Gnat #1: Dolina, czyli równonoc wiosenna

22/09/2017 § Dodaj komentarz


 Gnat, czyli arcydzieło

Nie warto owijać bawełnę, dlatego napiszę wprost: Gnat, komiks Jeffa Smitha, jest arcydziełem narracji graficznej. Seria łącznie zgarnęła około dwudziestu nagród Eisnera i Harveya. Oryginalnie całość liczy sobie pięćdziesiąt pięć zeszytów, które ukazywały się w latach 1991-2005 staraniem wydawnictw Cartoon Books oraz Image Comics. Na polską premierę musieliśmy trochę poczekać. Warto było! W ramach ciekawostki można wspomnieć, że w wywiadzie, jaki przeprowadziłem z Jackiem Drewnowskim – tłumaczem komiksu – wspomina (klik! klik!), że album przełożył piętnaście lat temu.

W pierwszym tomie, który nosi podtytuł Dolina, czyli równonoc wiosenna, czytelnik poznaje trójkę głównych bohaterów: Chwata Gnata, Chichota Gnata oraz Kanta Gnata, którzy są kuzynami. Egzotyczne trio pochodzi z Gnatowa, ale zostali wygnani z rodzinnego miasta w wyniku podstępnych machinacji ostatniego z wymienionych i teraz tułają się po pustyni. Po ataku szarańczy drogi kuzynów się rozchodzą. Akcja skupia się na Chwacie, który trafia do doliny zamieszkałej przez gadające zwierzęta, smoka, upiorne szczurostwory oraz ludzi.

Właściwa opowieść rozpoczyna się w momencie, w którym bohater spotyka piękną Zadrę, młodą ludzką dziewczynę, mieszkającą razem z babcią w chacie położonej gdzieś na odludziu. Chwat, oczywiście, zakochuje się Zadrze, ale nie zapomina o swoich zaginionych kuzynach. Czy bohaterowi uda się ich odnaleźć? Dlaczego szczurostwory polują na rodzinę Gantów? Dlaczego smok ochrania Chwata? Jaką tajemnice skrywa babcia przed dziewczyną? Czy babcia wygra w wyścigu szalonych krów? Kim tak naprawdę jest Zadra? I dlaczego scenarzysta poświęca jej aż tyle uwagi? Odpowiedzi na niektóre z tych pytań poznacie, jak tylko przeczytacie komiks.

A muszę przyznać, że jest co czytać. Gdyż polska edycja to cegła licząca sobie ponad czterysta pięćdziesiąt stron. Jednak zapewniam, że gdy tylko sięgniecie po Dolinę…, to nie będziecie mogli się oderwać od lektury. To doskonały komiks przygodowy z elementami heroic fantasy, a na dokładkę miejscami bardzo zabawny. Wbrew pozorom akcja wcale nie gna do przodu na łeb na szyję, a prowadzona jest dość leniwie, dzięki temu czytelnik może poświęcić więcej uwagi na dokładne poznanie występujących postaci i rozeznanie się w meandrach fabuły. Rzeczywistość zbudowana przez Jeffa Smitha jest kompletna i spójna. Widowiskowy świat zachwyca. Pisarz poświęca sporo miejsca temu, aby zbudować wiarygodnych i interesujących bohaterów.

W parze z wciągającą fabułą idzie atrakcyjna oprawa graficzna. Jeff Smith posługuje się wyraźną kreską, ale niezbyt szczegółową, postaci obwiedzione są mocną i stosunkowo grubą linią. Ludzkie postaci, z wyjątkiem Zadry, mają karykaturalny charakter. Plansze zbudowane zostały zwykle z sześciu dużych, kwadratowych kadrów. Pierwotnie seria ukazywała się w wersji czarno-białej, kolory dla wydania zbiorczego nałożył Steve Hamaker i trzeba przyznać, że wyszło to komiksowi na dobre.

Niewątpliwie pod płaszczykiem wielowątkowej epopei ukryte zostały także inne, bardziej znaczące, elementy. Choćby o przyjaźni, lojalności i sile rodzinnych więzów, ale także prawda o anatomii zła. Gnat to komiks dla wszystkich niezależnie od wieku, ale najwięcej frajdy będę mieli małoletni, którym czytanie idzie płynnie, a samodzielna lektura nie sprawia żadnych trudności.

Jeff Smith (sc. & rys.), „Gnat #1: Dolina, czyli równonoc wiosenna”, przeł. Jacek Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1132, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 6+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Reklamy

Wieczni Batman i Robin. Tom 2

18/09/2017 § Dodaj komentarz


  Wakacyjna lektura

Batmanowi nie udało się przyskrzynić tajemniczej Matki, chociaż był już bardzo, bardzo blisko, ale na drodze staną mu niejaki Orphan – fanatyk, ślepo wpatrzony w szefową. Robota Nietoperza kontynuowana jest przez bandę Robinów. Czy powstrzymają kobietę przed wdrożeniem w życie planu przeprogramowania niewinnych młodych ludzi na całym świecie? Czy uda im się dokonać tego, co mu się nie udało? Czy zniszczą organizację, a przywódczynię postawią przed sądem? Czy faktycznie Mściciel z Gotham zamówił pomocnika? I kto miał być nowym Robinem, szykowanym przez Matkę na najlepszego i najwierniejszego żołnierza Batmana?

Przystępując do lektury drugiego tomu Wiecznych Batmana i Robina, zależało mi na tym, aby poznać odpowiedzi na powyższe pytania. Scenarzyści, których znów jest całe mrowie, dobrze zdają sobie sprawę z tego, jakim materiałem dysponują. Dlatego nie od razu padają oczekiwane odpowiedzi. Najpierw należy przebrnąć przez kilka mniej ciekawych epizodów, które dla nadrzędnej opowieści mają niewielkie znaczenie. Jason Todd (Red Hood) i Tim Drake (Red Robin) udają się do miasta Gnosis, które należy do Zakonu św. Dumasa, gdzie mają ciężkie starcie z Azraelem. Kilka razy jeszcze zmieniają się lokacje i pojawiają mało interesujące wątki, które przeplatane są retrospekcjami z pierwszego, nieudanego polowania na Matkę.

Skrzyć zaczyna dopiero, gdy na scenę wkracza Harper Row oraz Cassandra Cain. Fragmenty poświęcone wzajemnej relacji nastolatek oraz ich związkom z Matką i Batmanem wypadają ciekawie. W końcu od pierwszej planszy wiadomo, jak skończy się konfrontacja między „dziećmi” Batmana a Matką i jej „dziećmi”. Myślę, że novum pomysłu Jamesa Tyniona IV i Scotta Snydera sprowadza się do sprawnego i rzetelnego obmyślenia psychologii obu postaci. Ciekawi mnie, czy obu dziewczynom przypisano jakieś znaczące role w Odrodzeniu (DC Rebirth)?

Warstwa graficzna, podobnie jak to miało miejsce w „jedynce”, jest dziełem wielu różnych artystów. Wiadomo, każdy rysownik marzy o tym, aby chociaż raz w życiu przedstawić całemu światu swoją wersję Gacka… In plus wyróżniają się prace Marcio Takary (trochę takie skrzyżowanie cartoonu z mangą), Tony’ego S. Daniela (zilustrował fabułę, w której ukazane zostały „narodziny” Matki) oraz Scota Eatona. Całość oprawy ma wyraźnie realistyczny sznyt.

Bieżąca odsłona liczy sobie ponad 300 stron, to o jakieś 100 za dużo. Gdyby warstwie fabularnej wyciągnięto esencję z konceptu Tyniona i Snydera, to wówczas nie odstawałaby od „jedynki” (klik! klik!). Niestety projekt został rozmieniony na drobne, ale mimo wszystko całość nadaje się na wakacyjną, niezobowiązującą lekturę.

Scott Snyder & James Tynion IV & Tim Seeley & Ed Brisson & inni (sc.), Goran Sudžuka & Christian Duce & Tony S. Daniel & Javier Piña & inni (rys.), „Wieczni Batman i Robin. Tom 2”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1155, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 3+, rysunki: 4-, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Lil i Put #3: Czarująca panna młoda

12/09/2017 § Dodaj komentarz


 Miksja w welonie!

To musiało się kiedyś wydarzyć! Autorzy komiksowej serii Lil i Put – Maciej Kur i Piotr Bednarczyk – nie pozostali głusi na prośby swoich czytelników. Zresztą sam również optowałem za tym, aby w kolejnym albumie została opowiedziana jedna pełnometrażowa historia, a nie kilka krótkich szortów. Czy scenarzyście udało się napisać rzecz spójną i ciekawą? Przekonajmy się.

Bez zbędnych wstępów – już w pierwszym kadrze – wprowadzone zostają do fabuły nowe postaci. Fryc Mamon jest wójtem wsi Miniatury Wielkie, który wygrał wybory, bo przekonał głosujących do swojej osoby darmowym napitkiem. Pełnienie urzędu wykorzystuje instrumentalnie i interesownie – powiększa osobisty majątek. Lil i Put narażają się urzędnikowi i „za karę” muszą szkodę odpracować w polu. Prace fizyczne strasznie męczą parę małoludów. Dlatego uciekają do stolicy. Po drodze spotykają elfkę Miksję, której towarzyszy goblinem Kirki – on także podpadł Frycowi. W efekcie tego incydentu ten ostatni zlecił Gerwinowi Stworołówcy zgładzenie zwierzaka.

Przedstawiony powyżej zestaw epizodów, to dopiero początek zwariowanych i miejscami absurdalnych przygód naszych bohaterów. Maciej Kur prowadzi narrację w sposób brawurowy i daleki od sztampy, świetnie łamie konwencję opowieści fantasy, wprowadzając elementy parodiujące współczesną rzeczywistość (m.in. wizyta Miksji w urzędzie pocztowym czy sceny w „wariatkowie” z udziałem Scotta McClouda oraz profesora, który wszędzie widzi spiski). Rozwój wydarzeń jest trudny do przewidzenia. Co prawda, biorąc pod uwagę podtytuł albumu i ilustrację na okładce, wiemy, że w którymś momencie musi pojawić się jakaś „panna młoda” i jeszcze „czarująca”, czyli Miksja. Czytamy, czytamy i już połowa komiksu, a ślubu ani widu, ani słychu. Czytelnik zdaje sobie sprawę, że będzie wychodziła za mąż, ale za kogo i dlaczego? Przecież nie z miłości, a może?

Omawiany album to naprawdę udana pozycja. Dobrze się stało, że autorzy (i wydawca) zdecydowali się na prezentację wielowątkowej, pełnometrażowej historii. Całość skrzy się humorem, podczas lektury ciężko powstrzymać się od śmiechu. Należy oddać scenarzyście sprawiedliwość – wszystko się ze sobą pięknie zaplata i łączy. Maciej Kur ma wyraźny dar konstruowania zabawnych fabuł, które nie opierają się tylko i wyłącznie na świetnych gagach, ale i literacko stoją na wysokim poziomie.

Rysunki Piotra Bednarczyka z każdym kolejnym albumem zyskują. Stają się mniej toporne, a bardziej dobitne i ekspresyjne. Już na poziomie storyboardu gagi sytuacyjne są właściwie rozplanowane, patrzący w mig łapie komiczne przesłanie sceny. Wszystkie występujące postaci są dobrze zaprojektowane i poprowadzone, dlatego czytelnik nie ma żadnych problemów z ich rozpoznaniem. Na uwagę zasługuje także rozbudowana i różnorodna gestykulacja, mimika oraz zachowanie.

Autorzy mają świadomość, że ich czytelnicy serii dorastają. Pierwsze dwa albumy skierowane były głównie do 8- czy 9-latków. Natomiast – ze względu na aluzyjność i niuanse, zastosowanie wielu popkulturowych nawiązań, użycie narracji wstecznej oraz rozbudowaną listę dialogową – bieżącą odsłonę polecam wszystkim samodzielnym czytelnikom.

Maciej Kur (sc.), Piotr Bednarczyk (rys.), „Lil i Put #3: Czarująca panna młoda”, Klub Świata Komiksu – album 1131, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 4, kolory/cienie: 4-]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Millennium #2: Dziewczyna, która igrała z ogniem

18/08/2017 § 2 Komentarze


 Kim jest Zala?

Od czasu wydarzeń przedstawionych w pierwszym albumie serii Millennium minął rok – klik! klik! Wygląda na to, że życie Mikaela Blomkvista bardzo powoli wraca na stare tory. Co prawda, stacje radiowe i telewizyjne nadal chętnie go zapraszają, aby publicznie wypowiedział się w tym czy innym temacie. Zainteresowanie mediów ciąży bohaterowi, chciałby powrócić „czystej” roboty reporterskiej. Okazja nadarza się, gdy do „Millennium” zgłasza się Dag Svensson – wolny strzelec, który wpadł na trop szwedzkiej siatki przestępczej zajmującej się handlem młodymi kobietami i zmuszaniem ich do prostytucji.

Omawiany album jest wierną adaptacją drugiej powieści Stiega Larssona Dziewczyna, która igrała z ogniem. Dlatego główne elementy fabuły, występujące postaci oraz finał zostały żywcem przeniesione z książki do komiksu. Scenarzysta, oczywiście, musiał dokonać wielu skrótów. Dzięki cięciom opowieść zyskała klarowności i przejrzystości. W porównaniu do pierwowzoru czytelnik musi mniej się domyślać i domniemywać. Runberg na potrzeby komiksowej narracji wysługuje kilka wątków. Wyraźnie skupia się na przeszłości i psychice Salander (poprzez retrospekcje) oraz bestialstwie członków bandy Zali (straszne sceny przemocy i gwałtów dokonywanych na porwanych kobietach). Mam wrażenie, że natłoku silnie emocjonujących scen, prowadzone przez Blomkvista śledztwo, zeszło na dalszy plan.

Na pozycji rysownika zaszła zamiana: José Homsa zastąpił Manolo Carrot, który podpisuje swoje prace pseudonimem Man. Wizualnie widać różnicę. Nowy artysta stawia na realizm przedstawienia. Dla przypomnienia: prace Homsa miejscami popadały w karykaturę i groteskę. Man przykłada wiele uwagi do mimiki twarzy i gestykulacji występujących postaci. A biorąc pod uwagę, że wiele scen ukazuje sytuacje drastyczne i szokujące, silnie oddziałuje na czytelnika. Na szczęście, ukazując sceny gwałtów i przemocy, rysownik nie przekracza granic dobrego smaku.

Całość jest spójna, a wątki prowadzone są konsekwentnie. Komiks jest mroczny, miejscami przerażający i nieprzyjemny. Motyw polityczno-kryminalny, znany z powieści, został tu odstawiony trochę na bok. Na osobach, które nie znają pierwowzoru, lektura albumu może wywrzeć spore wrażenie. I głównie im produkcję Runberga i Carrota polecam.

Sylvain Runberg (sc.), Man {właśc. Manolo Carrot} (rys.), „Millennium #2: Dziewczyna, która igrała z ogniem”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1098, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 3+, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Szósty rewolwer #2: Rozdroża

07/08/2017 § Dodaj komentarz


 Dziwny Dziki Zachód

Nim zapoznałem się z drugim albumem z cyklu Szósty rewolwer, musiałem zdjąć z półki „jedynkę” i ponownie przeczytać (klik! klik!). W końcu minęło ponad dwa lata od premiery albumu, dlatego nie dziw, że miałem dziury w pamięci. Musiałem przypomnieć sobie, kiedy i w jakich okolicznościach Drake Sinclair wszedł w posiadanie czterech z sześciu magicznych spluw, dlaczego Becky Montcrief ma swój osobisty „pistolecik”, którego nikt nie może jej odebrać, a także dlaczego Billjohn O’Henry wygląda i zachowuje się jak golem oraz kim jest i skąd się wziął Gord Cantrel.

Akcja albumu Rozdroża rozgrywa się w Nowym Orleanie, a także na bagnach znajdujących się w pobliżu miasta. Po pierwszym użyciu sześciostrzałowców między panem Sinclair a przedmiotami wywiązała się magiczna relacja, która niezwykle ciąży bohaterowi. Mężczyzna zrozumiał, że posiadanie na własność rewolwerów nie jest najlepszym pomysłem. Dlatego szuka kogoś, kto pomoże mu zerwać więź. I tak odnajduje niejakiego Henriego Fouriera – starego czarownika voodoo, który zdradza mu historię tytułowych spluw. A z okolicznych bagien wyłazi coś strasznego i nie trudno zgadnąć, czego chce…

Tempo, z jakim prowadzono fabułę „jedynki”, było iście ekspresowe, wydarzenia następowały po sobie niczym kolejne strzały z rewolweru. Pierwsza połowa bieżącej odsłony prowadzona jest dość spokojnie. Scenarzysta początkowo stara się przybliżyć tło wydarzeń, ale w drugiej połowie akcja wyraźnie przyspiesza. Scenografia, w której rozgrywają się wydarzenia – bagna Luizjany i miasto Nowy Orlean – stanowi ciekawy i atrakcyjny dodatek. Cullen Bunn wprowadza do opowieści nowe postaci, nie zapominając o tym, aby przybliżyć trójkę głównych bohaterów. Mamy okazję lepiej poznać Drake’a, Becky i Billjohna, bo w końcu spędzimy z nimi trochę czasu, gdyż, nie licząc spin-offów, cała seria liczy sobie dziewięć tomów.

Ilustracje wyszły spod ręki Briana Hurtta, który dba o realność i szczegółowość przedstawienia, choć kreska ma wyraźnie cartoonowy sznyt. Każdej z postaci nadano indywidualne rysy, więc nie ma najmniejszych problemów w rozpoznaniu bohaterów. Rysownik nie zapomina o elementach tła i drugiego planu. Całość prezentuje się nadzwyczaj dobrze, a sceny z udziałem haitańskich demonów, które rozgrywają się na mokradłach, naprawę mogą się podobać.

Szósty rewolwer to seria, która należy do gatunku Dziwny Dziki Zachód, w którym typowo westernowe elementy zostały połączone z elementami horroru oraz fantastyki. Fabuła ma iście rozrywkowy charakter, została uszyta z ciekawych elementów oraz sprawnie poprowadzona. Lektura komiksu stanowi niezłą przygodę, którą warto samodzielnie przeżyć.

Cullen Bunn (sc.), Brian Hurtt (rys.), „Szósty rewolwer #2: Rozdroża”, tłum. Maciej Drewnowski, Timof Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 5-]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Outcast. Opętanie #2: Bezkresne, nieprzebyte zgliszcza

01/08/2017 § Dodaj komentarz


 Albo czytasz komiks, albo oglądasz serial telewizyjny

Z nową komiksową serią Roberta Kirkmana mam wyraźny problem, który wiąże się z faktem, że nim przeczytałem, to obejrzałem oba sezony telewizyjnej adaptacji wyprodukowanej przez stację Cinemax. I, z punktu widzenia potencjalnej przyjemności czytelniczej, to był błąd. Ponieważ znajomość głównych zrębów fabularnych powoduje, że lektura nie wciąga na tyle, na ile by mogła. Oczywiście są pewne różnice między narracją filmową a książkową, wyśledzenie ich sprawia pewną dozę przyjemności. Bez zmian jednak pozostaje główna nić fabularna, co stanowi kłopotliwą, bo mało atrakcyjną, kwestię.

Skrajnie różnymi postaciami są wielebny Anderson i Kyle Barnes. Pierwszy wierzy, że potęgą nadaną mu bezpośrednio przez Boga potrafi wypędzać z ludzi demony niemocy i ucisku. Z każdą kolejną sceną z udziałem byłych egzorcyzmowanych skuteczność duchownego poddawana jest w wątpliwość, gdyż okazuje się, że wyniki działań są raczej mierne. Co powoduje, że jego wiara słabnie. Za to drugi z panów nie jest wyznawcą żadnej religii i właściwie można śmiało powiedzieć, że jest ateistą. Dobrze zdaje sobie sprawę z istnienia diabelskich sił, a jego przekonania opierają się na wiedzy i empirycznym doświadczeniu. Jest raczej „świeckim egzorcystą”, którego moce mają czysto fizyczne (a nie duchowe) właściwości.

Obaj mężczyźni są bohaterami tragicznymi. Zamysł scenarzysty, aby w głównych rolach obsadzić aktorów, których okoliczności, a nie przekonania zmusiły do wspólnego działania, stanowi siłę napędową wielu scen. Anderson próbuje przekonać Barnesa, że ma cel i misję daną mu przez Boga. Kyle w dosadnych słowach się z nim nie zgadza. Ciężko pogodzić perspektywę duchownego z niewiarą młodzieńca, który szuka odpowiedzi na pytanie: dlaczego bliskie mu osoby zostają opętane? Bije się z wątpliwościami. Targają nim wyrzuty sumienia. Czy jest w stanie realnie pomóc osobom opętanym? Czy wypędzając, nie wyrządza czasem więcej krzywdy? Z drugiej strony kaznodzieja jest przerażony swoją niemocą oraz ilością demonów ukrywających się w miasteczku Rome. Ciekawość wzbudza postać tajemniczego Sidneya, który przedstawiony zostaje jako sam Diabeł, dla którego liczy jedynie „scalenie”. Czytelnik (ani widz) nadal nie wiedzą, czym jest ten rytuał.

Z założenie seria Outcast to horror. Ze sceny na scenę wzrasta poczucie osaczenia oraz niezrozumienia źródła i powodów działań sił nadprzyrodzonych, co nie przekłada się (niestety) na atmosferę grozy. Strach uchodzi przez niedostrzegalną dziurę, być może akcja rozwija się zbyt wolno. Dlatego dobrze, że w bieżącym tomie uwidaczniają się „twarde” i przerażające wątki obyczajowe: przemoc domowa, seksualne wykorzystanie nieletniej, odczuwane po latach poczucie winy oprawcy, który liczy na pojednanie, pogubiona nastolatka, która ucieka z domu.

Paul Azaceta oraz Elizabeth Breitweiser, którzy odpowiadali za oprawę graficzną „jedynki”, nadal są w dobrej formie. Nie dostrzegam zasadniczych zmian między tomami. Za to zwróciłem uwagę na ciekawy sposób budowania przez rysownika niektórych plansz: na gotową stronę wmontowuje/nakłada maleńkie kadry, które służą podkreśleniu i zwróceniu uwagi na istotne dla narracji elementy. Z punktu widzenia czytelnika zabieg prosty, acz skuteczny.

Dla osób, które nie natknęły się na serial telewizyjny lektura albumu Bezkresne, nieprzebyte zgliszcza może być satysfakcjonująca, choć nie oszałamiająca. Aby mieć prawdziwą frajdę z czytania i śledzenia komiksowego cyklu Kirkmana, należy zupełnie zrezygnować, właściwie nawet nie zaczynać oglądania telewizyjnej produkcji.

Robert Kirkman (sc.), Paul Azaceta (rys.), „Outcast. Opętanie #2: Bezkresne, nieprzebyte zgliszcza”, tłum. Marek Starosta, Mucha Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5, kolory/cienie: 6]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}
Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Bękarty z południa # 3 Powrót do domu

26/07/2017 § Dodaj komentarz


 Wszyscy dybią na biednego trenera

Trzeba przyznać, że Jason Aaron wystawia cierpliwość i lojalność czytelników serii Bękarty z południa na próbę. Fabuła „jedynki” i „dwójki” skupiała się na budowaniu mitu trenera drużyny Rebeliantów, Eulessa Bossa, który twardą ręką rządzi całym hrabstwem Craw. Album Powrót do domu w niewielkim stopniu posuwa akcję do przodu. Wciąż najważniejszy jest Boss, jego „zmagania” z nieprzyjemną rzeczywistością oraz umacnianie autorytetu, który zbudowany jest na strachu.

W bieżącej odsłonie pomieszczono pięć oryginalnych zeszytów serii. Każdy z nich stanowi oddzielny rozdział, który poświęcony został innej postaci. Większość ma na pieńku z Bossem. Elementem spajającym poszczególne fabuły są przygotowania do meczu (i sam mecz) Rebeliantów z drużyną hrabstwa Wetumpka, który ma odbyć się na miejscowym boisku. Trener ze wszystkich stron słyszy, że nie może sobie pozwolić na przegraną. Pętla wokół jego szyi zacieśnia się z każdą kolejną sceną. Trzeba przyznać, to się scenarzyście udało: prawie czujemy przyspieszony puls, krótki i płytki oddech oraz narastającą złość i frustrację trenera.

W pierwszej opowieści poznajemy bliżej miejscowego szeryfa, który lata temu grał w drużynie Rebeliantów. Był świetnie zapowiadającym się zawodnikiem, ale dzięki „pomocy” mentora jego gwiazda szybko zgasła. Teraz jest stróżem prawa na usługach zbira, co potęguje u niego poczucie straty i zmarnowanego życia. W drugiej fabule wespół z miejscowym kaznodzieją spędzamy cały jeden boży dzień z psychopatycznym Esawem Goingsem. Dla kapłana jest to sądny dzień; jego wiara (w Boga i siebie) zostaje wystawiona na próbę. W kolejnej poznajemy mieszkającego w leśnej głuszy diakona Boone’a, który prawnie nie rozstaje się ze swoim łukiem. I ma w planach zapolować na „grubszą zwierzynę”, ale o tym pewnie będzie w kolejnych odcinkach serii. Dalej rozdział poświęcony małoletniemu Tadowi, który – jak pamiętamy – został bardzo dotkliwie pobity i aktualnie leży w śpiączce na oddziale intensywnej terapii w miejscowym szpitalu. W końcu przychodzi czas na najważniejszy mecz sezonu.

Ostatnia część poświęcona została córce Earla Tubba, która zakończyła swoją turę w Afganistanie i miast wrócić do matki, decyduje się odwiedzić chatę ojca. Jeśli mam być szczery, to biorąc pod uwagę zakończenie „dwójki” sądziłem, że cały bieżący tom poświęcony zostanie bezpośredniej konfrontacji dziewczyny z trenerem. A tu takie zaskoczenie. Jason Aaron wodzi czytelnika za nos. Pewnikiem Roberta Tubb i Euless Boss w końcu kiedyś staną twarzą w twarz, ale kiedy?

Wizualnie niewiele się zmienia. Jason Latour nadal raczy czytelnika mało przyjemnym obrazem południa Stanów Zjednoczonych, gdzie wszyscy mieszkańcy – nawet dzieci – mają szkaradne rysy twarzy, a główny bohater wygląda jak potwór. Na pierwszy rzut oka żadna z występujących postaci nie wzbudza u czytelnika sympatii.

Na album Powrót do domu możemy spojrzeć jak na zbiór opowiadań osadzony w scenerii południa Stanów. Scenarzysta zafundował czytelnikowi emocjonujące spotkanie z „uroczymi” mieszkańcami tego regionu. Omawiana część jawi się jako swoisty antrakt między kolejnymi wydarzeniami nadrzędnej fabuły. Choć z drugiej strony, czy ktoś, po przeczytaniu wszystkich trzech odcinków, może z pełną precyzją powiedzieć, na czym dokładnie polega wątek główny?

 Jason Aaron & Jason Latour (sc.), Jason Latour & Chris Brunner (rys.), „Bękarty z południa #3: Powrót do domu”, tłum. Robert Lipski, Mucha Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 5-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with aleja komiksu at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: