Torpedo 1972

16/01/2018 § Dodaj komentarz


Luca Torelli to Torpedo

Torpedo to nowojorski gangster o sycylijskich korzeniach. Drań bez skrupułów, czepiący z życia pełnymi garściami, a gdy życie nie chce mu po dobroci dać tego, co pragnie – wtedy on wydziera to siłą. Pięciotomowa seria od Taurus Media przedstawiała losy bohatera w scenografii retro, tak dobrze znanej z retrospekcji z Ojca Chrzestnego II. Nasz Torpedo to postać dokładnie z drugiego czy trzeciego planu filmów Coppoli. Cykl przedstawiał proste gangsterskie opowiastki, operując przy tym znakomitą kreską i świetnym wykorzystaniem kontrastów, jakie oferują czerń i biel. Lubię bardzo. Dlatego polecam nowe zbiorcze wydanie od Non Stop Comics: Torpedo 1936, bo to świetna rzecz, grubaśny integral wart jest wyłożonych na niego pieniędzy.

Nieco inaczej przedstawia się sprawa z wydanym także przez NSC albumem Torpedo 1972. To stworzona kilkanaście lat później krótka opowieść o tytułowym cynglu w wieku emerytalnym. Dalej nie ma skrupułów, dalej brutalnie i przedmiotowo traktuje kobiety. Niestety – albo jego życie nie jest już ani trochę ciekawe, albo podano w tym komiksie jakiś naprawdę mało poruszający wycinek. Jest Torpedo i jego pomagier, ambitny reporter i jego narzeczona fotografka, jest też trzech braci, gangsterów chcących pomścić śmierć ojca. Więcej napisać nie mogę, bo jeszcze zdanie lub dwa, a streszczę całą opowieść, która liczy sobie jedynie 50 stron.

Plusy? Dostajemy przedmowę i galerię szkiców, co ma o tyle istotne znaczenie, że album narysował ogromnie u nas ceniony Eduardo Risso. Zawsze miło zobaczyć coś, co powstało pod jego ręką. Szkoda, że scenarzysta Enrique Sanchez Abuli nie wymyślił mu zbytnich wyzwań, przy których mógłby się wyszaleć. Są więc gadające głowy, kobieta w wersji dość ponętnej, fachowe granie czernią, przyzwoite kolory, ale to wszystko konesera Risso nie powali. Rysunkowo oczywiście artysta trzyma poziom, ale zapamiętam z tego albumu tylko pocztówkowe obrazki Nowego Jorku i przerysowane sceny otwierające Ojca chrzestnego.

Torpedo 1972 to album dla tych największych fanów Risso i serii. Pozostałych czytelników raczej zawiedzie. Premiera sequela jest świetną okazją, abym jeszcze raz gorąco polecił oryginał. Sięgnijcie po Torpedo 1936. Bohatera niekoniecznie polubicie, choć komiks o nim, właśnie ten starszy, to bardzo dobra rzecz.

Enrique Sánchez Abulí (sc.), Eduardo Risso (rys.), „Torpedo 1972”, tłum. Jakub Jankowski, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Reklamy

Centaurus #3: Szalona ziemia

10/01/2018 § Dodaj komentarz


Obcy wśród kolonistów

Kosmiczna epopeja trwa w najlepsze. Na orbicie planety Vera, gdzieś w gwiazdozbiorze Centaura gatunek ludzki walczy o przetrwanie. Niespełna 9800 kolonistów z niecierpliwością oczekuje na wyniki misji doktor Mary-Mae Randolf, która wraz z niewielkim zespołem badawczym sprawdza, czy „nowa Ziemia” nadaje się do zamieszkania. Tymczasem na pokładzie orbitującego statku-świata trwa nerwowe śledztwo, które dotyczy obecności na pokładzie jakiegoś intruza.

Fabuła, jak uprzednio, prowadzona jest dwutorowo. W „trójce” rozdzielność wątków została dodatkowo podkreślona zerwaniem łączności między forpocztą osadników, a centrum dowodzenia. Przy okazji jeden z techników odkrywa, że ktoś majstrował w układzie sterowania. Nie udaje mu się jednak złożyć pełnego raportu, ponieważ zostaje zamordowany. Co prowadzi do jednoznacznego wniosku, że obcy wciąż jest/są na statku.

Równocześnie na planecie rozgrywają się nie mniej dramatyczne wydarzenia. Vera nadal skrywa wiele nierozwikłanych tajemnic i niespodzianek. Ekipa dociera do miasta, które wygląda jak wierna kopia opactwa Mont Saint-Michel. Ktoś (nadal nie wiadomo kto) bardzo się postarał, aby odtworzyć każdy, nawet najdrobniejszy szczegół – zrekonstruowano nawet ułożenie suwenirów na półkach w sklepie z pamiątkami czy papierowe banknoty w kasie. Dodatkowo znalezione zostają pozostałości czyjegoś obozowiska… Czyżby członkowie ekspedycji nie byli tu jedynymi inteligentnymi osobnikami? Widok wywołuje zimny dreszcz, dlatego grupa nie zatrzymuje się i rusza dalej. Kolejna lokacja wygląda równie zaskakująco, ale okazuje się dużo bardziej niebezpieczna.

Pisząc o „jedynce” (klik! klik!) i „dwójce” (klik! klik!) zwracałem uwagę, że mam niejakie problemy z zaakceptowaniem i pozytywną oceną wartości graficznej. Ilustracje, które tworzy Zoran Janjetov, sprawiają wrażenie tworów sztucznych i topornych. Największe zastrzeżenia miałem (i mam) względem przedstawienia i mimiki postaci. I pod tym względem Szalona ziemia nie odbiega od uprzednich odsłon.

Marcin Kamiński recenzując album Ziemia obiecana dowodził, że cykl mógłby z powodzeniem być spin-offem opowieści Leo osadzonych w uniwersum Aldebarana: „Oba tytuły są realistycznymi historiami sci-fi opowiadającymi o eksploracji nowych, nieznanych planet. Przygodowa fabuła jest w nich równie ważna jak wiarygodne i zaskakujące przedstawienie fantastycznych flory i fauny(…)”. Centaurus to seria, w której główny nacisk położony został na intrygującą zagadkę. Rzecz fabularnie zaciekawia. Scenarzyści, podstawiając czytelnikowi kolejne tajemnice, sprawnie budują napięcie. Znamienne i intrygujące, bo w zamian nie podają zbyt wielu rozwiązań. Czytający ma pole do popisu dla własnej wyobraźni. Co prawda zakończenie bieżącego tomu rzuca nikłe światło na to, czego do tej pory się dowiedzieliśmy i w jakim kierunku zmierzać będzie dalsza opowieść. Ciekawe, czy przypuszczenia się sprawdzą…

Leo {właśc. Luiz Eduardo de Oliveira} & Rodolphe {właśc. Rodolphe D. Jacquette} (sc.), Zoran Janjetov (rys.), „Centaurus #3: Szalona ziemia”, tłum. Wojciech Birek, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 2+, kolory/cienie: 3]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Esmera

12/12/2017 § 1 komentarz


Esmera i Eco

Na okładce komiksu Esmera sprytnie ukryto informacje z jakiego typu produkcją mamy do czynienia. W pierwszej chwili naszą uwagę przykuwa kolor tła, od którego odcina się – niczym w wycinance miejskiego sylwetkarza – ciemny kobiecy profil: krótkie włosy, mały nos i wydatne usta. Po chwili zauważamy, że wewnątrz zarysu ukryto dodatkową ilustrację. Chcąc dokładnie stwierdzić, co przedstawia, musimy podsunąć album prawie pod nos. Dopiero wówczas zobaczymy zbiorową scenę, na której dwie nagie kobiety i dwóch nagich mężczyzn.

Kobieta, którą mamy okazję oglądać w centrum zbiorowej sceny na okładce, to tytułowa Esmera. Dziewczynę poznajemy jako nastolatkę, która w roku 1965 uczęszcza do gimnazjum Sacro Cuore i mieszka w internacie prowadzonym przez siostry zakonne. Za współlokatorkę ma namiętną Rachel, która nocami sprowadza do pokoju swego kochanka. Esmera nie śpi, podsłuchuje, uważnie przygląda się ognistym wygibasom i zapamiętuje. Dodatkowych, wyuzdanych lekcji koleżanka udziela jej osobiście.

Odkrycie przez protagonistkę radości płynących z uprawiania seksu niesie ze sobą dodatkową, nieoczekiwaną niespodziankę, która finalnie okazuje się problematycznym przekleństwem. Nie będę zdradzał na czym polega haczyk, bo to clou opowieści wymyślonej przez Zepa (właśc. Philippe Chappuis, tak, to ten sam pan od serii Titeuf). W każdym razie dzięki swojej „przypadłości” Esmera może korzystać z uroków seksu mocniej i pełniej, a także cieszyć się dwa razy dłuższym życiem. Wszystko ma swoją cenę…

Lektura komiksu przypomniała mi felieton Jak rozpoznać film porno autorstwa Umberto Eco, w którym stoi: „(…) film pornograficzny, jeśli ma być warty ceny biletu lub wideokasety, powiada nam, że pewne osoby kopulują ze sobą, mężczyźni z kobietami, mężczyźni z mężczyznami, kobiety z kobietami (…). I to byłoby jeszcze w porządku, ale pełno tutaj przerw w akcji (…). W filmach pornograficznych roi się od postaci, które wsiadają do samochodu i przemierzają całe kilometry, od par, które tracą niewiarygodnie dużo czasu na zameldowanie się w hotelu (…) Mówiąc prosto z mostu, choć nieco ordynarnie, nim dojdzie do zdrowego spółkowania, trzeba zapoznać się kapkę z problemami komunikacji”. Jeśli słowa słynnego semiologa potraktujemy dosłownie i przyłożymy do omawianej pozycji, to tak, Esmera jest komiksem wartym swojej ceny.

Zep {właśc. Philippe Chappuis} (sc.), Vince {pseud.} (rys.), „Esmera”, tłum. Katarzyna Sajdakowska, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4-, kolory/cienie: 4+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Storm #5: Uśpiona śmierć | Piraci z Pandarwii

07/12/2017 § Dodaj komentarz


Stare się kończy, nowe zaczyna

Piąty zbiorczy tom serii Storm, który zawiera albumy Uśpiona śmierć oraz Piraci z Pandarwii, jest z kilku powodów rzeczą przełomową. Po pierwsze etatowy rysownik Don Lawrence pierwszy i ostatni raz próbuje swoich sił jako autor fabuły. Po drugie na fotel głównego i stałego scenarzysty powraca Martin Lodewijk, czyli współpomysłodawca całej serii i autor skryptu drugiej odsłony. Po trzecie albumem Uśpiona… kończy się cykl Kroniki świata na dnie, a Piratami… rozpoczyna się nowy rozdział epopei, który nosi podtytuł Kroniki Pandarwii. Z konkretnymi i szczegółowymi informacjami o autorach, redaktorach i meandrach wydawniczych możemy zapoznać się czytając kolejny odcinek Nieodkrytego Storma.

Akcja odcinka Uśpiona śmierć rozgrywa się w dusznej i wiecznie zielonej puszczy, przez którą przedzierają się Storm i Rudowłosa. Nie są jednak sami, obserwuje ich grupa wojowniczych Indian. Dziewczyna zostaje postrzelona zatrutą strzałką i nagle traci przytomność. Mężczyzna bez większych problemów obezwładnia napastników i zmusza, aby poprowadzili do wodza. Satrapa posiada cudowne antidotum, jednak nie chce się nim dzielić, chyba że Storm… I w tym miejscu rozpoczyna się kolejna przygoda protagonisty, który tym razem przyczyni się do zjednoczenia dwóch zwaśnionych plemion. Narracja prowadzona jest poprzez dwie linie fabularne. W drugiej Rudowłosa daje „małą” próbkę swego silnego i niezależnego charakteru. Oj, biedny syn Yucana, który umyślił sobie małżeństwo z dziewczyną.

Natomiast fabuła Piratów… rozgrywa się z dala od Ziemi. Storm i Rudowłosa zostają porwani przez strumień czerwonego światła i przeniesieni na drugi kraniec galaktyki, gdzieś w okolice planety Pandarwia. Tymczasem nie wiemy, dlaczego władca planety – teokrata Marduk – wydał zlecenie porwania Stroma. Mężczyzna w swoich wypowiedziach nazywa go „anomalią”. Eksperyment uprowadzenia prawie się udał. W wyniku spadku mocy promień porzucił naszych bohaterów przed osiągnięciem celu. Przeciwności losu powodują, że para się rozdziela: Storm zostaje uratowany przez wielorybnika, a Rudowłosa trafia w łapy władającego planetą despoty.

Don Lawrence kolejny raz dowodzi wysokiego kunsztu artystycznego. Dlatego ciężko w tym aspekcie napisać coś nowego. W końcu regularnie chwalę. Nie inaczej musiałbym postąpić w wypadku „piątki”: urzeka bogactwo detali, kreacja świata przedstawionego oraz dziwaczny stworzeń. Moje ulubione plansze przedstawiają przestrzeń powietrzną nad Vertiga Bas (strony 84 i 85): korsarskie statki rodem z XV wieku, które miast pływać, unoszą się swobodnie w powietrzu.

Za sprawą Piratów z Pandarwii omawiana odsłona jest znacząca. Grubą kreską zostaje odcięte to wszystko, co było. Serial poniekąd rozpoczyna się na nowo. Zmiana lokacji to dobre posunięcie, daje pisarzowi pełną swobodę w kreowaniu kolejnych przygód Storma i Rudowłosej. Dobrze wróży wprowadzenie nowych postaci, które chyba zostaną na dłużej. Zresztą, przekonamy się o tym już za tydzień, gdy do sprzedaży trafi „szóstka”, która zawiera: Labirynt śmierci oraz Siedmiu z Aromatery (klik! klik!).

Don Lawrence & Martin Lodewijk (sc.), Don Lawrence (rys.), „Storm #5: Uśpiona śmierć | Piraci z Pandarwii”, tłum. Krzysztof Janicz, Wydawnictwo Kurc, Koluszki 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5-, kolory/cienie: 5]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Millennium. Saga #1: Zamrożone dusze

06/12/2017 § Dodaj komentarz


  W duchu Larssona

Jeśli wziąć pod uwagę chronologię publikacji, to powinienem teraz pisać o komiksie Zamek z piasku, który runął, czyli trzeciej odsłonie graficznej adaptacji powieściowej trylogii Millennium Stiega Larssona (klik! klik!). Rzecz mam w domu, leży spokojnie na biurku i czeka. W paczce obok Zamku z piasku… był również album Zamrożone dusze, który stanowi kontynuację przygód Blomkvista i Salander. Dlatego nie powinno Was dziwić, że w pierwszej kolejności rzuciłem się na opowieść, która oferuje coś nowego, nieznanego. Autorem sequela jest Sylvain Runberg, który odpowiadał za wcześniejsze adaptacje. Czy komiksowy skrypt jest ciekawszy od tego, co napisał w swoich powieściowych kontynuacjach David Lagercrantz?

Pierwsze, co przykuwa uwagę czytelnika, to aktualność opowieści wymyślonej przez belgijskiego scenarzystę. Punktem wyjścia dla fabuły jest wzrost antyimigranckich nastrojów i aktów przemocy na tle rasistowskim w Szwecji, na fali których do głosu w debacie publicznej dochodzą skrajnie prawicowe i konserwatywne organizacje parapolityczne. Lewicującym liberałom z magazynu „Millennium” nie podoba się wzrost przestępczości na tle rasowym i narodowym. Dlatego biorą na celownik Stena Windoffa – szafa partii politycznej, która ma „bogatą” przeszłość i powiązania z nacjonalistycznymi bojówkami.

Chodzi o to, aby zdyskredytować polityka, obnażyć prawdziwe przekonania i obnażyć mechanizmy propagandy. Wcale nie trudno się domyślić, że to Lisbeth Salander pomoże Michaelowi Blomkvistowi zebrać kompromitujące dowody. Nie będę zdradzał, dlaczego dziewczyna zdecydowała się dołączyć do krucjaty. Druga nić fabularna, która dotyczy Republiki Hakerów, jest równie ciekawa i zajmująca.

Scenariusz dopiero się rozkręca, ale po „jedynce” możemy przewidywać, że bohaterzy będą musieli stawić czoło prawicowym radykałom i populistycznej propagandzie, że ich życiu będzie grozić niebezpieczeństwo. Runberg napisał tekst, który nie pozostawia czytelnika obojętnym. Zresztą podłoże polityczne przedstawianych wydarzeń, mimo że rzecz rozgrywają się w Szwecji, są nadzwyczaj aktualne w całej Europie. Kryzys migracyjny, radykalizacja nastrojów, populistyczne hasła polityków, żerowanie na strachu przed nieznanym – to znamy także z własnego podwórka.

Za oprawę graficzna odpowiada Belén Ortega, hiszpańska rysowniczka, która ma na swoim koncie komiks wykonany w mangowej estetyce (Himawari). Pewnie dlatego artysta dobrze sobie radzi w ujęciach, które wymagają ekspresji i dynamiki. Sceny statyczne, choćby ta z posiedzenia redakcji „Millennium”, nie wyglądają już tak korzystnie. Kompozycja sprowadza się do „gadających głów”.

Nowe przygody Salander i Blomkvista nie wszystkim czytelnikom przypadną do gustu, gdyż Zamrożone dusze to opowieść z kluczem. Rzecz napisana została „w duchu Larssona”, czyli propagując lewicowe poglądy zmarłego pisarza. Opowiadana historia do mnie przemawia i chętnie zapoznam się z całością.

Sylvain Runberg (sc.), Belèn Ortega (rys.), „Millennium. Saga #1: Zamrożone dusze”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1185, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 4-, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!} Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Książę nocy #0: Pierwsza śmierć

24/11/2017 § Dodaj komentarz


Książę nocy powraca na tarczy

Książę nocy to francuska seria komiksowa autorstwa Yves’a Swolfsa, która pierwotnie ukazywała się w latach 1994 – 2001. Całość, czyli sześć zeszytów cyklu, została w Polsce opublikowana latach 2001 – 2003 staraniem Egmont Polska. Dwa lata temu belgijski artysta postanowił napisać i narysować kolejny, a właściwie pierwszy, rozdział sagi o nieumarłym Vladimirze Kerganie. Tym razem opowieść dotyczy genezy powstania nieśmiertelnego krwiopijcy, który jak się okazuje pochodzi ze starożytnego ludu Daków. W naszym kraju album Pierwsza śmierć ukazał się w sierpniu bieżącego roku.

Swolfs osadził akcję w odległych czasach, gdzieś na przełomie I i II wieku naszej ery, gdy Dakowie walczyli z legionistami Imperium Rzymskiego. Kergan, pierworodny syn księcia Panajkomesa i teoretycznie przyszły władca, zostaje wysłany z poselstwem do króla Jazygów, aby wespół z nimi pertraktować zawarcie rozejmu z Rzymianami. Podczas przejazdu przez leśne ostępy w górach ekspedycja zostaje wybita, a młody Vladimir pojmany i odstawiony do wrażego obozu. Wykorzystując zamieszanie udaje mu się uciec, wraca do rodzinnego grodu, gdzie przysięga odwieczną zemstę zdrajcom. Gnany nienawiścią trafia do chatynki wiedźmy, która oferuje mu wieczność.

Scenarzysta miał okazję napisać historię, która w interesujący sposób opowie o początkach krwiożerczego potwora. Niestety intryga, w którą wpisana została zdrada i zemsta, jest płytka, oczywista oraz tendencyjna. Po przeczytaniu pierwszych kilku plansz od razu wiadomo w jakim kierunku potoczy się akcja. Nieoryginalność odbiera czytelnikowi całą potencjalną frajdę z lektury. Wampiry i wampiryzm zostały przetrawione przez popkulturę na tysiące sposobów. Dlatego ciężko w temacie napisać coś nowego. Nie usprawiedliwia to miałkości recenzowanej pozycji. Na pocieszenie zostają rysunki Swolfsa, które doskonale oddają klimat epoki. Artysta posługuje się realistyczną kreską, dokładnie odzwierciedlającą ludzką anatomię i mimikę. Jednak udana realizacja warstwy graficznej to za mało, aby całość oceniać pozytywnie.

Prequel został opublikowany, gdyż Egmont ma w planach wznowienie głównego cyklu, dyptyk Łowca | List inkwizytora trafi do sprzedaży w 7 grudnia. Obawiam się jednak, że osoby, które sięgnęły po Pierwszą śmierć, będą miały obiekcje przed zakupem „jedynki”. Mimo wszystko proszę się nie zrażać do cyklu, bo potem jest o niebo lepiej!

Yves Swolfs (sc. & rys.), „Książę nocy #0: Pierwsza śmierć”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1174, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 3, rysunki: 4, kolory/cienie: 4-]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Niezwykła podróż. Tom 2

22/11/2017 § Dodaj komentarz


 Noemi i Emilien w Paryżu

Pierwszy tom serii Niezwykła podróż przypadł mi do gustu (klik! klik!). Spodobała mi się kreacja świata przedstawionego, barwne postaci, przygodowa fabuła oraz niesamowita oprawa graficzna. Dlatego postanowiłem „dwójkę” objąć patronatem Są komiksy dla dzieci. Kolejne przygody Emiliena i Noemi nie zawodzą. Kuzynostwo, oraz trójka towarzyszących im dorosłych, wyrusza w pełną niebezpieczeństw podróż do Paryża.

Wydostanie się z ogarniętego szaleństwem wojny Londynu, to pierwsze niełatwe zadanie, z którym musi się zmierzyć ekipa. Noc przed wyjazdem spędzają u ciotki Emiliena – Izabelli, która mieszka samotnie w wielkim domu położonym w pobliżu urwistego klifu. Kobieta jest malarką. W całym domu wiszą obrazy, sporo jest portretów siostrzeńca. Co dziwi, bo ojciec chłopaka nie wspominał o ciotce zbyt często. Izabella roztacza wokół siebie atmosferę tajemniczości, dziwnie się zachowuje, jakby coś ukrywała, jakby wiedziała coś ważnego o przeszłości chłopca i jego rodziny. Może to tylko moje przeczucie, ale uważam, że w kolejnych tomach ciotka powróci.

W każdym razie Emilien nie ma czasu, aby się nad tym głębiej zastanawiać. Teraz liczy się jedynie, aby jak najszybciej dotrzeć do stolicy Francji i zgłosić prototyp wielozadaniowej maszyny na prestiżowy konkurs im. Juliusza Verne’a, który ma się odbyć w Nowym Jorku. Podczas przeprawy przez kanał La Manche konwój statków zostaje zaatakowany. Kolejny raz nasi bohaterzy muszą wymyślić, jak wykaraskać się z opresji. Nie będę zdradzał, na jaki pomysł wpadli. Finalnie udaje im się bezpiecznie dotrzeć do Paryża, ale tam czekają na nich kolejne wyzwania, misje i piętrzące się trudności. Zaczyna być widoczne, że komuś bardzo zależy na tym, aby ekipa nie wystartowała w konkursie. Na scenie pojawiają się nowe postaci, m.in. Howard Hughes, który zrobi wszystko, aby wygrać wyścig po laur Verne’a.

Bieżący album nie posuwa fabuły w znaczący sposób do przodu. Prawda, bohaterzy przebyli setki kilometrów, ale nadal nie wiadomo, co się stało z ojcem chłopaka, kto stoi za bojowymi poczynaniami Trzeciej Osi i dlaczego roboty chcą zniszczyć prototyp maszyny. Zresztą z każdym kolejnym wydarzeniem mnożą się pytania, które tymczasem pozostają bez odpowiedzi. Dodatkowo wszyscy dorośli bohaterzy zachowują się tak, jakby coś ukrywali, jak gdyby byli kimś zupełni innym od tych, za których się podają. Scenarzysta, Denis-Pierre Filippi, nieźle sobie radzi z budowaniem atmosfery tajemnicy. Czytelnik wsiąka w rzeczywistość, na własną rękę próbuje się odnaleźć w meandrach fabuły, stara się odgadnąć kto knuje i dlaczego?

W parze z ciekawą i wciągającą historią idzie efektowna oprawa graficzna. Pochodzący z Włoch Silvio Camboni wykreował świat, w którym, obok niezwykłych maszyn i robotów, pojawiają się realnie istniejące budowle (Wieża Eiffla czy Katedra Notre-Dame). Rysunki architektury, steampunkowej maszynerii i przyrody charakteryzują się dużą szczegółowością. Kontur postaci jest bardzo delikatny, miejscami rysunek wygląda tak, jakby szkic został całkowicie „przykryty” kolorem.

Niezwykła podróż pozostaje komiksem przygodowym, który rozgrywa się w alternatywnej, steampunkowej rzeczywistości. Całość czyta się nadzwyczaj dobrze, a po zakończonej lekturze dodatkową przyjemność sprawia kartkowanie komiksu i podziwianie plansz Camboniego. Intryga powoli nabiera rumieńców, nastrój tajemnicy budowany jest konsekwentnie. Należy docenić kreację głównych bohaterów, kuzynostwo charakteryzuje się pomysłowością i kreatywnością, w ich towarzystwie nie ma miejsca na nudę.

Denis-Pierre Filippi (sc.), Silvio Camboni (rys.), „Niezwykła podróż. Tom 2”, tłum. Jakub Syty, Wydawnictwo Kurc, Koluszki 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 5+, kolory/cienie: 4]

Komiks objęty patronatem: {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with komiks europejski at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: