Łabędzi śpiew #1: Jutro będzie już po nas

19/09/2017 § Dodaj komentarz


 Porucznik Katzinski i jego żołnierze

Akcja komiksu Łabędzi śpiew rozgrywa się dokładnie sto lat temu. I wojna światowa w pełnej krasie: nędzne okopy, błoto, brak ciepłych posiłków, bezsensowne szarże pod osłoną prowizorycznych czołgów, beznadzieja i frustracja. Bohaterami są francuscy żołnierze z kompanii dowodzonej przez porucznika Katzinskiego, których poznajemy, gdy wracają z niezbyt udanej wiosennej kampanii. Do Zgromadzenia Narodowego, obradującego w Paryżu, nie docierają prawdziwe informacje o aktualnym stanie działań wojennych. Wysoko postawieni generałowie świadomie wprowadzają w błąd parlamentarzystów.

Jednak jest nadzieja, że sytuacja może ulec zmianie, że niepotrzebne masakry mogą się zakończyć, że wojna może się w końcu skończyć. A to za sprawą tak zwanej Petycji ze wzgórza 108, która – jeśli dotrze do Paryża dokładnie za trzy dni – może odmienić losy zwykłych żołnierzy. W przekazanie dokumentu zostają zaangażowani podwładni porucznika Katzinskiego. I w tym miejscu następuje wolta. Stricte wojenna opowieść przeradza się z pełną niebezpieczeństw, przygodowo-awanturniczą historię. Na plan pierwszy, miast spadających bomb, wysuwają się psychologiczne i fizyczne konsekwencje decyzji podjętych przez występujące postaci. Nie będę szeroko przybliżał fabuły, wspomnę jedynie, że żołnierze wstępują na drogę bezprawia – dezerterują z linii frontu i zostają zabójcami.

Pod względem fabularnym album Jutro będzie już po nas wypada intrygująco. Innym powodem, dla którego warto się z omawianym komiksem zapoznać jest oprawa graficzna autorstwa Cédrica Babouche’a. Dla francuskiego rysownika jest to pierwsza pełnometrażowa przygoda z „kolorowymi zeszytami”, wcześniej pracował przy produkcji filmów animowanych. I trzeba przyznać, że szlify, które zdobył podczas pracy animatora są widoczne gołym okiem: rozedrgana kreska, linie nakładane jedna na drugą oraz przesunięcie koloru względem konturu. Wspomniane zabiegi sprawiają wrażenie, że postaci faktycznie są w ruchu. Sceny rozgrywające się na froncie (wybuchy, szarża czy ucieczka) nakreślone zostały z duża dynamiką i ekspresją. Pod tym względem świetnie wypadają plansze na stronach od 8 do 11. Artysta nieźle sobie radzi z kolorem, który nakłada za pomocą farb wodnych. I chociaż większość plansz ma monochromatyczny charakter, to te, na których ukazana została przyroda, prezentują się nadzwyczaj dobrze. W zestawie dodatków zamieszczonych na końcu tomu możemy zapoznać się z całym procesem powstawania planszy – od pierwszego szkicu, a do finalnego przedstawiania.

Omawiana produkcja jest owocem współpracy pary scenarzystów. Dobrze znanego i cenionego w naszym kraju Xaviera Dorisona (Long John Silver, W.E.S.T., Fechmistrz czy Undertaker) oraz Emmanuela Herzeta. Drugiego z panów możemy kojarzyć z komiksu Wydział Lincoln, który – jak może pamiętamy – został zilustrowany przez naszego rodaka Piotra Kowalskiego. Cieszy, że cykl Łabędzi śpiew to tylko dyptyk. „Jedynka” nie zawodzi, bo kieruje narrację w stronę political fiction. Dlatego chętnie sięgnę po następną odsłonę. A was tymczasem namawiam na bliższe zapoznanie się z podwładnymi porucznika Katzinskiego.

 Xavier Dorison & Emmanuel Herzet (sc.), Cédric Babouche (rys.), „Łabędzi śpiew #1: Jutro będzie już po nas”, tłum. Jakub Syty, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4-, kolory/cienie: 3]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Reklamy

Niedźwiedzi kieł #2: Hanna

28/07/2017 § Dodaj komentarz


 Max kontra Hanna

Drugi album z serii Niedźwiedzi kieł rozpoczyna się sceną nocnego nalotu brytyjskich bombowców na rakietowy poligon doświadczalny hitlerowców w Bliźnie. Nieba nad podkarpacką wioską bronią eksperymentalne wiropłaty pionowego startu i lądowania Focke-Wulf Triebflügel. Jeden z Halifaxów transportuje na swoim pokładzie, oprócz zaopatrzenia dla partyzantów z Armii Krajowej, amerykańskiego pilota – Maksa, którego mieliśmy okazję poznać w pierwszej odsłonie cyklu.

Dla przypomnienia: Max jest Polakiem żydowskiego pochodzenia, który przed wojną mieszkał w okolicach Jeleniej Góry. Od dzieciństwa marzył o lataniu. Podobnie zresztą jak dwójka jego bliskich przyjaciół: Hanna i Werner, którzy, aby zrealizować marzenie, dołączyli do partii nazistowskiej. Nasz bohater musiał emigrować, za oceanem wstąpił do armii amerykańskiej, gdzie latał na Corsairach. Teraz na zlecenie wojskowego wywiadu został przerzucony do Polski, aby po latach spotkać się z Hanną Reitsch. Misja, w której pomagają Maksowi polscy partyzanci, ma na celu wyeliminowanie najlepszej pilotki III Rzeszy.

Sposób prowadzenia akcji w bieżącym tomie jest taki sam, co w „jedynce”. Fabuła rozwija się poprzez dwie linie narracyjne, które zgrabnie się ze sobą przeplatają. Pierwsza przedstawia aktualne wydarzenia. Natomiast dzięki drugiej poznajemy szczegóły z przeszłości bohaterów, m.in. dowiadujemy się dlaczego cykl nosi tytuł Niedźwiedzi kieł. Czy naszemu bohaterowi uda się niepostrzeżenie wniknąć do tajnej bazy Luftwaffe? Czy uniknie zdekonspirowania? Czy będzie potrafił zapomnieć o emocjonalnej więzi, jaka łączy go z oblatywaczką i w odpowiednim momencie nie zawaha się zabić przyjaciółki?

Album, a właściwie cała seria, może się podobać ze względu na bardzo precyzyjny i czysty rysunek. Alain Henriet dołożył wszelkich starań w celu dokładnego odwzorowania niemieckich samolotów, mundurów i innych pojazdów mechanicznych. Równie dobrze radzi sobie z przedstawieniem występujących postaci oraz ukazaniem dynamicznych scen walk powietrznych. Dzięki powiększonemu formatowi komiksu całość jest miła dla oka, plansze – zbudowane bardzo klasycznie – wywierają silne wrażenie.

Od dziesięcioleci Wunderwaffe rozpala fantazję historyków i fascynatów II wojny światowej. Scenarzysta, Yann le Pennetier, trochę nagina rzeczywistość, gdyż wiropłaty Triebflügel nie wyszły z fazy testów w tunelu aerodynamicznym, a załogowych wersji pocisku V-1, mimo przeszkolenia kilkudziesięciu pilotów, nie użyto na polu walki. Powyższe nieścisłości nie mają specjalnego znaczenia, gdyż Hanna nie jest komiksem stricte historycznym, to pozycja przygodowa z wątkami obyczajowymi, którą czyta się z zainteresowaniem.

Yann {właśc. Yann le Pennetier} (sc.), Alain Henriet (rys.), „Niedźwiedzi kieł #2: Hanna”, tłum. Jakub Kaliński, Scream Comics, Łódź 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 4-, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu: 

Bartnik Ignat i skarb puszczy

23/06/2017 § 2 Komentarze


 Śpieszcie do księgarń!

Muszę przyznać, że gdy trzy lata temu sięgnąłem po komiks Bartnik Ignata i skarbu puszczy, był to mój pierwszy kontakt z twórczością Tomasza Samojlika. Bez bicia przyznam się, że wcześniej po prostu go ignorowałem. Kiedy wokół jego pierwszych, wydanych jeszcze nakładem Zakładu Badania Ssaków Polskiej Akademii Nauk, albumów rozkręcała się pozytywna fama, byłem dość sceptycznie nastawiony do komiksów o żubrach. Komiks dla dzieci? Ekologia i edukacja? Takie hasła budziło moją (w pewnym stopniu) uzasadnioną nieufność i ani mi się śniło sięgać do kieszeni. Ale wreszcie w moje ręce wpadł Bartnik… i po prostu zdębiałem.

Od setek lat w dzikich i prastarych lasach Puszczy Białowieskiej życie płynęło we własnym tempie. Tereny te od XIV do XVIII wieku były rezerwatem łowieckim polskich królów i wielkich książąt litewskich. Oznaczało to, że tylko oni mogli tam polować. Nikt niepożądany nie miał do niego wstępu, a przez to, że te tereny strzeżone były przed kłusownikami i nielegalną eksploatacją udało się zachować ich pierwotny charakter. Na mocy specjalnych przywilejów królewskich tylko niektórzy ludzie mogli korzystać z królewskich bogactw. Dzięki temu Puszcza zaspakajała mnóstwo potrzeb okolicznej szlachty, mieszczan, duchowieństwa i zwykłych chłopów. Bartnicy pozyskiwali miód i wosk, a budnicy wypalali smołę, potaż i węgiel drzewny. Na niektórych obszarach wypasano bydło, a sam las był źródłem grzybów, ziół, owoców leśnych, chrustu i drewna na opał, łuczywa z sosen i kory lipowej. Przez setki lat człowiek i natura żyli ze sobą w zgodzie.

Przedstawiony na kartach omawianego komiksu świat, to ideał zakochanego w ludowości romantyzmu, to spełnienie marzeń Jana Jakuba Rousseau (pojawiającego się zresztą w komiksie). W tej trochę bajkowej, trochę mitycznej Puszczy Białowieskiej Samojlika człowiek nie tylko współistnieje z przyrodą z dala od zgiełku cywilizacji i na peryferiach wielkiej polityki, ale jego kultura przenika się natura. W wyniku tej syntezy powstają lokalne legendy „głupim na dziwnowanie, a mądrym na naukę”, jak mówi jeden z budników, a sentymentalny poeta Franciszek Karpiński pracują nad swoim wielkim dziełem, zbierając opowieści starych osoczników i kmieci. Jednym słowem – idylla, trochę jak z oświeceniowych sielanek, trochę jak z wczesnoromantycznych ballad. Ale sielanka, jak to sielanka – nie może trwać wiecznie.

Akcja rozpoczyna się w roku 1795, tuż po trzecim, wymazującym Rzeczpospolitą z map Europy, rozbiorze. Caryca Katarzyna II w darze za wojenne zasługi daruje część Puszczy Białowieskiej generałowi Sobakiewiczowi (jego pierwowzorem jest hrabia Piotr Aleksandrowicz Rumiance, jeden z faworytów władczyni Rosji). Jak na czarny charakter przystało, chcąc się jak najszybciej wzbogacić, zarządzą wycinkę drzew byłych królewskich włości. Blady strach pada na ludzkich i zwierzęcych mieszkańców Puszczy i okolic. Tylko tytułowy bohater, posunięty nieco w latach bartnik Ignat będzie miał dość odwagi, aby sprzeciwić się okrutnemu Sobakiewiczowi i jego bandzie, a w tej walce towarzyszyć będzie mu mała Łucja, psotna wnuczka Karpińskiego.

Wiem, że o wielu tekstach mówi się i pisze, że są przeznaczone nie tylko dla dzieci, ale również i dla ich rodziców, lecz sposób, w jaki Tomaszowi Samojlikowi udało się pogodzić prostą, przygodową historię dla młodszego czytelnika z treściami przemycanymi dla całkiem dorosłego i oczytanego odbiorcy, budzi mój niekłamany podziw. W prowadzoną lekko, ale pełną napięcia opowieść, wpleciono nie tylko Wielką Historię znaną z podręczników, ale także tą mniejszą, lokalną, niekoniecznie powszechnie znaną. W ten sposób Samojlikowi udało się spojrzeć na ograne do bólu przez literaturę problemy z nieco innej, bardzo osobliwej perspektywy, co dla czytelnika mającego na karku lat dziesiąt jest niezwykle ciekawe. Co więcej, w albumie naprawdę połączono walory edukacyjne z dobrą zabawą. Samojlik doskonale wpisuje się w podejście „bawić – uczyć, uczyć – bawiąc” Papcia Chmiela nie popadając przy tym w toporny dydaktyzm, co potwierdzają setki dzieciaków uwielbiających wracać do jego komiksów.

Pod względem wizualnym Bartnik Ignat… nie zachwyca, ale nie sposób cokolwiek zarzucić Samojlikowi. Pochodzący z Hajnówki artysta jest komiksiarzem kompletnym. Ze swoją prostą, czytelną i dość charakterystyczną kreską może stawać w szranki z najlepszymi cartoonistami w Polsce, ale w jego ilustracjach nie chodzi o czcze efekciarstwo, tylko o klarowność narracji. Dzięki takim, a nie innym rysunkom czytelnik połykając kolejne strony daje się wciągnąć historii. Na uwagę zasługuje to, w jaki sposób gra szczegółem na drugim planie – czasem, aby uzyskać pożądany efekt (na przykład podkreślić dramaturgię danej sceny) całkowicie upraszcza tło wzmacniając przekaz konkretnego kadru lub całej strony.

Samojlik opowiadaczem jest niezrównanym! Pomimo tego, że snuje całkiem konwencjonalną opowieść, to jednak daleko mu od konwencjonalności i w niektórych momentach potrafi zaskoczyć. Świetnie dozuje napięcie, doskonale kreuje charaktery, potrafi śmieszyć, smucić i sprawiać radość. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Bartnik Ignat i skarb puszczy jest (obok Hildy) najlepszym komiksem, jaki ukazał się nakładem Centralki, który potwierdza wyjątkowość talentu Tomasza Samojlika. Pracujący w Zakładzie Badania Ssaków w Białowieży twórca w polskiej, a może i europejskiej skali, jest zjawiskiem wyjątkowym i niezwykłym. Dlatego dobrze się stało, że Centrala zdecydowała się na reedycję. Śpieszcie do księgarń! Nawet nie zauważycie, jak szybko nakład zniknie z półek.

 Tomasz Samojlik (sc. & rys.), „Bartnik Ignat i skarb puszczy”, Centrala – Mądre komiksy, wyd. II, Londyn-Poznań 2017.

[autor: Jakub Oleksak]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Irena #1: Getto

10/06/2017 § Dodaj komentarz


Irena i dzieci z warszawskiego getta

Troje francuskich twórców: Jean-David Morvan, Séverine Tréfouël i David Evrard podjęło się niełatwego zadania – stworzenia komiksu dla najmłodszych czytelników, który opowiada o tym, jak podczas II wojny światowej Irena Sendlerowa ratowała od śmierci żydowskie dzieci uwięzione w getcie warszawskim. Nie jest to ścisła biografia polskiej działaczki, która w 1965 roku została uznana przez instytut Jad Waszem za Sprawiedliwą wśród Narodów Świata. W odautorskiej nocie możemy przeczytać: „Irena Sendlerowa rzeczywiście istniała. Jej historia nas zafascynowała (…). Dostępne materiały nie podają tych samych informacji, czasem nawet sobie zaprzeczają. Przyjęliśmy więc założenie, że nie tworzymy prawdziwej biografii, ale wykorzystujemy fikcję, aby jak najlepiej przekazać ducha walki Ireny”.

Rzecz pomyślana jest jako trzyczęściowa seria, pierwszy odcinek – o podtytule Getto – ukazał się niedawno w Polsce staraniem oficyny Timof i cisi wspólnicy. Akcja komiksu rozpoczyna się w marcu 1941 roku. Na pierwszej planszy widzimy ciężarówkę należącą do Wydziału Opieki Społecznej, która wjeżdża do warszawskiego getta. W chwili przekroczenia szlabanu wkraczamy w „inną” rzeczywistość: potworną, bezprawną, szarą, fatalną i przygnębiającą. Czytelnik ma okazję zobaczyć koszmar życia w tym miejscu oczami protagonistki. Wszędzie ruiny, budynki mają albo zamurowane okna, albo powybijane szyby. Ludzi jest całe mrowie, tłoczą się, zajmują każdy kawałek pustek przestrzeni. Noszą pocerowane łachmany, większość nie ma butów. Na tym tle Sendlerowa i jej współpracownicy wyglądają nadzwyczaj normalnie i godnie.

Podczas wizyty protagonistka rozmawia z umierającą kobietą, która błaga, aby Polka wywiozła z getta jej syna. Aż do następnej wizyty bohaterka bije się z myślami czy zaryzykować życie swoje i współpracowników, aby ratować żydowskie dziecko. Gdy ponownie przyjeżdża na miejsce, to okazuje się, że prosząca o wsparcie i jej syn już nie żyją. Zdarzenie którego jesteśmy świadkami jest przełomowe. Dodatkowo dzięki rozmowie z kierowcą ciężarówki Sendlerowa podejmuje decyzję o natychmiastowemu zaangażowaniu się w ratowanie dzieci na niespotykaną dotąd skalę. Autorom udaje ukazać wyraźną zmianę w myśleniu i postępowaniu bohaterki. Niesamowita jest siła, z jaką przystępuje ona do realizacji wyznaczonego sobie zadania.

Obok scenarzystów i rysownik miał niełatwe zadanie. Jak ukazać potworności życia w getcie, aby nadmiernie nie epatować realizmem? Aby zaintrygować, a nie odstraszyć? Artysta zdecydował się na uproszczony rysunek postaci. Sendlerowa i jej pomocnicy wyglądają bardzo przyjaźnie i sympatycznie, natomiast przedstawienie faszystów ma wyraźnie karykaturalny charakter. Kreska konturu jest wyraźna, dość gruba. Gdy przyjrzymy się jej z bliska, to okaże się, że jest delikatnie karbowana, jakby Davidowi Evrardowi podczas rysowania drżała dłoń. Irena to komiks dla najmłodszych, dlatego na tak wielu kadrach ukazano dzieci, które biegają, bawią się z psem, grają w piłkę, rozmawiają, biją i szarpią – słowem zachowują się normalnie i zgodnie z oczekiwaniami.

Wrażliwość na cierpienie innych, hart i moralna niezłomność Sendlerowej stanowią wzorzec do naśladowania. Daleki jestem o uogólnień i generalizowania, ale wydaje mi się, że współczesna sytuacja polityczna i społeczna powoduje, iż warto dzieci zapoznać z omawianym komiksem. Rzecz prowokuje do rozmowy o okropieństwach wojny, ale i o prawości, odpowiedzialności oraz szlachetności.

Jean-David Morvan & Séverine Tréfouël (sc.), David Evrard (rys.), „Irena #1: Getto”, tłum. Małgorzata Fangrat, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4+, rysunki: 4, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Saga Winlandzka. Tom 1

16/03/2017 § 1 komentarz


 Wikingowie z Japonii

Co byście powiedzieli na japoński komiks, którego akcja rozgrywa się w Europie w XI wieku, a głównymi bohaterami są dzielni Wikingowie z Islandii i Danii, w tym postacie historyczne i dorastający chłopiec, który szuka zemsty na zabójcy swego ojca? Trochę nieprawdopodobne, prawda? A jednak. Pierwszy tom Sagi Winlandzkiej, autorstwa Makoto Yukimury, zabiera czytelnika na pokład drakkaru, aby zafundować emocjonującą podróż do przeszłości.

Przygoda rozpoczyna się od krwawego oblężenia grodu Franków położonego gdzieś nad rzeką. Atakującym nie bardzo się wiedzie, grodzisko jest mocno ufortyfikowane, a obrona dobrze zorganizowana. W sukurs agresorom przychodzi niewielki oddział Wikingów, którzy mają zupełnie inny pomysł na pokonanie obrońców. Wojownikom z Północy chodzi przede wszystkim o łupy i niewolników. Drużynie przewodzi przebiegły Askeladd, z którym ma na pieńku wspomniany powyżej Thorfinn. Młodzieniec, mimo że należy do zastępu dzikich Skandynawów, z całego serca nienawidzi swego kapitana i najchętniej zabiłby go w pojedynku. Kim dokładnie jest syn Thorsa i dlaczego pała taką wielką nienawiścią od swego wodza? Co skrywa zachmurzone oblicze dzieciaka?

Odpowiedzi musimy chwilę poczekać. Po zdobyciu grodu akcja przenosi się do Skandynawii, gdzie następuje podział łupów i pojedynek między Thorfinnem i Askeladdem. Następnie fabuła cofa się o kilka lat. W retrospekcji przenosimy się do Islandii, gdzie w zapomnianej przez Boga i ludzi wiosce spokojne życie wiedzie Thors wraz z rodziną. Większa część omawianego tomu rozgrywa się w przeszłości. Opowieść napisana przez Yukimurę ma znamiona typowej skandynawskiej sagi, w której występuje pokaźna ilość postaci epizodycznych, całość fabuły obfituje w dramatyczne i krwawe wydarzenia. Scenarzysta nie zapomina także o przybliżeniu tła społecznego i ekonomicznego.

Czytelnik głęboko wnika w świat przedstawiony. Dość dokładnie poznaje rozbudowaną menażerię bohaterów, ich wzajemne relacje i strefy wpływów. Dobrze został zaprezentowany wątek, w którym dowiadujemy się, że Thors był kiedyś wielkim wojownikiem, ale się „przebranżowił” (tj. został pacyfistą). Nie udaje mu się jednak uciec przed przeszłością, a konsekwencje dawnych decyzji mają szerokie reperkusje, głównie dla niespokojnego syna. Od pierwszej planszy kibicujemy chłopakowi, który ma w głowie tylko jedno: zemstę. Na uwagę zasługuje jego antagonista, Askeladd, który okazuje się jedną z ciekawszych postaci występujących w komiksie: zadufany w sobie, cyniczny, nielojalny, ale i w jakiś sposób niejednoznaczny moralnie.

Yukimura zadbał o to, aby dokładnie oddać materialne realia epoki. Należy docenić dbałość z jaką przedstawiono statki, uzbrojenie czy wyposażenie domostw. Występujące postaci ukazano realistycznie, dotyczy to zarówno budowy i ruchów ciała, ale również mimiki. Dlatego mocno zgrzyta karykaturalne przedstawienie dowódcy oblegających Franków. Plenerowe sceny bitewne, pojedynki, zasadzki czy inne nagłe zdarzenia charakteryzują się dużą ekspresją i dynamiką. Pierwszy tom Sagi Winlandzkiej liczy sobie prawie 450 stron. Fabuła wciąga, całość od początku do końca czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem.

Makoto Yukimura (sc. & rys.), „Saga Winlandzka. Tom 1”, tłum. Radosław Bolałek, Wydawnictwo Hanami, [bmw] 2017.

[scenariusz: 5-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu ksiazki.wpl.pl, klikać :tu: tak! :tu:

Fechmistrz

02/03/2017 § Dodaj komentarz


Stare walczy z nowym

fechmistrzXavier Dorison to scenarzysta znany i uznany. Autor wielu ciekawych i popularnych pozycji, do których zaliczają się między innymi serie: W.E.S.T., Undertaker czy Long John Silver. Dobrego zdania o jego zdolnościach pisarskich są i włodarze Le Lombard, bo po Yvesie Sente to Dorison przejął obowiązki głównego scenarzysty serii Thorgal (klik! klik!). Dlatego wcale nie dziwi, że rodzimi wydawcy chętnie sięgają po komiksy, które wyszły spod jego ręki. W ubiegłym roku oficyna Scream Comics opublikowała album Jak zbić fortunę w czerwcu ’40 oraz ruszyła z serią Red Skin. A na dokładkę wydawnictwo Taurus Media wypuściło Fechmistrza, którego mam zamiar poniżej omówić.

Akcja komiksu rozgrywa się we Francji w pierwszej połowie XVI wieku. Na tronie zasiada Franciszek I Walezjusz. Był to czas wielkich przemian światopoglądowych. Renesans powoli, bardzo powoli rozjaśniał mroki Średniowiecza. Teorie Jana Kalwina rozpowszechniały się i zyskiwały coraz większe rzesze wyznawców. Hugenoci pomału rośli w siłę, niemałe zasługi w tej materii położył Pierre Robert Olivétan, który dokonał przekładu Biblii „w duchu reformacji” na język francuski. Historyczne umiejscowienie szpadarozgrywających się w komiksie wydarzeń ma spore znaczenie. Scenarzysta subtelnie nakreśla tło, nie epatuje faktami, nie zarzuca czytelnika niepotrzebnymi informacjami, a skupia się jedynie na tych, które mają znaczenie dla fabuły.

Głównym bohaterem opowieści jest Hans Stalhoffer, który przez ostatnich kilkanaście lat pełnił funkcję królewskiego fechmistrza. Jednak w wyniku nierozstrzygniętego pojedynku z hrabią Giancarlo di Maleztraza dobrowolnie rezygnuje z zaszczytnej funkcji. Pojedynek, który mamy okazję obserwować na samym początku albumu, ma charakter symboliczny, ukazany został jako starcie starego z nowym: miecza z rapierem. Do powyższej paraleli scenarzysta powraca kilkukrotnie, gdy opisuje starcie „papistów” z „heretykami”. Namacalnym symbolem walki religijnej jest rękopis Biblii w języku „powszechnym” (tj. francuskim), o wydanie której zabiega przyjaciel fechmistrza.

Większa część akcji skupia się na spotkaniu wiarusa z dawnym przyjacielem xavier-dorisonoraz próbie przedostanie się zimą przez przełęcz Gabriel do Szwajcarii, gdzie ma zostać wydrukowane Pismo Święte. Na drodze towarzyszy stają najemnicy pod zatrudnieni przez Sorbonę (tj. Kościół), którym przewodzi Maleztraza oraz zacietrzewieni górale, którzy nie znoszą „przechrztów” i mają z naszymi bohaterami krwawe porachunki do wyrównania.

Za oprawę graficzna odpowiada Joël Parnotte, którego prac nie mieliśmy okazji wcześniej w Polsce oglądać. Rysownik używa kreski o grubym konturze, którą realistycznie przedstawia występujące postaci, ich uzbrojenie i przyodziewek. In plus należy zapisać artyście, że pojedynki ukazane zostały ekscytująco zaplanowane z wielką dbałością o różne detale, takie jak trzymanie oręża, manewrowanie ciałem; same sceny są niezwykle dynamiczne. Pojedynki na broń białą w śniegu czy w strugach padającego deszczu wyglądają efektownie. Choreografia walk powstała przy współudziale konsultanta Lutza Horvatha, joel-parnottektóry podzielił się z autorami swoją „techniczną wiedzą dotyczącą posługiwania się mieczem”, dzięki czemu całość wypada tak przekonywająco. Parnotte świetnie sobie radzi z przedstawieniem przyrody; lasy, góry i doliny w jego wykonaniu prezentują się znakomicie.

Fechmistrz to dobra rozrywka w europejskim stylu. W dużym stopniu jest to komiks akcji spod znaku płaszcza i szpady, gdzie krew leje się strumieniami, latają odcięte głowy, a jelita wycieką z brzuchów. Tak, miejscami jest brutalnie i krwawo, ale cały czas realistycznie. Scenarzysta zadbał o to, aby wiarygodnie zbudować postać głównego bohatera, który przedstawiony został jako rasowy zakapior z zasadami, trochę pokrętnymi, ale jednak. Bo znaczenie ma lojalność wobec króla i obietnice dane umierającym przyjaciołom. Warto zaznaczyć, że album zawiera kompletną opowieść. Rzecz przypomina mi trochę prozę Artura Péreza-Reverte.

Xavier Dorison (sc.), Joël Parnotte (rys.), „Fechmistrz”, tłum. Jakub Syty, Taurus Media, Piaseczno 2016.

[scenariusz: 4+, rysunki: 4-, kolory/cienie: 4]

parnottesklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}
alejakomiksu
Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Eryk Rudy. Opowieść zimowa

15/02/2017 § 1 komentarz


Eryk skąpany we krwi

eryk_rudyWikingowie, ich wierzenia oraz podboje to nośny temat dla popkultury. Wystarczy wymienić takie produkcje filmowe, jak: Trzynasty wojownik, Valhalla: Mroczny wojownik, Beowulf. Droga do sprawiedliwości albo serial telewizyjny Wikingowie, powstający przy udziale kanału History, albo animowaną produkcję dla dzieci Jak wytresować smoka?. Twórcy komiksowi po barbarzyńców z Północy sięgają równie często. Najbardziej znanym cyklem jest oczywiście Thorgal, ale wspomnieć także wypada o dyptyku Asgard. W ubiegłym roku oficyna Centrala opublikowała album noszący tytuł Eryk Rudy. Opowieść zimowa” autorstwa Sørena Mosdala, którego fabuła zainspirowana została autentycznymi wydarzeniami kolonizacji Grenlandii przez Wikingów.

Tytułowy bohater omawianego komiksu – Eryk Thorwaldsson, który przydomek Rudy zyskał z powodu koloru włosów – to postać historyczna. Urodził się w Norwegii, z której został wygnany za morderstwo, najpierw osiedlił się w północno-zachodniej Islandii, soren-mosdalale tam również popadł w konflikt z sąsiadem, który skończył się krwawą masakrą. Znów został skazany na banicję. W nowym miejscu nie przebywał zbyt długo, bo doszło do kolejnych rękoczynów. I znów Eryk wraz z rodziną musiał uciekać, tym razem postanowił pożeglować na północ. Tak w 982 roku trafił na niezamieszkałą Grenlandię, gdzie się osiadł. Ściągnął na wyspę dużą grupę kolonistów, którzy zbudowali kilka osad. Thorwaldsson władał wyspą aż do swojej śmierci, czyli około dwudziestu lat. Tyle jeśli chodzi o suche fakty. Część z nich możemy poznać podczas lektury komiksu, gdyż pojawiają się w formie retrospektywnych epizodów, ale na potrzeby spójności opowieści zostały delikatnie przetworzone.

Historia, którą opowiada Mosdal jest posępna i surowa. Fabuła rozpoczyna się od powrotu jednego z synów protagonisty, Leifa, z Norwegii na wyspę. Potomek przywozi ze sobą królewskiego kapłana, który ma nawrócić mieszkańców Grenlandii na chrześcijaństwo. To się Erykowi zupełnie nie podoba, jeszcze mniej mu się podoba, że syn wziął chrzest. Konflikt narasta z dnia na dzień, a finał jest, oczywiście, krwawy. Co by nie mówić, protagonista nie ma sympatycznego charakteru. Scenarzysta poświęca sporo uwagi, aby ukazać porywczy temperament wodza. Czytelnik może i z każdą kolejną planszą zaczyna erik-the-redlepiej rozumieć zachowanie głównego bohatera, jednak nie wpływa to na ewentualną sympatię. Eryka Rudego nie da się lubić. Zresztą w komiksie nie występuje żadna w pełni pozytywna osoba, a bohaterów jest całkiem sporo.

Lektura wymaga od czytelnika niemało uwagi, gdyż fabuła jest wielowątkowa, a do tego scenarzysta płynnie miesza porządek realny, naturalistyczny z magicznym. Stara wiara ściera się z nową. Cuda czynią i pogański czarownik, i katolicki ksiądz. W końcu walczą o „niewinne” dusze. Z jednej strony Odyn i demony, a z drugiej „magia” krzyża. Warto nadmienić, że bitewne sceny mają bardzo brutalny przebieg: odcięte kończyny, latające głowy i morze krwi.

Surowość opowieści podkreślają rysunki i kolory. Mosdal używa ostrej, kanciastej kreski, żadnych obłych linii. To nie jest rysunek realistyczny, postaci ukazano karykaturalnie, ale king-of-winterprzedstawienie nie jest ani zabawne, ani miłe, raczej straszne i przerażające. Całość jawi się niezwykle ekspresywnie i drapieżnie. Dobrze dobrano także kolory, zimna paleta barw podkreśla mroczy i nieoczywisty charakter komiksu.

Przyznaję, nie czytałem żadnej klasycznej skandynawskiej eddy czy sagi. Jednak wydaje mi się, że album Eryk Rudy. Opowieść zimowa ma w sobie podobny epicki rozmach i charakter. Søren Mosdal udowodnił, że w historie bazujące na faktach mają w sobie duży potencjał, niekoniecznie przyjemnie rozrywkowy, a drapieżny i przejmujący. Dlatego cieszy, że oficyna Timof i cisi wspólnicy ma w planach wydawniczych kolejny album duńskiego autora, który nosi tytuł: Nastrand. The Beach of the Dead, którego opis jest zajmujący: „Thorkell is a dead viking and wizard. He wakes up on a strange beach with only his slave as company. Thorkell should be in Valhalla but he is not and now he must find out where he is, and more importantly, a way out”. Ciekawe kiedy zostanie opublikowany? Czekam.

Søren Mosdal (sc. & rys.), „Eryk Rudy. Opowieść zimowa”, tłum. Ewa Lipińska, Centrala – Mądre komiksy, Poznań 2016.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5+, kolory/cienie: 5]

soren-mosdalsklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with komiks historyczny at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: