Millennium #1: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

21/06/2017 § Dodaj komentarz


 Blomkvist i Salander w komiksie

Cykl Millennium należy do grupy najbardziej rozpoznawalnych tekstów popkultury początku XXI wieku. Powieściowa saga Stiega Larssona sprzedała się w milionowych nakładach. Doczekała się dwóch adaptacji filmowych oraz dwóch komiksowych. W latach 2012-2015 nakładem oficyny Czarna Owca ukazały się w naszym kraju cztery albumy z Vertigo, do których scenariusz napisała Denise Mina. Natomiast w bieżącym roku, dzięki Egmontowi, na półki księgarskie trafił pierwszy album adaptacji przygotowanej pierwotnie w 2013 roku przez oficynę Dupuis, skrypt dla tej wersji przygotował Sylvain Runberg.

Trudno mi wyobrazić sobie, że są jeszcze osoby, które nie znają fabuły książki Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. Powieść Larssona jest pozycją wielowątkową, w której występują bardzo wyraziste postaci. Przypominam, że całość liczy sobie ponad 600 stron. Dlatego przede wszystkim należy docenić robotę belgijskiego scenarzysty, który umiejętnie wyselekcjonował wątki i wydarzenia. I chociaż robota Runberga polegała głównie na redukcji zbędnych epizodów i postaci, to całość nie traci na spójności i przejrzystości. Skrypt został sprawnie utkany, komiks stanowi dzieło samoistne, które można czytać bez znajomości powieściowych Mężczyzn….

W komiksie, podobnie jak w powieści, kluczowym elementem dla całej fabuły jest śledztwo Mikaela Blomkvista, który stara się rozwikłać zagadkę zaginionej przed laty Harriet Vanger. Z biegiem akcji z dziennikarzem rozpoczyna współpracę z utalentowana hakerka Lisbeth Salander. Dwoje bohaterów połączą nie tylko zawodowe relacje… Finalnie, ich wspólne poczynania skutkują okryciem odrażającej prawdy o niektórych członkach rodu Vangerów. Pod tym względem omawiana pozycja jest na wskroś wierną i, dodajmy, udaną adaptacją. Scenarzysta równie przekonująco oddał portrety psychologiczne pary głównych bohaterów. Więcej uwagi poświęca się Lisbeth, co wcale nie dziwi, gdyż jest niezwykle interesującą osobą, którą ukształtowały traumatyczne i tragiczne doświadczenia.

Za oprawę graficzną albumu odpowiada hiszpański rysownik José Homs. Trzeba przyznać, że właśnie rysunki wzbudzają największe zainteresowanie. Początkowo mogą się nie podobać, gdyż artysta posługuje się specyficzną manierą rysowania twarzy występujących postaci. Styl przedstawienia jest wyraźnie karykaturalny: duże głowy, mięsiste usta, bulwiaste nosy czy kreska brwi. Takie groteskowe przedstawienie kontrastuje z mało przyjemną fabułą i ostatecznie łagodzi wydźwięk pewnych scen (choćby gwałtu na głównej bohaterce). To, jak narysowano Blomkvista i ukazano jego mimikę, podkreśla prostolinijny i miejscami naiwny charakter bohatera. Zdaję sobie sprawę, że wszystkim czytelnikom przypadnie do gustu styl Homsa, ale bardzo proszę się nie zrażać.

Całość może wciągnąć, ponieważ rzecz jest dobrze zbudowana, a wątki poprawnie rozplanowane. Osobiście chętnie zapoznam się z kolejnymi odcinakami sagi. Chciałbym jednak zaznaczyć, że dla osób, które znają powieściowy pierwowzór, lektura komiksu nie będzie wielką przygodą.

Sylvain Runberg (sc.), José Homs (rys.), „Millennium #1: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1098, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Burza

19/06/2017 § Dodaj komentarz


 Sen i my z jednych złożeni pierwiastków

Komiks Burza to niezależna, portugalska produkcja, która w Polsce ukazała się staraniem oficyny Timof i cisi wspólnicy. Żadne tam superhero czy innego typu mordobicie, a nastrojowa opowieść o pozytywnej sile wspomnień. Całość ma silnie symboliczno-oniryczny charakter.

W albumie narracja prowadzona jest bez użycia słów. Dlatego imiona dwójki z trojga występujących postaci poznajemy dzięki notce wydawniczej zamieszczonej na ostatniej stronie okładki. Sebastiano jest latarnikiem, który pracuje na umowie czasowej. Akcja rozpoczyna się pewnego wietrznego i deszczowego dnia, w którym bohater otrzymuje pismo o przedłużeniu etatu na kolejne 180 dni. Obok urzędowego pisma dostawca przywiózł na wyspę artykuły spożywcze. Część aprowizacji zostawia u Madaleny, która mieszka piętro niżej.

Jaki jest charakter relacji łączących tych dwojga? Kim są dla siebie? Dlaczego nie mieszkają razem? Dlaczego ona patrzy na niego takim zbolałym wzrokiem? To tylko niektóre pytania, jakie wyskakują w głowie czytelnika, który widzi wspinającego się po krętych schodach Sebastiano. Świetnie w tym kontekście wypada plansza na stronie siódmej. Sposób w jaki została skonstruowana, wyraźnie podsyca ciekawość czytającego. W dalszej części komiksu poznajemy monotonne życie latarnika, którego każdy dzień wygląda zupełnie tak samo. Ucieczką od jednostajnego rytmu dnia okazują się wspomnienia. Introspekcje z dnia na dzień przybierają na sile, bohater powoli zaczyna tracić grunt pod nogami (tj. kontakt z rzeczywistością). Z morza zaczyna wyławiać artefakty, które przecież miały znaczenie tylko w jego pamięci.

O dziwo, to dzięki wspomnianym przedmiotom udaje mu się na powrót zakotwiczyć w prawdziwym życiu. W tym miejscu powraca postać Madaleny i trzeciej osoby, o której nic więcej nie napiszę. Ponieważ główny twist komiksu zasadza się na wzajemnych emocjonalnych relacjach łączących całą trójkę… Fabuła, za którą odpowiedzialny jest André Oliveira, silnie kojarzy mi się z opowiadaniami Giorgio Manganelliego pomieszczonymi w pozycji „Centuria”. Korelacja sprowadza się do podobnego zamiłowania do absurdu, który obu pozycjach ma charakter wyraźnie symboliczny. Co prawda u włoskiego pisarza jest więcej dystansu i humoru, a Portugalczyk snuje swą historię bardzo serio.

Intrygująca jest warstwa graficzna komiksu. João Sequeira świetnie poradził sobie z rozrysowaniem skryptu. Narracja, jak już wspominałem, prowadzona jest bez użycia słów, a mimo to czytelnik nie ma najmniejszych problemów, aby się odnaleźć w historii. W wypadku komiksów „silence” jest to niezwykle ważne. Technika jaką wykonano ilustracje wygląda trochę tak jakby, białą kredką woskową (lub świecą) narysowano kontury wszystkich elementów, a następnie mocno rozwodnionym czarnym tuszem pokryto kartkę. I dopiero dzięki temu zabiegowi ujawniła się cała ilustracja.

Lektura Burzy była pozytywnym zaskoczeniem. Przyznam, że lubię tego typu niespodzianki. Świetna sprawa, że oficyna Timof szuka nowych, ciekawych fabuł po całym świecie. Za pointę niech wystarczy cytat z pewnego dramatu Szekspira, który właściwe mógłby stanowić motto omawianej pozycji: „Jesteśmy surowcem z którego sny się wyrabia, a życie to chwila jawy między dwoma snami”.

André Oliveira (sc.), João Sequeira (rys.), „Burza”, tłum. Jakub Jankowski, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Tulipanek

16/06/2017 § Dodaj komentarz


 Przeszłość narysowana na ciele

Tulipanek to komiks, za który odpowiadają Jérôme Charyn oraz Francois Boucq. Zarówno scenarzysta, jak i rysownik są twórcami w Polsce rozpoznawalnymi. Warto wspomnieć, że obaj panowie odpowiedzialni są za album Czarcia morda, dodatkowo grafika kojarzyć możemy też z westernowej serii Bouncer (klik! klik!). Choćby dlatego wypada się publikacją zainteresować.

Akcja komiksu rozpoczyna się w Nowym Jorku w 1970 roku. Niejaki Paul prowadzi jednoosobowy zakład tatuażu, a dodatkowo – jako rysownik – współpracuje z lokalną policją przy tworzeniu portretów pamięciowych przestępców. Mężczyzna naprawdę ma na imię Pawieł i kiedyś wraz z rodzicami mieszkał z ZSRR. Jego ojciec chciał pracować z Siergiejem Eisensteinem i dlatego pod koniec lat 40. XX wieku przywiózł rodzinę ze Stanów do Rosji. Z perspektywy czasu, to była bardzo zła decyzja, gdyż aparat komunistyczny uznał ich za szpiegów i zesłał do gułagu na Syberię. Siedmioletniego wówczas chłopca rozdzielono z rodzicami, musiał sam sobie radzić, aby jakoś przetrwać.

Scenarzysta prowadzi fabułę dwutorowo. Pierwszy wątek rozgrywa się tu i teraz, ma poniekąd kryminalny charakter: w Nowym Jorku ktoś bestialsko morduje kobiety, które nocą samotnie wracają do domu. Bohater musi, chcąc nie chcąc, stawić czoło przeszłości. Drugi wątek ma w formę retrospekcji. Pisarz nie oszczędza czytelnika, który poznaje potworne, przerażające szczegóły życia w obozie, gdzie wymuszania, gwałty, bicie i inne bestialskie zachowania są na porządku dziennym. W tym aspekcie komiks ukazuje koszmarną rzeczywistość, obok której nie da się przejść obojętnie. Włosy jeżą się na głowie.

Charyn z wielkim znawstwem przybliża obozowe zasady, hierarchię więźniów, ich zadziwiający (i odrażający) kodeks honorowy. Partie komiksu poświęcone codzienności w gułagu są niemiłe, ale i wciągające. Chyba nie zdradzę za dużo, gdy napiszę, że bohaterowi udało się przeżyć pobyt w obozie ponieważ poznał arkana sztuki „rysowania na skórze”. Jak mówi jeden z osadzonych: „Tatuaż (…) jest dla nas święty. W regionie kołymskim tatuaże nadają nam tożsamość”.

Wizualnie komiks prezentuje się nadzwyczaj dobrze. Boucq ma zadziwiający styl rysownia, ponieważ łączy elementy nadzwyczaj realistyczne z wyraźnie karykaturalnymi. Dotyczy to w szczególności fizjonomii występujących postaci. W wypadku recenzowanej pozycji maniera dobrze się sprawdza, gdyż dzięki owemu przerysowaniu czytelnik może nabrać dystansu do ukazanych zdarzeń. Zastosowane kadrowanie jest bardzo klasyczne, co także ułatwia odbiór.

Jak wspomniałem, lektura Tulipanka nie jest miłym doświadczeniem. Ze względu na prawdziwość i szczerość relacji komiks przeznaczony jest tylko i wyłącznie dla dorosłego czytelnika. Oficyna Scream Comics kolejny raz spisała się na medal: album wydano w powiększonym formacie i w twardej oprawie. Dodatkowo polska edycja, w przeciwieństwie do amerykańskiej, nie została ocenzurowana. Albumu nie polecam osobom wrażliwym, które nie były w stanie doczytać do końca Pożegnania z Marią Tadeusza Borowskiego.

Jérôme Charyn (sc.), François Boucq (rys.), „Tulipanek”, tłum. Paweł Biskupski, Scream Comics, Łódź 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Universal War Two. Tom 1

11/06/2017 § Dodaj komentarz


I nie ma nadziei?

Mimo że do ukończenia cyklu Universal War jest jeszcze daleko, to śmiało możemy powiedzieć, że jest to opus magnum Denisa Bajrama. Z odautorskiego posłowia do albumu UW2: Czas pustyni możemy dowiedzieć się, że zamysł całości i zarys fabuły trzech cykli powstał w 1997 roku. „Od najwcześniejszego dzieciństwa zawsze pociągała mnie fantastyka naukowa. (…)Właściwie narzucały mi się trzy główne pomysły. Trzy rodzaje konfliktu. Wojna między ludźmi o panowanie w Układzie Słonecznym. Wojna o panowanie w Galaktyce. Wojna o panowanie nad samą czasoprzestrzenią. (…)Do pierwszego cyklu przypisałem pomysł karnej eskadry oficerów zagrożonych sądem wojskowym. Do drugiego – pomysł grupki młodych rekrutów…”.

Jak pamiętamy, pierwszy cykl zakończył się zniszczeniem Ziemi, ale dzięki odkryciu przez Kalisha możliwości podróży w czasie oraz teleportacji pojawia się nikły promyczek nadziei na ocalenie ludzkości. Gdyż zjawiają się, pochodzący z przyszłości, przedstawiciele nowej, doskonalszej, technologicznie rozwiniętej rasy ludzkiej, którzy otaczają opieką niedobitków z Układu Słonecznego. Wydarzenia przedstawione w omawianym albumie rozgrywają się trzynaście lat po pierwszej wojnie wszechświatowej i trzy wieki od chwili założenia Kanaanu (temporalny rozdźwięk jest oczywiście skutkiem podróży w czasie).

Jednak sytuacja socjalno-ekonomiczna społeczeństwa na Ziemi-3 (czyli na Marsie) jest daleka od ideału. Z jakiegoś powodu przybysze z przyszłości nie zdecydowali się przenieść ocalonych na swoją planetę. Dodatkowo Słońce umiera, co jest skutkiem otwarcia przez CIC warmhole’a. Podobno za pięć lat gwiazda przemieni się w czerwonego olbrzyma i przy tej okazji wszystko zniszczy. Dlatego Kananejczycy rozpoczynają projekt Feniks. W stronę Słońca wysłana zostaje sonda, zostaje ona zniszczona przez tajemnicze i złowrogie trójkąty, które najprawdopodobniej nie mają pokojowych zamiarów, ponieważ zagarniają wszystko, co stanie im na drodze, a rozprzestrzeniają się w postępie geometrycznym. I tak rozpoczyna się druga wojna wszechświatowa.

Tyle tytułem wprowadzenia do fabuły. Śledzenie rozwoju wypadków wymaga od czytelnika maksymalnego skupienia uwagi. Dla pełnego zrozumienia wydarzeń przedstawionych w komiksie jednokrotna lektura nie wystarczy. Całość jest kapitalnie zbudowana, wszystkie elementy idealnie do siebie pasują. Wiele wątków się przeplata i zaplata, wespół z bohaterami podróżujemy po linii czasu w te i nazad. Od autora otrzymujemy przewodnika, w właściwie przewodniczkę, gdyż główną aktorką jest rezolutna, butna i niezależna Thea, wypisz wymaluj prawdziwa potomkini Kalisha. Zresztą tego ostatniego pana także będziemy mieli okazję spotkać, gdyż jest „profesorem” i wykłada w Uniwersytecie Temporalnym. W chwili, gdy spłonie nadzieja na wygranie walki z „trójkątami”, dziewczyna zwróci się do praprzodka z prośbą o pomoc.

Porównując omawiany tom z poprzednim widać wyraźną zmianę w opracowaniu warstwy graficznej. Pewnie dlatego, aby przyspieszyć prace nad kolejnymi albumami Denis Bajram zdecydował się na skorzystanie z pomocy komputera. Jak sam przyznaje plansze obrobione zostały photoshopie. Dotyczy to nałożenia kolorów i dodania efektów specjalnych. Całość utrzymana jest w ciemnych, nasyconych i zimnych barwach. Rysunek sam w sobie jest dokładny i realnie przedstawiający występujące postaci i zdobycze cywilizacyjne.

Cykl Universal War to zakrojona na ogromną skalę epopeja science fiction, która obok typowych dla tego gatunku elementów narracyjnych, konstrukcyjnych i technologicznych, zawiera także (jeśli nie głównie) charakterystykę umysłowej i emocjonalnej natury człowieka. Francuski pisarz jest fatalistą i nie ma najlepszego zdania o ludzkości. Sam przyznaje: „Universal War jest opowieścią traktującą o kruchości naszej cywilizacji”.

Denis Bajram (sc. & rys.), „Universal War Two. Tom 1”, Wojciech Birek, Wydawnictwo Elemental, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4-]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Irena #1: Getto

10/06/2017 § Dodaj komentarz


Irena i dzieci z warszawskiego getta

Troje francuskich twórców: Jean-David Morvan, Séverine Tréfouël i David Evrard podjęło się niełatwego zadania – stworzenia komiksu dla najmłodszych czytelników, który opowiada o tym, jak podczas II wojny światowej Irena Sendlerowa ratowała od śmierci żydowskie dzieci uwięzione w getcie warszawskim. Nie jest to ścisła biografia polskiej działaczki, która w 1965 roku została uznana przez instytut Jad Waszem za Sprawiedliwą wśród Narodów Świata. W odautorskiej nocie możemy przeczytać: „Irena Sendlerowa rzeczywiście istniała. Jej historia nas zafascynowała (…). Dostępne materiały nie podają tych samych informacji, czasem nawet sobie zaprzeczają. Przyjęliśmy więc założenie, że nie tworzymy prawdziwej biografii, ale wykorzystujemy fikcję, aby jak najlepiej przekazać ducha walki Ireny”.

Rzecz pomyślana jest jako trzyczęściowa seria, pierwszy odcinek – o podtytule Getto – ukazał się niedawno w Polsce staraniem oficyny Timof i cisi wspólnicy. Akcja komiksu rozpoczyna się w marcu 1941 roku. Na pierwszej planszy widzimy ciężarówkę należącą do Wydziału Opieki Społecznej, która wjeżdża do warszawskiego getta. W chwili przekroczenia szlabanu wkraczamy w „inną” rzeczywistość: potworną, bezprawną, szarą, fatalną i przygnębiającą. Czytelnik ma okazję zobaczyć koszmar życia w tym miejscu oczami protagonistki. Wszędzie ruiny, budynki mają albo zamurowane okna, albo powybijane szyby. Ludzi jest całe mrowie, tłoczą się, zajmują każdy kawałek pustek przestrzeni. Noszą pocerowane łachmany, większość nie ma butów. Na tym tle Sendlerowa i jej współpracownicy wyglądają nadzwyczaj normalnie i godnie.

Podczas wizyty protagonistka rozmawia z umierającą kobietą, która błaga, aby Polka wywiozła z getta jej syna. Aż do następnej wizyty bohaterka bije się z myślami czy zaryzykować życie swoje i współpracowników, aby ratować żydowskie dziecko. Gdy ponownie przyjeżdża na miejsce, to okazuje się, że prosząca o wsparcie i jej syn już nie żyją. Zdarzenie którego jesteśmy świadkami jest przełomowe. Dodatkowo dzięki rozmowie z kierowcą ciężarówki Sendlerowa podejmuje decyzję o natychmiastowemu zaangażowaniu się w ratowanie dzieci na niespotykaną dotąd skalę. Autorom udaje ukazać wyraźną zmianę w myśleniu i postępowaniu bohaterki. Niesamowita jest siła, z jaką przystępuje ona do realizacji wyznaczonego sobie zadania.

Obok scenarzystów i rysownik miał niełatwe zadanie. Jak ukazać potworności życia w getcie, aby nadmiernie nie epatować realizmem? Aby zaintrygować, a nie odstraszyć? Artysta zdecydował się na uproszczony rysunek postaci. Sendlerowa i jej pomocnicy wyglądają bardzo przyjaźnie i sympatycznie, natomiast przedstawienie faszystów ma wyraźnie karykaturalny charakter. Kreska konturu jest wyraźna, dość gruba. Gdy przyjrzymy się jej z bliska, to okaże się, że jest delikatnie karbowana, jakby Davidowi Evrardowi podczas rysowania drżała dłoń. Irena to komiks dla najmłodszych, dlatego na tak wielu kadrach ukazano dzieci, które biegają, bawią się z psem, grają w piłkę, rozmawiają, biją i szarpią – słowem zachowują się normalnie i zgodnie z oczekiwaniami.

Wrażliwość na cierpienie innych, hart i moralna niezłomność Sendlerowej stanowią wzorzec do naśladowania. Daleki jestem o uogólnień i generalizowania, ale wydaje mi się, że współczesna sytuacja polityczna i społeczna powoduje, iż warto dzieci zapoznać z omawianym komiksem. Rzecz prowokuje do rozmowy o okropieństwach wojny, ale i o prawości, odpowiedzialności oraz szlachetności.

Jean-David Morvan & Séverine Tréfouël (sc.), David Evrard (rys.), „Irena #1: Getto”, tłum. Małgorzata Fangrat, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4+, rysunki: 4, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Storm #4: Legenda o Yggdrasilu | Miasto potępionych

06/06/2017 § 1 komentarz


Storm i Rudowłosa w Parku Jurajskim

Poniekąd już się przyzwyczailiśmy, że co nowy tom z przygodami Storma i Rudowłosej, to nowy scenarzysta. I nie inaczej jest w wypadku „czwórki”, która zawiera dwie opowieści: Legendę o Yggdrasilu oraz Miasto potępionych. Obie wyszły spod ręki brytyjskiego scenarzysty Kelvina Gosnella, który pchnął fabułę w zupełnie innym kierunku. Jak czytamy we wstępie tomu: „Lawrance, który dopiero co skończył dwa albumy wypełnione międzygwiezdnymi bitwami (patrz: Storm tom 3), chciał wreszcie uwolnić się od technologicznej fantastyki naukowej i skierować serię na nowe tory. Oczekiwał, że w kolejnych częściach będzie więcej fantasy niż science fiction”. Czy Gosnell spełnił oczekiwania rysownika (i redakcji „Eppo”)?

Pierwsze trzy plansze albumu Legenda o Yggdrasilu odwołują się do wydarzeń, które rozegrały się w uprzednich odsłonach cyklu. Azurianie zostali pokonani, część z nich postanowiła pozostać na Ziemi i pokojowo koegzystować z ludźmi. Nasz bohater, który przewodził powstaniu, został obwołany Wodzem nowego społeczeństwa. Jednakże zaszczytna rola nie bardzo mu odpowiada, wyraźnie się w niej nie odnajduje. Dlatego podejmuje ryzykowany plan powrotu do swoich czasów: porywa statek kosmiczny i jeszcze raz wlatuje w Czerwoną Plamę w okolicach Jowisza. W niebezpiecznej podróży towarzyszy mu, oczywiście, Rudowłosa, która ukryła się w ładowni.

Jakież wielkie jest ich zaskoczenie, gdy zamiast przenieść się do XXV wieku temporalna anomalia ekspediuje parę jeszcze dalej w przyszłość. Nie mają nawet czasu rozejrzeć się po świecie, bo od razu trafiają do niewoli humanoidalnych i inteligentnych gadów, które z wyglądu przypominają dwunożne dinozaury. Kapłan zarządza złożenie ich w ofierze czczonemu bóstwu, ale najpierw Storm musi udowodnić, że jest godzien zostania „kozłem ofiarnym”, czyli stoczyć pojedynek na śmierć i życie z przywódcą plemienia.

Fabuła bieżących części jest dość pokręcona, bo okazuje się, że obok plemienia gadów na Ziemi żyją także ludzie, którzy od dziesięcioleci toczą nieustającą wojnę z nimi. Dodatkowo gdzieś na Antarktydzie znajduje się ukryte miasto Ojców Założycieli, którzy posługują się wielce zaawansowaną technologią, podobno posiadają oni także urządzenie do podróży w czasie. Dlatego nie dziwi, że Storm i Rudowłosa kierują się do Miasta-Utopii. Nad poprawnością działania i funkcjonowania czuwa wielki komputer. O tym, jakie przygody przeżyli na miejscu opowiada już album Miasto potępionych.

Omawiany tom potwierdza tylko wielki kunszt rysownika. Recenzując poprzednie odsłony zwracałem uwagę na biegłość artysty w odwzorowywaniu, a właściwie budowaniu od podstaw całej rzeczywistości. I nie inaczej jest w „czwórce”, gdzie musiał wykreować cały świat zamieszkały przez fantastyczne stworzenia (humanoidalne dinozaury, latające konie czy prymitywne roboty-rycerze) Warto zwrócić uwagę na ewolucję Rudowłosej. W „trójce” została odstawiona na boczny tor, a w omawianej odsłonie jest heroiną z krwii kości. W samej fabule uzyskuje znaczącą podmiotowość, dodatkowo Lawrence zaprojektował dla niej nową garderobę, a właściwie prawie całkiem ją rozebrał, pozostawiając jedynie buty i bikini. Kobieta emanuje seksapilem.

Z perspektywy całego komiksu wydaje się, że decyzja, aby zaangażować na scenarzystę Kelvina Gosnella, była trafna. Pisarz w ciekawe miejsce przestawił akcenty, zrobił to z wprawnie i płynnie. Opowieść, która do tej pory nosiła znamiona klasycznej space opery zyskuje dodatkowy i atrakcyjny wymiar. Czy kolejni scenarzyści pociągnęli, a może rozbudowali, wątki fantasy? Wierni czytelnicy już mogą się o tym przekonać, gdyż od kilkunastu dni „piątka” dostępna jest w sprzedaży.

Kelvin Gosnell (sc.), Don Lawrence (rys.), „Storm #4: Legenda o Yggdrasilu | Miasto potępionych”, tłum. Krzysztof Janicz, Wydawnictwo Kurc, Koluszki 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 5-, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Podboje #1: Horda żywych

05/06/2017 § Dodaj komentarz


Scytowie zawierają przymierze

Bardzo lubię komiksy, których akcja osadzona jest w mitologii czy też w ważnych wydarzeniach historycznych. Nierzadko alternatywna historia potrafi wciągnąć bardziej niż ta prawdziwa, przy czym laik często ma problem z odkryciem, co wydarzyło się naprawdę, a co jest dziełem wyobraźni pisarza. Tego wrażenia nie miałem jednak przy kolejnym dziele belgijskiego scenarzysty Sylvain Runberga. Z jego pracami miałem do czynienia kilka razy, recenzując serię Konugowie czy Milenium. Pierwsza wypadła przeciętnie, aczkolwiek z ciekawym finałem, a druga wessała mnie od razu. Problem w tym, że Millenium nie zostało wymyślone przez Runberga, a jedynie zaadaptował on dzieło Stiega Larssona na karty komiksu. Jak zatem wypadł jego kunszt pisarski w Podbojach? Cóż, w moim odczuciu mieszanie, choć album ma więcej zalet niż wad.

Komiks opisuje historię wojny pomiędzy Hetytami a Scytami, przy czym nie podano tutaj konkretnych ram czasowych. Jeśli ktoś interesuje się historią Starożytną tamtych rejonów zapewne wie, że Imperium Hetytów upadło przed powstaniem militarnej siły Scytów, którzy dominowali na polach bitew jako wspaniali łucznicy. Zresztą to właśnie temu ludowi spore grono historyków przypisuje wynalezienie łuku refleksyjnego, tak charakterystycznego dla łuczników z Bliskiego Wschodu. Mimo wszystko sięgając po serię Podboje należy położyć ogromny nacisk na słowo „fantastyka”, gdyż mitologię poznamy tutaj raczej od strony przedstawienia kultury, strojów i imion poszczególnych postaci, nawiązujących do ważnych miejsc z starożytnego świata. Sama fabuła zaś jest bardzo prosta. Oto Imperium Hetytów chwieje się w posadach, po tym jak doznało licznych ataków ze strony Ludów Morza. Młody król, Hattusilis, postanawia odbudować potęgę swego państwa i zaczyna najeżdżać okoliczne ziemie. W końcu trafia na tereny Scytów, ludu nomadów zamiłowanego w koniach, który postanowił jednak osiąść i wznieść kilka miast. Najpotężniejsze z nich zwane Haumawargi jest siedzibą trzech wielkich władców Scytów. To oni w odwecie na atak agresora zbierają swe plemiona i budują z nich Hordę Żywych, która rusza naprzeciw wojskom Hattusilisa.

Tak w skrócie przedstawia się fabuła tej trzytomowej serii, której wszystkie części mają zostać wydane w tym roku (drugi tom w lipcu, a trzeci w listopadzie). Co do scenariusza powiem wprost – „ma ręce i nogi”, akcja prowadzona jest wartko, zaś całość napisana interesująco. Podczas lektury miałem silne uczucie jakbym próbował zjeść odgrzewanego, do tego nie jeden raz, starego kotleta. Nic mnie specjalnie nie zaskoczyło, nie spowodowało zdziwienia czy zniesmaczenia. To porządna, rzemieślnicza robota, jednak przy takim potencjale fabularnym, można było pokusić się o coś więcej niż tylko wykorzystać sprawdzone schematy. Z drugiej strony ta „powtórka z rozrywki” jest udana, nie nuży. Zatem komiks dobrze sprawdza się na polu do polecenia laikowi, który chce spróbować czegoś nowego niż Thorgal czy wszędobylskie superhero.

W tym momencie należy zaznaczyć i podkreślić jedna, bardzo istotną, rzecz – komiks jest przeznaczony tylko i wyłącznie dla odbiorcy pełnoletniego. Sporo tutaj negliżu oraz brutalnych i krwawych scen, co jest zresztą udanym przeniesieniem realiów kulturowych oraz historycznych ludów zamieszkujących Bliski Wschód w VII wieku p.n.e.. Trzeba przyznać, że te elementy w komiksie, mimo swej dominacji, nie budzą u czytelnika niesmaku. W praktyce oddają pełnię charakteru tamtejszych wierzeń czy sztuki prowadzenia wojny, choć autorzy troszkę całość doprawili odrobiną fantazji. Praktycznie cała zasługa za tak dobre przedstawienie tego aspektu należy się rysownikowi, François Miville-Deschênes. Jego prace są wykonane świetnie, przyciągają oko malowniczymi kolorami, za które również odpowiadał, a jednocześnie nie ociekają brudem, choć ten spowija nieraz ciała wojowników i wojowniczek. Tak naprawdę jest to najmocniejsza strona recenzowanej pozycji, choćby dla niej warto zainteresować się serią.

Na koniec muszę wspomnieć o najciekawszej postaci w całym albumie, dzięki której (i tylko dzięki niej) nie ziewałem podczas lektury. Myślę tu o babilońskiej kronikarce imieniem Thusia. Została wysłana przez władcę Babilonu w celu zaciśnięcia więzi przyjaźni z Scytami. Jednocześnie, jako dar dla nich, ma napisać kronikę ich wojny z Hetytami, która zostanie złożona w wielkiej bibliotece Babilonu. Z tego powodu spora część komiksu jest opisana oczami kronikarki, która w umiejętny sposób przedstawia kulturę oraz obyczaje poszczególnych plemion Scytów. Zabieg ten jest naprawdę porządnie pomyślany, a do tego sama postać Thusi nawiązuje ciekawe relacje z innymi bohaterami tej opowieści.

Podboje to komiks balansujący na pograniczu słów „niezły” a „dobry”. Z jednej strony umiejętnie łączy starożytną historię ludów Bliskiego Wschodu z fikcją, gdzie swoje miejsce nalazł nawet lud Atlantów oraz magia, a z drugiej czuć mocno odgrzewane danie. Z tego powodu komiks potrafi nie zapaść jakoś szczególnie w pamięć, choć dużo zależy kto jakie ma doświadczenie z tego typu dziełami. Z pewnością będzie to miła odskocznia dla osób siedzących tylko w uniwersum superbohaterów Marvela lub DC Comics, ale fani historii i mitologii niekoniecznie będą umieli się tutaj odnaleźć. Szczególnie jeśli mieli do czynienia z Mureną czy Krucjatą pióra Jeana Dufauxa.

Sylvain Runberg (sc.), François Miville-Deschênes (rys.), „Podboje #1: Horda żywych”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1110, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Artur Tojza]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with komiks europejski at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: