzeniach związanych z grupą Indian z plemienia Czejenów. Dla przypomnienia jednym z pracowników rancza Trzy Szóstki jest Księżycowa Plama, który jest bratem Samotnego Ognia oraz Stojącego Konia. Pierwszy z nich wybrał neutralność, drugi jest buntownikiem, który podburza Indian do rebelii. Natomiast trzeci jest wodzem wolnych Czejenów żyjących zgodnie z prawem w rezerwacie. Pomiędzy braćmi dochodzi do bezpośredniego starcia. Mieszkańcy rancza Triple Six znajdą się w samym środku wojennych działań…

Niestety Greg skorzystał z tendencyjnych elementów. Z jednej strony mamy powstańców, których do działania popycha „woda ognista” i braterska zawiść, a z drugiej – szlachetnego i prawego wodza, któremu na sercu leży jedynie dobro jego ludu. Mimo tych niedociągnięć i fabuła prowadzona jest wartko i ciekawie; lektura całości sprawia frajdę.

Świetną robotę, oczywiście, odwala Hermann. Już okładka albumu zasługuje na „ochy” i „achy”. Wewnątrz znajdziemy wiele równie atrakcyjnych wizualnie kadrów i plansz. Rysownik podczas pracy nad serią zdobywał pierwsze szlify, powoli wypracowywał swój charakterystyczny i rozpoznawalny styl. Oficyna Prószyński i S-ka publikuje serię w powiększonym formacie, dzięki czemu ilustracje prezentują się nadzwyczaj dobrze.

Ciekawe, czy warszawski edytor ma w planach publikację całego cyklu, czy jedynie tomy, które wyszły spod ręki Grega i Hermann? Na stronie sklepu Gildia.pl wprowadzono jedynie pierwsze dziesięć tomów. Ostatecznie przekonamy się za jakiś czas, a tym czasem już za tydzień „siódemka” trafi do sprzedaży. Czekam!

Greg {właśc. Michel Louis Albert Regnier} (sc.), Hermann {właśc. Hermann Huppen} (rys.), „Comanche #6: Buntownicza furia”, tłum. Wojciech Birek, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 5-, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Comanche #5: Mroczna pustynia

29/05/2017 § Dodaj komentarz


Numer 717 powraca do domu

Poprzednie tomy serii Comanche zaczynały się od scen, na których przedstawiono jadący dyliżans lub pociąg. „Piątka” rozpoczyna się zgoła inaczej. Na pierwszym kadrze widzimy mężczyznę, który przez tubę wykrzykuje: „Numer 717!”. Kadr dalej okazuje się, że pod cyfrą „kryje się” Red Dust, który za zabicie bandyty Russa Dobbsa został skazany na pięć lat ciężkich robót w kamieniołomach. Od momentu osadzenia minęły prawie dwa lata. Przez cały ten czas przedstawiciele rancza Trzy Szóstki nie ustawali w wysiłkach, aby ich przyjaciel został zwolniony: zbierali podpisy, pisali petycje i listy do senatorów. I w końcu dopięli swego. Były kowboj zostaje zwolniony warunkowo i może wrócić do Wyoming.

Lata rozłupywania kamieni odcisnęły na protagoniście widoczne piętno. I nie mam tu na myśli zmiany w wyglądzie, ale raczej pewną zmianę charakteru i obejścia. Do tego dochodzi łatka zabójcy na warunkowym. Mężczyzna nie może nosić broni, spożywać alkoholu i dwa razy w tygodniu musi meldować się u szeryfa. Mieszkańcy miasteczka, nawet dzieci, stroją sobie z niego żarty i prowokują. Na szczęście Dust ma w sobie duże pokłady cierpliwości i pokory.

Scenariusz omawianej odsłony jest świetnie skonstruowany, Greg spisał się na medal. Wątek związany z powrotem Red Dusta na ranczo Comanche stanowi jedynie część fabuły. Druga związana jest z sytuacją zmierzającej do miasteczka Greenstone Falls bandy bezwzględnego i krwiożerczego Shotguna Marlowe’a. Na mieszkańców pada blady strach. Wszyscy z wyjątkiem szeryfa Wallace’a i naszego bohatera wpadają w panikę. Wspomniana para będzie musiała wziąć na swoje barki obronę miasteczka. Red stanie twarzą w twarz ze swoimi potworami, bo będzie mógł w majestacie prawa używać broni. Ostatecznie okaże się, czy potrafi z zimną krwią strzelać do ludzi.

Sama postawa i zachowanie głównej postaci wytwarzają pewien mroczny i fatalistyczny klimat, który rozlewa się na fabułę. Zgadzam się z Michałem Lipką, który napisał: „Cały ten album jest zresztą przesiąknięty smutkiem”. Nawet jeśli większość występujących postaci sprawie wrażenie wyciętych z papieru, to postać Dusta znacząco rekompensuje ich braki. Mam wrażenie, że nawet sam Mike Blueberry nie doczekał się tak dogłębnej i prawdziwej analizy psychologicznej.

Z tomu na tom seria nabiera rumieńców. Fabuła odchodzi od westernowej sztampy i kieruje się w stronę realizmu, który może kojarzyć się z powieściową twórczością Cormaca McCarthy’ego czy Philippa Meyera. Jak tylko skończę pisać ten tekst, to od razu zabieram się za lekturę szóstej odsłony cyklu. Liczę, że scenarzysta podąży właśnie tym tropem.

Greg {właśc. Michel Louis Albert Regnier} (sc.), Hermann {właśc. Hermann Huppen} (rys.), „Comanche #5: Mroczna pustynia”, tłum. Wojciech Birek, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 5-, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Lucky Luke #52: Fingers

20/03/2017 § Dodaj komentarz


Magia Dzikiego Zachodu

Przyznam, że trochę obawiałem się tego tomu Lucky Luke’a. Chociaż René Goscinny nie był autorem postaci i dołączył do tworzenia kolejnych przygód najszybszego kowboja Dzikiego Zachodu dopiero w roku 1956 (czyli równo dekadę po debiucie serii), to jego nazwisko zawsze kojarzyło mi się z tym tytułem i najbardziej przyciągało. Dlatego też zmiana scenarzysty na Lo Hartoga Van Bandę nie szczególnie mnie ucieszyła. Na szczęście moje obawy okazały się bezzasadne, a Fingers, 52 tom godnie kontynuuje to, co w cyklu najlepsze.

Fabuła w skrócie przedstawia się następująco. Pewnego dnia w teksańskim więzieniu o zaostrzonym rygorze, z którego nikt jeszcze nigdy nie uciekł, pojawia się pewien elegancki mężczyzna prowadzący skutego szeryfa. Pod bramą zwraca stróżowi prawa jego odznakę i kluczyki do kajdanek, po czym przedstawia się jako więzień, dodając że chce spędzić w zakładzie noc. Kim jest? Imion ma wiele, choćby „Niepodrabialny Gaston” czy „Król Magii”, jednakże tutaj znany jest pod pseudonimem „Fingers”.

Nienaganne maniery i wielki talent do wchodzenia w posiadanie takich rzeczy, jak klucze strażników czy ich broń szybko doprowadzają naczelnika do wściekłości. Fingers trafia do celi braci Daltonów, odwiecznych wrogów Lucky Luke’a, jednakże niezbyt długo przyjdzie mu ją z nimi dzielić. Gdy przestępcy mozolą się nad wykopaniem łyżkami podkopu, magik wręcza im pęk kluczy do cel. Daltonowie uciekają, zamierzając wypuścić wszystkich innych więźniów – tylko Fingers nie chce się ruszyć z więzienia. Wieści o ucieczce docierają do Luke’a, który bez chwili wahania wyrusza w drogę. I tak już wkrótce na swojej drodze nasz dzielny kowboj spotka osobliwego Fingersa. Czym zakończy się ich wspólna przygoda?

Album Fingers pod pewnymi względami przypomina inny komiks z Lucky Lukiem, a dokładniej znakomitego Żółtodzioba (klik! klik!). Bohaterem tamtego komiksu był dystyngowany Anglik muszący skonfrontować swoją nienaganna kulturę z pierwotnością Dzikiego Zachodu. Tutaj iluzjonista o podobnych manierach (choć zdecydowanie mniej przyjemnym charakterze) równie wyraźnie odcina się na pustynnym, surowym tle. Konsekwencje są jednak inne, różny jest także przebieg zdarzeń. Jedno się nie zmienia – świetny humor stanowiący prawdziwą siłę napędową komiksu. Gagi bowiem jak zwykle nie zawodzą, mimo iż odpowiada za nie inny autor, a sama fabuła, przygody i klimat doskonale kontynuują rozpoczętą w roku 1946 luckyluke’ową tradycję.

Do tego dochodzą oczywiście wyśmienite rysunki Morrisa, artysty, którego śmiało możemy uznać za ojca serii. To on pisał pierwsze scenariusze i to on rysował te komiksy od samego początku. Lepiej więc, niż jakakolwiek inny twórca potrafi oddać charakterystyczny klimat Lucky Luke’a i dodać mu jeszcze więcej humoru.

Jeśli więc wahacie się czy seria potrafi się obronić bez Goscinnego, przestańcie i sięgnijcie po Fingers. Magia Dzikiego Zachodu, jaką znamy z poprzednich albumów, została zachowana, więc się nie zawiedziecie. I Wasi małoletni milusińscy również się nie zawiodą.

Lo Hartog Van Banda (sc.), Morris {właśc. Maurice de Bevere} (rys.), „Lucky Luke #52: Fingers”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1074, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with western at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: