Szósty rewolwer #2: Rozdroża

07/08/2017 § Dodaj komentarz


 Dziwny Dziki Zachód

Nim zapoznałem się z drugim albumem z cyklu Szósty rewolwer, musiałem zdjąć z półki „jedynkę” i ponownie przeczytać (klik! klik!). W końcu minęło ponad dwa lata od premiery albumu, dlatego nie dziw, że miałem dziury w pamięci. Musiałem przypomnieć sobie, kiedy i w jakich okolicznościach Drake Sinclair wszedł w posiadanie czterech z sześciu magicznych spluw, dlaczego Becky Montcrief ma swój osobisty „pistolecik”, którego nikt nie może jej odebrać, a także dlaczego Billjohn O’Henry wygląda i zachowuje się jak golem oraz kim jest i skąd się wziął Gord Cantrel.

Akcja albumu Rozdroża rozgrywa się w Nowym Orleanie, a także na bagnach znajdujących się w pobliżu miasta. Po pierwszym użyciu sześciostrzałowców między panem Sinclair a przedmiotami wywiązała się magiczna relacja, która niezwykle ciąży bohaterowi. Mężczyzna zrozumiał, że posiadanie na własność rewolwerów nie jest najlepszym pomysłem. Dlatego szuka kogoś, kto pomoże mu zerwać więź. I tak odnajduje niejakiego Henriego Fouriera – starego czarownika voodoo, który zdradza mu historię tytułowych spluw. A z okolicznych bagien wyłazi coś strasznego i nie trudno zgadnąć, czego chce…

Tempo, z jakim prowadzono fabułę „jedynki”, było iście ekspresowe, wydarzenia następowały po sobie niczym kolejne strzały z rewolweru. Pierwsza połowa bieżącej odsłony prowadzona jest dość spokojnie. Scenarzysta początkowo stara się przybliżyć tło wydarzeń, ale w drugiej połowie akcja wyraźnie przyspiesza. Scenografia, w której rozgrywają się wydarzenia – bagna Luizjany i miasto Nowy Orlean – stanowi ciekawy i atrakcyjny dodatek. Cullen Bunn wprowadza do opowieści nowe postaci, nie zapominając o tym, aby przybliżyć trójkę głównych bohaterów. Mamy okazję lepiej poznać Drake’a, Becky i Billjohna, bo w końcu spędzimy z nimi trochę czasu, gdyż, nie licząc spin-offów, cała seria liczy sobie dziewięć tomów.

Ilustracje wyszły spod ręki Briana Hurtta, który dba o realność i szczegółowość przedstawienia, choć kreska ma wyraźnie cartoonowy sznyt. Każdej z postaci nadano indywidualne rysy, więc nie ma najmniejszych problemów w rozpoznaniu bohaterów. Rysownik nie zapomina o elementach tła i drugiego planu. Całość prezentuje się nadzwyczaj dobrze, a sceny z udziałem haitańskich demonów, które rozgrywają się na mokradłach, naprawę mogą się podobać.

Szósty rewolwer to seria, która należy do gatunku Dziwny Dziki Zachód, w którym typowo westernowe elementy zostały połączone z elementami horroru oraz fantastyki. Fabuła ma iście rozrywkowy charakter, została uszyta z ciekawych elementów oraz sprawnie poprowadzona. Lektura komiksu stanowi niezłą przygodę, którą warto samodzielnie przeżyć.

Cullen Bunn (sc.), Brian Hurtt (rys.), „Szósty rewolwer #2: Rozdroża”, tłum. Maciej Drewnowski, Timof Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 5-]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Sykes

04/08/2017 § 3 komentarze


 Sceny z życia szeryfa

Jeszcze cztery czy pięć lat temu w Polsce ukazywało się niewiele komiksów. Fani opowieści obrazkowych mogli kupować właściwie każdą kolejną produkcję. Aktualnie nie jest już to możliwe, gdyż co miesiąc na półki księgarskie trafia kilkadziesiąt nowych pozycji. Różnorakich, od superhero po tytuły dla dzieci, od alternatywy po „frankofony”. Dlatego kupujący z większym rozeznaniem i selekcją rozbudowują swoje domowe kolekcje. Osobiście stawiam na westerny – pod tym kontem rozwijam swoją biblioteczkę. Rodzimi wydawcy regularnie dostarczają kolejne albumy, które mogę odstawić na tematyczną półeczkę, gdzie stoją już: Comanche, Ringo, Blueberry, Undertaker, Lucky Luke oraz Sykes. Nad ostatnią pozycją, która ukazała się nakładem Scream Comics, chciałbym się dziś pochylić.

Album rozpoczyna się sceną rozgrywającą się w małej, żyznej dolinie. Pewien ubrany na czarno jeździec podjeżdża pod samotnie stojący dom i prosi bawiącego się w obejściu chłopca o wodę. Dochodzi do nieporozumienia. Z domu wychodzi kobieta z obrzynem w rękach. Grzecznie „sugeruje” mężczyźnie by się nie zatrzymywał i jechał dalej swoją drogą. Na szczęście udaje się uniknąć strzelaniny. Kobieta opuszcza broń, gdy mężczyzna unosi klapę kurtki i pokazuje wpiętą na piersi gwiazdę szeryfa. Przed odjazdem ostrzega panią Starret o grasującej gdzieś w pobliżu bandzie nikczemnych przestępców.

Tak przedstawia się pierwsze spotkanie chłopca Jima Starreta oraz mężczyzny imieniem Sykes, który nosi pseudonim ‘Wyrok’. Dlaczego ‘Wyrok’? Już odpowiadam, cytując scenarzystę, „(…) jak dopadnie swoją zdobycz, a zawsze ją dopada, wierz mi, sądzi, skazuje i dokonuje egzekucji za jednym zamachem”. Tak, główny bohater jest poniekąd westernową wersją Sędziego Dredda czy Ronana Oskarżyciela. Sykes jedzie do miasteczka, gdzie ma spotkać się z przyjacielem od krwawej, ale legalnej roboty. On i O’Malley mają zapolować na bandę Claytonów, która – co wcale nie dziwi – noc wcześniej napadła na farmę pani Starret. Małoletni Jim był świadkiem dantejskich, nieludzkich scen. Dlatego, mimo sprzeciwu szeryfa, bierze aktywny udział w obławie na oprychów. Tytułowy bohater ma z nimi do wyrównania swoje prywatne rachunki.

Pod względem fabularnym album jest ciekawie skonstruowany. Całość w trzech czwartych przebiega utartymi szlakami, jakimi zwykle podążają tego typu historie, rozgrywające się na Dzikim Zachodzie. Dużo ciekawiej przedstawia się końcówka komiksu, gdzie Pierre Dubois w telegraficznym skrócie ukazuje kolejne lata „pracy” pary szeryfów, aż do ponownego spotkania protagonisty z Jimem, który dorósł, okrzepł i wyrobił sobie własne zdanie o wydarzeniach rozgrywających się na pograniczu.

Za oprawę graficzną odpowiada, dotąd nie prezentowany w Polsce, francuski artysta Dimitri Armand. Rysownik stawia na realizm. Postaci ukazane są zgodnie z normami anatomicznymi i fizjonomicznymi. Na uwagę zasługuje także wysoka dynamika ruchów oraz gestów. Całość narysowana została mięsistą, tłustą kreską. Ilustracje obwiedziono mocnym, wyraźnym konturem. Twórca mniej uwagi przywiązuje do tła i drugiego planu, który zwykle ograniczony zostaje do barwnej plamy.

Lubię komiksowe westerny. Pewnie dlatego omawiany tom przypadł mi do gustu. Jestem przekonany, że osobom o podobnym „skrzywieniu” Sykes się spodoba.

Pierre Dubois (sc.), Dimitri Armand (rys.), „Sykes”, tłum. Jakub Syty, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Comanche #6: Buntownicza furia

19/07/2017 § Dodaj komentarz


Bratobójcza walka

Pierwszy album Comanche ukazał się lata temu, bo w roku 1972. Cykl składa się łącznie z piętnastu albumów i był produkowany do roku 2002. Michel Greg oraz Hermann Huppen wspólnie pracowali do dziesiątej odsłony. Po Hermannie pałeczkę rysownika przejął Michel Rouge, a po śmierci Grega – scenariusz ostatniej odsłony ukończył Rodolphe D. Jacquette. Być może komiksy drukowane byłby dalej, gdyby nie tragiczna śmierć scenarzysty. W każdym razie czytając kolejne tomy warto w tyle głowy mieć informację, że całość wystartowała ona ponad 40 lat temu.

Buntownicza furia kontynuuje niektóre wątki uprzednich części. Red Dust, który w „piątce” (klik! klik!) został mianowany szeryfem, nadal jest stróżem prawa. I trzeba przyznać, że bardzo poważnie podchodzi do swej roli. Scenarzysta dba o to, aby upływ czasu był widoczny. Postęp dociera do Greenstone Falls. Miasteczko się zmienia, kiedyś było zapadłą i zabitą dechami dziurą, a teraz jest na tyle atrakcyjnym miejsce, że zjawia się tu fotograf, który na zlecenie bostońskiej gazety przygotowuje reportaż. Nawet Comanche, która kiedyś nosiła flanelowe koszule i dżinsy, teraz paraduje w kretonowej sukni, rękawiczkach i z parasolką przeciwsłoneczną w dłoni.

Główna część fabuły skupia się na wydarzeniach związanych z grupą Indian z plemienia Czejenów. Dla przypomnienia jednym z pracowników rancza Trzy Szóstki jest Księżycowa Plama, który jest bratem Samotnego Ognia oraz Stojącego Konia. Pierwszy z nich wybrał neutralność, drugi jest buntownikiem, który podburza Indian do rebelii. Natomiast trzeci jest wodzem wolnych Czejenów żyjących zgodnie z prawem w rezerwacie. Pomiędzy braćmi dochodzi do bezpośredniego starcia. Mieszkańcy rancza Triple Six znajdą się w samym środku wojennych działań…

Niestety Greg skorzystał z tendencyjnych elementów. Z jednej strony mamy powstańców, których do działania popycha „woda ognista” i braterska zawiść, a z drugiej – szlachetnego i prawego wodza, któremu na sercu leży jedynie dobro jego ludu. Mimo tych niedociągnięć i fabuła prowadzona jest wartko i ciekawie; lektura całości sprawia frajdę.

Świetną robotę, oczywiście, odwala Hermann. Już okładka albumu zasługuje na „ochy” i „achy”. Wewnątrz znajdziemy wiele równie atrakcyjnych wizualnie kadrów i plansz. Rysownik podczas pracy nad serią zdobywał pierwsze szlify, powoli wypracowywał swój charakterystyczny i rozpoznawalny styl. Oficyna Prószyński i S-ka publikuje serię w powiększonym formacie, dzięki czemu ilustracje prezentują się nadzwyczaj dobrze.

Ciekawe, czy warszawski edytor ma w planach publikację całego cyklu, czy jedynie tomy, które wyszły spod ręki Grega i Hermann? Na stronie sklepu Gildia.pl wprowadzono jedynie pierwsze dziesięć tomów. Ostatecznie przekonamy się za jakiś czas, a tym czasem już za tydzień „siódemka” trafi do sprzedaży. Czekam!

Greg {właśc. Michel Louis Albert Regnier} (sc.), Hermann {właśc. Hermann Huppen} (rys.), „Comanche #6: Buntownicza furia”, tłum. Wojciech Birek, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 5-, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Comanche #5: Mroczna pustynia

29/05/2017 § Dodaj komentarz


Numer 717 powraca do domu

Poprzednie tomy serii Comanche zaczynały się od scen, na których przedstawiono jadący dyliżans lub pociąg. „Piątka” rozpoczyna się zgoła inaczej. Na pierwszym kadrze widzimy mężczyznę, który przez tubę wykrzykuje: „Numer 717!”. Kadr dalej okazuje się, że pod cyfrą „kryje się” Red Dust, który za zabicie bandyty Russa Dobbsa został skazany na pięć lat ciężkich robót w kamieniołomach. Od momentu osadzenia minęły prawie dwa lata. Przez cały ten czas przedstawiciele rancza Trzy Szóstki nie ustawali w wysiłkach, aby ich przyjaciel został zwolniony: zbierali podpisy, pisali petycje i listy do senatorów. I w końcu dopięli swego. Były kowboj zostaje zwolniony warunkowo i może wrócić do Wyoming.

Lata rozłupywania kamieni odcisnęły na protagoniście widoczne piętno. I nie mam tu na myśli zmiany w wyglądzie, ale raczej pewną zmianę charakteru i obejścia. Do tego dochodzi łatka zabójcy na warunkowym. Mężczyzna nie może nosić broni, spożywać alkoholu i dwa razy w tygodniu musi meldować się u szeryfa. Mieszkańcy miasteczka, nawet dzieci, stroją sobie z niego żarty i prowokują. Na szczęście Dust ma w sobie duże pokłady cierpliwości i pokory.

Scenariusz omawianej odsłony jest świetnie skonstruowany, Greg spisał się na medal. Wątek związany z powrotem Red Dusta na ranczo Comanche stanowi jedynie część fabuły. Druga związana jest z sytuacją zmierzającej do miasteczka Greenstone Falls bandy bezwzględnego i krwiożerczego Shotguna Marlowe’a. Na mieszkańców pada blady strach. Wszyscy z wyjątkiem szeryfa Wallace’a i naszego bohatera wpadają w panikę. Wspomniana para będzie musiała wziąć na swoje barki obronę miasteczka. Red stanie twarzą w twarz ze swoimi potworami, bo będzie mógł w majestacie prawa używać broni. Ostatecznie okaże się, czy potrafi z zimną krwią strzelać do ludzi.

Sama postawa i zachowanie głównej postaci wytwarzają pewien mroczny i fatalistyczny klimat, który rozlewa się na fabułę. Zgadzam się z Michałem Lipką, który napisał: „Cały ten album jest zresztą przesiąknięty smutkiem”. Nawet jeśli większość występujących postaci sprawie wrażenie wyciętych z papieru, to postać Dusta znacząco rekompensuje ich braki. Mam wrażenie, że nawet sam Mike Blueberry nie doczekał się tak dogłębnej i prawdziwej analizy psychologicznej.

Z tomu na tom seria nabiera rumieńców. Fabuła odchodzi od westernowej sztampy i kieruje się w stronę realizmu, który może kojarzyć się z powieściową twórczością Cormaca McCarthy’ego czy Philippa Meyera. Jak tylko skończę pisać ten tekst, to od razu zabieram się za lekturę szóstej odsłony cyklu. Liczę, że scenarzysta podąży właśnie tym tropem.

Greg {właśc. Michel Louis Albert Regnier} (sc.), Hermann {właśc. Hermann Huppen} (rys.), „Comanche #5: Mroczna pustynia”, tłum. Wojciech Birek, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 5-, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Lucky Luke #52: Fingers

20/03/2017 § Dodaj komentarz


Magia Dzikiego Zachodu

Przyznam, że trochę obawiałem się tego tomu Lucky Luke’a. Chociaż René Goscinny nie był autorem postaci i dołączył do tworzenia kolejnych przygód najszybszego kowboja Dzikiego Zachodu dopiero w roku 1956 (czyli równo dekadę po debiucie serii), to jego nazwisko zawsze kojarzyło mi się z tym tytułem i najbardziej przyciągało. Dlatego też zmiana scenarzysty na Lo Hartoga Van Bandę nie szczególnie mnie ucieszyła. Na szczęście moje obawy okazały się bezzasadne, a Fingers, 52 tom godnie kontynuuje to, co w cyklu najlepsze.

Fabuła w skrócie przedstawia się następująco. Pewnego dnia w teksańskim więzieniu o zaostrzonym rygorze, z którego nikt jeszcze nigdy nie uciekł, pojawia się pewien elegancki mężczyzna prowadzący skutego szeryfa. Pod bramą zwraca stróżowi prawa jego odznakę i kluczyki do kajdanek, po czym przedstawia się jako więzień, dodając że chce spędzić w zakładzie noc. Kim jest? Imion ma wiele, choćby „Niepodrabialny Gaston” czy „Król Magii”, jednakże tutaj znany jest pod pseudonimem „Fingers”.

Nienaganne maniery i wielki talent do wchodzenia w posiadanie takich rzeczy, jak klucze strażników czy ich broń szybko doprowadzają naczelnika do wściekłości. Fingers trafia do celi braci Daltonów, odwiecznych wrogów Lucky Luke’a, jednakże niezbyt długo przyjdzie mu ją z nimi dzielić. Gdy przestępcy mozolą się nad wykopaniem łyżkami podkopu, magik wręcza im pęk kluczy do cel. Daltonowie uciekają, zamierzając wypuścić wszystkich innych więźniów – tylko Fingers nie chce się ruszyć z więzienia. Wieści o ucieczce docierają do Luke’a, który bez chwili wahania wyrusza w drogę. I tak już wkrótce na swojej drodze nasz dzielny kowboj spotka osobliwego Fingersa. Czym zakończy się ich wspólna przygoda?

Album Fingers pod pewnymi względami przypomina inny komiks z Lucky Lukiem, a dokładniej znakomitego Żółtodzioba (klik! klik!). Bohaterem tamtego komiksu był dystyngowany Anglik muszący skonfrontować swoją nienaganna kulturę z pierwotnością Dzikiego Zachodu. Tutaj iluzjonista o podobnych manierach (choć zdecydowanie mniej przyjemnym charakterze) równie wyraźnie odcina się na pustynnym, surowym tle. Konsekwencje są jednak inne, różny jest także przebieg zdarzeń. Jedno się nie zmienia – świetny humor stanowiący prawdziwą siłę napędową komiksu. Gagi bowiem jak zwykle nie zawodzą, mimo iż odpowiada za nie inny autor, a sama fabuła, przygody i klimat doskonale kontynuują rozpoczętą w roku 1946 luckyluke’ową tradycję.

Do tego dochodzą oczywiście wyśmienite rysunki Morrisa, artysty, którego śmiało możemy uznać za ojca serii. To on pisał pierwsze scenariusze i to on rysował te komiksy od samego początku. Lepiej więc, niż jakakolwiek inny twórca potrafi oddać charakterystyczny klimat Lucky Luke’a i dodać mu jeszcze więcej humoru.

Jeśli więc wahacie się czy seria potrafi się obronić bez Goscinnego, przestańcie i sięgnijcie po Fingers. Magia Dzikiego Zachodu, jaką znamy z poprzednich albumów, została zachowana, więc się nie zawiedziecie. I Wasi małoletni milusińscy również się nie zawiodą.

Lo Hartog Van Banda (sc.), Morris {właśc. Maurice de Bevere} (rys.), „Lucky Luke #52: Fingers”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1074, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Blueberry. Tom 8

17/03/2017 § 1 komentarz


 Człowiek z Żelaza

Przychodzi nam się żegnać z eksporucznikiem Mike’iem Blueberry’m. Może nie definitywnie, bo przed wiernymi czytelnikami bonus w postaci tomu oznaczonego na grzbiecie cyfrą zero. Wspomniana odsłona zbiera pierwsze pięć albumów serii, które dawno temu ukazały się w Polsce, a teraz wydawnictwo Egmont Polska zdecydowało się na reedycję, ale o tym tomie przyjdzie mi pisać później. Teraz czas zająć się zbiorczym tomem numer osiem, który zawiera ostatnie trzy oryginalne albumy serii: Apacz Geronimo, OK Corral oraz Dust.

Michael Steven Donovan, który ostatnimi czasy zyskał sobie przydomek gambler, przebywa w słynnym miasteczku Tombstone, gdzie – jak pamiętamy z siódemki – został podstępnie postrzelony. Rana wydawała się śmiertelna, jednak jakimś cudem nasz bohater wraca do zdrowia. Duża w tym zasługa Miss Malone, która czule opiekuje się rekonwalescentem. Pozytywnie działa także możliwość opowiadania dawnych przygód pisarzowi Johnowi Campbellowi, który skrzętnie notuje historię spotkania podówczas porucznika kawalerii z indiańskim wodzem Geronimo.

Fabuła całości prowadzona jest dwutorowo. Pierwszy wątek narracyjny dotyczy przeszłości i prowadzony jest przez samego bohatera. Drugi ukazuje zawiłości intrygi związanej z historyczną strzelaniną z 26 października 1881 roku, która miała w Tombstone. Uczestniczyli w niej bracia Earp (Wyatt, Virgil, Morgan) oraz Henry „Doc” Holliday, a po przeciwnej stronie barykady bracia Clanton (Ike i Billy) i McLaury (Tom i Frank). Popkultura wielokrotnie przerabiała to znane skądinąd wydarzenie. Wersja, jaką podaje nam Jean Giraud, jest znacznie rozbudowana, a także ciekawie poprowadzona. Scenarzysta zaangażował sporą grupę dodatkowych postaci (m.in. Blueberry’ego, młodego Billy’ego, płatnego zabójcę czy „panienkę” Gertrudę) i zadbał o ich psychologiczną wiarygodność, co wyraźnie uatrakcyjnia opowieść.

W porównaniu z innymi historiami serii opowieści brakuje rozmachu. Główny wątek ma kameralny charakter. Dodatkowo miejsce akcji zostało ograniczone do kilku zakurzonych ulic miasteczka w Arizonie. Nie jestem pewien, czy ową zmianę powinniśmy zapisywać na niekorzyść Gira. To nie jest już komiks awanturniczo-przygodowy, jak to miało miejsce, gdy scenariusze pisał Jean-Michel Charlier. Akcenty się przesunęły, nastąpiło większe skupienie na występujących postaciach. Ważne stały się emocje i motywacje. W tym kontekście trochę niewiarygodnie wypada główny protagonista, który mimo krwawiących ran, nagłych słabości, zawrotów głowy czy omdleń jawi się niczym niezniszczalny Człowiek z Żelaza.

Rysownik wyraźnie ograniczył ilość barokowych detali. Nadal jest szczegółowo i precyzyjnie, nadal dokładnie oddaje się realia epoki, choć z drugiej strony czasem postaci mają karykaturalne lub „płaskie” rysy twarzy, a tła redukuje się do barwnych plam. Całość wygląda dość surowo, co może być zasługą monochromatycznych kolorów.

Michael Steven Donovan przeszedł właśnie na zasłużoną emeryturę. Wydaje się nieprawdopodobne, że pomiędzy pierwszym a ostatnim albumem minęło 40 lat. Seria Blueberry mimo to się nie zestarzała. Wciąż pozostaje najlepszym komiksowym westernem wyprodukowanym w Europie.

Jean Giraud (sc. &rys.), „Blueberry. Tom 8”, przeł. Wojciech Bierk, Klub Świata Komiksu – album 1043, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 5] 

{komiks można kupić tu: klik! klik!}
Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Lucky Luke #35: Jesse James

05/02/2017 § Dodaj komentarz


Poznajcie Jesse’ego Jamesa!

lucky-luke-jesse-jamesWprawdzie seria Lucky Luke jest głównie opowieścią o charakterze humorystycznym, to również jest komiksowym westernem, który w dużym stopniu odwołuje się do rzeczywistości. Dlatego kwestią czasu było zanim na jej łamach pojawią się jakieś naprawdę znane nazwiska Dzikiego Zachodu. Jednym z nich był Billy Kid, kolejnym Jesse James i to właśnie o nim opowiada, wznowiony po dwudziestu pięciu latach przez oficynę Egmont Polska, 35 tom cyklu.

Poznajcie Jesse’ego Jamesa! Ten zafascynowany przygodami Robin Hooda przestępca postanawia poświęcić się rabowaniu bogatych i rozdawaniu biednym. Tyle teorii, bowiem kiedy daje biednym, ci stają się bogaci, a tak być nie powinno. Lepiej by wszystko pozostało w rodzinie, jak radzi mu jego brat morrisFrank – skoro są biedni i będą dawać sobie nawzajem, pozostaną fair wobec własnych zasad. Co nie przeszkadza im rabować dalej. Kiedy wraz z Frankiem i kuzynem Youngerem zbliżają się do Teksasu, detektywi z agencji Pinkertona proszą o pomoc Lucky Luke’a. Wprawdzie ten nie może nic zrobić dopóki banda Jamesa nie przybędzie do Nothing Gulch i nie zacznie tam rozrabiać, ale obiecuje zająć się nimi, kiedy tak się stanie. I oto wkrótce Jesse i jego ludzie zjawiają się w miasteczku. Lucky pilnuje, aby nie kradli. Bandyci poprzez „rozdawnictwo” szybko zdobywają sympatię mieszkańców. Tylko czy taki stan rzeczy może się utrzymać na dłużej?

Ojciec Asterixa i Iznoguda, Francuz o polskich korzeniach René Goscinny oraz belgijski rysownik Morris stworzyli najlepsze albumy z powstałej w 1946 roku serii komiksowej o przygodach najszybszego rewolwerowca na Dzikim Zachodzie, która po dziś dzień cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem. Przez ponad siedem dekad wydawania Lucky Luke doczekał się nie tylko 77 tomów, ale również filmów, seriali i całej masy związanych z nim produktów. Nie znać jego przygód nie wypada. Cieszy, że mimo upływu lat wciągają i śmieszą, pozostając dalekie od banału. Jesse James, chociaż jest 35 albumem duetu, nadal pozostaje świeży i nie czuć wtórności. goscinnyCo więcej ma kilka absolutnie genialnych momentów, a postać Franka, cytującego fragmenty dzieł Szekspira, została wręcz po mistrzowsku przerysowana. W skrócie: humor najwyższych lotów!

Graficznie także jest wspaniale. Kreska Morrisa to typowa dla swego gatunku, cartoonowa robota, ale wspaniale oddająca klimat opowieści i stanowiąca jeden ze wzorów dla kolejnych pokoleń twórców. Prosta, acz skuteczna, podkreślona barwną i przejrzystą paletą – patrzy się na plansze z wielką przyjemnością. Warto nadmienić także gagach i scenkach sytuacyjnych kryje się wiele humoru!

Po Lucky Luke’a w wykonaniu Goscinnego i Morrisa zawsze warto sięgnąć i przeczytać, bo to jest komiksowa klasyka. Właściwie dla każdego miłośnika historii obrazkowych pozycja obowiązkowa, a także dzieło, które może przekonać do siebie czytelników nie przepadających za tą formą. Bawi, ciekawi, wzbudza emocje, a przy okazji dostarcza kilku faktów o Jesse Jamesie.

René Goscinny (sc.), Morris {właśc. Maurice de Bevere} (rys.), „Lucky Luke #35: Jesse James”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1073, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., wyd. II, Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

lucky-lukesklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with western at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: