Mały, Duży i chmura

08/03/2017 § Dodaj komentarz


Pan Mysz i pan Hipopotam

Mały, Duży i chmura to trzecia propozycja poznańskiej oficyny Tadam, która ukazała w ramach serii wydawniczej o nazwie Mój pierwszy komiks. Książka wyszła spod ręki Agaty Matraś. Autorka w pewnych kręgach jest dość znana, a to za sprawą opublikowanej przez portal Pulowerek pozycji pt.: Komiks, który wydarzył się naprawdę. Wydany w 2012 roku zbiór pasków opowiadał o codziennym zmaganiu się z rzeczywistością w bibliotece.

Bohaterami recenzowanego komiksu są Mały, czyli pan Mysz oraz Duży, czyli pan Hipopotam. Całość zaczyna się od wielkiego trzęsienia ziemi. Dosłownie, a nie metaforycznie. Mały smacznie sobie śpi w swojej norze, aż tu nagle „Bam! Bam! Bam!”, cały dom drży, a bohater spada z łóżka. Hałasy nie ustają. W takich warunkach nie da się spać, dlatego Mały wchodzi na drabinę i ostrożnie wychyla nos z jamy. Musi uważać, aby nie zostać stratowanym przez biegającego w te i nazad Dużego, który wcale nie przygotowuje się do startu w maratonie nowojorskim.

W tym miejscu rozpoczyna się właściwa fabuła komiksu, która wbrew pozorom dotyka sprawy istotnej, bo związanej z różnymi sposobami radzenia sobie ze złym samopoczuciem. Autorka ładnie zagrała tytułową „chmurą”, która fizycznie prześladuje jednego z bohaterów, a w wymiarze metaforycznym ma inną, dodatkową i wyraźną wymowę. Podoba mi się to, że Matraś wykorzystuje obie warstwy znaczeniowe: realną oraz symboliczną. Myślę, że dzięki temu prostemu zabiegowi komiks nabiera dodatkowej atrakcyjności dla rodziców – zyskuje nienachalny wymiar edukacyjny, który dotyczy rozpoznawania emocji i radzenia sobie z tymi negatywnymi.

Całość została narysowana z użyciem wyraźnej, acz uproszczonej kreski. Występujące zwierzęta przedstawiono skrótowo i umownie, jednak na tyle charakterystycznie, że dzieci nie będą miały problemów z ich rozpoznaniem i nazwaniem. Mały trochę mi przypomina postać Kota Prota wymyśloną przez Dr. Seussa.

Tylko jeden mały szczegół mi się nie podoba: toporny font jakiego użyto dla onomatopei. Za to bardzo pozytywnie odbieram fakt, że autorka w prosty tekst opowiadania wplotła słowo „konstelacja”. Również uważam, że należy wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję do tego, aby poszerzać słownictwo dzieci. Na to nigdy nie jest za wcześnie. Podsumowując, komiks Mały, Duży i chmura zasługuje na uznanie. Pewnie podobnie uważa wydawca, bo jeszcze w styczniu premiera komiksu Mały, Duży i czary.

Agata Matraś (sc. & rys), „Mały, Duży i chmura”, Wydawnictwo Tadam, Poznań 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 4-, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Niesłychane losy Ivana Kotowicza #2: Zamek rybiej dynastii

01/03/2017 § Dodaj komentarz


 W grupie raźniej

michal-ambrzykowskiNiespełna dwa lata temu recenzowałem pierwszy album cyklu Niesłychane losy Ivana Kotowicza, pisałem wówczas: „(…) debiut Kusiny i Ambrzykowskiego zaskoczył mnie, pozytywnie zaskoczył. Nie spodziewałem się, aż tak dopracowanego albumu. Scenarzysta zadbał o ciekawy skrypt, a rysownik świetnie wywiązał się ze swojego zadania. Z jednej strony otrzymaliśmy rzecz zabawną i wciągającą, z dobrze poprowadzoną akcją. A z drugiej wizualnie intrygującą, na którą patrzy się z satysfakcją”. Zupełnie niedawno ukazała się dwójka, która nosi podtytuł: Zamek rybiej dynastii. Czas sięgnąć po komiks i sprawdzić, czy autorom udało się spełnić wszystkie pokładane w nich nadzieje. Zresztą nie tylko moje. Warto wspomnieć, że jedynka uznana została za najlepszy polski album komiksowy podczas 26. Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi.

Fabuła bieżącego odcinka rozgrywa się jakiś czas po wydarzeniach ukazanych w jedynce. Partyjni towarzysze nadal wierzą w idee rewolucji komunistycznej. Ostatecznie jednak substancja o nazwie Stalinium się nie sprawdziła. Chociaż kotowicz-iwabpoczątkowo w miasteczkach panował komunistyczny ład i porządek. Jednakże po jakimś czasie sprawy zaczęły się poważnie komplikować: ludność faszerowana Stalinium zamieniała się w krwiożercze monstra.

Młody Ivan Kotowicz musi sobie poradzić ze stratą ojca, który, jak pamiętamy z jedynki, zginął podczas wybuchu w fabryce. Na szczęście wespół ze swym przyjacielem, Antonem Świnojewem, trafia pod opiekuńcze skrzydła profesora Bremera. Obaj chłopcy dołączają do specgrupy czerwonoarmistów, która ma za zadanie wytropić wrogów rewolucji. W skład grupy wchodzą: piękna i inteligentna lisica Eliza Chwost, silny i brutalny niedźwiedź Misza Siemionow i tajemniczy sierżant Krukow. Początkowo głównie wspólnie ćwiczą, trochę jak X-Meni w Instytucie profesora Xaviera dla Utalentowanej Młodzieży. Pierwsza wspólna misja bohaterów (superbohaterów?) polega na rozwikłaniu zagadki tytułowego zamczyska, w którym doszło do bliżej nieokreślonych nadprzyrodzonych zdarzeń.

Fabuła tym razem prowadzona jest leniwie, bez większych zwrotów akcji i zaskoczeń. Kotowicz (i czytelnik) mają chwilę, aby odpocząć, poukładać sobie w głowie uprzednie wydarzenia, zebrać siły i przygotować się do udziału w supermisji. Moim zdaniem Kusina zombienadmiernie rozciąga narrację, wprowadza tajemnicze wątki i postaci, delikatnie sygnalizujące kolejne niesamowite zdarzenia, których rozwinięcia i rozwiązania możemy się spodziewać w dalszych odsłonach. Rozumiem, że ma to służyć pobudzaniu apetytu u czytelnika i przywiązaniu go do serii. Czegoś jednak w bieżącej opowieści brakuje. Podczas lektury oczekiwałem na jakieś spektakularne zdarzenie, woltę, która wywróci opowieść na lewą stronę, ale na „czekaniu” się skończyło. Zamek rybiej dynastii to przydługi wstęp do wydarzeń, które mają dopiero nastąpić. Skrypt sugeruje, wręcz suponuje, że za chwilę coś ważnego się wydarzy, ale przewracamy stronę i znów jedynie budowanie napięcia, żadnego uwolnienia, żadnego rozwiązania. Pozostaje czekać na trójkę.

Z rysunkami sprawa przedstawia się zgoła inaczej. Dwójka prezentuje się pod tym względem ciekawiej. Co prawda całość utrzymana jest w tym samym stylu, co jedynka, ale plansze narysowane zostały z większą precyzją i dbałością o szczegóły. Artysta lepiej rozumie głównego bohatera, stosuje bardziej rozbudowaną mimikę, większa jest także dynamika poruszających się postaci. Kadrowanie kajetan-kusinajest odważniejsze, Ambrzykowski częściej zmienia kąt patrzenia i bawi się perspektywą. Wyraźnie widać, że rysownik pewniej się czuje w wykreowanym świecie. Wszystko to można zapisać na plus dla recenzowanej pozycji.

Podobno seria Niesłychane losy Ivana Kotowicza ma się składać z pięciu tomów. Zamek… mocno rozbudza apetyt, jednak do finału daleko. Biorąc tom do ręki czytelnik musi uzbroić się w cierpliwość: scenarzysta akcję gmatwa, podsuwa kolejne pytania i wymusza wyczekiwanie na trójkę. Ech, ciekawe, jak długo będziemy musieli czekać?

Kajetan Kusina (sc.), Michał Ambrzykowski (rys.), „Niesłychane losy Ivana Kotowicza #2: Zamek rybiej dynastii”, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 3+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5-]

kotowicz sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Niezła draka, Drapak! #2: Cypel Strachu

20/02/2017 § Dodaj komentarz


 Nieustraszony Drapak

drapakW pierwszej albumie z serii Niezła draka, Drapak!, która jest dziełem Bartosza Sztybora (scenariusz) i Tomasza Kaczkowskiego (rysunki), tytułowy bohater doprowadził do złapania złoczyńcy terroryzującego Miasto Nasze, który ściągnął na mieszkańców straszliwą chorobę: wszyscy śpiewali zamiast mówić. Tym razem Kornel, a właściwie jego superbohaterskie alter ego – Drapak, musi zmierzyć się z falą tajemniczych porwań, których ofiarą padają dzieci.

Komiks zaczyna się budowania mitologii miasta, w którym operuje nasz superbohater. W Mieście Naszym obok siebie żyją i ludzie, i życzliwe im potwory. Ze wprowadzenia czytelnik dowiaduje się, jak to się stało, że dwie rasy pokojowo koegzystują. Co roku na pamiątkę dawnych wydarzeń obchodzone jest święto „daru czy koszmaru”, podczas którego dzieci chodzą od domu do domu i zbierają łakocie. Pierwsze tajemnicze porwanie ma miejsce w świąteczną noc. Na miejscu „zbrodni” porywacz zostawia wskazówkę, na podstawie której Drapak i Szeryf próbują rozwiązać zagadkę. Tajemnicze porwania układają się w pewien wyraźny wzór: najpierw porwano ludzką dziewczynkę, potem dziewczynkę z rodziny potworów, następnie ludzkiego chłopca. tomasz-kaczkowskiDlatego superbohater trafnie dedukuje, postanawia zastawić pułapkę i złapać porywacza na gorącym uczynku. Czy zasadzka się powiedzie? Kto okaże się porywaczem? Dlaczego porywa dzieci? Nie będę zdradzał.

W albumie Cypel Strachu ważny jest wątek poświęcony rozwijającej się relacji pomiędzy Kornelem, Polą oraz Chrobotem. Kornel przyjaźni się z Chrobotem, ale w związku z faktem, że ma dziewczynę, to może przyjacielowi poświęcać mniej czasu i rzadziej są tylko we dwóch. Podobnie patrzy na sprawę Pola, które chciałby więcej czasu spędzać ze swoim chłopakiem sam na sam. Chociaż jest to wątek poboczny, to mam wrażenie, że dla młodocianych czytelników będzie on równie ważny i znaczący, co główna fabuła. Muszę przyznać, że ładnie poprowadzono ten epizod. I fakt, że został włączony do „komiksu akcji” należy zapisać scenarzyście na plus.

Graficznie omawiana pozycja wypada równie efektownie, co pierwsza odsłona. Tomasz Kaczkowski bartosz-sztyborkonsekwentnie używa cartoonowej kreski, która nadaje rysunkom lekkości i przejrzystości. Jego ilustracje przypominają mi prace Delphine Durand, szczególnie z pozycji Mój dom (klik! klik!). Wypada zauważyć, że artysta nie wszystko robi „pod linijkę”, niektóre kadry wiszą krzywo, postaci wychodzą z ramek, można zauważyć zabawy z perspektywą – całość wykonano z rozmysłem i znawstwem technik narracji wizualnej.

Czy dwójka lepsza od jedynki? Myślę, że tak. Szczególnie jeśli zwrócić uwagę na spójność i atrakcyjność fabuły. Cypel Strachu to komiks akcji z dużą domieszką humoru i horroru. Seria Sztybora i Kaczkowskiego to udana próba zaszczepienia komiksu superbohaterskiego na rodzimym gruncie, Drapak to w końcu taki małoletni Batman. Zobaczymy, co z niego wyrośnie…

Bartosz Sztybor (sc.), Tomasz Kaczkowski (rys.), „Niezła draka, Drapak! #2: Cypel Strachu”, Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 5, kolory/cienie: 4]

na-przystankusklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}alejakomiksuRecenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Malutki Lisek i Wielki Dzik #2: Najdalej

16/02/2017 § Dodaj komentarz


 Wielkie sprawy małych zwierząt

malutki-lisekPierwszy album serii Malutki Lisek i Wielki Dzik autorstwa Bereniki Kołomyckiej był dla mnie miłym zaskoczeniem. Urzekła mnie uniwersalna prostota opowieści o przyjaźni, wzajemnej akceptacji i szacunku. Dlatego niecierpliwie wyczekiwałem na premierę dalszego ciągu przygód Liska i Dzika, którzy pewnego pięknego poranka wyruszyli ze swojej dolinki w szeroki i daleki świat.

Bieżąca odsłona zbudowana została z trzech rozdziałów, zatytułowanych kolejno: Daleko, Dalej i Najdalej. I zgodnie z tymi nazwami nasi bohaterzy prą do przodu. Motywację mają prostą: ciekawość. Chcą poznać nowe i tajemnicze krainy, które są tak wyraźnie inne od znanego im wcześniej świata. Rzeczywistość wokół zachwyca i zadziwia. Dla dwójki przyjaciół wędrówka jest celem samym w sobie. Nie chcą dojść do żadnego berenika-kolomyckakonkretnego miejsca. Po prostu idą przed siebie. Spotykają nieznane dotąd zwierzęta, podziwiają piękne, a czasem groźne krajobrazy. Dla czytelnika również jest to podróż w nieznane.

Podczas wspólnej wyprawy i Lisek, i Dzik lepiej poznają samych siebie, a także mają okazję zrozumieć siłę i charakter wzajemnej relacji. Marszruta jest dla nich kolejną lekcją, z której wyciągają naukę. Kołomycka jeszcze raz udowodniła, że o stricte ludzkich emocjach można trafnie opowiadać za pomocą zwierzęcych bohaterów. Małoletni czytelnik wchłonie podczas lektury sporo trafnych spostrzeżeń, które pomogą lepiej zrozumieć własne emocje. Zresztą całość została podana przez autorkę w taki sposób, że i dla dorosłego odbiorcy komiks jest atrakcyjną, bo zmuszającą do myślenia, pozycją. Na zachętę, zacytuję jeden dialog między bohaterami: „Nasze nowe życie nie jest łatwe”. Na co Dzik odpowiada: „Za to jest bardzo ciekawe!”.

Graficznie jest równie atrakcyjnie jak w jedynce. Artystka nadal kolomyckaużywa malarskiej techniki, stawiając na duże, rozmyte plamy kolorów. Barwy są głównie przytłumione, żadnych jaskrawości, a brązy, beże i błękity. Mimo prostoty przedstawienia mimika bohaterów jest wyrazista. Czytelnik nie ma wątpliwości, co właśnie czuje Dzik czy Lisek. Wspaniale wygląda okładka! Wewnątrz uświadczymy jeszcze kilka innych pięknych kadrów i plansz. Osobiście najbardziej podoba mi się rozświetlona przez świetliki noc oraz góry we mgle.

W Najdalej Berenika Kołomycka znów opowiada nam ciepłą i mądrą opowieść, która spodoba się najmłodszym czytelnikom i zyska aprobatę starszych, dorosłych.

 Berenika Kołomycka (sc. & rys.), „Malutki Lisek i Wielki Dzik #2: Najdalej”, Klub Świata Komiksu – album 1041, Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.

[scenariusz: 5, rysunki: 6-, kolory/cienie: 5]

malutki-lisek-wielki-dziksklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}
alejakomiksu
Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Pani Detektyw Sowa

14/02/2017 § Dodaj komentarz


Idealny komiks dla najmłodszych

adam-swieckiPoznańska oficyna Tadam debiutowała na rynku w październiku ubiegłego roku. W przeciągu tych kilku miesięcy wypuściła na rynek dziesięć książek, przeznaczonych dla dzieci w różnym wieku. Dużo? Mało? Myślę sobie, że jak na niewielkie wydawnictwo, to całkiem sporo. Warto nadmienić, że wszystkie pozycje zostały napisane (i narysowane) przez polskich twórców. We wspomnianym zestawie są cztery komiksy. O propozycji Smoczek Loczek autorstwa Jasińskiego i Nowackiego już pisałem (klik! klik!). Dziś biorę na warsztat album Pani Detektyw Sowa, autorstwa Adama Święckiego.

Jak dobrze wiemy, sowa jest symbolem mądrości. I taki jest właśnie punkt wyjścia przedstawionej opowieści. Bohaterka mówi o sobie: „Cała rodzina jest ze mnie dumna, bo jestem bystra i wielce rozumna”. W książce musi się posłużyć swoim rozumem, aby odnaleźć żołędzie, które zniknęły z dębu. Ptak ma dwa zadania: 1) odnaleźć owoce 2) odkryć, kto i dlaczego je zajumał. Pani Sowa nie wykonuje czysto detektywistycznej pracy. Nie śledzi, nie zbiera dowodów, nie szuka tropów. Ogranicza się do zadawania pytań innym zwierzętom, a następnie sprawdzania odpowiedzi.

Dzięki takiemu fabularnemu rozwiązaniu akcja komiksu przenosi się z miejsca na miejsce, a czytelnik poznaje kolejnych mieszkańców lasu. Pamiętajmy, to pozycja dla najmłodszych. Dlatego częste zmiany lokacji są takie atrakcyjne. tadamDodatkowo dziecko dostaje możliwość poznania i rozpoznania (potem przy kolejnej lekturze): lisa, wiewiórki, węża, myszy, jeża czy bobra.

Zdaję sobie sprawę, że wśród osób czytających ten tekst są i tacy, którzy mieli okazję zetknąć się z komiksami Święckiego dla dorosłych. Wizualnie Pani Detektyw… bardzo różni się od albumów z serii Przebudzone legendy. Artysta dostosował ilustracje do potencjalnego czytelnika. Całość przedstawia się bardzo sympatycznie i przyjacielsko. Takie mam właśnie skojarzenia, gdy patrzę na przedstawienie sowy czy lisa. Zwierzęta narysowano w uproszczony sposób, ale nie ma żadnych wątpliwości, co do poprawnego oznaczenia postaci. Niezwykle atrakcyjnie dobrano kolory. Plansza z zającem i sową na łące jest po prostu piękna!

Pani Detektyw Sowa to komiks, który ukazał się w ramach serii wydawniczej o nazwie: Mój pierwszy komiks. Produkcja jest adresowana do najmłodszych czytelników takich, którzy nie potrafią jeszcze czytać (są słuchaczami) lub dopiero zaczynają samodzielnie składać litery. Dla dzieci w wieku 2-5 lat i trochę starszych to w pełni trafiona propozycja, wręcz idealna.

Adam Święcki (sc. & rys.), „Pani Detektyw Sowa”, Wydawnictwo Tadam, Poznań 2016.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5+] 

moj pierwszy komikssklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Bradl. Tom 1

11/02/2017 § Dodaj komentarz


Polskim Bondem był Kazimierz Leski

bradlZa serię Bradl, która wzięła swój tytuł od jednego z konspiracyjnych pseudonimu Kazimierza Leskiego, współodpowiedzialni są Tobiasz Piątkowski (scenariusz) i Marek Oleksicki (rysunki). Pierwszy tom zawiera dwa rozdziały: Dom pełen robaków oraz Zmartwychwstanie w Szpitalu Ujazdowskim. Całość liczy sobie 64 strony, sporo miejsca zajmują różnej maści dodatki. Wydawcą jest oficyna Egmont Polska, która opublikowała komiks we współpracy z Muzeum Powstania Warszawskiego.

Kazimierz Leski był bardzo barwną postacią. Wystarczy przeczytać jego biogram na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego (klik! klik!) czy jakiejkolwiek innej stronie (klik! klik!). Z omawianej pozycji jednak nie dowiadujemy się zbyt wielu „twardych” faktów z jego życia. Ponieważ, co należy na wstępie zaznaczyć, nie mamy do czynienia z fabularyzowaną biografią, a z pozycja na poły sensacyjną, na poły szpiegowską. Fabuła skupia się na nośnych pod tym względem wątkach, bo założenia Bradl ma być komiksem akcji. Co podkreślone zostało i w warstwie graficznej: okupowaną stolice Oleksicki ucharakteryzował niczym jakieś amerykańskie miasto, w których rozgrywa się akcja filmów gangsterskich w stylu Chłopcy z ferajny czy Nietykalni.

Akcja jedynki rozgrywa się między listopadem 1939 a zimą z początków 1940 roku. Tytułowemu bohaterowi udało się dostać do Warszawy. Z retrospekcji dowiadujemy się, że do 17 września walczył jako pilot na wschodzie tobiasz-piatkowskiPolski, gdzie jego samolot został zestrzelony przez Sowietów, a on sam dostał się do niewoli. Dzięki pomocy ze strony okolicznych mieszkańców udało mu uciec. W stolicy nie może zamieszkać u matki, bo jest poszukiwany przez Niemców, dlatego musi znaleźć inne, bezpieczne lokum. Po omacku szuka kontaktu z raczkującym zbrojnym podziemiem. Pewnego dnia idzie na spotkanie z przedstawicielem grupy konspiracyjnej. Jednak mężczyzna, który na niego czekał, okazuje się kimś zupełnie innym. Epizod miał poniekąd charakter testu, na szczęście Leski zdał i dzięki temu został przyjęty organizacji wywiadowczej „Muszkieterzy” dowodzonej przez Stefana Witkowskiego.

Największym atutem omawianej pozycji jest, obok niezwykle ciekawej głównej postaci, oprawa graficzna. Marek Oleksicki czerpie pełnymi garściami z doświadczenia jakie zdobył podczas produkcji komiksów dla amerykańskich wydawców. Chodzi o budowę planszy i dynamiczne kadrowanie. Gangsterski klimat budowany jest także poprzez ubiór i ujęcia na postaci – częste najazdy „kamery” na twarz oraz bogate używanie światłocienia. marek-oleksickiDla osób, które lubią dokładne i precyzyjne historycznie używanie szczegółów uzbrojenia, mundurów i innych rekwizytów, rysownik przygotował nie lada ucztę.

Powyżej nakreśliłem ramę narracyjną, która, oczywiście, okraszona została także kilkoma innymi wątkami. Nici fabularne wiją się niczym Narew w okolicach Tykocina. Całość, niestety, miejscami sprawia wrażenie chaotycznej, szczególnie jeśli chodzi o zmianę lokacji. Jednak nie należy zapominać, że to dopiero przystawka, wstęp do głównej opowieści. I poniekąd musi tak wyglądać. Nieskromnie liczę, że na kolejne albumy serii autorzy nie każą zbyt długo czekać.

Tobiasz Piątkowski (sc.), Marek Oleksicki (rys.), „Bradl. Tom 1”, Klub Świata Komiksu – album 1083, Muzeum Powstania Warszawskiego & Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o. o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4=, kolory/cienie: 4-]

sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Totalnie nie nostalgia

26/01/2017 § 2 komentarze


Dzieci rozumieją wszystko…

totalnie-nie-nostalgiaWanda Hagedorn w rozmowie z Agatą Maksymiuk tak mówi o swoim komiksie: „Totalnie nie nostalgia jest opowieścią autobiograficzną, a więc prawdziwą. Gdyby wątki nie były prawdziwe, musiałabym nazwać ją fikcją. Niektóre są gorzkie, ponieważ portretują życie, a większość żyć ludzkich składa się z goryczy i słodyczy”. To ważne oświadczenie, które każda osoba sięgająca po wspomnianą pozycję, musi mieć w tyle głowy. Ani na chwilę nie powinna zapominać, że przedstawione wydarzenia nie są wytworem wyobraźni scenarzystki. Proszę uważać. Przypuszczam, że część czytelników może – w ramach samoobrony – podjąć mimowolną próbę pójścia na skróty, zastosować mechanizm wyparcia i zrzucić depresyjno-opresyjno-represyjną wymowę na karb wybujałej fantazji Hagedorn.

Totalnie nie… to fascynująca pozycja, która wciąga od pierwszych plansz. Od lektury trudno się oderwać, czytelnik pragnie poznać od razu całą opowieść. Ważny i znaczący jest sam tytuł komiksu, który niejako z góry ustawia właściwe nastawienie. Autorka podkreśla nim informację, że książka nie powstała z sentymentu czy tęsknoty za PRL-em. Wręcz przeciwnie. W opowieści komunistyczna polityka, bratnie wojska, partia, kartki żywnościowe czy stan wojenny grają role epizodyczne. wanda-hagedornAutorka nie poświęca im zbyt wiele uwagi, gdyż stanowią jedynie scenografię, na tle której rozgrywają się prawdziwe dramaty rodziny narratorki. Dlatego osoby, które liczą na miłą i niezobowiązującą opowieść utkaną z sentymentalnych wątków, niech nawet do niej nie podchodzą.

Scenarzystka, Wanda Hagedorn, od 1986 roku mieszka w Australii, gdzie wyemigrowała jako dorosła, zamężna kobieta. W omawianym komiksie wraca do wspomnień z dzieciństwa, które spędziła z rodzicami i trzema młodszymi siostrami najpierw w Szczecinie, a następnie w Kołobrzegu i Pruszkowie. Memuar pisany jest z pozycji osoby dorosłej, która jest w pełni świadoma znaczenia i wartości opisywanych zdarzeń. Poprzez grzebanie w pamięci (swojej i sióstr) stara się lepiej zrozumieć siebie, własne emocje oraz relacje z innymi. Historia podzielona została na trzy części, które odpowiednio poświecono dzieciństwu, dorastaniu i dojrzewaniu do dorosłości. Narracja przetykana jest rozgrywającymi się współcześnie wstawkami, które mają charakter retardacji i pełnią funkcję przystanków na złapanie oddechu i chwilę refleksji.

Bez wątpienia „Totalnie nie nostalgia jest opowieścią autobiograficzną”. Wandzia, Wanduśka, Wanda stanowi centralny ośrodek, wokół której ogniskuje się cała fabuła. jacek-frasNiebagatelne znaczenie nadano także wszystkim innym kobiecym postaciom występującym w komiksie: matce, sistrom, babciom i ciotkom. To na nich patriarchalna rzeczywistość odciska swoje traumatyczne piętno. Relacja jest szczera aż do bólu, nie ma w niej ani grama fałszu. Wydaje się, że autorka nic przed czytelnikiem nie ukrywa. I dotyczy to zarówno sytuacji seksualnego molestowania rodzeństwa, używania fizycznej przemocy, obleśnego zachowania wujostwa i przełożonych ojca, a także dziecięcych rytuałów inicjacyjnych. Sporo uwagi poświęca się despotycznemu i narcystycznemu ojcu. Sceny terroru i tyranii należą do najbardziej przejmujących w całym komiksie.

Dużo dobrego napisałem już o warstwie literackiej, jednak nie należy zapominać, że mamy do czynienia z powieścią graficzną. Jacek Frąś, który odpowiada za warstwę wizualną, wywiązał się ze swojego zadania znakomicie. Siła rażenia, z jaką Totalnie nie… działa na czytelnika w dużym stopniu jest jego zasługą. Kreska, jaką posługuje się artysta, nie jest hiperrealistyczna, ale jednak rzeczywistość została odwzorowana bardzo precyzyjnie. Twórca poświęcił sporo uwagi wszystkim detalom i temu, aby były zgodne z realiami epoki. Powyżej wspomniałem o tym, że album został podzielony na trzy rozdziały. kolobrzegTrójpodział podkreślony zostaje także w warstwie ilustracyjnej: początkowo przedstawienie postaci jest wyraźnie karykaturalne, jednak wraz z dorastaniem protagonistki rysunek staje się bardziej realistyczny.

Nie wiem, czy Wanda Hagedorn rozpisała scenariusz na plansze, sceny i kadry z sugestiami graficznymi, ale bez wątpienia Frąś pierwszorzędnie wczuł się w narrację. Pewne jest, że autorzy mailowo dyskutowali o rysunkach. Na wklejce umieszczono fragmenty korespondencji, jak się wpatrzymy, to możemy przeczytać m.in.: „nie rysujesz ludziom oczu”, „zmienić nieco jej kok”, „zmieniłem ujęcia w 2 ostatnich kadrach – celem podbicia emocji” czy „wygląda to słabooo!”. A według mnie wygląda doskonale!

Lektura omawianej pozycji wywarła na mnie mocne wrażenie. Wręcz piorunujące. Pewnie dlatego, że listyperspektywa ujęcia tematu jest tak różna/odmienna od mojej osobistej. Wymowy komiksu nie łagodzi fakt, że własne życiowe doświadczenia z opresyjno-despotycznym ojcem (i dziadkiem) były bardzo, bardzo podobne do przeżyć sióstr Chmielewskich. Mimo wszystko trochę niepokoi mnie łatwość z jaką scenarzysta podzieliła świat: wszystkie kobiety są represjonowane, a wszyscy mężczyźni występujący w komiksie to zło wcielone. Abstrahując od rzeczonych zastrzeżeń śmiem twierdzić, że Totalnie nie nostalgia to jedna z najważniejszych, jeśli nie najważniejsza, pozycja w polskiej komiksografii XXI wieku.

Wanda Hagedorn (sc.), Jacek Frąś (rys.), „Totalnie nie nostalgia. Memuar”, Wydawnictwo Komiksowe & Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 5, kolory/cienie: 4]

robinsonsklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with komiks polski at Kopiec Kreta.

%d bloggers like this: