Hasib i królowa węży

11/04/2018 § Dodaj komentarz


Mistrz opowieści

David B., właściwie Pierre-François Beauchard, należy do grona moich ulubionych twórców komiksowych. Cenię autora choćby za Rycerzy Świętego Wita – pozycję wybitną i arcyciekawą. Dużym sentymentem darzę również album Uzbrojony ogród. Francuski artysta w swoim kolejnym komiksie opowiada historię, która jest obrazkową adaptacją jednej baśni z Księgi tysiąca i jednej nocy. Czterysta osiemdziesiątej drugiej nocy Szeherezada zabawiała sułtana historią losów młodego drwala, który został zamknięty w jaskini przez towarzyszy wyprawy po miód.

Hasib, tak ma na imię młodzieniec, wędruje śladem skorpiona po podziemnym świecie i dociera do królestwa węży, gdzie poznaje tytułową królową. Ona raczy młodzika opowieścią o królu Bulukiji mieszkającym w Kairze, który pewnego dnia wyruszył w świat po to, aby odnaleźć proroka Muhammada. Podczas wędrówki król spotyka najpierw mędrca Affaniego, którego raczy opowieścią o swojej wędrówce i życiu. W dalszą podróż ruszają wspólnie. Gdzieś na wyspie były król natyka się na księcia Dżanszacha. Panowie dzielą się (niczym chlebem i winem) opowieściami o własnych przygodach. Dżanszach raczy go opowieścią o tym, jak zakochał się w kobiecie-ptaku.

Jak widać fabuła ma konstrukcję szkatułkową: ktoś komuś coś opowiada, a tamten ktoś w podziękowaniu za zaufanie, opowiada komuś innemu coś zupełnie innego i w tej snutej historii kolejny raz pojawia się wątek, w którym ktoś komuś coś opowiada. Pozornie poszczególne narracje się ze sobą nie łączą, ale w finale powracamy do wątku o Hasibie i towarzyszy wyprawy po miód. Opowiadania nie są ani szczególnie odkrywcze, ani błyskotliwe, a mimo to ciekawe. Kręcą się wokół kilku ponadczasowych motywów, takich jak: miłość, zdrada, lojalność, poświęcenie czy przyjaźń.

Hasib… powala warstwą ilustracyjną i kolorystyczną. Osoby, które miały już okazję zetknąć się z pracami Davida B. wiedzą, że nie ma on sobie równych w tworzeniu onirycznych, groteskowych i symbolicznych konstrukcji. Kadry i plansze ozdobione zostały ogromną ilością ornamentów geometrycznych i arabesków. Częstokroć układ paneli na stronie jest nieoczywisty i zaskakujący. Oprawa graficzna przywodzi na myśl perskie miniatury z XV i XVI wieku. Pewnie, gdyby się głębiej pochylić nad poszczególnymi ilustracjami Francuza, to okazałoby się, że artysta wykorzystał język symboli dawnych miniaturzystów. Dla przykładu w scenach nauki i czytania w tle możemy zobaczyć drzewo, które zgodnie z tradycją symbolizuje mądrość Salomon (znanego w świecie islamskim pod imieniem Sulejmana).

Umoralniająca morał każdego z opowiadań ma znaczenie. Jednak clou albumu sprowadza się do samego aktu opowiadania, wiary w literaturę i możliwości narracji. Omawiany album skojarzył mi się z powieścią Hakawati. Mistrz opowieści autorstwa Rabiha Alameddine’a, który w wywiadzie z Grzegorzem Jankowiczem powiedział: „Impuls do opowiadania historii to jedna z podstawowych ludzkich potrzeb. (…)Tworzymy historie, by się ze sobą porozumieć, by się do siebie zbliżyć, by śmierć trzymać na wodzy (nie po to, by jej uniknąć, bo to niemożliwe, ale by ją oswoić), by utrzymać przy życiu tych, których kochamy. Opowiadamy, by utrwalić naszą historię, uśmierzyć ból, wyjaśnić, kim jesteśmy, uwieść kochanka lub kochankę. Opowieści czynią nas ludźmi. Myślimy opowieściami. Rozmawiamy za ich pomocą. Kochamy się w opowieściach albo idziemy w nich na wojnę”. Jeśli zgadzacie się z pisarzem, to koniecznie sięgnijcie po komiks Hasib i królowa węży.

David B. {właśc. Pierre-François Beauchard} (sc. & rys.), „Hasib i królowa węży”, przeł. Krzysztof Umiński, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Reklamy

Dodo

06/04/2018 § Dodaj komentarz


Dziewczynka i nielot

Mama sześcioletniej Laili jest wiecznie zapracowana i zabiegana, nie ma wolnej chwili dla swojej córki. Dlatego dziewczynka większość czasu spędza sama w domu. Małoletnia bohaterka na różne sposoby próbuje radzić sobie z samotnością, nudą i odtrąceniem (rodzice się niedawno rozstali, a ojciec się wyprowadził). Pewnego popołudnia obserwując przez lornetkę pobliski park i nagle dostrzega dziwacznego ptaka, który grzebie w śmietniku w poszukiwaniu jedzenia. Rozemocjonowana Laila zgarnia tytułowego nielota do domu.

Czy dodo zostanie jej wymarzonym i bliskim przyjacielem? Czyżby w końcu dla dziewczynki skończył się okres permanentnej samotności? Relacja z Rafinho (takie imieniem zostaje ochrzczony ptak) jest dla dziewczynki sposobem na ucieczkę od frustrującej codzienności – od kłócących i wzajemnie oskarżających rodziców, od wybuchów histerycznego płaczu matki czy niezrozumiałych dla córki przemów i monologów o przeszłości Jednak nowych towarzysz zabaw okazuje się wielką, chodzącą katastrofą i globalnym kataklizmem. Jegomość pożera wszystko, co napotka na swojej drodze. Jest niczym tornado, które wywraca dom do góry nogami. Kumulacja niepohamowanego apetytu przypada na moment kolejnej kłótni rodziców.

Opowieści Felipe Nunesa nie należy odczytywać wprost, narracja ma wybitnie metaforyczny charakter. Pojawienie się ptaka i rozwijająca się relacja, symbolizuje zmianę w życiu bohaterki. Pamiętajmy, że dront dodo to wymarły gatunek ptaka – nie ma powrotu do tego, co było. Można tylko iść do przodu. Dodo to uosobienie lęków małej dziewczynki. Autor nie koncentruje się na przyczynach rozstania rodziców, a na konsekwencjach jakie niesie ono dla dziecka. Sytuację obserwujemy i poznajemy z perspektywy sześcioletniej dziewczynki, która nie rozumie, co się dzieje między rodzicami i tego, jak działa świat dorosłych ludzi.

Ze względu na złożoność i nieprzenikliwość relacji dorosłych wymowa całości nie jest jednoznaczna. Dzieci znajdą w komiksie głównie opowieść o wyimaginowanym przyjacielu, a dorośli odbiorą całość jako pewną formę lekcji poglądowej. Dodo to przejmująca i szczera do bólu rzecz, w której najważniejsze są emocje dziecka po rozstaniu się rodziców: niezrozumienie, zagubienie, frustracja, rozdarcie i poczucie osamotnienia.

Felipe Nunes (sc. & rys), „Dodo”, tłum. Jakub Jankowski, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Lady S #6: Portugalski galimatias

21/01/2018 § Dodaj komentarz


W tym szaleństwie jest metoda

Zupełnie niedawno przeczytałem kryminał Gdy morze cichnie, którą napisał norweski pisarz Jørn Lier Horst. Końcówka powieści (tj. finalne rozwiązanie) skojarzyła mi się z fabułą komiksu Portugalski galimatias. Obie pozycje dotykają tematu terrorystycznego zagrożenia, na jakie narażone są właściwie wszystkie państwa europejskie ze strony ekstremistycznych bojówek islamskich. W wypadku powieści potencjalny zamach miał mieć miejsce w Norwegii, a w wypadku komiksu – w Francji.

Po wydarzeniach przedstawionych w albumie Kret w Waszyngtonie (klik! klik!) Suzan Fitzroy została pozbawiona amerykańskiego obywatelstwa i wydalona ze Stanów. W bieżącej odsłonie spotykamy kobietę w Strasburgu, gdzie od trzech miesięcy pracuje jako tłumaczka w Parlamencie Europejskim. Szania próbuje na nowo się odnaleźć, zdefiniować. Mieszka w wynajętym mieszkaniu, które dzieli z pochodzącą z jakiegoś kraju arabskiego Kadiją. Obie panie nie stronią od uciech życia, chodzą nawet na podwójne randki. Podczas jednego z takich wieczorów nasza bohaterka poznaje Farika Hassine’a, który wywiera na niej dobre wrażenie: stateczny, mądry, oczytany i mający swoje zdanie. Parę połączy romantyczne uczucie czy fizyczne doznania?

No, nic z tych rzeczy. Wielki Jean Van Hamme ma wobec bohaterki zupełnie inne plany. Stabilizacja, nawet mała, nie jest kobiecie pisana. Kłopoty, szpiegowskie rozgrywki i afery na stałe są wpisane w jej życie. Tym razem pretekstem do nawiązania ponownej współpracy z Orionem jest płyta z pewnymi wrażliwymi danymi, którą Farik podrzucił do torebki Szani. Pewnie zastanawiacie się, jak to się wiąże z Portugalią? Mógłbym podzielić się tą informacją, ale jeśli tak zrobię, to odbiorę Wam frajdę samodzielnego zapoznania się z albumem. Należy oddać scenarzyście sprawiedliwość – fachowo buduje opowieść. Trochę razi, ale nie zraża, że wciąż używa tych samych lub bardzo podobnych elementów składowych.

Ponownie nie zawodzi Philippe Aymond, który wiernie przedstawia miejsca akcji oraz występujące postaci. Zmiana lokacji pozwala na ukazanie kolejnych realnych plenerów i miast (piękna Lizbona!). Właściwie do konstrukcji skądinąd rozrywkowej fabuły nie można się przyczepić, akcja prze do przodu, a całość czyta się z zainteresowaniem i uwagą. Wpleciono postaci, które już wcześniej występowały w serii. Na pochwałę zasługuje także rozwiązanie wątku ojców protagonistki (rodzonego i przybranego). Ciekawe, jak dalej potoczą się losy Estonki? Liczę, że w marcu lub w kwietniu oficyna Kubusse wypuści na rynek „siódemkę”. Czekam!

Jean Van Hamme (sc.), Philippe Aymond (rys.), „Lady S #6: Portugalski galimatias”, przeł. Jakub Syty, Wydawnictwo Kubusse, Lublin 2017.

[scenariusz: 5-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 5]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Torpedo 1972

16/01/2018 § Dodaj komentarz


Luca Torelli to Torpedo

Torpedo to nowojorski gangster o sycylijskich korzeniach. Drań bez skrupułów, czepiący z życia pełnymi garściami, a gdy życie nie chce mu po dobroci dać tego, co pragnie – wtedy on wydziera to siłą. Pięciotomowa seria od Taurus Media przedstawiała losy bohatera w scenografii retro, tak dobrze znanej z retrospekcji z Ojca Chrzestnego II. Nasz Torpedo to postać dokładnie z drugiego czy trzeciego planu filmów Coppoli. Cykl przedstawiał proste gangsterskie opowiastki, operując przy tym znakomitą kreską i świetnym wykorzystaniem kontrastów, jakie oferują czerń i biel. Lubię bardzo. Dlatego polecam nowe zbiorcze wydanie od Non Stop Comics: Torpedo 1936, bo to świetna rzecz, grubaśny integral wart jest wyłożonych na niego pieniędzy.

Nieco inaczej przedstawia się sprawa z wydanym także przez NSC albumem Torpedo 1972. To stworzona kilkanaście lat później krótka opowieść o tytułowym cynglu w wieku emerytalnym. Dalej nie ma skrupułów, dalej brutalnie i przedmiotowo traktuje kobiety. Niestety – albo jego życie nie jest już ani trochę ciekawe, albo podano w tym komiksie jakiś naprawdę mało poruszający wycinek. Jest Torpedo i jego pomagier, ambitny reporter i jego narzeczona fotografka, jest też trzech braci, gangsterów chcących pomścić śmierć ojca. Więcej napisać nie mogę, bo jeszcze zdanie lub dwa, a streszczę całą opowieść, która liczy sobie jedynie 50 stron.

Plusy? Dostajemy przedmowę i galerię szkiców, co ma o tyle istotne znaczenie, że album narysował ogromnie u nas ceniony Eduardo Risso. Zawsze miło zobaczyć coś, co powstało pod jego ręką. Szkoda, że scenarzysta Enrique Sanchez Abuli nie wymyślił mu zbytnich wyzwań, przy których mógłby się wyszaleć. Są więc gadające głowy, kobieta w wersji dość ponętnej, fachowe granie czernią, przyzwoite kolory, ale to wszystko konesera Risso nie powali. Rysunkowo oczywiście artysta trzyma poziom, ale zapamiętam z tego albumu tylko pocztówkowe obrazki Nowego Jorku i przerysowane sceny otwierające Ojca chrzestnego.

Torpedo 1972 to album dla tych największych fanów Risso i serii. Pozostałych czytelników raczej zawiedzie. Premiera sequela jest świetną okazją, abym jeszcze raz gorąco polecił oryginał. Sięgnijcie po Torpedo 1936. Bohatera niekoniecznie polubicie, choć komiks o nim, właśnie ten starszy, to bardzo dobra rzecz.

Enrique Sánchez Abulí (sc.), Eduardo Risso (rys.), „Torpedo 1972”, tłum. Jakub Jankowski, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Centaurus #3: Szalona ziemia

10/01/2018 § Dodaj komentarz


Obcy wśród kolonistów

Kosmiczna epopeja trwa w najlepsze. Na orbicie planety Vera, gdzieś w gwiazdozbiorze Centaura gatunek ludzki walczy o przetrwanie. Niespełna 9800 kolonistów z niecierpliwością oczekuje na wyniki misji doktor Mary-Mae Randolf, która wraz z niewielkim zespołem badawczym sprawdza, czy „nowa Ziemia” nadaje się do zamieszkania. Tymczasem na pokładzie orbitującego statku-świata trwa nerwowe śledztwo, które dotyczy obecności na pokładzie jakiegoś intruza.

Fabuła, jak uprzednio, prowadzona jest dwutorowo. W „trójce” rozdzielność wątków została dodatkowo podkreślona zerwaniem łączności między forpocztą osadników, a centrum dowodzenia. Przy okazji jeden z techników odkrywa, że ktoś majstrował w układzie sterowania. Nie udaje mu się jednak złożyć pełnego raportu, ponieważ zostaje zamordowany. Co prowadzi do jednoznacznego wniosku, że obcy wciąż jest/są na statku.

Równocześnie na planecie rozgrywają się nie mniej dramatyczne wydarzenia. Vera nadal skrywa wiele nierozwikłanych tajemnic i niespodzianek. Ekipa dociera do miasta, które wygląda jak wierna kopia opactwa Mont Saint-Michel. Ktoś (nadal nie wiadomo kto) bardzo się postarał, aby odtworzyć każdy, nawet najdrobniejszy szczegół – zrekonstruowano nawet ułożenie suwenirów na półkach w sklepie z pamiątkami czy papierowe banknoty w kasie. Dodatkowo znalezione zostają pozostałości czyjegoś obozowiska… Czyżby członkowie ekspedycji nie byli tu jedynymi inteligentnymi osobnikami? Widok wywołuje zimny dreszcz, dlatego grupa nie zatrzymuje się i rusza dalej. Kolejna lokacja wygląda równie zaskakująco, ale okazuje się dużo bardziej niebezpieczna.

Pisząc o „jedynce” (klik! klik!) i „dwójce” (klik! klik!) zwracałem uwagę, że mam niejakie problemy z zaakceptowaniem i pozytywną oceną wartości graficznej. Ilustracje, które tworzy Zoran Janjetov, sprawiają wrażenie tworów sztucznych i topornych. Największe zastrzeżenia miałem (i mam) względem przedstawienia i mimiki postaci. I pod tym względem Szalona ziemia nie odbiega od uprzednich odsłon.

Marcin Kamiński recenzując album Ziemia obiecana dowodził, że cykl mógłby z powodzeniem być spin-offem opowieści Leo osadzonych w uniwersum Aldebarana: „Oba tytuły są realistycznymi historiami sci-fi opowiadającymi o eksploracji nowych, nieznanych planet. Przygodowa fabuła jest w nich równie ważna jak wiarygodne i zaskakujące przedstawienie fantastycznych flory i fauny(…)”. Centaurus to seria, w której główny nacisk położony został na intrygującą zagadkę. Rzecz fabularnie zaciekawia. Scenarzyści, podstawiając czytelnikowi kolejne tajemnice, sprawnie budują napięcie. Znamienne i intrygujące, bo w zamian nie podają zbyt wielu rozwiązań. Czytający ma pole do popisu dla własnej wyobraźni. Co prawda zakończenie bieżącego tomu rzuca nikłe światło na to, czego do tej pory się dowiedzieliśmy i w jakim kierunku zmierzać będzie dalsza opowieść. Ciekawe, czy przypuszczenia się sprawdzą…

Leo {właśc. Luiz Eduardo de Oliveira} & Rodolphe {właśc. Rodolphe D. Jacquette} (sc.), Zoran Janjetov (rys.), „Centaurus #3: Szalona ziemia”, tłum. Wojciech Birek, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 2+, kolory/cienie: 3]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Esmera

12/12/2017 § 1 komentarz


Esmera i Eco

Na okładce komiksu Esmera sprytnie ukryto informacje z jakiego typu produkcją mamy do czynienia. W pierwszej chwili naszą uwagę przykuwa kolor tła, od którego odcina się – niczym w wycinance miejskiego sylwetkarza – ciemny kobiecy profil: krótkie włosy, mały nos i wydatne usta. Po chwili zauważamy, że wewnątrz zarysu ukryto dodatkową ilustrację. Chcąc dokładnie stwierdzić, co przedstawia, musimy podsunąć album prawie pod nos. Dopiero wówczas zobaczymy zbiorową scenę, na której dwie nagie kobiety i dwóch nagich mężczyzn.

Kobieta, którą mamy okazję oglądać w centrum zbiorowej sceny na okładce, to tytułowa Esmera. Dziewczynę poznajemy jako nastolatkę, która w roku 1965 uczęszcza do gimnazjum Sacro Cuore i mieszka w internacie prowadzonym przez siostry zakonne. Za współlokatorkę ma namiętną Rachel, która nocami sprowadza do pokoju swego kochanka. Esmera nie śpi, podsłuchuje, uważnie przygląda się ognistym wygibasom i zapamiętuje. Dodatkowych, wyuzdanych lekcji koleżanka udziela jej osobiście.

Odkrycie przez protagonistkę radości płynących z uprawiania seksu niesie ze sobą dodatkową, nieoczekiwaną niespodziankę, która finalnie okazuje się problematycznym przekleństwem. Nie będę zdradzał na czym polega haczyk, bo to clou opowieści wymyślonej przez Zepa (właśc. Philippe Chappuis, tak, to ten sam pan od serii Titeuf). W każdym razie dzięki swojej „przypadłości” Esmera może korzystać z uroków seksu mocniej i pełniej, a także cieszyć się dwa razy dłuższym życiem. Wszystko ma swoją cenę…

Lektura komiksu przypomniała mi felieton Jak rozpoznać film porno autorstwa Umberto Eco, w którym stoi: „(…) film pornograficzny, jeśli ma być warty ceny biletu lub wideokasety, powiada nam, że pewne osoby kopulują ze sobą, mężczyźni z kobietami, mężczyźni z mężczyznami, kobiety z kobietami (…). I to byłoby jeszcze w porządku, ale pełno tutaj przerw w akcji (…). W filmach pornograficznych roi się od postaci, które wsiadają do samochodu i przemierzają całe kilometry, od par, które tracą niewiarygodnie dużo czasu na zameldowanie się w hotelu (…) Mówiąc prosto z mostu, choć nieco ordynarnie, nim dojdzie do zdrowego spółkowania, trzeba zapoznać się kapkę z problemami komunikacji”. Jeśli słowa słynnego semiologa potraktujemy dosłownie i przyłożymy do omawianej pozycji, to tak, Esmera jest komiksem wartym swojej ceny.

Zep {właśc. Philippe Chappuis} (sc.), Vince {pseud.} (rys.), „Esmera”, tłum. Katarzyna Sajdakowska, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4-, kolory/cienie: 4+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Storm #5: Uśpiona śmierć | Piraci z Pandarwii

07/12/2017 § Dodaj komentarz


Stare się kończy, nowe zaczyna

Piąty zbiorczy tom serii Storm, który zawiera albumy Uśpiona śmierć oraz Piraci z Pandarwii, jest z kilku powodów rzeczą przełomową. Po pierwsze etatowy rysownik Don Lawrence pierwszy i ostatni raz próbuje swoich sił jako autor fabuły. Po drugie na fotel głównego i stałego scenarzysty powraca Martin Lodewijk, czyli współpomysłodawca całej serii i autor skryptu drugiej odsłony. Po trzecie albumem Uśpiona… kończy się cykl Kroniki świata na dnie, a Piratami… rozpoczyna się nowy rozdział epopei, który nosi podtytuł Kroniki Pandarwii. Z konkretnymi i szczegółowymi informacjami o autorach, redaktorach i meandrach wydawniczych możemy zapoznać się czytając kolejny odcinek Nieodkrytego Storma.

Akcja odcinka Uśpiona śmierć rozgrywa się w dusznej i wiecznie zielonej puszczy, przez którą przedzierają się Storm i Rudowłosa. Nie są jednak sami, obserwuje ich grupa wojowniczych Indian. Dziewczyna zostaje postrzelona zatrutą strzałką i nagle traci przytomność. Mężczyzna bez większych problemów obezwładnia napastników i zmusza, aby poprowadzili do wodza. Satrapa posiada cudowne antidotum, jednak nie chce się nim dzielić, chyba że Storm… I w tym miejscu rozpoczyna się kolejna przygoda protagonisty, który tym razem przyczyni się do zjednoczenia dwóch zwaśnionych plemion. Narracja prowadzona jest poprzez dwie linie fabularne. W drugiej Rudowłosa daje „małą” próbkę swego silnego i niezależnego charakteru. Oj, biedny syn Yucana, który umyślił sobie małżeństwo z dziewczyną.

Natomiast fabuła Piratów… rozgrywa się z dala od Ziemi. Storm i Rudowłosa zostają porwani przez strumień czerwonego światła i przeniesieni na drugi kraniec galaktyki, gdzieś w okolice planety Pandarwia. Tymczasem nie wiemy, dlaczego władca planety – teokrata Marduk – wydał zlecenie porwania Stroma. Mężczyzna w swoich wypowiedziach nazywa go „anomalią”. Eksperyment uprowadzenia prawie się udał. W wyniku spadku mocy promień porzucił naszych bohaterów przed osiągnięciem celu. Przeciwności losu powodują, że para się rozdziela: Storm zostaje uratowany przez wielorybnika, a Rudowłosa trafia w łapy władającego planetą despoty.

Don Lawrence kolejny raz dowodzi wysokiego kunsztu artystycznego. Dlatego ciężko w tym aspekcie napisać coś nowego. W końcu regularnie chwalę. Nie inaczej musiałbym postąpić w wypadku „piątki”: urzeka bogactwo detali, kreacja świata przedstawionego oraz dziwaczny stworzeń. Moje ulubione plansze przedstawiają przestrzeń powietrzną nad Vertiga Bas (strony 84 i 85): korsarskie statki rodem z XV wieku, które miast pływać, unoszą się swobodnie w powietrzu.

Za sprawą Piratów z Pandarwii omawiana odsłona jest znacząca. Grubą kreską zostaje odcięte to wszystko, co było. Serial poniekąd rozpoczyna się na nowo. Zmiana lokacji to dobre posunięcie, daje pisarzowi pełną swobodę w kreowaniu kolejnych przygód Storma i Rudowłosej. Dobrze wróży wprowadzenie nowych postaci, które chyba zostaną na dłużej. Zresztą, przekonamy się o tym już za tydzień, gdy do sprzedaży trafi „szóstka”, która zawiera: Labirynt śmierci oraz Siedmiu z Aromatery (klik! klik!).

Don Lawrence & Martin Lodewijk (sc.), Don Lawrence (rys.), „Storm #5: Uśpiona śmierć | Piraci z Pandarwii”, tłum. Krzysztof Janicz, Wydawnictwo Kurc, Koluszki 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5-, kolory/cienie: 5]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with komiks europejski at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: