Golden Dogs #2: Orwood

19/10/2017 § Dodaj komentarz


Złote Psy idą w rozsypkę

Złote Psy świetnie sobie radzą. Skoki stają się coraz bardziej zuchwałe i bezczelne. Fama, jaką zdobył sobie kwartet złodziei, dotarła z jednej strony do najbardziej mrocznych zaułków Londynu, a z drugiej na salony arystokracji. Bohaterowie pławią się w sukcesie i samouwielbieniu. Przychodzi moment na najważniejszy skok w karierze. Czy wszystko pójdzie zgodnie z planem? Czy lojalność członków gangu względem siebie oraz oddanie sprawie są na tyle silne, że stawią czoła przeciwnościom?

Wydawać by się mogło, że skoro podtytuł „dwójki” brzmi Orwood, to fabuła skupiać się będzie na postaci przywódcy złodziejskiej szajki, który skrywa niejeden mroczny seret. Narratorką ponownie jest Fanny, która – jak pamiętamy z poprzedniej częścijest niezdrowo zafascynowana tytułowym mężczyzną i w końcu dopina swego, czyli regularnie uprawia z nim seks. Opowieść dziewczyny zawiera kilka faktów o kochanku, które udało jej się odkryć, ale głównie relacjonuje, jak doszło do rozpadu grupy i jakie były dalsze jej losy.

Stephen Desberg nie poradził sobie z rozplanowaniem fabuły w drugiej połowie bieżącej odsłony. „Mrocznemu” sekretowi Orwooda, który stanowił podwaliny postaci, pisarz poświęca za mało uwagi. Zresztą, gdy w końcu zostaje ujawniony, to okazuje się, że jest on nijaki. A od momentu ucieczki Fanny z Londynu historia staje się nudna i tendencyjna. Naiwność oraz głupota narratorki ogromnie irytują. Z biegiem akcji postać traci wszelkie psychologiczne uzasadnienie.

Na szczęście nie zawodzi oprawa graficzna. Griffo utrzymuje poziom znany z pierwszego albumu: wyraźny kontur, szeroka gama ludzkich typów zaludniających opowieść, realistyczne przedstawienie, które miejscami ociera się o cartoon i zajmująca scenografia kolejnych lokacji. Układ kadrów na planszy jest klasyczny, żadnych eksperymentów i zabaw z narracją wizualną. Podobnie rzecz ma się z perspektywą – używana jest głównie linearna.

Być może mylę się w swoich rozpoznaniach. Być może scenarzysta specjalnie w ten sposób poprowadził historię, aby podkreślić naiwność oraz prostolinijność narratorki. I w kolejnym albumie zafunduje niespodziewaną woltę. Oby tak właśnie było, czego życzę wszystkim czytelnikom i sobie.

Stéphen Desberg (sc.), Griffo {właśc. Werner Goelen} (rys.), „Golden Dogs #2: Orwood”, tłum. Andrzej Luniak, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 2, rysunki: 4-, kolory/cienie: 3+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Reklamy

Golden Dogs #1: Fanny

18/10/2017 § Dodaj komentarz


 Złote Psy z Londynu

Golden Dogs to francuska, czteroodcinkowa seria komiksowa, która wyszła spod ręki scenarzysty Stephena Desberga oraz rysownika Wernera Goelena, podpisującego się przydomkiem Griffo. Polskim edytorem jest oficyna Scream Comics, która w tym roku wypuściła na rynek już dwie części: Fanny oraz Orwood. Każdy z kolejnych tomów nosi podtytuł związany z imieniem lub pseudonimem głównych bohaterów opowieści. Kwartet składa się z dwóch kobiet i dwóch mężczyzn.

Akcja komiksu rozgrywa się w brudnych i ciemnych zaułkach XIX-wiecznego Londynu. Narratorką „jedynki” jest Fanny, która opowiada, jak doszło do utworzenia złodziejskiego gangu o nazwie Golden Dogs. Dzięki retrospekcji dowiadujemy się, że już od najmłodszych lat dziewczyna nie miała lekkiego życia. Wcześnie osierocona, uciekła z prowincji do wielkiego miasta – Londynu, gdzie podjęła się wykonywania „najstarszego zawodu świata”. Pracuje w podejrzanych spelunach i na ulicach, jednak ma dużo większe ambicje. Dlatego nie waha się, gdy charyzmatyczny, tajemniczy Orwood proponuje jej przyłączenie się do szajki złodziei.

Opowieść zamieszczona w albumie ma charakter typowej genezy. Zostają przedstawione występujące postaci oraz ukazane pewne więzy ich łączące. Do Złotych Psów, obok wspomnianej powyżej dwójki, należą: uwolniona z więzienia Lukrecja oraz aktor operowy Lario, który nadzwyczaj biegle posługuje się sztyletem. Scenarzysta każdemu z bohaterów poświęca kilka scen, ale zdradza niewiele informacji o ich przeszłości. Tymczasem wiemy, że wszyscy skrywają jakieś tajemnice.

Za oprawę graficzną odpowiada belgijski rysownik, którego prace w Polsce mieliśmy okazję oglądać seriach komiksowych Giacomo C. oraz Vlad. Artysta posługuje się wyrazistym konturem, jego kreska jest mocna i dobitna. Postaci ukazano realistycznie, chociaż miejscami, szczególnie w wypadku stróżów prawa, typów spod ciemnej gwiazdy czy bogaczy, możemy dostrzec karykaturalne zacięcie. Niemała część akcji rozgrywa się w domach publicznych oraz w sypialniach (komiks przeznaczony jest dla dorosłego czytelnika), dlatego widzimy roznegliżowane kobiety i sceny seksu. Trochę szwankuje mimika i dynamika postaci, za to całkiem nieźle wypada przedstawienie miasta.

Debiut serii wydaje się na tyle intrygujący, że warto zapoznać się z propozycją Desberga i Goelena. Zresztą pisarz zadbał o to, aby czytelnik sięgnął po kolejną odsłonę, gdyż włożył w usta narratorki wypowiedź: „Byliśmy nierozłączni, ponieważ zespoiły nas trudy życia. Było nas czworo. Ale był wśród nas zdrajca. I dlatego wszystko się skończyło”. Po lekturze tomu pierwszego ta kwestia wciąż pozostaje otwarta…

Stephen Desberg (sc.), Griffo {właśc. Werner Goelen} (rys.), „Golden Dogs #1: Fanny”, tłum. Andrzej Luniak, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 3+, rysunki: 4-, kolory/cienie: 3+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Grzech Pierworodny

13/10/2017 § Dodaj komentarz


 Kto i dlaczego zabił Watchera?

Mam nieodparte wrażenie, że uniwersum Marvela crossoverami oraz eventami stoi. I wszystkie są znaczące i przełomowe. Po każdym świat superbohaterów ewoluuje. Założenie Domu Pomysłów jest jasne: chodzi o rewolucję, postawienie rzeczywistości na głowie. Wszystko dlatego, że liczy się dynamika zmiany i sprzedaży… Anihilacja, Bitwa Atomu, Ród M, Tajna Inwazja, Tajna Wojna, Avengers kontra X-Men, Wojna Domowa, Nieskończoność, a teraz do zestawu dochodzi jeszcze Grzech Pierworodny.

Fabuła omawianego komiksu, za którą odpowiedzialni są Jason Aaron, Ed Brubaker i Mark Waid, skupia się wokół śmierci Watchera Uatu. Watcher to istota mieszkająca na Księżycu, która od dawien dawna obserwuje (podgląda) Ziemię i jej mieszkańców. Zasadniczo jest bezstronny, nie ocenia i bezpośrednio się nie angażuje. Tylko patrzy. Widzi wszystko i wszystkich. Tak więc zna każdą, nawet najbardziej skrywaną, tajemnicę. Nie zaspojleruję, gdy napiszę, że bohater zostaje zamordowany, a także bestialsko okaleczony. Komu zależało na tym, aby pozbawić go życia? Czy zginął, gdyż zobaczył coś czego nie powinien? A może motywem była chęć przejęcia wiedzy i technologii? W końcu – informacja to władza.

Niczym w najlepszym kryminale na plan pierwszy wysuwają się pytania: Kto zabił i dlaczego? Śledztwo prowadzone jest kilkutorowo: oficjalnie i nie. Główne Kapitan Ameryka zleca Nickowi Fury’emu, pozostałe prowadzone są przez oryginalne zespoły herosów. Dla przykładu jedna z grup składa się z Zimowego Żołnierza, Moon Knigta i Gamory. Długo nie wiadomo, kto wysłał w teren małe grupy. Scenarzyści wprowadzają do fabuły mniej znanych łotrów i to w moim mniemaniu należy zaliczyć na plus. Równie wartościowym elementem fabuły zdaje się twist związany z postacią Fury’ego. Osobiście wątek związany z byłym liderem S.H.I.E.L.D. uważam za najbardziej atrakcyjny.

Większość materiału została narysowana przez Mike’a Deodato. Ilustracje pochodzącego z Brazylii artysty są bogate w szczegóły, a przedstawienie postaci jest realistyczne. Zwraca uwagę dynamika scen walki, dobre wykorzystanie linii ruchu oraz światłocienia. Układ kadrów na planszy częstokroć odbiega od klasycznego sposobu kadrowania i układu paneli. Całość wykonano rzetelnie i na dobrym poziomie (tj. bez anatomicznych kiksów czy potworków). Oprawa graficzna jest spójna, a także współgra z warstwą narracyjną.

Jak (i czy) śmierć Watchera wpłynie na uniwersum? Czy po Grzechu Pierworodnym świat superbohaterów Marvela faktycznie nie będzie już taki sam? O tym przekonamy się w późniejszym terminie. Tymczasem nie pozostaje mi nic innego, jak tylko namówić was do przeczytania „kolejnej przełomowej historii”. Cierpieć nie będziecie, bo akcja wciąga – tom czyta się za jednym podejściem.

Jason Aaron & Ed Brubaker & Mark Waid (sc.), Mike Deodato & Jim Cheung & Javier Pulido & Paco Medina (rys.), „Grzech Pierworodny”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz & Piotr Cholewa, Klub Świata Komiksu – album 1182, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Anihilacja. Tom 2

06/10/2017 § Dodaj komentarz


 Silver Surfer, Super-Skrull oraz Ronan kontra Fala Anihilacji

Anihilus i jego horda owadopodobnych żołnierzy z uporem psychopatycznych maniaków, nie zważając na nic i na nikogo, prą do przodu. Dni mijają „spokojnie”, rutynowo – na podboju kolejnych planet i układów. Nic i nikt nie jest w stanie przeciwstawić się Fali Anihilacji. Wszystko przebiega zgodnie ze wcześniej ustalonym planem wielkiego Lorda A. Nawet Skrullom nie udaje się nawiązać równej walki. Drugi tom kosmicznego eventu przynosi ze sobą trzy fabuły, które ułożone są chronologicznie względem kolejnych dni najazdu.

Anihilacja: Silver Surfer (sc.: Keith Giffen, rys.: Renato Arlem)
Były herold Galactusa na swojej srebrnej desce przemierza kosmos. W pewnym miejscu natyka się na wielkie i bezmyślne zniszczenia. Bezmiar kataklizmu wywołuje złość, współczucie oraz poczucie straty. Następnie spotyka łowców z elitarnej jednostki Lorda, którzy zaatakowali Gabriela Air-Walkera (również byłego herolda Pożeracza Światów). Srebrny także zostaje napadnięty i ostatecznie musi salwować się ucieczką. Czego od heroldów chce Annihilus? Dlaczego na nich poluje?
Lubię Surfera. Mam do niego pewien, bliżej nieokreślony, sentyment. Moja sympatia bierze się z tego, że bohater wstrzymuje się od przemocy, że jest współczujący.
Omawiana opowieść jest jedną z ciekawszych w bieżącym tomie. Scenarzysta daje nam okazję spotkania z innymi heroldami Pożeracza Światów, a i on sam także się pojawia. Dodatkowym smaczkiem jest wątek, w którym Szalony Tytan – Thanos – dobija targu z władcą Stefy Negatywnej. Możemy domniemywać, że umowa obu panów będzie miała daleko idące następstwa w kolejnych dniach Anihilacji.

Anihilacja: Super-Skrull (sc.: Javier Grillo-Marxuach, rys.: Greg Titus)
Kl’rt, lepiej znany pod pseudonimem Super-Skrull, to bezwzględny i zły do szpiku kości morderca, który skupia w sobie wszystkie moce ziemskiej Fantastycznej Czwórki: jest rozciągliwy, strzela ogniem, potrafi być niewidzialnym i zmieniać swoje ciało w kamień. Postać w uniwersum Marvela gra głównie role antybohatera. W omawianej fabule ukazana zostaje jednak z zupełnie innej strony.
Super-Skrull postanawia samodzielnie walczyć ze Falą i zniszczyć kosmiczny statek zwany Żniwiarzem Annihilusa, który stanowi realne zagrożenie dla każdej planety. Plan ma dość prosty: skoro Lord przybył ze Strefy Negatywnej, to tam muszą być osoby, które go nienawidzą i chętnie sprzymierzą się, aby go zniszczyć.
Choć odcinek wizualnie przypomina parodię opowieści z udziałem Fantastic Four, to pod względem fabularnym całość mocno skupia się na psychologii głównej postaci, co stanowi główny plus opowieści.

Anihilacja: Ronan (sc.: Simon Furman, rys.: Dave McCaig)
Ostatnia fabuła poświęcona została Ronanowi Oskarżycielowi, który należy do rasy niebieskich Kree. Akcja w niewielkim stopniu wiąże się z głównym wątkiem serii. Żołnierze Annihilusa pojawiają się niby przypadkiem, a większa część fabuły koncentruje się na prywatnym śledztwie Ronana.
Bohater został oskarżony o zdradę i teraz próbuje oczyścić swoje imię. A także odkryć, komu zależało na tym, aby przestał pełnić funkcję Oskarżyciela. W tym celu musi przesłuchać głównego świadka zeznającego przeciw niemu – Tanę Nile, która ukryła się na planecie Godthab Omega, wśród Gracji.
Ostatnia część drugiego tomu, to głównie spektakularna nawalanka i poza pojedynkami Oskarżyciela z Nebulą czy z Gamorą nie oferuje niczego więcej.

Tytułem podsumowania: Anihilacja to jeden z najbardziej widowiskowych i ciekawie poprowadzonych kosmicznych eventów Marvela. Dobrze, że został zaprezentowany polskiemu czytelnikowi. Cykl mogą śmiało czytać także osoby, które mają słabe rozeznanie w uniwersum amerykańskiego edytora, gdyż nie pojawiają się flagowi herosi, tacy jak Spider-Man, Kapitan Ameryka, Iron-Man czy Thor. Rzecz została zaludniona mniej znanymi bohaterami. Trochę tylko szkoda, że w bieżącym tomie nie pojawiają się „gwiazdy” z jedynki: Drax, Kami czy Nova.

Keith Giffen & Javier Grillo-Marxuach & Simon Furman (sc.), Renato Arlem & Gregory Titus & Jorge Lucas (rys.), „Anihilacja. Tom 2”, przeł. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1129, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 3, kolory/cienie: 3]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Suicide Squad #2: Zderzenie ze ścianą

05/10/2017 § Dodaj komentarz


 Z koniem kopać się nie należy

W ubiegłym roku w Polsce ukazał się pierwszy album z serii Suicide Squad. Głównie ze względu na osobę scenarzysty – Alesa Kota – wiele obiecywałem sobie po Nadzorować i karać, dużo więcej niż po filmie Davida Ayera. Muszę jednak przyznać, że lektura komiksu była dla mnie wielkim rozczarowaniem. Druga odsłona, która nosi podtytuł Zderzenie ze ścianą, wypada niewiele lepiej.

Rzecz rozpoczyna się one-shotem Ofiary burzy napisanym przez Jima Zuba. W historii nie występuje żaden członek Oddziału Samobójców, całość skupia się na Amandzie Waller, która musi poradzić sobie w ekstremalnej sytuacji. Kobieta eskortuje pewnego naukowca, na którego poluje obdarzony supermocami mężczyzna, znany pod kryptonimem Kriger-3. Podczas zdarzenia Waller próbuje chronić podwładnych oraz cywili, jednak w ostatecznym rozrachunku będzie musiała dokonać trudnego wyboru – kogo poświęcić? Niniejsza próba nadania psychologicznej głębi postaci pani dyrektor wypada dość interesująco.

Dalej otrzymujemy główną opowieść, która rozgrywa się w więzieniu Belle Reve w czasie trwania eventu Wieczne Zło (klik! klik!). Dlatego trochę szkoda, że album nie trafił do sprzedaży równolegle ze wspomnianym crossoverem. Dla przypomnienia: podczas zdarzenia zapodziali się gdzieś główni ziemscy superbohaterowie, a władzę nad planetą przejął Syndykat Zbrodni. Jeden z osadzonych w Belle Reve więźniów, Thinker, podejmuje współpracę z Syndykatem. Ma za zadanie odnaleźć tajną broń ukrytą gdzieś przez panią naczelnik. Waller wysyła swój oddział, składający się z Deadshota, Harley Quinn i Kapitana Bumeranga, aby udaremnili plany przejęcia broni.

Thinker, podszywając się pod Waller, montuje swój Suicide Squad. Dwie ekipy spotykają się w budynku więzienia i, oczywiście, zaczynają ze sobą walczyć. Jakby komuś było mało, to scenarzysta angażuje jeszcze Jamesa Gordona juniora, King Sharka, Kamo oraz kilka innych postaci, które – powiedzmy to sobie szczerze – niczego ciekawego do fabuły nie wnoszą. Rzecz wypada blado, choć jak wspomniałem trochę lepiej od „jedynki”, jednakże ciężko całość oceniać pozytywnie.

Pod względem graficznym również nie jest dobrze. W projekt zaangażowano aż dziesięciu (sic!) rysowników. Rozumiem, że powodem były napięte terminy. Niestety odbija się to wyraźnie na jakości ilustracji. Najlepiej wypada otwierająca album fabuła, a to dlatego, że przygotowana została przez jednego artystę. Scott Hanna dobrze radzi sobie z dynamiką scen, ale już z precyzją anatomiczną występujących postaci jest gorzej. Sporo scen rozgrywa się podczas burzy śnieżnej, dość ciekawie prezentują się kadry, na których ukazano padający śnieg.

Album Zderzenie ze ścianą to jedna, niczym nie uzasadniona, nawalanka, gdzie każdy walczy z każdym. Całość stanowi popis fabularnej miernoty, ciężko mówić o jakiejkolwiek nadrzędnej akcji, hitoria zmierza donikąd. Finalnie: właściwie o nic nie chodzi. Komiks jedynie dla wielkich fanów Oddziału Samobójców.

Matt Kindt & Jim Zub & Sean Ryan (sc.), Patrick Zircher & Scott Hanna & Jim Fern & Rafa Sandoval & inni (rys.), „Suicide Squad #2: Zderzenie ze ścianą”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1088, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 2, rysunki: 2+, kolory/cienie: 3]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Samuraj Jack #1: Sploty czasu

02/10/2017 § Dodaj komentarz


 Wielki powrót Samuraja Jacka?

W latach 2002-2004 stacja Cartoon Network wyemitowała cztery sezony serialu Samuraj Jack, który z biegiem lat zyskał wśród widzów status kultowej animacji. Pewnie dlatego w ubiegłym roku zdecydowano się na nakręcenie kontynuacji. Sezon piąty składa się z dziesięciu odcinków i był wyświetlany (między marcem a majem 2016) w bloku Adult Swim. W Polsce emisję uczczono premierą pierwszego tomu komiksowej serii o dzielnym i szlachetnym samuraju. Za oceanem dwadzieścia „kolorowych zeszytów” opublikowano latach 2013-2015, które następnie zostały zaprezentowane w czterech zbiorczych tomach. Oryginalnym wydawcą jest IDW Publishing; za edycję w naszym kraju odpowiedzialna jest oficyna SJG Komiks, która stanowi imprint Studia JG.

Na pierwszą odsłonę składa się zamknięta, pięciorozdziałowa historia o podtytule Sploty czasu. Fabuła jest raczej prosta i wyraźnie odwołuje się do schematów narracyjnych animacji: Samuraj Jack został zesłany przez demona Aku w przyszłość, która jest całkowicie podporządkowana potworowi. Nasz bohater szuka możliwości powrotu do przeszłości, aby uniemożliwić antagoniście przejęcie władzy. Dlatego spotyka się z mędrcem – Widzącym Soule’em. Starzec opowiada mu o pewnym magicznym artefakcie, zwanym Sznurem Eonów, dzięki niemu Aku nauczył się podróżować w czasie, ale gdy odkrył tajniki mocy rozerwał sznur i rozrzucił włókna po świecie. Chcąc znów korzystać z magii talizmanu należy zebrać nici razem. Wystarczy odszukać pierwsze włókno, a ono poprowadzi do kolejnego.

Jack wyrusza na spotkanie przygody, a właściwie kilku różnych przygód. Aby odzyskać szczątki artefaktu będzie musiał stoczyć niejeden pojedynek, a każdy kolejny przeciwnik jest silniejszy i sprytniejszy od poprzedniego. W finale przyjdzie mu zmierzyć się z demonem Aku i podjąć decyzję w jaki sposób użyć mocy zrekonstruowanego talizmanu. Powiedzmy wprost: fabuła komiksu ma charakter pretekstowy i właściwie sprowadza się do bezpośredniego konfrontowania się z kolejnymi złoczyńcami. Sam bohater ukazany zostaje jako prawy, szczery i zwycięski. Recenzowana pozycja jest ponadczasową opowieścią o zmaganiach dobra ze złem.

Warstwa graficzna albumu wiernie oddaje klimat animacji. Kreska Andy’ego Suriano jest wyraźnie kanciasta (sporo linii prostych), co współgra z szybkimi i pewnymi pociągnięciami samurajskiego miecza. Ilustracje charakteryzują się dużą ekspresją, miejscami sporo się trzeba natrudzić, aby w plątaniny linii wyłuskać właściwy kształt postaci, z którą aktualnie walczy Jack. Pamiętajmy, akcja rozgrywa się w przyszłości, stąd roboty, cyborgi, ale i demony, smoki oraz inne potwory. Podobają mi się wyraziste kolory oraz permanentne używanie komputerowo przygotowanych rastrów.

Po komiks mogą śmiało sięgnąć osoby, które nigdy wcześniej nie spotkały Samuraja Jacka, ponieważ stanowi samoistną i odrębną całość. Chociaż domniemywam, że główny trzon polskich czytelników stanowią ci, którzy kierują się pewnym sentymentem względem postaci. Mimo wszystko namawiam, aby publikację podsunąć młodszym czytelnikom, gdyż została przygotowana z myślą o nich.

Jim Zub {właśc. Jim Zubkavich} (sc.), Andy Suriano (rys.), „Samuraj Jack #1: Sploty czasu”, tłum. Jan Godwod, Wydawnictwo Studio JG, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 5, kolory/cienie: 5-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Łabędzi śpiew #1: Jutro będzie już po nas

19/09/2017 § Dodaj komentarz


 Porucznik Katzinski i jego żołnierze

Akcja komiksu Łabędzi śpiew rozgrywa się dokładnie sto lat temu. I wojna światowa w pełnej krasie: nędzne okopy, błoto, brak ciepłych posiłków, bezsensowne szarże pod osłoną prowizorycznych czołgów, beznadzieja i frustracja. Bohaterami są francuscy żołnierze z kompanii dowodzonej przez porucznika Katzinskiego, których poznajemy, gdy wracają z niezbyt udanej wiosennej kampanii. Do Zgromadzenia Narodowego, obradującego w Paryżu, nie docierają prawdziwe informacje o aktualnym stanie działań wojennych. Wysoko postawieni generałowie świadomie wprowadzają w błąd parlamentarzystów.

Jednak jest nadzieja, że sytuacja może ulec zmianie, że niepotrzebne masakry mogą się zakończyć, że wojna może się w końcu skończyć. A to za sprawą tak zwanej Petycji ze wzgórza 108, która – jeśli dotrze do Paryża dokładnie za trzy dni – może odmienić losy zwykłych żołnierzy. W przekazanie dokumentu zostają zaangażowani podwładni porucznika Katzinskiego. I w tym miejscu następuje wolta. Stricte wojenna opowieść przeradza się z pełną niebezpieczeństw, przygodowo-awanturniczą historię. Na plan pierwszy, miast spadających bomb, wysuwają się psychologiczne i fizyczne konsekwencje decyzji podjętych przez występujące postaci. Nie będę szeroko przybliżał fabuły, wspomnę jedynie, że żołnierze wstępują na drogę bezprawia – dezerterują z linii frontu i zostają zabójcami.

Pod względem fabularnym album Jutro będzie już po nas wypada intrygująco. Innym powodem, dla którego warto się z omawianym komiksem zapoznać jest oprawa graficzna autorstwa Cédrica Babouche’a. Dla francuskiego rysownika jest to pierwsza pełnometrażowa przygoda z „kolorowymi zeszytami”, wcześniej pracował przy produkcji filmów animowanych. I trzeba przyznać, że szlify, które zdobył podczas pracy animatora są widoczne gołym okiem: rozedrgana kreska, linie nakładane jedna na drugą oraz przesunięcie koloru względem konturu. Wspomniane zabiegi sprawiają wrażenie, że postaci faktycznie są w ruchu. Sceny rozgrywające się na froncie (wybuchy, szarża czy ucieczka) nakreślone zostały z duża dynamiką i ekspresją. Pod tym względem świetnie wypadają plansze na stronach od 8 do 11. Artysta nieźle sobie radzi z kolorem, który nakłada za pomocą farb wodnych. I chociaż większość plansz ma monochromatyczny charakter, to te, na których ukazana została przyroda, prezentują się nadzwyczaj dobrze. W zestawie dodatków zamieszczonych na końcu tomu możemy zapoznać się z całym procesem powstawania planszy – od pierwszego szkicu, a do finalnego przedstawiania.

Omawiana produkcja jest owocem współpracy pary scenarzystów. Dobrze znanego i cenionego w naszym kraju Xaviera Dorisona (Long John Silver, W.E.S.T., Fechmistrz czy Undertaker) oraz Emmanuela Herzeta. Drugiego z panów możemy kojarzyć z komiksu Wydział Lincoln, który – jak może pamiętamy – został zilustrowany przez naszego rodaka Piotra Kowalskiego. Cieszy, że cykl Łabędzi śpiew to tylko dyptyk. „Jedynka” nie zawodzi, bo kieruje narrację w stronę political fiction. Dlatego chętnie sięgnę po następną odsłonę. A was tymczasem namawiam na bliższe zapoznanie się z podwładnymi porucznika Katzinskiego.

 Xavier Dorison & Emmanuel Herzet (sc.), Cédric Babouche (rys.), „Łabędzi śpiew #1: Jutro będzie już po nas”, tłum. Jakub Syty, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4-, kolory/cienie: 3]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with gildia komiksu at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: