Superman. Action Comics #2: Powrót do «Daily Planet»

01/06/2018 § Dodaj komentarz


Powroty

Kiedy miałem niespełna osiem lat przeczytałem mój pierwszy komiks o Supermanie. Była to piąta część Rządów Supermenów, fabuły stanowiącej ciąg dalszy Śmierci Supermana i na dziecku zrobiła ona duże wrażenie. Dlatego do tej historii pozostał mi nie tylko wielki sentyment, ale także ona sama stała się pewnego rodzaju wzorem, do którego porównuję inne komiksy o Człowieku ze Stali. Przez lata trudno było mi więc znaleźć takie opowieści, jakich oczekiwałem, to się zmieniło wraz z nastaniem DC Odrodzenie. Najpierw wciągnął mnie album Lois i Clark (klik! klik!), potem dałem się uwieść Ostatnim dniom Supermana (klik! klik!), a kiedy przeczytałem pierwszy tom Action Comics wiedziałem, że seria jest najlepszym, co obecnie DC ma do zaoferowania na polskim rynku i cieszyłem się, że w ogóle zacząłem przygodę z tymi komiksami. I cieszę nadal, bo drugi tom jest co najmniej równie dobry, co pierwszy (klik! klik!) i dostarcza znakomitej rozrywki.

Superman nie żyje. Jego miejsce zajął Superman z rzeczywiści sprzed Flashpointu, ale także Lex Luthor stał się nowym Człowiekiem ze Stali. Jakby tego było mało, w Metropolis pojawiła się druga Lois Lane, posiadająca supermoce i Clark Kent mocy nie posiadający. A gdzieś tam znajduje się tajemnicza postać, której celów nikt jeszcze nie poznał. A to tylko najważniejsze rzeczy, jakie na scenę wprowadził pierwszy tom Action Comics.

Drugi podejmuje akcję bezpośrednio w miejscu, w którym skończył się jego poprzednik. Metropolis otrząsa się po ataku Doomsdaya, jaki niemal tragicznie skończył się dla wielu mieszkańców, w tym także Clarka Kenta. Świat uważał go za Supermana, ale przecież stary Superman zginął, a reporter najwyraźniej nie posiada żadnych mocy. Do tego stara się dowieść, że nie jest i nie był Człowiekiem ze Stali. Kim zatem jest? I co to oznacza dla Lois, drugiego Clarka i ich syna? Do tego w Daily Planet pojawia się Lois Lane, pytanie tylko która z nich…

W Action Comics podoba mi się przede wszystkim fakt powrotu do dawnych fabuł, które Flashpoint wymazał, a które twórcy mogą opowiedzieć na nowo. Autorzy korzystając z okazji powrócili więc do chyba najsłynniejszej historii z Człowiekiem ze Stali, Śmierci Supermana z lat 90., oraz jej ciągu dalszego, po raz kolejny oferując nam tamte wydarzenia i emocje, ale w nowej formie. Co ważne bieżącym scenarzystą jest Dan Jurgens, ten sam, który przed laty stworzył m.in. wspomnianą Śmierć oraz Rządy Supermenów, z tym że w nowych fabułach wyzbył się błędów i infantylności dawnych zeszytów, wyciskając z nich co najlepsze i podając w sposób, który spodoba się zarówno nowym odbiorcom, jak i tym, którzy kiedyś zaczytywali się tamtymi dziełami.

Komiksy z tej serii są znakomicie narysowane. Kreska jest realistyczna, czysta i pełna detali. Kolor co prawda należy do rodzaju tych pełnych komputerowych fajerwerków, ale pasuje do tej opowieści. Całość czyta się znakomicie i pozostawia po sobie niedosyt i ochotę na więcej. Ja już z niecierpliwością czekam aż kolejne tomy (w szczególności kontynuacja Action Comics i zapowiadany na czerwca Superman: Wielokrotność) pojawią się wśród komiksowych nowości.

Dan Jurgens (sc.), Patrick Zircher & Stephen Segovia & Art Thiber & Tom Grummett & inni (rys.), „Superman. Action Comics #2: Powrót do «Daily Planet»”, tłum. Jakub Syty, Klub Świata Komiksu – album 1282, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2018.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Superman #2: Pierwsze próby Superboya

12/04/2018 § Dodaj komentarz


W imię ojców

W ramach linii wydawniczej Odrodzenie jest dostępny największy od lat wybór regularnych serii komiksowych z wydawnictwa DC Comics na naszym rynku. Wśród licznych tytułów, z których warto wymienić choćby trzy cykle z Batmanem, Flasha, Wonder Woman czy Aqumana, przygody jednego z bohaterów w szczególności wybijają się ponad inne. Mowa o Supermanie, który stanowi jednocześnie twór znakomity dla nowych czytelników, jak i wielki hołd oddany komiksom o tym herosie z lat 90. ubiegłego wieku, które w znacznym stopniu odmieniły oblicze zarówno jego samego, jak i tego medium w ogóle.

Umarł Superman, niech żyje Superman. I Superboy. Clark Kent jakiś czas temu opuścił Ziemię, a kiedy na nią powrócił, okazało się, że w wyniku wydarzeń z Flashpointu rzeczywistość odmieniła się nie do poznania. Wraz z Lois i ich synem ukrył się, wiedząc, że w tym świecie działa inny Superman, jednak teraz, po jego śmierci, sam musiał wdziać kostium i walczyć ze złem. Nie jest w tym jednak osamotniony – i nie chodzi tutaj wcale o obecność innych herosów. Także syn jego i Lois, Jonathan zaczął przejawiać supermoce, a teraz nadszedł czas by wkroczył do akcji jako Superboy!

Co czeka na niego na początku kariery? Więcej niż mógłby sądzić! Nawet rodzinne wyjście na jarmark kończy się starciem z bandytami. Codzienne życie, kiedy masz supermoce i musisz pilnować się by ich nie wykorzystywać także nie jest łatwe, ale to tylko część tego, z czym musi mierzyć się młody Jonathan. Wyprawa na wyspę dinozaurów, spotkanie z Batmanem i Robinem, a wreszcie starcie z Frankensteinem i jego narzeczoną… Oj będzie się działo!

Aktualnie w Polsce ukazują się dwie serie z Supermanem. Pierwsza z nich, zatytułowana po prostu Superman, skupia się przede wszystkim na rodzinie Clarka i jego synu, który musi nauczyć się żyć z mocami. Druga, Action Comics, koncentruje się wokół samodzielnych akcji Człowieka ze Stali, Lexie Luthorze, starającym się o miano herosa, pomnażaniu bohaterów z mocami i stawianiu kolejnych pytań, na które pewnie nieprędko otrzymamy odpowiedzi. Poza głównymi bohaterami łączy je coś jeszcze – obie sięgają do wydarzeń, które miały miejsce w seriach o Supermanie w latach 90., a które teraz powracają w nowej formie. Dzięki temu, nowi czytelnicy mogą odkryć najważniejsze historie z tamtego okresu (śmierć Supermana, Rządy Supermenów etc.), a starzy jeszcze raz przeżyć te emocje i zobaczyć jak wątki budowane są na nowo, a zarazem w zupełnie inny sposób.

Wracając do albumu Pierwsze próby Superboya, mamy do czynienia z solidną porcją dobrej opowieści. A właściwie dobrych, bo jest tu ich kilka, choć są oczywiście ze sobą powiązane. Sam opis brzmi może dziwnie, bo w końcu dinozaury czy Frankenstein jakoś do Supermana nie pasują, ale spokojnie, scenarzyści zadbali o to, by całość była spójna, a wszystkie te komiksy czytało się po prostu znakomicie. A tego typu, co wspomniane wyżej nowości, dają nam nieco świeżego powiewu w opowieści o postaci doskonale wszystkim znanej od ponad 80 lat.

A strona graficzna? Także nie zawodzi, choć jest dość różnorodna: zarówno realistyczne, choć ciążące ku mandze ilustracje Jimeneza czy typowo amerykańską kreskę Mahnke, mamy też cartoonowe, proste prace Gleasona, całość uzupełnia niezły kolor (choć nie zaszkodziłoby, gdyby było tu mniej fajerwerków) i znakomite wydanie. Zabawa z tym komiksem jest naprawdę bardzo dobra, Superman i Superman. Action Comics to najlepsze serie z Odrodzenia, dlatego wszystkim polecam gorąco, a sam z niecierpliwością czekam na kolejne tomy.

Peter J. Tomasi & Patrick Gleason (sc.), Jorge Jiménez & Doug Mahnke & Mick Gray & Jaime Mendoza & Patrick Gleason & inni (rys.), „Superman #2: Pierwsze próby Superboya”, tłum. Jakub Syty, Klub Świata Komiksu – album 1265, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2018.

[autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Superman. Action Comics #1: Ścieżka zagłady

03/12/2017 § Dodaj komentarz


  Dzień zagłady

Przy okazji recenzowania albumu Syn Supermana (klik! klik!), pisałem, że seria o Człowieku ze Stali była najbardziej wyczekiwaną ze wszystkich „idących” w ramach DC Odrodzenie (klik! klik!). Jest jednak komiks, na który czekałem bardziej. Ten komiks, o którym czytacie, czyli druga seria przygód Supermana – ciąg dalszy legendarnego „Action Comics”, gdzie dziesięciolecia temu zadebiutował bohater, a wraz z nim cały gatunek superhero. Dlaczego? Ze względu na powrót Doomsdaya, kultowego przeciwnika, a także odświeżenie jakie niosło obsadzenie w roli głównej Lexa Luthora!

Odrodzenie nabiera nowego znaczenia, kiedy w Metropolis zaczynają pojawiać się bohaterowie i wrogowie, których nie powinno w ogóle być. A wszystko zaczyna się od napadu na Geneticron. Uzbrojeni przestępcy biorą zakładników, ale nie mają zbyt wielkich szans, gdy do akcji wkracza Lex Luthor w stroju „Supermana”. Kryzys zostaje zażegnany, ale wtedy, ku zaskoczeniu wszystkich, pojawia się Człowiek ze Stali sprzed Flashpointu (klik! klik!), który nie ufa nowemu „obrońcy” miasta. Wzajemna niechęć doprowadza do pojedynku, jednak rozwój wydarzeń sprawia, że będą musieli połączyć siły w starciu ze wspólnym wrogiem. Napad na Geneticron był bowiem niczym innym, jak zasłoną dymną. Prawdziwi przestępcy ukradli w tym czasie pewien tajemniczy pojemnik, a z niego wydostaje się Doomsday, przeciwnik, który przed laty zabił Supermana! Człowiek ze Stali znów będzie musiał zmierzyć się ze swoim najgorszym koszmarem, a tym czasem na miejscu pojawia się tutejszy Clark Kent. Ten sam, który dopiero co umarł…

Ścieżkę zagłady napisał Dan Jurgens, legendarny autor, który przez lata tworzył serie o Supermanie. To on wymyślił postać Doomsdaya (między innymi), zaprezentował czytelnikom mnóstwo znakomitych fabuł, w tym przełomową Śmierć Supermana, jej kontynuację, a w ostatnim czasie przywrócił starego Człowieka ze Stali dla Nowego DC w świetnej miniserii Lois i Clark (klik! klik!). Teraz przywraca swoje najsłynniejsze i najlepsze pomysły w zupełnie nowej odsłonie i wychodzi mu to znakomicie.

Strzałem w dziesiątkę było sprawienie, że wyparowała dekada życia bohaterów, dzięki czemu wiele rzeczy, które pamięta Superman sprzed Flashpointu tu jeszcze się nie wydarzyło. Nowi czytelnicy mają więc okazję poznać je – a przy tym zainteresować się klasycznymi zeszytami – starzy, szczególnie ci, jak ja, pamiętający czasy TM-Semic, znów poczuć jak dzieciak, który wypatrywał w kiosku kolejnych numerów poszczególnych amerykańskich serii. Poza tym to po prostu bardzo dobry komiks superbohaterski. Pełen akcji, równających spore połacie ziemi pojedynków, ciągłego zagrożenia, emocji i pytań, które intrygują. Widzieliśmy już śmierć i zmartwychwstanie Supermana, a jednak wciąż nas to wciąga. A Jurgens zadbał o to, aby nie zaserwować nam potworki z rozrywki, oferując remake o lepszej fabule i poprowadzony z większą logiką niż pierwowzór.

A jak to wszystko wypada graficznie? Jak dla mnie znakomicie. Dobra, realistyczna kreska typowa dla amerykańskich komiksów środka, z mangowymi naleciałościami w przypadku zeszytów rysowanych przez Kirkhama. Doomsday wygląda na prawdziwego superłotra. Postaci „cierpią” na nadmiar mięśni, ale taki już ich urok – zresztą w zestawieniu z tym, co prezentowały komiksy z lat 90. XX wieku, wcale nie są aż tak przesadzeni, tj. karykaturalnie przerysowani.

Podsumowując, Ścieżka zagłady to znakomita propozycja dla miłośników Supermana. I przy okazji początek kolejnej świetnej serii – aż nie mogę doczekać się ciągu dalszego. Zresztą komiks polecam uwadze wszystkich fanów superhero.

Dan Jurgens (sc.), Patrick Zircher & Tyler Kirkham & Stephen Segovia & Art Thiber (rys.), „Superman. Action Comics #1: Ścieżka zagłady”, tłum. Jakub Syty, Klub Świata Komiksu – album 1211, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Superman #1: Syn Supermana

03/10/2017 § 3 Komentarze


  Stary czy nowy Superman?

Żadna regularna seria z Odrodzenia nie pociągała mnie tak bardzo, jak nowe przygody Supermana. Dlaczego? Po latach omijania komiksów z tym herosem szerokim łukiem, wróciła mi na nie ochota, to po pierwsze. Po drugie, bardzo optymistycznie nastawiły mnie do niej dwa albumy wstępne, wydane niedawno: Lois i Clark (klik! klik!) oraz Ostatnie dni Supermana (klik! klik!). Trzecim i ostatnim powodem był fakt, że opowieść ta przywracała w nowej odsłonie wszystkim doskonale znane opowieści z przeszłości, co otwierało przed serią wielkie możliwości. Szczególnie, że posiadała także kilka własnych, intrygujących nowych elementów. I póki co Superman nie zawodzi, oferując dobrą, pełną akcji rozrywkę atrakcyjną zarówno dla nowych odbiorców, jak i starych wyjadaczy komiksowego chleba.

Superman zginął. Nie był to jednak ten Superman, którego wszyscy tak dobrze znaliśmy a jego młodsza wersja, jaka broniła świata po Flashpoincie (klik! klik!). Starszy Clark Kent przyglądał się jego działaniom z ukrycia, z ukrycia także sam czasem działał, jednak teraz stoi przed wyborem czy nadal zachować ten stan rzeczy, czy zastąpić zmarłego herosa. Najpierw jednak chce przekonać się czy zabity Superman nie wróci tak, jak on, zza grobu. Niestety by jego zmartwychwstanie się dopełniło, potrzebna jest matryca regeneracyjna, a tej nie ma w fortecy. Dlatego też póki nie uda się jej znaleźć, starszy Clark zakłada strój bohatera i rusza do akcji. Zmagania z przestępcami to jednak najmniejszy z jego problemów. Oto bowiem jego syn zaczyna przejawiać niezwykłe zdolności, a jakby tego było mało na Ziemi zjawia się Eradictor, który w obronie kryptońskiego genomu jest gotów zabić każdego, kto nie spełnia jego wymagań – nawet jeśli płynie w nim krew rodu El…

Nie jestem miłośnikiem komiksów, które opowiadają te same historie na nowo, jednakże Superman z Odrodzenia nie jest to końca tego typu historią. Coś się zmieniło, wydarzenia eventu uświadomiły czytelnikom, że bohaterom odebrano dekadę z ich życia, czas nie do końca się cofnął, jednak do wielu wydarzeń nie doszło i teraz rzeczywistość nadrabia ich brak. Oczywiście wszystko to jest inne, ma inny przebieg i nie wiadomo właściwe, które z kluczowych momentów powrócą w nowej wersji. Szczególnie, że ta seria różni się w znacznym stopniu od pozostałych. Czym? Bohaterowie Batmana czy Ligii Sprawiedliwości są odmłodzeni o dekadę, nie tak doświadczeni, jak kiedyś i nieswiadomi tego, co się dzieje. Superman też taki był, ale zginał w poprzednim albumie, a jego miejsce zajął ukrywający się Clark Kent sprzed Flashpointu, który doprowadził do wszystkich tych zmian. Wie więc czego może się spodziewać i pamięta, co było kiedyś, a dzięki temu stanowi łącznik między tym co stare i co nowe. I to łącznik bardzo udany.

Fabularnie przygody Supermana są dobrze napisane, równie dobrze poprowadzone i ciekawe. Dzieje się dużo, regularni czytelnicy, szczególnie ci, którzy dobrze pamiętają czasy przygód tego bohatera wydawane przez TM-Semic, znajdą tu wiele smaczków. A każdy miłośnik superhero dostanie porcję naprawdę dobrej zabawy.

I dobrze przy tym narysowanej. Ekipa rysowników znana po części z Ostatnich dni Supermana dobrze czuje tę opowieść. Owszem szata graficzna jest dość typowa dla amerykańskiego komiksu środka, ale udana i zachęcająca do poznania całości, choć czasem zbyt mocno cartoonowa czy ciążąca w stronę mangi.

Warto też wspomnieć słówko o samym wydaniu. Wcześniejsze komiksy z DC Egmont wydawał w twardych oprawach lub edycjach Deluxe, a to oznaczało także wyższą cenę. Teraz albumy są tańsze, publikowane tak, jak seria Marvel Now, a więc w miękkiej okładce, ale na dobrym papierze kredowym. I takie rozwiązanie osobiście lepiej mi pasuje, niż wcześniejsze, bo i komiksy zajmują mniej miejsca, i cena (przy solidnej ilości stron) pozostaje atrakcyjna. Jeśli więc lubicie dobre opowieści superhero, albo macie ochotę na konkretną zabawę w towarzystwie Supermana, polecam gorąco, bo warto po ten album sięgnąć.

Peter J. Tomasi & Patrick Gleason (sc.), Jorge Jiménez & Doug Mahnke & Mick Gray & Jaime Mendoza & Patrick Gleaşon (rys.), „Superman #1: Syn Supermana”, tłum. Jakub Syty, Klub Świata Komiksu – album 1188, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Superman: Ostatnie dni Supermana

01/09/2017 § Dodaj komentarz


 Kolejna śmierć Supermana

Superman umierał kilka razy. Zaczynając od sfingowania własnej śmierci jeszcze w latach 40. XX wieku, po tę właściwą, która wstrząsnęła nie tylko uniwersum DC, ale i obiła się głośnym echem w realnych mass mediach. Temat poruszył nawet Alan Moore. Jednakże tak naprawdę Człowiek ze Stali umarł tylko raz. Przynajmniej dopóki nie powstała niniejsza opowieść, kolejna zamykająca pewien etap historii bohatera i wydawnictwa.

Superman powoli, acz nieubłaganie umiera. Po wizycie w ognistych studniach Apokolips, kuracji w kryptoniotowej komorze w ARGUS-ie oraz walce z Rao jego życie powoli dobiega końca. Trawiony jest przez chorobę, na którą nie ma lekarstwa. Clark nie zamierza chwytać się rozpaczliwie żadnej nadziei – wie, że to nic nie da. Pogodził się ze swoim losem, stawiał czoła śmierci dość wiele razy, aby nie bać się odejścia. Jednak ciężko mu przejść do porządku dziennego nad tym, że nie będzie mógł już ratować ludzi. Powoli zaczyna żegnać się z bliskimi. Dlatego stara się, z pomocą Batmana, odnaleźć kuzynkę Karę i zrobić jak najwięcej dobrego, póki jeszcze może.

Tymczasem w Chinach pewna kobieta prowadzi dziwne eksperymenty. Wkrótce potem w USA pojawia się pewna płonąca istota, która twierdzi, że jest prawdziwym Supermanem. Clarka czeka więc jeszcze jedno starcie, być może ostatnie w jego życiu…

W dobie, kiedy to śmierć i zmartwychwstanie wszelkich komiksowych superbohaterów są na porządku dziennym (a jednocześnie i tak przyciąga czytelników, bo choć nikt już nie wierzy w ostateczny zgon któregoś z herosów, to jednak ciekaw jest jak tym razem twórcy to odwrócą), Superman jest jednym z nielicznych wyjątków, które zza grobu powróciły właściwie tylko jeden raz. Dlatego też tworzenie opowieści o jego „ponownym” zgonie było rzeczą kontrowersyjną. Czymś, co miało zadatki na bycie strzałem albo w dziesiątkę, albo w kolano. Na szczęście Superman: Ostatnie dni Supermana to znakomity album, lepszy niż Śmierć Supermana z lat 90. XX wieku, która, mimo swojej przełomowej treści, pełna była błędów, kiczu i porażającego wręcz patosu, jednocześnie nie oferując właściwie nic poza trwającą przez kilka zeszytów walką zakończoną zgonem tytułowego bohatera i jego przeciwnika.

Fabuła Ostatnich dni… jest złożona. Tak, jak to było w przypadku Lois i Clark (klik! klik!), wcześniejszego tomu Drogi do Odrodzenia, tak i tutaj widać echa wcześniejszej śmierci oraz wydarzeń, jakie rozegrały się potem. Całość jest ciekawa, dobrze poprowadzona, bardzo emocjonalnie ujęta, a przede wszystkim sprawdza się znakomicie jako zamknięcie etapu Nowego DC Comics (czy jak chce tego oryginał The New 52) i otwarcie Odrodzenia. Nowy Superman umiera. Stary powraca. Następuje symboliczna zmiana warty. Zaczyna się kolejny rozdział opowieści o superbohaterze z „S” na piersi i zapowiada się on bardzo ciekawie.

A jak tom prezentuje się od strony graficznej? Bardzo dobrze. Kreska i kolor są nowoczesne, ale w dobrym stylu, nastrojowe i realistyczne (choć nie zawsze, bo czasem przedstawienie postaci ma w sobie coś z mangi). Wprawdzie bardziej podobały mi się rysunki w Lois i Clark, ale i Ostatnim dniom… nie mam pod tym względem nic do zarzucenia.

Jeśli więc jesteście fanami Supermana, DC albo po prostu szukacie dobrych, epickich komiksów rozrywkowych, niniejszy album to pozycja dla Was. Dobrze napisana, równie dobrze narysowana. Rzecz spodoba się miłośnikom serii, jak i nowym odbiorcom. Polecam i nie mogę się już doczekać regularnych serii z Odrodzenia.

Peter J. Tomasi (sc.), Ed Benes & Dale Eaglesham & Scot Eaton & Mikel Janín & Jorge Jiménez & Doug Mahnke & Paul Pellerier (rys.), „Superman: Ostatnie dni Supermana”, tłum. Jakub Syty, Klub Świata Komiksu – album 1178, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Superman: Lois i Clark

27/07/2017 § Dodaj komentarz


 Rodzina ze stali

Może i historia DC Comics nie zaczęła się od Supermana, ale to jego przygody, opublikowane w 1938 roku na łamach „Action Comics”, dały początek opowieściom o superbohaterach. Nic więc dziwnego, że to właśnie ów heros otwiera Drogę do Odrodzenia, eventu, który po raz kolejny odmieni oblicze DC. Z założenia ma przywrócić właściwy bieg wydarzeniom.

Kiedy Superman i Lois zostali uwięzieni na Telosie, nie wiedzieli, że ich Ziemia, a właściwie cały wszechświat, który znali, uległ zmianie. Gdy powrócili do swojego świata, ten był już zupełnie innym miejscem, nieufnym wobec Supermana, żyjący tu bohaterowie nie byli już tymi samymi, których doskonale znali. Clark i Lois zaczęli więc życie w ukryciu, pod przybranym nazwiskiem wychowując swojego syna Jonathana. Jak przystało na herosa, Clark przez lata działał w sekrecie ratując ludzi, tymczasem Lois publikowała, pod pseudonimem Autor X, kolejne książki obnażające przestępców. Niestety pewnego dnia wrogowie dowiadują się kim jest X, kobieta, jak i jej syn stają się celem.

Jakby tego było mało po trwającej dekadę misji na Jowiszu na Ziemię wraca prom Excalibur. Ponieważ od długiego czasu nie było z nim kontaktu, wydarzenie to budzi wiele emocji. Superman obawia się jednak, co może z tego wyniknąć, pamięta bowiem, że w jego rzeczywistości komandor Henshaw, który pilotuje wahadłowiec, zyskał moce, stając się jednym z jego największych wrogów, Cyborgiem Supermanem. Czy i tym razem będzie stanowił zagrożenie? A to dopiero początek kłopotów…

Scenarzysta Dan Jurgens to prawdziwa legenda komiksów o Supermanie. Pisał je przez wiele długich lat, spod jego ręki wyszła m.in. rewolucyjna wówczas fabuła Śmierć Supermana i jej znakomity ciąg dalszy, a on sam wymyślił choćby postacie Doomsdaya i Cyborga Supermana. Lois i Clark to nie tylko dowód na to, że autor ma się całkiem dobrze, ale też znakomity przykład sentymentalnego komiksu, który z jednej strony mocno osadzony jest w wydarzeniach z przeszłości (Rządy Supermenów) i teraźniejszości (Flashpoint oraz Convergence). Opowieść wprowadza czytelników w nową/starą erę, a z drugiej strony stanowi udaną, samoistną całość. Treść wyjaśnia bowiem wszystkie niezbędne zawiłości fabularne. Rzecz ma intrygujący klimat i w sam raz nadaje się dla fanów postaci, jak i nowych czytelników, którzy chcieliby w tym miejscu zacząć swoją przygodę z Człowiekiem ze Stali i jego rodziną.

Co ciekawe, scenariusz Jurgensa jest o wiele dojrzalszy, niż jego prace z lat 90. XX wieku i pozbawiony wpadek, jakich wówczas nie brakowało w jego twórczości. Do tego na stronach albumu panuje nostalgiczny, ale też i w pewien sposób ponury nastrój. Całość natomiast została znakomicie zilustrowana przez Lee Weeksa. Kreska jest realistyczna, szczegółowa, ale też i typowo amerykańska, co pasuje do tej opowieści. Jeśli więc szukacie dobrego komiksu superhero, znajdującego się na skrzyżowaniu starego z nowym, Lois i Clark to bardzo dobry, warty poznania album i przy okazji udany wstęp do Odrodzenia.

Dan Jurgens (sc.), Lee Weeks & Neil Edwards & Marco Santucci & Stephen Segovia (rys.), „Superman: Lois i Clark”, tłum. Jakub Syty, Klub Świata Komiksu – album 1149, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Luthor

07/11/2015 § 2 Komentarze


Potwór z Metropolis

LuthorNie lubię Superman. No, może nie aż tak ostro, po prostu nie przepadam za tym herosem. Jeśli miałbym podać powód, to byłby taki: jego wiara w ludzi jest naiwna. Pewnie dlatego trochę kibicowałem różnym realizacjom postaci Lexa Luthora. Jednak dopiero komiks Briana Azzarello i Lee Bermejo pokazuje głębię psychologiczną tej postaci, wywlekając na światło dzienne główne motywy, które kierują dawnym przyjacielem Kenta, obnażając podłoże jego nienawiści do herosa.

Azzarello jest lubianym przeze mnie scenarzystą, który ma na swoim koncie takie tytuły jak: 100 naboi (niestety w PL seria została przerwana), Joker (rzecz zrealizowana z Bermejo) oraz świetny run Wonder Woman (szkoda, że heroina w naszym kraju nie jest zbyt ceniona, bo rzecz jest godna uwagi). Przygotowując skrypt scenarzysta wyszedł od redefinicji mitu o herosie z Kryptona, lex luthorod próby zrozumienia „nowej” roli herosa we współczesnym świecie. Spojrzał na legendę Supermana z zaskakującej perspektywy. Punktem wyjścia jest pytanie: „Co by było, gdyby Superman zmienił front?”, które przekłada się na taki oto monolog Luthora: „Co jeśli… Dziś w nocy… Spojrzy na nas z góry i uzna, że nie jesteśmy zdolni decydować o własnym losie? Co będzie, jeśli jutro się obudzi z przekonaniem, że wie, co jest dla nas najlepsze? Że chronić świat to za mało, skoro może nim władać? Jedyna gwarancja, że tego nie zrobi, to jego słowo”.

Superman w omawianym komiksie ukazany został jako potwór z czerwonymi oczami, w których żarzy się szaleństwo. Co ciekawe, pojawia się niezwykle rzadko. No i słusznie, w końcu główną postacią jest Lex Luthor. Czytelnik ma okazję „wejść w głowę” tej postaci, poznać motywy działania i nieprawdopodobne zdolności manipulacyjne. Dodatkowym smaczkiem jaki otrzymujemy, jest możliwość poznania multimiliardera w sytuacjach codziennych, zwyczajnych. A to utnie sobie pogawędkę z panem sprzątającym biuro, zje biznesowy lunch z Brucem Waynem, a to pokłóci się ze swoją asystentką.

Luthor reprezentuje Dobro, a Superman – zło, oczywiście w wyobrażeniu tego pierwszego. BermejoAby pokazać Metropolis i dalej: całemu światu, że to on jest zbawcą ludzkości, bo może jej dać Nadzieję, konstruuje inteligentnego, kobiecego androida o imieniu Hope. Kariera superbohaterki trwa dość krótko, ale mimo to czytelnik ma nieodparte wrażenie, że jest ona bardziej ludzka niż Kal-El. Niewątpliwie wszyscy (obywatele Metropolis + czytelnicy) zostajemy zmanipulowani przez Luthora, który wmawia nam, że maszyna jest zdolna do miłości i poświęcenia. W przeciwieństwie do Superman, bo on jawi się jako postać bez emocji, kalkulująca na chłodno zyski i straty.

Komiks wywiera mocne wrażenie. Co jest także zasługą oprawy graficznej Lee Bermejo. Rysowane przez niego postaci ukazane zostały naturalistycznie, ale za sprawą dużej ilości zmarszczek, bruzd i światłocienia owa realność jest im odbierana. Niektóre plansze zostały ciekawie zbudowane: bohaterzy przechodzą przez granice kadrów, czasem mniejsze kadru umieszczono „na wierzchu” większej sceny. Atmosferę mroku i niepokoju podsycają użyte kolory. SupermanDlatego nie dziwnym jest, że Egmont włączył komiks do cyklu „Obrazy grozy”.

Pierwotnie całość ukazała się w 2005 roku jako miniseria Luthor: Man of Steel, która składała się z pięciu zeszytów. Polski album zawiera dodatkowe dziesięć stron oraz galerię okładek, trochę czarno-białych szkiców Bermejo. Myślę, że warto zapoznać się recenzowaną pozycją w ramach „przygotowania” do premiery filmu Batman v Superman: Dawn of Justice. Powinni po nią sięgnąć nie tylko wielbiciele komiksów superbohaterskich.

Brian Azzarello (scen.), Lee Bermejo (rys.), „Luthor”, przeł. Jacek Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 909, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2015.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5-, kolory/cienie: 5+]

Lex Luthor Man of Steelsklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

All-Star Superman

18/02/2013 § 2 Komentarze


SupermanPodstawowym zarzutem masowo kierowanym w stronę Supermana jest jego przesadna „cudowność”. Człowiek ze stali w przeciwieństwie do mrocznego Batmana nie daje się uwiarygodnić, nie sposób go rozsądnie wytłumaczyć ani usprawiedliwić i dopasować do realnego świata. Ogrom i siła mocy, którymi dysponuje Superman, jego kolorowy wizerunek, a także niesamowita wręcz szlachetność – czyni go herosem bez skazy, superbohaterem idealnym aż nie do zniesienia. Dla niektórych oczywiście. Niebieski „harcerzyk” przegrał u polskiego odbiorcy z Człowiekiem Nietoperzem już w latach dziewięćdziesiątych, za czarów starego dobrego TM-Semic. Dziś to Batmana wymienia się wśród komiksowych faworytów dzieciństwa, Supermana spychając na margines okropnej sztampy i infantylizmu. Niesłusznie.
all-star-superman„Superman” zarówno za czasów zeszytowych komiksów, jak i później w wydaniach albumowych ma do zaoferowania więcej niż wydaje się tym, którzy zawczasu uprzedzili się do jego image’u. Porywające przygody, bogate i pokręcone uniwersum, ciekawa warstwa obyczajowa może stanowić świetną rozrywkę dla czytelnika, który posiada umiejętność dostosowania się do proponowanej konwencji – w tym przypadku szalonej fantastyki, która nic nie robi sobie z reguł wiarygodności. Nie znaczy to jednak, że jest mniej warta. Czy wymóg wiarygodności w przypadku postaci, którą nazywamy „superbohaterem”, nie jest bowiem przesadzony?
„All-Star Superman” stworzony przez Granta Morrisona i Franka Quitely’ego to album na swój sposób kontrowersyjny. To komiks, który może zniesmaczyć zarówno zatwardziałych zwolenników, jak i wiecznych przeciwników Supermana, albo całkiem odwrotnie – podbić serca jednych i drugich. Jego twórcy postanowili odświeżyć jednego z najbardziej rozpoznawalnych superbohaterów i opowiedzieli jego historię zupełnie na nowo. I tak, znajdziemy tu dobrze znane postacie (Lois Lane, Lex Luthor, Jimmy Olsen, Lana Lang itd.), ale w innym układzie, innych historiach, nieco zniekształconym świecie, a także w zupełnie nowych przygodach. Całość rozpisana jest na dwanaście odcinków, z których każdy stanowi osobną historię, ale wszystkie razem tworzą świetnie współgrającą ze sobą całość. Osią fabuły jest dołujący fakt, że nasz człowiek ze stali, tuż po pewnej nieprzyjemnej przygodzie dowiaduje się, że wkrótce umrze. all-star-superman-3
Tym, co w przypadku tego albumu może budzić wątpliwości sympatyków „niebieskiego”, choć chyba najbardziej zniesmaczy jego przeciwników, są naprawdę szalone pomysły scenarzysty – Granta Morrisona. Ten bowiem, mimo współczesnych tendencji do uwiarygodniania superbohaterów, postanowił pójść w zupełnie odwrotnym kierunku. Przygody Supermana, jakie otrzymaliśmy w albumie jego autorstwa, są bowiem najmniej wiarygodne z możliwych. Tutaj planeta może mieć kształt kwadratu, pies Krypto aportować drzewem, a klucz do rezydencji Supermana ważyć pół miliona ton. Tutaj inne niż nasz światy są supernieralne, inni bohaterowie jeszcze mniej prawdopodobni niż człowiek ze stali, tak samo zresztą jak superdziwaczne stwory, zadziwiające swoją dziwacznością. Czy to jednak wada, czy wręcz przeciwnie – super-zaleta?
Na szczęście w całym tym wariactwie znajdują się pokłady dobrej zabawy, poczucia humoru i przekonującej igraszki z konwencją. Mnożące się nieprawdopodobieństwa i cudowności przywodzą na myśl fantastykę w stylu retro, trochę śmieszną, kiczowatą, ale jednocześnie na swój sposób czarującą. Dzięki temu „All-Star Superman” stanowi wspaniały sposób, by powrócić myślami do tamtych, zamierzchłych już czasów, kiedy dziwaczne, kosmiczne przygody przyjmowało się ze szczerą, bezkrytyczną radością. Jak miło, że bohaterem tego powrotu jest właśnie Superman.
all-star-superman-3.1Przygody zawarte w „All-Star Superman” nie byłyby tak smakowite, gdyby nie rewelacyjne rysunki Franka Quitely’ego. Duże kolorowe kadry, estetyczna kreska, doskonała mimika i gestykulacja bohaterów jeszcze mocniej uwypuklają ten przesadzony świat, a jednocześnie gwarantują miodną i przyjemną dla oka lekturę. Znani bohaterowie, choć niby tacy sami, przeszli tu niewielką metamorfozę. Na szczególną uwagę zasługuje „przerobienie” postaci Clarka Kenta, z którego twórcy komiksu zrobili sympatycznego, ociężałego i niezdarnego „wielkoluda” z nazbyt rozrośniętą sylwetką. Ten ruch scenarzystów dla odmiany czyni go bardziej wiarygodnym, uzasadniając jego wątpliwy i podważany przez antyfanów kamuflaż. Pomysłową przemianę przeszedł również Jimmy Olsen, który w tym wydaniu staje się sympatycznym i ekscentrycznym zawadiaką, a nie – jak było do tej pory – naiwnym chłopcem do bicia. Z kolei największy przeciwnik Supermana, Lex Luthor, wyszczuplony i odmłodniały, to okropnie niebezpieczny geniusz, którego obsesja na punkcie człowieka ze stali przybiera tak monstrualne rozmiary, że czyni go „komiksowym” do potęgi.all-star-superman-4
Na tym zresztą polega cała konwencja tego albumu – to 300% Supermana w Supermanie, Lexa Luthora w Leksie Luthorze, Clarka Kenta w Clarku Kencie itd. Z pomocą tej hiperbolizacji starzy bohaterowie zyskali zupełnie nowe twarze, a te – wraz z szalonymi pomysłami, świetną kreską i poczuciem humoru stanowią 300% rozrywki w rozrywce.

Grant Morrison (scenariusz), Frank Quitely {właśc. Vincent Deighan} (rysunki), „All-Star Superman”, tłum. Michał Zdrojewski, Mucha Comics, Warszawa 2012.


[autorka: Dorota Jędrzejewska]

Superman nowy

{komiks można kupić :tu:}

Tarot jak komiks

19/07/2011 § 3 Komentarze


Rozkładam na stole karty do tarota, czyli tekturki z detalicznymi rysunkami, najczęściej przedstawiającymi niepomyślne wydarzenia (wiszenie do góry nogami, śmierć, klęski, walki, rozstania). Robię to systematycznie, powoli i zgodnie ze szczegółowymi instrukcjami Italo Calvino, który z ich połączeń i skrzyżowań stworzył plansze z historiami. Powstał komiks? Nie, ale coś mu bliskiego – książka The Castle of Crossed Destinies (Zamek krzyżujących się losów).

Italo Calvino: „Ta książka powstała przede wszystkim z obrazów – kart do gry w tarota – dopiero później z zapisu słów. Poprzez sekwencję obrazków zostały opowiedziane historie, które słowo pisane próbuje zrekonstruować i poddać interpretacji” (s. 123).

W efekcie powstają opowieści-baśnie, opowieści-przypowieści lub rekonstrukcje znanych historii, m.in. Fausta, Edypa, Hamleta, Lady Macbeth, Króla Leara czy Parsifala. Wszystkie wynikają z zestawienia ze sobą tradycyjnych kart do tarota. Na dodatek, zgodnie z tytułową zapowiedzią, historie te krzyżują się, wykorzystując te same obrazy do opisania innych sytuacji, te same atrybuty zostają inaczej zinterpretowane, na co innego w kartach rzucone jest światło narracji.

Nic dziwnego, że konstruowanie tych plansz – spójnych, precyzyjnych, do najmniejszego szczegółu przemyślanych – było obsesją Calvino przez lata. Jak wynika z jego słów, w budowanie tego zamku z kart angażował się z każdą nowo odkrywaną możliwością coraz bardziej i silniej:

„Zacząłem od próby przypadkowego rozłożenia tarota w linii, aby sprawdzić, czy mogę odczytać z nich opowieść; (…) zdałem sobie sprawę z tego, że tarot to maszyna do konstruowania historii; pomyślałem o książce i wyobraziłem sobie jej ramy: niemi narratorzy, las, zajazd; kusiła mnie diaboliczna myśl o wywołaniu wszystkich historii, jakie może zawierać talia tarota”. (s. 126)

Wspomniana tu sceneria – zamek czy w drugiej części tawerna – odgrywają tu drugorzędne znaczenie, podobnie jak posadzeni przy jednym stole obcy sobie podróżni, oniemiali wskutek przejścia przez leśną głuszę. Najważniejsze, jak to u Calvino, jest samo opowiadanie historii, które w tym przypadku obiera formę

„(…) konstrukcji czegoś na kształt krzyżówki zbudowanej z tarota zamiast ze słów, z historii obrazkowych zamiast ze słów. Chciałem, aby każda z historii miała swój spójny sens, aby każda z nich zapewniła mi przyjemność w pisaniu jej – lub w pisaniu na nowo tych, które były już klasyką”. (s. 126)

The Castle… to odkrywanie na nowo przyjemności czytania i łączenie go z zabawą. To, co ze skomplikowanych i niewiele mówiących wprost kart jest w stanie wyczytać Calvino, zdumiewa i bawi. Bawi, ponieważ w zasadzie widać jak umiejętnie manipuluje naszymi skojarzeniami, znaczeniami kart, symboli i ich ustawień. W pisaniu/czytaniu wciąż można zrobić coś nowego, coś, czego jeszcze nie było. W tej książce zachwyca prostota pomysłu i majstersztyk w jego realizacji. Gdyby tego nam jeszcze było mało, to Calvino wyprowadza w drugiej części, tawernianej, rozważania o losie i przeznaczeniu, z których wynika, że wszystko przypomina tarota – świat może mieć znaczenie, a może być go pozbawiony, w zależności od tego, kto je próbuje odczytać i jakie ma doświadczenia za sobą.

„-  Świat nie istnieje – konkluduje Faust (…) – nie ma w ogóle niczego pewnego raz na zawsze: jest tylko skończona liczba elementów i tylko kilka z nich znajduje formę i znaczenie i sprawia, że ich obecność wyczuwalna jest pośród bezsensownej, bezkształtnej chmury kurzu; jak tych 78 kart talii tarota, w której zestawienia sekwencji opowieści pojawiają się i są natychmiast rozwiązywane”. (s. 97)

I jeszcze:

„Wszystkie karty tarota i wszystkie dobra są takie same, niczym karty pucharów, które się powtarzają, identyczne, zebrane w talii; jakby w świecie jednolitych uniformów, rzeczy i przeznaczenia były rozsypane przed tobą, zamienne i niezmienne; a ten, kto wierzy, że podejmuje decyzje, żyje złudzeniami”. (s. 60)

Pozornie się przeciwstawiając, dokłada swoją cegiełkę Parsifal:

„- Jądro świata jest puste, początkiem tego, co porusza wszechświat, jest przestrzeń nicości; wokół nieobecności skonstruowano to, co istnieje; w rzeczywistości Graal jest podróżą – i wskazuje pusty prostokąt otoczony przez karty tarota”. (s. 97)

Świat jako zamek z kart – znowu, ale cokolwiek bardziej płasko. Jakby świat znów był plackiem położonym na grzbiecie słonia czy żółwia.

Książka w zamyśle Calvino zawierała jeszcze jedną część – po Zamku… i po Tawernie miał nastąpić jeszcze Motel krzyżujących się losów, gdzie główną rolę odgrywałby komiks jako

„współczesny odpowiednik tarota portretujący kolektywny nieświadomy umysł. Pomyślałem o komiksach, o tych najbardziej dramatycznych, przygodowych, przerażających: o gangsterach, przerażonych kobietach, statkach kosmicznych, wampach, wojnach powietrznych, szalonych naukowcach”.

I jaka szkoda, że na to nie starczyło mu już cierpliwości! Z pociętych krótkich historyjek obrazkowych publikowanych w gazetach, z oddzielnych historii wydawanych w formie książek, jakby te same losy, przeznaczenia, powtarzalne elementy przekuł Calvino w podsumowanie współczesności? Czy zamiast karty Diabeł używałby Jokera? Gdyby zamiast Rycerza Monet, Króla Mieczy, Waleta Pucharów itd. pojawiali się Batman, Spiderman i Superman?

Niestety, Calvino potrzebował już odmiany i porzucił tę ideę, poszukując inspiracji gdzie indziej. Gdyby nie to, że umarł w 1985 roku, moglibyśmy może pocieszyć się, że jeszcze powróci do budowania historii z obrazów, zwłaszcza że sam przyznawał:

„Oto ustawiłem wszystko jak należy. Przynajmniej na papierze. Wewnątrz mnie, wszystko pozostało jak wcześniej”. (s. 111)


Italo Calvino, „The Castle of Crossed Destinies”, Vintage Books, London 1977, tłumaczenie własne.

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with superman at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: