Kaki, Marietta, Pan Leclair i cała reszta… – rozmowa z Florianem Ferrier

16/08/2017 § 2 Komentarze


 Kaki, Marietta, Pan Leclair i cała reszta… – z Florianem Ferrier, współscenarzystą serii komiksowej Hotel Dziwny, rozmawia Maciej Gierszewski

Maciej Gierszewski: Patrząc na Pana wcześniejszą aktywność zawodową, nie przypuszczałbym, że jest Pan zainteresowany zrobieniem komiksu dla dzieci.
Florian Ferrier: Katherine i ja zawsze pracowaliśmy dla dzieci. Ona od dwudziestu lat robi ilustracje dla prasy dziecięcej i różnych wydawnictw we Francji, a ja robię animacje i reżyseruję programy TV. Piszę także powieści dla młodzieży. Dlatego zrobienie komiksu dla dzieci było dla nas czymś naturalnym, następnym krokiem. Dzieci stanowią naszą podstawową publiczność i uważamy je za „interesujące plemię”. Zwykle każde z nas pracuje nad własnymi projektami, to była pierwsza rzecz, którą zrobiliśmy wspólnie.

M.G.: Czy od początku zakładaliście, że będzie to seria? Czy zadecydowaliście o tym później?
F. F.: Chcieliśmy, aby to była seria. Tak to sobie wyobraziliśmy od początku: pięć dziwacznych postaci prowadzących hotel. Kiedy zaczęliśmy pisać i rysować, nie wiedzieliśmy, dokąd historia nas zaprowadzi. Wspólna praca tak nas cieszyła, że kiedy skończyliśmy pierwszy tom, pomyśleliśmy, dlaczego nie napisać kolejnej przygody? Ostatecznie i tak zawsze decydują czytelnicy. Gdyby pierwszy tom nie sprzedał się dobrze we Francji, prawdopodobnie nie byłoby drugiego.

M.G.: Co było pierwsze: postaci czy historia? Najpierw stworzyliście bohaterów, snując opowieść wokół nich? Czy może Hotel Dziwny dał początek wszystkiemu?
F.F.: Wszystko płynnie po sobie następowało, opowieść ewoluowała powoli. Najpierw jedna postać, potem kolejna… Jedna historia, potem następna… Jak Lego. Bezpośrednią inspiracją dla powstania Hotelu Dziwnego było nasze ulubione miejsce spędzania wakacji – drewniany domek w Alpach. On naprawdę istnieje! Następnie chcieliśmy stworzyć łatwo rozpoznawalnych bohaterów, choćby w zarysie. Każdy z nich ma jakiś szczególny kształt, kolor, niezwykły czy dziwny charakter, sposób patrzenia na życie. Uprzejmość, ale i humor.
Jest tak, że podczas pracy musisz ufać sobie i nie wahać się odrzucać tego, co nie jest wystarczająco dobre. Katherine szybko dochodzi do rezultatów, jakie chce uzyskać, dlatego odrzucała mniej niż ja (bardzo to podziwiam!). Sam zrezygnowałem z wielu pomysłów, które początkowo wydawały się dobre, ale później stawały się nudne.

M.G.: Możesz zdradzić czy w kolejnych tomach akcja również dzieje się w hotelu?
F. F.: Bohaterowie często wyruszają w poszukiwaniu przygody, czasami bardzo daleko od hotelu. Np. w czwartym tomie ekipa wkracza do krainy duchów, która znajdują się nad chmurami. Każda kolejna historia rozpoczyna się w hotelu i ostatecznie drużyna zawsze tam powraca. Wszystkie albumy zaczynają się tym samym kadrem ukazującym hotel, tylko pory roku się zmieniają…

M.G.: Wydaje się, że najważniejszymi postaciami w komiksie są Kaki, Marietta i Pan Leclair. Czy możesz powiedzieć coś więcej o każdym z nich? Czy wzorowaliście swoich bohaterów na rzeczywistych osobach?
F. F.: Wymyślając postaci zawsze inspirujemy się ludźmi, których znamy. Marietta to „szefowa”, która jest szczęśliwa tylko wtedy, kiedy inni są szczęśliwi. Kaki jest leniwą i przezabawną futrzaną kulką. Pan Leclair jest nocnym strażnikiem hotelu, ale wciąż zasypia. Lubi siedzieć w komfortowym zaciszu swojej biblioteki. Cała jego wiedza pochodzi z książek, nawet jego brytyjski humor… Wygląd bohaterów bywa zdecydowanie dziwny, jednak usposobieniem przypominają ludzi, których się zna. Jest także Celestin, sąsiad i przyjaciel. Trochę tajemniczy gość, który kocha samotność i las, bo on nie ma przed nim tajemnic. I wreszcie Pan Snarf, duch z księgi gości, recepcjonista i żyjącą pamięć hotelu.

M.G.: Oprócz Kaki, Marietty i Pana Leclair jest wiele innych postaci w komiksie. Niektóre z nich grają epizodyczną rolę. Czy trudno było nadać indywidualność każdej z nich?
F. F.: Czasami. Niektóre postaci są tak epizodyczne, że pojawiają się tylko w jednym kadrze. W komiksie można sobie pozwolić na niezliczoną ilość osób, kształtów czy kolorów. Główna bohaterka jest właścicielką hotelu, dlatego oczywistym jest, że spotyka wielu gości. Katherina uwielbia rysować dziwne stworzenia. Realistyczny świat i realne osoby nie interesują jej aż tak bardzo, zatem dobrze się bawiła, rysując tych wszystkich osobliwych bohaterów. W komiksie można spotkać niezliczoną ilość sylwetek, które żyją w lesie, pod ziemią, w niebie, małych i gigantycznych… To fantastyczny i poetycki świat, bez ograniczeń.

M.G.: Prostota akcji i zakończenia definiuje Wasz komiks jako lekturę dla dzieci. Czy braliście pod uwagę napisanie scenariusza w taki sposób, aby komiks skierowany był dla młodzieży (poprzez wydłużenie historii lub skomplikowanie zakończenia)?
F. F.: Dla nastolatków lub starszych? Po co? Oboje tworzymy dla dzieci, to nasz cel i coś, co lubimy robić. Dla nas nie ma specjalnej różnicy między książkami dla dzieci i dla dorosłych, ten podział funkcjonuje tylko w umysłach odbiorców. Dobra historia, to dobra historia! Umiejętność budowania prostych opowieści jest naszą siłą. Ponad wszystko, próbujemy opowiedzieć naszym czytelnikom przygodę. Pod pozorną prostotą poruszamy głębsze tematy, takie jak autorytet, dzielenie się, odpowiedzialność… Najzabawniejsze jest to, że mamy czytelników, którzy teraz są w wieku 12, 13 lat i śledzą serię od pierwszego tomu. Dorastali z Hotelem Dziwnym i kontynuują czytanie. To dowód na istnienie pewnej formy „porozumienia” między nami a czytelnikami. Zresztą o tym też świadczy, że nasze dzieło ewoluuje w stronę bardziej złożonych opowieści w kolejnych albumach. Nie jesteśmy więźniami naszych bohaterów. Zmieniamy się razem z nimi! A jeśli chodzi książki dla młodzieży, to właśnie skończyliśmy powieść, napisaliśmy ją razem, a Katherine ją zilustrowała. Premiera planowana jest na rok 2018.

M.G.: Katherine jest współscenarzystą. Czy wasza współpraca bywa trudna? Czy aktywnie uczestniczysz w rysowaniu postaci?
F. F.: Jak już wspomniałem wcześniej Hotel Dziwny, to praca na cztery ręce. Katherine pisze razem ze mną i razem rysujemy storybordy. Storybord jest dla nas najważniejszy: płynna narracja jest kluczem dobrej historii, niezależnie od formy. Czasem rysujemy szkic postaci razem, ale to nie jest regułą. Katherine jest bardzo konsekwentna, wykreowała charakterystyczny i rozpoznawalny świat. Oczywiście rozmawiamy o tym, czego ona chce. Np. nie lubi rysować samochodów, dlatego w komiksie nie mogą się one pojawiać. Lubi rysować naturalne krajobrazy, dalekie od zgiełku miasta.

M.G.: Pierwszy album Hotelu… został wydany we Francji 7 lat temu. Czy patrząc na ten komiks teraz, z perspektywy czasu, coś byś w nim zmienił?
F. F.: Oryginalnie pierwsza cześć była powieścią dla dzieci napisaną przez nas obojga i zilustrowaną przez Katherine, ale nie byliśmy z niej zadowoleni. Stwierdziliśmy, że lepiej będzie zaadaptować historię na komiks i zbadać to medium (zupełnie dla nas nowe). Więcej rysunków mniej tekstu. Dlatego też koniecznym było skrócenie fabuły, zbyt długiej na 40 stron komiksu. Kolejne części powstały już jako typowe scenariusze komiksowe. Niewątpliwie Hotel Dziwny zawdzięcza swój urok chwili, kiedy zdecydowaliśmy się wybrać komiks zamiast powieści.

M.G.: Obecnie seria liczy sobie pięć tomów. Czy będą dalsze?
F. F.: Jest sześć tomów, ostatni został opublikowany w październiku 2016 roku. Zanim zaczniemy myśleć o kolejnych częściach Hotelu Dziwnego, musimy skończyć dwie inne książki. Nad siódmym albumem zaczniemy pracować w przyszłym roku. Wciąż cieszy nas praca nad serią, dlatego, dopóki mamy ciekawe pomysły i wydawców, którzy nas wspierają, będziemy ją kontynuować.

M.G.: Jednym z najzabawniejszych aspektów pierwszego albumu jest to, że Pan Zima i Pan Wiosna są żeńskimi postaciami w języku polskim. Czy myślałeś o tym wcześniej, że pory roku w innym języku mogą być rodzaju żeńskiego?
F. F.: W tym wypadku problem bierze się ze specyfiki języków, a nie z tłumaczenia. We Francji zima i wiosna są braćmi.

M.G.: Czy chciałbyś coś powiedzieć polskim czytelnikom?

F. F.: To samo co mówimy naszym francuskim czytelnikom: mamy nadzieję, że dzieci w Polsce polubią naszych bohaterów i ich świat, a mały hotel ukryty między górami sprawi, że zaczną marzyć. Nie ma złych i dobrych w tych przygodach, są tylko różne stworzenia, które muszą nauczyć się żyć razem w pokoju. Co nie jest łatwe.

Katherine Ferrier & Florian Ferrier (sc.), Katherine Ferrier (rys.), „Hotel Dziwny #1: Przez zimę do wiosny”, tłum. Małgorzata Janczak, Kultura Gniewu, Warszawa 2017. [Zdjęcia pochodzą z oficjalnego profilu serii: klik! klik!]

 Komiks objęty patronatem:   {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Rozmowa przeprowadzona dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Gnat zasługuje na swój kultowy status… – rozmowa z Jackiem Drewnowskim

26/06/2017 § 1 komentarz


Gnat zasługuje na swój kultowy status – z Jackiem Drewnowskim, tłumaczem komiksu „Gnat”, rozmawia Maciej Gierszewski

Maciej Gierszewski: Pamiętasz swoje pierwsze tłumaczenie? To była książka czy komiks?
Jacek Drewnowski: Doskonale pamiętam. Były to dwie historyjki komiksowe do magazynu „Komiks Gigant”, do którego Egmont szukał tłumacza. Dotychczasowy, Michał Wojnarowski, przestał się wyrabiać po przejściu „Kaczora Donalda”, którego też przedkładał, z cyklu dwutygodniowego na tygodniowy. Współpracowałem wówczas z Egmontem jako redaktor komiksowego pisma dla dzieci i znałem akurat potrzebne przy „Gigancie” języki, czyli włoski i angielski, więc zaproponowano mi próbny przekład dwóch historyjek, po jednej z każdego z tych języków. Efekt oceniało kilka osób na różnych szczeblach, włącznie oczywiście ze wspomnianym Michałem Wojnarowskim, a że się spodobał, dostałem do tłumaczenia cały numer. I kolejne.

M.G.: Dlaczego postanowiłeś tłumaczyć?
J.D.: Kiedy zaczynałem studia italianistyczne, moim marzeniem na przyszłość było tłumaczenie literatury. Lecz mimo że miałem już wówczas za sobą debiut pisarski i szykowały się kolejne publikacje, nie do końca w taką przyszłość wierzyłem. Wydawało mi się, że tłumaczami książek zostają jacyś wybitnie utalentowani nadludzie i że dla mnie taka praca pozostanie w sferze marzeń. Później mieliśmy zajęcia translatorskie, chyba na drugim roku, w ramach których przekładaliśmy fragmenty literatury, i okazało się, że wychodzi mi to całkiem nieźle. Mimo to nie spodziewałem się, że jeszcze na studiach zacznę zarabiać na przekładach. A tak się niebawem stało – jak mówiłem, zaczęło się od disnejowskich komiksów.

M.G.: Czy jest jakaś różnica w podejściu do tłumaczeniu książek a komiksów? Na czym polega?
J.D.: Podstawowe różnice wynikają z samego charakteru tych mediów. W komiksie tekst niemal nigdy nie funkcjonuje w oderwaniu od obrazu, słowo gra ze stroną wizualną i tłumacz musi to uwzględnić. W samej codziennej pracy może to być zarówno ułatwieniem – w tym sensie, że rysunek czasem przybliża intencje twórców – jak i ograniczeniem, którego w beletrystyce nie ma. Na przykład w komiksie nieraz nie da się zastąpić idiomu innym, o podobnym znaczeniu, bo w relacji słowo-obraz liczy się konkretny wyraz z owego idiomu. Ograniczeniem czysto technicznym bywa też pojemność dymka, o czym notabene niejeden początkujący tłumacz komiksów zapomina. W większości wypadków komiks wymaga tak zwanego ucha do dialogów i być może jakiegoś zestawu innych umiejętności czy zdolności, których nie potrafię zdefiniować. W każdym razie widywałem sytuacje, w których dobrzy i uznani tłumacze literatury zupełnie nie radzili sobie z komiksem.

M.G.: Czy komiksy dla dzieci tłumaczy się trudniej?
J.D.: Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno inaczej, ale czy trudniej? Jak wspominałem, zaczynałem od tłumaczenia komiksów (a niedługo potem książeczek) dla dzieci. Już wcześniej takie komiksy redagowałem. To one są zatem w pewnym sensie moim środowiskiem naturalnym, a z przekładami innego rodzaju – komiksami dla dorosłego czytelnika, literaturą piękną i popularnonaukową, publicystyką czy filmami – mierzyłem się dopiero po nich. Każdy z tych obszarów pracy translatorskiej ma swoją specyfikę, jedne lubię bardziej, inne mniej, ale nie umiem powiedzieć, który jest najtrudniejszy. Wiem, że niektórzy tłumacze nie lubią bądź nie potrafią przekładać dla dzieci lub przeciwnie, nie czują się dobrze w innych tekstach, ale sam do nich nie należę.

M.G.: Postanowiłeś spolszczyć tytuł serii Jeffa Smitha i od razu posypały się kamienie na twoją głowę… Jak wpadłeś na Gnata? Gnatowo? Chwata?
J.D.: Osobiście jakoś nie poczułem tego gradu kamieni. Przeglądałem w sieci kilka dyskusji na ten temat i odniosłem wrażenie, że przeważają w nich głosy zadowolonych z polskiego tytułu. Gnata, Gnatowo, Chwata itp. wymyśliłem podczas pierwszego podejścia do tłumaczenia tego komiksu. Konieczność spolszczenia znaczącego nazwiska „Bone” wydawała mi się wówczas oczywista – wiąże się z nim choćby wygląd bohaterów – i „Gnata” uznałem za rozsądną opcję. Np. rzeczownik „kość”, który ma to samo znaczenie, jest rodzaju żeńskiego i zawiera dwa polskie znaki diakrytyczne, więc pasowałby tu gorzej. Dalsze wybory były już konsekwencją tego pierwszego. Np. „Fone Bone” jako „Chwat Gnat” – jednosylabowe imię do jednosylabowego nazwiska, rymujące się i oddające, mam nadzieję, ducha oryginału.

M.G.: Wspominałeś, że pierwsze przymiarki do tłumaczenia komiksu mają 15 lat. Tłumaczyłeś dla siebie? Czy też ktoś wówczas planował wydać?
J.D.: Tłumaczenie to moja praca, na którą poświęcam ładnych kilka godzin dziennie, więc w czasie wolnym wolę zajmować się innymi rzeczami. Nie tłumaczę zatem dla siebie i także ten pierwszy album „Gnata” przełożyłem wówczas na zamówienie, bo komiks miał być wydany. Na jakimś późniejszym etapie z tego zrezygnowano, przyczyn nie znam. Natomiast wykorzystałem tamten przekład w obecnym wydaniu, oczywiście po wnikliwej rewizji. To jedna trzecia obecnego pierwszego tomu, który obejmuje trzy albumy.

M.G.: Czym się kierujesz podczas spolszczania imion bohaterów? Czy z zasady powinno się je przekładać? A kiedy lepiej zostawić w oryginalnej wersji?
J.D.: Nie znam ani nie stosuję żadnej uniwersalnej zasady. Choć mam już w tej robocie długoletnie i bogate doświadczenie, nie przekłada się ono na usystematyzowaną, podręcznikową wiedzę. Do każdego tłumaczenia podchodzę indywidualnie, a w swojej pracy zawsze kierowałem się i kieruję w znacznej mierze intuicją. Bez wątpienia mogę powiedzieć jedno: spolszczanie znaczących imion i nazw jest istotniejsze w wypadku treści skierowanych do dzieci.

M.G.: Pierwszy tom „Gnata” liczy sobie ponad 450 stron. Ile trwało przetłumaczenie całości? Co nastręczało najwięcej trudności?
J.D.: Kolejne pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć. Nigdy nie przekładam tylko jednego tekstu, zwykle pracuję na przemian nad przynajmniej dwoma w ciągu dnia i przynajmniej trzema w ciągu tygodnia, traktując każdy z nich jako oddech od pozostałych. Bardzo lubię taki płodozmian, najchętniej w miarę możliwości przeplatam pracę nad tekstami jak najróżniejszymi – np. włoskim komiksem postapokaliptycznym i amerykańską książeczką dla dzieci – tłumacząc po kilka stron i robiąc w ciągu dnia kilkanaście zmian między jednym a drugim. Nad „Gnatem” też nie siedziałem jednym ciągiem, ale wydaje mi się, że w pewnym przybliżeniu mogę określić średnie tempo pracy nad tym komiksem na 6, może 7 plansz w ciągu godziny.
Co do trudności – nie przychodzi mi do głowy nic konkretnego. Może najtrudniejsze było to, o co wcześniej pytałeś: decyzja, które imiona spolszczać, a których nie. W jednym wypadku nie jestem do końca przekonany do swojego wyboru, ale nie powiem, w którym – zobaczymy, czy ktoś to wytknie. Ogólnie „Gnata” przekłada się bardzo przyjemnie. Mam już za sobą tłumaczenie drugiego tomu, a wkrótce zabieram się za trzeci i ostatni.

M.G.: Jak przygotowywałeś się do tłumaczenia?
J.D.: Szczerze mówiąc, nie było jakichś szczególnych przygotowań. Pewnego dnia otworzyłem komiks, włączyłem komputer i zacząłem czytać swój przekład sprzed lat.

M.G.: Czy polubiłeś głównego bohatera, za co?
J.D.: Polubiłem. Jest taki, jaki powinien być bohater. Z zasadami, ale i z wadami. Jego osobowość, wybory, reakcje i emocje – zarówno pozytywne, jak i negatywne – są nakreślone bardzo przekonująco.

M.G.: W „komiksowie” jest pozytywna fama wokół pozycji, czy ona jest aż tak dobra?
J.D.: Czytelnicy ocenią, czy komiks dorósł do ich oczekiwań. I mam nadzieję, że nie będą zawiedzeni. W moich oczach jak najbardziej zasługuje na swój kultowy status, jakim cieszy się w komiksowym światku nie tylko w Polsce. Pod względem fabularnym jest to naprawdę ciekawa i wciągająca saga fantasy, z intrygującymi bohaterami, zwrotami akcji i zmianami nastroju, z umiejętnie wprowadzanymi dawkami przygody, humoru, niepokoju. Jest przy tym ciekawie, dynamicznie, a miejscami bardzo pomysłowo narysowana.

M.G.: Czy jest to komiks dla dzieci? W jakim wieku?
J.D.: W mojej opinii to komiks dla wszystkich, a zatem także dla dzieci, nawet ośmioletnich, o ile lubią czytać, idzie im to płynnie i samodzielna lektura nie sprawia im już trudności.

Jeff Smith (sc. & rys.), „Gnat #1: Dolina, czyli równonoc wiosenna”, przeł. Jacek Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1132, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[Wywiad pierwotnie ukazał się na stronie Aleja Komiksu: klik! klik!]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

John Wagner i Greg Staples opowiadają o pracy nad albumem „Sędzia Dredd: Mroczna sprawiedliwość”

21/02/2017 § Dodaj komentarz


john-wagner

John Wagner odpowiada na pytania Bartosza Nowickiego:

Bartosz Nowicki: Kiedy Greg Staples poprosił cię o napisanie scenariusza o Mrocznych Sędziach, nie byłeś pewien, czy jest to dobry pomysł. Nie byłeś przekonany, czy masz jeszcze coś do powiedzenia w tym temacie… Chciałbym zapytać o to, w jaki sposób przygotowujesz się do napisania takiego trudnego scenariusza? Gdzie szukasz inspiracji?
John Wagner: Pobudziły ją prace Grega. Kiedy jesteś bombardowany takimi uderzającymi obrazami, ciężko konsekwentnie odmawiać.

B.N.: Akcja „Mrocznej Sprawiedliwości” zaczyna się w miejscu, w którym pozostawiłeś ja w „Dniu Chaosu”. Książka jest kontynuacją większej historii. Można ją jednak czytać jako zamkniętą całość. A dodatkowo jest doskonałym wprowadzaniem do serii dla nowych czytelników. Czy od samego początku starałeś się napisać książkę, która pełni tyle różnych funkcji?
J.W.: Moim głównym celem, oprócz dostarczenia platformy dla sztuki Grega, było przezwyciężenie przewidywalności historii z Mrocznymi Sędziami – na przykład takiej jak ta, że Dredd zawsze wygrywa. Przewidywalność była głównym powodem, dla którego zdecydowałem się już o Mrocznych Sędziach nie pisać. I dlaczego w przeszłości sięgałem po komedię, by stworzyć historie warte napisania.

John Wagner & Nick Percival - Dark Judges: Dominion

John Wagner & Nick Percival – Dark Judges: Dominion


B.N.: Jak znajdujesz „Mroczną sprawiedliwość” z perspektywy czasu? Czy coś byś dziś zmienił? Coś napisał inaczej?
J.W.: Nie, jestem z niej w pełni zadowolony. Zadowolony na tyle, że już pracuję nad kontynuacją, którą ilustruje Nick Percival. Nick także bombardował mnie genialnymi obrazami!

greg-staples

Greg Staples odpowiada na pytania Bartosza Nowickiego:

Bartosz Nowicki: Twoja korespondencja emailowa z Johnem Wagnerem, której fragmenty możemy przeczytać w albumie „Mroczna Sprawiedliwość”, pokazuje, że minęło trochę czasu, zanim John dał się przekonać do współpracy nad „kolejną historią o Mrocznych Sędziach” – i miał ku temu dobry powód. Co pomyślałeś, kiedy otrzymałeś pierwszą, niezbyt pozytywną odpowiedź? Jak ważna w tym momencie była dla ciebie współpraca z Johnem? Czy, w wypadku gdyby John zdecydował się w to przedsięwzięcie nie angażować, brałeś pod uwagę współpracę z innym scenarzystą?
Greg Staples: Tak naprawdę to nad tym konkretnym projektem chciałem pracować tylko z Johnem, ponieważ to on napisał oryginalne pozowaniehistorie: „Sędziego Śmierci” („Judge Death”) oraz „Sędzia Śmierć żyje” („Judge Death Lives”), które czytałem, kiedy byłem dzieciakiem. Te historie mnie przerażały. Może było w tym trochę nostalgii, a może fakt, że ze scenariuszami Johna zawsze dobrze mi się pracowało, w każdym razie postanowiłem, że zabiorę się za to, tylko jeśli on się zgodzi. To prawda, on miał ich (Mrocznych Sędziów) dość, ale ja czułem, że w postaciach wciąż jest iskra grozy, którą warto wskrzesić, bo nie była widziana od dawna. Interesował mnie horror i w pewnym rodzaju kontynuacja „Judge Death Lives”. John powiedział, że groza może być trudna do napisania, ale jeśli wpadłby na dobry pomysł, to mógłby rozważyć moją propozycję.

B.N.: Jak wyjaśniłeś w posłowiu, praca nad komiksem trwała dwa lata. Dlaczego aż tak długo? Czy pracowałeś jednocześnie nad innym projektem?
G.S.: Podjąłem decyzję, aby wszystko namalować ręcznie, bez udziału komputera, więc każde pociągnięcie pędzla zabrało mi dwa razy więcej czasu, niż gdybym malował cyfrowo. Dlatego rok zmienił się w dwa lata. Gdy zacząłem, zdałem sobie sprawę ile to pracy, ale byłem zdeterminowany, aby utrzymać wysoki poziom aż do ostatniego panelu. Komiks przezwałem „Nie kończąca się opowieść”!

B.N.: Bardzo interesuje mnie twój proces artystyczny i związana z nim logistyka. Jak zabrałeś się do tworzenia? Czy od razu narysowałeś cały komiks? A może rozłożyłeś to na poszczególne, sześciostronicowe epizody? Gdy przyszło do robienia zdjęć referencyjnych, ilu sesji potrzebowałeś, by uzyskać cały potrzebny do pracy materiał? Ile osób brało udział w tych sesjach?
G.S.: Dużo przy tym albumie planowałem, więcej niż zazwyczaj. Najpierw rozrysowałem cały scenariusz, tak, aby mieć ogólne pojęcie na temat rytmu historii i tego czego oczekiwałem od jego strony wizualnej. Bardzo mocno zależało mi na tym, szkicaby od samego początku spróbować czegoś, czego wcześniej sam nie widziałem i by zrobić komiks, który czyta się tak jak film: z oświetleniem, dramatem i strukturą. Następnie zrobiłem trzy oddzielne sesje zdjęciowe z kilkoma przyjaciółmi-filmowcami, które były wprawdzie bardzo trudne, ale dały mi szansę na to, aby niemal rozegrać scenariusz. Sam grałem Dredda. Jest sporo zdjęć, na których się w niego wcielam (później, niejednokrotnie byłem modelem Dredda na potrzeby różnych czasopism). Dalej, na pełnowymiarowych stronach, rysowałem ołówkiem po jednym odcinku na raz, używając referencji, choć w większości rysując z głowy. Zrobiłem też szybkie szkice kolorystyczne, które pomogły mi utrzymać spójność i oświetlenie. W końcu namalowałem plansze przy użyciu pędzli i farb akrylowych.

B.N.: Co sprawiło ci największą frajdę podczas pracy nad albumem? A co okazało się najmniej przyjemne?
G.S.:Cieszy mnie rezultat finalny. Odbiór komiksu był świetny. Jednak sama praca była dość trudna, bo bardzo pracochłonna i męcząca. Ostatecznie jestem dumny z tego, że udało mi się go skończyć!

B.N.: Jak znajdujesz „Mroczną sprawiedliwość” z perspektywy czasu? Czy coś byś dziś zmienił? Coś namalował inaczej?
G.S.:Trudno powiedzieć… Wątpię, żebym jeszcze kiedyś chciał zrobić coś w ten sam sposób, planszachyba że widziałbym, że się finansowo będzie opłacało. „Mroczna sprawiedliwość” wyssała ze mnie wszystkie pieniądze, ponieważ nie miałem czasu na inne zlecenia, które normalnie utrzymywałyby mnie na powierzchni. Aczkolwiek, jak ze wszystkim, co trudne, chce się kolejnego wyzwania, aby stworzyć coś, co jakością przebiłoby ostatni wykonany projekt. Dlatego może kiedyś, jeśli odpowiedni projekt pojawi się na horyzoncie, jeszcze raz zrobię coś takiego.
Całość wygląda tak, jak to sobie zaplanowałem i z tego jestem bardzo zadowolony. Są w albumie plansze i kardy, które należą do najlepszych jakie kiedykolwiek w życiu zrobiłem, a to cieszy.

B.N.: Czy w najbliższej przyszłości możemy spodziewać się nowego komiksu z Dreddem namalowanego przez Grega Staplesa?
G.S.: Nigdy nie mów nigdy… Jednak aktualnie nie mam żadnych planów na nowy komiks, gdyż w minionym roku byłem głównym artystą pracującym nad konceptami do „Dead Island 2”. Być może wcześniej czy później powrócę do Sędziego Dredda. Wszystkiego się można spodziewać…

John Wagner (sc.), Greg Staples (rys.), „Sędzia Dredd: Mroczna sprawiedliwość”, tłum. Jacek Więckowski, Studio Lain, Iława 2016.

[Obie rozmowy przeprowadził (i przetłumaczył) Bartosz Nowicki, który także napisał recenzję albumu, do przeczytania tu: klik! klik!]

Jeszcze jakiś czas będę się pojawiał na rynku – wywiad z Tadeuszem Baranowskim

18/04/2016 § 1 komentarz


Jeszcze jakiś czas będę się pojawiał na rynku… – z Tadeuszem  Baranowskim dla „Kultowych komiksów z czasów PRL-u” rozmawia Daniel Koziarski

Zacznę przewrotnie. W rozmowie z Bartoszem Kurcem opublikowanej w „Trzask prask” w 2004 wyczułem nutkę żalu, że Pana, człowieka niezależnego (i dodajmy – artystycznie wielowymiarowego), określono mianem „autora kultowych komiksów z PRL-u”. Kilkanaście lat później jako fanpage „Kultowe komiksy z czasów PRL-u”, wychodzimy z inicjatywą rozmowy. Pan pożegnał komiks (oczywiście mamy nadzieję, że zmieni Pan zdanie), stworzył własną technikę malarstwa abstrakcyjnego i obecnie skupia się na związanych z nią pracach a my tu znowu będziemy o komiksach z poprzedniej epoki…

tadeusz baranowskiTadeusz Baranowski: Pomimo wielokrotnie ponawianych prób odseparowania się od pewnego etapu mojego życia związanego z rysowaniem komiksów, temat ten nadal powraca i muszę się z tym pogodzić. Były co prawda takie lata, gdy zaprzestałem ich rysowania, nie było już wznowień, zainteresowanie nimi stało się nikłe i powoli o nich zapominano. A ponieważ nigdy nie dbałem o popularność, miałem bardzo krytyczny stosunek do swojej pracy i wydawcy nie wykazywali nimi zainteresowania, więc taki stan rzeczy był oczywisty. Prawdą jest też, że nie wierzyłem w powrót moich komiksów na rynek i gdy kilka lat temu, niewielki wydawca, nomen omen – ONGRYS, zaproponował mi wznowienie WODY SODOWEJ (też z niewielką wiarą na sukces), zgodziłem się i też bez przekonania. Nie wierzyłem w powrót zainteresowania tymi – ponad 30 lat temu tworzonymi – historyjkami. Jednak ten wznowiony album się sprzedał, wznowiono go ponownie, nadal się sprzedaje. Za nim „poszły” kolejne albumy i tak na niechcący zaistniałem na nowo na rynku. Wiem, że młodsze pokolenie czytelników komiksów interesuje się obecnie nowościami, jest ogromny wybór, ale jest nadal grupa moich fanów i przyjaciół, którzy do moich komiksów wracają. I nabywają je dla swoich dzieci.

Co Bąbelek, Kudłaczek, profesor Nerwosolek i Entomologia (bo co robi mały wódz Wielki Niepokój się domyślamy) porabiają na komiksowej emeryturze? Nie korci Pana czasem, żeby wymyślać i rysować nowe historie z ich udziałem?

T.B.: Prawda jest prozaiczna. Kończy mi się powoli „zapasik”, dla mnie przeznaczony. DiplodokA przez te wszystkie lata rysowania komiksów, planowałem powrót do zarzuconego przed laty malarstwa. Gdybym może miał jeszcze teraz tego czasu więcej, to kto wie. Oceniłem realistycznie sytuację i dokonałem wyboru. Mówię o malarstwie. Wkładam teraz wiele sił w jego realizację, nie kalkulując korzyści z podjęcia takiej decyzji. Tak samo jak kiedyś, rysując komiksy. Powrót do malarstwa, jest ostatnim moim celem życiowym.

Przygoda Lutka – historia krótka z tekstem Brzechwy i Pana rysunkami – znakomita rzecz, niewznawiana od zarania dziejów. Jest jakaś szansa na nową edycję?
T.B.: Z pewnością nie. Wydawnictwo, które na fali wydawanych wtedy moich komiksów wpadło na taki pomysł, dawno nie istnieje. Wierszyk Jana Brzechwy, napisany prawdopodobnie na zamówienie o przepisach ruchu drogowego, nie wzbudzał wtedy niczyjego zainteresowania i córka poety nie traktując go prawdopodobnie jako wartościowego, wyraziła zgodę na taką jego publikację. Dzisiaj panują już zupełnie inne zwyczaje. Nie wiadomo, kto tym zarządza, rysuneczki nie wróciły do mnie od wydawcy. Pozostanie więc taka unikatowa ciekawostka. Miałem kiedyś w domu kilkadziesiąt egzemplarzy tej broszurki. Wszystkie rozdałem na spotkaniach autorskich.

Uchyli Pan rąbka tajemnicy, co do kolejnych planów wznowieniowych? Przy okazji, czy ma Pan poczucie, że na przestrzeni ostatnich lat zmieniło się podejście wydawców do klasycznych polskich komiksów i ich autorów?

T.B.: Co do wznowień, to prawdę mówiąc, w ubiegłych latach, tylko od wydawnictwa Antresolka profesorka NerwosolkaPrószyński padła dość niemrawa propozycja wznawiania moich komiksów, ale nieszczególne to były starania i projekt upadł. Dopiero współpraca z wydawnictwem ONGRYS jakoś ukonkretyzowała powrót do wznowień. Wydawca Leszek Kaczanowski zabrał się profesjonalnie do tego zadania. I to on właśnie planuje wydania kolejnych albumów. Być może tym następnym będą PORADY PRAKTYCZNEGO PANA. Być może w płóciennym wydaniu – zawierające wszystkie dotychczas narysowane epizody. I być może w płóciennym wydaniu, z oryginalnymi, osobno wykonanymi przeze mnie rysunkami. Również KULTURA GNIEWU chce wydać w tym roku, w jednym tomie, wszystkie narysowane dotychczas perypetie wampirów. (O ZMROKU i BEZDOMNE WAMPIRY). Tak więc jeszcze jakiś czas będę się pojawiał na rynku. Mały wydawca ma małe możliwości promowania mnie i tych wydań. A ponieważ nie byłem w kręgu zainteresowań większych wydawców, pozostaję nadal autorem niszowym.

Skąd wzięło się takie natężenie genialnego, absurdalnego humoru w komiksach Mistrza ? I czy to nie jest właśnie recepta na długowieczność i ciągłą aktualność komiksów?
T.B.: Nie wiem jak to jest z tym „genialnym” poczuciem humoru, ale wydaję mi się, że trzeba mieć dystans do siebie i do tego, co się robi. Poza tym zawsze robiłem to, co chciałem, nie pozwalałem na „wcinanie” się w moje scenariusze osobom trzecim, dzięki czemu pisałem na własną odpowiedzialność.

Co było inspiracją do stworzenia historii o ciotce Fru-Bęc? Czym się Pan inspirował wymyślając historię o Kwiecie Zła?

T.B.: Chodziło mi o prosty, łatwo zrozumiały komiks dla małych dzieci. skad sie bierzeBajeczkę komiksową bez tzw. podtekstów, do obejrzenia obrazków i ze zrozumiałą fabułą. Co być może nie zadowoliło wszystkich fanów moich komiksów. Ale były osoby, które ten pomysł przyjęły pozytywnie. Myślałem nawet o tym, że może na kanwie takiej historyjki mogłaby powstać jakaś animacja w formie dobranocek. Narysowałem więc drugą część przygód Fruwaczków i Kwiatu Zła, w albumie: TO DOPRAWDY KIEPSKA SPRAWA, KIEDY BESTIA SIĘ POJAWIA. Wtedy nadeszły czasy „transformacji” ustrojowej, wydawcy mając dostęp do niezliczonej ilości tanich komiksów z Europy, zafascynowani tymi nowymi możliwościami, przestali się interesować produkcją krajową. A incydentalne wznowienia były wydawane w pośpiechu, niechlujnie i byle jak. Na przykład zdarzyło mi się wydanie mojego albumu, bez mojego nazwiska na okładce i stronie tytułowej. Na początku lat 90-tych, pewien rodak mieszkający w Anglii, przedstawiający się jako tamtejszy wydawca, będąc u mnie w gościnie, ukradł mi cały komplet oryginalnych plansz CIOTKI FRU-BĘC, a ja zniechęcony postanowiłem wtedy, że komiksów już rysować nie będę. Zostały mi jednak negatywy ukradzionych plansz i jest obecnie podjęta próba zrekonstruowania tego albumu przez ONGRYSA. Być może całość w jednym tomie.

Jak wiadomo, trwają prace nad filmem Wojciecha Wawszczyka Podróż smokiem Diplodokiem, który bazuje na Pańskich komiksach i ich bohaterach. Ale pojawiają się sygnały, że format filmowy wymusi całkowitą albo częściową rezygnację z zabaw słowem, wszystkich tych absurdów i dwuznaczności, które w dużej mierze stanowią o sile Pańskich komiksów. Zapewne widział Pan scenariusz. Czy podziela Pan obawy części fanów, że przy takim założeniu widzowie sporo stracą?
T.B.: Pewnie tak, ale muszę się pogodzić z faktem, że specyficzny język moich historyjek, stał się w wielu przypadkach zaporą nie do przebicia. Jest oczywiste, że wszystko da się przetłumaczyć (przykład Monty Python), ale mam wrażenie, że żaden markowy, profesjonalny tłumacz nie jest zainteresowany tłumaczeniem komiksu, jako czegoś gorszego i wstydliwego. To przekonanie jest nadal aktualne w świadomości społeczeństwa i ja sam się spotykałem z odmową ze strony tłumaczy, do których się z takim pytaniem zwracałem („…ja proszę pana komiksów nie czytam…”). A jak dobry tłumacz ma do wyboru poezję np. Wisławy Szymborskiej czy NA CO DYBIE W WIELORYBIE…, to właściwie koniec dyskusji. Mam się ostatecznie włączyć do dyskusji scenariuszowych przy w/w filmie, ale problem pozostaje.

Skoro już jesteśmy przy filmach. W latach 80. w Wytwórni Filmów Animowanych w Bielsku-Białej powstały dwie animacje z Nerwosolkiem. Jak doszło do powstania tych filmików i dlaczego ostatecznie projekt nie ujrzał światła dziennego?

orient menT.B.: Powstałe w Bielsku Białej filmiki, miały zapoczątkować serię dobranocek z moimi bohaterami. Cały ciężar przedsięwzięcia wziął na siebie wtedy młody reżyser, pan Włodzimierz Palusiński. To on sam narysował i zrealizował dwa 25-minutowe filmy pilotażowe o Nerwosolku. Jednak wytwórnia zażądała wtedy ode mnie całkowitych praw autorskich do postaci (znana afera z Bolkiem i Lolkiem i ich twórcami). Na co ja się nie zgodziłem. Wytwórnia więc pocięła dwa filmiki i zrobiła jeden. Co się oczywiście nie sprawdziło, powstał przypadkowy produkt i na tym się kontakt skończył. Potem wytwórnię nabył producent z zachodniej Europy i wytwórnia zajęła się przede wszystkim produkcją reklam.

Czuje się Pan człowiekiem twórczo spełnionym? Czy ma Pan poczucie, że na różnych etapach swojej twórczej działalności podejmował Pan właściwe decyzje, a może jest coś, czego Pan żałuje albo rozpatruje w kategoriach straconej szansy?
T.B.: Myślę, że żaden twórca (jaki by tam on nie był), nigdy nie będzie się czuł twórczo spełnionym. Gdyż zawsze pozostaje coś, co jest jeszcze do zrobienia lub coś, czego się nie zdążyło, bądź zaniedbało zrobić. Praca była dla mnie zawsze rzeczą najważniejszą, ale chyba nie zawsze starczyło mi determinacji by wszystko doprowadzić do końca. Nagle się zorientowałem, że zostało jeszcze wiele rzeczy do zrobienia, a czasu niewiele. Mam bezustanne wrażenie, że niczego nadzwyczajnego w swoim życiu nie osiągnąłem. Jak wielu ludzi, popełniałem w życiu błędy i tego nie da się „odkręcić”. Staram się więc teraz nie marnować pozostałego mi czasu i dlatego chcę go wykorzystać na rzeczy dla mnie obecnie najważniejsze. Żałuję, że nie podjąłem wcześniejszej decyzji o powrocie do malarstwa.

tadeusz baranowski

Z Tadeuszem Baranowskim dla „Kultowych komiksów z czasów PRL-u” rozmawiał Daniel Koziarski. Bezpośredni link do wywiadu tu: klik! klik!
Zdjęcie Tadeusza Baranowskiego pochodzi z jego strony na fb: klik! klik!
Komiksy Tadeusza Baranowskiego można kupić: Antresolka profesorka Nerwosolka: klik! klik! Skąd się bierze woda sodowa: klik! klik! Podróż smokiem Diplodokiem: klik! klik! Orient Men – Śmieszy, tumani, przestrasza: klik! klik!

[Dziękuję panu Tadeuszowi Baranowskiemu i „Kultowym komiksom z czasów PRL-u” za możliwość udostępnienia wywiadu na blogu.]

Moe to moja komiksowa wizytówka… – rozmowa z Piotrem Nowackim

30/03/2016 § 5 Komentarzy


Moe to moja komiksowa wizytówka… – z Piotrem Nowackim z okazji reedycji komiksu rozmawia Maciej Gierszewski

moeOd premiery komiksu Moe minęło 5 lat. Dlaczego po takim czasie zdecydowałeś się na reedycję?
Piotr Nowacki: To była spontaniczna decyzja. Przeczytałem recenzję Moe napisaną przez Łukasza Kowalczuka dla Ziniola, tam pada taka sugestia, że ten komiks lepiej sprawdziłby się w mniejszym formacie i z dwoma kadrami na stronie. Pierwszego wydania nie ma już na rynku, więc postanowiłem wznowić tę pozycję w zmienionej formie. Całość poskładał i przygotował do druku Łukasz Mazur, mój druh z ekipy Pokembry.

Czym różni się bieżące wydanie od poprzedniego?
PN: Zmienił się format z poziomego na pionowy, plus, jak wspomniałem, układ kadrów – po dwa na stronę, zmniejszyliśmy rozmiar. Jest oczywiście nowa okładka, poprawiłem kilka drobiazgów w kadrach i na koniec dodaliśmy notkę biograficzną z namiarami na moje miejsca w sieci, mail i telefon. Dzięki temu Moe jest w pewnym sensie moją komiksową wizytówką.

Moe i kilka innych Twoich pozycji, to komiksy bez słów. Wolisz rysować tego typu historie? Czy praca nad nimi jest trudniejsza? Jeśli tak, to na czym polega owa trudność?
Piotr Nowacki planszaPN: Może nie tyle wolę, ale kiedy już zabieram się za autorski projekt, to jakoś naturalnie jest to historyjka bez słów. Może to wynika z obawy, że nie będę potrafił napisać dobrych dialogów. Narysowałem całkiem sporo komiksów bez słów (większość do scenariuszy Sztybora), co sprawia, że pewnie lepiej sobie radzę z tego typu narracją, lepiej ją czuję.
Najtrudniej jest chyba czytelnie i płynnie opowiedzieć w ten sposób historię. To, co mi jako twórcy wydaje się oczywiste, dla czytelnika może takie nie być. Trzeba więc być uważnym i krytycznym, potrafić spojrzeć na własny twór z boku. Dobrze jest też pokazywać swoje produkcje innym, żeby ewentualnie zgłosili jakieś uwagi.

Jakiś czas temu mówiłeś: „Najbardziej jestem dumny z moich autorskich zeszycików, czyli z Om i Moe, właśnie dlatego, że udało mi się bez niczyjej pomocy stworzyć jakieś dłuższe opowieści. Mam nadzieję, że będzie mi się udawało publikować jeszcze takie rzeczy pomiędzy dużymi, poważnymi projektami rysowanymi do cudzych scenariuszy”. Czy udaje Ci się realizować autorskie komiksy?
PN: Właśnie jestem na finiszu prac nad takim komiksem. Jest to historyjka bez słów (znów!), opowiedziana na 40 kwadratowych planszach. Tytuł roboczy: Yerp i ostatecznie tak właśnie będzie brzmiał. Zostało mi do narysowania 5 plansz i okładka, więc jest szansa, że uda się go opublikować na majowy Festiwal Komiksowa Warszawa.

Mam wrażenie, że ostatnio rysunkowo mocno się udzielasz. Rzuciłeś pracę etatową i zająłeś się tylko twórczą pracą?
komiks dla dzieciPN: To prawda. Ostatnie pół roku to codzienne rysowanie, często po kilkanaście godzin. Tak się złożyło, że po 13 latach, to praca w korporacji rzuciła mnie. Dlatego postanowiłem zająć się rysowaniem na pełen etat. Tym samym od kilku miesięcy realizuję swoje marzenie. Póki co na nudę nie narzekam, cały czas mam co robić. Komercyjne zlecenia, które dotychczas realizowałem i realizuję, są bardzo fajne i wykonuję tę pracę z przyjemnością. Oprócz rysowania komiksów są i ilustracje do książek, więc ciekawa twórcza robota.

Można gdzieś czytać Twoje komiksy dla dzieci? W jakiś gazetach czy magazynach? Wdaje mi się, że coś widziałem w „Fika”, ale gdzieś jeszcze?
PN: Tak, od dłuższego czasu w magazynie „Fika” ukazuje się seria Leśniaki, do której Sztybor pisze scenariusze, a ja rysuję. Są to dwuplanszowe historyjki bez słów. Mam nadzieję, że jak uzbiera się porządna ilość materiału, to wydamy jakiś zbiorczy album. Dodatkowo komiks z moimi rysunkami ukazuje się w miesięczniku „Abecadło”. To jednoplanszówki opowiadające o przygodach zajączka i misia, które dostosowane do głównego tematu numeru (zimowe zabawy, karnawał, nadejście wiosny…). Scenariusz dostaję z wydawnictwa, a kolory na moje plansze kładzie Joanna Szłapa, która kolorowała Ostatniego Żubra Tomka Samojlika.
W każdy poniedziałek i czwartek zapraszam również na stronę Smutek jako ostateczna forma buntu, na której wspólnie z Kajetanem Kusiną tworzę komiks internetowy.

Z tego co mi wiadomo, to narysowałeś już trzeci album z serii Detektyw Miś Zbyś na tropie, a teraz go Norbert koloruje. Prawda? Proszę zdradź trochę informacji, o czym opowiada.
Piotr Nowacki komiksPN: Norbert już pokolorował, a komiks czeka tylko na wypisanie dymków i skład. W trzeciej części bohaterowie prosto z dzikiego zachodu lecą na księżycową stację kosmiczną. Tam muszę rozwikłać zagadkę znikających na stacji żarówek i akumulatorów. Na naszych małych czytelników, jak zwykle czekają, szalone pościgi, jeszcze bardziej kolorowe i gęste rozkładówki. A rodzice będą mogli wyłapywać nawiązania do popkultury, których w tym tomie jest całkiem sporo. Sam bardzo lubię rozkładówkę z kosmicznym złomowiskiem, na którym można będzie rozpoznać przeróżne pojazdy znane z filmów, komiksów i seriali sci-fi.

Nad czym teraz pracujesz?
PN: Od kilku miesięcy realizuję duże zlecenie ilustratorskie dla wydawnictwa Tashka, ale szczegółów na razie nie będę zdradzał. Jestem bardzo blisko ukończenia. Finiszuję z rysowaniem Yerpa, a wczoraj na maila dostałem nowy scenariusz od Sztybora. Co miesiąc muszę oddać planszę do miesięcznika dla dzieci „Abecadło”. Sporo się dzieje, a będzie działo się jeszcze więcej. Wraz z moimi chwatami z ekipy Pokembry (Łazur i Sztybor) planujemy mnóstwo świetnych projektów, z których ogromnie się cieszę.
Dziękuję, Piotrze, za rozmowę.

Piotr Nowacki (scen. & rys.), „Moe”, wyd. II, poprawione, 2016. Zamawiać można tu: klik! klik! Piotr Nowacki komiksPiotr Nowacki o sobie: Zajmuję się tworzeniem komiksów, ilustracji oraz projektów postaci. Publikowałem w licznych magazynach i antologiach komiksowych. piotr nowackiMam na koncie kilka wydanych albumów komiksowych. Najważniejsze z nich: Tainted oraz wersja na iPad, It’s Not About That, seria Detektyw Miś Zbyś na tropie, Tim i Miki. W Krainie Psikusów, Moe, Om. Zilustrowałem kilka książek dla dzieci z serii Bohaterowie z boiska oraz wykonałem serię projektów postaci do aplikacji edukacyjnej dla dzieci Anifacts Africa. W latach 2009-2011 byłem redaktorem naczelnym magazynu komiksowego „Karton”. Brałem udział w zbiorczych wystawach komiksu polskiego m.in. na Węgrzech, w Izraelu, na Litwie. Mój blog tu: klik! klik! A strona na fejsiku tu: klik! klik!

sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Binio Bill rysowany przeze mnie… – rozmowa z Jarosławem Wojtasińskim

16/02/2016 § Dodaj komentarz


Binio Bill rysowany przeze mnie jest nadal Binio Billem Jerzego Wróblewskiego – rozmowa z Jarosławem Wojtasińskim

Binio BillSkąd się wziął pomysł na kontynuację Binio Billa?
Jarosław Wojtasiński: Postać, którą stworzył Jerzy Wróblewski, to jedna z moich ulubionych w polskim komiksie. Sama seria zawsze do mnie trafiała swoją stylistyką i poczuciem humoru. „Świat Młodych” kupowałem właściwie tylko dla komiksu o Binio Billu. Podobnie jak Jerzy Wróblewski, lubię dobry western, dlatego czuję tematykę Dzikiego Zachodu. Pomysł, aby kontynuować przygody Binio Billa zrodził się kilka lat temu – pytanie tylko było, gdzie mógłbym go zrealizować.

Jakie są dalsze plany tej kontynuacji? Czy pracuje Pan obecnie nad kolejnymi krótkimi historiami, a może nad większą całością? Czy Pana kontynuacja nawiązuje jakoś do niezrealizowanych pomysłów Jerzego Wróblewskiego, jeśli wiedza o takowych istnieje?
JW: Oczywiście pracuję nad kolejnymi planszami z Binio Billem w roli głównej, będą prezentowane w 12. numerze „Aktu”. Krótka forma wymaga od rysownika i scenarzysty (dwa w jednym w moim przypadku) dobrej, krótkiej i z humorem, zamkniętej historii. Mam doświadczenie w tym temacie, od lat zajmuję się rysunkiem satyrycznym (rysunki podpisuję jako JARO). Tam to jest po prostu niezbędne.
Moja kontynuacja opiera się na własnych pomysłach. Nie ukrywam, że byłoby to ciekawe – mieć dostęp i pracować na scenariuszu Mistrza – Jerzego Wróblewskiego.

W sieci można zaobserwować bardzo pozytywną reakcję na pomysł kontynuacji Binio Billa. Czy jednak nie boi się Pan zarzutu, że bohater powinien być związany integralnie z osobą jego twórcy?
JW: Cieszy mnie fakt dobrego przyjęcia kontynuacji przygód Binio Billa. Można powiedzieć, że otrzymałem zielone światło od dzieci Jerzego Wróblewskiego – pani Magdy i pana Bartka, pomógł mi w tym Maciej Jasiński. Przedstawił moje rysunki pani Magdzie – kiedy je zobaczyła, była przekonana, że to zaginione rysunki Jerzego Wróblewskiego. Chciałem to zrobić od dawna. Ożywić postać Binio Billa. Tak naprawdę mam pomysł na … i tu niespodzianka, na album Binio Bill i ¡Viva México!. Do tej pory rysuję Binio Billa bez czerpania korzyści finansowych, po prostu mam misję.

Jarosław Wojtasiński, Binio Bill, plansza 1, {w:} Akt, nr 11/2015.

Jarosław Wojtasiński, Binio Bill, {w:} Akt 11/2015.

Magazyn komiksowy „Akt” tworzą fascynaci komiksem, nie zarabiamy na tym. Nie wiem, czy tak byłoby dalej, gdyby pojawiły się pieniądze za albumowe wydanie Binio Billa. Prawa autorskie do postaci, z tego co mi wiadomo, posiada pani Magda. Trzeba by ustalić warunki, gdyby to okazało się realne.
Co do ewentualnego zarzutu, iż bohater powinien być związany z osobą jego twórcy. Zdaję sobie sprawę, że takie głosy krytyki mogą się pojawić. Ale zwróćmy uwagę na jedną rzecz. Gdyby tak miało być, to czy mielibyśmy szansę cieszyć się kolejnymi przygodami np. Batmana? Zapewne nie … W naszym kraju czas zmienić podejście do tej kwestii. Z kontynuacjami bywa różnie, ale o tym, czy są dobre, czy nietrafione, decydują czytelnicy. Zawsze na końcu decyduje odbiorca. Trochę tego obawiają się wydawcy. Ale od czego jest badanie rynku, czy dana kontynuacja zostanie dobrze przyjęta. Dla rysownika i scenarzysty najważniejsze jest to, aby w kontynuacji zachować „ducha” pierwowzoru. Czerpać natchnienie z oryginałów. Z czasem i kontynuacje osiągają statut kultowych. Lubię analizować kadry, prowadzenie historii, kreskę, oczywiście to nigdy nie będzie 1:1 – jak prace Mistrza. Trzeba pamiętać, że każdy twórca jest oryginalny i rysuje, filtrując świat przez siebie. Binio Bill rysowany przeze mnie jest nadal Binio Billem Jerzego Wróblewskiego, ale ma już mój pierwiastek i jest … moim Binio Billem. To dosyć trudne do określenia. Dotykamy tu materii inspiracji i innych nieuchwytnych rzeczy

A czy będzie miał Pan jakiś udział we wznowieniu Binio Billa Jerzego Wróblewskiego planowanym przez Kulturę Gniewu?
JW: Nie zaprzeczam ani nie potwierdzam. Został poruszony taki temat, co będzie dalej – zobaczymy.

Jakie są Pana ulubione tytuły z bogatego dorobku Jerzego Wróblewskiego?
JW: Nie będę oryginalny – Binio Bill – cała seria, dalej to: Przyjaciele Roda Taylora, Wywiadowca XX wieku, Hernan Cortes i podbój Meksyku i niektóre „Żbiki”. Uwielbiam też rysunki satyryczne Mistrza publikowane w „Karuzeli”.

Gdyby mógł Pan sobie wybrać kolejnego komiksowego bohatera czy też komiks z przeszłości jako bazę do kontynuacji, na kogo lub na co by się Pan zdecydował?
akt 10JW: Proszę zrozumieć – nie podchodzę do tego jak rzemieślnik. Binio Bill to sprawa osobista, podróż w świat dzieciństwa i spotkania z Jerzym Wróblewskim w ten sposób. Nie zdecydowałbym się na inną kontynuację niż tylko Binio Bill ponieważ jest mi najbliższa w stylu, w jakim rysuję a także w całym bagażu tej historii i jej potencjale.

Jak tłumaczy Pan niesłabnące zainteresowanie (a może nawet jego renesans) klasyką polskiego komiksu? Jaki czynnik zdaje się przeważać – pomysłowość i uniwersalizm dawnych mistrzów mimo ograniczeń ideologicznych, jest to kwestia zwykłych sentymentów czy też może chodzi o coś jeszcze innego?
JW: Mam wrażenie, że renesans zainteresowania polską klasyką komiksową jest spowodowany wieloma czynnikami. Po pierwsze warsztat – styl rysowania oraz prowadzenia opowieści jest nadal atrakcyjny. Dobre historie to uniwersalne historie. Dawne komiksy się nie zestarzały, nadal potrafią bawić a niektóre mają w sobie nawet treści edukacyjne. To nas wyróżnia na tle innych. Tak jak mamy słynną polską szkołę plakatu, tak i zaryzykuję stwierdzenie, że mamy polską szkołę komiksu. Posiadamy potężne zaplecze, z którego młode pokolenie rysowników powinno czerpać garściami i wykorzystać tę naukę w swojej twórczości.
Czytanie polskich klasyków komiksu jest jak jazda jaguarem, który ma mocny silnik i dobrze trzyma się drogi, klasyka i moc w jednym. Sama przyjemność i poczucie obcowania z czymś elitarnym.

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
bbWywiad został pierwotnie opublikowany na stronie fb: Kultowe komiksy z czasów PRL-u. W rozmowie wspomina się o planowanej na marzec/kwiecień bieżącego roku premierze albumu Jerzego Wróblewskiego Binio Bill kręci western i… w kosmos. Wydawcą będzie Kultura Gniewu, która zabrała pod jedną okładką publikowane w „Świecie Młodych” plansze. Przy okazji przypomina, że wciąż jest dostępny w sprzedaży, wydany w 2009 roku, komiks Wróblewskiego Binio Bill… i Szalony Heronimo (klik! klik!).

szalony

Grzegorz Rosiński. Monografia

15/11/2015 § Dodaj komentarz


Nic, oprócz komiksu

MONOGRAFIA_RosinskiGrzegorz Rosiński. Monografia to ważna książka i maleńkie oszustwo. Ważna przez wzgląd nie tylko na tych, dla których Rosiński i jego dzieła należą do lekturowego kanonu, ale również – i przede wszystkim – przez wzgląd na komiks w ogóle i niekończącą się batalię o ugruntowanie należnego mu miejsca w świadomości Polaków (takich książek powinno ukazywać się u nas zdecydowanie więcej). Oszustwo, gdyż słowo „monografia” obiecuje czytelnikowi coś innego niż ten w rzeczywistości dostaje.

MonoGRafia robi na mnie wrażenie od pierwszej chwili. Sporych rozmiarów album (czterysta stron), bogato ilustrowany, ciężki – twarda oprawa i gruby, kredowy papier, przemyślana kompozycja, dbałość o detale. I prosty w gruncie rzeczy pomysł – wywiad rzeka. Nie jest to pomysł odkrywczy ani z perspektywy (ubogiej co prawda) polskiej tradycji rozmów z cenionymi twórcami komiksów (mam na myśli choćby zeszyciki sprzed lat, w których przepytywani są Bogusław Polch i Janusz Christa), ani mody na tego typu publikacje, jaka zapanowała w Polsce ostatnimi laty, zdominowawszy rynek literatury faktu (kto z mniej lub bardziej znanych uczestników życia publicznego nie ma jeszcze na koncie takiej książki?). Jednak na tym tle egmontowski album imponuje tym bardziej, uświadamiając czytelnikom, że przygotowanie pięknej książki nadal jest sztuką. Oraz pogłębiając stan przygnębienia – Rosiński jest pierwszym i zapewne na długo jedynym polskim twórcą komiksowym uhonorowanym (bo trzeba sobie zasłużyć) w ten sposób, i to nie przez rodaków (książka jest tłumaczeniem z francuskiego).

Nie oznacza to wszakże, że na polskim rynku nic się nie dzieje. Pojawiły się ostatnio obszerne albumy-katalogi Przemysława Truścińskiego (Trust. Album) i Krzysztofa Gawronkiewicza (Krzesło w piekle), parę lat wcześniej – najbardziej zbliżona formą do omawianej tu pozycji thorgal(duży format, pokaźna objętość, staranne przygotowanie edytorskie), niestety mało znana w środowisku, a przy okazji także szerszej publiczności monografia (!) Jerzego Skarżyńskiego (Mapy wyobraźni. Surrealne światy Jerzego Skarżyńskiego), natomiast sam Rosiński doczekał się (jak by to nazwać?) minimonografii w postaci katalogu wystawy indywidualnej, z tekstem Wojciecha Birka, który ów tekst katalogowy, w wersji poszerzonej, zamieścił później w książce Z teorii i praktyki komiksu (mam wrażenie, że mimo rozbudowania, artykuł stracił tam nieco na monograficzności, uzmysławiając dobitnie, że warstwa ilustracyjna – zwłaszcza w przypadku wybitnego grafika – jest niezwykle ważna).

Przypomnienie ostatniej z wymienionych przeze mnie pozycji wydaje mi się istotne z prostego powodu – rzeszowski badacz jest tłumaczem, dzięki któremu mamy możliwość zrozumieć, o czym Patrick Gaumer rozmawia z połową duetu twórców Thorgala, a także z kilkoma innymi, znamienitymi osobistościami, m.in.: Jeanem Van Hammem, Kasem i Grazą czy Yves’em Sentem. To jednocześnie podpowiedź dla tych rozczarowanych podstępem wydawcy MonoGRafii, która z monografią – może poza zakresem tematycznym – ma niewiele wspólnego. Artykuł Birka poprzedzający jej wydanie nie załatwia sprawy, ale stanowi dobry punkt wyjścia do pogłębionych badań nad twórczością Rosińskiego. I poniekąd usprawiedliwia pomysłodawców albumu.

Choć przedstawiciele Egmontu musieli mieć świadomość tego, że czytelnicy zainteresowani rzeczywistym opracowaniem życia i dokonań współautora alinoeWesternu mogą utyskiwać z powodu rozbieżności między tytułem a zawartością książki, po jej lekturze trudno nie odnieść wrażenia, iż to nie ta grupa czytelników (powiedzmy – ambitnych) była najważniejszą grupą docelową. W świecie komiksu Rosiński ma status gwiazdy (ze względu na oczywiste różnice rynkowe większej na zachodzie Europy niż w Polsce), a to przekłada się na popularność i wiąże ze wszystkimi konsekwencjami rozpoznawalności. Pozycja zdobywana przez rysownika od końca lat sześćdziesiątych oraz jego związek z ojczyzną, przekładający się na częste wizyty w kraju oraz nieustanne odpytywanie z życia i twórczości, dokonań i planów (choćby pamiętny 12. numer nieodżałowanego „AQQ”, który dzięki Rosińskiemu pobił wszelkie rekordy sprzedaży) – sprawiły, że oczekiwania polskich odbiorców zwyczajnie wzrosły.

No dobrze, nie do końca to prawda. Nie będę generalizował (choć umiem i lubię). To ja żałuję, że egmontowski album nie jest solidnym opracowaniem, przynoszącym dogłębne analizy komiksów i tłumaczącym niuanse artystycznej egzystencji, słowem – wyczerpującym temat (choć do śmierci Rosińskiego – oby żył wiecznie! – nie da się go wyczerpać), ale jednocześnie skłamałbym, twierdząc, że jako fan (a szczenięciem będąc, odkryłem Thorgala w „Relaxie”, o innych komiksach Rosy nie wspominając) nie czuję się usatysfakcjonowany. Nawet jeśli przerzucam kolejne strony tego albumu ze świadomością, iż jego fragmenty mogłem przeczytać wcześniej, w dodatkach do kolejnych tomów serii o wikingu rodem z gwiazd wydawanej przez Hachette (dodatkach, które podsumowałbym krótko – marność nad marnościami).

Można mieć pretensje do Patricka Gaumera, że ślizga się po tematach, że nie drąży, a jeśli dopytuje, to niemal wyłącznie jawnie prowokowany przez rozmówcę (a raczej rozmówców), ale trzeba pamiętać, iż takie rozmowy zawsze obciążone są osobowością przepytującego oraz jego relacjami z interlokutorem. synikielA panowie znają się na tyle dobrze, by nie zrobić sobie krzywdy, co nie oznacza, że omijają jakieś tematy. Zatem skłamałbym również, udając, że czegoś w MonoGRafii brakuje. Bo też jest tu wszystko – dzieciństwo naznaczone przeznaczeniem (czyli rysunkiem, motyw powracający aż do znudzenia), młodość ani durna, ani chmurna (kolejne etapy edukacji, rozbrat z komiksem i powrót do niego), praca (ilustracje książkowe, czyli geniusz objawiony), praca (kolorowe zeszyty), praca (Thorgal i cała reszta), skomplikowane koleje losu (wyjazd za granicę, byle tylko rysować komiksy) i miłość na całe życie… No i oczywiście przepiękny materiał ilustracyjny, dobrany i ułożony przez Piotra Rosińskiego. Materiał, bez którego tak naprawdę nie byłoby tej publikacji (czego tu nie ma? – zdjęcia, listy, próbki młodzieńczej twórczości, ilustracje książkowe wykonane przeróżnymi technikami, szkice, storyboardy, kolejne i alternatywne wersje komiksowych okładek, obrazy).

Tego, że brakuje pogłębionej refleksji, naprawdę można nie zauważyć. Zresztą dlaczego nie dołożyć jej od siebie? Bo też MonoGRafia to świetny materiał do analizy, pomoc naukowa w badaniach fenomenu, jakim niewątpliwie jest twórczość Rosińskiego. Ale jeśli komuś na tym nie zależy, nie musi podchodzić do tej książki metodycznie. Nic nie stoi na przeszkodzie, by po prostu cieszyć się każdą kolejną stroną, utwierdzając się w przekonaniu o geniuszu rysownika, odkrywając mniej znane aspekty jego pracy (choćby – nie mogę przestać – sto twarzy Rosińskiego ilustratora) i przypominając sobie kolejne, nie tylko młodzieńcze lektury. krissA może ktoś nie zna, nie kojarzy, nigdy nie czytał tych komiksów? Nie ma sprawy, znajdzie w tym albumie wszystkie potrzebne informacje, by zacząć bez konieczności zastanawiania się, w którym miejscu, i nie błądzić po omacku. To właśnie takie książki (z rozbudowanymi funkcjami poznawczą i promocyjną), odsłaniające kulisy powstawania dzieł i odkrywające często niedostępne fakty z życiorysów, czynią artystów bardziej ludzkimi, bliższymi. Zjednują wątpiących i sprawiają, że po komiksy sięgają nowi czytelnicy (to, że fanom historyjek obrazkowych Rosińskiego nie trzeba przedstawiać, nie oznacza, że nie należy tego robić).

Krótko mówiąc, Grzegorz Rosiński. Monografia to pozycja dla… każdego. Łącznie z tymi, których bawią delikatne powiewy absurdu (kto zna drugie imię Wojciecha Jaruzelskiego? i po co?) oraz tropienie niekonsekwencji (uroki żywej mowy) albo irytują powtórzenia, których siecią nieustannie oplątywany jest czytelnik (oprócz nawracających tematów, krótkie wstępy i podpisy pod ilustracjami dublujące wypowiedzi Rosińskiego), czy czerpiących przyjemność z wytykania błędów (są, drobne, mogę wskazać, oczywiście z wrodzonej życzliwości). Bo zawsze można poszukać dziury w całym. Nie zmienia to jednak faktu, że to ważna książka. Portret wielkiego artysty. Przyczynek do legendy. Naszej, komiksowej. Tak myślę.

PS Z tyłu okładki, tuż nad kodem kreskowym widnieje logo Klubu Świata Komiksu. Jest szare (choć zazwyczaj, w i na komiksowych albumach, obecna jest w nim czerwień), okładka również jest szara. To w sumie drobiazg, ale przygnębiający. Bo wskazujący miejsce komiksu w świadomości Polaków. Tymczasem MonoGRafia to dziewięćsetna (!) publikacja ukazująca się pod tym szyldem. To książka o Grzegorzu Rosińskim, mogąca wiele zmienić, przysporzyć nowych miłośników dziewiątej sztuce. To logo powinno kłuć w oczy.

Patrick Gaumer, Piotr Rosiński, „Grzegorz Rosiński. Monografia”, tłum. Wojciech Bierek, Klub Świata Komiksu – album 900, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2015.

[autor: Michał Traczyk]

instytut kultury popularnejsklep {książkę można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with wywiad at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: