Pożoga. Tom 1

08/11/2017 § Dodaj komentarz


Co przyniesie przyszłość?

Francuski scenarzysta Jean-David Morvan jest w naszym kraju znany głównie dzięki bestsellerowej serii Armada (klik! klik!). Co trochę dziwi, gdyż pisarz ma na swoim koncie niemałą ilość publikacji. Jest szansa, że to się zmieni, m.in. za sprawą serii Pożoga oraz Irena (klik! klik!). Zobaczymy. Tymczasem zajmijmy się pierwszym tomem opowieści, która powstała na podstawie wydanej w 1943 roku powieści Ravage Rene Barjavela. Przy okazji warto wspomnieć, że żadna z prawie trzydziestu książek tego autora nie została w Polsce wydana.

Połowa XXI wieku, Ziemia. Punktem wyjścia dla fabuły jest globalny kataklizm, w wyniku którego przestały działać wszystkie urządzenia i maszyny elektryczne. W jednej chwili ludzkość cofnęła się do epoki kamienia łupanego. No, może nie dosłownie, bo występujące postaci posługują się kuszami czy mają na twarzach maski przeciwgazowe. Katastrofa pociągnęła za sobą wiele istnień, pozostali przy życiu ludzie podzieleni są na dwie frakcje. Pierwszej przewodzi sędziwy Patriarcha, który jest całkowicie przeciwny wszelkim maszynom, gdyż dostrzega w nich zagrożenie dla ludzkości. Druga ekipa jest postępowa i ma w posiadaniu pewien artefakt z przeszłości. Grupy toczą ze sobą zażartą walkę. Zresztą od brutalnych i krwawych scen bitewnych rozpoczyna się omawiany komiks.

Druga nic narracyjna cofa nas w czasie. Jest rok 2052, François Deshamps – przyszły Patriarcha – jest młodzieńcem, który właśnie przyjechał do Paryża, aby sprawdzić, czy został przyjęty na Wyższą Szkołę Chemii Rolniczej. Cywilizacja jest całkowicie uzależniona od elektryczności. Dla wygody człowiek oddał się w niewolę cybermaszynom. W retrospekcji poznajemy i innych bohaterów, którzy prawdopodobnie będą mieli znaczenie w dalszym przebiegu fabuły: Blanche Rouget, czyli przyjaciółkę François i przyszłą piosenkarkę oraz Jérôme Seita – bogatego i wpływowego menadżera muzycznego.

Recenzowany album ma charakter mocno „zagajający” i ogólny: przedstawione zostają występujące postaci, naszkicowane tło wydarzeń i właściwie to wszystko, scenarzysta niewiele więcej nam zdradza. Początkowa sekwencja plansz rozbudza w czytelniku silną ciekawość. Może się podobać dynamika scen i „zacofanie” technologiczne walczących. Niebagatelne znaczenie ma także atmosfera tajemniczości o podłoże i naturę konfliktu. Niestety dalej jest gorzej. Sceny rozgrywające się w połowie XXI wieku trącą nudą i schematycznością; choćby wątek emocjonalnego trójkąta – Blanche, François & menażer – rozpisany jest tendencyjnie i nieudolnie.

Pod względem wizualnym komiks przedstawia się niezwykle atrakcyjnie. Macutay nie boi się eksperymentować z układem kadrów na planszy, dynamicznymi ujęciami i fragmentarycznym przedstawieniem. Pod tym względem szczególnie efektownie wypada pierwsza część opowieści, gdzie artysta ukazuje bitwę i pojedynki. Ze względu na malarskość ilustracji prace Reya Macutaya przywodzą mi na myśl produkcje takich rysowników, jak: Francis Manapul, Matteo Scalera czy Sean Murphy. Oczywiście duża w tym zasługa kolorysty – Walter Pezzali spisał się na medal.

Okładka „jedynki” jest świetnie zaprojektowana! Kojarzy mi się ze scenami z filmu Christophera Nolana Incepcja. Szkoda, że środek nie spełnia wszystkich oczekiwań. Mimo wszystko jestem ciekaw, co będzie dalej.

Jean-David Morvan (sc.), Rey Macutay (rys.), „Pożoga. Tom 1”, tłum. Jakub Syty, Taurus Media, Piaseczno 2017.

[scenariusz: 3+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5+]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Reklamy

Smerfy #17: Smerfowanie biżuterii

23/10/2017 § Dodaj komentarz


 Smerf złodziejem?

Wszystkie dzieci (i nie tylko one) dobrze wiedzą, że Smerfy to niezwykle praworządne, życzliwe i bezinteresowne stworzonka. Nie skrzywdzą nawet muchy. Jednak siedemnasty album nosi tytuł Smerfowanie biżuterii. Czyżby któryś z niebieskich skrzatów miał wkroczyć na drogę występu i bezprawia? Co powie Papa Smerf, gdy się o tym dowie?

Akcja omawianego komiksu zaczyna się w przeddzień wielkiej zabawy z okazji dnia wiosny. Papa Smerf wysyła Ważniaka i Zgrywusa nad rzekę, aby nazrywali pałek wodnych. Para bohaterów musi uważać, bo w tej okolicy nadzwyczaj często kręcą się ludzie. W wyniku nieszczęśliwego wypadku Zgrywus wpada w ręce dwójki wędrownych kuglarzy, którzy postanawiają wykorzystać niebieskiego stworka podczas swoich występów. Po pierwszym, dodajmy udanym, przedstawieniu nowi właściciele Smerfa dostają propozycję bardziej intratnego wykorzystania zdolności więźnia… W poszukiwaniu zaognionego Zgrywusa, oczywiście, wyrusza misja ratunkowa.

Z góry wiadomo, jak przygoda się skończy. Ale nie o szczęśliwy finał chodzi, a o kolejne epizody i zdarzenia. Fabuła jest konsekwentnie prowadzona i skupia się na postaci Zgrywusa, którego możemy zobaczyć z zupełnie innej strony – jako niezwykle lojalnego przyjaciela. W komiksie znalazło się także miejsce dla kilku rzeczywiście zabawnych gagów sytuacyjnych. Ewidentnym plusem albumu jest jednak ukazanie świata poza wioską Smerfów. Sporo scen rozgrywa się w pseudośredniowiecznym miasteczku i zamku, dzięki czemu uzyskujemy wgląd w ludzką społeczność. W komiksie spotykamy nawet Gargamela, który na targu robi zakupy. Całość swoim klimatem przywodzi mi na myśl album Krasnal z Corneloup z serii Hugo (klik! klik!).

Za oprawę graficzną odpowiedzialny jest Alain Maury, który świetnie sobie radzi z ukazaniem dynamiki postaci i wiernością przedstawienia Smerfów. Na plus artyście należy zapisać, że średniowieczna rzeczywistość jest spójna i ciekawa. Osobne gratulacje za przedstawienie Marudy w stroju błazna, idealne! Chciałbym bardzo pochwalić polskiego edytora, który zadbał o przekład onomatopei na język polski. Świetna sprawa, że pojawiają się: „bach”, „ślizg”, „łups”, „skrzyp, skrzyp” i inne.

Smerfowanie biżuterii to jeden z najlepszych, a może nawet najlepszy album z udziałem Smerfów, jakie w ostatnim czasie wydał Egmont. Wielowątkowa fabuła, różnorodne postaci, ciekawa i żywo prowadzona akcja. Pozycja w sam raz dla dzieci, ale i dla dorosłych, którzy czują sentyment do niebieskich stworków.

Thierry Culliford & Luc Parthoens (sc.), Alain Maury (rys.), „Smerfy #17: Smerfowanie biżuterii”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1170, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 5-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Sisters #7: Spalone słońcem

20/10/2017 § Dodaj komentarz


 Sisters – nie aż taki idealny komiks?

Od dwóch lat regularnie czytam cykl Sisters autorstwa panów Christophe’a Cazenove’a i Williama Maurya, który ukazuje się w Polsce staraniem oficyny Egmont Polska. Jestem wierny serii, ponieważ od pierwszego albumu mnie bawi – lubię bohaterki, śmieszy mnie humor słowny i sytuacyjny, podoba mi się warstwa graficzna.

Opowiadane przez scenarzystów historie z życia sióstr Marine i Wendy przyjmowałem z całym dorobkiem inwentarza. Dopiero tekst Olgi Wróbel, opublikowany na łamach internetowego wydania „Kwartalnika Ryms”, uświadomił mi, że fabuła ukazuje jedynie niewielki fragment codziennej rzeczywistości głównych bohaterek. Przez ową wybiórczość, która, jak mniemam, bierze się z faktu, iż scenariusz pisany jest przez dorosłych obserwujących swoje dzieci, otrzymujemy obraz nieprawdziwy, aby nie powiedzieć sfałszowany.

Autorka pisze: „(…) trochę boli mnie feministyczna strona serca” i w następnym akapicie uzasadnia: „(…) uwiera mnie z lekka świat przedstawiony, w którym tytułowe siostry zajmują się głównie strojami i chłopcami”, a dalej podaje przykłady na selektywność epizodów i wątpliwej jakości przesłanie niektórych z nich. Ciężko się z Olgą Wróbel nie zgodzić. Właściwie nie mam żadnych argumentów, które mógłbym przeciwstawić powyższej tezie.

W siódmej odsłonie, a recenzentka „Rymsa” omawiała pierwszą, nadal sporo miejsca poświęca się sprzeczkom o ubrania, strojeniu się, powierzchowności, zabieganiu o płeć przeciwną. Chociaż w ramach przeciwwagi są także zabawne historie, które źródło mają w dzielącej dziewczęta różnicy wieku oraz niepojmowania (a właściwie rozumieniu „po swojemu”) przez młodszą zasad funkcjonowania relacji międzyludzkich.

Recenzując „piątkę”, pisałem (klik! klik!), że „Sisters to komiks prawie idealny. Oczywiście z drobnym, acz znaczącym zastrzeżeniem, że będzie oceniany przez docelową grupę czytelniczą”. Teraz przychodzi mi zweryfikować swoje poglądy… Nie zamierzam nikogo namawiać, aby przestał podsuwać cykl swoim milusińskim, bo nie tędy droga. Sam nie porzucam cyklu, gdyż – jak wspomniałem – lubię protagonistki, a lektura mnie bawi, ale do fabuły podchodzę z większym dystansem i, mimowolnie, wyłapuję epizody o wątpliwej jakości przekazu.

Christophe Cazenove & William Maury (sc.), William Maury (rys.), „Sisters #7: Spalone słońcem”, przeł. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1154, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 3, rysunki: 4+, kolory/cienie: 3+]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Undertaker #3: Ogr z Sutter Camp

11/10/2017 § 1 komentarz


 Potwór z przeszłości

Interes spółki „Jonas Crow & dwie poważne damy” nie kręci się najlepiej. Wszystkiemu winien jest grabarz, który nie ma za grosz taktu i empatii. Szwankuje u niego również znajomość rynku i potrzeb klientów. Kompania jest bez grosza i dlatego, aby przetrwać, musi dobrze wywiązać się z kolejnego zlecenia. Droga wiedzie naszych bohaterów prosto do Kalifornii, gdzie mają zrealizować usługę przygotowania i pochówku teściowej niejakiego Richarda Ashtona.

Na miejscu okazuje się, że mężem zmarłej jest pułkownik Charley Warwick, który – mimo alkoholowego zamroczenia – rozpoznaje w grabarzu swego dawnego żołnierza z czasów wojny secesyjnej. Panowie mają ze sobą na pieńku. Podniosła uroczystość zamienia się w jatkę i regularne mordobicie. Znów nici z zarobku, gdyż ekipa zostaje odprawiona z kwitkiem. Zdarzenie w Warwick Mansion jest brzemienne w skutki, ponieważ pułkownik przywołał demona z przeszłości. Kim jest tytułowy Ogr z Sutter Camp? Co łączy wszystkich trzech mężczyzn ze sobą? Co skrywa przeszłość Jonasa?

Trzeba przyznać, że scenarzysta, Xavier Dorison, długo trzyma czytelnika w niewiedzy. Tytułowa postać pojawia się dopiero na 24 stronie omawianego albumu i wcale nie przypomina groźnego potwora. Początkowo przedstawiona zostaje jako dobroduszny, objazdowy felczer, który za „co łaska” leczy i operuje ludzi. Z biegiem akcji dowiadujemy się kilku znaczących faktów z przeszłości i teraźniejszości postaci. Ostatecznie, czytelnik sam musi sobie wyrobić zdanie o ściganym – jest genialnym lekarzem czy może „doktorem Mengele”?

Niezmiennie dobrze prezentuje się warstwa graficzna. Między kolejnymi odsłonami nie widać jakichś zasadniczych zmian w rysowaniu. Ralph Meyer posługuje się realistyczną kreską. Występujące postaci, kolejne krajobrazy, scenografia mijanych miasteczek i odwiedzanych domów ukazane zostały dokładnie i wiarygodnie. Artysta radzi sobie zarówno ze scenami statycznymi (rozmowy), jak i dynamicznymi (walki i pościgi). Na plus należy także zapisać umiejętne zbliżenia, „najazdy” kamery na twarze bohaterów, skupienie na szczególe, częste oraz zmiany perspektywy.

Akcja komiksu toczy się wartko, fabuła naszpikowana została zaskakującymi twistami i wiarygodnymi, niejednoznacznymi postaciami. Powyższe elementy powodują, że całość czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem. Dorison świetnie panuje nad wszystkim wątkami opowieści, odsłaniając przed czytelnikiem kolejne szczegóły dotyczące przeszłości głównego bohatera. Omawiany album kończy się zaskakującym cliffhangerem, a to sprawia, że czwartej odsłony wyczekuję z niecierpliwością.

 Xavier Dorison (sc.), Ralph Meyer (rys.), „Undertaker #3: Ogr z Sutter Camp”, tłum. Jakub Syty, Taurus Media, Piaseczno 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 5-, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Jessica Jones: Alias. Tom 3

04/10/2017 § Dodaj komentarz


 Supehero bez „super”, ale z „hero”

Jessica Jones chciałaby w końcu zapomnieć o czasie, gdy była pełnoetatową superbohaterką i oficjalną członkinią, jako Jewel, Avengersów. Niestety przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć i w najmniej oczekiwanych momentach wyłazi z ciemnej szafy. W trzecim tomie cyklu przybiera postać nastoletniej Spider-Woman, którą pani detektyw przyłapała pewnego wieczoru w swoim domu. Dziewczynie udało się uciec, ale Jessice w rękach pozostała maska bohaterki, a w pamięci słowa: „Nie jesteś Jessicą. Okłamali mnie… Gnojki!”.

Panna Jones lubi mieć wrażenie, że panuje nad swoim życiem i nie lubi niewyjaśnionych sytuacji. Dlatego podąża śladem włamywaczki. Szybko odkrywa, że nastolatka nazywa się Mattie Franklin i jest adoptowaną córką J. Jonaha Jamesona. Tak, tego potentata prasowego, który wydaje „Daily Bugle” i w całej rozciągłości nienawidzi Spider-Mana. Na ironię zakrawa fakt, że jego protegowana ma podobne supermoce, co niecierpiany Pajęczak. Wbrew pozorom Jameson przejmuje się losem dziewczyny i jest żywo poruszony jej zaginięciem. Do takiego stopnia jest zaślepiony troską i żalem, że oskarża detektyw o porwanie i próbę wyłudzenia okupu.

Nikt szefowej agencji detektywistycznej Alias Investigations nie zleca odnalezienia nastolatki, a mimo to poświęca czas i środki, aby ustalić jej aktualne miejsce pobytu. Scenarzysta prowadzi czytelnika przez mroczne zaułki Nowego Jorku, wprowadza do cieszących się złą renomom klubów i barów. Historia pomieszczona w bieżącym tomie może nie jest tak spektakularna i oryginalna, jak uprzednie, ale ma w sobie duży potencjał społeczny. Bendis, pod płaszczykiem opowieści z udziałem młodocianych supehero, pokazuje uzależnionych od narkotyków młodych ludzi, którzy porzucili rodziny i ostatecznie „pogubili się w życiu”. Cały epizod za Spider-Woman, która została usidlona przez „kochającego” starszego mężczyznę, ma wyraźnie feministyczny charakter.

Pisząc u dwóch poprzednich tomach chwaliłem graficzne fajerwerki Michaela Gaydosa. W omawianej odsłonie styl ilustratora trochę się zmienia. Rysownik dostosował swoje prace do kameralnej opowieści. Wyraźnie mniej jest zabaw z kadrowaniem i budową planszy, jakby artyście (i redaktorom Marvela) zależało na tym, aby czytelnik się nie rozpraszał, aby skupił całą swoją uwagę się na fabule. Oczywiście, to nadal jest Gaydos jakiego znamy „jedynki” i „dwójki”, czyli silna i rozchwiana kreska konturu, dużo tuszu, operowanie światłocieniem przy przedstawianiu mimiki, zbliżania na twarze i fragmentaryczność prezentowania postaci.

Bendis napisał świetne, żywe i prawdziwe dialogi, które chce się czytać, bo są wielce prawdopodobne. Fabularnie rzecz jest spójna i konsekwentnie poprowadzona, a wymiarze społecznym – mroczna i przejmująca. Jessica Jones: Alias silnie kojarzy mi się z poczynaniami Alana Moore’a, który również robił komiksy supehero bez „super”, ale z „hero” (choćby Top 10klik! klik!). Wielka szkoda, że to już przedostatnia propozycja cyklu. Jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji się zapoznać, to bardzo polecam.

 Brian Michael Bendis (sc.), Michael Gaydos (rys.), „Jessica Jones: Alias. Tom 3”, tłum. Marek Starosta, Mucha Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 5-, kolory/cienie: 4+]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Smerfy i Wioska Dziewczyn #1: Zakazany las

28/09/2017 § 1 komentarz


  Dziewczyny nie dały rady

Zakazany las to pierwszy album z nowego cyklu komiksowego z udziałem niebieskich skrzatów, który nosi tytuł Smerfy i Wioska Dziewczyn. Spin-off na rynku frankofońskim miał premierę pod koniec marca, a już niespełna dwa miesiące później Egmont Polska publikuje krajową odsłonę. Poczynania edytora zbiegły się z wejściem do kin pełnometrażowej animacji Smerfy: Poszukiwacze zaginionej wioski, bo, jak możemy przeczytać w materiałach promocyjnych, fabuła komiksu luźno nawiązuje do filmu kinowego. Na seans się nie wybrałem, dlatego nie wiem czy informacja pokrywa się z prawdą.

W komiksie pomieszczonych zostało pięć opowieści, których fabuły subtelnie się ze sobą splatają. W pierwszej – Dziwny jest ten świat – czytelnik ma okazję poznać smerfne dziewczęta z wioski, która znajduje się za wysokim murem. Na tym właśnie polega koncept scenarzystów – obie grupy nie spotkały się nigdy wcześniej, ponieważ przeszkodą był ów mur i dopiero przypadkowo odkryty przez Lilijkę tunel umożliwił nawiązanie dobrosąsiedzkich kontaktów. Pomysł jak pomysł. Ani specjalnie dobry, ani zły. Jeśli miałbym oceniać, to płytki. Rozumiem, że w jakiś sposób należało uzasadnić, że dopiero po 54 latach i 34 albumach z przygodami „klasycznych” Smerfów, nagłe pojawienie się całej wioski zamieszkałej przez rodzaj żeński.

Po pierwszym, przypadkowym, spotkaniu dziewczyny zapraszają do siebie delegację zza muru, w skład której wchodzą: Smerfetka, Ważniak, Osiłek i Ciamajda. Kolejne historie przedstawiają przygody wspomnianej czwórki w Wiosce Dziewczyn. W albumie nie pojawia się Papa Smerf, co wydaje się dziwne i mało prawdopodobne. W drugiej opowieści Ważniak spędza z nowymi koleżankami cały jeden dzień, dzięki czemu czytelnik ma okazję poznać bliżej zwyczaje, upodobania i tryb życia dziewczyn. Trzeba przyznać, że pod wieloma względami bohaterki są różne od „klasycznych” skrzatów. Choćby: mieszkają w domkach na drzewach, są dzielne i odważne, posługują się bronią (celnie strzelają z łuków), ich taniec radości jest bardzo skomplikowany, mają filetowe włosy, które upinają w przeróżne fryzury, są gadatliwe, latają na smokach, etc.

Żal, że scenarzyści (Alain Jost, Luc Parthoens i Thierry Culliford) całkowicie zmarnowali potencjał, jaki kryje się we wprowadzeniu do „smerfnego uniwersum” nowych bohaterek. Fabuły ani nie są ciekawe, ani nie śmieszą. Ze świecą można szukać jakichś zabawnych gagów i komicznych scen. Całość jest nudna i źle napisana. Dla przykładu w pierwszej opowieści są miejsca, w których lista dialogowa pokrywa się z czynnościami wykonywanymi przez Lilijkę lub elementami, które możemy zobaczyć w kadrze. Widzimy dziewczynę idącą między gęstą roślinnością, z prawego górnego rogu buchają promienie słońca, a ona mówi do siebie: „Nareszcie światło słoneczne! Wydostanę się z mrocznej dżungli!”. Dwa kadry dalej widzimy bohaterka stoi pod wielkim murem, który zasłania cały horyzont i mówi: „Znów jestem przy murze!”. Takich kiksów jest niestety dużo więcej, a to odbiera jakąkolwiek przyjemność z lektury.

Na szczęście album ogląda się z przyjemnością. Mimo że oprawa graficzna to dzieło aż czterech rysowników, to całość jest spójna i atrakcyjna. Smerfy żeńskiego rodzaju zostały dobrze zaprojektowane, postaci są żywe i różnorodne. Dziewczętom nadano indywidualny rys, co cieszy i dobrze wróży na przyszłość, bo będzie można rozwijać ich charakter, cechy i zachowanie. Najmniej ciekawie wypada czarodziejka Wierzba, która jest żeńską kopią Papy Smerfa. Ciężko uciec od porównywania spin-offu z „klasykami”. Na plus dla nowej produkcji należy zapisać: 1) bardziej rozbudowane tła; 2) większa fantazję przy konstruowaniu fauny i flory; 3) jaskrawszą kolorystykę i szerszą paletę barw.

Jednakże udana oprawa graficzna to za mało, abym mógł album Zakazany las oceniać pozytywnie. Jestem przekonany, że „dwójka” prędzej czy później zostanie wyprodukowana. Mam tylko nadzieję, że scenarzyści nie będą musieli pisać pod presją czasu i wyjdzie im to lepiej niż w bieżącej odsłonie.

Alain Jost & Luc Parthoens, & Thierry Culliford (sc.), Alain Maury & Jeroen de Coninck & Miguel Diaz & Laurent Cagniat (rys.), „Smerfy i Wioska Dziewczyn #1: Zakazany las”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1125, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 2+, rysunki: 4, kolory/cienie: 4+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Gnat #1: Dolina, czyli równonoc wiosenna

22/09/2017 § Dodaj komentarz


 Gnat, czyli arcydzieło

Nie warto owijać bawełnę, dlatego napiszę wprost: Gnat, komiks Jeffa Smitha, jest arcydziełem narracji graficznej. Seria łącznie zgarnęła około dwudziestu nagród Eisnera i Harveya. Oryginalnie całość liczy sobie pięćdziesiąt pięć zeszytów, które ukazywały się w latach 1991-2005 staraniem wydawnictw Cartoon Books oraz Image Comics. Na polską premierę musieliśmy trochę poczekać. Warto było! W ramach ciekawostki można wspomnieć, że w wywiadzie, jaki przeprowadziłem z Jackiem Drewnowskim – tłumaczem komiksu – wspomina (klik! klik!), że album przełożył piętnaście lat temu.

W pierwszym tomie, który nosi podtytuł Dolina, czyli równonoc wiosenna, czytelnik poznaje trójkę głównych bohaterów: Chwata Gnata, Chichota Gnata oraz Kanta Gnata, którzy są kuzynami. Egzotyczne trio pochodzi z Gnatowa, ale zostali wygnani z rodzinnego miasta w wyniku podstępnych machinacji ostatniego z wymienionych i teraz tułają się po pustyni. Po ataku szarańczy drogi kuzynów się rozchodzą. Akcja skupia się na Chwacie, który trafia do doliny zamieszkałej przez gadające zwierzęta, smoka, upiorne szczurostwory oraz ludzi.

Właściwa opowieść rozpoczyna się w momencie, w którym bohater spotyka piękną Zadrę, młodą ludzką dziewczynę, mieszkającą razem z babcią w chacie położonej gdzieś na odludziu. Chwat, oczywiście, zakochuje się Zadrze, ale nie zapomina o swoich zaginionych kuzynach. Czy bohaterowi uda się ich odnaleźć? Dlaczego szczurostwory polują na rodzinę Gantów? Dlaczego smok ochrania Chwata? Jaką tajemnice skrywa babcia przed dziewczyną? Czy babcia wygra w wyścigu szalonych krów? Kim tak naprawdę jest Zadra? I dlaczego scenarzysta poświęca jej aż tyle uwagi? Odpowiedzi na niektóre z tych pytań poznacie, jak tylko przeczytacie komiks.

A muszę przyznać, że jest co czytać. Gdyż polska edycja to cegła licząca sobie ponad czterysta pięćdziesiąt stron. Jednak zapewniam, że gdy tylko sięgniecie po Dolinę…, to nie będziecie mogli się oderwać od lektury. To doskonały komiks przygodowy z elementami heroic fantasy, a na dokładkę miejscami bardzo zabawny. Wbrew pozorom akcja wcale nie gna do przodu na łeb na szyję, a prowadzona jest dość leniwie, dzięki temu czytelnik może poświęcić więcej uwagi na dokładne poznanie występujących postaci i rozeznanie się w meandrach fabuły. Rzeczywistość zbudowana przez Jeffa Smitha jest kompletna i spójna. Widowiskowy świat zachwyca. Pisarz poświęca sporo miejsca temu, aby zbudować wiarygodnych i interesujących bohaterów.

W parze z wciągającą fabułą idzie atrakcyjna oprawa graficzna. Jeff Smith posługuje się wyraźną kreską, ale niezbyt szczegółową, postaci obwiedzione są mocną i stosunkowo grubą linią. Ludzkie postaci, z wyjątkiem Zadry, mają karykaturalny charakter. Plansze zbudowane zostały zwykle z sześciu dużych, kwadratowych kadrów. Pierwotnie seria ukazywała się w wersji czarno-białej, kolory dla wydania zbiorczego nałożył Steve Hamaker i trzeba przyznać, że wyszło to komiksowi na dobre.

Niewątpliwie pod płaszczykiem wielowątkowej epopei ukryte zostały także inne, bardziej znaczące, elementy. Choćby o przyjaźni, lojalności i sile rodzinnych więzów, ale także prawda o anatomii zła. Gnat to komiks dla wszystkich niezależnie od wieku, ale najwięcej frajdy będę mieli małoletni, którym czytanie idzie płynnie, a samodzielna lektura nie sprawia żadnych trudności.

Jeff Smith (sc. & rys.), „Gnat #1: Dolina, czyli równonoc wiosenna”, przeł. Jacek Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1132, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 6+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with aleja komiksu at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: