Storm #5: Uśpiona śmierć | Piraci z Pandarwii

07/12/2017 § Dodaj komentarz


Stare się kończy, nowe zaczyna

Piąty zbiorczy tom serii Storm, który zawiera albumy Uśpiona śmierć oraz Piraci z Pandarwii, jest z kilku powodów rzeczą przełomową. Po pierwsze etatowy rysownik Don Lawrence pierwszy i ostatni raz próbuje swoich sił jako autor fabuły. Po drugie na fotel głównego i stałego scenarzysty powraca Martin Lodewijk, czyli współpomysłodawca całej serii i autor skryptu drugiej odsłony. Po trzecie albumem Uśpiona… kończy się cykl Kroniki świata na dnie, a Piratami… rozpoczyna się nowy rozdział epopei, który nosi podtytuł Kroniki Pandarwii. Z konkretnymi i szczegółowymi informacjami o autorach, redaktorach i meandrach wydawniczych możemy zapoznać się czytając kolejny odcinek Nieodkrytego Storma.

Akcja odcinka Uśpiona śmierć rozgrywa się w dusznej i wiecznie zielonej puszczy, przez którą przedzierają się Storm i Rudowłosa. Nie są jednak sami, obserwuje ich grupa wojowniczych Indian. Dziewczyna zostaje postrzelona zatrutą strzałką i nagle traci przytomność. Mężczyzna bez większych problemów obezwładnia napastników i zmusza, aby poprowadzili do wodza. Satrapa posiada cudowne antidotum, jednak nie chce się nim dzielić, chyba że Storm… I w tym miejscu rozpoczyna się kolejna przygoda protagonisty, który tym razem przyczyni się do zjednoczenia dwóch zwaśnionych plemion. Narracja prowadzona jest poprzez dwie linie fabularne. W drugiej Rudowłosa daje „małą” próbkę swego silnego i niezależnego charakteru. Oj, biedny syn Yucana, który umyślił sobie małżeństwo z dziewczyną.

Natomiast fabuła Piratów… rozgrywa się z dala od Ziemi. Storm i Rudowłosa zostają porwani przez strumień czerwonego światła i przeniesieni na drugi kraniec galaktyki, gdzieś w okolice planety Pandarwia. Tymczasem nie wiemy, dlaczego władca planety – teokrata Marduk – wydał zlecenie porwania Stroma. Mężczyzna w swoich wypowiedziach nazywa go „anomalią”. Eksperyment uprowadzenia prawie się udał. W wyniku spadku mocy promień porzucił naszych bohaterów przed osiągnięciem celu. Przeciwności losu powodują, że para się rozdziela: Storm zostaje uratowany przez wielorybnika, a Rudowłosa trafia w łapy władającego planetą despoty.

Don Lawrence kolejny raz dowodzi wysokiego kunsztu artystycznego. Dlatego ciężko w tym aspekcie napisać coś nowego. W końcu regularnie chwalę. Nie inaczej musiałbym postąpić w wypadku „piątki”: urzeka bogactwo detali, kreacja świata przedstawionego oraz dziwaczny stworzeń. Moje ulubione plansze przedstawiają przestrzeń powietrzną nad Vertiga Bas (strony 84 i 85): korsarskie statki rodem z XV wieku, które miast pływać, unoszą się swobodnie w powietrzu.

Za sprawą Piratów z Pandarwii omawiana odsłona jest znacząca. Grubą kreską zostaje odcięte to wszystko, co było. Serial poniekąd rozpoczyna się na nowo. Zmiana lokacji to dobre posunięcie, daje pisarzowi pełną swobodę w kreowaniu kolejnych przygód Storma i Rudowłosej. Dobrze wróży wprowadzenie nowych postaci, które chyba zostaną na dłużej. Zresztą, przekonamy się o tym już za tydzień, gdy do sprzedaży trafi „szóstka”, która zawiera: Labirynt śmierci oraz Siedmiu z Aromatery (klik! klik!).

Don Lawrence & Martin Lodewijk (sc.), Don Lawrence (rys.), „Storm #5: Uśpiona śmierć | Piraci z Pandarwii”, tłum. Krzysztof Janicz, Wydawnictwo Kurc, Koluszki 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5-, kolory/cienie: 5]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Reklamy

Kaznodzieja. Tom 2

28/11/2017 § 2 Komentarze


Klasyka komiksu nie dla każdego

Jestem stary, zblazowany i zdarza mi się prowokacyjnie wygadywać różne brednie, czasem nawet sam nie ogarniam, gdzie u mnie leży granica trollingu. Zżymam się na przykład, że Kaznodzieja to strasznie przereklamowana seria. Tego się będę trzymał, bo poziom ochów i achów przewyższa legendę Ennisa, ale mimo wszystko. Cholera. Jak to dobrze jest napisane.

Drugi tom nowego wydania serii nie wyjeżdża z buta w twarz, bo Irlandas od tego zaczął. Za to mamy ciąg dalszy wiercenia dziury w brzuchu. Poprzednia odsłona (klik! klik!) była niemal wzorcową ekspozycją: przedstawiającą bohaterów i ich tło oraz zarysowującą cel. Kontynuacja to sprawne rozwinięcie. Jest więc kaznodzieja z Texasu, który uwolniony od bolesnych więzi rodzinnych wchodzi na ścieżkę przemocy, by wytropić Boga. Jest jego kobieta. Jest też zaprzyjaźniony irlandzki wampir. To historia drogi – współczesny western z demonami, aniołami, ich potomstwem z nieprawego łoża, Słowem Bożym, oraz szorstką, męską przyjaźnią. Jest też coś jeszcze.

Ennis dopiero teraz zanurza nas w spiskowej intrydze. Jest Jesse Custer, Tulip i Cassidy, ale jest też Graal – tajna religijna organizacja, która stoi nie tylko za Watykanem, ale i za współczesnymi demokratycznymi państwami. Jest więc religia, przepowiednie, więzy krwi, a wspólnym mianownikiem wszystkich wątków pozostaje Bóg. I to wszystko naprawdę cholernie dobrze się wiąże.

Pisarz jedzie prowokacyjnie, poza granicą sztubackiej zgrywy, wulgarnie i z przemocą, ale – paradoksalnie – wrażliwie wobec własnych bohaterów i ich wzajemnych relacji. Większa historia herr Starra i jego knowań przeplatana jest wspomnieniami Cassidyego z czasów, gdy jeszcze nie chłeptał krwi i żył na zielonej wyspie. Wobec irlandzkich niepodległościowców Ennis jest oczywiście równie krytyczny, co wobec organizacji religijnych. Więzi przyjaźni i rzeczy, które mężczyzna musi zrobić, gdy są rzeczy, które mężczyzna musi zrobić, nie upraszczają oczywiście relacje damsko męskie. Wiadomo. Życie.

Drugi tom to znowu wybuchające czaszki, odstrzelone kończyny, flaki i rzucanie kurwami. Brutalizm przeplatany jest z gwałtami, czarnym humorem i orgiami, których jednym z uczestników jest Bogu ducha winny pancernik. Jednocześnie – tak jak na wstępie zaznaczyłem – jest to cholernie dobrze napisane, a wątki świetnie się przeplatają, nie męcząc, pozostawiając przynajmniej mnie z niedosytem na moment, by historia skręciła w inną stronę. Świetnie sprawdza się wtórujący Ennisowi Dillon, który być może podobnie rysuje wszystkie gęby, ale idealnie odnajduje się w tej historii zakrapianej Jackiem Danielsem i przysypanej papierosowym popiołem.

Kaznodzieja nieprzypadkowo jest współczesną klasyką komiksu dla starszego czytelnika. Kolory się zestarzały, kadrowanie jest niedzisiejsze, ale to dalej świetnie opowiedziana historia, gdzie większa opowieść o konfrontacji człowieka z Bogiem w istocie jest przypowieścią o przyjaźni i miłości, w dodatku mistrzowsko przeplecioną świetnymi miniaturkami, które pozostają częścią większej całości. Jak bym napisał że polecam, to bym się niedostatecznie precyzyjnie wyraził. Trzeba. Choć to lektura niekoniecznie dla każdego.

Garth Ennis (sc.), Steve Dillon (rys.), „Kaznodzieja. Tom 2”, tłum. Maciej Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1192 , Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Gnat #2: Kant kontratakuje, czyli przesilenie

27/11/2017 § 8 Komentarzy


 Zadra poszukuje prawdy

W recenzji z pierwszego tom serii Gnat napisałem: „Komiks Jeffa Smitha jest arcydziełem narracji graficznej”. Po przeczytaniu kolejnej odsłony, która nosi podtytuł Kant kontratakuje, czyli przesilenie, podtrzymuję swoją wcześniejszą opinię. Widać wyraźną zmianę klimatu i charakteru opowieści. W trakcie rozwoju fabuły znikają elementy baśniowe i disnejowskie. Ze sceny na scenę robi się mroczniej, pryska gdzieś beztroska Gnatów. Całość ewoluuje w stronę pełnego niebezpieczeństw heroic fantasy.

W opowiadanej historii nie ma luki, ciągłość zostaje zachowana, ponieważ narracja zostaje podjęta w tym miejscu, w którym została zatrzymana w „jedynce”. Kant Gnat oraz Chichot Gnat kontynuują swój zakład z Luciusem Downem o to, kto z nich sprzeda więcej piwa. Jak pamiętamy stawką w grze jest akt własności oberży Baryłkowa Ostoja. W tym samym czasie Babcia Ben, Zadra i Chwat Gnat idą przez góry, gdy na ich drodze pojawiają się szczurostwory, a nawet sam Króldok. Walka jest zażarta i krwawa, po obu stronach są ranni. Babcia zdradza Zadrze kilka szczegółów z przeszłości, ale wciąż za mało, aby właściwie poskładać wszystkie elementy. Dziewczyna dowiaduje się, że jest Przebudzoną, której moc może pomóc wyznawcom złowrogiej sekty pewnym pradawnym rytuale.

Podoba mi się wolta, jaką scenarzysta funduje czytelnikom: żaden z Gnatów nie jest centralną postacią fabuły, wybranką okazuje się być Zadra. Protagonistka nie wierzy swojej długoletniej opiekunce (strażniczce?). W końcu przez wszystkie lata ukrywała przed wnuczką najważniejsze informacje o pochodzeniu, rodzicach i przepowiedni. Dlatego może i tym razem nie mówi całej prawdy. Dziewczyna postanawia samodzielnie (no, z małą pomocą przyjaciół: Teda, Smoka i Chwata) odkryć wszystkie tajemnice. Droga do prawdy i własnej tożsamości nie będzie usłana płatkami róż. Przemiana, jaka zachodzi w bohaterce, jest wiarygodna i emocjonująca.

Wiele się dzieje, zaangażowano nowych aktorów, wątki i występujące postaci są różnorodne. Omawiana część zawiera mniej niż „jedynka” elementów humorystycznych. Chociaż nadal świetne role gra para nieudacznych szczurostworów. Kopalnią zabawnych scen i dialogów jest sytuacja przygarnięcia przez Chichota małego potwora. Dodatkowo odpowiada mi zmiana charakteru opowieści. I chociaż wiele elementów fabuły wydaje się dobrze znana (budzi się wielkie zło, wybraniec, przepowiednia, mistyczny zakon), to scenariusz komiksu został tak uszyty, że lektura niezwykle wciąga. Autor bawi się konwencją, w pełni świadomie nawiązując do klasycznych dzieł literatury fantasy i filmów spod znaku Nowej Przygody. Chciałbym podkreślić, że Gnat nie jest ani wtórny, ani banalny. W końcu mamy do czynienia z arcydziełem.

Jeff Smith (sc. & rys.), „Gnat #2: Kant kontratakuje, czyli przesilenie”, przeł. Jacek Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1187, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 6+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Opus

10/11/2017 § Dodaj komentarz


 Metakomiks, czyli bolesne kopnięcie w podbrzusze

Zmarły w 2010 roku Satoshi Kon, który znany jest głównie dzięki pełnometrażowym animacjom, że wymienię tylko Perfect Blue czy Millennium Actress, był również twórcą mang. W Polsce jego rysownicza działalność reprezentowana jest jedynie przez album Opus, który ukazał się staraniem oficyny Studio JG. Z Pewnie nie sięgnąłbym po komiks, gdyby nie entuzjastyczna rekomendacja Szymona Holcmana, który pisał: „(…)chciałbym z całą stanowczością podkreślić, że jest to dzieło wstrząsająco wybitne. Jest to też wielki środkowy palec włożony głęboko w d… wszystkim tym, którzy mówią, że «czytają komiksy, ale nie mangi, bo przecież mangi to nie komiksy». Weźcie przeczytajcie Opusa i weźcie się ogarnijcie”.

Głównym bohaterem opowieści jest mangaka Chikara Nagai, który właśnie kończy rysować ostatnie plansze swego sztandarowego komiksu. Po konsultacji z redaktorami wydawnictwa, które publikuje Resonance, autor decyduje, że w decydującym starciu zginie i antagonista, i protagonista (Maska i Rin). Jednak dzięki swoim parapsychicznym zdolnościom Rin wydostaje się z komiksu i kradnie planszę, na której przedstawiono jego śmierć. Początkowo Chikara przedziwne zdarzenie bierze za majak senny, ale gdy wpada – niczym Alicja do króliczej nory – do własnej mangi, sytuacja ulega całkowitej zmianie. W tym miejscu zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymaki.

Szkatułkowa struktura opowieść niesamowicie działa na wyobraźnię czytelnika, który z punktu daje się wciągnąć w metatekstualną zabawę: manga w mandze, wątki autobiograficzne, przechodzenie z jednej rzeczywistości do drugiej, bo najpierw autor wśród swoich postaci, a potem postaci w świecie autora. Napisałem, że chodzi o ludyczność, ale rzecz ma dużo większe znaczenie i wartość. Kon stawia ważkie pytania, dotyczące procesu twórczego. Czy mityczny moment kreacji jest przejęciem odpowiedzialności za wymyślonych bohaterów? Czy autor jest odpowiedzialny za życie i śmierć swoich bohaterów? Czy autorowi wszystko wolno?

Chociaż występujący w komiksie Chikara broni się przed nazywaniem go „bogiem”, to bez wątpienia jest stwórcą świata. Wymyślone przez niego postaci zyskują świadomość, a ingerencja Rina w fabułę powoduje, że świat ulega powolnemu rozpadowi. Warto podkreślić, że mimo przekraczania światów, przechodzenia w różne strony, scenariusz jest spójny i przystępny. W warstwie fabularnej wiele się dzieje, akcja toczy się szybko, bohaterzy walczą ze sobą, uciekają i ukrywają się. Występujące postaci są dobrze skonstruowane i psychologicznie wiarygodne.

Dzieło Satoshi Kona możemy wpisać w szerszy kontekst. Autor zadaje fundamentalne pytania o to, co jest rzeczywiste i prawdziwe. O charakter stworzenia. O odpowiedzialność za wykreowaną rzeczywistość. Nie wszystkim czytelnikom przypadnie do gustu metaliteracki i metanarracyjny charakter utworu. Podczas lektury nie mogłem nie doszukać się wielu paraleli między komiksem a najnowszym filmem Darrena Aronofsky’ego mother!. Na szczęście japoński twórca o niebo lepiej poradził sobie z tematem.

Satoshi Kon (sc. & rys.), „Opus”, tłum. Jacek Mendyk, Studio JG, Warszawa 2017.

[scenariusz: 6-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Largo Winch. Tom 5

12/10/2017 § Dodaj komentarz


 Sidła globalizacji

Piąty zbiorczy tom serii Largo Winch, obejmujący albumy trzynaście i czternaście, zaczyna się nadzwyczaj poważnie. Całkiem na serio właściciel olbrzymiego Koncernu W wypowiada się w telewizji na temat globalizacji. Mówi z sensem, tak definiując proces: „(…) to mechanizm zbliżania, w którym sfera ekonomiczna bierze górę nad sferą kulturalną i społeczną, jak to jest w przypadku Unii Europejskiej. Zasada sama w sobie jest dobra, ponieważ jest to czynnik pokojowy. Problemem są zaburzenia, jakie ta kapitalistyczna planetaryzacja na pewno za sobą pociągnie”. I już chwilę później ma okazję doznać makabrycznych skutków „zaburzeń”, gdy do studia wkracza Dennis Tarrant i na oczach widzów popełnia samobójstwo.

Scenarzysta, wielki Jean van Hamme, zaczyna z wysokiego C – dramatyczne wydarzenie ma miejsce już na czwartej planszy, a potem sprawy się jeszcze bardziej komplikują. Gdyż były kierownik małego zakładu produkującego sprzęt narciarski w miasteczku Deer Point w Montanie obwinił pana Winch o to, że w wyniku finansowych spekulacji Koncernu W rodzinna firma została zamknięta, a ponad trzystu pracowników zostało wyrzuconych na bruk. Media od razu zakładają „miliarderowi w dżinsach” pętlę na szyję, ale i przyjaciele – w ramach protestu wobec bezdusznego postępowania – odwracają się do niego plecami.

To nie koniec kłopotów naszego bohatera. Chcąc wyjaśnić sprawę i ustalić, czy czasem nie doszło do fałszowania danych, pakuje się w jeszcze większą kabałę. Przy okazji na scenę wkraczają nowi, wyraziści aktorzy, m.in. Silky Song, która przejmuje rolę osobistego pilota i bodyguarda. A gdzie podział się Freddy Kaplan? Nie mam zamiaru zdradzać meandrów fabuły i przybliżać kolejnych, zaskakujących wątków. Należy oddać pisarzowi sprawiedliwość, że narracja prowadzana jest w sposób zaskakujący i podczas lektury nie ma miejsca na nudę. Intryga jest bardzo skomplikowana, a rama konstrukcyjna oparta została o mechanizmy funkcjonowania giełdy amerykańskiej.

Recenzując poprzednie odsłony cyklu (klik! klik!) podkreślałem, że silne wrażenie wywiera na mnie precyzyjna kreska Philippe’a Francqa. Nie inaczej jest tym razem. Każdy kadr – niezależnie od tego czy ukazuje górskie krajobrazy, czy wielkomiejskie ulice, czy wnętrza domów, czy biur – jest niebywale dopieszczony. Realizm przedstawiania dotyczy także mimiki bohaterów i noszonych przez nich strojów.

Początkowo cykl miał charakter opowieści awanturniczej, ale od „czwórki” van Hamme wyraźnie przesuwa akcenty w stronę thrillera finansowo-konspiracyjnego. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim czytelnikom ewolucja serii przypadła do gustu. W moim wypadku nic się nie zmieniło, byłem fanem przygód pana Wincha i nadal jestem.

Jean van Hamme (sc.), Philippe Francq (rys.), „Largo Winch. Tom 5”, tłum. Jakub Syty, Wydawnictwo Kurc, Koluszki 2017.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5, kolory/cienie: 4]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Gnat #1: Dolina, czyli równonoc wiosenna

22/09/2017 § Dodaj komentarz


 Gnat, czyli arcydzieło

Nie warto owijać bawełnę, dlatego napiszę wprost: Gnat, komiks Jeffa Smitha, jest arcydziełem narracji graficznej. Seria łącznie zgarnęła około dwudziestu nagród Eisnera i Harveya. Oryginalnie całość liczy sobie pięćdziesiąt pięć zeszytów, które ukazywały się w latach 1991-2005 staraniem wydawnictw Cartoon Books oraz Image Comics. Na polską premierę musieliśmy trochę poczekać. Warto było! W ramach ciekawostki można wspomnieć, że w wywiadzie, jaki przeprowadziłem z Jackiem Drewnowskim – tłumaczem komiksu – wspomina (klik! klik!), że album przełożył piętnaście lat temu.

W pierwszym tomie, który nosi podtytuł Dolina, czyli równonoc wiosenna, czytelnik poznaje trójkę głównych bohaterów: Chwata Gnata, Chichota Gnata oraz Kanta Gnata, którzy są kuzynami. Egzotyczne trio pochodzi z Gnatowa, ale zostali wygnani z rodzinnego miasta w wyniku podstępnych machinacji ostatniego z wymienionych i teraz tułają się po pustyni. Po ataku szarańczy drogi kuzynów się rozchodzą. Akcja skupia się na Chwacie, który trafia do doliny zamieszkałej przez gadające zwierzęta, smoka, upiorne szczurostwory oraz ludzi.

Właściwa opowieść rozpoczyna się w momencie, w którym bohater spotyka piękną Zadrę, młodą ludzką dziewczynę, mieszkającą razem z babcią w chacie położonej gdzieś na odludziu. Chwat, oczywiście, zakochuje się Zadrze, ale nie zapomina o swoich zaginionych kuzynach. Czy bohaterowi uda się ich odnaleźć? Dlaczego szczurostwory polują na rodzinę Gantów? Dlaczego smok ochrania Chwata? Jaką tajemnice skrywa babcia przed dziewczyną? Czy babcia wygra w wyścigu szalonych krów? Kim tak naprawdę jest Zadra? I dlaczego scenarzysta poświęca jej aż tyle uwagi? Odpowiedzi na niektóre z tych pytań poznacie, jak tylko przeczytacie komiks.

A muszę przyznać, że jest co czytać. Gdyż polska edycja to cegła licząca sobie ponad czterysta pięćdziesiąt stron. Jednak zapewniam, że gdy tylko sięgniecie po Dolinę…, to nie będziecie mogli się oderwać od lektury. To doskonały komiks przygodowy z elementami heroic fantasy, a na dokładkę miejscami bardzo zabawny. Wbrew pozorom akcja wcale nie gna do przodu na łeb na szyję, a prowadzona jest dość leniwie, dzięki temu czytelnik może poświęcić więcej uwagi na dokładne poznanie występujących postaci i rozeznanie się w meandrach fabuły. Rzeczywistość zbudowana przez Jeffa Smitha jest kompletna i spójna. Widowiskowy świat zachwyca. Pisarz poświęca sporo miejsca temu, aby zbudować wiarygodnych i interesujących bohaterów.

W parze z wciągającą fabułą idzie atrakcyjna oprawa graficzna. Jeff Smith posługuje się wyraźną kreską, ale niezbyt szczegółową, postaci obwiedzione są mocną i stosunkowo grubą linią. Ludzkie postaci, z wyjątkiem Zadry, mają karykaturalny charakter. Plansze zbudowane zostały zwykle z sześciu dużych, kwadratowych kadrów. Pierwotnie seria ukazywała się w wersji czarno-białej, kolory dla wydania zbiorczego nałożył Steve Hamaker i trzeba przyznać, że wyszło to komiksowi na dobre.

Niewątpliwie pod płaszczykiem wielowątkowej epopei ukryte zostały także inne, bardziej znaczące, elementy. Choćby o przyjaźni, lojalności i sile rodzinnych więzów, ale także prawda o anatomii zła. Gnat to komiks dla wszystkich niezależnie od wieku, ale najwięcej frajdy będę mieli małoletni, którym czytanie idzie płynnie, a samodzielna lektura nie sprawia żadnych trudności.

Jeff Smith (sc. & rys.), „Gnat #1: Dolina, czyli równonoc wiosenna”, przeł. Jacek Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1132, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 6+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Top 10

11/09/2017 § Dodaj komentarz


 Opowieści policyjne z miasta metaludzi

Ponad dekadę polscy wielbiciele twórczości Alana Moore’a musieli czekać na kompletną opowieść o policjantach z miasta Neopolis. Dla przypomnienia: w latach 2003 i 2004 oficyna Egmont wypuściła na rynek dwa tomy serii Top 10, które zawierały zeszyty od pierwszego do siódmego. Na szczęście bieżąca edycja to wydanie kompletne, które w jednym tomie prezentuje wszystkie dwanaście rozdziałów. Album uzupełniony został przedmową pisarza oraz galerią projektów postaci ze szkicownika Gene’a Ha.

Komiks prezentuje futurystyczną i alternatywną wizję rzeczywistości, w której superbohaterowie namnożyli się niczym grzyby po deszczu. Fabuła skupia się na policjantach z Dziesiątego Komisariatu (tytułowy Top 10), którzy próbują utrzymać ład i porządek w mieście zamieszkałym tylko i wyłącznie przez metaludzi. Dlatego obdarzeni różnorakimi mocami funkcjonariusze nie są w tym wypadku w żaden sposób wyjątkowi. Mimo całego sztafażu „trykociarstwa” opowieść jest wyjątkowo realistyczna, gdyż funkcjonariusze wykonują stricte policyjną robotę: zabezpieczają ślady na miejscu popełnienia przestępstwa, gromadzą dowody, przesłuchują świadków i podejrzanych, przeprowadzają sekcje zwłok, chodzą na odprawy, jedzą, kłócą się i rozmawiają. Scenarzysta skupia się na ich codziennej pracy, co zostaje podkreślone tym, że każdy z rozdziałów posiada datę dzienną. Dodatkowo po pracy superpolicjanci mają swoje „zwykłe życie” – wychowują dzieci, opiekują się podstarzałymi i schorowanymi rodzicami, chodzą na randki, mają koszmarne sny, etc.

Zasadnicze znaczenie dla opowieści ma fakt, że mamy do czynienia z bohaterem zbiorowym: dobrze funkcjonującym zespołem, na który składają się wszystkie osoby w komisariacie. Akcja rozpoczyna się w dniu, w którym młoda Robyn Slinger (pseudo: Toybox) rozpoczyna służbę. Nowa funkcjonariuszka (ale i czytelnik) wrzucona zostaje w sam środek wiru wydarzeń – nie ma czasu na szkolenia i zapoznawaniem się z procedurami. Dosłownie z ulicy trafia na odprawę i jedzie na akcję. Do samego końca naszym przewodnikiem (a właściwie przewodniczką) po wielowątkowej i rozbudowanej fabule pozostaje Slinger. Należy podkreślić, że prawie każdemu z policjantów poświęcony zostaje pewien fragment narracji, dzięki temu czytelnik może ich bliżej poznać i polubić.

Opawa graficzna albumu, za którą odpowiadają Gene Ha i Zander Cannon, współgra z wielowątkową narracją literacką, gdyż jest równie precyzyjna i szczegółowa. Ha musiał się sporo natrudzić, aby „zaludnić” rzeczywistość dziesiątkami postaci w trykotach i przy okazji każdej z nich nadać jakiś indywidualny rys. Oczywiście najwięcej uwagi poświęcono protagonistom oraz antagonistom, ale i postaci drugiego czy trzeciego planu są charakterystyczne. Kreacja Neopolis stoi na równie wysokim poziomie skomplikowania i dokładności przedstawienia.

Ze wszystkich komiksów Moore’a, jakie dane mi było dotychczas przeczytać, ten jest najzabawniejszy. Całość skrzy się ironią i autoironią. Spójny świat przedstawiony, zabawne dialogi, rubaszne żarty i jawna kpina z funkcjonowania „trykotów” w Ameryce (na ironię losu zakrawa fakt, że na okładce widnieje logotyp Vertigo…). Oczywiście opowiadanie posiada i drugie dno, gdyż z jednej strony mamy zabawną historyjkę o metaludziach, ale z drugiej pisarz podejmuje znaczące kwestie dotyczące nietolerancji, akceptacji odmienności oraz „wdrukowanych” uprzedzeń. Mam pewien problem z finałem, bo nie potrafię w stu procentach określić czy został podany w konwencji buffo czy może na serio. Dzięki czemu pointa jest wieloznaczna i zmusza do rozmowy.

Dla każdego szanującego się odbiorcy popkultury album Top 10, obok Prosto z piekła (klik! klik!), Strażników (klik! klik!) oraz V jak Vendetta (klik! klik!), jest pozycją obowiązkową, którą po prostu trzeba znać. Osobiście jest to mój ulubiony komiks Moore’a.

 Alan Moore (sc.), Gene Ha & Zander Cannon (rys.), „Top 10”, tłum. Paulina Braiter, Klub Świata Komiksu – album 1133, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 6, rysunki: 5, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with wydanie zbiorcze at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: