Flash #4: Cofnać czas

08/08/2017 § Dodaj komentarz


 Flash versus Reverse Flash

Życie osobiste Barry’ego Allena wkracza na nowe, lepsze tory. Zostaje przywrócony do pracy w policji Central City, co prawda nie na stanowisko technika laboratoryjnego, a na archiwisty. Dodatkowo we właściwym kierunku rozwija się związek z Patty Spivot: para decydują się zamieszkać razem. Na organizowanym wspólnie przyjęciu dla rodziców dziewczyny, z okazji ich 30. rocznicy ślubu, Barry będzie miał okazję pierwszy raz spotkać przyszłych teściów. Wydarzenia związane z inwazją goryli króla Grodda odchodzą w niepamięć, a grupa Łotrów się nie wychyla. Niestety, idylla trwa jedynie kilka chwil.

Dokładnie do czasu, gdy ktoś zaczyna mordować znajomych Allena, którzy dotknięci zostali Mocą Prędkości. Analizując zapis z kamer mężczyzna odkrywa, że zabójcą jest ktoś, kto posługuje się odwróconym znakiem Błyskawicy. Pierwsze podejrzenie pada na Kid Flasha, który należy do grupy Teen Titans. Podczas bezpośredniej konfrontacji okazuje się, że nastolatek jest niewinny, gdyż czerpie swoją moc z zupełnie innego miejsca i czasu. Flash zdaje sobie sprawę, że musi się spieszyć, gdyż zginęły już trzy, blisko z nim związane osoby. Kim jest antagonista Flasha? Dlaczego morduje osoby dotknięte Mocą Prędkości? Czy Szkarłatny Sprinter znajdzie przestępcę, nim coś złego spotka również Iris West? I dlaczego nie warto posługiwać się Mocą do podróży w czasie? Odpowiedzi na te, ale i na kilka innych pytań, poznajemy podczas lektury.

Historia związana z Odwróconym Flashem zajmuje większą część omawianego tomu. Druga fabuła rozgrywa się w Gotham City podczas tzw. Roku Zerowego. Allen, świeżo upieczony funkcjonariusz, przyjechał wspomóc policję z GCPD w czasie, gdy miasto pogrążone było w całkowitej ciemności, z powodu braku elektryczności. Dodatkowo swoje żniwo zbierał nowy, śmiercionośny narkotyk – Ikar. Przy okazji to właśnie w Gotham bohater pierwszy raz spotyka Iris West; dzięki tej retrospekcji czytelnik lepiej rozumie dlaczego czują do siebie miętę. Podoba mi się zestawienie idealistycznych poglądów przyszłego superbohatera z mrokiem i „prawem ulicy” miasta Batmana.

Niezmiennie zachwyca oprawa graficzna serii i „czwórka” nie jest pod tym względem wyjątkiem. Wciąż jestem pod silnym wrażeniem pomysłowości z jaką rysownik konstruuje plansze, dynamiką scen akcji, wszelkimi wizualnymi elementami i efektami specjalnymi, które oddają prędkość z jaką porusza się Flash. Na ironię zakrawa fakt, że najsłabiej prezentują się statyczne sceny i klasyczne kadrowanie.

Album Cofnąć czas może się podobać, gdyż główna historia jest spójna i bardziej przemyślana w porównaniu z „dwójką” czy „trójką”. Jednym ze słabych elementów jest motywacja antagonisty oraz finalna rozgrywka, która ma właściwie charakter „deus ex machina”. Przyznam szczerze: jestem trochę zmęczony serią i cieszę się, że album Lekcje historii, który ukazał się w czerwcu, stanowi ostatnią odsłonę przed Odrodzeniem (tj. DC Rebirth).

Francis Manapul & Brian Buccellato (sc.), Francis Manapul & Scott Hepburn & Chris Sprouse & Karl Story & Keith Champagne (rys.), „Flash #4: Cofnać czas”, tłum. Tomasz Kłoszewski, Klub Świata Komiksu – album 1114, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 2+, rysunki: 4+, kolory/cienie: 5]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Sykes

04/08/2017 § 3 komentarze


 Sceny z życia szeryfa

Jeszcze cztery czy pięć lat temu w Polsce ukazywało się niewiele komiksów. Fani opowieści obrazkowych mogli kupować właściwie każdą kolejną produkcję. Aktualnie nie jest już to możliwe, gdyż co miesiąc na półki księgarskie trafia kilkadziesiąt nowych pozycji. Różnorakich, od superhero po tytuły dla dzieci, od alternatywy po „frankofony”. Dlatego kupujący z większym rozeznaniem i selekcją rozbudowują swoje domowe kolekcje. Osobiście stawiam na westerny – pod tym kontem rozwijam swoją biblioteczkę. Rodzimi wydawcy regularnie dostarczają kolejne albumy, które mogę odstawić na tematyczną półeczkę, gdzie stoją już: Comanche, Ringo, Blueberry, Undertaker, Lucky Luke oraz Sykes. Nad ostatnią pozycją, która ukazała się nakładem Scream Comics, chciałbym się dziś pochylić.

Album rozpoczyna się sceną rozgrywającą się w małej, żyznej dolinie. Pewien ubrany na czarno jeździec podjeżdża pod samotnie stojący dom i prosi bawiącego się w obejściu chłopca o wodę. Dochodzi do nieporozumienia. Z domu wychodzi kobieta z obrzynem w rękach. Grzecznie „sugeruje” mężczyźnie by się nie zatrzymywał i jechał dalej swoją drogą. Na szczęście udaje się uniknąć strzelaniny. Kobieta opuszcza broń, gdy mężczyzna unosi klapę kurtki i pokazuje wpiętą na piersi gwiazdę szeryfa. Przed odjazdem ostrzega panią Starret o grasującej gdzieś w pobliżu bandzie nikczemnych przestępców.

Tak przedstawia się pierwsze spotkanie chłopca Jima Starreta oraz mężczyzny imieniem Sykes, który nosi pseudonim ‘Wyrok’. Dlaczego ‘Wyrok’? Już odpowiadam, cytując scenarzystę, „(…) jak dopadnie swoją zdobycz, a zawsze ją dopada, wierz mi, sądzi, skazuje i dokonuje egzekucji za jednym zamachem”. Tak, główny bohater jest poniekąd westernową wersją Sędziego Dredda czy Ronana Oskarżyciela. Sykes jedzie do miasteczka, gdzie ma spotkać się z przyjacielem od krwawej, ale legalnej roboty. On i O’Malley mają zapolować na bandę Claytonów, która – co wcale nie dziwi – noc wcześniej napadła na farmę pani Starret. Małoletni Jim był świadkiem dantejskich, nieludzkich scen. Dlatego, mimo sprzeciwu szeryfa, bierze aktywny udział w obławie na oprychów. Tytułowy bohater ma z nimi do wyrównania swoje prywatne rachunki.

Pod względem fabularnym album jest ciekawie skonstruowany. Całość w trzech czwartych przebiega utartymi szlakami, jakimi zwykle podążają tego typu historie, rozgrywające się na Dzikim Zachodzie. Dużo ciekawiej przedstawia się końcówka komiksu, gdzie Pierre Dubois w telegraficznym skrócie ukazuje kolejne lata „pracy” pary szeryfów, aż do ponownego spotkania protagonisty z Jimem, który dorósł, okrzepł i wyrobił sobie własne zdanie o wydarzeniach rozgrywających się na pograniczu.

Za oprawę graficzną odpowiada, dotąd nie prezentowany w Polsce, francuski artysta Dimitri Armand. Rysownik stawia na realizm. Postaci ukazane są zgodnie z normami anatomicznymi i fizjonomicznymi. Na uwagę zasługuje także wysoka dynamika ruchów oraz gestów. Całość narysowana została mięsistą, tłustą kreską. Ilustracje obwiedziono mocnym, wyraźnym konturem. Twórca mniej uwagi przywiązuje do tła i drugiego planu, który zwykle ograniczony zostaje do barwnej plamy.

Lubię komiksowe westerny. Pewnie dlatego omawiany tom przypadł mi do gustu. Jestem przekonany, że osobom o podobnym „skrzywieniu” Sykes się spodoba.

Pierre Dubois (sc.), Dimitri Armand (rys.), „Sykes”, tłum. Jakub Syty, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Flash #3: Inwazja goryli

03/08/2017 § Dodaj komentarz


 Z nieba spadały zastępy goryli

Na bliźniacze miasta Central City i Keystone City, w których działa Szkarłatny Sprinter, spada wielka i groźna bomba. „Bomba” w sensie metaforycznym, bo chodzi o spadające z nieba zastępy inteligentnych goryli pod wodzą króla Grodda. Władca umyślił sobie, że tylko on jest godzien posiadać energię płynącą z Mocy Prędkości. Dlatego przypuścił atak, aby czym prędzej ją przejąć.

Album Inwazja goryli stanowi bezpośrednią kontynuację poprzedniej odsłony cyklu. Jak może pamiętamy, w Rebelii Łotrów protagonista najpierw ucieka z miasta goryli, a potem musi stanąć do walki z „upgrejdowanymi” Łotrami. Oba wątki zaprezentowane były osobno, co sprawiało wrażenie chaosu, a cały tom był po prostu niespójny. Na szczęście po lekturze trójki okazuje się, że ze strony scenarzystów był to celowy zabieg, gdyż oto następuje konsolidacja. Superbohater, aby odeprzeć atak armii goryli, sprzymierza się z Łotrami, z którymi jeszcze kilka chwil wcześniej toczył walkę.

Zjednoczenie jest celowe, nie ma mowy o przyjaźni, raczej o zawieszeniu broni w calu wypełnienia wspólnej misji. Wypracowanie wspólnego frontu przeciwko gorylom przebiega nadzwyczaj gładko i bezboleśnie, co odbiera zdarzeniu znamiona autentyczności. Zwyczajnie, wierzyć się nie chce w taki obrót spraw, ale w końcu przebywamy w rzeczywistości fikcyjnej… Małpy wyglądają na armię, którą ciężko będzie pokonać: silną i inteligentną. Wydawać by się mogło, że koalicja z Central City jest z góry skazana na porażkę. I przez moment czytelnik wierzy, że Flash faktycznie podda się Groddowi i odda mu Moc Prędkości.

Potem niestety następują wydarzenia, których: a) nie w pełni rozumiem, bo mają miejsce wewnątrz Mocy, b) zaprzeczają inteligencji Grodda.

Fabuła nagle się całkowicie rozpada i traci na atrakcyjności. Ostateczna konfrontacja tymczasowej, miejskiej unii z gorylami wypada blado, bez polotu i energii. Jakby scenarzyści mruczeli pod nosem: „Szybciej, szybciej. Kończmy już. Przecież i tak wszyscy wiedzą, kto wygra”. Widać pośpiech oraz brak jakiegokolwiek pomysłu na zakończenie. Najeźdźcy, pozbawieni przywódcy się mityngują i rezygnują z podboju – dziwne, wręcz bardzo dziwne. Choć oczywiście całość zgodna z konwencją superhero.

Warstwa fabularna komiksu nie dorasta do pięt warstwie graficznej. Pisząc o jedynce (klik! klik!), zwracałem uwagę na artystyczne zacięcie Francisa Manapula: „Miejscami komiks bardziej przypomina produkcję niezależną niż produkt mainstreamow”. Co prawda przy omawianym tomie pracowało kilku rysowników, ale główna część wyszła spod ołówka Manapula. Artysta nadal zaskakuje budowaniem złożonych i zwielokrotnionych planów, przenikających i nakładających się na siebie paneli o różnorodnych kształtach, które fenomenalnie układają się w plansze. Widać w komiksie prawdziwą maestrię konstrukcji kadrów i całych złożonych sekwencji. Szkoda, że genialny układ stron nie jest widoczny podczas zwykłego kartkowania, dopiero w dodatkach możemy zobaczyć cały zestaw rozłożony na podłodze. Robi ogromne wrażenie!

Fabularnie Inwazja goryli wypada równie słabo, co wcześniejsza odsłona. Sam król Grodd, który z założenia powinien być znaczącym antagonistą dla Szkarłatnego Sprintera, ukazany został bez polotu i jednostronnie, jakby nie starczało mu inteligencji. Na pocieszenie dostajemy zestaw żywych i dynamicznych plansz przygotowanych przez Manapula.

Francis Manapul & Brian Buccellato (sc.), Francis Manapul & Marcus To & Ryan Winn & Maricio Takara (rys.), „Flash #3: Inwazja goryli”, tłum. Tomasz Kłoszewski, Klub Świata Komiksu – album 1052, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.

[scenariusz: 3, rysunki: 4+, kolory/cienie: 5]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Pinokia

31/07/2017 § 1 komentarz


 Lalka lubi się rozbierać

Sama ilustracja zamieszczona na okładce komiksu Pinokia, który wyszedł spod ręki panów Francisa Leroia oraz Jean-Pierre’a Gibrata, wyraźnie sugeruje z jakiego typu produkcją mamy do czynienia. Na stolarskim stole klęczy młoda, atrakcyjna i do tego całkiem naga kobieta. Ręce wspiera o kolana. Ciało odwrócone jest bokiem do patrzącego. Za to głowa skierowana ku patrzącemu, wzrok utkwiony w widzu. Na twarzy maluje się lekkie zdziwienie czy też zainteresowanie (oczy szeroko otwarte, prawa brew uniesiona). Jeśli w jeden komunikat złożymy rysunek i tytuł, to poniekąd z góry wiemy, że stary lalkarz wystrugał sobie „oblubienicę”.

W oryginalnej wersji bajki o Pinokiu Dżepetto wyrzeźbił drewnianego chłopca, gdyż bardzo pragnął mieć syna. W przypadku omawianej pozycji samotnie żyjącym lalkarzem również targają pewne pragnienia i potrzeby, ale zgoła inne. Zaspokaja je, oglądając gazetki z roznegliżowanymi paniami. Pewnego wieczora, podjudzony przez swoje gadające odbicie z lustra, tworzy naturalnej wielkości drewnianą lalkę, z którą spędza upojną noc. Jednak następnego poranka „zabawka” jest żywa, podaje mu do łóżka śniadanie i nazywa swego stwórcę tatusiem…

I w tym miejscu rozpoczyna się seria niefortunnych zdarzeń, która zaprowadzi Galipetta do więzienia, a młodą dziewczynę w ręce obleśnych stręczycieli. Pinokia jest dziewczęciem naiwnym i łatwowiernym, która niezbyt dobrze orientuje się w świecie i relacjach międzyludzkich. Każdemu napotkanemu mężczyźnie zadaje pytanie: „Jesteś moim tatusiem?” i niedwuznacznie się o niego ociera niczym kotka w rui. Zasadniczo dziewczyna nie czuje wstydu, chętnie się rozbiera i pokazuje wszystkie swoje „walory”. Nie ma oporów przed igraszkami z inną kobietą czy seksem oralnym. Bohaterka musi uważać na to, co mówi, bo jeśli kłamie, to powiększają się jej piersi i jedynie porządne manto może doprowadzić do ich redukcji.

Pod względem wizualnym rzecz prezentuje się zupełnie przyzwoicie. Klasyczne, europejskie kadrowanie, bez żadnych zabaw w konstrukcji planszy. Gibrat postawił na realistyczny rysunek i anatomicznie wierne przedstawienie postaci. Mimo wszystko pozytywnie zaskakuje, że wnętrza, przedmioty i stroje oddano z taką dokładnością. Barwy są stonowane, przygaszone, co dobrze pasuje do opowieści.

Powiedzmy sobie szczerze: fabuła recenzowanego albumu ma charakter pretekstowy i nie ma w nim żadnych głębszych (lub ukrytych) treści. Całość stanowi prostą powiastkę erotyczną, w której chodzi jedynie o to, aby oglądanie roznegliżowanej Pinokii było przyjemnym doznaniem wizualnym. I tak jest, oczywiście pod warunkiem, że ktoś lubi tego typu pozycje.

Francis Leroi (sc.), Jean-Pierre Gibrat (rys.), „Pinokia”, tłum. Wojciech Birek, Taurus Media, Piaseczno 2017.

[scenariusz: 3, rysunki: 4, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Niedźwiedzi kieł #2: Hanna

28/07/2017 § Dodaj komentarz


 Max kontra Hanna

Drugi album z serii Niedźwiedzi kieł rozpoczyna się sceną nocnego nalotu brytyjskich bombowców na rakietowy poligon doświadczalny hitlerowców w Bliźnie. Nieba nad podkarpacką wioską bronią eksperymentalne wiropłaty pionowego startu i lądowania Focke-Wulf Triebflügel. Jeden z Halifaxów transportuje na swoim pokładzie, oprócz zaopatrzenia dla partyzantów z Armii Krajowej, amerykańskiego pilota – Maksa, którego mieliśmy okazję poznać w pierwszej odsłonie cyklu.

Dla przypomnienia: Max jest Polakiem żydowskiego pochodzenia, który przed wojną mieszkał w okolicach Jeleniej Góry. Od dzieciństwa marzył o lataniu. Podobnie zresztą jak dwójka jego bliskich przyjaciół: Hanna i Werner, którzy, aby zrealizować marzenie, dołączyli do partii nazistowskiej. Nasz bohater musiał emigrować, za oceanem wstąpił do armii amerykańskiej, gdzie latał na Corsairach. Teraz na zlecenie wojskowego wywiadu został przerzucony do Polski, aby po latach spotkać się z Hanną Reitsch. Misja, w której pomagają Maksowi polscy partyzanci, ma na celu wyeliminowanie najlepszej pilotki III Rzeszy.

Sposób prowadzenia akcji w bieżącym tomie jest taki sam, co w „jedynce”. Fabuła rozwija się poprzez dwie linie narracyjne, które zgrabnie się ze sobą przeplatają. Pierwsza przedstawia aktualne wydarzenia. Natomiast dzięki drugiej poznajemy szczegóły z przeszłości bohaterów, m.in. dowiadujemy się dlaczego cykl nosi tytuł Niedźwiedzi kieł. Czy naszemu bohaterowi uda się niepostrzeżenie wniknąć do tajnej bazy Luftwaffe? Czy uniknie zdekonspirowania? Czy będzie potrafił zapomnieć o emocjonalnej więzi, jaka łączy go z oblatywaczką i w odpowiednim momencie nie zawaha się zabić przyjaciółki?

Album, a właściwie cała seria, może się podobać ze względu na bardzo precyzyjny i czysty rysunek. Alain Henriet dołożył wszelkich starań w celu dokładnego odwzorowania niemieckich samolotów, mundurów i innych pojazdów mechanicznych. Równie dobrze radzi sobie z przedstawieniem występujących postaci oraz ukazaniem dynamicznych scen walk powietrznych. Dzięki powiększonemu formatowi komiksu całość jest miła dla oka, plansze – zbudowane bardzo klasycznie – wywierają silne wrażenie.

Od dziesięcioleci Wunderwaffe rozpala fantazję historyków i fascynatów II wojny światowej. Scenarzysta, Yann le Pennetier, trochę nagina rzeczywistość, gdyż wiropłaty Triebflügel nie wyszły z fazy testów w tunelu aerodynamicznym, a załogowych wersji pocisku V-1, mimo przeszkolenia kilkudziesięciu pilotów, nie użyto na polu walki. Powyższe nieścisłości nie mają specjalnego znaczenia, gdyż Hanna nie jest komiksem stricte historycznym, to pozycja przygodowa z wątkami obyczajowymi, którą czyta się z zainteresowaniem.

Yann {właśc. Yann le Pennetier} (sc.), Alain Henriet (rys.), „Niedźwiedzi kieł #2: Hanna”, tłum. Jakub Kaliński, Scream Comics, Łódź 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 4-, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu: 

Wyspa kobiet

25/07/2017 § Dodaj komentarz


  Seksmisja na tropikalnej wyspie

Fabuła przedstawiona w komiksie Wyspa kobiet rozpoczyna się od dramatycznego wydarzenia. Trwa pierwsza wojna światowa. Słynny i nieustraszony lotnik, Céleste Bompard, pilotuje swój mały dwupłatowiec, który podczas burzy zostaje trafiony piorunem. Skutkiem tego rozbija się na tropikalnej wyspie, leżącej gdzieś pośrodku oceanu. Nasz bohater jakimś cudem ocalał. Niestety wyspa sprawia wrażenie bezludnej i najprawdopodobniej położona jest z dala od szlaków komunikacyjnych. Dlatego Bompard, niczym Robinson Cruzoe, jest zmuszony zorganizować sobie samotne życie, czyli zatroszczyć się o schronienie, pokarm, a także jakoś poradzić sobie z nudą (czyta listy, które miał dostarczyć na front).

Z retrospekcji dowiadujemy się, że przed wojną był pilotem-akrobatą oraz pełnokrwistym playboyem. Na jego pokazy przychodziły tłumy, a kobiety wzdychały, mdlały i „odsłaniały się”. Zresztą o to mu tylko chodziło, aby one go wielbiły, „nosiły na rękach”, zapraszały do łóżka. I właśnie płytkich, opartych na seksie, relacji z płcią piękną brakuje mu najbardziej… Biorąc po uwagę tytuł komiksu dla nikogo nie będzie specjalnym zaskoczeniem i nie zdradzę zbyt wiele, gdy napiszę, że w końcu potrzeby dzielnego pilota zostaną zaspokojone. Koniec końców okaże się, że wyspa wcale nie jest bezludna. Pewnego pięknego dnia protagonista odkrywa osadę, którą zamieszkują piękne i nagie niewiasty. Tak oto dostąpił wniebowstąpienia – za życia znalazł się w raju.

Rzeczywistość jednak okazuje się bardziej brutalna. Kobiety, które zamieszkują wyspę, należą do jakiegoś innego gatunku, bo ani nie rzucają mu się na szyję, ani nie mdleją na jego widok. Panie z zasady nienawidzą wszystkich mężczyzn. Bliżej im do Amazonek królowej Hipolity, niż do czułych Francuzek, z którymi wcześniej miał okazję obcować dzielny pilot. Jak sobie Bompard poradzi sobie w tym antymęskim świecie? Czy ma coś do zaoferowania hardym niewiastom? Omawiany wątek mocno kojarzy się z drugim tomem serii Za Imperium Merwana i Vivèsa, który nomen omen nosi podtytuł Kobiety, gdzie – jak może niektórzy pamiętają: klik! klik! – także została przedstawiona wioska zamieszkała tylko przez przedstawicielki płci przeciwnej. Finał obu opowieści jest oczywiście inny. Nie będę zdradzał kolejnych elementów fabuły, warto samemu zapoznać się z tą przezabawną historią.

Całość jest dziełem Frédérica Leuteliera, który podpisuje się pseudonimem ‘Zanzim’. Kreska artysty przywodzi na myśl prace tuzów komiksu europejskiego: Joanna Sfara czy Bastiena Vivèsa. Z dwóch zasadniczych powodów całość jest ogromnie miła dla oka: 1. fauna i flora egzotycznej wyspy została przedstawiona nadzwyczaj ujmująco; 2. mieszkanki wyspy są pięknymi kobietami i – w przeciwieństwie do wizji Milo Manary – każda z nich jest inna. Kadry na planszy ułożone są klasycznie, równo i pod linijkę. Album prezentuje się atrakcyjnie także ze względu na zastosowaną kolorystykę, autor zastosował dużo ciepłych, jasnych barw.

Fabuła omawianej pozycji prowadzona jest z dowcipnie i dystansem. Sporo scen ma charakter humoru sytuacyjnego. Wyspa kobiet głównie bawi, ale pod płaszczykiem lekkiej i przyjemnej opowieści kryje się satyra na „klasyczny” podział ról między kobietą, a mężczyzną. Nie sądzę, aby Zanzim miał okazję oglądać Seksmisję Juliusza Machulskiego, choć jego komiks mimowolnie się z polskim filmem kojarzy.

Zanzim {właśc. Frédéric Leutelier} (sc. & rys.), „Wyspa kobiet”, tłum. Jakub Syty, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 5, kolory/cienie: 6-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

W koronie #1: Nie ma miejsca jak dąb

21/07/2017 § Dodaj komentarz


 W poszukiwaniu domu

Oficyna Tadam ruszyła z nową serią komiksową dla najmłodszych czytelników. W koronie to wspólne dzieło trójki panów, którzy dość regularnie ze sobą współpracują w ramach kolektywu Pokembry. Podczas przygotowywania publikacji podział zadań przedstawiał się następująco: Bartosz Sztybor – scenariusz i dialogi, Piotr Nowacki – rysunki i liternictwo, Łukasz Mazur – kolory i skład.

Pierwszy tom nosi intrygujący podtytuł Nie ma miejsca jak dąb, który mimowolnie kojarzy mi się z piosenką Nie ma miejsca jak dom rapera Piha (właśc. Adam Piechocki). Powinowactwo nie sprowadza się tyko i wyłącznie do samego tytułu, jest troszeczkę głębsze. Zresztą scenarzysta dał się już poznać jako wielbiciel hip-hopowych rytmów. W książce Niebieska Kapturka (klik! klik!) zdołał połączyć rymowane teksty, które napisane zostały slangiem z pozytywnym przesłaniem skądinąd krwawej opowieści.

Wróćmy jednak do omawianego komiksu. Głównym bohaterem powieści jest żółw Tudo, który rzekomo wcale nie jest żółwiem, a wroną. Tak przynajmniej twierdzi kandydat na prezydenta wszystkich żółwi. Trochę to absurdalne. Całe zamieszanie bierze się z tego, że gdy Tudo się kąpał, ktoś zajumał jego skorupę i przez to został zmuszony do opuszczenia gadziej społeczności. Nieposiadanie skorupy wiąże się z jeszcze jednym wielkim utrapieniem. Nasz bohater nagle staje się bezdomnym. Okoliczności sprawiają, że musi wyruszyć w świat, aby znaleźć nowy dom. I w tym miejscu pojawia się tytułowy Dąb, który, jak nie trudno się domyślić, zostaje zaanektowany przez protagonistę na nowe siedlisko. Po drodze małoletni żółwik spotyka kreta i małpę, z którymi się zaprzyjaźnia. Cała trójka „wynajmuje” mieszkanie w tej samej leśnej „kamienicy”.

Dużo dobrej roboty wykonali rysownik i kolorysta. Z albumu na album kreska Nowackiego ewoluuje (w dobrym kierunku!). Dobrze wiemy, że artysta potrafi tak narysować postaci, że z miejsca (tj. od pierwszego spojrzenia) wzbudzają w czytelniku sympatię. Tudo i Simia to prawdziwe mistrzostwo przedstawienia. Wskazana para tak mi się podoba, ponieważ widać pewne odejście od cartoonowej stylistyki. Co prawda nadal postaci są wyraźnie uproszczone, ale kreska jest jakby mniej obła. Dzięki wprowadzonym zmianom rysownik zyskuje możliwość wprowadzenia bardziej rozbudowanej mimiki i większej gestykulacji. A to przemawia na korzyść. Warto wspomnieć o jeszcze jednym novum: plansze zbudowano bez użycia ramek. Nadal są kadry, zwykle cztery na stronie, ale nie linia a kolor separuje je od siebie. W tym aspekcie przypomina mi to metodę zastosowaną przez Delphine Bournay w serii Chrupek i Miętus (Przy okazji kolejny raz chciałbym wyrazić swój żal, że wydawnictwo Dwie Siostry przerwało prezentację tego świetnego cyklu.).

Ważnym elementem fabuły, o którym do tej pory nie wspominałem, jest wątek „polityczny”. Jeśli spojrzymy na W koronie pod tym kontem, to okaże się, że obok opowieści stricte przygodowej, otrzymaliśmy podstawową lekcję demokracji bezpośredniej. Pisarz wprost mówi o wolności, kandydowaniu czy głosowaniu na prezydenta. To bardzo ważne, aby książki dla dzieci wprowadzały „świeże i aktualne spojrzenia na ważne zagadnienia społeczne” (patrz: seria Książki Jutra od Wydawnictwa Tako). Liczę, że kolejne odsłony podążą dokładnie w tym kierunku.

Bartosz Sztybor (sc.), Piotr Nowacki (rys.), „W koronie #1: Nie ma miejsca jak dąb”, Wydawnictwo Tadam, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 6]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with gildia komiksu at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: