William Adams, samuraj

06/06/2018 § Dodaj komentarz


William Adams w Japonii

19 kwietnia 1600 roku statek De Liefde, należący do holenderskiej kompanii handlowej Voorcompagnie, przybił do wybrzeża japońskiej wyspy Kiusiu. Na pokładzie było około dwudziestu chorych i wyczerpanych marynarzy. Wśród nich znajdował się poddany Korony Brytyjskiej nawigator William Adams. Adams to pierwowzór postaci Johna Blackthorne’a – głównego bohatera wydanej w 1975 roku powieści Shōgun Jamesa Clavella. Niektórzy pewnie pamiętają serial telewizyjny o tym samym tytule, w którym główną rolę grał Richard Chamberlain. Historia losów angielskiego pilota w Japonii rozpaliła wyobraźnię Mathieu Mariollego, który napisał scenariusz komiksu William Adams, samuraj.

Opowieść rozpoczyna się od sceny katastrofy statku w prowincji Bungo. Portugalscy jezuici są wrogo nastawieni do rozbitków, ponieważ od 1549 roku posiadają monopol na kontakty z Krajem Kwitnącej Wiśni. Dlatego próbują przekonać regenta prowincji, że załoga składa się z piratów i najlepiej będzie jeśli wszyscy zostaną zgładzeni. Pan Tokugawa jest odmiennego zdania. W kontakcie z reprezentantem marynarzy – Adams – dostrzega możliwość poznania Europy i Europejczyków z alternatywnego źródła. Przyświeca mu także bardziej utylitarny cel: Anglik mógłby nauczyć jego ludzi obsługi dział i broni palnej, dalekomorskiej żeglugi oraz budowy okrętów. Ieyasu Tokugawa zamierza walczyć o tytuł szoguna i nie cofnie się przed niczym, aby pokonać wrogów.

Scenarzysta nie miał łatwego zadania, gdyż z bogatego życia Adamsa w Japonii musiał wybrać poręczny i reprezentatywny zestaw wydarzeń, który przykuje uwagę czytelnika. Trzeba przyznać, że z ćwiczenia wywiązał się znakomicie. Fabuła jest spójna, konsekwentna i celowa. Mariolle płynnie przechodzi pomiędzy kolejnymi etapami życia Adamsa. Od wyczerpanego więźnia do hatamoto – samuraja w służbie dworskiej. Pisarz nie skupia się tylko i wyłącznie na tej postaci. Poświęca sporo miejsca, aby przybliżyć społeczno-polityczny kontekst wydarzeń w przeddzień krwawej wojny domowej. Wartościowe i godne pochwały są wyraziście zarysowane główne postaci dramatu: William Adams, Ieyasu Tokugawa oraz jezuita Alessandro Valignano. Dużym plusem komiksu jest wiarygodna relacja między mężczyznami.

Świetną robotę wykonał włoski rysownik Nicola Genzianella, którego można kojarzyć z serii Bunkier opublikowanej w Polsce przez Scream Comics. Włoch operuje realistyczną kreską o wyraźnym i ostrym konturze. Ilustracje są precyzyjne i bogate w detale. Nie wiem na ile świat przedstawiony przez artystę odpowiada rzeczywistości początków okresu Edo w Japonii. Jednak od pierwszej planszy pozwalamy się uwieść dokładnym rysunkom, kadrowaniu i budowie planszy. Nie ma znaczenia czy patrzymy na wzburzone fale Oceanu Spokojnego, czy panoramę Osaki, czy sceny bitwy pod Sekigaharą – wszystko wygląda wspaniale i autentycznie.

Lektura albumu William Adams, samuraj to prawdziwa przyjemność. Niby opowieść historyczna, ale faktograficzna ścisłość to tylko jeden z plusów komiksu. Rzecz obowiązkowa dla osób, których interesuje XVII-wieczna historia Japonii. Pozostali czytelnicy docenią mistrzowską kreację Adamsa i Tokugawa, stracie dwóch silnych charakterów oraz ewolucję postaci. No i oczywiście powalającą oprawę graficzną.

Mathieu Mariolle (sc.), Nicola Genzianella (rys.), „William Adams, samuraj”, tłum. Jakub Syty, Wydawnictwo Elemental, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Clifton. Tom 1

04/06/2018 § Dodaj komentarz


Angielski pułkownik na emeryturze

Harold Wilberforce Clifton to detektyw-amator i dowódca, jako Bocian Meloman, zastępu skautów. Kiedyś był pułkownikiem brytyjskiej Służby Bezpieczeństwa (MI5), czyli działał w kontrwywiadzie, latał na myśliwcach w RAF-ie, szpiegował i tropił wrogów Jej Królewskiej Mości. Teraz, na emeryturze, chciałby wieść spokojny żywot w pięknym domku na wsi z nadopiekuńczą gosposią (miss Partridge) i na co dzień zajmować się ulubionym hobby: kolekcjonowaniem banderoli od cygar. Jednak nie jest mu dane korzystać z uroków wiejskiego życia, gdyż co rusz pakuje się w jakąś skomplikowaną i niebezpieczną kabałę.

„Ojcem” bohatera jest belgijski scenarzysta i rysownik Raymond Macherot. Pierwszy pojaw był 1959 roku w magazynie „Le Journal de Tintin”. Ex-pułkownik natychmiast zaskarbił sobie sympatię młodocianych czytelników, bo nieprzerwanie od 1961 roku jego przygody regularnie ukazują się w formie zeszytowej. W ubiegłym roku pojawił się album oznaczony na grzbiecie cyfrą 23. W zeszłym miesiącu w Polsce wydano pierwszy integral, który zawiera cztery fabuły, oryginalne zeszyty od 9 do 12, które napisał Bob de Groot, a zilustrowali Turk (właśc. Philippe Liégeois) oraz – dobrze znany w naszym kraju z serii Hugo – Bédu (właśc. Bernard Dumont).

Poszczególne historie stanowią odrębne całości, gdyż nie są ze sobą powiązane ani chronologicznie, ani fabularnie. Elementem spajającym jest postać głównego bohatera oraz jego kolejne (lub wcześniejsze – w wypadku retrospekcji) przygody. Pierwsza fabuła, Kindping, opowiada o dramatycznym porwaniu jednego z podopiecznych Bociana Meloman podczas obozu skautów. W Czas przeszły złożony Clifton opowiada dziennikarzowi o swojej przeszłości. Trzecia opowieść skupia się na zabawnych zdarzeniach, które są wynikiem utraty pamięci przez pewnego jegomościa, winien temu jest nasz bohater, bo przypadkowo go potrącił. Ostatni film to najsłabszy epizod w zbiorze. Mam wrażenie, że scenarzyście zależało na napisaniu pastiszu przygód Jamesa Bonda, ale zamysł się nie udał.

Pan Harold to przejmująco przemiły i sympatyczny gość, zdeczko naiwny i prostolinijny, ale dzięki temu zdarzenia z jego udziałem wypadają zabawnie. Seria ma głównie charakter przygodowy, ale jest dużo humoru sytuacyjnego i słownego, który wynika z nieporozumień językowych. Niebagatelne znaczenie ma fakt, że bohater jest Anglikiem oraz byłym wojskowym – pole do użytkowania możliwych klisz i schematów jest bardzo rozległe. W tym wypadku nie należy tego oceniać negatywnie, bo bez ograniczeń można się pośmiać z narodowych przywar i przyzwyczajeń.

Tylko czy w drugiej dekadzie XXI wieku na tego typu humor dadzą się złapać młodociani czytelnicy? Mam pewne wątpliwości… Bédu w wywiadzie z Rafałem Pośnikiem mówi: „(…)komiks przeznaczony jest dla odbiorcy od 12. roku życia. Tak się zwyczajowo przyjmuje, ale oczywiście jest też wielu starszych czytelników. Ta postać powstała wiele lat temu, więc czytelnicy zestarzeli się razem z serią”, ale w dalszej części rozmowy przyznaje: „Średnia wieku czytelnika komiksów francuskich i belgijskich to czterdzieści pięć lat”. Biorąc pod uwagę jakość polskiej edycji (integral z przedmową, twarda okładka, dobry papier) oficyna Egmont od razu kieruje produkt właśnie do nieco starszej publiczności. Choć rzecz można śmiało polecać już dziesięciolatkom, jest szansa, że im się spodoba.

Bob de Groot (sc.), Turk {właśc. Philippe Liégeois} & Bédu {właśc. Bernard Dumont} (rys.), „Clifton. Tom 1”, tłum. Marek Puszczewicz, Klub Świata Komiksu – album 1330, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2018.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

W poszukiwaniu Ptaka Czasu #9: Złodziej woli

21/05/2018 § Dodaj komentarz


Zombie Bragon

O uprzednich ośmiu tomach W poszukiwaniu Ptaka Czasu wypowiadałem się w samych superlatywach. Pisałem m.in.: „cała seria jest jedną z najciekawszych opowieści fantasy, jakie ostatnimi czasy gościły na polskim rynku”, „to wspaniała opowieść o szaleństwie, samotności i miłości” oraz „to jest arcydzieło wyklute z mroku”. Byłem przekonany, że album Rycerz Bragon kończy przygody dzielnego ukochanego księżniczki i czarodziejki Mary. Aż tu nagle, w listopadzie ubiegłego roku, Egmont wypuszcza na rynek kolejną odsłonę, którą napisali Serge Le Tendre i Regis Loisel. Czy Złodziej woli to tylko odcinanie kuponów, czy może godna i wartościowa kontynuacja?

Dla przypomnienia tom Rycerz Bragon (klik! klik!) kończy się dramatycznym zawieszeniem akcji. Bragon i Burlog, uciekając przed Szczeciną i członkami Zakonu Znaku, staczają z wysokiego, porośniętego chaszczami zbocza do rwącej rzeki. Czy przeżyli? Wierni czytelnicy wiedzą, że tak. W końcu obaj występują w komiksach należących do cyklu Pelissa, ale ten rozgrywa się jednak kilkadziesiąt lat później. W bieżącym albumie poznajemy wydarzenia, które rozgrywały się tuż po samobójczym skoku. Oprawcy są przekonani, że rycerz i jego uczeń zostali pochłonięci przez zimne wody. Z taką informacją zdrajca Szczecina wraca do stolicy Marchii Pienistych Zasłon. Książę Humon jest niepocieszony, a księżniczka Mara wpada w czarną rozpacz.

Wyznawcy Zakonu Znaku przedwcześnie złożyli Bragona do grobu. Dzielny wojownik żyje i ma się… niezbyt dobrze. Znaczy fizycznie jest w wyśmienitej formie. Wygrywa wszystkie pojedynki, ale coś mu się stało w głowę. Stracił pamięć, ale i motywację do działania. Młodociany Burlog się nim opiekuje i o niego troszczy. Niestety, mimo podjętych przez chłopaka środków, nie udaje się utrzymać w tajemnicy, że Bragon żyje. Informacja dociera do zdeterminowanych wyznawców Ramora, którzy, zamiast obmyślać kolejny zamach na życie rycerza, wykorzystują moce pewnego starca. Nasz bohater zostaje marionetką, bezwolnym narzędziem w rękach zaprzysiężonych wrogów. Ironia losu… Czy zostanie zbrojnym ramieniem Zakonu? A może w porę się opamięta? Tego dowiedzą się czytelnicy, którzy po album sięgną.

Za oprawę graficzną odpowiada David Etien i jest to piąty rysownik, który został zaangażowany w produkcję serialu. Prace artysty nie odbiegają od wcześniej wypracowanych standardów przedstawienia występujących postaci, świata fauny i flory czy budowli. Oczywiście widać drobne różnice i próbę nadania ilustracjom indywidualnego charakteru. Można to zauważyć szczególnie podczas przyglądania się twarzom bohaterów. Koherentność wszystkich odsłon podkreśla także jednolita oprawa kolorystyczna.

Przed lekturą obawiałem się, czy uniwersum Akbaru nie straci spójności, czy historia nie rozmieni się na drobne, czy autorzy nie będą przynudzać. Uff, na szczęście okazało się, że zupełnie niepotrzebnie się zamartwiałem. Wprowadzono kilka nowych postaci, dorzucono kilka cegiełek do skomplikowanej relacji Mary i Bragona, „pogłębiono” postać młodego Burloga, rozprawiono się z podłym zdrajcą oraz rozbudowano mitologię i wierzenia czcicieli boga Ramora. Bez dwóch zdań scenarzyści poradzili sobie z materiałem, dobrze wykorzystali lukę czasową jaka jest między oboma cyklami. No i najważniejsze – opowieść wciąż ma charakter otwarty. Dlatego wypada cierpliwie czekać na kolejne albumy.

Serge Le Tendre & Régis Loisel (sc.), David Etien (rys.), „W poszukiwaniu Ptaka Czasu #9: Złodziej woli”, przeł. Wojciech Birek, Klub Świata Komiksu – album 1212, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4, kolory/cienie: 5-]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Tyler Cross #1: Black Rock

16/05/2018 § Dodaj komentarz


Przygoda na pograniczu

Nie darzę Fabiena Nury’ego jakąś szczególną atencją. Czytałem kilka komiksów, które powstały na podstawie jego scenariuszy. Żaden nie był zły, ale także żaden nie wyróżniał się jakoś szczególnie. Ot, średniej jakości europejskie czytadła. Z albumem Tyler Cross: Black Rock sprawa przedstawia się dużo lepiej, gdyż tym razem pisarz zaserwował czytelnikom wyrazistą opowieść, która utrzymana jest w stylistyce czarnego, gangsterskiego kryminału. Skojarzenia z komiksową serią Parker Darwyna Cooka czy powieściowym cyklem Trylogia pogranicza Cormaca McCarthy’ego są jak najbardziej na miejscu.

Tyler Cross to gość od brudnej roboty, złodziej i cyngiel do wynajęcia, który nie zadaje wielu pytań zleceniodawcom. Poznajemy go, gdy przyjmuje kolejną szemraną robotę, w której możne zarobić 150 tysięcy dolarów. Zlecone zadanie wydaje się dziecinnie proste: od chrześniaka mocodawcy należy przejąć 20 kilogramów heroiny. Jednak zgodnie ze znanym prawem Murphy’ego – „Jeśli coś może pójść źle, to pójdzie” – sprawy się niezwykle komplikują. Wywiązuje się strzelanina, w której Tyler traci dwoje pomocników, środek transportu i trzy kilogramy towaru. Bohater pewnym krokiem rusza przed siebie, musi dojść do miasteczka Black Rock. Na miejscu okazuje się, że wydarzania minionej nocy to dopiero przedsmak tego, co zgotował mu nieprzychylny los.

Największym plusem omawianego komiksu jest sposób w jaki została poprowadzona opowieści. Początkowo trzecioosobowa narracja skupia się na gangsterze, ale od chwili gdy dociera do miasteczka, zostaje rozbita na kilka osób i jednego gada. Dzięki czemu zdarzenia poznajemy z różnych perspektyw. Dostajemy model do samodzielnego „składania”, rolą czytelnika jest poukładać wątki fabularne w taki sposób, aby otrzymać koherentną historię. Dobrze ze swojego zadania wywiązał się rysownik. Pochodzący z Niemiec artysta, który podpisuje swoje prace Brüno, posługuje się prostą, wręcz cartoonową kreską. Ilustracje mają umowny charakter, niewiele w nich szczegółów czy detali – dzięki temu wyobraźnia czytelnika ma spore pole do popisu. Postaci są przerysowane, a przedstawienie jest karykaturalne: główny bohater ma oczywiście kwadratową szczękę, a nowa pomocnica malutki nosek, blond włosy, wydatne wargi i duże piersi. Wizualnie całość dobrze mi się kojarzy z serią Lincoln braci Jouvray.

Nie wspomniałem o tym wcześniej, ale ze względu na brutalne i obsceniczne sceny komiks przeznaczony jest dla dorosłego czytelnika. Black Rock to pierwszy tom serii. Polski wydawca zapowiada, że „dwójka” pojawi się w księgarniach w bliżej nieokreślonym terminie, ale „wkrótce”. Jest i „trójka”, która dopiero co ukazała się we Francji. To mnie cieszy, bo polubiłem szelmę.

Fabien Nury (sc.), Brüno {właśc. Bruno Thielleux} (rys.), „Tyler Cross #1: Black Rock”, tłum. Jakub Syty, OMG! Wytwórnia Słowobrazu, Warszawa 2018.

[scenariusz: 4+, rysunki: 4, kolory/cienie: 5]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Wbrew naturze #1: Przebudzenie

13/05/2018 § Dodaj komentarz


Pora poświntuszyć

Autorska seria Mirki Andolfo, włoskiej scenarzystki, rysowniczki i kolorystki, która pracowała m.in. przy Ms Marvel czy Vampirella: Feary Tales, to mocno erotyzująca bajka science fantasy dla starszych czytelników. Łopatologiczna pod względem przesłania, mimo to jednak bardzo udana. Całość została uroczo zilustrowana.

Witajcie w świecie zamieszkanym przez antropomorficzne zwierzęta, które osiągnęły stopień rozwoju technologicznego równy z naszym. Jednak ze względu na fakt, iż obok siebie żyją najróżniejsze rasy, które z przyczyn biologicznych nie są w stanie rozmnożyć się między sobą, wprowadzono prawo zakazujące łączenie się w pary między nimi – a także w pary tej samej płci. Jakby tego było mało, każdy, kto ukończywszy 25 rok życia nie znajdzie życiowego partnera, za prawą Programu Rozrodczego, w którym przymusowo udział biorą wszyscy, otrzyma idealnego genetycznie małżonka.

W takiej rzeczywistości żyje sympatyczna świnka Leslie. Miłośniczka sushi i muzyki, pracująca w miejscu, którego nie znosi, zmuszona do noszenia obcisłych strojów i tolerowania erotycznych zaczepek szefa. Kobieta stara się wieść spokojną egzystencję, mieszkając z najlepszą przyjaciółką i przyjaźniąc się z kryjącym się przed otoczeniem ze swoim homoseksualizmem kolegą z pracy. Jest jednak coś, co burzy jej spokój – od miesiąca nękają ją erotyczne sny, w których uprawia namiętny seks z białym wilkiem. Sny nielegalne według prawa. Ale czy same sny mogą sprowadzić kłopoty? Wydaje się, że nie, jednak Leslie pewnego dnia zauważa, że jest przez kogo obserwowana. Przyjaciel radzi, aby odkryła, co kryje się za marzeniami sennymi. Jednak świnka nie zamierza ulegać ani presji znajomych, ani świata – chce żyć po swojemu. Niestety kończy 25-lat i ledwie kilka godzin potem dostaje informację, że znaleziono dla niej partnera w ramach Programu…

Pierwszy tom serii Wbrew naturze to stosunkowo prosta historia o wolności i tolerancji, ujęta w ramy motywów doskonale znanych z opowieści sci-fi. Świat będący typową orwellowską antyutopią, bohaterowie jakby wzięci z Folwarku zwierzęcego, ale uwspółcześnionego i nie skupionego na mechanizmach władzy, tylko losie jednostki i jej prostym życiu… Co ciekawe to nie elementy fantastyczne wypadają najciekawiej, a warstwa obyczajowo-emocjonalna. Uczucia bohaterki, jej nastroje i codzienne problemy są tym, co autentycznie wciąga, nawet jeśli jej marzenia senne wyglądają, jak wyrwane z Harlequinów. Jest w tym smutek, jest spora doza humoru, jest też szczerość i prawdziwość, którą docenia się nawet jeśli to wszystko już było. Mniej przekonuje samo przesłanie, proste, oczywiste i, jak wspominałem, łopatologicznie wyłożone – na tym polu przydałoby się więcej subtelności.

Znakomicie przedstawia się szata graficzna komiksu. Jest prosta, cartoonowa, ale pełna – i to nie tylko jeśli chodzi o obfite, i jakże często ukazywane bez okrycia, kształty bohaterki – i bardzo przyjemna dla oka. Czysta kreska, znakomicie oddana mimika bohaterów, świetnie ukazane tła i niezły kolor dobrze ilustrują treść. Komiks Mirki to taka quasi disneyowska (autorka w końcu pokochała historie obrazkowe dzięki Myszce Miki – zresztą pracowała także dla The Walt Disney Company Italy) bajka dla dorosłych, bajka erotyzująca, ale nie epatująca nagością, wyważona i naprawdę ciekawa. Miłośnicy podobnych tematów będą bardzo zadowoleni.

Mirka Andolfo (sc. & rys.), „Wbrew naturze #1: Przebudzenie”, tłum. Jacek Drewnowski, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Hasib i królowa węży

11/04/2018 § Dodaj komentarz


Mistrz opowieści

David B., właściwie Pierre-François Beauchard, należy do grona moich ulubionych twórców komiksowych. Cenię autora choćby za Rycerzy Świętego Wita – pozycję wybitną i arcyciekawą. Dużym sentymentem darzę również album Uzbrojony ogród. Francuski artysta w swoim kolejnym komiksie opowiada historię, która jest obrazkową adaptacją jednej baśni z Księgi tysiąca i jednej nocy. Czterysta osiemdziesiątej drugiej nocy Szeherezada zabawiała sułtana historią losów młodego drwala, który został zamknięty w jaskini przez towarzyszy wyprawy po miód.

Hasib, tak ma na imię młodzieniec, wędruje śladem skorpiona po podziemnym świecie i dociera do królestwa węży, gdzie poznaje tytułową królową. Ona raczy młodzika opowieścią o królu Bulukiji mieszkającym w Kairze, który pewnego dnia wyruszył w świat po to, aby odnaleźć proroka Muhammada. Podczas wędrówki król spotyka najpierw mędrca Affaniego, którego raczy opowieścią o swojej wędrówce i życiu. W dalszą podróż ruszają wspólnie. Gdzieś na wyspie były król natyka się na księcia Dżanszacha. Panowie dzielą się (niczym chlebem i winem) opowieściami o własnych przygodach. Dżanszach raczy go opowieścią o tym, jak zakochał się w kobiecie-ptaku.

Jak widać fabuła ma konstrukcję szkatułkową: ktoś komuś coś opowiada, a tamten ktoś w podziękowaniu za zaufanie, opowiada komuś innemu coś zupełnie innego i w tej snutej historii kolejny raz pojawia się wątek, w którym ktoś komuś coś opowiada. Pozornie poszczególne narracje się ze sobą nie łączą, ale w finale powracamy do wątku o Hasibie i towarzyszy wyprawy po miód. Opowiadania nie są ani szczególnie odkrywcze, ani błyskotliwe, a mimo to ciekawe. Kręcą się wokół kilku ponadczasowych motywów, takich jak: miłość, zdrada, lojalność, poświęcenie czy przyjaźń.

Hasib… powala warstwą ilustracyjną i kolorystyczną. Osoby, które miały już okazję zetknąć się z pracami Davida B. wiedzą, że nie ma on sobie równych w tworzeniu onirycznych, groteskowych i symbolicznych konstrukcji. Kadry i plansze ozdobione zostały ogromną ilością ornamentów geometrycznych i arabesków. Częstokroć układ paneli na stronie jest nieoczywisty i zaskakujący. Oprawa graficzna przywodzi na myśl perskie miniatury z XV i XVI wieku. Pewnie, gdyby się głębiej pochylić nad poszczególnymi ilustracjami Francuza, to okazałoby się, że artysta wykorzystał język symboli dawnych miniaturzystów. Dla przykładu w scenach nauki i czytania w tle możemy zobaczyć drzewo, które zgodnie z tradycją symbolizuje mądrość Salomon (znanego w świecie islamskim pod imieniem Sulejmana).

Umoralniająca morał każdego z opowiadań ma znaczenie. Jednak clou albumu sprowadza się do samego aktu opowiadania, wiary w literaturę i możliwości narracji. Omawiany album skojarzył mi się z powieścią Hakawati. Mistrz opowieści autorstwa Rabiha Alameddine’a, który w wywiadzie z Grzegorzem Jankowiczem powiedział: „Impuls do opowiadania historii to jedna z podstawowych ludzkich potrzeb. (…)Tworzymy historie, by się ze sobą porozumieć, by się do siebie zbliżyć, by śmierć trzymać na wodzy (nie po to, by jej uniknąć, bo to niemożliwe, ale by ją oswoić), by utrzymać przy życiu tych, których kochamy. Opowiadamy, by utrwalić naszą historię, uśmierzyć ból, wyjaśnić, kim jesteśmy, uwieść kochanka lub kochankę. Opowieści czynią nas ludźmi. Myślimy opowieściami. Rozmawiamy za ich pomocą. Kochamy się w opowieściach albo idziemy w nich na wojnę”. Jeśli zgadzacie się z pisarzem, to koniecznie sięgnijcie po komiks Hasib i królowa węży.

David B. {właśc. Pierre-François Beauchard} (sc. & rys.), „Hasib i królowa węży”, przeł. Krzysztof Umiński, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Dodo

06/04/2018 § 1 komentarz


Dziewczynka i nielot

Mama sześcioletniej Laili jest wiecznie zapracowana i zabiegana, nie ma wolnej chwili dla swojej córki. Dlatego dziewczynka większość czasu spędza sama w domu. Małoletnia bohaterka na różne sposoby próbuje radzić sobie z samotnością, nudą i odtrąceniem (rodzice się niedawno rozstali, a ojciec się wyprowadził). Pewnego popołudnia obserwując przez lornetkę pobliski park i nagle dostrzega dziwacznego ptaka, który grzebie w śmietniku w poszukiwaniu jedzenia. Rozemocjonowana Laila zgarnia tytułowego nielota do domu.

Czy dodo zostanie jej wymarzonym i bliskim przyjacielem? Czyżby w końcu dla dziewczynki skończył się okres permanentnej samotności? Relacja z Rafinho (takie imieniem zostaje ochrzczony ptak) jest dla dziewczynki sposobem na ucieczkę od frustrującej codzienności – od kłócących i wzajemnie oskarżających rodziców, od wybuchów histerycznego płaczu matki czy niezrozumiałych dla córki przemów i monologów o przeszłości Jednak nowych towarzysz zabaw okazuje się wielką, chodzącą katastrofą i globalnym kataklizmem. Jegomość pożera wszystko, co napotka na swojej drodze. Jest niczym tornado, które wywraca dom do góry nogami. Kumulacja niepohamowanego apetytu przypada na moment kolejnej kłótni rodziców.

Opowieści Felipe Nunesa nie należy odczytywać wprost, narracja ma wybitnie metaforyczny charakter. Pojawienie się ptaka i rozwijająca się relacja, symbolizuje zmianę w życiu bohaterki. Pamiętajmy, że dront dodo to wymarły gatunek ptaka – nie ma powrotu do tego, co było. Można tylko iść do przodu. Dodo to uosobienie lęków małej dziewczynki. Autor nie koncentruje się na przyczynach rozstania rodziców, a na konsekwencjach jakie niesie ono dla dziecka. Sytuację obserwujemy i poznajemy z perspektywy sześcioletniej dziewczynki, która nie rozumie, co się dzieje między rodzicami i tego, jak działa świat dorosłych ludzi.

Ze względu na złożoność i nieprzenikliwość relacji dorosłych wymowa całości nie jest jednoznaczna. Dzieci znajdą w komiksie głównie opowieść o wyimaginowanym przyjacielu, a dorośli odbiorą całość jako pewną formę lekcji poglądowej. Dodo to przejmująca i szczera do bólu rzecz, w której najważniejsze są emocje dziecka po rozstaniu się rodziców: niezrozumienie, zagubienie, frustracja, rozdarcie i poczucie osamotnienia.

Felipe Nunes (sc. & rys), „Dodo”, tłum. Jakub Jankowski, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with komiks europejski at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: