Koniec zXXXanego świata

12/06/2019 § Dodaj komentarz


Pierwsza miłość i pierwsze morderstwo

Dorastanie niekoniecznie jest okresem czystości i niewinności. Pewna cześć nastolatków nie chce podporządkować się konwencji i presji społecznej, głoszonej przez konformistyczna większość rodziców, nauczycieli, opiekunów, kolegów i koleżanek. Dążenie do „normalności” jest im obce. Kontestacja jest dla nich formą buntu i polega na obronie prawa do indywidualności i własnej tożsamości. Nawet kosztem zejścia na margines. Komiks Koniec zXXXanego świata autorstwa Charlesa Formana opowiada o parze (nie)normalnych nastolatków.

James, wychowywany samotnie przez ojca, jest potencjalnym socjopatą pozbawionym poczucia humoru. Zdystansowanym, stojącym z boku, nie nawiązującym żadnych relacji z rówieśnikami. Chłopak od najmłodszych lat uwielbia pastwić się nad zwierzętami, zadawać ból i, ostatecznie, bestialsko zabijać. Aktualnie fantazjuje o możliwości zabicia człowieka… Alyssa porzucona przez ojca jest wychowywana przez matkę i jej aktualnego partnera. Dziewczyna pragnie bliskości: kochać i być kochaną. Posiada „drobne” zaburzenia emocjonalne: brak empatii i objawy zespołu Tourette’a, czyli papla co jej ślina na język przyniesie, używa wulgaryzmów, dużo przeklina.

Dwoje „ułomków” niespodziewanie tworzy parę. Pewnego dnia, bez wcześniejszego planowania, kradną samochód ojca Jamesa i wyruszają na poszukiwanie ojca Alyssy. Szczęśliwa wycieczka kończy się w chwili popełnienia przez Jamesa morderstwa. Choć jeśli wziąć pod uwagę zmieniające się relacje między Jamesem a Alyssą, to właściwie dopiero wówczas się ona zaczyna.

Wizualnie album ma charakter dziennika-szkicownika. Rysunki są wyraźnie minimalistyczne: kilka prostych podstawowych kresek, które dobrze oddają emocje występujących postaci. Tło ograniczono do minimum, funkcjonuje jedynie pierwszy plan, na którym występują postaci. Osobiście mam słabość do „brzydkich” rysunków, oczywiście pod warunkiem, że nieudolność – tak jak to ma miejsce w tym wypadku – jest zamierzona.

Wbrew pozorom opowieść Formana nie ma charakteru inicjacyjnego, bo nie o dorastanie ani wchodzenie w „dorosłą” odpowiedzialność w niej chodzi. Mimo tego że większość wydarzeń ma miejsce podczas kanikuły, nie jest to również komiks drogi. Rzecz dotyczy zmieniających się relacji między psychopatą a socjopatką. Koniec zXXXanego świata to przewrotna wiwisekcja budowania zaufania i wzajemnych więzi. Rzecz obrazoburcza, bezpośrednia i brutalna.

Charles Forsman (sc. & rys.), „Koniec zXXXanego świata”, tłum. Marceli Szpak, Non Stop Comics, Katowice 2018.


Grass Kings. Tom 1

05/06/2019 § Dodaj komentarz


Wolność w Królestwie Traw

Czy „bycie” (tj. życie) w społeczeństwie ogranicza nasza wolność? Czy przestrzeganie ogólnie przyjętych norm moralnych i etycznych przymusza do rezygnowania z siebie? A co z prawem? Podatkami? Trzeba czy wypada przestrzegać i płacić? Można się uwolnić od ograniczeń i wystąpić poza nawias, wystarczy zbudować prywatną, odrębną społeczność, która jest samowystarczalna, która rządzi się swoimi prawami. Wówczas powstanie raj czy piekło na Ziemi?

Prywatnym państwem ktoś musi jednak zarządzać. W komiksie Grass Kings pisarz Matt Kindt obsadził w tej roli jednego z trzech braci – Roberta, który zmaga się z osobistymi dramatami. Nie chodzi o to, że za często i za głęboko zagląda do kieliszka. „Król” to mężczyzna złamany, któremu brakuje charyzmy i zdolności przywódczych. A to dlatego, że nie potrafi pogodzić się ze stratą najbliższych. Od dłuższego czasu trwa w zawieszeniu. Pozostali bracia (Ashur i Bruce) się martwią, ale nie potrafią (lub nie chcą) mu pomóc. Szansa na jakościową zmianę pojawia się, gdy do małej społeczności wyrzutków dołącza Maria, która uciekła z pobliskiego miasteczka.

Kim jest kobieta? Dlaczego uciekła? Dlaczego szeryf Cargill wyrusza na wojnę z mieszkańcami Królestwa Traw? Czy Robert poradzi sobie z przeszłością? Nie chcę zdradzać zbyt wielu elementów fabuły. Scenarzysta ładnie rozmieścił kluczowe dla rozwoju akcji fragmenty. Rzecz prowadzona jest leniwie, wręcz sennie, aktualne wydarzenia przetykane są retrospekcjami, nad całością unosi się duszna atmosfera tajemnicy i niepewności. Sposób budowania napięcia, przedstawiania znaczących wydarzeń, nielinearność opowieści, zabaw z czasem akcji – to wszystko przywodzi mi na myśl trzeci sezon serialu True Detective. Nie wspomniałem jeszcze o tym, że w komisie znaczącym elementem jest śledztwo dotyczące gracującego od lat gdzieś w okolicy seryjnego mordercy. Podobno trop sprawcy widzie do Królestwa Traw…

Wizualnie Grass Kings przypomina raczej produkcje europejskie niż amerykańskie. Tyler Jenkins posługuje się oszczędną kreską, która na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie niedbałej i niestarannej. Jakby jedynie szkicował tuszem na białym kartonie. Równie niedbale (pozornie niedbale) nałożone zostały kolory. Artysta użył farb wodnych, plamy koloru pięknie rozmywają się na stronie. Szczególnie efektownie wygląda to w sytuacjach, gdzie następuje rezygnacja z klasycznego kadrowania, gdzie znika ramka.

Pierwsze sceny omawianej pozycji przypominały mi serie Briggs Land czy Skalp, ale po przeczytaniu całości muszę się wycofać z tego rozpoznania. Jakieś podobieństwa są, ale bardzo bardzo dalekie. Tak, to dopiero pierwszy tom, dopiero wprowadzenie, a jednak sporo się wydarzyło, poznaliśmy (chyba) wszystkie osoby dramatu. Ciekawość została rozbudzona, czekam na dalszy rozwój wypadków.


Matt Kindt (sc.), Tyler Jenkins (rys.), „Grass Kings. Tom 1”, tłum. Grzegorz Drojewski, Non Stop Comics, Katowice 2018.

Wbrew naturze #1: Przebudzenie

13/05/2018 § Dodaj komentarz


Pora poświntuszyć

Autorska seria Mirki Andolfo, włoskiej scenarzystki, rysowniczki i kolorystki, która pracowała m.in. przy Ms Marvel czy Vampirella: Feary Tales, to mocno erotyzująca bajka science fantasy dla starszych czytelników. Łopatologiczna pod względem przesłania, mimo to jednak bardzo udana. Całość została uroczo zilustrowana.

Witajcie w świecie zamieszkanym przez antropomorficzne zwierzęta, które osiągnęły stopień rozwoju technologicznego równy z naszym. Jednak ze względu na fakt, iż obok siebie żyją najróżniejsze rasy, które z przyczyn biologicznych nie są w stanie rozmnożyć się między sobą, wprowadzono prawo zakazujące łączenie się w pary między nimi – a także w pary tej samej płci. Jakby tego było mało, każdy, kto ukończywszy 25 rok życia nie znajdzie życiowego partnera, za prawą Programu Rozrodczego, w którym przymusowo udział biorą wszyscy, otrzyma idealnego genetycznie małżonka.

W takiej rzeczywistości żyje sympatyczna świnka Leslie. Miłośniczka sushi i muzyki, pracująca w miejscu, którego nie znosi, zmuszona do noszenia obcisłych strojów i tolerowania erotycznych zaczepek szefa. Kobieta stara się wieść spokojną egzystencję, mieszkając z najlepszą przyjaciółką i przyjaźniąc się z kryjącym się przed otoczeniem ze swoim homoseksualizmem kolegą z pracy. Jest jednak coś, co burzy jej spokój – od miesiąca nękają ją erotyczne sny, w których uprawia namiętny seks z białym wilkiem. Sny nielegalne według prawa. Ale czy same sny mogą sprowadzić kłopoty? Wydaje się, że nie, jednak Leslie pewnego dnia zauważa, że jest przez kogo obserwowana. Przyjaciel radzi, aby odkryła, co kryje się za marzeniami sennymi. Jednak świnka nie zamierza ulegać ani presji znajomych, ani świata – chce żyć po swojemu. Niestety kończy 25-lat i ledwie kilka godzin potem dostaje informację, że znaleziono dla niej partnera w ramach Programu…

Pierwszy tom serii Wbrew naturze to stosunkowo prosta historia o wolności i tolerancji, ujęta w ramy motywów doskonale znanych z opowieści sci-fi. Świat będący typową orwellowską antyutopią, bohaterowie jakby wzięci z Folwarku zwierzęcego, ale uwspółcześnionego i nie skupionego na mechanizmach władzy, tylko losie jednostki i jej prostym życiu… Co ciekawe to nie elementy fantastyczne wypadają najciekawiej, a warstwa obyczajowo-emocjonalna. Uczucia bohaterki, jej nastroje i codzienne problemy są tym, co autentycznie wciąga, nawet jeśli jej marzenia senne wyglądają, jak wyrwane z Harlequinów. Jest w tym smutek, jest spora doza humoru, jest też szczerość i prawdziwość, którą docenia się nawet jeśli to wszystko już było. Mniej przekonuje samo przesłanie, proste, oczywiste i, jak wspominałem, łopatologicznie wyłożone – na tym polu przydałoby się więcej subtelności.

Znakomicie przedstawia się szata graficzna komiksu. Jest prosta, cartoonowa, ale pełna – i to nie tylko jeśli chodzi o obfite, i jakże często ukazywane bez okrycia, kształty bohaterki – i bardzo przyjemna dla oka. Czysta kreska, znakomicie oddana mimika bohaterów, świetnie ukazane tła i niezły kolor dobrze ilustrują treść. Komiks Mirki to taka quasi disneyowska (autorka w końcu pokochała historie obrazkowe dzięki Myszce Miki – zresztą pracowała także dla The Walt Disney Company Italy) bajka dla dorosłych, bajka erotyzująca, ale nie epatująca nagością, wyważona i naprawdę ciekawa. Miłośnicy podobnych tematów będą bardzo zadowoleni.

Mirka Andolfo (sc. & rys.), „Wbrew naturze #1: Przebudzenie”, tłum. Jacek Drewnowski, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Zabij albo zgiń. Tom 2

03/05/2018 § Dodaj komentarz


Prawie Punisher

Pierwszy tom serii Zabij albo zgiń Brubakera i Phillipsa był nietypowym spojrzeniem na thriller. Mamy opowieść o seryjnym mordercy, teoretycznie kryminał, tylko że widziany jego oczami. Dylan to student z problemami, który z powodu zaburzeń psychicznych lub też nawiedzenia przez demona, poluje na złoczyńców. Zakłada czerwoną maskę narciarską, chwyta za broń i przemienia się w Punishera. Nie ma jednak za sobą odpowiedniego przeszkolenia, dlatego kwestią czasu pozostaje, kiedy w końcu powinie mu się noga. Tom drugi to część jego historii, gdy wszystko zaczyna się komplikować.

„Jedynka” zaintrygowała mnie, ale nie powaliła (klik! klik!). Bieżąca odsłona utwierdza mnie w przekonaniu, że Brubaker to solidna marka, a jego komiksy mogę brać w ciemno, nawet, jeśli z początku nie jestem do końca przekonany do jego nowych serii. Pisarz poszedł w psychologię. W przypadku pierwszego tomu miałem wrażenie, że dopowiadam sobie nawiązania do Junga i drążenie jego archetypów, tak w kontynuacji jest to już postawione w praktycznie jednoznaczny sposób. Scenarzysta bawi się nieco dekonstrukcją figury superherosa w duchu Strażników, próbując odpowiedzieć na pytanie: co tym zamaskowanym gościom musi się kłębić w czaszce? Brubaker eksponuje ciemną stronę psychiki, silny, choć wypierany zew pierwotnej podświadomości, w tym przypadku wymieszany nieco z kompleksem Boga (czy może raczej obłaskawianego Demona).

Opowieść balansuje między kryminałem, psychologicznym thrillerem, psychoanalizą, a grozą. Interpretacja pobudek głównego bohatera wciąż nie jest jednoznaczna, choć autorzy mocno sugerują źródła jego obecnego stanu. Drugi tom nie pozostawia wątpliwości, jak świetnym warsztatem posługuje się Brubaker, co widać choćby w prostych zabiegach spotkania Dylana z jego dziewczyną, gdy rozkojarzony bohater skupia się na swoim monologu wewnętrznym, a jej dymki dialogowe pozostają puste. Innym razem (scena w furgonetce) autorzy świetnie godzą sekwencyjność z trudną do uchwycenia w komiksie szybkością czy wręcz jednoczesnością zdarzeń. Po raz kolejny też okazuje się, że Brubaker po prostu świetnie sprawdza się w duecie z Phillipsem, który potrafi płynnie dopasować swoją kreskę do stylistyki scenariusza. Świetnie broni się surowy, prosty realizm, bez większych eksperymentów plastycznych.

Kto miał wątpliwości co do serii, a ma do mnie zaufanie, to może już się ich wyzbyć. To nie komiks kategorii ‚można’, to seria kategorii ‚warto’. Niekoniecznie podejdzie każdemu, bo to nie sensacyjniak, ale przemieszanie komiksowych i psychologicznych tropów. Co daje ciekawy, wyróżniający efekt, który mnie kupił. Czekam na „trójkę”.

Ed Brubaker (sc.), Sean Phillips (rys.), „Zabij albo zgiń. Tom 2”, tłum. Paulina Braiter, Non Stop Comics, Katowice 2018.

[autor: Przemysław Pawełek]

[komiks można kupić tu: klik! klik!]

The Black Monday Murders #1: Chwała mamonie

29/04/2018 § 2 Komentarze


Chwała Hickmanowi i Cokerowi

Scenarzysta Jonathan Hickman kojarzony jest w naszym kraju głównie z prowadzenia dwóch serii o Avengers w ramach Morvel NOW!. Dla wielu czytelników pierwsza odsłona The Black Monday Murders może być sporym zaskoczeniem. Dlaczego? Bo tym razem pisarz zaserwował nam mroczny i brutalny okultystyczny thriller, który zachwyca klimatem i cudowną szatą graficzną.

Wydawca na okładce nie zamieścił żadnego streszczenia fabuły, żadnej polecanki, nie ma nawet jednego zdania jakiegoś uznanego twórcy. Samo takie podejście intryguje. Niemniej warto wspomnieć z czym mamy do czynienia. Rok 1929, czarny czwartek. Cały świat zapamiętał ten dzień z powodu krachu na giełdzie i licznych samobójstw dokonanych przez zrujnowanych finansowo maklerów. Nikt nie ma jednak pojęcia, co rzeczywiście się wówczas wydarzyło. Nikt też, poza wtajemniczonymi, nie wie o tym, co dzieje się w wewnętrznych strukturach banku inwestycyjnego Caina-Kankrin. O tym jak zarząd odniósł sukces, skąd zdobył tak wielkie fundusze i co kryje się za pozornie zwyczajną firmą. Bezduszne praktyki, wykańczanie konkurencji, dążenie po trupach do celu – to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Pieniądze żądzą światem, pieniądze krwawią, ale co znajduje się za kurtyną?

Coś paranormalnego – to oczywiste, skoro mamy do czynienia z komiksem okultystycznym. Ale co? Na to pytanie nie jest tak łatwo odpowiedzieć. Hickman zabiera czytelnika do świata o ustalonych zasadach. Bohaterowie (przynajmniej ci, których to dotyczy) wiedzą doskonale co się dzieje, tkwią w tym wszystkim od dawna i wypełniają swoją rolę tak, jak powinni. Bez zbędnego gadania, bez wyjaśniania – czytelnik obserwuje to wszystko, powoli starając się odnaleźć w sytuacji i zrozumieć z czym właściwie ma do czynienia. I takie podejście do tematu podoba mi się o wiele bardziej, niż tłumaczenie wydarzeń na bieżąco.

Zagadka wraz z postępem akcji się rozwija, przybywa bohaterów i wątków. Fascynujące okazują się kulisy finansowego świata, ten brud, to traktowanie człowieka jako niewolnika, ofiarę, którą można poświęcić dla zysku etc. Pierwszy milion można zarobić na wyrzeczeniach i niewyobrażalnie ciężkiej pracy, powielić go już się nie da działając zgodnie z prawem czy jakimikolwiek zasadami moralnymi. Ale czasem nawet to nie wystarcza. Całość podlano oczywiście zagadką kryminalną w klimatach noir i poprowadzono w naprawdę znakomity sposób.

I jakże genialnie zilustrowano. Fotorealistyczne rysunki, mroczne, brudne i rewelacyjne dobrane do całości robią wielkie wrażenie. Znakomicie budują klimat The Black Monday Murders. Wszystko to wymieszano z aktami spraw, informacjami, listami i wszelką dokumentacją mającą urealnić przedstawioną opowieść. I chociaż do tej serii podchodziłem ze sporymi obawami, Hickman bowiem wiele razy rozczarował mnie poważnie swoimi komiksami o Avengers, to po lekturze mogę powiedzieć, że jestem bardzo, bardzo zadowolony i polecam tytuł każdemu niezależnie od preferencji czytelniczych.

Jonathan Hickman (sc), Tomm Coker (rys.), „The Black Monday Murders #1: Chwała mamonie”, tłum. Paweł Cichawa, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Torpedo 1972

16/01/2018 § Dodaj komentarz


Luca Torelli to Torpedo

Torpedo to nowojorski gangster o sycylijskich korzeniach. Drań bez skrupułów, czepiący z życia pełnymi garściami, a gdy życie nie chce mu po dobroci dać tego, co pragnie – wtedy on wydziera to siłą. Pięciotomowa seria od Taurus Media przedstawiała losy bohatera w scenografii retro, tak dobrze znanej z retrospekcji z Ojca Chrzestnego II. Nasz Torpedo to postać dokładnie z drugiego czy trzeciego planu filmów Coppoli. Cykl przedstawiał proste gangsterskie opowiastki, operując przy tym znakomitą kreską i świetnym wykorzystaniem kontrastów, jakie oferują czerń i biel. Lubię bardzo. Dlatego polecam nowe zbiorcze wydanie od Non Stop Comics: Torpedo 1936, bo to świetna rzecz, grubaśny integral wart jest wyłożonych na niego pieniędzy.

Nieco inaczej przedstawia się sprawa z wydanym także przez NSC albumem Torpedo 1972. To stworzona kilkanaście lat później krótka opowieść o tytułowym cynglu w wieku emerytalnym. Dalej nie ma skrupułów, dalej brutalnie i przedmiotowo traktuje kobiety. Niestety – albo jego życie nie jest już ani trochę ciekawe, albo podano w tym komiksie jakiś naprawdę mało poruszający wycinek. Jest Torpedo i jego pomagier, ambitny reporter i jego narzeczona fotografka, jest też trzech braci, gangsterów chcących pomścić śmierć ojca. Więcej napisać nie mogę, bo jeszcze zdanie lub dwa, a streszczę całą opowieść, która liczy sobie jedynie 50 stron.

Plusy? Dostajemy przedmowę i galerię szkiców, co ma o tyle istotne znaczenie, że album narysował ogromnie u nas ceniony Eduardo Risso. Zawsze miło zobaczyć coś, co powstało pod jego ręką. Szkoda, że scenarzysta Enrique Sanchez Abuli nie wymyślił mu zbytnich wyzwań, przy których mógłby się wyszaleć. Są więc gadające głowy, kobieta w wersji dość ponętnej, fachowe granie czernią, przyzwoite kolory, ale to wszystko konesera Risso nie powali. Rysunkowo oczywiście artysta trzyma poziom, ale zapamiętam z tego albumu tylko pocztówkowe obrazki Nowego Jorku i przerysowane sceny otwierające Ojca chrzestnego.

Torpedo 1972 to album dla tych największych fanów Risso i serii. Pozostałych czytelników raczej zawiedzie. Premiera sequela jest świetną okazją, abym jeszcze raz gorąco polecił oryginał. Sięgnijcie po Torpedo 1936. Bohatera niekoniecznie polubicie, choć komiks o nim, właśnie ten starszy, to bardzo dobra rzecz.

Enrique Sánchez Abulí (sc.), Eduardo Risso (rys.), „Torpedo 1972”, tłum. Jakub Jankowski, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Zabij albo zgiń. Tom 1

08/01/2018 § Dodaj komentarz


 Mściciel Jungiem podszyty

Młody chłopak ociera się o śmierć. Życie nie układa mu się tak, jak by sobie tego życzył, dlatego postanawia się zabić. Dziwnym zrządzeniem losu przeżywa. Cud! W nocy objawia mu się tajemniczy demon, który w zamian za ratunek domaga się daniny krwi. Chłopak ma zabijać raz jakiś czas kolejne osoby, które przez swoje złe uczynki nie zasługują na życie. Staje się krwawym mścicielem, zamaskowanym bohaterem, który działa w tajemnicy przed wszystkimi. Seria Zabij albo zgiń nie jest jednak kolejną opowieścią superbohaterską. To chłodny i podszyty psychologią współczesny realizm.

Brubaker w pierwszoosobowym strumieniu świadomości głównego bohatera odwołuje się do psychoanalizy Junga. Trop ten można wyłapać niemal od samego początku. Jungowskie archetypy to psychologiczne wzorce, czy też elementy ludzkiej osobowości, często działające na poziomie podświadomym. Demon objawiający się naszemu bohaterowi wygląda w końcu niczym cień, a jungowski Cień odpowiadał za to, co przez nas wyparte, za zachowania społecznie nieakceptowane. Otarcie się o śmierć wywala (i wyzwala) chłopaka poza nawias społeczeństwa, jest wolny od norm i konwenansów. Mimo wszystko widzi w swoim działaniu wyższy cel, który podpowiada terroryzujący go demon.

W ten sposób Brubaker – posiłkując się takimi historiami jak z filmów Życzenie śmierci czy Taksówkarz – stworzył kolejny obraz o obrońcy polującym na bandziorów, tylko że podparty teoriami stojącymi u podstaw psychoanalizy. Oczywiście możecie stwierdzić, że moja teoria z Jungiem jest nieco naciągana, ale w takim razie czy ta osłonięta czerwienią twarz z okładki tylko mnie kojarzy się z klasycznym Cieniem, którego wydała u nas Planeta Komiksów (klik! klik!), a którego też sporo łączyło z rzeczonym archetypem?

Brubaker to marka i gwarancja poziomu, poniżej którego ten scenarzysta po prostu nie schodzi (nie licząc naprawdę okazjonalnych wypadków przy pracy). Nowa seria nie zawodzi, zwłaszcza że scenarzysta ma dopracowaną współpracę z Seanem Phillipsem, z którym razem stworzył choćby serię Fatale (klik! klik!). Zabij albo zgiń to intrygujący wstęp w dłuższą historię, bo nasz bohater dopiero zaczął przelewać krew łotrów, a jego zamaskowane dokonania przeplatają się z problemami osobistymi. Jednak w „jedynce” brakuje w jego losach czegoś, co by mnie mocniej chwyciło za serce (czy coś innego). Z drugiej strony to dopiero początek i dopiero zobaczymy, jak potoczy się jego kariera mściciela oraz co wyniknie z beznadziejnego trójkąta emocjonalnego, w który nasz bohater się wpakował.

Nie mówię: „Przeczytajcie koniecznie”, ale warto mieć na uwadze, zwłaszcza jeśli ma się do Brubakera zaufanie. Niby mnie nie chwyciło, ale ciekawi mnie, co przyniesie tom drugi.

Ed Brubaker (sc.), Sean Phillips (rys.), „Zabij albo zgiń. Tom 1”, tłum. Paulina Braiter, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Wydawnictwo Sonia Draga at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: