Lil i Put #3: Czarująca panna młoda

12/09/2017 § Dodaj komentarz


 Miksja w welonie!

To musiało się kiedyś wydarzyć! Autorzy komiksowej serii Lil i Put – Maciej Kur i Piotr Bednarczyk – nie pozostali głusi na prośby swoich czytelników. Zresztą sam również optowałem za tym, aby w kolejnym albumie została opowiedziana jedna pełnometrażowa historia, a nie kilka krótkich szortów. Czy scenarzyście udało się napisać rzecz spójną i ciekawą? Przekonajmy się.

Bez zbędnych wstępów – już w pierwszym kadrze – wprowadzone zostają do fabuły nowe postaci. Fryc Mamon jest wójtem wsi Miniatury Wielkie, który wygrał wybory, bo przekonał głosujących do swojej osoby darmowym napitkiem. Pełnienie urzędu wykorzystuje instrumentalnie i interesownie – powiększa osobisty majątek. Lil i Put narażają się urzędnikowi i „za karę” muszą szkodę odpracować w polu. Prace fizyczne strasznie męczą parę małoludów. Dlatego uciekają do stolicy. Po drodze spotykają elfkę Miksję, której towarzyszy goblinem Kirki – on także podpadł Frycowi. W efekcie tego incydentu ten ostatni zlecił Gerwinowi Stworołówcy zgładzenie zwierzaka.

Przedstawiony powyżej zestaw epizodów, to dopiero początek zwariowanych i miejscami absurdalnych przygód naszych bohaterów. Maciej Kur prowadzi narrację w sposób brawurowy i daleki od sztampy, świetnie łamie konwencję opowieści fantasy, wprowadzając elementy parodiujące współczesną rzeczywistość (m.in. wizyta Miksji w urzędzie pocztowym czy sceny w „wariatkowie” z udziałem Scotta McClouda oraz profesora, który wszędzie widzi spiski). Rozwój wydarzeń jest trudny do przewidzenia. Co prawda, biorąc pod uwagę podtytuł albumu i ilustrację na okładce, wiemy, że w którymś momencie musi pojawić się jakaś „panna młoda” i jeszcze „czarująca”, czyli Miksja. Czytamy, czytamy i już połowa komiksu, a ślubu ani widu, ani słychu. Czytelnik zdaje sobie sprawę, że będzie wychodziła za mąż, ale za kogo i dlaczego? Przecież nie z miłości, a może?

Omawiany album to naprawdę udana pozycja. Dobrze się stało, że autorzy (i wydawca) zdecydowali się na prezentację wielowątkowej, pełnometrażowej historii. Całość skrzy się humorem, podczas lektury ciężko powstrzymać się od śmiechu. Należy oddać scenarzyście sprawiedliwość – wszystko się ze sobą pięknie zaplata i łączy. Maciej Kur ma wyraźny dar konstruowania zabawnych fabuł, które nie opierają się tylko i wyłącznie na świetnych gagach, ale i literacko stoją na wysokim poziomie.

Rysunki Piotra Bednarczyka z każdym kolejnym albumem zyskują. Stają się mniej toporne, a bardziej dobitne i ekspresyjne. Już na poziomie storyboardu gagi sytuacyjne są właściwie rozplanowane, patrzący w mig łapie komiczne przesłanie sceny. Wszystkie występujące postaci są dobrze zaprojektowane i poprowadzone, dlatego czytelnik nie ma żadnych problemów z ich rozpoznaniem. Na uwagę zasługuje także rozbudowana i różnorodna gestykulacja, mimika oraz zachowanie.

Autorzy mają świadomość, że ich czytelnicy serii dorastają. Pierwsze dwa albumy skierowane były głównie do 8- czy 9-latków. Natomiast – ze względu na aluzyjność i niuanse, zastosowanie wielu popkulturowych nawiązań, użycie narracji wstecznej oraz rozbudowaną listę dialogową – bieżącą odsłonę polecam wszystkim samodzielnym czytelnikom.

Maciej Kur (sc.), Piotr Bednarczyk (rys.), „Lil i Put #3: Czarująca panna młoda”, Klub Świata Komiksu – album 1131, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 4, kolory/cienie: 4-]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Reklamy

Bajka na końcu świata #1: Ostatni ogród

24/06/2017 § 1 komentarz


Pierwsze przygody Bajki i Wiktorii

Pewnie zastanawiacie się nad tym, dlaczego najnowszy komiks Marcina Podolca nosi tytuł Bajka na końcu świata, a nie Bajka o końcu świata? Tytuł brzmi trochę nie po polsku, ale od razu informuję, że jest to jedynie złudzenie. Słowo „bajka”, użyte w tytule albumu, nie odnosi się do rodzaju utworu literackiego. Tak ma na imię pies (a właściwie suczka) małoletniej Wiktorii, która jest główną bohaterką opowieści. Obie są permanentnie w drodze, przemierzają „świat po wielkim wybuchu”. Stąd owo „na” a nie „o”.

Chcąc dalej trochę bawić się semantyką, to właściwie tytuł wskazuje, że Bajka jest już na końcu świata, że osiągnęła punkt docelowy. A skoro warstwa fabularna ukazuje ciągłą wędrówkę, to można domniemywać, że nie istnieje żadne konkretne miejsce, do którego bohaterki mogłyby dotrzeć. Ponieważ już w nim są, a wędrówka jest jedynie pretekstem. Do czego? Lepszego poznania postapokaliptycznej rzeczywistości? Choć można na sprawę spojrzeć jeszcze inaczej. Omawiana publikacja nosi podtytuł Ostatni ogród, a na grzbiecie umieszczono cyfrę jeden. Czyli w rękach mamy fragment, a całość opowieści składać się będzie z kilku części (Ilu? Tego na chwilę obecną nie wiadomo), więc nazwa odnosi się do kompletu, którego nie ma, który dopiero będzie. Jeśli pod tym kontem patrzeć, to wówczas Bajka znajdzie się na końcu świata w ostatniej odsłonie. A! Jeszcze jedna ciekawa sprawa. Z albumu to nie wynika, ale na stronie wydawcy podano, że w tytule „koniec świata” pisany jest z małych liter, więc niby nie jest to żadna nazwa własna… Dobra, dość tych słownych gierek.

Jak wspomniałem, akcja albumu rozgrywa się w mało przyjaznej rzeczywistości, która jest bezludna, zrujnowana, rozbita, spopielona i pustynna. Jeden z bohaterów mówi: „Wiecie, nie ma lekko, odkąd świat wygląda jak wielka piaskownica”. Bohaterki (Wiktoria i Bajka) przemierzają jałową krainę, codziennie mijają kolejne zwalone domy, wypalone do cna lasy, dymiące zgliszcza i kratery. Kierunek wędrówki wyznacza tajemnicze światło, które w nocy pojawia się na nieboskłonie. Protagonistki są przekonane, że światłość została wysłana przez rodziców dziewczynki i wskazuje miejsce ich aktualnego pobytu.

Scenarzysta nie zdradza dlaczego świat spotkała katastrofa, dlaczego jest bezludny czy jakim cudem Wiktoria i Bajka ocalały. Czytelnik „na wiarę” musi przyjąć wiele konstrukcyjnych elementów komiksu. Na szczęście opowiadanie wcale nie skupia się na beznadziejnej sytuacji bohaterek. A wręcz przeciwnie. Pewnie dlatego nie dziwi, że dziewczynka może rozmawiać z psem. A między ruinami i dymem migają nikłe promyczki nadziei: kiełkująca roślinka, zapomniany ogród z czystą wodą, gdzie można się popluskać i myć czy przyjacielsko nastawiony tapir, który jest kurierem. Całość fabuły niesie za sobą pozytywny przekaz o przyjaźni, lojalności, celowości podjętych działań i ufności. Historia, przynajmniej w „jedynce”, skupia się na małych a znaczących gestach i symbolach.

Oprawa graficzna jest więcej niż dobra. Podolec odrysował rzeczywistość spójną i wiarygodną, w której wszystkie przedstawione elementy do siebie pasują, wzajemnie się uzupełniają i uzasadniają. Z albumu na album kreska rysownika ewoluuje. Oczywiście w wypadku Bajki… w pewien sposób została dopasowana do potencjalnego czytelnika (tj. dzieci), dlatego postaci ukazane zostały bardzo sympatycznie i już na pierwszy rzut oka mogą się podobać. Należy zauważyć, że Wiktoria wcale nie jest klasycznie piękną dziewczynką, bo ma szparę między jedynkami, kartoflany nos oraz lekką nadwagę, a mimo to zupełnie naturalnie zaczynamy ją lubić. Docenić i chwalić należy artystę za to, jak prowadzi narrację – kadry odpowiednio przenoszą akcję. Dodatkowo twórca konstruuje plansze w odważny sposób. Świadomie rezygnuje z klasycznego układu kwadratów i prostokątów na rzecz bardziej śmiałych zabaw. Warto zwrócić uwagę na dwie plansze, na których postaci napotykają kiełkującą roślinkę czy na sceny przymusowej kąpieli. Na jeszcze jedną sprawę chciałbym zwrócić uwagę, otóż czasami elementy ilustracji „uciekają” poza linię paneli, co odbieram pozytywnie jako znak, że nie wszystko musi być „pod linijkę”.

Doceniam wiele detali, z których zbudowany jest komiks, że główną postacią jest dziewczynka, że akcja rozgrywa się w otoczeniu o charakterze postapokaliptycznym, że jest to komiks drogi, że nie wszystko zostało podane na tacy, że pewne elementy są wciąż ukryte przed czytelnikiem. Rzecz czyta się z niesłabnącym zaciekawieniem, a kolejne epizody dobrze ze sobą współgrają. Brakuje mi jedynie do pewnego, bliżej nieokreślonego, morału lub przesłania. W końcu, nawiązując do pierwszych akapitów tekstu, w tytule pada słowo „bajka”.

Marcin Podolec (sc. & rys.), „Bajka na końcu świata #1: Ostatni ogród”, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Bartnik Ignat i skarb puszczy

23/06/2017 § 2 Komentarze


 Śpieszcie do księgarń!

Muszę przyznać, że gdy trzy lata temu sięgnąłem po komiks Bartnik Ignata i skarbu puszczy, był to mój pierwszy kontakt z twórczością Tomasza Samojlika. Bez bicia przyznam się, że wcześniej po prostu go ignorowałem. Kiedy wokół jego pierwszych, wydanych jeszcze nakładem Zakładu Badania Ssaków Polskiej Akademii Nauk, albumów rozkręcała się pozytywna fama, byłem dość sceptycznie nastawiony do komiksów o żubrach. Komiks dla dzieci? Ekologia i edukacja? Takie hasła budziło moją (w pewnym stopniu) uzasadnioną nieufność i ani mi się śniło sięgać do kieszeni. Ale wreszcie w moje ręce wpadł Bartnik… i po prostu zdębiałem.

Od setek lat w dzikich i prastarych lasach Puszczy Białowieskiej życie płynęło we własnym tempie. Tereny te od XIV do XVIII wieku były rezerwatem łowieckim polskich królów i wielkich książąt litewskich. Oznaczało to, że tylko oni mogli tam polować. Nikt niepożądany nie miał do niego wstępu, a przez to, że te tereny strzeżone były przed kłusownikami i nielegalną eksploatacją udało się zachować ich pierwotny charakter. Na mocy specjalnych przywilejów królewskich tylko niektórzy ludzie mogli korzystać z królewskich bogactw. Dzięki temu Puszcza zaspakajała mnóstwo potrzeb okolicznej szlachty, mieszczan, duchowieństwa i zwykłych chłopów. Bartnicy pozyskiwali miód i wosk, a budnicy wypalali smołę, potaż i węgiel drzewny. Na niektórych obszarach wypasano bydło, a sam las był źródłem grzybów, ziół, owoców leśnych, chrustu i drewna na opał, łuczywa z sosen i kory lipowej. Przez setki lat człowiek i natura żyli ze sobą w zgodzie.

Przedstawiony na kartach omawianego komiksu świat, to ideał zakochanego w ludowości romantyzmu, to spełnienie marzeń Jana Jakuba Rousseau (pojawiającego się zresztą w komiksie). W tej trochę bajkowej, trochę mitycznej Puszczy Białowieskiej Samojlika człowiek nie tylko współistnieje z przyrodą z dala od zgiełku cywilizacji i na peryferiach wielkiej polityki, ale jego kultura przenika się natura. W wyniku tej syntezy powstają lokalne legendy „głupim na dziwnowanie, a mądrym na naukę”, jak mówi jeden z budników, a sentymentalny poeta Franciszek Karpiński pracują nad swoim wielkim dziełem, zbierając opowieści starych osoczników i kmieci. Jednym słowem – idylla, trochę jak z oświeceniowych sielanek, trochę jak z wczesnoromantycznych ballad. Ale sielanka, jak to sielanka – nie może trwać wiecznie.

Akcja rozpoczyna się w roku 1795, tuż po trzecim, wymazującym Rzeczpospolitą z map Europy, rozbiorze. Caryca Katarzyna II w darze za wojenne zasługi daruje część Puszczy Białowieskiej generałowi Sobakiewiczowi (jego pierwowzorem jest hrabia Piotr Aleksandrowicz Rumiance, jeden z faworytów władczyni Rosji). Jak na czarny charakter przystało, chcąc się jak najszybciej wzbogacić, zarządzą wycinkę drzew byłych królewskich włości. Blady strach pada na ludzkich i zwierzęcych mieszkańców Puszczy i okolic. Tylko tytułowy bohater, posunięty nieco w latach bartnik Ignat będzie miał dość odwagi, aby sprzeciwić się okrutnemu Sobakiewiczowi i jego bandzie, a w tej walce towarzyszyć będzie mu mała Łucja, psotna wnuczka Karpińskiego.

Wiem, że o wielu tekstach mówi się i pisze, że są przeznaczone nie tylko dla dzieci, ale również i dla ich rodziców, lecz sposób, w jaki Tomaszowi Samojlikowi udało się pogodzić prostą, przygodową historię dla młodszego czytelnika z treściami przemycanymi dla całkiem dorosłego i oczytanego odbiorcy, budzi mój niekłamany podziw. W prowadzoną lekko, ale pełną napięcia opowieść, wpleciono nie tylko Wielką Historię znaną z podręczników, ale także tą mniejszą, lokalną, niekoniecznie powszechnie znaną. W ten sposób Samojlikowi udało się spojrzeć na ograne do bólu przez literaturę problemy z nieco innej, bardzo osobliwej perspektywy, co dla czytelnika mającego na karku lat dziesiąt jest niezwykle ciekawe. Co więcej, w albumie naprawdę połączono walory edukacyjne z dobrą zabawą. Samojlik doskonale wpisuje się w podejście „bawić – uczyć, uczyć – bawiąc” Papcia Chmiela nie popadając przy tym w toporny dydaktyzm, co potwierdzają setki dzieciaków uwielbiających wracać do jego komiksów.

Pod względem wizualnym Bartnik Ignat… nie zachwyca, ale nie sposób cokolwiek zarzucić Samojlikowi. Pochodzący z Hajnówki artysta jest komiksiarzem kompletnym. Ze swoją prostą, czytelną i dość charakterystyczną kreską może stawać w szranki z najlepszymi cartoonistami w Polsce, ale w jego ilustracjach nie chodzi o czcze efekciarstwo, tylko o klarowność narracji. Dzięki takim, a nie innym rysunkom czytelnik połykając kolejne strony daje się wciągnąć historii. Na uwagę zasługuje to, w jaki sposób gra szczegółem na drugim planie – czasem, aby uzyskać pożądany efekt (na przykład podkreślić dramaturgię danej sceny) całkowicie upraszcza tło wzmacniając przekaz konkretnego kadru lub całej strony.

Samojlik opowiadaczem jest niezrównanym! Pomimo tego, że snuje całkiem konwencjonalną opowieść, to jednak daleko mu od konwencjonalności i w niektórych momentach potrafi zaskoczyć. Świetnie dozuje napięcie, doskonale kreuje charaktery, potrafi śmieszyć, smucić i sprawiać radość. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Bartnik Ignat i skarb puszczy jest (obok Hildy) najlepszym komiksem, jaki ukazał się nakładem Centralki, który potwierdza wyjątkowość talentu Tomasza Samojlika. Pracujący w Zakładzie Badania Ssaków w Białowieży twórca w polskiej, a może i europejskiej skali, jest zjawiskiem wyjątkowym i niezwykłym. Dlatego dobrze się stało, że Centrala zdecydowała się na reedycję. Śpieszcie do księgarń! Nawet nie zauważycie, jak szybko nakład zniknie z półek.

 Tomasz Samojlik (sc. & rys.), „Bartnik Ignat i skarb puszczy”, Centrala – Mądre komiksy, wyd. II, Londyn-Poznań 2017.

[autor: Jakub Oleksak]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Mały, Duży i chmura

08/03/2017 § Dodaj komentarz


Pan Mysz i pan Hipopotam

Mały, Duży i chmura to trzecia propozycja poznańskiej oficyny Tadam, która ukazała w ramach serii wydawniczej o nazwie Mój pierwszy komiks. Książka wyszła spod ręki Agaty Matraś. Autorka w pewnych kręgach jest dość znana, a to za sprawą opublikowanej przez portal Pulowerek pozycji pt.: Komiks, który wydarzył się naprawdę. Wydany w 2012 roku zbiór pasków opowiadał o codziennym zmaganiu się z rzeczywistością w bibliotece.

Bohaterami recenzowanego komiksu są Mały, czyli pan Mysz oraz Duży, czyli pan Hipopotam. Całość zaczyna się od wielkiego trzęsienia ziemi. Dosłownie, a nie metaforycznie. Mały smacznie sobie śpi w swojej norze, aż tu nagle „Bam! Bam! Bam!”, cały dom drży, a bohater spada z łóżka. Hałasy nie ustają. W takich warunkach nie da się spać, dlatego Mały wchodzi na drabinę i ostrożnie wychyla nos z jamy. Musi uważać, aby nie zostać stratowanym przez biegającego w te i nazad Dużego, który wcale nie przygotowuje się do startu w maratonie nowojorskim.

W tym miejscu rozpoczyna się właściwa fabuła komiksu, która wbrew pozorom dotyka sprawy istotnej, bo związanej z różnymi sposobami radzenia sobie ze złym samopoczuciem. Autorka ładnie zagrała tytułową „chmurą”, która fizycznie prześladuje jednego z bohaterów, a w wymiarze metaforycznym ma inną, dodatkową i wyraźną wymowę. Podoba mi się to, że Matraś wykorzystuje obie warstwy znaczeniowe: realną oraz symboliczną. Myślę, że dzięki temu prostemu zabiegowi komiks nabiera dodatkowej atrakcyjności dla rodziców – zyskuje nienachalny wymiar edukacyjny, który dotyczy rozpoznawania emocji i radzenia sobie z tymi negatywnymi.

Całość została narysowana z użyciem wyraźnej, acz uproszczonej kreski. Występujące zwierzęta przedstawiono skrótowo i umownie, jednak na tyle charakterystycznie, że dzieci nie będą miały problemów z ich rozpoznaniem i nazwaniem. Mały trochę mi przypomina postać Kota Prota wymyśloną przez Dr. Seussa.

Tylko jeden mały szczegół mi się nie podoba: toporny font jakiego użyto dla onomatopei. Za to bardzo pozytywnie odbieram fakt, że autorka w prosty tekst opowiadania wplotła słowo „konstelacja”. Również uważam, że należy wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję do tego, aby poszerzać słownictwo dzieci. Na to nigdy nie jest za wcześnie. Podsumowując, komiks Mały, Duży i chmura zasługuje na uznanie. Pewnie podobnie uważa wydawca, bo jeszcze w styczniu premiera komiksu Mały, Duży i czary.

Agata Matraś (sc. & rys), „Mały, Duży i chmura”, Wydawnictwo Tadam, Poznań 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 4-, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Niesłychane losy Ivana Kotowicza #2: Zamek rybiej dynastii

01/03/2017 § Dodaj komentarz


 W grupie raźniej

michal-ambrzykowskiNiespełna dwa lata temu recenzowałem pierwszy album cyklu Niesłychane losy Ivana Kotowicza, pisałem wówczas: „(…) debiut Kusiny i Ambrzykowskiego zaskoczył mnie, pozytywnie zaskoczył. Nie spodziewałem się, aż tak dopracowanego albumu. Scenarzysta zadbał o ciekawy skrypt, a rysownik świetnie wywiązał się ze swojego zadania. Z jednej strony otrzymaliśmy rzecz zabawną i wciągającą, z dobrze poprowadzoną akcją. A z drugiej wizualnie intrygującą, na którą patrzy się z satysfakcją”. Zupełnie niedawno ukazała się dwójka, która nosi podtytuł: Zamek rybiej dynastii. Czas sięgnąć po komiks i sprawdzić, czy autorom udało się spełnić wszystkie pokładane w nich nadzieje. Zresztą nie tylko moje. Warto wspomnieć, że jedynka uznana została za najlepszy polski album komiksowy podczas 26. Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi.

Fabuła bieżącego odcinka rozgrywa się jakiś czas po wydarzeniach ukazanych w jedynce. Partyjni towarzysze nadal wierzą w idee rewolucji komunistycznej. Ostatecznie jednak substancja o nazwie Stalinium się nie sprawdziła. Chociaż kotowicz-iwabpoczątkowo w miasteczkach panował komunistyczny ład i porządek. Jednakże po jakimś czasie sprawy zaczęły się poważnie komplikować: ludność faszerowana Stalinium zamieniała się w krwiożercze monstra.

Młody Ivan Kotowicz musi sobie poradzić ze stratą ojca, który, jak pamiętamy z jedynki, zginął podczas wybuchu w fabryce. Na szczęście wespół ze swym przyjacielem, Antonem Świnojewem, trafia pod opiekuńcze skrzydła profesora Bremera. Obaj chłopcy dołączają do specgrupy czerwonoarmistów, która ma za zadanie wytropić wrogów rewolucji. W skład grupy wchodzą: piękna i inteligentna lisica Eliza Chwost, silny i brutalny niedźwiedź Misza Siemionow i tajemniczy sierżant Krukow. Początkowo głównie wspólnie ćwiczą, trochę jak X-Meni w Instytucie profesora Xaviera dla Utalentowanej Młodzieży. Pierwsza wspólna misja bohaterów (superbohaterów?) polega na rozwikłaniu zagadki tytułowego zamczyska, w którym doszło do bliżej nieokreślonych nadprzyrodzonych zdarzeń.

Fabuła tym razem prowadzona jest leniwie, bez większych zwrotów akcji i zaskoczeń. Kotowicz (i czytelnik) mają chwilę, aby odpocząć, poukładać sobie w głowie uprzednie wydarzenia, zebrać siły i przygotować się do udziału w supermisji. Moim zdaniem Kusina zombienadmiernie rozciąga narrację, wprowadza tajemnicze wątki i postaci, delikatnie sygnalizujące kolejne niesamowite zdarzenia, których rozwinięcia i rozwiązania możemy się spodziewać w dalszych odsłonach. Rozumiem, że ma to służyć pobudzaniu apetytu u czytelnika i przywiązaniu go do serii. Czegoś jednak w bieżącej opowieści brakuje. Podczas lektury oczekiwałem na jakieś spektakularne zdarzenie, woltę, która wywróci opowieść na lewą stronę, ale na „czekaniu” się skończyło. Zamek rybiej dynastii to przydługi wstęp do wydarzeń, które mają dopiero nastąpić. Skrypt sugeruje, wręcz suponuje, że za chwilę coś ważnego się wydarzy, ale przewracamy stronę i znów jedynie budowanie napięcia, żadnego uwolnienia, żadnego rozwiązania. Pozostaje czekać na trójkę.

Z rysunkami sprawa przedstawia się zgoła inaczej. Dwójka prezentuje się pod tym względem ciekawiej. Co prawda całość utrzymana jest w tym samym stylu, co jedynka, ale plansze narysowane zostały z większą precyzją i dbałością o szczegóły. Artysta lepiej rozumie głównego bohatera, stosuje bardziej rozbudowaną mimikę, większa jest także dynamika poruszających się postaci. Kadrowanie kajetan-kusinajest odważniejsze, Ambrzykowski częściej zmienia kąt patrzenia i bawi się perspektywą. Wyraźnie widać, że rysownik pewniej się czuje w wykreowanym świecie. Wszystko to można zapisać na plus dla recenzowanej pozycji.

Podobno seria Niesłychane losy Ivana Kotowicza ma się składać z pięciu tomów. Zamek… mocno rozbudza apetyt, jednak do finału daleko. Biorąc tom do ręki czytelnik musi uzbroić się w cierpliwość: scenarzysta akcję gmatwa, podsuwa kolejne pytania i wymusza wyczekiwanie na trójkę. Ech, ciekawe, jak długo będziemy musieli czekać?

Kajetan Kusina (sc.), Michał Ambrzykowski (rys.), „Niesłychane losy Ivana Kotowicza #2: Zamek rybiej dynastii”, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 3+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5-]

kotowicz sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Niezła draka, Drapak! #2: Cypel Strachu

20/02/2017 § Dodaj komentarz


 Nieustraszony Drapak

drapakW pierwszej albumie z serii Niezła draka, Drapak!, która jest dziełem Bartosza Sztybora (scenariusz) i Tomasza Kaczkowskiego (rysunki), tytułowy bohater doprowadził do złapania złoczyńcy terroryzującego Miasto Nasze, który ściągnął na mieszkańców straszliwą chorobę: wszyscy śpiewali zamiast mówić. Tym razem Kornel, a właściwie jego superbohaterskie alter ego – Drapak, musi zmierzyć się z falą tajemniczych porwań, których ofiarą padają dzieci.

Komiks zaczyna się budowania mitologii miasta, w którym operuje nasz superbohater. W Mieście Naszym obok siebie żyją i ludzie, i życzliwe im potwory. Ze wprowadzenia czytelnik dowiaduje się, jak to się stało, że dwie rasy pokojowo koegzystują. Co roku na pamiątkę dawnych wydarzeń obchodzone jest święto „daru czy koszmaru”, podczas którego dzieci chodzą od domu do domu i zbierają łakocie. Pierwsze tajemnicze porwanie ma miejsce w świąteczną noc. Na miejscu „zbrodni” porywacz zostawia wskazówkę, na podstawie której Drapak i Szeryf próbują rozwiązać zagadkę. Tajemnicze porwania układają się w pewien wyraźny wzór: najpierw porwano ludzką dziewczynkę, potem dziewczynkę z rodziny potworów, następnie ludzkiego chłopca. tomasz-kaczkowskiDlatego superbohater trafnie dedukuje, postanawia zastawić pułapkę i złapać porywacza na gorącym uczynku. Czy zasadzka się powiedzie? Kto okaże się porywaczem? Dlaczego porywa dzieci? Nie będę zdradzał.

W albumie Cypel Strachu ważny jest wątek poświęcony rozwijającej się relacji pomiędzy Kornelem, Polą oraz Chrobotem. Kornel przyjaźni się z Chrobotem, ale w związku z faktem, że ma dziewczynę, to może przyjacielowi poświęcać mniej czasu i rzadziej są tylko we dwóch. Podobnie patrzy na sprawę Pola, które chciałby więcej czasu spędzać ze swoim chłopakiem sam na sam. Chociaż jest to wątek poboczny, to mam wrażenie, że dla młodocianych czytelników będzie on równie ważny i znaczący, co główna fabuła. Muszę przyznać, że ładnie poprowadzono ten epizod. I fakt, że został włączony do „komiksu akcji” należy zapisać scenarzyście na plus.

Graficznie omawiana pozycja wypada równie efektownie, co pierwsza odsłona. Tomasz Kaczkowski bartosz-sztyborkonsekwentnie używa cartoonowej kreski, która nadaje rysunkom lekkości i przejrzystości. Jego ilustracje przypominają mi prace Delphine Durand, szczególnie z pozycji Mój dom (klik! klik!). Wypada zauważyć, że artysta nie wszystko robi „pod linijkę”, niektóre kadry wiszą krzywo, postaci wychodzą z ramek, można zauważyć zabawy z perspektywą – całość wykonano z rozmysłem i znawstwem technik narracji wizualnej.

Czy dwójka lepsza od jedynki? Myślę, że tak. Szczególnie jeśli zwrócić uwagę na spójność i atrakcyjność fabuły. Cypel Strachu to komiks akcji z dużą domieszką humoru i horroru. Seria Sztybora i Kaczkowskiego to udana próba zaszczepienia komiksu superbohaterskiego na rodzimym gruncie, Drapak to w końcu taki małoletni Batman. Zobaczymy, co z niego wyrośnie…

Bartosz Sztybor (sc.), Tomasz Kaczkowski (rys.), „Niezła draka, Drapak! #2: Cypel Strachu”, Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 5, kolory/cienie: 4]

na-przystankusklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}alejakomiksuRecenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Malutki Lisek i Wielki Dzik #2: Najdalej

16/02/2017 § Dodaj komentarz


 Wielkie sprawy małych zwierząt

malutki-lisekPierwszy album serii Malutki Lisek i Wielki Dzik autorstwa Bereniki Kołomyckiej był dla mnie miłym zaskoczeniem. Urzekła mnie uniwersalna prostota opowieści o przyjaźni, wzajemnej akceptacji i szacunku. Dlatego niecierpliwie wyczekiwałem na premierę dalszego ciągu przygód Liska i Dzika, którzy pewnego pięknego poranka wyruszyli ze swojej dolinki w szeroki i daleki świat.

Bieżąca odsłona zbudowana została z trzech rozdziałów, zatytułowanych kolejno: Daleko, Dalej i Najdalej. I zgodnie z tymi nazwami nasi bohaterzy prą do przodu. Motywację mają prostą: ciekawość. Chcą poznać nowe i tajemnicze krainy, które są tak wyraźnie inne od znanego im wcześniej świata. Rzeczywistość wokół zachwyca i zadziwia. Dla dwójki przyjaciół wędrówka jest celem samym w sobie. Nie chcą dojść do żadnego berenika-kolomyckakonkretnego miejsca. Po prostu idą przed siebie. Spotykają nieznane dotąd zwierzęta, podziwiają piękne, a czasem groźne krajobrazy. Dla czytelnika również jest to podróż w nieznane.

Podczas wspólnej wyprawy i Lisek, i Dzik lepiej poznają samych siebie, a także mają okazję zrozumieć siłę i charakter wzajemnej relacji. Marszruta jest dla nich kolejną lekcją, z której wyciągają naukę. Kołomycka jeszcze raz udowodniła, że o stricte ludzkich emocjach można trafnie opowiadać za pomocą zwierzęcych bohaterów. Małoletni czytelnik wchłonie podczas lektury sporo trafnych spostrzeżeń, które pomogą lepiej zrozumieć własne emocje. Zresztą całość została podana przez autorkę w taki sposób, że i dla dorosłego odbiorcy komiks jest atrakcyjną, bo zmuszającą do myślenia, pozycją. Na zachętę, zacytuję jeden dialog między bohaterami: „Nasze nowe życie nie jest łatwe”. Na co Dzik odpowiada: „Za to jest bardzo ciekawe!”.

Graficznie jest równie atrakcyjnie jak w jedynce. Artystka nadal kolomyckaużywa malarskiej techniki, stawiając na duże, rozmyte plamy kolorów. Barwy są głównie przytłumione, żadnych jaskrawości, a brązy, beże i błękity. Mimo prostoty przedstawienia mimika bohaterów jest wyrazista. Czytelnik nie ma wątpliwości, co właśnie czuje Dzik czy Lisek. Wspaniale wygląda okładka! Wewnątrz uświadczymy jeszcze kilka innych pięknych kadrów i plansz. Osobiście najbardziej podoba mi się rozświetlona przez świetliki noc oraz góry we mgle.

W Najdalej Berenika Kołomycka znów opowiada nam ciepłą i mądrą opowieść, która spodoba się najmłodszym czytelnikom i zyska aprobatę starszych, dorosłych.

 Berenika Kołomycka (sc. & rys.), „Malutki Lisek i Wielki Dzik #2: Najdalej”, Klub Świata Komiksu – album 1041, Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.

[scenariusz: 5, rysunki: 6-, kolory/cienie: 5]

malutki-lisek-wielki-dziksklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}
alejakomiksu
Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with komiks polski at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: