Tulipanek

16/06/2017 § Dodaj komentarz


 Przeszłość narysowana na ciele

Tulipanek to komiks, za który odpowiadają Jérôme Charyn oraz Francois Boucq. Zarówno scenarzysta, jak i rysownik są twórcami w Polsce rozpoznawalnymi. Warto wspomnieć, że obaj panowie odpowiedzialni są za album Czarcia morda, dodatkowo grafika kojarzyć możemy też z westernowej serii Bouncer (klik! klik!). Choćby dlatego wypada się publikacją zainteresować.

Akcja komiksu rozpoczyna się w Nowym Jorku w 1970 roku. Niejaki Paul prowadzi jednoosobowy zakład tatuażu, a dodatkowo – jako rysownik – współpracuje z lokalną policją przy tworzeniu portretów pamięciowych przestępców. Mężczyzna naprawdę ma na imię Pawieł i kiedyś wraz z rodzicami mieszkał z ZSRR. Jego ojciec chciał pracować z Siergiejem Eisensteinem i dlatego pod koniec lat 40. XX wieku przywiózł rodzinę ze Stanów do Rosji. Z perspektywy czasu, to była bardzo zła decyzja, gdyż aparat komunistyczny uznał ich za szpiegów i zesłał do gułagu na Syberię. Siedmioletniego wówczas chłopca rozdzielono z rodzicami, musiał sam sobie radzić, aby jakoś przetrwać.

Scenarzysta prowadzi fabułę dwutorowo. Pierwszy wątek rozgrywa się tu i teraz, ma poniekąd kryminalny charakter: w Nowym Jorku ktoś bestialsko morduje kobiety, które nocą samotnie wracają do domu. Bohater musi, chcąc nie chcąc, stawić czoło przeszłości. Drugi wątek ma w formę retrospekcji. Pisarz nie oszczędza czytelnika, który poznaje potworne, przerażające szczegóły życia w obozie, gdzie wymuszania, gwałty, bicie i inne bestialskie zachowania są na porządku dziennym. W tym aspekcie komiks ukazuje koszmarną rzeczywistość, obok której nie da się przejść obojętnie. Włosy jeżą się na głowie.

Charyn z wielkim znawstwem przybliża obozowe zasady, hierarchię więźniów, ich zadziwiający (i odrażający) kodeks honorowy. Partie komiksu poświęcone codzienności w gułagu są niemiłe, ale i wciągające. Chyba nie zdradzę za dużo, gdy napiszę, że bohaterowi udało się przeżyć pobyt w obozie ponieważ poznał arkana sztuki „rysowania na skórze”. Jak mówi jeden z osadzonych: „Tatuaż (…) jest dla nas święty. W regionie kołymskim tatuaże nadają nam tożsamość”.

Wizualnie komiks prezentuje się nadzwyczaj dobrze. Boucq ma zadziwiający styl rysownia, ponieważ łączy elementy nadzwyczaj realistyczne z wyraźnie karykaturalnymi. Dotyczy to w szczególności fizjonomii występujących postaci. W wypadku recenzowanej pozycji maniera dobrze się sprawdza, gdyż dzięki owemu przerysowaniu czytelnik może nabrać dystansu do ukazanych zdarzeń. Zastosowane kadrowanie jest bardzo klasyczne, co także ułatwia odbiór.

Jak wspomniałem, lektura Tulipanka nie jest miłym doświadczeniem. Ze względu na prawdziwość i szczerość relacji komiks przeznaczony jest tylko i wyłącznie dla dorosłego czytelnika. Oficyna Scream Comics kolejny raz spisała się na medal: album wydano w powiększonym formacie i w twardej oprawie. Dodatkowo polska edycja, w przeciwieństwie do amerykańskiej, nie została ocenzurowana. Albumu nie polecam osobom wrażliwym, które nie były w stanie doczytać do końca Pożegnania z Marią Tadeusza Borowskiego.

Jérôme Charyn (sc.), François Boucq (rys.), „Tulipanek”, tłum. Paweł Biskupski, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Barakuda #1: Niewolnicy

04/05/2017 § Dodaj komentarz


Prawdziwi piraci z Karaibów

Jean Dufaux to artysta znany i uznany, mogący poszczycić się długą listą komiksów, które powstały do jego scenariuszy. Nawet w naszym kraju jest reprezentowany przez sporą ilość dzieł, wystarczy wymienić choćby: Skargę Utraconych Ziem, Krucjatę, Konkwistadora czy Murenę. Niedawno, za sprawą oficyny Taurus Media, do powyższego zbioru doszedł pierwszy tom z serii Barakuda. Wspomniany komiks należy do nurtu opowieści przygodowych, które toczy się w scenerii mórz i oceanów, portów i pirackich okrętów.

Akcja albumu, noszącego tytuł Niewolnicy, rozgrywa się na Karaibach. Pierwsze plansze przedstawiają scenę krwawego abordażu. Tuż przed wejściem na pokład hiszpańskiego okrętu kapitan Blackdog tak mówi to swoich podwładnych: „Żadnych jeńców! Za wyjątkiem kobiet, jeśli tam jakieś są”. Okrutni piraci w pień wycinają całą załogę. Z życiem uchodzi jedynie pan de la Loya, który wygrał pojedynek z młodym synem dowódcy. Z pogromu ocalała jeszcze czwórka innych podróżnych: doña Emilie Sanchez del Scuebo, jej spowiednik oraz dwie młode dziewczyny (jedna z nich to chłopiec przebrany w damskie ciuszki).

Los jednak nie jest dla nich łaskawy, gdyż, po przetransportowaniu do portu Puerto Blanco, kobiety zostają wystawione na sprzedaż. Jeszcze na pokładzie Barakudy, bo taką nazwę nosi korsarski okręt, doña del Scuebo próbuje negocjować z Blackdogiem: liczy, że jak poda informację o miejscu ukrycia bezcennego diamentu, to ona i jej podopieczni odzyskają wolność. No i przeliczyła się…

Charakter komiksu jest bardzo naturalistyczny. Piraci odarci zostali z całej romantycznej otoczki. Belgijski twórca ukazuje ich bestialstwo, krwiożerczość i wiarołomstwo. Nie ma mowy o żadnym kodeksie honorowym, po trupach do celu, bo liczy się tylko możliwość wzbogacenia (tj. odnalezienie skarbu). Bieżący album przedstawia głównych bohaterów dramatu, nakreśla relacje panujące między nimi. Po pierwszych scenach, gdy czytelnik załapie istotę i przekaz komiksu, można snuć trafne przypuszczenia w jakim kierunku potoczy się akcja.

Za oprawę graficzną albumu odpowiada Jérémy Petiqueux. Powiem wprost: nie podobają mi się jego rysunki. Drażni mnie karykaturalna maniera z jaką ukazano część występujących postaci. Artysta miesza sposoby przedstawiania, na niektórych kadrach ludzie ukazani się realistycznie i szczegółowo, by po chwili powrócić do „swego” stylu. Kiepsko także wypadają sceny zbiorowe, panuje na nich niejaki chaos. Jakoś nie pasują mi do tej opowieści pastelowe kolory, nałożone przez Petiqueux.

Mimo wszystko nie skreślałbym cyklu, gdyż przed nami pięć kolejnych odsłon, w których wiele się może jeszcze wydarzyć. Dufaux zawiązał kilka ciekawych wątków, które mogą pchnąć całość w mniej przewidywalnym kierunku.

 Jean Dufaux (sc.), Jérémy Petiqueux (rys.), „Barakuda #1: Niewolnicy”, tłum. Jakub Syty, Taurus Media, Piaseczno 2017.

 [scenariusz: 4-, rysunki: 2+, kolory/cienie: 3]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Wędrówka przez Morze Czerwone

10/04/2017 § Dodaj komentarz


  Podróżować, to znaczy oddać się zdradzie

Któż z nas nie ma ochoty uciec od rutyny codzienności? Są takie chwile w życiu każdego z nas, w których chcieliśmy diametralnie wszystko zmienić. Zerwać więzy, które podtrzymujemy tylko z przyzwyczajenia lub ze strachu przed nowym i nieznanym. Nadać życiu barw, uczynić bardziej celowym. Marzymy o czymś, ale nie mamy odwagi, aby tego dokonać. Opis oraz ilustracja na okładce komiksu Wędrówka przez Morze Czerwone składają czytelnikowi propozycję podróży. Joël Alessandra zaprasza do wejścia na pokład i popłynięcia razem z Fredem na spotkanie wielkiej przygody.

Wędrówka… to opowieść o charakterze autobiograficznym. Chociaż główny bohater komiksu nosi imię Tom, to bez wątpienia możemy uznać, że jest on alter-ego autora. Opowieść zaczyna się bardzo dramatycznie: pewnego zimowego dnia, prawie dwóch latach choroby, umiera żona bohatera. „Pustka zagościła w moim życiu (…). Moja praca nauczyciela tylko pogarszała stany lękowe…” – notuje na marginesie. Z dnia na dzień czuje się gorzej, popada w apatię, wpada w pułapkę wspomnień o Annie. W końcu postanawia coś zmienić. Zamknąć rozdział poprzez przyjęcie posady nauczyciela rysunku w Dżibuti w Afryce.

Fascynacja i ekscytacja nowymi miejscem, nowymi ludźmi oraz możliwością spełnienia dawnych marzeń pomagają mu ugasić ból po stracie. Rzuca się w wir pracy, biega po mieście z aparatem fotograficznym, notatnikiem i ołówkiem: „Dzięki rysowaniu mogłem poczuć, że żyję”. Wciąż czuje się obcy, jest obserwatorem, a nie uczestnikiem. Tak trwa w pewnym zawieszeniu do czasu spotkania Freda. Panowie wyraźnie się od siebie różnią, a mimo to zawiązuje się między nimi nić przyjaźni. Fred to typek spod ciemnej gwiazdy: przewodnik, przemytnik i zbrojna eskorta w jednym. Tom pozostaje pod wpływem nowego przyjaciela i razem z nim wyrusza, aby przeżyć przygodę. Przygodę, która odmieni całkowicie jego życie.

Fabuła prowadzona jest w formie diariusza, w którym autor zamieszcza zdjęcia, koślawe szkice, wkleja bilety, notuje rozmowy, przepisuje cytaty z aktualnych lektur. Głównie z awanturniczo-przygodowych powieści Henry’ego de Monfreid, ale wspomina się także o Josephie Conradzie czy Josephie Kesselu. W tym aspekcie recenzowana pozycja jest fascynującym dziennikiem, świadectwem przemiany jaka zachodzi w bohaterze dzięki nowemu przyjacielowi i przeżytej przygodzie.

Wizualnie album przypomina trochę prace Cyrila Pedrosy i Manuele’a Fiora. Rozedrgana kreska, nieprecyzyjne przedstawienie. Rysownik używa ołówka i cienkopisu aby naszkicować kontury, które potem wypełnia akwarelami. Nałożone kolory są spłowiałe od słońca, przeważają różne odcienie brązu, dużo beżu i ochry. W pierwszej połowie albumu trochę szwankuje wizualne prowadzenie narracji, za dużo jest zdjęć i wstawek ze szkicownika, które nijak się mają do fabuły. Jednak od momentu pojawienia się Freda opowieść nabiera rumieńców. Tak na marginesie, bohater ten (wizualnie i pod względem zachowania) przypomina mi postać Rasputina, który występuje serii Corto Maltese Hugo Pratta.

Wędrówka przez Morze Czerwone to ciekawy przykład połączenia reportażu i pamiętnika z podróży w zborną opowieść o charakterze przygodowo-awanturniczym. Komiks przywodzi na myśl Dziennik podróżny Craiga Thompsona (klik! klik!). Jednak jeśli porównamy obie pozycje, to produkcja amerykańskiego autora wypada blado i powierzchownie. Alessandra nie boi się wejść między tubylców, żyć ich życiem oraz pokazać swoje uczucia.

Joël Alessandra (sc. & rys.), „Wędrówka przez Morze Czerwone”, tłum. Paweł Biskuski, Scream Comics, Łódź 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 4, kolory/cienie: 3+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Mały, Duży i chmura

08/03/2017 § Dodaj komentarz


Pan Mysz i pan Hipopotam

Mały, Duży i chmura to trzecia propozycja poznańskiej oficyny Tadam, która ukazała w ramach serii wydawniczej o nazwie Mój pierwszy komiks. Książka wyszła spod ręki Agaty Matraś. Autorka w pewnych kręgach jest dość znana, a to za sprawą opublikowanej przez portal Pulowerek pozycji pt.: Komiks, który wydarzył się naprawdę. Wydany w 2012 roku zbiór pasków opowiadał o codziennym zmaganiu się z rzeczywistością w bibliotece.

Bohaterami recenzowanego komiksu są Mały, czyli pan Mysz oraz Duży, czyli pan Hipopotam. Całość zaczyna się od wielkiego trzęsienia ziemi. Dosłownie, a nie metaforycznie. Mały smacznie sobie śpi w swojej norze, aż tu nagle „Bam! Bam! Bam!”, cały dom drży, a bohater spada z łóżka. Hałasy nie ustają. W takich warunkach nie da się spać, dlatego Mały wchodzi na drabinę i ostrożnie wychyla nos z jamy. Musi uważać, aby nie zostać stratowanym przez biegającego w te i nazad Dużego, który wcale nie przygotowuje się do startu w maratonie nowojorskim.

W tym miejscu rozpoczyna się właściwa fabuła komiksu, która wbrew pozorom dotyka sprawy istotnej, bo związanej z różnymi sposobami radzenia sobie ze złym samopoczuciem. Autorka ładnie zagrała tytułową „chmurą”, która fizycznie prześladuje jednego z bohaterów, a w wymiarze metaforycznym ma inną, dodatkową i wyraźną wymowę. Podoba mi się to, że Matraś wykorzystuje obie warstwy znaczeniowe: realną oraz symboliczną. Myślę, że dzięki temu prostemu zabiegowi komiks nabiera dodatkowej atrakcyjności dla rodziców – zyskuje nienachalny wymiar edukacyjny, który dotyczy rozpoznawania emocji i radzenia sobie z tymi negatywnymi.

Całość została narysowana z użyciem wyraźnej, acz uproszczonej kreski. Występujące zwierzęta przedstawiono skrótowo i umownie, jednak na tyle charakterystycznie, że dzieci nie będą miały problemów z ich rozpoznaniem i nazwaniem. Mały trochę mi przypomina postać Kota Prota wymyśloną przez Dr. Seussa.

Tylko jeden mały szczegół mi się nie podoba: toporny font jakiego użyto dla onomatopei. Za to bardzo pozytywnie odbieram fakt, że autorka w prosty tekst opowiadania wplotła słowo „konstelacja”. Również uważam, że należy wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję do tego, aby poszerzać słownictwo dzieci. Na to nigdy nie jest za wcześnie. Podsumowując, komiks Mały, Duży i chmura zasługuje na uznanie. Pewnie podobnie uważa wydawca, bo jeszcze w styczniu premiera komiksu Mały, Duży i czary.

Agata Matraś (sc. & rys), „Mały, Duży i chmura”, Wydawnictwo Tadam, Poznań 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 4-, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Pani Detektyw Sowa

14/02/2017 § Dodaj komentarz


Idealny komiks dla najmłodszych

adam-swieckiPoznańska oficyna Tadam debiutowała na rynku w październiku ubiegłego roku. W przeciągu tych kilku miesięcy wypuściła na rynek dziesięć książek, przeznaczonych dla dzieci w różnym wieku. Dużo? Mało? Myślę sobie, że jak na niewielkie wydawnictwo, to całkiem sporo. Warto nadmienić, że wszystkie pozycje zostały napisane (i narysowane) przez polskich twórców. We wspomnianym zestawie są cztery komiksy. O propozycji Smoczek Loczek autorstwa Jasińskiego i Nowackiego już pisałem (klik! klik!). Dziś biorę na warsztat album Pani Detektyw Sowa, autorstwa Adama Święckiego.

Jak dobrze wiemy, sowa jest symbolem mądrości. I taki jest właśnie punkt wyjścia przedstawionej opowieści. Bohaterka mówi o sobie: „Cała rodzina jest ze mnie dumna, bo jestem bystra i wielce rozumna”. W książce musi się posłużyć swoim rozumem, aby odnaleźć żołędzie, które zniknęły z dębu. Ptak ma dwa zadania: 1) odnaleźć owoce 2) odkryć, kto i dlaczego je zajumał. Pani Sowa nie wykonuje czysto detektywistycznej pracy. Nie śledzi, nie zbiera dowodów, nie szuka tropów. Ogranicza się do zadawania pytań innym zwierzętom, a następnie sprawdzania odpowiedzi.

Dzięki takiemu fabularnemu rozwiązaniu akcja komiksu przenosi się z miejsca na miejsce, a czytelnik poznaje kolejnych mieszkańców lasu. Pamiętajmy, to pozycja dla najmłodszych. Dlatego częste zmiany lokacji są takie atrakcyjne. tadamDodatkowo dziecko dostaje możliwość poznania i rozpoznania (potem przy kolejnej lekturze): lisa, wiewiórki, węża, myszy, jeża czy bobra.

Zdaję sobie sprawę, że wśród osób czytających ten tekst są i tacy, którzy mieli okazję zetknąć się z komiksami Święckiego dla dorosłych. Wizualnie Pani Detektyw… bardzo różni się od albumów z serii Przebudzone legendy. Artysta dostosował ilustracje do potencjalnego czytelnika. Całość przedstawia się bardzo sympatycznie i przyjacielsko. Takie mam właśnie skojarzenia, gdy patrzę na przedstawienie sowy czy lisa. Zwierzęta narysowano w uproszczony sposób, ale nie ma żadnych wątpliwości, co do poprawnego oznaczenia postaci. Niezwykle atrakcyjnie dobrano kolory. Plansza z zającem i sową na łące jest po prostu piękna!

Pani Detektyw Sowa to komiks, który ukazał się w ramach serii wydawniczej o nazwie: Mój pierwszy komiks. Produkcja jest adresowana do najmłodszych czytelników takich, którzy nie potrafią jeszcze czytać (są słuchaczami) lub dopiero zaczynają samodzielnie składać litery. Dla dzieci w wieku 2-5 lat i trochę starszych to w pełni trafiona propozycja, wręcz idealna.

Adam Święcki (sc. & rys.), „Pani Detektyw Sowa”, Wydawnictwo Tadam, Poznań 2016.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5+] 

moj pierwszy komikssklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Dampierre #1: Czarny świt | Czas zwycięstw

13/02/2017 § Dodaj komentarz


 Przystojny młodzieniec, dwie kobiety i rewolucja francuska

Ddampierreurango, flagowy serial autorstwa scenarzysty i rysownika Yvesa Swolfsa, dobrze sobie w naszym kraju radzi. Elemental powoli zbliża się do ukończenia edycji. W grudniu premierę miał album numer dwanaście, czyli przed czytelnikami jeszcze tylko pięć odsłon. Wielbiciele twórczości belgijskiego artysty nie mają jednak powodów do narzekania – mogą sięgnąć teraz po serię Dampierre, która jesienią wystartowała w wydawnictwie Scream Comics. Łódzka oficyna zdecydowała się na publikację dwóch oryginalnych albumów w jednym tomie. Na takiej samej zasadzie ukazują się i inne serie u tego edytora: Dekalog (klik! klik!) czy Dżinn (klik! klik!). W edycji Scream cały cykl Dampierre zamknie się w pięciu zbiorczych tomach.

Pierwsza odsłona zawiera albumy: Czarny świt oraz Czas zwycięstw. Oba są napisane i narysowane przez Swolfsa, dalej, od trzeciego do dziewiątego zeszytu, artysta odpowiada jedynie za scenariusz, wspierają go rysownicy: najpierw Frédéric Delzant (pseud. Éric), następnie Pierre Legein, który napisał także skrypt ostatniej części. Seria ukazywała się w latach 1988 – 2002. Tyle tytułem wstępu. Zajmijmy się w końcu komiksem!

Jest październik 1792 roku. Tytułowy bohater, noszący imię Julian, to ubogi młodzieniec, yves-swolfsktórego poznajemy, gdy wkracza do małego miasteczka w departamencie Wandea. Chłopak udaje się prosto do domu mistrza Forestiera, gdzie chce się nająć do pracy jako stajenny. Robotę dostaje. Wynagrodzenie stanowi nocleg, wikt, opierunek i osiem franków tygodniowo. Młodzieniec najchętniej zrezygnowałby z finansowego uposażenia w zamian za lekcje strzelania i fechtunku. Tak się składa, że jego nowy pan nieprzypadkowo nosi przydomek „mistrz” – jest emerytowanym nauczycielem szermierki, aktualnie zajmującym się wychowaniem dorastającej córki.

Jak można się spodziewać, dziewczyna wpada w oko nowemu stajennemu, który okazuje się być całkiem rozgarniętym typkiem z ambicjami. Umie czytać i pisać, ale także dość dobrze orientuje się w sytuacji politycznej regionu. To ważne, ponieważ scenarzysta umieścił akcję komiksu w bardzo konkretnym miejscu i czasie. We Francji trwa rewolucja, monarchia została obalona, szlachta i duchowieństwo tracą swoje przywileje. W departamencie Wandea wybucha powstanie rojalistyczne. Bezpośrednią przyczyną rewolty był dekret Zgromadzenia Narodowego powołujący pod broń tysiące mężczyzn (czytaj: chłopów). „Inną przyczyną było sukcesywne zastępowanie księży odmawiających ślubowania na Konstytucję cywilną kleru księżmi konstytucyjnymi, co w lokalnym społeczeństwie spotkało się ze złym przyjęciem” (cytat za: Wikipedia: Wojny wandejskie). Buntownikami wywodzącymi się głównie z plebsu dowodziła szlachta, nierzadko zmuszona postawą chłopów (co zostało ukazane w komiksie). Starcia powstańców z armią republikańską były bardzo krwawe.

Wszystkie wspomniane wyżej zdarzenia (i wiele innych) przewijają się na kartach albumu. swolfsPisarz odwołuje się do nich całkowicie bezpośrednio, umieszczając swojego bohatera w centrum historycznych wydarzeń. Chłopak szybko wspina się po szczeblach wojskowej kariery, a udaje mu się to głównie dzięki intymnemu związkowi z pewną markizą. Kobieta dobiła z nim targu. W zamian za protekcję uczyniła go zbrojnym ramieniem i „ostatecznym” narzędziem wendetty wymierzonej w grupę pięciu arystokratów, z którymi spiskował jej mąż.

Gdy zaczęło się robić gorąco, chcąc ratować własną skórę (i majątki), „grupa pięciu” zdradziła markiza de la Roche Saint-Sidier. Niewierność przyjaciół zaprowadziła go na szafot. Przystojny Dampierre jest rozdarty. Nie potrafi się zdecydować czy pozostać wierny swej młodzieńczej miłości, czy nadal korzystać z łoża i opieki markizy.

Fabuła komiksu obfituje w zaskakujące zwroty akcji i zawiera wiele innych wątków, które nie zawsze łączą się bezpośrednio z protagonistą. Scenariusz omawianej pozycji jest precyzyjnie zbudowany. Jak na opowieść, która liczy sobie prawie sto stron, całość jawi się interesująco i zajmująco. Akcja prowadzona jest burzliwie. Zmieniają się lokacje: a to alkowa i łóżko markizy, a to rynek w miasteczku, a to stajnia, a to las. Całość obfituje w sceny walki (klasyczne pojedynki na szpady) i krwawe bitwy. Sporo jest także wstawek obyczajowych i stricte historycznych. Szkoda, że rodzimy wydawca nie pokusił się o krótkie posłowie, w którym zostałoby przybliżone tło historyczne i społeczne wydarzeń.

Za oprawę graficzną pierwszego zbiorczego tomu odpowiada Swolfs. Całość narysowana jest realistyczną, dampierre-swolfscienką kreską. Artysta dołożył wszelkich starań, aby bardzo precyzyjnie odwzorować historyczną scenografię: od mundurów, nakryć głowy i krynolin, poprzez narzędzia chłopów oraz broń żołnierzy, a skończywszy na budynkach i rozległych plenerach. W drugiej opowieści (Czas zwycięstw) sporo zdarzeń rozgrywa się na łonie natury. Muszę przyznać, że przedstawienie przyrody mnie urzekło. Plansze są po prostu klasycznie piękne.

Lektura dała mi sporo satysfakcji. Szkoda, że w Polsce nie produkuje się tego typu opowieści: historycznych i zarazem rozrywkowych. Mam wrażenie, że recenzowany komiks przeszedł w naszym kraju bez echa. Aż żal, bo to ciekawa i żywiołowo opowiedziana historia. A na dokładkę wizualnie atrakcyjna. Wielbiciele komiksów przygodowych spod znaku płaszcza i szpady koniecznie powinni się z omawianą pozycją zaznajomić.

Yves Swolfs (sc. & rys.), „Dampierre #1: Czarny świt | Czas zwycięstw”, tłum. Jakub Syty, Scream Comics, Łódź 2016.

 [scenariusz: 4, rysunki: 5, kolory/cienie: 4+] 

dampierre-swolfssklep {komiks można kupić tu: klik! klik!gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Flash #2: Rebelia łotrów

30/01/2017 § Dodaj komentarz


 Pięć kroków do tyłu

flash2rebeliaW recenzji z pierwszego tomu serii Flash pisałem (klik! klik!), że warto zapoznać się z nowym początkiem superbohatera jaki zafundowali mu Brian Buccellato i Francis Manapul. W mojej ocenie album Cała naprzód to dobra rozrywka i niezła uczta dla oka, zachwycałem się warstwą graficzną (kolorami, niestandardowym kadrowaniem oraz dynamiką rysunków). Dziś sięgam po dwójkę, która nosi tytuł Rebelia łotrów, aby sprawdzić, czy autorzy wywiązali się z pokładanych w nich nadzieji.

Tytułem krótkiego wprowadzenia i przypomnienia: jedynka kończyła się zgrabnym cliffhangerem – bohater trafił do Miasta Goryli, gdzie był świadkiem przejęcia władzy przez Grodda, który podczas krwawego starcia pożarł mózg własnego ojca. Szkoda, że scenarzyści serii szybko przenoszą Flasha z powrotem do Central City i dość enigmatycznie wyjaśniają mesjanistyczną rolę, jaką protagoniście przypisuje starszyzna inteligentnych goryli.

W swoim mieście Barry Allen musi zmierzyć się z tytułowymi Łotrami. Grupa złoczyńców składa się z rogues-revolutionsiedmiu członków, z którymi przestrzeni ostatnich pięciu lat Najszybszy Człowiek Świata starł się kilka razy. Władca Luster, Lotna, Pied Piper, Kapitan Chłód, Weather Wizard, Heatwave i Trickster połączyli swoje siły, zdolności i zaawansowaną technologię, aby porządnie dokopać obrońcy Central City. W tym aspekcie akcja komiksu przedstawia się, niestety, niezwykle standardowo. Czytelnik dostaje do ręki klasyczne superbohaterskie mordobicie, które fabularnie niczym specjalnym nie różni się od wielu podobnych pozycji.

Dodatkowo galeria występujących postaci jest mało przekonująca i atrakcyjna. Co prawda autorzy podjęli próbę psychologicznego pogłębienia złoczyńców, ale zwalanie wszystkiego na patologiczne relacje rodzinne niewiele wnosi i jest, delikatnie mówiąc, płytkie. Z całej siódemki Łotrów w pamięci zostaje jedynie zjawiskowa Lotna – co w dużym stopniu jest zasługą ilustracji, a nie fabuły czy kreacji postaci.

Niewielką pociechą jest, wciąż stojąca na wysokim poziomie, oprawa graficzna. W produkcji flashtomu uczestniczyło aż siedmiu rysowników. Na szczęście większość plansz została wykonana przez Manapula. Lekka kreska połączona z dynamicznymi liniami ruchu nadal sprawdza się wyśmienicie. Ciekaw jestem, jak artysta poradziłby sobie z innymi historiami. Dobrze się składa, bo już za kilkanaście dni swoją premierę w Polsce będzie miał album Batman. Detective Comics: Ikar. We wspomnianym albumie Manapul odpowiada za rysunki.

Zestawiając pierwszy tom serii z omawianym możemy czuć się głęboko rozczarowani. Fabuła albumu Cała naprzód kontestowała klasyczne superhero. Rebelia łotrów to zwrot o 180 stopni, ewidentny krok wstecz. Zdaję sobie sprawę, że wielbiciele klasycznych opowieści superbohaterskich będą zadowoleni takim obrotem sprawy. Osobiście jednak boję się sięgać po trzeci tom…

Francis Manapul & Brian Buccellato (sc.), Francis Manapul & Marcus To & Ray McCarthy (rys.), „Flash #2: Rebelia łotrów”, tłum. Tomasz Kłoszewski, Klub Świata Komiksu – album 1009, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.

[scenariusz: 2+, rysunki: 4+, kolory/cienie: 5]

grodd-flash

sklep {komiks można kupić tu: klik! klik!

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with gildia komiksu at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: