Kaki, Marietta, Pan Leclair i cała reszta… – rozmowa z Florianem Ferrier

16/08/2017 § 2 Komentarze


 Kaki, Marietta, Pan Leclair i cała reszta… – z Florianem Ferrier, współscenarzystą serii komiksowej Hotel Dziwny, rozmawia Maciej Gierszewski

Maciej Gierszewski: Patrząc na Pana wcześniejszą aktywność zawodową, nie przypuszczałbym, że jest Pan zainteresowany zrobieniem komiksu dla dzieci.
Florian Ferrier: Katherine i ja zawsze pracowaliśmy dla dzieci. Ona od dwudziestu lat robi ilustracje dla prasy dziecięcej i różnych wydawnictw we Francji, a ja robię animacje i reżyseruję programy TV. Piszę także powieści dla młodzieży. Dlatego zrobienie komiksu dla dzieci było dla nas czymś naturalnym, następnym krokiem. Dzieci stanowią naszą podstawową publiczność i uważamy je za „interesujące plemię”. Zwykle każde z nas pracuje nad własnymi projektami, to była pierwsza rzecz, którą zrobiliśmy wspólnie.

M.G.: Czy od początku zakładaliście, że będzie to seria? Czy zadecydowaliście o tym później?
F. F.: Chcieliśmy, aby to była seria. Tak to sobie wyobraziliśmy od początku: pięć dziwacznych postaci prowadzących hotel. Kiedy zaczęliśmy pisać i rysować, nie wiedzieliśmy, dokąd historia nas zaprowadzi. Wspólna praca tak nas cieszyła, że kiedy skończyliśmy pierwszy tom, pomyśleliśmy, dlaczego nie napisać kolejnej przygody? Ostatecznie i tak zawsze decydują czytelnicy. Gdyby pierwszy tom nie sprzedał się dobrze we Francji, prawdopodobnie nie byłoby drugiego.

M.G.: Co było pierwsze: postaci czy historia? Najpierw stworzyliście bohaterów, snując opowieść wokół nich? Czy może Hotel Dziwny dał początek wszystkiemu?
F.F.: Wszystko płynnie po sobie następowało, opowieść ewoluowała powoli. Najpierw jedna postać, potem kolejna… Jedna historia, potem następna… Jak Lego. Bezpośrednią inspiracją dla powstania Hotelu Dziwnego było nasze ulubione miejsce spędzania wakacji – drewniany domek w Alpach. On naprawdę istnieje! Następnie chcieliśmy stworzyć łatwo rozpoznawalnych bohaterów, choćby w zarysie. Każdy z nich ma jakiś szczególny kształt, kolor, niezwykły czy dziwny charakter, sposób patrzenia na życie. Uprzejmość, ale i humor.
Jest tak, że podczas pracy musisz ufać sobie i nie wahać się odrzucać tego, co nie jest wystarczająco dobre. Katherine szybko dochodzi do rezultatów, jakie chce uzyskać, dlatego odrzucała mniej niż ja (bardzo to podziwiam!). Sam zrezygnowałem z wielu pomysłów, które początkowo wydawały się dobre, ale później stawały się nudne.

M.G.: Możesz zdradzić czy w kolejnych tomach akcja również dzieje się w hotelu?
F. F.: Bohaterowie często wyruszają w poszukiwaniu przygody, czasami bardzo daleko od hotelu. Np. w czwartym tomie ekipa wkracza do krainy duchów, która znajdują się nad chmurami. Każda kolejna historia rozpoczyna się w hotelu i ostatecznie drużyna zawsze tam powraca. Wszystkie albumy zaczynają się tym samym kadrem ukazującym hotel, tylko pory roku się zmieniają…

M.G.: Wydaje się, że najważniejszymi postaciami w komiksie są Kaki, Marietta i Pan Leclair. Czy możesz powiedzieć coś więcej o każdym z nich? Czy wzorowaliście swoich bohaterów na rzeczywistych osobach?
F. F.: Wymyślając postaci zawsze inspirujemy się ludźmi, których znamy. Marietta to „szefowa”, która jest szczęśliwa tylko wtedy, kiedy inni są szczęśliwi. Kaki jest leniwą i przezabawną futrzaną kulką. Pan Leclair jest nocnym strażnikiem hotelu, ale wciąż zasypia. Lubi siedzieć w komfortowym zaciszu swojej biblioteki. Cała jego wiedza pochodzi z książek, nawet jego brytyjski humor… Wygląd bohaterów bywa zdecydowanie dziwny, jednak usposobieniem przypominają ludzi, których się zna. Jest także Celestin, sąsiad i przyjaciel. Trochę tajemniczy gość, który kocha samotność i las, bo on nie ma przed nim tajemnic. I wreszcie Pan Snarf, duch z księgi gości, recepcjonista i żyjącą pamięć hotelu.

M.G.: Oprócz Kaki, Marietty i Pana Leclair jest wiele innych postaci w komiksie. Niektóre z nich grają epizodyczną rolę. Czy trudno było nadać indywidualność każdej z nich?
F. F.: Czasami. Niektóre postaci są tak epizodyczne, że pojawiają się tylko w jednym kadrze. W komiksie można sobie pozwolić na niezliczoną ilość osób, kształtów czy kolorów. Główna bohaterka jest właścicielką hotelu, dlatego oczywistym jest, że spotyka wielu gości. Katherina uwielbia rysować dziwne stworzenia. Realistyczny świat i realne osoby nie interesują jej aż tak bardzo, zatem dobrze się bawiła, rysując tych wszystkich osobliwych bohaterów. W komiksie można spotkać niezliczoną ilość sylwetek, które żyją w lesie, pod ziemią, w niebie, małych i gigantycznych… To fantastyczny i poetycki świat, bez ograniczeń.

M.G.: Prostota akcji i zakończenia definiuje Wasz komiks jako lekturę dla dzieci. Czy braliście pod uwagę napisanie scenariusza w taki sposób, aby komiks skierowany był dla młodzieży (poprzez wydłużenie historii lub skomplikowanie zakończenia)?
F. F.: Dla nastolatków lub starszych? Po co? Oboje tworzymy dla dzieci, to nasz cel i coś, co lubimy robić. Dla nas nie ma specjalnej różnicy między książkami dla dzieci i dla dorosłych, ten podział funkcjonuje tylko w umysłach odbiorców. Dobra historia, to dobra historia! Umiejętność budowania prostych opowieści jest naszą siłą. Ponad wszystko, próbujemy opowiedzieć naszym czytelnikom przygodę. Pod pozorną prostotą poruszamy głębsze tematy, takie jak autorytet, dzielenie się, odpowiedzialność… Najzabawniejsze jest to, że mamy czytelników, którzy teraz są w wieku 12, 13 lat i śledzą serię od pierwszego tomu. Dorastali z Hotelem Dziwnym i kontynuują czytanie. To dowód na istnienie pewnej formy „porozumienia” między nami a czytelnikami. Zresztą o tym też świadczy, że nasze dzieło ewoluuje w stronę bardziej złożonych opowieści w kolejnych albumach. Nie jesteśmy więźniami naszych bohaterów. Zmieniamy się razem z nimi! A jeśli chodzi książki dla młodzieży, to właśnie skończyliśmy powieść, napisaliśmy ją razem, a Katherine ją zilustrowała. Premiera planowana jest na rok 2018.

M.G.: Katherine jest współscenarzystą. Czy wasza współpraca bywa trudna? Czy aktywnie uczestniczysz w rysowaniu postaci?
F. F.: Jak już wspomniałem wcześniej Hotel Dziwny, to praca na cztery ręce. Katherine pisze razem ze mną i razem rysujemy storybordy. Storybord jest dla nas najważniejszy: płynna narracja jest kluczem dobrej historii, niezależnie od formy. Czasem rysujemy szkic postaci razem, ale to nie jest regułą. Katherine jest bardzo konsekwentna, wykreowała charakterystyczny i rozpoznawalny świat. Oczywiście rozmawiamy o tym, czego ona chce. Np. nie lubi rysować samochodów, dlatego w komiksie nie mogą się one pojawiać. Lubi rysować naturalne krajobrazy, dalekie od zgiełku miasta.

M.G.: Pierwszy album Hotelu… został wydany we Francji 7 lat temu. Czy patrząc na ten komiks teraz, z perspektywy czasu, coś byś w nim zmienił?
F. F.: Oryginalnie pierwsza cześć była powieścią dla dzieci napisaną przez nas obojga i zilustrowaną przez Katherine, ale nie byliśmy z niej zadowoleni. Stwierdziliśmy, że lepiej będzie zaadaptować historię na komiks i zbadać to medium (zupełnie dla nas nowe). Więcej rysunków mniej tekstu. Dlatego też koniecznym było skrócenie fabuły, zbyt długiej na 40 stron komiksu. Kolejne części powstały już jako typowe scenariusze komiksowe. Niewątpliwie Hotel Dziwny zawdzięcza swój urok chwili, kiedy zdecydowaliśmy się wybrać komiks zamiast powieści.

M.G.: Obecnie seria liczy sobie pięć tomów. Czy będą dalsze?
F. F.: Jest sześć tomów, ostatni został opublikowany w październiku 2016 roku. Zanim zaczniemy myśleć o kolejnych częściach Hotelu Dziwnego, musimy skończyć dwie inne książki. Nad siódmym albumem zaczniemy pracować w przyszłym roku. Wciąż cieszy nas praca nad serią, dlatego, dopóki mamy ciekawe pomysły i wydawców, którzy nas wspierają, będziemy ją kontynuować.

M.G.: Jednym z najzabawniejszych aspektów pierwszego albumu jest to, że Pan Zima i Pan Wiosna są żeńskimi postaciami w języku polskim. Czy myślałeś o tym wcześniej, że pory roku w innym języku mogą być rodzaju żeńskiego?
F. F.: W tym wypadku problem bierze się ze specyfiki języków, a nie z tłumaczenia. We Francji zima i wiosna są braćmi.

M.G.: Czy chciałbyś coś powiedzieć polskim czytelnikom?

F. F.: To samo co mówimy naszym francuskim czytelnikom: mamy nadzieję, że dzieci w Polsce polubią naszych bohaterów i ich świat, a mały hotel ukryty między górami sprawi, że zaczną marzyć. Nie ma złych i dobrych w tych przygodach, są tylko różne stworzenia, które muszą nauczyć się żyć razem w pokoju. Co nie jest łatwe.

Katherine Ferrier & Florian Ferrier (sc.), Katherine Ferrier (rys.), „Hotel Dziwny #1: Przez zimę do wiosny”, tłum. Małgorzata Janczak, Kultura Gniewu, Warszawa 2017. [Zdjęcia pochodzą z oficjalnego profilu serii: klik! klik!]

 Komiks objęty patronatem:   {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Rozmowa przeprowadzona dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Gnat zasługuje na swój kultowy status… – rozmowa z Jackiem Drewnowskim

26/06/2017 § 1 komentarz


Gnat zasługuje na swój kultowy status – z Jackiem Drewnowskim, tłumaczem komiksu „Gnat”, rozmawia Maciej Gierszewski

Maciej Gierszewski: Pamiętasz swoje pierwsze tłumaczenie? To była książka czy komiks?
Jacek Drewnowski: Doskonale pamiętam. Były to dwie historyjki komiksowe do magazynu „Komiks Gigant”, do którego Egmont szukał tłumacza. Dotychczasowy, Michał Wojnarowski, przestał się wyrabiać po przejściu „Kaczora Donalda”, którego też przedkładał, z cyklu dwutygodniowego na tygodniowy. Współpracowałem wówczas z Egmontem jako redaktor komiksowego pisma dla dzieci i znałem akurat potrzebne przy „Gigancie” języki, czyli włoski i angielski, więc zaproponowano mi próbny przekład dwóch historyjek, po jednej z każdego z tych języków. Efekt oceniało kilka osób na różnych szczeblach, włącznie oczywiście ze wspomnianym Michałem Wojnarowskim, a że się spodobał, dostałem do tłumaczenia cały numer. I kolejne.

M.G.: Dlaczego postanowiłeś tłumaczyć?
J.D.: Kiedy zaczynałem studia italianistyczne, moim marzeniem na przyszłość było tłumaczenie literatury. Lecz mimo że miałem już wówczas za sobą debiut pisarski i szykowały się kolejne publikacje, nie do końca w taką przyszłość wierzyłem. Wydawało mi się, że tłumaczami książek zostają jacyś wybitnie utalentowani nadludzie i że dla mnie taka praca pozostanie w sferze marzeń. Później mieliśmy zajęcia translatorskie, chyba na drugim roku, w ramach których przekładaliśmy fragmenty literatury, i okazało się, że wychodzi mi to całkiem nieźle. Mimo to nie spodziewałem się, że jeszcze na studiach zacznę zarabiać na przekładach. A tak się niebawem stało – jak mówiłem, zaczęło się od disnejowskich komiksów.

M.G.: Czy jest jakaś różnica w podejściu do tłumaczeniu książek a komiksów? Na czym polega?
J.D.: Podstawowe różnice wynikają z samego charakteru tych mediów. W komiksie tekst niemal nigdy nie funkcjonuje w oderwaniu od obrazu, słowo gra ze stroną wizualną i tłumacz musi to uwzględnić. W samej codziennej pracy może to być zarówno ułatwieniem – w tym sensie, że rysunek czasem przybliża intencje twórców – jak i ograniczeniem, którego w beletrystyce nie ma. Na przykład w komiksie nieraz nie da się zastąpić idiomu innym, o podobnym znaczeniu, bo w relacji słowo-obraz liczy się konkretny wyraz z owego idiomu. Ograniczeniem czysto technicznym bywa też pojemność dymka, o czym notabene niejeden początkujący tłumacz komiksów zapomina. W większości wypadków komiks wymaga tak zwanego ucha do dialogów i być może jakiegoś zestawu innych umiejętności czy zdolności, których nie potrafię zdefiniować. W każdym razie widywałem sytuacje, w których dobrzy i uznani tłumacze literatury zupełnie nie radzili sobie z komiksem.

M.G.: Czy komiksy dla dzieci tłumaczy się trudniej?
J.D.: Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno inaczej, ale czy trudniej? Jak wspominałem, zaczynałem od tłumaczenia komiksów (a niedługo potem książeczek) dla dzieci. Już wcześniej takie komiksy redagowałem. To one są zatem w pewnym sensie moim środowiskiem naturalnym, a z przekładami innego rodzaju – komiksami dla dorosłego czytelnika, literaturą piękną i popularnonaukową, publicystyką czy filmami – mierzyłem się dopiero po nich. Każdy z tych obszarów pracy translatorskiej ma swoją specyfikę, jedne lubię bardziej, inne mniej, ale nie umiem powiedzieć, który jest najtrudniejszy. Wiem, że niektórzy tłumacze nie lubią bądź nie potrafią przekładać dla dzieci lub przeciwnie, nie czują się dobrze w innych tekstach, ale sam do nich nie należę.

M.G.: Postanowiłeś spolszczyć tytuł serii Jeffa Smitha i od razu posypały się kamienie na twoją głowę… Jak wpadłeś na Gnata? Gnatowo? Chwata?
J.D.: Osobiście jakoś nie poczułem tego gradu kamieni. Przeglądałem w sieci kilka dyskusji na ten temat i odniosłem wrażenie, że przeważają w nich głosy zadowolonych z polskiego tytułu. Gnata, Gnatowo, Chwata itp. wymyśliłem podczas pierwszego podejścia do tłumaczenia tego komiksu. Konieczność spolszczenia znaczącego nazwiska „Bone” wydawała mi się wówczas oczywista – wiąże się z nim choćby wygląd bohaterów – i „Gnata” uznałem za rozsądną opcję. Np. rzeczownik „kość”, który ma to samo znaczenie, jest rodzaju żeńskiego i zawiera dwa polskie znaki diakrytyczne, więc pasowałby tu gorzej. Dalsze wybory były już konsekwencją tego pierwszego. Np. „Fone Bone” jako „Chwat Gnat” – jednosylabowe imię do jednosylabowego nazwiska, rymujące się i oddające, mam nadzieję, ducha oryginału.

M.G.: Wspominałeś, że pierwsze przymiarki do tłumaczenia komiksu mają 15 lat. Tłumaczyłeś dla siebie? Czy też ktoś wówczas planował wydać?
J.D.: Tłumaczenie to moja praca, na którą poświęcam ładnych kilka godzin dziennie, więc w czasie wolnym wolę zajmować się innymi rzeczami. Nie tłumaczę zatem dla siebie i także ten pierwszy album „Gnata” przełożyłem wówczas na zamówienie, bo komiks miał być wydany. Na jakimś późniejszym etapie z tego zrezygnowano, przyczyn nie znam. Natomiast wykorzystałem tamten przekład w obecnym wydaniu, oczywiście po wnikliwej rewizji. To jedna trzecia obecnego pierwszego tomu, który obejmuje trzy albumy.

M.G.: Czym się kierujesz podczas spolszczania imion bohaterów? Czy z zasady powinno się je przekładać? A kiedy lepiej zostawić w oryginalnej wersji?
J.D.: Nie znam ani nie stosuję żadnej uniwersalnej zasady. Choć mam już w tej robocie długoletnie i bogate doświadczenie, nie przekłada się ono na usystematyzowaną, podręcznikową wiedzę. Do każdego tłumaczenia podchodzę indywidualnie, a w swojej pracy zawsze kierowałem się i kieruję w znacznej mierze intuicją. Bez wątpienia mogę powiedzieć jedno: spolszczanie znaczących imion i nazw jest istotniejsze w wypadku treści skierowanych do dzieci.

M.G.: Pierwszy tom „Gnata” liczy sobie ponad 450 stron. Ile trwało przetłumaczenie całości? Co nastręczało najwięcej trudności?
J.D.: Kolejne pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć. Nigdy nie przekładam tylko jednego tekstu, zwykle pracuję na przemian nad przynajmniej dwoma w ciągu dnia i przynajmniej trzema w ciągu tygodnia, traktując każdy z nich jako oddech od pozostałych. Bardzo lubię taki płodozmian, najchętniej w miarę możliwości przeplatam pracę nad tekstami jak najróżniejszymi – np. włoskim komiksem postapokaliptycznym i amerykańską książeczką dla dzieci – tłumacząc po kilka stron i robiąc w ciągu dnia kilkanaście zmian między jednym a drugim. Nad „Gnatem” też nie siedziałem jednym ciągiem, ale wydaje mi się, że w pewnym przybliżeniu mogę określić średnie tempo pracy nad tym komiksem na 6, może 7 plansz w ciągu godziny.
Co do trudności – nie przychodzi mi do głowy nic konkretnego. Może najtrudniejsze było to, o co wcześniej pytałeś: decyzja, które imiona spolszczać, a których nie. W jednym wypadku nie jestem do końca przekonany do swojego wyboru, ale nie powiem, w którym – zobaczymy, czy ktoś to wytknie. Ogólnie „Gnata” przekłada się bardzo przyjemnie. Mam już za sobą tłumaczenie drugiego tomu, a wkrótce zabieram się za trzeci i ostatni.

M.G.: Jak przygotowywałeś się do tłumaczenia?
J.D.: Szczerze mówiąc, nie było jakichś szczególnych przygotowań. Pewnego dnia otworzyłem komiks, włączyłem komputer i zacząłem czytać swój przekład sprzed lat.

M.G.: Czy polubiłeś głównego bohatera, za co?
J.D.: Polubiłem. Jest taki, jaki powinien być bohater. Z zasadami, ale i z wadami. Jego osobowość, wybory, reakcje i emocje – zarówno pozytywne, jak i negatywne – są nakreślone bardzo przekonująco.

M.G.: W „komiksowie” jest pozytywna fama wokół pozycji, czy ona jest aż tak dobra?
J.D.: Czytelnicy ocenią, czy komiks dorósł do ich oczekiwań. I mam nadzieję, że nie będą zawiedzeni. W moich oczach jak najbardziej zasługuje na swój kultowy status, jakim cieszy się w komiksowym światku nie tylko w Polsce. Pod względem fabularnym jest to naprawdę ciekawa i wciągająca saga fantasy, z intrygującymi bohaterami, zwrotami akcji i zmianami nastroju, z umiejętnie wprowadzanymi dawkami przygody, humoru, niepokoju. Jest przy tym ciekawie, dynamicznie, a miejscami bardzo pomysłowo narysowana.

M.G.: Czy jest to komiks dla dzieci? W jakim wieku?
J.D.: W mojej opinii to komiks dla wszystkich, a zatem także dla dzieci, nawet ośmioletnich, o ile lubią czytać, idzie im to płynnie i samodzielna lektura nie sprawia im już trudności.

Jeff Smith (sc. & rys.), „Gnat #1: Dolina, czyli równonoc wiosenna”, przeł. Jacek Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1132, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[Wywiad pierwotnie ukazał się na stronie Aleja Komiksu: klik! klik!]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

John Wagner i Greg Staples opowiadają o pracy nad albumem „Sędzia Dredd: Mroczna sprawiedliwość”

21/02/2017 § Dodaj komentarz


john-wagner

John Wagner odpowiada na pytania Bartosza Nowickiego:

Bartosz Nowicki: Kiedy Greg Staples poprosił cię o napisanie scenariusza o Mrocznych Sędziach, nie byłeś pewien, czy jest to dobry pomysł. Nie byłeś przekonany, czy masz jeszcze coś do powiedzenia w tym temacie… Chciałbym zapytać o to, w jaki sposób przygotowujesz się do napisania takiego trudnego scenariusza? Gdzie szukasz inspiracji?
John Wagner: Pobudziły ją prace Grega. Kiedy jesteś bombardowany takimi uderzającymi obrazami, ciężko konsekwentnie odmawiać.

B.N.: Akcja „Mrocznej Sprawiedliwości” zaczyna się w miejscu, w którym pozostawiłeś ja w „Dniu Chaosu”. Książka jest kontynuacją większej historii. Można ją jednak czytać jako zamkniętą całość. A dodatkowo jest doskonałym wprowadzaniem do serii dla nowych czytelników. Czy od samego początku starałeś się napisać książkę, która pełni tyle różnych funkcji?
J.W.: Moim głównym celem, oprócz dostarczenia platformy dla sztuki Grega, było przezwyciężenie przewidywalności historii z Mrocznymi Sędziami – na przykład takiej jak ta, że Dredd zawsze wygrywa. Przewidywalność była głównym powodem, dla którego zdecydowałem się już o Mrocznych Sędziach nie pisać. I dlaczego w przeszłości sięgałem po komedię, by stworzyć historie warte napisania.

John Wagner & Nick Percival - Dark Judges: Dominion

John Wagner & Nick Percival – Dark Judges: Dominion


B.N.: Jak znajdujesz „Mroczną sprawiedliwość” z perspektywy czasu? Czy coś byś dziś zmienił? Coś napisał inaczej?
J.W.: Nie, jestem z niej w pełni zadowolony. Zadowolony na tyle, że już pracuję nad kontynuacją, którą ilustruje Nick Percival. Nick także bombardował mnie genialnymi obrazami!

greg-staples

Greg Staples odpowiada na pytania Bartosza Nowickiego:

Bartosz Nowicki: Twoja korespondencja emailowa z Johnem Wagnerem, której fragmenty możemy przeczytać w albumie „Mroczna Sprawiedliwość”, pokazuje, że minęło trochę czasu, zanim John dał się przekonać do współpracy nad „kolejną historią o Mrocznych Sędziach” – i miał ku temu dobry powód. Co pomyślałeś, kiedy otrzymałeś pierwszą, niezbyt pozytywną odpowiedź? Jak ważna w tym momencie była dla ciebie współpraca z Johnem? Czy, w wypadku gdyby John zdecydował się w to przedsięwzięcie nie angażować, brałeś pod uwagę współpracę z innym scenarzystą?
Greg Staples: Tak naprawdę to nad tym konkretnym projektem chciałem pracować tylko z Johnem, ponieważ to on napisał oryginalne pozowaniehistorie: „Sędziego Śmierci” („Judge Death”) oraz „Sędzia Śmierć żyje” („Judge Death Lives”), które czytałem, kiedy byłem dzieciakiem. Te historie mnie przerażały. Może było w tym trochę nostalgii, a może fakt, że ze scenariuszami Johna zawsze dobrze mi się pracowało, w każdym razie postanowiłem, że zabiorę się za to, tylko jeśli on się zgodzi. To prawda, on miał ich (Mrocznych Sędziów) dość, ale ja czułem, że w postaciach wciąż jest iskra grozy, którą warto wskrzesić, bo nie była widziana od dawna. Interesował mnie horror i w pewnym rodzaju kontynuacja „Judge Death Lives”. John powiedział, że groza może być trudna do napisania, ale jeśli wpadłby na dobry pomysł, to mógłby rozważyć moją propozycję.

B.N.: Jak wyjaśniłeś w posłowiu, praca nad komiksem trwała dwa lata. Dlaczego aż tak długo? Czy pracowałeś jednocześnie nad innym projektem?
G.S.: Podjąłem decyzję, aby wszystko namalować ręcznie, bez udziału komputera, więc każde pociągnięcie pędzla zabrało mi dwa razy więcej czasu, niż gdybym malował cyfrowo. Dlatego rok zmienił się w dwa lata. Gdy zacząłem, zdałem sobie sprawę ile to pracy, ale byłem zdeterminowany, aby utrzymać wysoki poziom aż do ostatniego panelu. Komiks przezwałem „Nie kończąca się opowieść”!

B.N.: Bardzo interesuje mnie twój proces artystyczny i związana z nim logistyka. Jak zabrałeś się do tworzenia? Czy od razu narysowałeś cały komiks? A może rozłożyłeś to na poszczególne, sześciostronicowe epizody? Gdy przyszło do robienia zdjęć referencyjnych, ilu sesji potrzebowałeś, by uzyskać cały potrzebny do pracy materiał? Ile osób brało udział w tych sesjach?
G.S.: Dużo przy tym albumie planowałem, więcej niż zazwyczaj. Najpierw rozrysowałem cały scenariusz, tak, aby mieć ogólne pojęcie na temat rytmu historii i tego czego oczekiwałem od jego strony wizualnej. Bardzo mocno zależało mi na tym, szkicaby od samego początku spróbować czegoś, czego wcześniej sam nie widziałem i by zrobić komiks, który czyta się tak jak film: z oświetleniem, dramatem i strukturą. Następnie zrobiłem trzy oddzielne sesje zdjęciowe z kilkoma przyjaciółmi-filmowcami, które były wprawdzie bardzo trudne, ale dały mi szansę na to, aby niemal rozegrać scenariusz. Sam grałem Dredda. Jest sporo zdjęć, na których się w niego wcielam (później, niejednokrotnie byłem modelem Dredda na potrzeby różnych czasopism). Dalej, na pełnowymiarowych stronach, rysowałem ołówkiem po jednym odcinku na raz, używając referencji, choć w większości rysując z głowy. Zrobiłem też szybkie szkice kolorystyczne, które pomogły mi utrzymać spójność i oświetlenie. W końcu namalowałem plansze przy użyciu pędzli i farb akrylowych.

B.N.: Co sprawiło ci największą frajdę podczas pracy nad albumem? A co okazało się najmniej przyjemne?
G.S.:Cieszy mnie rezultat finalny. Odbiór komiksu był świetny. Jednak sama praca była dość trudna, bo bardzo pracochłonna i męcząca. Ostatecznie jestem dumny z tego, że udało mi się go skończyć!

B.N.: Jak znajdujesz „Mroczną sprawiedliwość” z perspektywy czasu? Czy coś byś dziś zmienił? Coś namalował inaczej?
G.S.:Trudno powiedzieć… Wątpię, żebym jeszcze kiedyś chciał zrobić coś w ten sam sposób, planszachyba że widziałbym, że się finansowo będzie opłacało. „Mroczna sprawiedliwość” wyssała ze mnie wszystkie pieniądze, ponieważ nie miałem czasu na inne zlecenia, które normalnie utrzymywałyby mnie na powierzchni. Aczkolwiek, jak ze wszystkim, co trudne, chce się kolejnego wyzwania, aby stworzyć coś, co jakością przebiłoby ostatni wykonany projekt. Dlatego może kiedyś, jeśli odpowiedni projekt pojawi się na horyzoncie, jeszcze raz zrobię coś takiego.
Całość wygląda tak, jak to sobie zaplanowałem i z tego jestem bardzo zadowolony. Są w albumie plansze i kardy, które należą do najlepszych jakie kiedykolwiek w życiu zrobiłem, a to cieszy.

B.N.: Czy w najbliższej przyszłości możemy spodziewać się nowego komiksu z Dreddem namalowanego przez Grega Staplesa?
G.S.: Nigdy nie mów nigdy… Jednak aktualnie nie mam żadnych planów na nowy komiks, gdyż w minionym roku byłem głównym artystą pracującym nad konceptami do „Dead Island 2”. Być może wcześniej czy później powrócę do Sędziego Dredda. Wszystkiego się można spodziewać…

John Wagner (sc.), Greg Staples (rys.), „Sędzia Dredd: Mroczna sprawiedliwość”, tłum. Jacek Więckowski, Studio Lain, Iława 2016.

[Obie rozmowy przeprowadził (i przetłumaczył) Bartosz Nowicki, który także napisał recenzję albumu, do przeczytania tu: klik! klik!]

Psi obowiązek – Maciej Gierszewski odpowiada na kilka pytań

22/06/2016 § 1 komentarz


gier

 Psi obowiązek – odpowiadam na pytania redakcji „Czas na komiks

Macieju, na swojej stronie przyznałeś, że nominacja do „Książki roku” sprawiła Ci przyjemność. Masz w sobie poczucie misji? Chciałeś zdobyć etykietę „popularyzatora czytelnictwa”, czy, mówiąc kolokwialnie, tak wyszło?
Zacznijmy od początku, czyli od informacji, że nominację do nagrody przyznała mi polska sekcja IBBY. Czym jest IBBY? To międzynarodowa organizacja non-profit, która zajmuje się promocją literatury dla dzieci i młodzieży. Została założona w Zurychu w 1953, polska sekcja działa od 1973 roku. To jedna z niewielu instytucji kulturalnych w Polsce, która przyznaje nagrody także za upowszechnianie czytelnictwa. Wyróżnienie potraktowałem prestiżowo: ktoś zauważył, co robię i moje działania docenił. Samo wyróżnienie było dla mnie miłe. Oczywiście jeszcze milsze by było, gdybym laur otrzymał.
I tak, mam poczucie misji. Nawet jeśli wiąże się ono z otrzymaniem łatki „popularyzatora czytelnictwa” czy „ten pan od komiksów dla dzieci”. A wszystko przez Piotra Śliwińskiego i jego książkę Świat na brudno – to rzecz o współczesnej poezji, ale znalazłem w niej taki cytat, który stał się moim „życiowym” mottem: „nie mam się za (…) głos zbiorowego sumienia, lecz tylko za jednego z jej szeregowych pracowników, domokrążcę, co uważa, że popularyzacja czytania i literatury jest psim obowiązkiem każdego, kto ma ku temu okazję”.

Strona Są komiksy dla dzieci cieszy się dużym zainteresowaniem. Dlaczego zdecydowałeś się akurat na promowanie komiksów dla dzieci?
W lutym bieżącego roku minęło trzy lata odkąd prowadzę Są komiksy dla dzieci, zacząłem z lenistwa, nie chciało mi się zakładać kolejnego bloga, na którym pisałbym o picturebookach i komiksach dla dzieci. Nie spodziewałem się, że strona będzie cieszyła się aż tak dużym zainteresowaniem. Zacząłem, bo zależało mi na tym, aby w „komiksowie” pokazać fascynujące i piękne książki obrazkowe, a z długiej strony, by czytelnikom tego typu książek pokazać, że są też wspaniałe komiksy dla dzieci. Początek moich działań zbiegł się z uruchomieniem linii publikacji dla najmłodszych w Kulturze Gniewu i Centrali, jakiś czas później wystartował Egmont z konkursem Konkursie im. Janusza Christy, więc to był dobry czas.
Przyświecał mi (i przyświeca) też pewien utylitarny cel. Jeśli od młodszych lat nie uda się pokazać (udowodnić, przekonać), że komiksy są czymś więcej niż tylko rozrywką superhero, to kto za kilka lat będzie czytał powieści graficzne? Czyli mówiąc w skrócie: zależy mi na wychowaniu kolejnego pokolenia fanów „kolorowych zeszytów”.

Pierwsza recenzja komiksu dla dzieci na Czas na komiks pojawiła się dzięki Twojej rekomendacji. Są jakieś inne portale, które zainteresowały się tematem dzięki Tobie?
O, to miło. Nie wiedziałem, że z Wami było. Przez skromność powiem: nie wiem, czy są jakieś portale i blogi, które zaczęły publikować recenzje komiksów dla dzieci dzięki mnie. Fakt faktem, że „czytając internety” regularnie trafiam na teksty poświęcone tego typu publikacjom. Ryms, Qlturka, Dzika Banda czy Ładnebebe już się nie boją pisać o komiksach. Czy to moja zasługa, czy rynku (bo się wydaje)? Podobnie jest na różnych blogach, gdzie obok książek dla dzieci stoją też komiksy. To mnie osobiście bardzo, bardzo cieszy.

Gdybyś miał polecić rodzicom jeden komiks, który ich dziecko koniecznie musi poznać, co byś zaproponował? Dlaczego?
Poważnie? Tylko jeden? Od razu wyskakuje mi tak z 5-7 tytułów, które koniecznie trzeba dać przeczytać.
Myślę…
Myślę…
Wciąż myślę.
No, dobrze. Uważam, że Hilda i Nocny Olbrzym autorstwa Luke’a Pearsona to rzecz, która może być taką pozycją. Dlaczego? Z kilku powodów: Hilda to dziewczynka, w której się można zakochać, relacja córki z matką jest niesamowita i godna naśladowania, przesłanie jest mądre, a autor nie sili się na toporny dydaktyzm, a traktuje swego czytelnika z szacunkiem, jak partnera do wspólnej zabawy.

Sądzisz, że komiks, szczególnie w przypadku najmłodszych czytelników, jest lepszą pozycją niż książka?
Kilka razy spotkałem się z tym, jak ktoś opisywał czy opowiadał, że nie mógł swojego dziecka przekonać do czytania. Dopiero podsunięcie komiksu skutkowało, że dziecko nabierało czytelniczych nawyków. „Kolorowe zeszyty” posiadają unikalny potencjał wciągnięcia w opowieść poprzez narrację wizualną, która uczy zrozumienia długich (a nie tylko fragmentarycznych) historii. Dzięki komiksom dzieci nabywają podstawowych umiejętności: czytania z prawej do lewej oraz oglądania z góry do dołu. Dodatkowo dekodowanie ilustracji uczy rozumieć niewerbalne kody interakcji, czyli gesty ciała i grymasy twarzy. Wiem, że nie odpowiedziałem na Twoje pytanie, czy komiks jest lepszy od książki. Sam osobiście wolę powieści…

Kanon lektur szkolnych niewiele się zmienia i raczej odciąga uczniów od czytania niż zachęca. Myślisz, że komiks może uratować to, co szkoła popsuła?
Oj, poważnie się robi… Kanon lektur szkolnych (z tego, co mi wiadomo), jest aktualnie dość płynny. Dużo zależy od nauczyciela, który może tego typu publikacje wciągnąć na listę. Mam kilku znajomych, którzy są nauczycielami i wielbicielami komiksów, oni wprowadzają opowieści obrazkowe.
Z drugiej strony, rzeczy Tomka Samojlika powinny być obowiązkową lekturą na lekcjach przyrody.

Zgodnie z raportem czytelnictwa Biblioteki Narodowej za rok 2014, ponad 40% badanych przeczytało tylko jedną książkę w ciągu roku, więcej niż siedem – ledwo 11%. Czy według Ciebie, polskie czytelnictwo umiera?
Nie chcę ferować wyroków, ale jeśli umiera, to tym bardziej widzę miejsce dla siebie i osób do mnie podobnych, które rozumieją na czym polega „psi obowiązek”.


Czas_Na_KomiksWywiad, który udzieliłem z początkiem roku magazynowi „Czas na komiks” z okazji nominacji polskiej sekcji IBBY do nagrody „Książka roku 2015” w kategorii upowszechnianie czytelnictwa.
[magazyn w wersji pdf do ściągnięcia tu: klik! klik!]

Przy pisaniu i czytaniu można robić przerwy – Martin Widmark odpowiada na pytania

15/06/2016 § Dodaj komentarz


Martin Widmark

Przy pisaniu i czytaniu można robić przerwy – Martin Widmark odpowiada na pytania polskich czytelników

Czy przy tworzeniu przygód Nelly Rapp czerpał Pan inspiracje z Jamesa Bonda?
Martin Widmark: Ciekawe pytanie. Tak, inspiruję się nim. Używam nawet tej samej nazwy profesji – James Bond jest agentem i Nelly Rapp jest agentką. Ale uważam, że Nelly jest dużo odważniejsza niż James Bond, ponieważ nie ma broni, ma tylko wiedzę i odwagę.

Czy Nelly na ilustracjach to pomysł Christiny Alvner, czy to pan wymyślił, jak Nelly ma wyglądać?
M.W.:To kreacja Christiny. W szwedzkich wydaniach książek można zobaczyć zdjęcie Christiny Alvner i wtedy widać, że wygląda ona podobnie do Nelly. (Martin śmieje się i pokazuje zdjęcie Christiny. Rzeczywiście, są dosyć podobne). Więc już wiecie, skąd inspiracja.

Kim chciał pan być, kiedy był pan w wieku swoich czytelników?
M.W.: Chciałem być archeologiem.

MartinWidmark

W przygodach Nelly Rapp odnajdujemy wiele odniesień do świata rzeczywistego (Hannibal, Londyn). W jaki sposób Pan je wybiera, czy wynika to z prywatnych zainteresowań, czy to tylko na potrzeby pisanych przygód?
M.W.: Szukam ich. Niektóre aspekty rzeczywistości są ciekawsze niż inne, tak jak niektóre okresy w historii są dla mnie bardziej interesujące. Są w dziejach świata spektakularne momenty, takie jak kiedy Hannibal przekraczał Alpy na słoniach – to taki motyw, od którego można zacząć pisanie. Spektakularne momenty, powiązane z nimi miejsca, imiona – wszystko to można wpleść do opowieści.

Czy ma Pan szczególny sentyment do bassetów? Dlaczego pies Nelly ma na imię Londyn?
M.W.: Nie mam do nich sentymentu… Bassety są dosyć nierozgarnięte. Robią, co chcą. Strasznie się ślinią. Ich właściciele mówią, że są dosyć śmierdzące, więc od razu wiadomo, kiedy basset jest w pokoju. Ale moja przyjaciółka ma basseta, więc kiedy myślałem o towarzyszu dla Nelly, od razu przyszedł mi na myśl – jest taki duży, daje poczucie bezpieczeństwa. Do tego Londyn jest idealny. A dlaczego się tak nazywa? To akurat bardzo proste – ponieważ to angielska rasa, a stolicą Anglii jest Londyn.

Lektura pana książek pozwala dzieciom oswoić się z lękiem, dzięki przedstawieniu strasznych postaci w zabawny sposób. Dlaczego pańskim zdaniem dzieci lubią się bać?
M.W.: Lubimy się śmiać, trochę bać, czuć ekscytację, zaciekawienie. Jest wiele silnych uczuć, z którymi pracuje pisarz. To taka skrzynka z narzędziami, do której sięga się po rzeczy, które działają: drzwi, które skrzypią przy zamykaniu, okno, w które uderza wiatr… Łatwo przestraszyć dziecko, wystarczy zrobić „Buu!”, wchodząc do pokoju, ale jeśli chcesz dziecko wzmocnić, sprawić, aby czuło się lepiej po lekturze, to już nie jest takie łatwe. Mógłbym napisać najbardziej przerażającą historię na świecie, ale nigdy tego nie zrobię – nie będę pisać o małym dziecku, które jest we władaniu złych mocy, bezsilne w środku nocy. To łatwe, a zrobić to tak, żeby po przeczytaniu książki czuć odwagę i siłę, jest znacznie trudniej. Trzeba stonować te strachy, znaleźć w lęku coś konstruktywnego. To naprawdę trudniejsze.

Widmark

Moja siedmioletnia córka pyta, czy nie boi się pan pisać takich strasznych historii?
M.W.: Trochę się boję… Kiedy piszę książkę i czuję się zagubiony, robię sobie przerwę, aby trochę ochłonąć, piję kawę. I tak samo jest z czytelnikiem. Kiedy książka jest zbyt emocjonująca, możesz na chwilę ją zamknąć. To inaczej niż z chodzeniem do kina, ponieważ musisz oglądać film od początku do końca i nie da się włączyć pauzy w dowolnym momencie. Przy pisaniu i czytaniu książek można robić przerwy.

Czy to łatwe dla mężczyzny w sile wieku pisać z dziewczęcej perspektywy?
M.W.: Tak. Mam córkę, co wiele rzeczy mi ułatwia. Byłem też nauczycielem, więc spotkałem bardzo wiele dziewczynek w tym wieku. Być może gdybym był kobietą, byłoby mi łatwiej, ale trudno powiedzieć, czy efekt byłby lepszy. Uważam, że nie ma tak dużych różnic pomiędzy dziewczynkami a chłopcami w takim wieku.


Martin Widmark gościł w Warszawie z początkiem bieżącego miesiąca. 5 czerwca w księgarni Moda na Czytanie odbyło się „straszne” warsztatowe spotkanie Stwórz swojego potwora, podczas dzieci od okiem pisarza tworzyły swoje potwory.
We współpracy z oficyną Mamania, wydawcą serii książek o upiornej agentce Nelly Rapp, na Są komiksy dla dzieci promowałem spotkanie.
Widmark odpowiedział na zestaw pytań, które zostały zadane przez uczestników konkursu, w którym można było zgarnąć komplet czterech książek o Nelly Rapp. Wspólnie z panią Agatą Aleksandrowicz (z Mamania) uznaliśmy, że nagroda poleci do Zuzi (córki pani Joanny Grądzkiej). Dziękuję wszystkim za udział w zabawie i przesłane pytania.

sklep{książki autora z serii Upiorna agentka Nelly Rapp można kupić tu: klik! klik!}

Nie jest wykluczone, że nowe historie z udziałem Tymka i Mistrza będą powstawać bez naszego udziału… – mówi Rafał Skarżycki

05/05/2016 § 2 Komentarze


tymek-i-mistrzNie jest wykluczone, że nowe historie z udziałem Tymka i Mistrza będą powstawać bez naszego udziału… – mówi Rafał Skarżycki w rozmowie z Maciejem Gierszewskim

Kiedy dokładnie narodził się Tymek i Mistrz? Czy najpierw były postaci, czy może zamówienie z „Gazety”?
Rafał Skarżycki: Seria Tymek i Mistrz powstała na zamówienie „Gazety Wyborczej” w 2001 roku. Redakcja dodatku komiksowego zwróciła się do mnie i Tomka z propozycją stworzenia dwustronicowego komiksu dla dzieci. Akurat w tamtym momencie kończyliśmy współpracę ze „Świerszczykiem” – po Jeżu Jerzym publikowaliśmy tam serię Euzebiusz i Cezary, ale nie była to seria, którą mocno polubiliśmy. Dlatego zgodziliśmy się na propozycję „Komiksowa”. W ciągu dwóch tygodni wymyśliłem koncepcję i postaci do dwóch serii – wspólnie z Tomkiem wybraliśmy tę, której bohaterami był Tymek i Mistrz, tylko ją zaproponowaliśmy „Wyborczej”. Pomysł spodobał się i rozpoczęliśmy – jak się okazało – kilkuletnią przygodę z publikowaniem odcinka co tydzień.

Skąd pomysł takich bohaterów? Jakieś inspiracje?tymek i mistrz komiks
R.S.: Szukałem serii, której główni bohaterowie będą ludźmi – Jeż Jerzy (wiadomo), natomiast Euzebiusz i Cezary byli ptakami, trochę chciałem odpocząć od „zwierzyńca” – ale nie chciałem rezygnować z możliwości wprowadzania fantazyjnych stworów. Para mag i jego uczeń idealnie spełniała to założenie – w dodatku dawała mi możliwość bawienia się tradycyjnymi baśniami i bajkami (co już wcześniej od czasu do czasu praktykowałem w dziecięcej wersji Jeża Jerzego).

Mam nieodparte wrażenie, że inspirowałeś się trochę Andrzejem Sapkowskim. Chodzi mi redefinicję podejścia do klasycznego bestiarium fantasy. Dla przykładu: trolla, który chce być piękny, smoka, który woli czytać gazetę, itp. Odwracasz klasyczne fabuły o 180 stopni.
R.S.: To raczej wrodzona przekora i na pewno wpływ wykręconego poczucia humoru Tadeusza Baranowskiego, które w dużej mierze ukształtowało moje własne.

Przygody Tymka i maga gościły w „Komiksowie” przez 3 lata, Egmont wydał z tych odcinków 6 albumów. Procentowo ile materiału nie zostało zaprezentowane?
tymek komiksR.S.: Mniej więcej połowa ukazała się w wydaniach albumowych Egmontu. Przy czym jest też sporo materiału, który znajdzie się w trzecim tomie wydania Kultury Gniewu, a którego poza nami nie widział nikt – stało się tak dlatego, że „Komiksowo” zostało zamknięte z dnia na dzień, a my zgodnie z umową jeszcze przez pół roku dostarczaliśmy co tydzień nowy odcinek, a on lądował w szufladzie redakcyjnej.

Która z postaci serii jest Twoją ulubioną? I jaka historia Cię bawi najbardziej?
R.S.: Nie mam ulubionej postaci w tej serii. Bardzo lubiłem postaci epizodyczne, które pojawiały się tylko raz. Było to o tyle ciekawe, bo taką postać trzeba było bardzo szybko przedstawić – ona nie miała czasu na to, żeby rozwijać się przed oczami czytelnika i było to dobre ćwiczenie, ile informacji jest niezbędne, żeby zbudować postać.
Po tylu latach nie pamiętam wszystkich historii z Tymkiem i Mistrzem, więc trudno coś wybrać.

Jest jakaś historia, którą wymyśliłeś, a nie napisałeś?
R.S.: lesniakCykl wydawniczy Tymka i Mistrza w „Komiksowie” był bezwzględny – dwie strony co tydzień. To oznaczało, że nie mogłem pozwolić sobie na wpadki. Scenariusz, który trafiał do Tomka musiał już nadawać się do narysowania (ew. do podrasowania: zmiana kadru, dialogu, ale nie do napisania od nowa), więc byłem bardzo zmobilizowany i skoncentrowany. Efektem było to, że do głowy przychodziły te pomysły, z którymi dało się pracować, a o innych szybko zapominałem.

Zachód nie był zainteresowany serią? Wiem, że kilka odcinków ukazało się w belgijskim „Spirou”? Nic więcej?
R.S.: W „Spirou” publikowaliśmy przez pół roku. Mieliśmy pecha, bo po tym czasie nastąpiły dość duże zmiany w wydawnictwie i redakcji – nowy redaktor naczelny miał inne pomysły na pismo, niż publikowanie historii dwóch facetów ze Wschodniej Europy.

Jest teraz dobry czas dla komiksów dla dzieci, nie myśleliście o powrocie do serii?
R.S.: tymek mistrzW jakimś sensie dzięki edycji Kultury Gniewu seria sama wróciła. W ciągu półtora roku ukażą się trzy tomy – w sumie prawie 450 stron komiksu. Równolegle trwają prace nad produkcją serialu, do którego napisałem scenariusze (niektóre odcinki napisałem wspólnie z innymi scenarzystami: Krzyśkiem Gurecznym i Michałem Śledzińskim). Jeżeli chodzi o powrót do tworzenia nowych historii komiksowych z Tymkiem i Mistrzem, to oczywiście trudno jednoznacznie powiedzieć nie, ale nie ma co ukrywać, że obaj z Tomkiem mamy dużo innych nowych rzeczy nad którymi obecnie pracujemy (choćby wspólna seria książek Hej, Jędrek!). Jednak, nie jest wykluczone, że nowe historie będą powstawać bez naszego udziału.

Na jakim etapie są prace nad serialem animowanym? Kiedy możemy się spodziewać całego sezonu?
R.S.: Scenariusze do trzynastu odcinków są gotowe od ponad roku. Odcinek pilotowy też jest już gotowy – co do reszty, to całkowicie zawiaduje tym producent, czyli SPInka. Wydaje mi się, że pod koniec roku sezon powinien być gotowy.

Czy i w jakim stopniu animacja jest oparta na komiksie?
tymek mistrz animacjaR.S.: Scenariusze wykorzystują świat i bohaterów stworzonych na potrzeby komiksu. W niektórych epizodach wykorzystałem komiks jako punkt wyjścia do napisania nowej historii. Nie jest to więc ekranizacja komiksu, ale serial oparty na wątkach stworzonych na potrzeby komiksu. Komiksowe historie z konieczności musiały zamykać się w dwóch stronach, w związku z czym bardziej oparte są na grepsach, puencie, niż fabule. Odcinek serialu ma 11 minut – w takim czasie można opowiedzieć o wiele bardziej rozbudowaną historię. No i zmiana medium wymusza zmianę sposobu opowiadania – rozwiązania, które świetnie sprawdzają się w komiksie, nie koniecznie równie dobrze sprawdzają się w filmie. Dlatego można równolegle oglądać i czytać Tymka w obu wersjach – widzowie znajdą coś nowego w komiksie i vice versa.

Rafał, dziękuję za rozmowę.

dzien darmowego komiksu

I przy okazji zapraszam w najbliższą sobotę (7 maja) do Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu (ul Ratajczaka 38/40) na Dzień Darmowego Komiksu. Program imprezy jest bardzo bogaty, można się z nim zapoznać tu: klik! klik!

Osobiście będę udzielał się w dwóch punktach:
– o 13.00 poprowadzę spotkanie Pokembry – wyjście z podziemia (w duża sala wykładowa, I piętro), podczas którego przepytywać będę Bartosza Sztybora, Łukasza Mazura i Piotr Nowacki;
– o 14.00 zapraszam na małą prelekcję pod tytułem Tymek i Mistrz, czyli jak zostać uczniem czarownika (w sala wykładowa, I piętro).
Zajawka: Tymek i Mistrz powołani do życia zostali przez panów Rafała Skarżyckiego oraz Tomasza Leśniaka, miało to miejsce jakieś piętnaście lat temu. Bohaterami komiksu są: stary, bezimienny mag – Mistrz, który ma ponad 400 lat oraz jego młody uczeń. Tymoteusz, mały urwis i spryciarz w okularach o grubych oprawkach, zjawia się pewnego razu w domu Mistrza i przekonuje go, że chciałby się uczyć magii. Terminowanie nie jest wcale łatwe. Lekcje sztuki czarnoksięskiej odbywają się rzadko i często przed nauką musi albo posprzątać, albo poukładać jakieś przedmioty.

I jeszcze jedna super wiadomość. Miło mi poinformować, że dzięki życzliwości i uprzejmości studia SPInka będziemy wyświetlać pilotażowy odcinek animacji Tymek & Mistrz.
tymekimistrz

Jeszcze jakiś czas będę się pojawiał na rynku – wywiad z Tadeuszem Baranowskim

18/04/2016 § 1 komentarz


Jeszcze jakiś czas będę się pojawiał na rynku… – z Tadeuszem  Baranowskim dla „Kultowych komiksów z czasów PRL-u” rozmawia Daniel Koziarski

Zacznę przewrotnie. W rozmowie z Bartoszem Kurcem opublikowanej w „Trzask prask” w 2004 wyczułem nutkę żalu, że Pana, człowieka niezależnego (i dodajmy – artystycznie wielowymiarowego), określono mianem „autora kultowych komiksów z PRL-u”. Kilkanaście lat później jako fanpage „Kultowe komiksy z czasów PRL-u”, wychodzimy z inicjatywą rozmowy. Pan pożegnał komiks (oczywiście mamy nadzieję, że zmieni Pan zdanie), stworzył własną technikę malarstwa abstrakcyjnego i obecnie skupia się na związanych z nią pracach a my tu znowu będziemy o komiksach z poprzedniej epoki…

tadeusz baranowskiTadeusz Baranowski: Pomimo wielokrotnie ponawianych prób odseparowania się od pewnego etapu mojego życia związanego z rysowaniem komiksów, temat ten nadal powraca i muszę się z tym pogodzić. Były co prawda takie lata, gdy zaprzestałem ich rysowania, nie było już wznowień, zainteresowanie nimi stało się nikłe i powoli o nich zapominano. A ponieważ nigdy nie dbałem o popularność, miałem bardzo krytyczny stosunek do swojej pracy i wydawcy nie wykazywali nimi zainteresowania, więc taki stan rzeczy był oczywisty. Prawdą jest też, że nie wierzyłem w powrót moich komiksów na rynek i gdy kilka lat temu, niewielki wydawca, nomen omen – ONGRYS, zaproponował mi wznowienie WODY SODOWEJ (też z niewielką wiarą na sukces), zgodziłem się i też bez przekonania. Nie wierzyłem w powrót zainteresowania tymi – ponad 30 lat temu tworzonymi – historyjkami. Jednak ten wznowiony album się sprzedał, wznowiono go ponownie, nadal się sprzedaje. Za nim „poszły” kolejne albumy i tak na niechcący zaistniałem na nowo na rynku. Wiem, że młodsze pokolenie czytelników komiksów interesuje się obecnie nowościami, jest ogromny wybór, ale jest nadal grupa moich fanów i przyjaciół, którzy do moich komiksów wracają. I nabywają je dla swoich dzieci.

Co Bąbelek, Kudłaczek, profesor Nerwosolek i Entomologia (bo co robi mały wódz Wielki Niepokój się domyślamy) porabiają na komiksowej emeryturze? Nie korci Pana czasem, żeby wymyślać i rysować nowe historie z ich udziałem?

T.B.: Prawda jest prozaiczna. Kończy mi się powoli „zapasik”, dla mnie przeznaczony. DiplodokA przez te wszystkie lata rysowania komiksów, planowałem powrót do zarzuconego przed laty malarstwa. Gdybym może miał jeszcze teraz tego czasu więcej, to kto wie. Oceniłem realistycznie sytuację i dokonałem wyboru. Mówię o malarstwie. Wkładam teraz wiele sił w jego realizację, nie kalkulując korzyści z podjęcia takiej decyzji. Tak samo jak kiedyś, rysując komiksy. Powrót do malarstwa, jest ostatnim moim celem życiowym.

Przygoda Lutka – historia krótka z tekstem Brzechwy i Pana rysunkami – znakomita rzecz, niewznawiana od zarania dziejów. Jest jakaś szansa na nową edycję?
T.B.: Z pewnością nie. Wydawnictwo, które na fali wydawanych wtedy moich komiksów wpadło na taki pomysł, dawno nie istnieje. Wierszyk Jana Brzechwy, napisany prawdopodobnie na zamówienie o przepisach ruchu drogowego, nie wzbudzał wtedy niczyjego zainteresowania i córka poety nie traktując go prawdopodobnie jako wartościowego, wyraziła zgodę na taką jego publikację. Dzisiaj panują już zupełnie inne zwyczaje. Nie wiadomo, kto tym zarządza, rysuneczki nie wróciły do mnie od wydawcy. Pozostanie więc taka unikatowa ciekawostka. Miałem kiedyś w domu kilkadziesiąt egzemplarzy tej broszurki. Wszystkie rozdałem na spotkaniach autorskich.

Uchyli Pan rąbka tajemnicy, co do kolejnych planów wznowieniowych? Przy okazji, czy ma Pan poczucie, że na przestrzeni ostatnich lat zmieniło się podejście wydawców do klasycznych polskich komiksów i ich autorów?

T.B.: Co do wznowień, to prawdę mówiąc, w ubiegłych latach, tylko od wydawnictwa Antresolka profesorka NerwosolkaPrószyński padła dość niemrawa propozycja wznawiania moich komiksów, ale nieszczególne to były starania i projekt upadł. Dopiero współpraca z wydawnictwem ONGRYS jakoś ukonkretyzowała powrót do wznowień. Wydawca Leszek Kaczanowski zabrał się profesjonalnie do tego zadania. I to on właśnie planuje wydania kolejnych albumów. Być może tym następnym będą PORADY PRAKTYCZNEGO PANA. Być może w płóciennym wydaniu – zawierające wszystkie dotychczas narysowane epizody. I być może w płóciennym wydaniu, z oryginalnymi, osobno wykonanymi przeze mnie rysunkami. Również KULTURA GNIEWU chce wydać w tym roku, w jednym tomie, wszystkie narysowane dotychczas perypetie wampirów. (O ZMROKU i BEZDOMNE WAMPIRY). Tak więc jeszcze jakiś czas będę się pojawiał na rynku. Mały wydawca ma małe możliwości promowania mnie i tych wydań. A ponieważ nie byłem w kręgu zainteresowań większych wydawców, pozostaję nadal autorem niszowym.

Skąd wzięło się takie natężenie genialnego, absurdalnego humoru w komiksach Mistrza ? I czy to nie jest właśnie recepta na długowieczność i ciągłą aktualność komiksów?
T.B.: Nie wiem jak to jest z tym „genialnym” poczuciem humoru, ale wydaję mi się, że trzeba mieć dystans do siebie i do tego, co się robi. Poza tym zawsze robiłem to, co chciałem, nie pozwalałem na „wcinanie” się w moje scenariusze osobom trzecim, dzięki czemu pisałem na własną odpowiedzialność.

Co było inspiracją do stworzenia historii o ciotce Fru-Bęc? Czym się Pan inspirował wymyślając historię o Kwiecie Zła?

T.B.: Chodziło mi o prosty, łatwo zrozumiały komiks dla małych dzieci. skad sie bierzeBajeczkę komiksową bez tzw. podtekstów, do obejrzenia obrazków i ze zrozumiałą fabułą. Co być może nie zadowoliło wszystkich fanów moich komiksów. Ale były osoby, które ten pomysł przyjęły pozytywnie. Myślałem nawet o tym, że może na kanwie takiej historyjki mogłaby powstać jakaś animacja w formie dobranocek. Narysowałem więc drugą część przygód Fruwaczków i Kwiatu Zła, w albumie: TO DOPRAWDY KIEPSKA SPRAWA, KIEDY BESTIA SIĘ POJAWIA. Wtedy nadeszły czasy „transformacji” ustrojowej, wydawcy mając dostęp do niezliczonej ilości tanich komiksów z Europy, zafascynowani tymi nowymi możliwościami, przestali się interesować produkcją krajową. A incydentalne wznowienia były wydawane w pośpiechu, niechlujnie i byle jak. Na przykład zdarzyło mi się wydanie mojego albumu, bez mojego nazwiska na okładce i stronie tytułowej. Na początku lat 90-tych, pewien rodak mieszkający w Anglii, przedstawiający się jako tamtejszy wydawca, będąc u mnie w gościnie, ukradł mi cały komplet oryginalnych plansz CIOTKI FRU-BĘC, a ja zniechęcony postanowiłem wtedy, że komiksów już rysować nie będę. Zostały mi jednak negatywy ukradzionych plansz i jest obecnie podjęta próba zrekonstruowania tego albumu przez ONGRYSA. Być może całość w jednym tomie.

Jak wiadomo, trwają prace nad filmem Wojciecha Wawszczyka Podróż smokiem Diplodokiem, który bazuje na Pańskich komiksach i ich bohaterach. Ale pojawiają się sygnały, że format filmowy wymusi całkowitą albo częściową rezygnację z zabaw słowem, wszystkich tych absurdów i dwuznaczności, które w dużej mierze stanowią o sile Pańskich komiksów. Zapewne widział Pan scenariusz. Czy podziela Pan obawy części fanów, że przy takim założeniu widzowie sporo stracą?
T.B.: Pewnie tak, ale muszę się pogodzić z faktem, że specyficzny język moich historyjek, stał się w wielu przypadkach zaporą nie do przebicia. Jest oczywiste, że wszystko da się przetłumaczyć (przykład Monty Python), ale mam wrażenie, że żaden markowy, profesjonalny tłumacz nie jest zainteresowany tłumaczeniem komiksu, jako czegoś gorszego i wstydliwego. To przekonanie jest nadal aktualne w świadomości społeczeństwa i ja sam się spotykałem z odmową ze strony tłumaczy, do których się z takim pytaniem zwracałem („…ja proszę pana komiksów nie czytam…”). A jak dobry tłumacz ma do wyboru poezję np. Wisławy Szymborskiej czy NA CO DYBIE W WIELORYBIE…, to właściwie koniec dyskusji. Mam się ostatecznie włączyć do dyskusji scenariuszowych przy w/w filmie, ale problem pozostaje.

Skoro już jesteśmy przy filmach. W latach 80. w Wytwórni Filmów Animowanych w Bielsku-Białej powstały dwie animacje z Nerwosolkiem. Jak doszło do powstania tych filmików i dlaczego ostatecznie projekt nie ujrzał światła dziennego?

orient menT.B.: Powstałe w Bielsku Białej filmiki, miały zapoczątkować serię dobranocek z moimi bohaterami. Cały ciężar przedsięwzięcia wziął na siebie wtedy młody reżyser, pan Włodzimierz Palusiński. To on sam narysował i zrealizował dwa 25-minutowe filmy pilotażowe o Nerwosolku. Jednak wytwórnia zażądała wtedy ode mnie całkowitych praw autorskich do postaci (znana afera z Bolkiem i Lolkiem i ich twórcami). Na co ja się nie zgodziłem. Wytwórnia więc pocięła dwa filmiki i zrobiła jeden. Co się oczywiście nie sprawdziło, powstał przypadkowy produkt i na tym się kontakt skończył. Potem wytwórnię nabył producent z zachodniej Europy i wytwórnia zajęła się przede wszystkim produkcją reklam.

Czuje się Pan człowiekiem twórczo spełnionym? Czy ma Pan poczucie, że na różnych etapach swojej twórczej działalności podejmował Pan właściwe decyzje, a może jest coś, czego Pan żałuje albo rozpatruje w kategoriach straconej szansy?
T.B.: Myślę, że żaden twórca (jaki by tam on nie był), nigdy nie będzie się czuł twórczo spełnionym. Gdyż zawsze pozostaje coś, co jest jeszcze do zrobienia lub coś, czego się nie zdążyło, bądź zaniedbało zrobić. Praca była dla mnie zawsze rzeczą najważniejszą, ale chyba nie zawsze starczyło mi determinacji by wszystko doprowadzić do końca. Nagle się zorientowałem, że zostało jeszcze wiele rzeczy do zrobienia, a czasu niewiele. Mam bezustanne wrażenie, że niczego nadzwyczajnego w swoim życiu nie osiągnąłem. Jak wielu ludzi, popełniałem w życiu błędy i tego nie da się „odkręcić”. Staram się więc teraz nie marnować pozostałego mi czasu i dlatego chcę go wykorzystać na rzeczy dla mnie obecnie najważniejsze. Żałuję, że nie podjąłem wcześniejszej decyzji o powrocie do malarstwa.

tadeusz baranowski

Z Tadeuszem Baranowskim dla „Kultowych komiksów z czasów PRL-u” rozmawiał Daniel Koziarski. Bezpośredni link do wywiadu tu: klik! klik!
Zdjęcie Tadeusza Baranowskiego pochodzi z jego strony na fb: klik! klik!
Komiksy Tadeusza Baranowskiego można kupić: Antresolka profesorka Nerwosolka: klik! klik! Skąd się bierze woda sodowa: klik! klik! Podróż smokiem Diplodokiem: klik! klik! Orient Men – Śmieszy, tumani, przestrasza: klik! klik!

[Dziękuję panu Tadeuszowi Baranowskiemu i „Kultowym komiksom z czasów PRL-u” za możliwość udostępnienia wywiadu na blogu.]

Where Am I?

You are currently browsing the Wywiady category at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: