Largo Winch. Tom 5

12/10/2017 § Dodaj komentarz


 Sidła globalizacji

Piąty zbiorczy tom serii Largo Winch, obejmujący albumy trzynaście i czternaście, zaczyna się nadzwyczaj poważnie. Całkiem na serio właściciel olbrzymiego Koncernu W wypowiada się w telewizji na temat globalizacji. Mówi z sensem, tak definiując proces: „(…) to mechanizm zbliżania, w którym sfera ekonomiczna bierze górę nad sferą kulturalną i społeczną, jak to jest w przypadku Unii Europejskiej. Zasada sama w sobie jest dobra, ponieważ jest to czynnik pokojowy. Problemem są zaburzenia, jakie ta kapitalistyczna planetaryzacja na pewno za sobą pociągnie”. I już chwilę później ma okazję doznać makabrycznych skutków „zaburzeń”, gdy do studia wkracza Dennis Tarrant i na oczach widzów popełnia samobójstwo.

Scenarzysta, wielki Jean van Hamme, zaczyna z wysokiego C – dramatyczne wydarzenie ma miejsce już na czwartej planszy, a potem sprawy się jeszcze bardziej komplikują. Gdyż były kierownik małego zakładu produkującego sprzęt narciarski w miasteczku Deer Point w Montanie obwinił pana Winch o to, że w wyniku finansowych spekulacji Koncernu W rodzinna firma została zamknięta, a ponad trzystu pracowników zostało wyrzuconych na bruk. Media od razu zakładają „miliarderowi w dżinsach” pętlę na szyję, ale i przyjaciele – w ramach protestu wobec bezdusznego postępowania – odwracają się do niego plecami.

To nie koniec kłopotów naszego bohatera. Chcąc wyjaśnić sprawę i ustalić, czy czasem nie doszło do fałszowania danych, pakuje się w jeszcze większą kabałę. Przy okazji na scenę wkraczają nowi, wyraziści aktorzy, m.in. Silky Song, która przejmuje rolę osobistego pilota i bodyguarda. A gdzie podział się Freddy Kaplan? Nie mam zamiaru zdradzać meandrów fabuły i przybliżać kolejnych, zaskakujących wątków. Należy oddać pisarzowi sprawiedliwość, że narracja prowadzana jest w sposób zaskakujący i podczas lektury nie ma miejsca na nudę. Intryga jest bardzo skomplikowana, a rama konstrukcyjna oparta została o mechanizmy funkcjonowania giełdy amerykańskiej.

Recenzując poprzednie odsłony cyklu (klik! klik!) podkreślałem, że silne wrażenie wywiera na mnie precyzyjna kreska Philippe’a Francqa. Nie inaczej jest tym razem. Każdy kadr – niezależnie od tego czy ukazuje górskie krajobrazy, czy wielkomiejskie ulice, czy wnętrza domów, czy biur – jest niebywale dopieszczony. Realizm przedstawiania dotyczy także mimiki bohaterów i noszonych przez nich strojów.

Początkowo cykl miał charakter opowieści awanturniczej, ale od „czwórki” van Hamme wyraźnie przesuwa akcenty w stronę thrillera finansowo-konspiracyjnego. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim czytelnikom ewolucja serii przypadła do gustu. W moim wypadku nic się nie zmieniło, byłem fanem przygód pana Wincha i nadal jestem.

Jean van Hamme (sc.), Philippe Francq (rys.), „Largo Winch. Tom 5”, tłum. Jakub Syty, Wydawnictwo Kurc, Koluszki 2017.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5, kolory/cienie: 4]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Reklamy

Gnat #1: Dolina, czyli równonoc wiosenna

22/09/2017 § Dodaj komentarz


 Gnat, czyli arcydzieło

Nie warto owijać bawełnę, dlatego napiszę wprost: Gnat, komiks Jeffa Smitha, jest arcydziełem narracji graficznej. Seria łącznie zgarnęła około dwudziestu nagród Eisnera i Harveya. Oryginalnie całość liczy sobie pięćdziesiąt pięć zeszytów, które ukazywały się w latach 1991-2005 staraniem wydawnictw Cartoon Books oraz Image Comics. Na polską premierę musieliśmy trochę poczekać. Warto było! W ramach ciekawostki można wspomnieć, że w wywiadzie, jaki przeprowadziłem z Jackiem Drewnowskim – tłumaczem komiksu – wspomina (klik! klik!), że album przełożył piętnaście lat temu.

W pierwszym tomie, który nosi podtytuł Dolina, czyli równonoc wiosenna, czytelnik poznaje trójkę głównych bohaterów: Chwata Gnata, Chichota Gnata oraz Kanta Gnata, którzy są kuzynami. Egzotyczne trio pochodzi z Gnatowa, ale zostali wygnani z rodzinnego miasta w wyniku podstępnych machinacji ostatniego z wymienionych i teraz tułają się po pustyni. Po ataku szarańczy drogi kuzynów się rozchodzą. Akcja skupia się na Chwacie, który trafia do doliny zamieszkałej przez gadające zwierzęta, smoka, upiorne szczurostwory oraz ludzi.

Właściwa opowieść rozpoczyna się w momencie, w którym bohater spotyka piękną Zadrę, młodą ludzką dziewczynę, mieszkającą razem z babcią w chacie położonej gdzieś na odludziu. Chwat, oczywiście, zakochuje się Zadrze, ale nie zapomina o swoich zaginionych kuzynach. Czy bohaterowi uda się ich odnaleźć? Dlaczego szczurostwory polują na rodzinę Gantów? Dlaczego smok ochrania Chwata? Jaką tajemnice skrywa babcia przed dziewczyną? Czy babcia wygra w wyścigu szalonych krów? Kim tak naprawdę jest Zadra? I dlaczego scenarzysta poświęca jej aż tyle uwagi? Odpowiedzi na niektóre z tych pytań poznacie, jak tylko przeczytacie komiks.

A muszę przyznać, że jest co czytać. Gdyż polska edycja to cegła licząca sobie ponad czterysta pięćdziesiąt stron. Jednak zapewniam, że gdy tylko sięgniecie po Dolinę…, to nie będziecie mogli się oderwać od lektury. To doskonały komiks przygodowy z elementami heroic fantasy, a na dokładkę miejscami bardzo zabawny. Wbrew pozorom akcja wcale nie gna do przodu na łeb na szyję, a prowadzona jest dość leniwie, dzięki temu czytelnik może poświęcić więcej uwagi na dokładne poznanie występujących postaci i rozeznanie się w meandrach fabuły. Rzeczywistość zbudowana przez Jeffa Smitha jest kompletna i spójna. Widowiskowy świat zachwyca. Pisarz poświęca sporo miejsca temu, aby zbudować wiarygodnych i interesujących bohaterów.

W parze z wciągającą fabułą idzie atrakcyjna oprawa graficzna. Jeff Smith posługuje się wyraźną kreską, ale niezbyt szczegółową, postaci obwiedzione są mocną i stosunkowo grubą linią. Ludzkie postaci, z wyjątkiem Zadry, mają karykaturalny charakter. Plansze zbudowane zostały zwykle z sześciu dużych, kwadratowych kadrów. Pierwotnie seria ukazywała się w wersji czarno-białej, kolory dla wydania zbiorczego nałożył Steve Hamaker i trzeba przyznać, że wyszło to komiksowi na dobre.

Niewątpliwie pod płaszczykiem wielowątkowej epopei ukryte zostały także inne, bardziej znaczące, elementy. Choćby o przyjaźni, lojalności i sile rodzinnych więzów, ale także prawda o anatomii zła. Gnat to komiks dla wszystkich niezależnie od wieku, ale najwięcej frajdy będę mieli małoletni, którym czytanie idzie płynnie, a samodzielna lektura nie sprawia żadnych trudności.

Jeff Smith (sc. & rys.), „Gnat #1: Dolina, czyli równonoc wiosenna”, przeł. Jacek Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1132, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 6+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Top 10

11/09/2017 § Dodaj komentarz


 Opowieści policyjne z miasta metaludzi

Ponad dekadę polscy wielbiciele twórczości Alana Moore’a musieli czekać na kompletną opowieść o policjantach z miasta Neopolis. Dla przypomnienia: w latach 2003 i 2004 oficyna Egmont wypuściła na rynek dwa tomy serii Top 10, które zawierały zeszyty od pierwszego do siódmego. Na szczęście bieżąca edycja to wydanie kompletne, które w jednym tomie prezentuje wszystkie dwanaście rozdziałów. Album uzupełniony został przedmową pisarza oraz galerią projektów postaci ze szkicownika Gene’a Ha.

Komiks prezentuje futurystyczną i alternatywną wizję rzeczywistości, w której superbohaterowie namnożyli się niczym grzyby po deszczu. Fabuła skupia się na policjantach z Dziesiątego Komisariatu (tytułowy Top 10), którzy próbują utrzymać ład i porządek w mieście zamieszkałym tylko i wyłącznie przez metaludzi. Dlatego obdarzeni różnorakimi mocami funkcjonariusze nie są w tym wypadku w żaden sposób wyjątkowi. Mimo całego sztafażu „trykociarstwa” opowieść jest wyjątkowo realistyczna, gdyż funkcjonariusze wykonują stricte policyjną robotę: zabezpieczają ślady na miejscu popełnienia przestępstwa, gromadzą dowody, przesłuchują świadków i podejrzanych, przeprowadzają sekcje zwłok, chodzą na odprawy, jedzą, kłócą się i rozmawiają. Scenarzysta skupia się na ich codziennej pracy, co zostaje podkreślone tym, że każdy z rozdziałów posiada datę dzienną. Dodatkowo po pracy superpolicjanci mają swoje „zwykłe życie” – wychowują dzieci, opiekują się podstarzałymi i schorowanymi rodzicami, chodzą na randki, mają koszmarne sny, etc.

Zasadnicze znaczenie dla opowieści ma fakt, że mamy do czynienia z bohaterem zbiorowym: dobrze funkcjonującym zespołem, na który składają się wszystkie osoby w komisariacie. Akcja rozpoczyna się w dniu, w którym młoda Robyn Slinger (pseudo: Toybox) rozpoczyna służbę. Nowa funkcjonariuszka (ale i czytelnik) wrzucona zostaje w sam środek wiru wydarzeń – nie ma czasu na szkolenia i zapoznawaniem się z procedurami. Dosłownie z ulicy trafia na odprawę i jedzie na akcję. Do samego końca naszym przewodnikiem (a właściwie przewodniczką) po wielowątkowej i rozbudowanej fabule pozostaje Slinger. Należy podkreślić, że prawie każdemu z policjantów poświęcony zostaje pewien fragment narracji, dzięki temu czytelnik może ich bliżej poznać i polubić.

Opawa graficzna albumu, za którą odpowiadają Gene Ha i Zander Cannon, współgra z wielowątkową narracją literacką, gdyż jest równie precyzyjna i szczegółowa. Ha musiał się sporo natrudzić, aby „zaludnić” rzeczywistość dziesiątkami postaci w trykotach i przy okazji każdej z nich nadać jakiś indywidualny rys. Oczywiście najwięcej uwagi poświęcono protagonistom oraz antagonistom, ale i postaci drugiego czy trzeciego planu są charakterystyczne. Kreacja Neopolis stoi na równie wysokim poziomie skomplikowania i dokładności przedstawienia.

Ze wszystkich komiksów Moore’a, jakie dane mi było dotychczas przeczytać, ten jest najzabawniejszy. Całość skrzy się ironią i autoironią. Spójny świat przedstawiony, zabawne dialogi, rubaszne żarty i jawna kpina z funkcjonowania „trykotów” w Ameryce (na ironię losu zakrawa fakt, że na okładce widnieje logotyp Vertigo…). Oczywiście opowiadanie posiada i drugie dno, gdyż z jednej strony mamy zabawną historyjkę o metaludziach, ale z drugiej pisarz podejmuje znaczące kwestie dotyczące nietolerancji, akceptacji odmienności oraz „wdrukowanych” uprzedzeń. Mam pewien problem z finałem, bo nie potrafię w stu procentach określić czy został podany w konwencji buffo czy może na serio. Dzięki czemu pointa jest wieloznaczna i zmusza do rozmowy.

Dla każdego szanującego się odbiorcy popkultury album Top 10, obok Prosto z piekła (klik! klik!), Strażników (klik! klik!) oraz V jak Vendetta (klik! klik!), jest pozycją obowiązkową, którą po prostu trzeba znać. Osobiście jest to mój ulubiony komiks Moore’a.

 Alan Moore (sc.), Gene Ha & Zander Cannon (rys.), „Top 10”, tłum. Paulina Braiter, Klub Świata Komiksu – album 1133, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 6, rysunki: 5, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Universal War One. Tom 1

10/09/2017 § Dodaj komentarz


Pierwszy tom klasyki

W końcu za sprawą oficyny Elemental jest dostępny pierwszy tom Universal War One, czyli opus magnum Denisa Bajrama. Wielu czytelników cierpliwie (i nie) czekało na premierę albumu, gdyż chciało zapoznać się z historią członków międzyplanetarnej eskadry Purgatory w porządku chronologicznym. Co prawda kilkanaście lat temu wydawnictwo Egmont opublikowało wszystkie trzy pojedyncze albumy: Genesis, Zakazany owoc oraz Kain i Abel, ale dopiero bieżąca edycja cyklu oddaje kompleksowy zamysł artysty.

Akcja komiksu rozgrywa się w przyszłości, raczej dalszej niż bliższej. Ludzkość osiągnęła wysoki stopień rozwoju technologicznego i cywilizacyjnego. Zaawansowana technika umożliwia kolonizację odległych planet Układu Słonecznego. Gdy nagle między Saturnem a Jowiszem pojawia się zagadkowa czarna ściana. Federacji Zjednoczonych Ziem postanawia odkryć, co kryje się z nią (lub w niej). Rozkaz zbadania anomalii otrzymuje III Flota Sił Zbrojnych dowodzona przez admirała Friedricha von Richtburga. Szef sztabu postanawia wysłać w okolice ściany jednostkę specjalną – Purgatory, która utworzona została na prośbę córki admirała z nikomu niepotrzebnych do szczęścia żołnierzy-skazańców.

W skład siedmioosobowej ekipy wchodzi między innymi były naukowiec Edward ‘Ed’ Kalish, który jako jedyny z całej floty co nieco rozumie jak dział i czym jest ściana. Jednak, aby w pełni pojąć charakter złowróżbnej nieprawidłowości, nasi bohaterzy będą musieli wlecieć do środka. Dopiero wówczas opowieść Bajrama zyskuje właściwy charakter. Początkowo wydaje się, że UW1 będzie typowym komiksem science fiction o wojennych przeprawach kilku parszywych żołnierzy. Wolta jaką funduje czytelnikom scenarzysta jest niespodziewana i sensacyjna. Portrety psychologiczne bohaterów zostają pogłębione, ich wzajemne relacje rozbudowane, a w warstwie narracyjnej na plan pierwszy wysuwają się naukowe aspekty związane z możliwościami podróży w czasie.

Oprawa graficzna albumu stoi na wysokim poziomie i doskonale pasuje do opowieści. Artysta dołożył wszelkich starań, aby wiarygodnie oddać kosmiczną rzeczywistość, w której rozgrywa się akcja. Uwagę przykuwa szczegółowość i precyzja przedstawienia wszelkich międzyplanetarnych statków, a mamy ich całkiem sporo, bo i myśliwce, i transportowce, i kontenerowce. W krótkim posłowiu, jakie znajdujemy po drugim rozdziale, autor tak pisze o projektowaniu kosmicznej floty: „Zazwyczaj zaczynam od zdefiniowana ich funkcji, roli. Na początek precyzuję, czy statek jest zdolny wchodzić w atmosferę. Jeśli tak, musi mieć kształt aerodynamiczny, w przeciwnym wypadku nie jest to konieczne…”. Wpis okraszony został całą masą wstępnych szkiców.

Zdaję sobie sprawę, że zaprezentowany powyżej opis fabuły nie oddaje rozmachu i kompleksowości pisarskiego zamysłu. Cały cykl Universal War fascynuje, ale dopiero całościowa lektura opublikowanych dotąd tomów (klik! klik! oraz klik! klik!) pozwala dostrzec wielkość działa. Zapewniam, że nawet dla osób, które nie przepadają za sci-fi rzecz okaże się atrakcyjną przygodą. Stawiam komiks na jednej półce wśród klasyki, czyli obok: Wiecznej Wojny, Valeriana oraz Incala.

Denis Bajram (sc. & rys.), „Universal War One. Tom 1”, Wojciech Birek, Wydawnictwo Elemental, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5+, rysunki: 4+, kolory/cienie: 5]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Skalp. Tom 5

08/09/2017 § 5 Komentarzy


Skalp ociera się o doskonałość

Jeśli chodzi o komiksy, to ostatni rok były chyba jednym z najlepszych w moim życiu, głównie dzięki wielokrotnie wychwalanej przeze mnie serii Skalp. Serii, która była i wciąż jest niczym objawienie, pokazujące niemal każdym epizodem, jak niemożliwe staje się możliwe. Wreszcie przeczytałem finalny tom, więc teraz przyjdzie mi chwalić Scalped po raz ostatni. Z jednej strony czuję ulgę, bo ileż razy można pisać to samo, a z drugiej, wiecie, jak to jest, cykl Aarona i Guéry wiele razy dosłownie wypruwał mi flaki, odbierając możliwość porównania ich komiksu do czegokolwiek innego.

Niecierpliwie czekałem na każdą kolejną część, później czytałem serię ze szczęką leżącą gdzieś na podłodze i to były dobre uczucia. Niecierpliwość, oczekiwanie, brak wiary w to, że cykl ciągle trzyma tak samo wysoki poziom. Czasem paradoksalnie dobre, bo w tych sześćdziesięciu zeszytach autorzy zawarli taką ilość nieprzyjemnych i dołujących wątków, że lektura bywała wręcz masochistycznym doświadczeniem. A teraz to już koniec, piękny finał godny tak niesamowitego tytułu, ale wiem, że po przeczytaniu całości czegoś zabraknie na zawsze.

„Piątka” przenosi nas w czasie o kilka miesięcy po finale uprzedniej odsłony, czyli (jak zwykle ostrzegam tych, którzy jeszcze nie czytali wcześniejszych części, że kolejne zdania w tym akapicie mogą zepsuć im kilka niespodzianek, więc radzę go pominąć i przejść do następnego): Czerwony Kruk siedzi w więzieniu i czeka na wyrok, całkowicie świadomy, że niemal na pewno spędzi tam resztę swojego życia, zaś rezerwat Prairie Rose powoli odbija się od dna. Dash opuszcza FBI i po nieskutecznych poszukiwaniach mordercy swojej matki staje się grzecznym, chodzącym do kościoła chłopcem. Sielanka. Czyżby?

Okazuje się jednak, że nie bardzo. Zapomnijcie o hamulcach na finiszu i sentymentalnym pożegnaniu ciągnącym się przez kilkadziesiąt stron. Przyszłość Dasha nadal nie jest pewna. Adwokat Kruka chce wygrać proces poprzez wyjawienie kilku czarnych wydarzeń z jego awanturniczego życia, tym samym pozbawiając byłego agenta FBI wiarygodności. Uzależnienie od heroiny, zamordowanie Diesela… – trochę się tego uzbierało. Poza tym osoba, która zamordowała jego matkę, wciąż jest wolna i nie ma zamiaru poprzestać na jednym zabójstwie.

Dzieje się. Działo się właściwie przez całą serię, a niemal każdy z pomysłów scenarzysty wbijał mnie w fotel. Moim ulubionym tomem pozostaje „dwójka”, ale cała seria jest zaskakująco równa. Aaron pisze w taki sposób, że wydarzenia, które w innych komiksach byłyby tylko następną tragedią, śmiercią kolejnej postaci przyjmowaną przez czytelników najwyżej ziewnięciem, tutaj trzymają w napięciu i poruszają. Pewnie już o tym pisałem (pewnie więcej niż raz), ale wygląda to tak, jakby scenarzysta wiedział dokładnie, co zrobić i w jakiej chwili, umiał nacisnąć tak, żeby zabolało, żeby wzruszyć, przestraszyć czy rozbawić (choć akurat zabawnych elementów nie było w tej serii zbyt wiele, a jeśli już, to miały czarny kolor), a następnie wyważył całość tak, żeby każdy element idealnie ze sobą współgrał. I, chociaż chwalenie serii w poprzednich recenzjach oraz w tej, ostatniej, polegało głównie na powtarzaniu tych samych superlatyw, tak naprawdę mógłbym (i chciałbym!) chwalić ten komiks bez końca. I będę polecał go każdemu, kto spyta, co dobrego czytałem, nieważne, czy będzie to teraz, tuż po finale całej historii, czy za kilka lat. Nie sądzę, żeby Scalped i niesamowite wrażenie, jakie pozostawiła opowieść Aarona i Guéry, kiedykolwiek się zestarzały.

Poprzednie tomy pozwalały przypuszczać, że zakończenie będzie niesamowite i genialne. Czy finał na pewno spełnia oczekiwania? Moje w stu procentach, ale raczej nie należę do ludzi płaczących, że „to nie tak miało być”, „chciałem, żeby wszystko skończyło się inaczej”, czy „ten, który zginął, miał przeżyć, a tamtego, który przeżył, miała przecież spotkać zasłużona kara” i tak dalej. Nigdy nie narzekałem na zakończenie, na przykład, Kaznodziei, choć w tej kwestii słyszałem wiele głosów rozczarowania. Mógłbym napisać, że pojawiające się w tych wszystkich komiksach osoby to przecież wyłącznie bohaterowie z papieru i jakie ma znaczenie, co się z nimi stanie, ale akurat postaci wykreowane przez Aarona są tak dalekie od papierowych i pozbawionych głębi, jak to tylko możliwe. Chodzi mi bardziej o to, że pomimo wyobrażeń, jakie oczywiście miałem na temat ostatnich stron serii, los Dasha i reszty leżał w rękach scenarzysty. Zrobił z nimi, co chciał, czasami wbrew mojej wizji, ale jak zwykle stanął na wysokości zadania. I jeśli jego bohaterowie są ludzcy, tak jak w przypadku prawdziwych ludzi nie zawsze spotyka ich to, czego się spodziewamy lub czego byśmy sobie życzyli.

Ale nie chcę, żeby ten ostatni akapit brzmiał jak ukryte rozczarowanie, bo wcale tak nie jest! Po raz, niestety, ostatni, tym razem już naprawdę: Skalp jest komiksem genialnym i ocierającym się o doskonałość. Nie bez przyczyny wbijałem Wam to do głowy we wszystkich poprzednich recenzjach. Jeśli jeszcze nie czytaliście tego komiksu, zróbcie to! Zróbcie jak najszybciej. Nie przychodzi mi do głowy ani jeden powód odkładania lektury na później.

Jason Aaron (sc.), R.M. Guéra {właśc. Rajko Milošević} & Jordi Bernet & Denys Cowan & Dean Haspiel & Brendan McCarthy & Steve Dillon & inni (rys.), „Skalp. Tom 5”, tłum. Krzysztof Uliszewski, Klub Świata Komiksu – album 1171, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Misztal]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Kaznodzieja. Tom 1

17/08/2017 § Dodaj komentarz


  Powrót Kaznodziei

Spośród tego, co u nas niegdyś wydano, to na reedycję serii Kaznodzieja chyba najbardziej czekałem. Co ciekawe – nie jestem szczególnym fanem całego cyklu. Uważam, że jest przereklamowany (choć nie aż tak mocno, jak Sandman), bo Ennis jedzie głównie na tanim szokowaniu. Wali nam na dzień dobry solidnie z bani eksplozją flaków, rozwalonych łbów i soczystych bluzgów, a zanim się czytelnik połapie, to poprawia z kolana w jaja. Problem serii jest taki, że Ennis zaczyna z kopyta, ale nie jest w stanie cały czas podbijać intensywności kolejnych zdarzeń, dlatego kolejne rozwalone łby przestają robić wrażenie. Zostaje fabuła, na siłę rozdmuchana do 66 zeszytów. I bohaterowie, za którymi akurat autentycznie tęskniłem.

Pierwszy tom nowego wydania Kaznodziei, to dla mnie powrót starych kumpli, którzy poszli lata temu w świat, a teraz wrócili. Dzięki czemu na nowo możemy snuć dobrze znane nam wszystkim historie, o tym jak to Jesse Custer, klecha z amerykańskiego zadupia, został nawiedzony niemal boską mocą, po czym ruszył w trasę po USA szukając Boga (tego jednego jedynego), a jego trasę znaczył kolejne akty przemocy, krew i trupy (nie tylko ludzi). Kumple wracają dubeltowo, bo i tomik nieco grubszy niż wcześniej, historia będzie dawkowana zgodnie z amerykańskimi wydaniami w twardej oprawie. I dobrze. Jeszcze więcej szczęścia na raz.

Kolega ostatnio na fejsie spytał, czy Kaznodzieja po latach, aby nie zmiękł. No więc, historia Ennisa robiła na mnie – swoją przewrotnością i dość zwyrolskim poczuciem humoru – duże wrażenie w czasach, gdy byłem studenciakiem. Teraz z dwóch powodów (i żadnym z nich nie jest zmięknięcie Preachera) odbieram go dużo lżej. Jestem starszy, inaczej wszystko odbieram, naczytałem się sporej ilości innego zwyrolskiego towaru, mam inny próg szoku i tolerancji. To raz. A dwa: czas też nie stał w miejscu, a komiks przez lata także ewoluował.

Trzeba pamiętać, że w momencie premiery Preachera w połowie lat 90-tych nie było za tak dużo takich historii. Owszem, były komiksy alternatywne, undeground pełen bluzgów i przemocy, także seksu, były artystowskie eksperymenty z superhero, ale to odpalenie przez DC wydawnictwa Vertigo (a Kaznodzieja był jednym z jego pierwszych flagowców) jakoś tam na amerykańskim rynku umocowało komiks przegięty i brutalny, dla dorosłych, ale jednak mieszczący się w kategoriach sensacyjnego (i mimo wszystko komercyjnego) mainstreamu.

O czym jest ta seria? Nieco o poszukiwaniu Boga. Bardziej o przyjaźni, miłości, lojalności i ich braku. Troszkę o rodzinie. Na pewno też o tym, że przemoc rodzi przemoc, w końcu to współczesny western. Jesse Custer ma tu swoją misję poszukania Najwyższego i porozmawiania sobie z nim szorstko, po męsku, ale by to zrobić, to najpierw musi poukładać swoje życie – relacje z byłą dziewczyną, którą zostawił parę lat wcześniej, relacje z przygodnie poznanym irlandzkim ochlapusem, ale co najważniejsze – zamknąć młodzieńczy etap swojego życia, związany z tyranizującą rodzinę zaborczą babcią-psychopatką i jej przybocznymi redneckami, którzy na jej zawołanie równie łatwo obijają ryje, co pociągają za cyngiel.

Fabuła nie ma już dla mnie tego uderzenia, co kiedyś, ale nawet dziś muszę przyznać Ennisowi kilka rzeczy, jak choćby to: facet potrafi zajebiście opowiadać, nawet o niczym. Irlandczyk do dziś wydaje mi się być komiksowym Tarantino, z jednej strony mając to samo zamiłowanie do makabry i czarnego humoru, z drugiej strony popisując się co jakiś czas świetnym uchem i ręką do dialogów. Ennis bawi się tu chronologią, stopniuje napięcie odwlekając zdradzenie pewnych retrospektywnych aspektów historii, skacze pomiędzy wsiokami z Teksasu a aniołami w Niebiosach, a wszystko to, choć przerysowane, wchłania się naprawdę znakomicie, nawet jeśli się już to czytało – a może właśnie przez to tym bardziej docenia się talent autora.

Oddzielną sprawą pozostają rysunki Dillona. Do dziś wybijające się ponad „vertigową” średnią (ale nie dochodząc do rejestrów górnych) i znakomite okładki Glenna Fabry’ego, z których każda jedna to mistrzostwo. Dużo słabiej niestety wypadają kolory – mało dziś wyrafinowane, walące po oczach kolorową drukarską kaszą. Nie wiem jak to nazwać – bo raczej nie rastrem – w każdym razie szału nie ma, offsetowy papier może to lepiej wchłonął i rozmył, na lakierowanym niestety kłuje w oczy. A może to wychodzą niedoskonałości pierwszych, cyfrowych gradientów, bazujących na ograniczonej palecie barw.

Reasumując – Kaznodzieja to zupełnie zasłużenie kawałek historii amerykańskiego komiksu i dobrze go mieć z powrotem. Dobrze też móc go nabyć za sumę, nie graniczącą z rozbojem w biały dzień. Bardzo prawdopodobne, że mit Preachera nieco go przerósł, ale to dalej świetnie napisana historia drogi, gdzie mężczyźni są twardzi, dumni i konsekwentni, a kobiety kochające i ofiarne, a największymi świniami są przedstawiciele wymiaru ścigania. Jak mogło być inaczej? W końcu to Teksas.

Dwa kciuki w górę, bo bez tej serii nie było by Vertigo takiego, jakim je dzisiaj znamy, pewnie nie było by też Skalpu (klik! klik!) i wielu innych tytułów. Trzeba sięgnąć, nawet jak się komiksów za dużo nie czyta, wtedy tym bardziej, choćby po to, by się przekonać, czym komiks może być.

PS. Nie, nie oglądałem serialu i nie zamierzam.
PS 2. Przy czytaniu zapuśćcie sobie Lynyrd Skynyrd. Serio radzę.

Garth Ennis (sc.), Steve Dillon (rys.), „Kaznodzieja. Tom 1”, tłum. Maciej Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album1150 , Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Przemysław Pawełek]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Y – Ostatni z mężczyzn. Tom 4

27/06/2017 § Dodaj komentarz


 Seksmisja na poważnie

Wystarczy jeden, ale dobry, konsekwentnie rozwijany i prowadzony pomysł, aby przykuć uwagę odbiorcy. Przy okazji wywołać u niego wypieki na twarzy i poczucie oczekiwania na kolejną odsłonę. Brian K. Vaughn miał taki właśnie pomysł. Niezbyt oryginalny wprawdzie, jednak posiadający duży potencjał. Dodatkowo udało mu się wykrzesać z niego wszystko to, co najlepsze.

W roku 2002 dochodzi do zagłady wszystkich mężczyzn, a dokładniej wszystkich samców, wszystkich posiadaczy chromosomu Y reprezentujących żyjące na Ziemi gatunki. Zostają tylko kobiety i on, dwudziestokilkuletni Yorick Brown oraz jego małpa Ampersand. Dlaczego ocaleli? Czym się różnią? Co mają wspólnego ze sobą? To jedne z wielu pytań, które wymagają odpowiedzi jednak samego Yoricka bardziej zajmuje coś innego – jak przebyć kilkanaście tysięcy kilometrów, jakie dzielą go od narzeczonej w świecie, który rządzi się zupełnie nowymi prawami.

Na początku czwartego tomu bohater znajduje się coraz bliżej celu, jednakże los nie sprzyja mu w odnalezieniu ukochanej. Sam przetrzymywany jest na łodzi podwodnej, a na dodatek jego małpa została uprowadzona najprawdopodobniej do Japonii. Sytuacja pogarsza się, kiedy Yorickowi w towarzystwie pracującej dla Culper Ring agentki 355 udaje się w końcu wyjść na ląd. Zdjęcie zrobione mu przez żądną sensacji dziennikarkę, gdy tylko zostanie opublikowane doprowadzi nie tylko do wojny, ale też i ogólnoświatowego polowania na ostatniego mężczyznę. Oboje muszą coś z tym zrobić, zanim będzie za późno… [Tekst o poprzednich trzech tomach do przeczytania tu: klik! klik!]

Nie dziwię się, że Stephen King określił Y – Ostatniego z mężczyzn mianem najlepszej powieści graficznej, jaką kiedykolwiek czytał. Jej postapokaliptyczny rozmach, skupienie się na przemianach jakie zaszły w świecie (również tych politycznych) oraz mentalności ludzkości przypominają jego dzieła typu Bastion czy Pod kopułą. Jednakże napisana przez Briana K. Vaughana (Runaways, Saga) seria przypomina także wiele innych dzieł Sci-Fi.

Koncepcja świata bez mężczyzn wywodząca się z legend o Amazonkach, choć w Polsce najbardziej kojarzy się z komediową Seksmisją, ma długą gatunkową tradycję (tu wystarczy wspomnieć Virgin Planet Poula Andersona czy The Holdfast Chronicles Suzy McKee Charnas). Co ciekawe scenarzysta Y tak dobrze wykorzystał ten schemat, że historia Yoricka wymieniana jest w kanonie dzieł o tej właśnie tematyce. Poza tym Ostatni z mężczyzn przypomina także The Walking Dead. Żywe trupy, ale jest o niebo od nich (zarówno w ujęciu komiksowym, jak i serialowym) lepszy. I chociaż seria Vaughana nie przypomina go w żadnym momencie, emocje jakie we mnie wywołała przypominały te, jakie towarzyszyły mi w trakcie lektury Kaznodziei Gartha Ennisa, a to coś znaczy.

Komplementy odnośnie Y można mnożyć w nieskończoność. Znakomity scenariusz, niesamowity klimat, ciekawe zagadki, dobrze skonstruowane postacie i akcja. Do tego dochodzą wspaniałe w swej prostocie ilustracje w wykonaniu Pii Guerrery (nagrodzonej za nie najważniejszymi komiksowymi wyróżnieniami, nagrodą Eisnera, Harveya i Joe Shuster Award) i Gorana Sudžuki (Hellblazer). Po prostu świetna komiksowa robota.

Nic zatem dziwnego, że Ostatni z mężczyzn poza wspomnianymi wyżej wyróżnieniami zdobył Esinera dla najlepszej serii, kolejnego przyniósł Vaughanowi jako najlepszemu scenarzyście, a także doczekał się nominacji do Hugo Award (w kategorii najlepszej opowieści graficznej) jednej z najważniejszych nagród literackich przyznawanych utworom fantastycznym. Jeśli więc jeszcze nie znacie, to nadróbcie jak najszybciej. Bez wątpienia warto!

 Brian K. Vaughan (sc.), Pia Guerra & Goran Sudžuka (rys.), „Y – Ostatni z mężczyzn. Tom 4”, przeł. Krzysztof Uliszewski, Klub Świata Komiksu – album 1104, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Michał Lipka]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with wydanie zbiorcze at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: