Gotham Central #4: Corrigan

03/01/2018 § Dodaj komentarz


  Pożegnanie w wielkim stylu

Jedna z najlepszych serii komiksowych, której akcja rozgrywa się w mieście Batmana, właśnie dobiegła do finału. Całość Gotham Central liczy sobie jedynie czterdzieści zeszytów, które zebrano w cztery zbiorcze tomy, ale za to jakie! Chwaliłem poprzednie części (klik! klik!), a finalna odsłona – o podtytule Corrigan – tylko potwierdza wysoki poziom całości. Wielka szkoda, że żegnamy się z detektywami pracującymi w Wydziale Poważnych Przestępstw.

Ostatni tom zawiera cztery fabuły. Opowieść Natura wprowadza nas w ciemne i brudne sprawki zwykłych policjantów z Gotham, którzy nie cofaną się przed niczym, aby napełnić sobie kieszenie lewą gotówką. W historii swoją niecną rolę, kolejny zresztą raz, odrywa technik śledczy Jim Corrigan, co jest ważne w kontekście tytułowej narracji.

Martwy Robin rozpoczyna się znalezieniem przez policję zwłok Robina. Detektywi starają się ustalić czy ofiara rzeczywiście była pomocnikiem Batmana, czy może młodocianym przebierańcem. Gdyby potwierdziła się pierwsza wersja, to naturalną koleją rzeczy Mroczny Rycerz stałby się głównym podejrzanym. Policjanci z WPP nie chcą wyciągać pochopnych wniosków. Dlatego na przesłuchanie zostają wezwani przedstawiciele Nastoletnich Tytanów, którzy zeznają, że Robin żyje i ma się dobrze. Tymczasem w porcie zostaje znalezione kolejne ciało młodzieńca w stroju Cudownego Chłopca. Rozwiązanie zagadki jest poniekąd typowe dla miasta Gotham, gdzie świry mnożą się na potęgę.

Krwawa niedziela to moim zdaniem najmniej interesująca opowieść w tomie. Mimo wszystko jest ważna, gdyż w dużym stopniu poświęcona została prywatnemu (tj. pozazawodowemu) życiu detektywa Crispusa Allena. Z tego też powodu Krwawą… możemy potratować jako swoiste intro do tytułowej narracji, która przebija właściwie wszystkie opowiadania, jakie w ramach cyklu można przeczytać. Odpowiedzialny za scenariusz Greg Rucka wykorzystuje wcześniejsze epizody i wątki poświęcone Corriganowi. Widać, że postać szefa techników budowana była konsekwentnie i świadomie. Mężczyzna całym sobą oraz wszystkim, co sobą reprezentuje, stoi w opozycji wobec detektywów Renee Montoya i Crispus Allen. To bezwzględny drań, skorumpowany i zły do szpiku kości. Prawdziwy potwór, który mógłby stanąć w jednym szeregu z Jokerem, Pingwinem czy Dwie Twarze.

Szkoda, że Michael Lark zrezygnował z rysowania serii. Został godnie zastąpiony przez duet Kano (właśc. Jose Ángel Cano López) i Stefano Gaudiano. Panowie konsekwentnie kontynuują ukazywanie Gotham jako paskudnego i brudnego miasta. Podobny sposób kadrowania, szkicowania i nakładania tuszu. Gołym okiem nie widać jakiejś specjalnej różnicy między ich planszami, a wcześniejszymi, które wyszły spod ręki Larka. I właściwie dobrze, bo utrzymywany jest pierwotny klimat.

W brutalnym i nienawistnym świecie, w jakim na co dzień obracają się detektywi z Wydziału Poważnych Przestępstw, nie może być mowy o happy endzie. Konstrukcyjnie Gotham Central zatacza koło. W pierwszej opowieści z ręki „świra w przebraniu” (Mr. Freeze’a) ginie jeden z policjantów, jego partner – po rekonwalescencji – wraca do służby. W finale jest „troszeczkę” inaczej… Aby się dowiedzieć, jaką niespodziankę zmalował Rucka, musicie przeczytać. Musicie przeczytać!

Ed Brubaker & Greg Rucka (sc.), Kano {właśc. Jose Ángel Cano López} & Stefano Gaudiano (rys.), „Gotham Central #4: Corrigan”, tłum. Jacek Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1215, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 6-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Reklamy

Batman. Detective Comics #1: Powstanie Batmanów

11/12/2017 § Dodaj komentarz


  Batwoman szkoli młodzików

W Stanach Zjednoczonych zeszyty „Detective Comics” ukazują się nieprzerwanie od marca 1937 roku, co czyni tytuł najdłużej publikowaną serią komiksową na świecie. Co prawda w erze The New 52 oznaczenie wyzerowano, ale w ubiegłym roku – gdy nastało DC Rebirth – przywrócono starą numerację, włączając zeszyty z Nowego DC do kompletu. W tomie Powstanie Batmanów zaprezentowano zeszyty o numerach od 934 do 940. Byłem ciekaw nowej odsłony, gdyż w uprzedniej seria „Detective Comics” była jedną z najsłabszych propozycji. Oficyna Egmont Polska nie dociągnęła cyklu do końca, rzecz urwała się na tomie Anarky (klik! klik!), do finału zabrakło 12 zeszytów. Czy Odrodzenie przynosi jakąś zmianę jakościową?

Punktem wyjścia dla fabuły jest spisek, jaki przez przypadek odkrywa Batman. Po Gotham krążą wysokiej klasy, technologicznie zaawansowane drony, które „z cienia” obserwują poczynania Nietoperza i jego najbliższych sprzymierzeńców. Mroczny Rycerz zamiast działać w pojedynkę – jak to ma w zwyczaju – zwraca się z prośbą do Batwoman, aby wzięła pod swoje opiekuńcze skrzydła grupę „młodzików”. Zadanie polega na wyszkoleniu i przyuczeniu do zespołowego działania: Red Robina (Tima Drake’a), Spoiler (Stephanie Brown), Orphan (Cassandry Cain) oraz nawróconego na drogę dobra Clayface’a (Basila Karlo). W międzyczasie Batman podąża tropem supertajnej grupy, która działa w strukturach wojska.

Wieloletnie „mapowanie” posłużyło do stworzenia oddziału do zadań specjalnych, który charakteryzuje się wysoką skutecznością w działaniu. Oczywiście, trenowana przez Batwoman grupa „Batmanów” będzie musiała się zmierzyć z tajnym oddziałem. Starcie kończy się nieoczekiwanym zdarzeniem i pojawieniem nowej, tajemniczej postaci. Nim jednak do tego dojdzie czytelnik kilka razy zostaje wpuszczony w maliny. Trzeba przyznać, że scenarzysta – James Tynion IV – tym razem się przyłożył. Narracja obfituje w mocno zaskakujące i dobrze skonstruowane zwroty akcji. Słabiej wypada konstrukcja postaci, szczególnie obecność żartującego Clayface’a ciężko zaakceptować. Tynion rozbudowuje własne wątki, które zaprezentował w tomach Wieczny Batman i Wieczni Batman i Robin: dotyczące Cassandry Cain oraz romantycznej relacji Stephanie i Tima.

Za warstwę wizualną odpowiada trzech różnych artystów: Eddy Barrows, Alvaro Martinez i Al Barrionuevo. Rysunkowo całość wykonano bardzo poprawnie. Występującym postaciom nadano indywidualne rysy, zadbano o dynamikę i mimikę (Batman z permanentnym szczękościskiem, ale uśmiechająca się Cassandra wygląda ładnie). Trochę gorzej prezentują sceny zbiorowe, na których panuje lekki chaos. Dużo ciekawiej wypada samo kadrowanie i budowa planszy. W tej materii rysownicy nieźle sobie poczynają: Batwoman wrysowana w emblemat Batmana, zestaw kadrów wpisany w kufel piwa czy ukośne screeny z monitoringu, które nakładane są na inne panele, przez co stanowią swoisty podgląd.

Pora odpowiedzieć na pytanie zadane w pierwszym akapicie. Bez zbędnych wstępów i owijania w bawełnę: „Tak”. Opowiadana w „jedynce” historia jest ciekawsza niż większość fabuł zaprezentowanych w ramach The New 52. Dodatkowo, jeśli porównamy omawiany tom z pierwszą odsłoną nowego Batmana (Jestem Gothamklik! klik!), to wiele aspektów przemawia na korzyść Powstania Batmanów.

James Tynion IV (sc.), Eddy Barrows & Alvaro Martinez & Al Barrionuevo (rys.), „Batman. Detective Comics #1: Powstanie Batmanów”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1210, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 3+, kolory/cienie: 4-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Nastoletni Tytani #1: Damian wie lepiej

04/12/2017 § Dodaj komentarz


Damian reaktywuje Nastoletnich Tytanów

Albumem Damian wie lepiej debiutuje w Polsce grupa Nastoletnich Tytanów (Teen Titans). Przystępując do lektury tytułu, należy pamiętać, że cykl zasadniczo nie jest skierowany dla dorosłych czytelników. Podstawowy target to „młodsza młodzież”, która może śledzić przygody superbohaterów będących ich rówieśnikami.

Fabuła komiksu rozpoczyna się dniu trzynastych urodzin Damiana Wayne’a, który – jak pamiętamy – jest wnukiem Ra’sa Al Ghula. Dziadek miał wobec chłopca wielkie plany, chciał, aby przewodził grupie zabójców o nazwie Pięść Demona. Jednak młody Robin wybrał inaczej i aktualnie walczy u boku ojca, czyli Batmana. Nieśmiertelny przywódca Ligi Zabójców wydaje swoim nastoletnim podopiecznym zlecenie, aby w ramach „chrztu” skąpali się we krwi: Robina, Starfire’a, Kid Flasha, Beast Boya oraz Raven. Grupie asasynów przewodzi kuzynka Damiana, Mara, która traktuje sprawę osobiście, gdyż ma do wyrównania porachunki z przeszłości.

Gdy Damian dowiaduje się grożącym młodzikom niebezpieczeństwie, postanawia reaktywować Nastoletnich Tytanów, bo w jedności siła. Podbija serca przemową: „Wasza przeszłość jest już ustalona. Decydujcie o przyszłości”. Oczywiście zostaje przywódcą. Członkowie grupy długo rozważają, czy mu zaufać. Zresztą chłopak zachowuje się jakby pozjadał wszystkie rozumy, nikogo nie słucha, bo jest przekonany, że wszystko wie najlepiej. W finale opowieści Tytani walczą z Pięścią Demona, a potem z samym Ra’sem Al-Ghulem. Jak im poszło? Przekonajcie się sami.

Kartkując komiks, rzuca się w oczy dobór barw, bo jest wyjątkowo kolorowo. W produkcję zaangażowanych zostało trzech rysowników: Jonboy Meyers, Diogenes Neves i Khoi Pham. Ilustracje przygotowane przez pierwszych dwóch artystów charakteryzują się wyraźnym uproszczeniem przedstawienia, kreska jest trochę cartoonowa, ale zamiast obłych kształtów są ostre linie. Podobają mi się prace Khoi Phama: subtelny kontur, precyzyjne przedstawienie i przerysowana mimika bohaterów.

Damian wie lepiej to niewątpliwie typowe superhero, bo nawalanki i mordobicie są na porządku dziennym. Jednak scenarzysta, Benjamin Percy, kładzie równie mocny nacisk na przyjaźń, wspólne działanie oraz możliwość zmiany/przemiany (tj. każdy sam decyduje o swojej przyszłość, źli mogą skierować swoje kroki na drogę dobra). Przesłanie ma trafiać do „młodszej młodzieży”, pozostali czytelnicy pewnie uznają przekaz za infantylny.

Benjamin Percy (sc.), Khoi Pham & Jonboy Meyers & Diógenes Neves (rys.), „Nastoletni Tytani #1: Damian wie lepiej”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1226, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 3+, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Superman. Action Comics #1: Ścieżka zagłady

03/12/2017 § Dodaj komentarz


  Dzień zagłady

Przy okazji recenzowania albumu Syn Supermana (klik! klik!), pisałem, że seria o Człowieku ze Stali była najbardziej wyczekiwaną ze wszystkich „idących” w ramach DC Odrodzenie (klik! klik!). Jest jednak komiks, na który czekałem bardziej. Ten komiks, o którym czytacie, czyli druga seria przygód Supermana – ciąg dalszy legendarnego „Action Comics”, gdzie dziesięciolecia temu zadebiutował bohater, a wraz z nim cały gatunek superhero. Dlaczego? Ze względu na powrót Doomsdaya, kultowego przeciwnika, a także odświeżenie jakie niosło obsadzenie w roli głównej Lexa Luthora!

Odrodzenie nabiera nowego znaczenia, kiedy w Metropolis zaczynają pojawiać się bohaterowie i wrogowie, których nie powinno w ogóle być. A wszystko zaczyna się od napadu na Geneticron. Uzbrojeni przestępcy biorą zakładników, ale nie mają zbyt wielkich szans, gdy do akcji wkracza Lex Luthor w stroju „Supermana”. Kryzys zostaje zażegnany, ale wtedy, ku zaskoczeniu wszystkich, pojawia się Człowiek ze Stali sprzed Flashpointu (klik! klik!), który nie ufa nowemu „obrońcy” miasta. Wzajemna niechęć doprowadza do pojedynku, jednak rozwój wydarzeń sprawia, że będą musieli połączyć siły w starciu ze wspólnym wrogiem. Napad na Geneticron był bowiem niczym innym, jak zasłoną dymną. Prawdziwi przestępcy ukradli w tym czasie pewien tajemniczy pojemnik, a z niego wydostaje się Doomsday, przeciwnik, który przed laty zabił Supermana! Człowiek ze Stali znów będzie musiał zmierzyć się ze swoim najgorszym koszmarem, a tym czasem na miejscu pojawia się tutejszy Clark Kent. Ten sam, który dopiero co umarł…

Ścieżkę zagłady napisał Dan Jurgens, legendarny autor, który przez lata tworzył serie o Supermanie. To on wymyślił postać Doomsdaya (między innymi), zaprezentował czytelnikom mnóstwo znakomitych fabuł, w tym przełomową Śmierć Supermana, jej kontynuację, a w ostatnim czasie przywrócił starego Człowieka ze Stali dla Nowego DC w świetnej miniserii Lois i Clark (klik! klik!). Teraz przywraca swoje najsłynniejsze i najlepsze pomysły w zupełnie nowej odsłonie i wychodzi mu to znakomicie.

Strzałem w dziesiątkę było sprawienie, że wyparowała dekada życia bohaterów, dzięki czemu wiele rzeczy, które pamięta Superman sprzed Flashpointu tu jeszcze się nie wydarzyło. Nowi czytelnicy mają więc okazję poznać je – a przy tym zainteresować się klasycznymi zeszytami – starzy, szczególnie ci, jak ja, pamiętający czasy TM-Semic, znów poczuć jak dzieciak, który wypatrywał w kiosku kolejnych numerów poszczególnych amerykańskich serii. Poza tym to po prostu bardzo dobry komiks superbohaterski. Pełen akcji, równających spore połacie ziemi pojedynków, ciągłego zagrożenia, emocji i pytań, które intrygują. Widzieliśmy już śmierć i zmartwychwstanie Supermana, a jednak wciąż nas to wciąga. A Jurgens zadbał o to, aby nie zaserwować nam potworki z rozrywki, oferując remake o lepszej fabule i poprowadzony z większą logiką niż pierwowzór.

A jak to wszystko wypada graficznie? Jak dla mnie znakomicie. Dobra, realistyczna kreska typowa dla amerykańskich komiksów środka, z mangowymi naleciałościami w przypadku zeszytów rysowanych przez Kirkhama. Doomsday wygląda na prawdziwego superłotra. Postaci „cierpią” na nadmiar mięśni, ale taki już ich urok – zresztą w zestawieniu z tym, co prezentowały komiksy z lat 90. XX wieku, wcale nie są aż tak przesadzeni, tj. karykaturalnie przerysowani.

Podsumowując, Ścieżka zagłady to znakomita propozycja dla miłośników Supermana. I przy okazji początek kolejnej świetnej serii – aż nie mogę doczekać się ciągu dalszego. Zresztą komiks polecam uwadze wszystkich fanów superhero.

Dan Jurgens (sc.), Patrick Zircher & Tyler Kirkham & Stephen Segovia & Art Thiber (rys.), „Superman. Action Comics #1: Ścieżka zagłady”, tłum. Jakub Syty, Klub Świata Komiksu – album 1211, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Kaznodzieja. Tom 2

28/11/2017 § 2 Komentarze


Klasyka komiksu nie dla każdego

Jestem stary, zblazowany i zdarza mi się prowokacyjnie wygadywać różne brednie, czasem nawet sam nie ogarniam, gdzie u mnie leży granica trollingu. Zżymam się na przykład, że Kaznodzieja to strasznie przereklamowana seria. Tego się będę trzymał, bo poziom ochów i achów przewyższa legendę Ennisa, ale mimo wszystko. Cholera. Jak to dobrze jest napisane.

Drugi tom nowego wydania serii nie wyjeżdża z buta w twarz, bo Irlandas od tego zaczął. Za to mamy ciąg dalszy wiercenia dziury w brzuchu. Poprzednia odsłona (klik! klik!) była niemal wzorcową ekspozycją: przedstawiającą bohaterów i ich tło oraz zarysowującą cel. Kontynuacja to sprawne rozwinięcie. Jest więc kaznodzieja z Texasu, który uwolniony od bolesnych więzi rodzinnych wchodzi na ścieżkę przemocy, by wytropić Boga. Jest jego kobieta. Jest też zaprzyjaźniony irlandzki wampir. To historia drogi – współczesny western z demonami, aniołami, ich potomstwem z nieprawego łoża, Słowem Bożym, oraz szorstką, męską przyjaźnią. Jest też coś jeszcze.

Ennis dopiero teraz zanurza nas w spiskowej intrydze. Jest Jesse Custer, Tulip i Cassidy, ale jest też Graal – tajna religijna organizacja, która stoi nie tylko za Watykanem, ale i za współczesnymi demokratycznymi państwami. Jest więc religia, przepowiednie, więzy krwi, a wspólnym mianownikiem wszystkich wątków pozostaje Bóg. I to wszystko naprawdę cholernie dobrze się wiąże.

Pisarz jedzie prowokacyjnie, poza granicą sztubackiej zgrywy, wulgarnie i z przemocą, ale – paradoksalnie – wrażliwie wobec własnych bohaterów i ich wzajemnych relacji. Większa historia herr Starra i jego knowań przeplatana jest wspomnieniami Cassidyego z czasów, gdy jeszcze nie chłeptał krwi i żył na zielonej wyspie. Wobec irlandzkich niepodległościowców Ennis jest oczywiście równie krytyczny, co wobec organizacji religijnych. Więzi przyjaźni i rzeczy, które mężczyzna musi zrobić, gdy są rzeczy, które mężczyzna musi zrobić, nie upraszczają oczywiście relacje damsko męskie. Wiadomo. Życie.

Drugi tom to znowu wybuchające czaszki, odstrzelone kończyny, flaki i rzucanie kurwami. Brutalizm przeplatany jest z gwałtami, czarnym humorem i orgiami, których jednym z uczestników jest Bogu ducha winny pancernik. Jednocześnie – tak jak na wstępie zaznaczyłem – jest to cholernie dobrze napisane, a wątki świetnie się przeplatają, nie męcząc, pozostawiając przynajmniej mnie z niedosytem na moment, by historia skręciła w inną stronę. Świetnie sprawdza się wtórujący Ennisowi Dillon, który być może podobnie rysuje wszystkie gęby, ale idealnie odnajduje się w tej historii zakrapianej Jackiem Danielsem i przysypanej papierosowym popiołem.

Kaznodzieja nieprzypadkowo jest współczesną klasyką komiksu dla starszego czytelnika. Kolory się zestarzały, kadrowanie jest niedzisiejsze, ale to dalej świetnie opowiedziana historia, gdzie większa opowieść o konfrontacji człowieka z Bogiem w istocie jest przypowieścią o przyjaźni i miłości, w dodatku mistrzowsko przeplecioną świetnymi miniaturkami, które pozostają częścią większej całości. Jak bym napisał że polecam, to bym się niedostatecznie precyzyjnie wyraził. Trzeba. Choć to lektura niekoniecznie dla każdego.

Garth Ennis (sc.), Steve Dillon (rys.), „Kaznodzieja. Tom 2”, tłum. Maciej Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1192 , Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Batman #1: Jestem Gotham

21/11/2017 § Dodaj komentarz


 Brat i siostra bronią Gotham City

DC Odrodzenie, w przeciwieństwie do The New 52, nie ma burzyć całego continuum i stawiać uniwersum superbohaterów na głowie. DC Rebirth (klik! klik!) nie odrzuca, a kontynuuje wątki fabularne z ostatnich lat. Gdyż celem „wielkiego” wydarzenia miało być podniesienie jakości, poprzez swoisty powrót do przeszłości, do minionych wartości i opowieści. Zmiany niby kosmetyczne. I tu nasuwa się pytanie: Czy nowa odsłona przygód Batmana niesie ze sobą powiew świeżości?

Podtytuł pierwszego albumu – Jestem Gotham – sugeruje, że Mroczny Rycerz ma jakieś problemy z zapanowaniem nad własnym ego, które może urosło do niewyobrażalnych rozmiarów. Gdyż nastąpiła pełna identyfikacja Batmana z tkanką miasta, które ślubował chronić. Czy faktycznie opowieść tego dotyczy? Od razu zdradzę: nie! Zupełnie nie, to strzał kulą w płot. To autorska zmyłka, na którą osobiście dałem się nabrać.

Fabuła dotyczy czegoś zupełnie innego. Pewnej nocy nad Gotham dochodzi do awarii samolotu, Batman – wiadomo – rusza z odsieczą i jest gotów zginąć, aby tylko uratować wszystkich ludzi, którzy są wewnątrz. Przez chwilę wydaje się, że faktycznie coś strasznego się musi wydarzyć, że nie ma szans, aby Mściciel wyszedł z katastrofy bez szwanku. I wtedy na scenę wkracza para zupełnie nowych bohaterów: Gotham i Gotham Girl. Brat i siostra, którzy posiadają cały zestaw supermocy, m.in. potrafią latać. Herosi bardziej przypominają Supermana i Wonder Woman niż Batmana i Batgirl. Może w końcu nadszedł czas, aby Batman odwiesił pelerynę na wieszak?

Pomysł scenarzysty, Toma Kinga, sprowadza się do tego, aby do miasta wprowadzić herosów z prawdziwego zdarzenia, bo obdarzonych niezwykłymi mocami, którzy teoretycznie mogą zastąpić naszego ukochanego Gacka. Blady strach powinien paść na czytelników… Niestety nie pada, bo fabularnie całość nie jest ani ciekawa, ani udana, ani przełomowa. W wypadku „jedynki” powrót do przeszłości się nie udał. Miło być novum, a wyszła miałka pulpa. Poza tym nie podoba mi się, że w opowieść na siłę wepchnięto nawiązania do The New 52, tylko po to, aby przekazać czytelnikowi jasny komunikat: „Nie czytałeś? Oj, to źle! Wiele straciłeś. Ale nie przejmuj się, nie wszystko stracone. Leć do księgarni i nadrób zaległości”. Nie należy dać się nabrać na te sprzedażowe zabiegi. Można sobie darować lekturę.

Wizualnie jest średnio. Większość rysunków wykonał David Finch, dlatego Batman wygląda jak osiłek, który przedawkował sterydy. Do tego monumentalne pozy i peleryny bohaterów łopoczące na wietrze. Nie kupuję tego. In plus prezentuje się jedynie postać Alfreda, który nie jest nadopiekuńczym lokajem, a sarkastycznym i ironicznym kolesiem. Tytułem podsumowania: Jeśli ktoś nie jest psychofanem postaci stworzonej przez Boba Kane’a i Billa Fingera, to lekturę Jestem Gotham może sobie darować.

Scott Snyder & Tom King (sc.), David Finch & Danny Miki & Sandra Hope & Scott Hanna & inni (rys.), „Batman #1: Jestem Gotham”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1190, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 2, rysunki: 3, kolory/cienie: 4-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Suicide Squad #2: Zderzenie ze ścianą

05/10/2017 § Dodaj komentarz


 Z koniem kopać się nie należy

W ubiegłym roku w Polsce ukazał się pierwszy album z serii Suicide Squad. Głównie ze względu na osobę scenarzysty – Alesa Kota – wiele obiecywałem sobie po Nadzorować i karać, dużo więcej niż po filmie Davida Ayera. Muszę jednak przyznać, że lektura komiksu była dla mnie wielkim rozczarowaniem. Druga odsłona, która nosi podtytuł Zderzenie ze ścianą, wypada niewiele lepiej.

Rzecz rozpoczyna się one-shotem Ofiary burzy napisanym przez Jima Zuba. W historii nie występuje żaden członek Oddziału Samobójców, całość skupia się na Amandzie Waller, która musi poradzić sobie w ekstremalnej sytuacji. Kobieta eskortuje pewnego naukowca, na którego poluje obdarzony supermocami mężczyzna, znany pod kryptonimem Kriger-3. Podczas zdarzenia Waller próbuje chronić podwładnych oraz cywili, jednak w ostatecznym rozrachunku będzie musiała dokonać trudnego wyboru – kogo poświęcić? Niniejsza próba nadania psychologicznej głębi postaci pani dyrektor wypada dość interesująco.

Dalej otrzymujemy główną opowieść, która rozgrywa się w więzieniu Belle Reve w czasie trwania eventu Wieczne Zło (klik! klik!). Dlatego trochę szkoda, że album nie trafił do sprzedaży równolegle ze wspomnianym crossoverem. Dla przypomnienia: podczas zdarzenia zapodziali się gdzieś główni ziemscy superbohaterowie, a władzę nad planetą przejął Syndykat Zbrodni. Jeden z osadzonych w Belle Reve więźniów, Thinker, podejmuje współpracę z Syndykatem. Ma za zadanie odnaleźć tajną broń ukrytą gdzieś przez panią naczelnik. Waller wysyła swój oddział, składający się z Deadshota, Harley Quinn i Kapitana Bumeranga, aby udaremnili plany przejęcia broni.

Thinker, podszywając się pod Waller, montuje swój Suicide Squad. Dwie ekipy spotykają się w budynku więzienia i, oczywiście, zaczynają ze sobą walczyć. Jakby komuś było mało, to scenarzysta angażuje jeszcze Jamesa Gordona juniora, King Sharka, Kamo oraz kilka innych postaci, które – powiedzmy to sobie szczerze – niczego ciekawego do fabuły nie wnoszą. Rzecz wypada blado, choć jak wspomniałem trochę lepiej od „jedynki”, jednakże ciężko całość oceniać pozytywnie.

Pod względem graficznym również nie jest dobrze. W projekt zaangażowano aż dziesięciu (sic!) rysowników. Rozumiem, że powodem były napięte terminy. Niestety odbija się to wyraźnie na jakości ilustracji. Najlepiej wypada otwierająca album fabuła, a to dlatego, że przygotowana została przez jednego artystę. Scott Hanna dobrze radzi sobie z dynamiką scen, ale już z precyzją anatomiczną występujących postaci jest gorzej. Sporo scen rozgrywa się podczas burzy śnieżnej, dość ciekawie prezentują się kadry, na których ukazano padający śnieg.

Album Zderzenie ze ścianą to jedna, niczym nie uzasadniona, nawalanka, gdzie każdy walczy z każdym. Całość stanowi popis fabularnej miernoty, ciężko mówić o jakiejkolwiek nadrzędnej akcji, hitoria zmierza donikąd. Finalnie: właściwie o nic nie chodzi. Komiks jedynie dla wielkich fanów Oddziału Samobójców.

Matt Kindt & Jim Zub & Sean Ryan (sc.), Patrick Zircher & Scott Hanna & Jim Fern & Rafa Sandoval & inni (rys.), „Suicide Squad #2: Zderzenie ze ścianą”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1088, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 2, rysunki: 2+, kolory/cienie: 3]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with dc comics at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: