Golden Dogs #2: Orwood

19/10/2017 § Dodaj komentarz


Złote Psy idą w rozsypkę

Złote Psy świetnie sobie radzą. Skoki stają się coraz bardziej zuchwałe i bezczelne. Fama, jaką zdobył sobie kwartet złodziei, dotarła z jednej strony do najbardziej mrocznych zaułków Londynu, a z drugiej na salony arystokracji. Bohaterowie pławią się w sukcesie i samouwielbieniu. Przychodzi moment na najważniejszy skok w karierze. Czy wszystko pójdzie zgodnie z planem? Czy lojalność członków gangu względem siebie oraz oddanie sprawie są na tyle silne, że stawią czoła przeciwnościom?

Wydawać by się mogło, że skoro podtytuł „dwójki” brzmi Orwood, to fabuła skupiać się będzie na postaci przywódcy złodziejskiej szajki, który skrywa niejeden mroczny seret. Narratorką ponownie jest Fanny, która – jak pamiętamy z poprzedniej częścijest niezdrowo zafascynowana tytułowym mężczyzną i w końcu dopina swego, czyli regularnie uprawia z nim seks. Opowieść dziewczyny zawiera kilka faktów o kochanku, które udało jej się odkryć, ale głównie relacjonuje, jak doszło do rozpadu grupy i jakie były dalsze jej losy.

Stephen Desberg nie poradził sobie z rozplanowaniem fabuły w drugiej połowie bieżącej odsłony. „Mrocznemu” sekretowi Orwooda, który stanowił podwaliny postaci, pisarz poświęca za mało uwagi. Zresztą, gdy w końcu zostaje ujawniony, to okazuje się, że jest on nijaki. A od momentu ucieczki Fanny z Londynu historia staje się nudna i tendencyjna. Naiwność oraz głupota narratorki ogromnie irytują. Z biegiem akcji postać traci wszelkie psychologiczne uzasadnienie.

Na szczęście nie zawodzi oprawa graficzna. Griffo utrzymuje poziom znany z pierwszego albumu: wyraźny kontur, szeroka gama ludzkich typów zaludniających opowieść, realistyczne przedstawienie, które miejscami ociera się o cartoon i zajmująca scenografia kolejnych lokacji. Układ kadrów na planszy jest klasyczny, żadnych eksperymentów i zabaw z narracją wizualną. Podobnie rzecz ma się z perspektywą – używana jest głównie linearna.

Być może mylę się w swoich rozpoznaniach. Być może scenarzysta specjalnie w ten sposób poprowadził historię, aby podkreślić naiwność oraz prostolinijność narratorki. I w kolejnym albumie zafunduje niespodziewaną woltę. Oby tak właśnie było, czego życzę wszystkim czytelnikom i sobie.

Stéphen Desberg (sc.), Griffo {właśc. Werner Goelen} (rys.), „Golden Dogs #2: Orwood”, tłum. Andrzej Luniak, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 2, rysunki: 4-, kolory/cienie: 3+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Reklamy

Golden Dogs #1: Fanny

18/10/2017 § Dodaj komentarz


 Złote Psy z Londynu

Golden Dogs to francuska, czteroodcinkowa seria komiksowa, która wyszła spod ręki scenarzysty Stephena Desberga oraz rysownika Wernera Goelena, podpisującego się przydomkiem Griffo. Polskim edytorem jest oficyna Scream Comics, która w tym roku wypuściła na rynek już dwie części: Fanny oraz Orwood. Każdy z kolejnych tomów nosi podtytuł związany z imieniem lub pseudonimem głównych bohaterów opowieści. Kwartet składa się z dwóch kobiet i dwóch mężczyzn.

Akcja komiksu rozgrywa się w brudnych i ciemnych zaułkach XIX-wiecznego Londynu. Narratorką „jedynki” jest Fanny, która opowiada, jak doszło do utworzenia złodziejskiego gangu o nazwie Golden Dogs. Dzięki retrospekcji dowiadujemy się, że już od najmłodszych lat dziewczyna nie miała lekkiego życia. Wcześnie osierocona, uciekła z prowincji do wielkiego miasta – Londynu, gdzie podjęła się wykonywania „najstarszego zawodu świata”. Pracuje w podejrzanych spelunach i na ulicach, jednak ma dużo większe ambicje. Dlatego nie waha się, gdy charyzmatyczny, tajemniczy Orwood proponuje jej przyłączenie się do szajki złodziei.

Opowieść zamieszczona w albumie ma charakter typowej genezy. Zostają przedstawione występujące postaci oraz ukazane pewne więzy ich łączące. Do Złotych Psów, obok wspomnianej powyżej dwójki, należą: uwolniona z więzienia Lukrecja oraz aktor operowy Lario, który nadzwyczaj biegle posługuje się sztyletem. Scenarzysta każdemu z bohaterów poświęca kilka scen, ale zdradza niewiele informacji o ich przeszłości. Tymczasem wiemy, że wszyscy skrywają jakieś tajemnice.

Za oprawę graficzną odpowiada belgijski rysownik, którego prace w Polsce mieliśmy okazję oglądać seriach komiksowych Giacomo C. oraz Vlad. Artysta posługuje się wyrazistym konturem, jego kreska jest mocna i dobitna. Postaci ukazano realistycznie, chociaż miejscami, szczególnie w wypadku stróżów prawa, typów spod ciemnej gwiazdy czy bogaczy, możemy dostrzec karykaturalne zacięcie. Niemała część akcji rozgrywa się w domach publicznych oraz w sypialniach (komiks przeznaczony jest dla dorosłego czytelnika), dlatego widzimy roznegliżowane kobiety i sceny seksu. Trochę szwankuje mimika i dynamika postaci, za to całkiem nieźle wypada przedstawienie miasta.

Debiut serii wydaje się na tyle intrygujący, że warto zapoznać się z propozycją Desberga i Goelena. Zresztą pisarz zadbał o to, aby czytelnik sięgnął po kolejną odsłonę, gdyż włożył w usta narratorki wypowiedź: „Byliśmy nierozłączni, ponieważ zespoiły nas trudy życia. Było nas czworo. Ale był wśród nas zdrajca. I dlatego wszystko się skończyło”. Po lekturze tomu pierwszego ta kwestia wciąż pozostaje otwarta…

Stephen Desberg (sc.), Griffo {właśc. Werner Goelen} (rys.), „Golden Dogs #1: Fanny”, tłum. Andrzej Luniak, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 3+, rysunki: 4-, kolory/cienie: 3+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Comanche #7: Palec diabła

07/10/2017 § Dodaj komentarz


 Red Dust w Montanie

Właściwie od samego początku seria Comanche powinna nazywać się Red Dust. W końcu atrakcyjna ranczerka była jedynie pretekstem dla wprowadzenia postaci Reda, który wraz z rozwojem akcji stał się głównym bohaterem całej opowieści. Album oznaczony na grzbiecie cyfrą siedem rozpoczyna kolejny rozdział jego losów, a sama Comanche pozostaje jedynie wspomnieniem. Nie zmienia się jedno – cykl zdecydowanie należy od najlepszych westernowych opowieści stworzonych przez europejskich twórców.

W Greenstone Falls zaczyna się święto, kiedy jeden z mieszkańców miasta, tutejszy sędzia Robert Dillon, zostaje mianowany na gubernatora. Red Dust ma dość, zrzeka się urzędu szeryfa i zostawia przyjaciół z rancza Trzy Szóstki. Rusza do Montany, gdzie nie ma jeszcze gubernatora. Czy ma szansę na odmianę losu? Już pierwsze chwile w nowym miejscu przynoszą kłopoty. Kiedy pomaga wleczonej na śmierć dwójce, oficjalnie przeciwstawia się straży obywatelskiej. Niestety uratowani okazują się być zupełnie inni, niż sądził. Ogłuszony i okradziony Red wyrusza w dalszą drogę mimo wszystko nie żałując tego, co zrobił.

Wkrótce trafia w miejsce, w którym zacznie czuć się jak w domu. Należące do Duncanów ranczo przypomina mu Trzy Szóstki, córka właściciela, młoda Patricia, aż za bardzo kojarzy się z Comanche, a jej ojciec wydaje mu się dziwnie znajomy. Duncanowie nie chcą tu nikogo, nie chcą też zatrudnić Reda w roli pracownika, ale zgadzają się by w zamian za tymczasową pomoc zatrzymał się na trochę. Czy rewolwerowiec znajdzie tu szczęście i spokój, czy może czekają na niego kolejne zagrożenia?

Chyba cykl Comanche nigdy nie osiągnie już tak wysokiego poziomu, jaki prezentował album Mroczna pustynia (klik! klik!). Pod względem nastroju oderwany od pozostałych części, smutny, szary i depresyjny… Nie zmienia to jednak faktu, że każde kolejne albumy i tak prezentują się znakomicie. Scenariusze są interesujące, nie ma w nich miejsca na nudę, a klimat bez przerwy urzeka, nawet jeśli ktoś, tak jak ja, nie przepada za westernowymi klimatami. Całość to świetna seria przygodowa, wzorcowa poprowadzona i znakomicie wykonana. Z jej rozwojem zmieniają się nie tylko bohaterowie, ale cały Dziki Zachód. Czasy kowbojów i Indian przemijają, wkracza postęp, świat potrzebuje zmian, a ta potrzeba dosięga także samej serii. W siódmym tomie starzy bohaterowie niemal odchodzą w zapomnienie, ale ich miejsce zajmują nowi, stanowiący ich lustrzane odbicie. A może także i coś więcej, o tym przekonacie się już jednak sami.

Mimo znakomitej fabuły, to ilustracje Hermanna pozostają tym, co w Comanche najlepsze. Klasyczna, europejska kreska, realistyczne, dopracowane kadry, piękne plenery, wspaniały kolor. Do tych ilustracji chce się wracać, tak samo zresztą jak do poszczególnych tomów serii. Czy trzeba dodawać coś jeszcze? Dla mnie to najlepszy westernowy komiks, jaki czytałem, dlatego też polecam go gorąco Waszej uwadze.

Greg {właśc. Michel Louis Albert Regnier} (sc.), Hermann {właśc. Hermann Huppen} (rys.), „Comanche #7: Palec diabła”, tłum. Wojciech Birek, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Samuraj Jack #1: Sploty czasu

02/10/2017 § Dodaj komentarz


 Wielki powrót Samuraja Jacka?

W latach 2002-2004 stacja Cartoon Network wyemitowała cztery sezony serialu Samuraj Jack, który z biegiem lat zyskał wśród widzów status kultowej animacji. Pewnie dlatego w ubiegłym roku zdecydowano się na nakręcenie kontynuacji. Sezon piąty składa się z dziesięciu odcinków i był wyświetlany (między marcem a majem 2016) w bloku Adult Swim. W Polsce emisję uczczono premierą pierwszego tomu komiksowej serii o dzielnym i szlachetnym samuraju. Za oceanem dwadzieścia „kolorowych zeszytów” opublikowano latach 2013-2015, które następnie zostały zaprezentowane w czterech zbiorczych tomach. Oryginalnym wydawcą jest IDW Publishing; za edycję w naszym kraju odpowiedzialna jest oficyna SJG Komiks, która stanowi imprint Studia JG.

Na pierwszą odsłonę składa się zamknięta, pięciorozdziałowa historia o podtytule Sploty czasu. Fabuła jest raczej prosta i wyraźnie odwołuje się do schematów narracyjnych animacji: Samuraj Jack został zesłany przez demona Aku w przyszłość, która jest całkowicie podporządkowana potworowi. Nasz bohater szuka możliwości powrotu do przeszłości, aby uniemożliwić antagoniście przejęcie władzy. Dlatego spotyka się z mędrcem – Widzącym Soule’em. Starzec opowiada mu o pewnym magicznym artefakcie, zwanym Sznurem Eonów, dzięki niemu Aku nauczył się podróżować w czasie, ale gdy odkrył tajniki mocy rozerwał sznur i rozrzucił włókna po świecie. Chcąc znów korzystać z magii talizmanu należy zebrać nici razem. Wystarczy odszukać pierwsze włókno, a ono poprowadzi do kolejnego.

Jack wyrusza na spotkanie przygody, a właściwie kilku różnych przygód. Aby odzyskać szczątki artefaktu będzie musiał stoczyć niejeden pojedynek, a każdy kolejny przeciwnik jest silniejszy i sprytniejszy od poprzedniego. W finale przyjdzie mu zmierzyć się z demonem Aku i podjąć decyzję w jaki sposób użyć mocy zrekonstruowanego talizmanu. Powiedzmy wprost: fabuła komiksu ma charakter pretekstowy i właściwie sprowadza się do bezpośredniego konfrontowania się z kolejnymi złoczyńcami. Sam bohater ukazany zostaje jako prawy, szczery i zwycięski. Recenzowana pozycja jest ponadczasową opowieścią o zmaganiach dobra ze złem.

Warstwa graficzna albumu wiernie oddaje klimat animacji. Kreska Andy’ego Suriano jest wyraźnie kanciasta (sporo linii prostych), co współgra z szybkimi i pewnymi pociągnięciami samurajskiego miecza. Ilustracje charakteryzują się dużą ekspresją, miejscami sporo się trzeba natrudzić, aby w plątaniny linii wyłuskać właściwy kształt postaci, z którą aktualnie walczy Jack. Pamiętajmy, akcja rozgrywa się w przyszłości, stąd roboty, cyborgi, ale i demony, smoki oraz inne potwory. Podobają mi się wyraziste kolory oraz permanentne używanie komputerowo przygotowanych rastrów.

Po komiks mogą śmiało sięgnąć osoby, które nigdy wcześniej nie spotkały Samuraja Jacka, ponieważ stanowi samoistną i odrębną całość. Chociaż domniemywam, że główny trzon polskich czytelników stanowią ci, którzy kierują się pewnym sentymentem względem postaci. Mimo wszystko namawiam, aby publikację podsunąć młodszym czytelnikom, gdyż została przygotowana z myślą o nich.

Jim Zub {właśc. Jim Zubkavich} (sc.), Andy Suriano (rys.), „Samuraj Jack #1: Sploty czasu”, tłum. Jan Godwod, Wydawnictwo Studio JG, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 5, kolory/cienie: 5-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Smerfy i Wioska Dziewczyn #1: Zakazany las

28/09/2017 § 1 komentarz


  Dziewczyny nie dały rady

Zakazany las to pierwszy album z nowego cyklu komiksowego z udziałem niebieskich skrzatów, który nosi tytuł Smerfy i Wioska Dziewczyn. Spin-off na rynku frankofońskim miał premierę pod koniec marca, a już niespełna dwa miesiące później Egmont Polska publikuje krajową odsłonę. Poczynania edytora zbiegły się z wejściem do kin pełnometrażowej animacji Smerfy: Poszukiwacze zaginionej wioski, bo, jak możemy przeczytać w materiałach promocyjnych, fabuła komiksu luźno nawiązuje do filmu kinowego. Na seans się nie wybrałem, dlatego nie wiem czy informacja pokrywa się z prawdą.

W komiksie pomieszczonych zostało pięć opowieści, których fabuły subtelnie się ze sobą splatają. W pierwszej – Dziwny jest ten świat – czytelnik ma okazję poznać smerfne dziewczęta z wioski, która znajduje się za wysokim murem. Na tym właśnie polega koncept scenarzystów – obie grupy nie spotkały się nigdy wcześniej, ponieważ przeszkodą był ów mur i dopiero przypadkowo odkryty przez Lilijkę tunel umożliwił nawiązanie dobrosąsiedzkich kontaktów. Pomysł jak pomysł. Ani specjalnie dobry, ani zły. Jeśli miałbym oceniać, to płytki. Rozumiem, że w jakiś sposób należało uzasadnić, że dopiero po 54 latach i 34 albumach z przygodami „klasycznych” Smerfów, nagłe pojawienie się całej wioski zamieszkałej przez rodzaj żeński.

Po pierwszym, przypadkowym, spotkaniu dziewczyny zapraszają do siebie delegację zza muru, w skład której wchodzą: Smerfetka, Ważniak, Osiłek i Ciamajda. Kolejne historie przedstawiają przygody wspomnianej czwórki w Wiosce Dziewczyn. W albumie nie pojawia się Papa Smerf, co wydaje się dziwne i mało prawdopodobne. W drugiej opowieści Ważniak spędza z nowymi koleżankami cały jeden dzień, dzięki czemu czytelnik ma okazję poznać bliżej zwyczaje, upodobania i tryb życia dziewczyn. Trzeba przyznać, że pod wieloma względami bohaterki są różne od „klasycznych” skrzatów. Choćby: mieszkają w domkach na drzewach, są dzielne i odważne, posługują się bronią (celnie strzelają z łuków), ich taniec radości jest bardzo skomplikowany, mają filetowe włosy, które upinają w przeróżne fryzury, są gadatliwe, latają na smokach, etc.

Żal, że scenarzyści (Alain Jost, Luc Parthoens i Thierry Culliford) całkowicie zmarnowali potencjał, jaki kryje się we wprowadzeniu do „smerfnego uniwersum” nowych bohaterek. Fabuły ani nie są ciekawe, ani nie śmieszą. Ze świecą można szukać jakichś zabawnych gagów i komicznych scen. Całość jest nudna i źle napisana. Dla przykładu w pierwszej opowieści są miejsca, w których lista dialogowa pokrywa się z czynnościami wykonywanymi przez Lilijkę lub elementami, które możemy zobaczyć w kadrze. Widzimy dziewczynę idącą między gęstą roślinnością, z prawego górnego rogu buchają promienie słońca, a ona mówi do siebie: „Nareszcie światło słoneczne! Wydostanę się z mrocznej dżungli!”. Dwa kadry dalej widzimy bohaterka stoi pod wielkim murem, który zasłania cały horyzont i mówi: „Znów jestem przy murze!”. Takich kiksów jest niestety dużo więcej, a to odbiera jakąkolwiek przyjemność z lektury.

Na szczęście album ogląda się z przyjemnością. Mimo że oprawa graficzna to dzieło aż czterech rysowników, to całość jest spójna i atrakcyjna. Smerfy żeńskiego rodzaju zostały dobrze zaprojektowane, postaci są żywe i różnorodne. Dziewczętom nadano indywidualny rys, co cieszy i dobrze wróży na przyszłość, bo będzie można rozwijać ich charakter, cechy i zachowanie. Najmniej ciekawie wypada czarodziejka Wierzba, która jest żeńską kopią Papy Smerfa. Ciężko uciec od porównywania spin-offu z „klasykami”. Na plus dla nowej produkcji należy zapisać: 1) bardziej rozbudowane tła; 2) większa fantazję przy konstruowaniu fauny i flory; 3) jaskrawszą kolorystykę i szerszą paletę barw.

Jednakże udana oprawa graficzna to za mało, abym mógł album Zakazany las oceniać pozytywnie. Jestem przekonany, że „dwójka” prędzej czy później zostanie wyprodukowana. Mam tylko nadzieję, że scenarzyści nie będą musieli pisać pod presją czasu i wyjdzie im to lepiej niż w bieżącej odsłonie.

Alain Jost & Luc Parthoens, & Thierry Culliford (sc.), Alain Maury & Jeroen de Coninck & Miguel Diaz & Laurent Cagniat (rys.), „Smerfy i Wioska Dziewczyn #1: Zakazany las”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1125, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 2+, rysunki: 4, kolory/cienie: 4+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Gnat #1: Dolina, czyli równonoc wiosenna

22/09/2017 § Dodaj komentarz


 Gnat, czyli arcydzieło

Nie warto owijać bawełnę, dlatego napiszę wprost: Gnat, komiks Jeffa Smitha, jest arcydziełem narracji graficznej. Seria łącznie zgarnęła około dwudziestu nagród Eisnera i Harveya. Oryginalnie całość liczy sobie pięćdziesiąt pięć zeszytów, które ukazywały się w latach 1991-2005 staraniem wydawnictw Cartoon Books oraz Image Comics. Na polską premierę musieliśmy trochę poczekać. Warto było! W ramach ciekawostki można wspomnieć, że w wywiadzie, jaki przeprowadziłem z Jackiem Drewnowskim – tłumaczem komiksu – wspomina (klik! klik!), że album przełożył piętnaście lat temu.

W pierwszym tomie, który nosi podtytuł Dolina, czyli równonoc wiosenna, czytelnik poznaje trójkę głównych bohaterów: Chwata Gnata, Chichota Gnata oraz Kanta Gnata, którzy są kuzynami. Egzotyczne trio pochodzi z Gnatowa, ale zostali wygnani z rodzinnego miasta w wyniku podstępnych machinacji ostatniego z wymienionych i teraz tułają się po pustyni. Po ataku szarańczy drogi kuzynów się rozchodzą. Akcja skupia się na Chwacie, który trafia do doliny zamieszkałej przez gadające zwierzęta, smoka, upiorne szczurostwory oraz ludzi.

Właściwa opowieść rozpoczyna się w momencie, w którym bohater spotyka piękną Zadrę, młodą ludzką dziewczynę, mieszkającą razem z babcią w chacie położonej gdzieś na odludziu. Chwat, oczywiście, zakochuje się Zadrze, ale nie zapomina o swoich zaginionych kuzynach. Czy bohaterowi uda się ich odnaleźć? Dlaczego szczurostwory polują na rodzinę Gantów? Dlaczego smok ochrania Chwata? Jaką tajemnice skrywa babcia przed dziewczyną? Czy babcia wygra w wyścigu szalonych krów? Kim tak naprawdę jest Zadra? I dlaczego scenarzysta poświęca jej aż tyle uwagi? Odpowiedzi na niektóre z tych pytań poznacie, jak tylko przeczytacie komiks.

A muszę przyznać, że jest co czytać. Gdyż polska edycja to cegła licząca sobie ponad czterysta pięćdziesiąt stron. Jednak zapewniam, że gdy tylko sięgniecie po Dolinę…, to nie będziecie mogli się oderwać od lektury. To doskonały komiks przygodowy z elementami heroic fantasy, a na dokładkę miejscami bardzo zabawny. Wbrew pozorom akcja wcale nie gna do przodu na łeb na szyję, a prowadzona jest dość leniwie, dzięki temu czytelnik może poświęcić więcej uwagi na dokładne poznanie występujących postaci i rozeznanie się w meandrach fabuły. Rzeczywistość zbudowana przez Jeffa Smitha jest kompletna i spójna. Widowiskowy świat zachwyca. Pisarz poświęca sporo miejsca temu, aby zbudować wiarygodnych i interesujących bohaterów.

W parze z wciągającą fabułą idzie atrakcyjna oprawa graficzna. Jeff Smith posługuje się wyraźną kreską, ale niezbyt szczegółową, postaci obwiedzione są mocną i stosunkowo grubą linią. Ludzkie postaci, z wyjątkiem Zadry, mają karykaturalny charakter. Plansze zbudowane zostały zwykle z sześciu dużych, kwadratowych kadrów. Pierwotnie seria ukazywała się w wersji czarno-białej, kolory dla wydania zbiorczego nałożył Steve Hamaker i trzeba przyznać, że wyszło to komiksowi na dobre.

Niewątpliwie pod płaszczykiem wielowątkowej epopei ukryte zostały także inne, bardziej znaczące, elementy. Choćby o przyjaźni, lojalności i sile rodzinnych więzów, ale także prawda o anatomii zła. Gnat to komiks dla wszystkich niezależnie od wieku, ale najwięcej frajdy będę mieli małoletni, którym czytanie idzie płynnie, a samodzielna lektura nie sprawia żadnych trudności.

Jeff Smith (sc. & rys.), „Gnat #1: Dolina, czyli równonoc wiosenna”, przeł. Jacek Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1132, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 6+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Lil i Put #3: Czarująca panna młoda

12/09/2017 § Dodaj komentarz


 Miksja w welonie!

To musiało się kiedyś wydarzyć! Autorzy komiksowej serii Lil i Put – Maciej Kur i Piotr Bednarczyk – nie pozostali głusi na prośby swoich czytelników. Zresztą sam również optowałem za tym, aby w kolejnym albumie została opowiedziana jedna pełnometrażowa historia, a nie kilka krótkich szortów. Czy scenarzyście udało się napisać rzecz spójną i ciekawą? Przekonajmy się.

Bez zbędnych wstępów – już w pierwszym kadrze – wprowadzone zostają do fabuły nowe postaci. Fryc Mamon jest wójtem wsi Miniatury Wielkie, który wygrał wybory, bo przekonał głosujących do swojej osoby darmowym napitkiem. Pełnienie urzędu wykorzystuje instrumentalnie i interesownie – powiększa osobisty majątek. Lil i Put narażają się urzędnikowi i „za karę” muszą szkodę odpracować w polu. Prace fizyczne strasznie męczą parę małoludów. Dlatego uciekają do stolicy. Po drodze spotykają elfkę Miksję, której towarzyszy goblinem Kirki – on także podpadł Frycowi. W efekcie tego incydentu ten ostatni zlecił Gerwinowi Stworołówcy zgładzenie zwierzaka.

Przedstawiony powyżej zestaw epizodów, to dopiero początek zwariowanych i miejscami absurdalnych przygód naszych bohaterów. Maciej Kur prowadzi narrację w sposób brawurowy i daleki od sztampy, świetnie łamie konwencję opowieści fantasy, wprowadzając elementy parodiujące współczesną rzeczywistość (m.in. wizyta Miksji w urzędzie pocztowym czy sceny w „wariatkowie” z udziałem Scotta McClouda oraz profesora, który wszędzie widzi spiski). Rozwój wydarzeń jest trudny do przewidzenia. Co prawda, biorąc pod uwagę podtytuł albumu i ilustrację na okładce, wiemy, że w którymś momencie musi pojawić się jakaś „panna młoda” i jeszcze „czarująca”, czyli Miksja. Czytamy, czytamy i już połowa komiksu, a ślubu ani widu, ani słychu. Czytelnik zdaje sobie sprawę, że będzie wychodziła za mąż, ale za kogo i dlaczego? Przecież nie z miłości, a może?

Omawiany album to naprawdę udana pozycja. Dobrze się stało, że autorzy (i wydawca) zdecydowali się na prezentację wielowątkowej, pełnometrażowej historii. Całość skrzy się humorem, podczas lektury ciężko powstrzymać się od śmiechu. Należy oddać scenarzyście sprawiedliwość – wszystko się ze sobą pięknie zaplata i łączy. Maciej Kur ma wyraźny dar konstruowania zabawnych fabuł, które nie opierają się tylko i wyłącznie na świetnych gagach, ale i literacko stoją na wysokim poziomie.

Rysunki Piotra Bednarczyka z każdym kolejnym albumem zyskują. Stają się mniej toporne, a bardziej dobitne i ekspresyjne. Już na poziomie storyboardu gagi sytuacyjne są właściwie rozplanowane, patrzący w mig łapie komiczne przesłanie sceny. Wszystkie występujące postaci są dobrze zaprojektowane i poprowadzone, dlatego czytelnik nie ma żadnych problemów z ich rozpoznaniem. Na uwagę zasługuje także rozbudowana i różnorodna gestykulacja, mimika oraz zachowanie.

Autorzy mają świadomość, że ich czytelnicy serii dorastają. Pierwsze dwa albumy skierowane były głównie do 8- czy 9-latków. Natomiast – ze względu na aluzyjność i niuanse, zastosowanie wielu popkulturowych nawiązań, użycie narracji wstecznej oraz rozbudowaną listę dialogową – bieżącą odsłonę polecam wszystkim samodzielnym czytelnikom.

Maciej Kur (sc.), Piotr Bednarczyk (rys.), „Lil i Put #3: Czarująca panna młoda”, Klub Świata Komiksu – album 1131, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 4, kolory/cienie: 4-]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with komiks przygodowy at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: