Wyspa kobiet

25/07/2017 § Dodaj komentarz


  Seksmisja na tropikalnej wyspie

Fabuła przedstawiona w komiksie Wyspa kobiet rozpoczyna się od dramatycznego wydarzenia. Trwa pierwsza wojna światowa. Słynny i nieustraszony lotnik, Céleste Bompard, pilotuje swój mały dwupłatowiec, który podczas burzy zostaje trafiony piorunem. Skutkiem tego rozbija się na tropikalnej wyspie, leżącej gdzieś pośrodku oceanu. Nasz bohater jakimś cudem ocalał. Niestety wyspa sprawia wrażenie bezludnej i najprawdopodobniej położona jest z dala od szlaków komunikacyjnych. Dlatego Bompard, niczym Robinson Cruzoe, jest zmuszony zorganizować sobie samotne życie, czyli zatroszczyć się o schronienie, pokarm, a także jakoś poradzić sobie z nudą (czyta listy, które miał dostarczyć na front).

Z retrospekcji dowiadujemy się, że przed wojną był pilotem-akrobatą oraz pełnokrwistym playboyem. Na jego pokazy przychodziły tłumy, a kobiety wzdychały, mdlały i „odsłaniały się”. Zresztą o to mu tylko chodziło, aby one go wielbiły, „nosiły na rękach”, zapraszały do łóżka. I właśnie płytkich, opartych na seksie, relacji z płcią piękną brakuje mu najbardziej… Biorąc po uwagę tytuł komiksu dla nikogo nie będzie specjalnym zaskoczeniem i nie zdradzę zbyt wiele, gdy napiszę, że w końcu potrzeby dzielnego pilota zostaną zaspokojone. Koniec końców okaże się, że wyspa wcale nie jest bezludna. Pewnego pięknego dnia protagonista odkrywa osadę, którą zamieszkują piękne i nagie niewiasty. Tak oto dostąpił wniebowstąpienia – za życia znalazł się w raju.

Rzeczywistość jednak okazuje się bardziej brutalna. Kobiety, które zamieszkują wyspę, należą do jakiegoś innego gatunku, bo ani nie rzucają mu się na szyję, ani nie mdleją na jego widok. Panie z zasady nienawidzą wszystkich mężczyzn. Bliżej im do Amazonek królowej Hipolity, niż do czułych Francuzek, z którymi wcześniej miał okazję obcować dzielny pilot. Jak sobie Bompard poradzi sobie w tym antymęskim świecie? Czy ma coś do zaoferowania hardym niewiastom? Omawiany wątek mocno kojarzy się z drugim tomem serii Za Imperium Merwana i Vivèsa, który nomen omen nosi podtytuł Kobiety, gdzie – jak może niektórzy pamiętają: klik! klik! – także została przedstawiona wioska zamieszkała tylko przez przedstawicielki płci przeciwnej. Finał obu opowieści jest oczywiście inny. Nie będę zdradzał kolejnych elementów fabuły, warto samemu zapoznać się z tą przezabawną historią.

Całość jest dziełem Frédérica Leuteliera, który podpisuje się pseudonimem ‘Zanzim’. Kreska artysty przywodzi na myśl prace tuzów komiksu europejskiego: Joanna Sfara czy Bastiena Vivèsa. Z dwóch zasadniczych powodów całość jest ogromnie miła dla oka: 1. fauna i flora egzotycznej wyspy została przedstawiona nadzwyczaj ujmująco; 2. mieszkanki wyspy są pięknymi kobietami i – w przeciwieństwie do wizji Milo Manary – każda z nich jest inna. Kadry na planszy ułożone są klasycznie, równo i pod linijkę. Album prezentuje się atrakcyjnie także ze względu na zastosowaną kolorystykę, autor zastosował dużo ciepłych, jasnych barw.

Fabuła omawianej pozycji prowadzona jest z dowcipnie i dystansem. Sporo scen ma charakter humoru sytuacyjnego. Wyspa kobiet głównie bawi, ale pod płaszczykiem lekkiej i przyjemnej opowieści kryje się satyra na „klasyczny” podział ról między kobietą, a mężczyzną. Nie sądzę, aby Zanzim miał okazję oglądać Seksmisję Juliusza Machulskiego, choć jego komiks mimowolnie się z polskim filmem kojarzy.

Zanzim {właśc. Frédéric Leutelier} (sc. & rys.), „Wyspa kobiet”, tłum. Jakub Syty, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 5, kolory/cienie: 6-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Czerwony żółw

01/07/2017 § Dodaj komentarz


 Rozbitek na wyspie

Sztorm. Fale wyrzucają młodego mężczyznę na plażę. Na bezludnej wyspie czeka na niego konfrontacja z naturą, która potrafi być równie szczodra, co i niszczycielska. Biały człowiek żyjąc w dziczy stara się podporządkować sobie zastaną rzeczywistość, podchodząc do niej egoistycznie i egocentrycznie. Z czasem uczy się jednak patrzeć dalej, niż na czubek własnego nosa.

Japońsko-belgijsko-francuska kreskówka oczarowuje już od pierwszej sceny. Sztormowe bałwany, przywodzące skojarzenia z Wielką falą na Kanagawie Hokusaia, nie tylko zostały ładnie i sugestywnie zaanimowane – autorzy nadali też głębię samemu oceanowi, zarysowując kilka planów, czy też bawiąc się kątami i ruchem perspektywy. Podobne zabiegi pojawiają się do końca filmu, który nawet jeśli operuje statycznymi i cichymi scenami celebrującymi spokój, to unika wizualnego banału czy monotonii. Wrażenie robi tu żywy ruch zarośli tworzących tło, czy wiarygodne oddanie ruchów ludzi i zwierząt. Co ciekawe – w animacji odbijają się zarówno wpływy europejskie, jak i azjatyckie. Fizjonomie bohaterów budzą skojarzenia z frankofońskim komiksem, w czasie gdy zastosowana kolorystyka zdaje się być ukłonem w stronę japońskiej szkoły drzeworytu ukiyo-e.

Wątek drzeworytniczy wydaje się mieć tu zresztą drugie dno. Choć dawni mistrzowie często skupiali się na przedstawianiu życia ówczesnej społeczności, to często portretowali też przyrodę. Animacja de Wita to piękna opowieść w humanistycznym duchu, przypominająca o naszym miejscu na świecie, ale też o potrzebie harmonii z naturą, o której ludzkość zdaje się często zapominać. Fabuła bierze za punkt wyjścia historię Robinsona Crusoe, ale tu rozbitek musi się w pełni dostosować do natury.

Bezludna wyspa de Wita to przestrzeń, w której autor mówi o naturze, życiu, śmierci i cyklach, które od tysiącleci powtarzają się w przyrodzie. To baśń dla widza w niemal każdym wieku, gdzie pomiędzy realizmem, oniryzmem i subtelną fantazją zawieszony zostaje nasz bohater i tytułowy czerwony żółw. Nie chcę streszczać magicznej historii ich wzajemnej relacji, ale zapewniam – mamy do czynienia z wyjątkową, pięknie i wrażliwe zrealizowaną animacją, gdzie wszystko jest na swoim miejscu: emocje, spektakularne obrazy, ujmująca muzyka, a gdy trzeba – to także tworząca kontrapunkt cisza. Nie brak też subtelnego humoru, który wprowadzają małe kraby. Dowodem na kunszt połączonych sił europejskich i japońskich filmowców jest fakt, że wszystko udało się tu opowiedzieć bez słów.

Szczerze zachęcam do obejrzenia tej koprodukcji, w której palce maczało m.in. kultowe Studio Ghibli. To perła! Dzieło równie kameralne, co sugestywne, które pozostawiło mnie z potrzebą obejrzenia go jeszcze raz. Magiczny seans. Polecam.

„Czerwony żółw”: Michael Dudok de Wit (reżyseria), Michael Dudok de Wit & Pascale Ferran (scenariusz), data premiery w Polsce: 23 czerwca 2017, dystrybucja: Gutek Film.

[autor: Przemysław Pawełek]

Burza

19/06/2017 § Dodaj komentarz


 Sen i my z jednych złożeni pierwiastków

Komiks Burza to niezależna, portugalska produkcja, która w Polsce ukazała się staraniem oficyny Timof i cisi wspólnicy. Żadne tam superhero czy innego typu mordobicie, a nastrojowa opowieść o pozytywnej sile wspomnień. Całość ma silnie symboliczno-oniryczny charakter.

W albumie narracja prowadzona jest bez użycia słów. Dlatego imiona dwójki z trojga występujących postaci poznajemy dzięki notce wydawniczej zamieszczonej na ostatniej stronie okładki. Sebastiano jest latarnikiem, który pracuje na umowie czasowej. Akcja rozpoczyna się pewnego wietrznego i deszczowego dnia, w którym bohater otrzymuje pismo o przedłużeniu etatu na kolejne 180 dni. Obok urzędowego pisma dostawca przywiózł na wyspę artykuły spożywcze. Część aprowizacji zostawia u Madaleny, która mieszka piętro niżej.

Jaki jest charakter relacji łączących tych dwojga? Kim są dla siebie? Dlaczego nie mieszkają razem? Dlaczego ona patrzy na niego takim zbolałym wzrokiem? To tylko niektóre pytania, jakie wyskakują w głowie czytelnika, który widzi wspinającego się po krętych schodach Sebastiano. Świetnie w tym kontekście wypada plansza na stronie siódmej. Sposób w jaki została skonstruowana, wyraźnie podsyca ciekawość czytającego. W dalszej części komiksu poznajemy monotonne życie latarnika, którego każdy dzień wygląda zupełnie tak samo. Ucieczką od jednostajnego rytmu dnia okazują się wspomnienia. Introspekcje z dnia na dzień przybierają na sile, bohater powoli zaczyna tracić grunt pod nogami (tj. kontakt z rzeczywistością). Z morza zaczyna wyławiać artefakty, które przecież miały znaczenie tylko w jego pamięci.

O dziwo, to dzięki wspomnianym przedmiotom udaje mu się na powrót zakotwiczyć w prawdziwym życiu. W tym miejscu powraca postać Madaleny i trzeciej osoby, o której nic więcej nie napiszę. Ponieważ główny twist komiksu zasadza się na wzajemnych emocjonalnych relacjach łączących całą trójkę… Fabuła, za którą odpowiedzialny jest André Oliveira, silnie kojarzy mi się z opowiadaniami Giorgio Manganelliego pomieszczonymi w pozycji „Centuria”. Korelacja sprowadza się do podobnego zamiłowania do absurdu, który obu pozycjach ma charakter wyraźnie symboliczny. Co prawda u włoskiego pisarza jest więcej dystansu i humoru, a Portugalczyk snuje swą historię bardzo serio.

Intrygująca jest warstwa graficzna komiksu. João Sequeira świetnie poradził sobie z rozrysowaniem skryptu. Narracja, jak już wspominałem, prowadzona jest bez użycia słów, a mimo to czytelnik nie ma najmniejszych problemów, aby się odnaleźć w historii. W wypadku komiksów „silence” jest to niezwykle ważne. Technika jaką wykonano ilustracje wygląda trochę tak jakby, białą kredką woskową (lub świecą) narysowano kontury wszystkich elementów, a następnie mocno rozwodnionym czarnym tuszem pokryto kartkę. I dopiero dzięki temu zabiegowi ujawniła się cała ilustracja.

Lektura Burzy była pozytywnym zaskoczeniem. Przyznam, że lubię tego typu niespodzianki. Świetna sprawa, że oficyna Timof szuka nowych, ciekawych fabuł po całym świecie. Za pointę niech wystarczy cytat z pewnego dramatu Szekspira, który właściwe mógłby stanowić motto omawianej pozycji: „Jesteśmy surowcem z którego sny się wyrabia, a życie to chwila jawy między dwoma snami”.

André Oliveira (sc.), João Sequeira (rys.), „Burza”, tłum. Jakub Jankowski, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Samotny smakosz

14/03/2017 § Dodaj komentarz


 O tym, co na stole

Zmarły miesiąc temu Jirō Taniguchi należy wąskiej grupy twórców z kraju Kwitnącej Wiśni, którzy na stałe zadomowili się na Europejskim (i Polskim) rynku komiksowym. Wystarczy wspomnieć, że Japończyk ma na swoim koncie kooperację z uznanymi artystami, takimi jak Jean-David Morvan czy Mœbius. W naszym kraju wspomniany mangaka obecny jest za sprawą oficyny Hanami – od 2008 roku opublikowano 9 jego albumów. Autorem scenariusza do Samotnego smakosza jest Masayuki Kusumi.

Główny bohater, niejaki Inagashira Goro, to samotny mężczyzna w średnim wieku, który jest właścicielem firmy zajmującej się importem towarów z Europy. Na przestrzeni całego albumu nie ma żadnej sceny, w której rozmawiałby z jakimkolwiek znajomym, przyjacielem lub towarzyszem(-ką) życia. Jeśli pojawiają się jakieś elementy fabuły, które mogą sugerować, że kiedyś miał bardziej rozbudowane życie towarzyskie, to jedynie we wspomnieniach. W jednej ze scen retrospektywnych widzimy go w Paryżu, obok niego atrakcyjna kobieta o imieniu Sayuki, która wyrzuca mu, że jest tchórzem. Rozmawia jedynie z klientami, właściwie klientkami, swojej firmy i zamawia jedzenie. A następnie oddaje się rozkoszy jedzenia… Mam wrażenie, że bohater jedzeniem kompensuje pustkę samotności, stara się zapełnić „czarną dziurę” poprzez przebywanie wśród obcych ludzi i pełen talerz.

Prawie każdy z rozdziałów wygląda podobnie. Pierwsze sceny dotyczą firmy, następnie bohater myśli: „Ależ jestem głodny…” i wyrusza na poszukiwanie jakiegoś przyjaźnie wyglądającego miejsca, w którym podają jedzenie. Zanim wybierze coś z karty, to długo się zastanawia. W końcu podaje się mu posiłek, zwykle ze słowami: „Przepraszam, że musiał Pan czekać”. Reszta to już onomatopeje, wyrażające zachwyt i radość wynikającą z pałaszowanie pysznego posiłku.

Jak można wnioskować z tego przydługiego wstępu Samotny smakosz, to nie komiks akcji. Nie chodzi w nim o emocjonalne relacje między bohaterami czy autobiograficzne opowieści z cyklu „z życia wzięte”. Omawiana manga jest opowieścią o jedzeniu, ale nie o akcie jedzenia, a o serwowanych potrawach. Niebagatelne znaczenie ma fakt, że obcujemy z kuchnią Japonii. Do czasu przeczytania komiksu, moje wyobrażenie o niej było dość ubogie i ograniczało się do sushi. Należy wspomnieć, że każdy z rozdziałów poprzedzony został krótkim a ciekawym wstępem napisanym przez Magdalenę Tomaszewską-Bolałek, która jest znawczynią kuchni japońskiej, autorką nagrodzonej książki Japońskie słodycze – przyznaję: po przeczytaniu komiksu, zamówiłem sobie wspomnianą książkę.

Graficzny styl rysownika (czysty, klarowny, precyzyjny; kadry narysowane z dużą dbałością o każdy szczegół pierwszego planu oraz tła) zdaje się być idealnym do przedstawienia tej historii, chociaż precyzyjniej będzie jeśli napiszę: opowieści o tym, co na stole. Gdyż właśnie o to, co je główny bohater, jak wygląda jego półmisek, jak rozstawione są dania – to powoduje wzmożoną pracę ślinianek. Dlatego życzę wszystkim, którzy sięgną po Samotnego smakosza – smacznego – bo jest do czego!

Masayuki Kusumi (sc.), Jirō Taniguchi (rys.), „Samotny smakosz”, tłum. Radosław Bolałek, Wydawnictwo Hanami, [bmw] 2014.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 4+] 

{komiks można kupić tu: klik! klik!gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Mooncop

11/12/2016 § 1 komentarz


Nie pierwsi, a ostatni ludzie na Księżycu

mooncopMooncop to drugi komiks Toma Gaulda, który ukazał się w Polsce. Przy produkcji poprzedniego, Goliata, miałem swój mały udział. Było to cztery lata temu, gdy blisko współpracowałem z ówczesnym wydawcą – Centralą (klik! klik!). Bieżąca pozycja ukazała się staraniem Wydawnictwa Komiksowego.

Mam wrażenie, że oba albumy mają ze sobą wiele wspólnego. I nie chodzi mi tylko o wyraźne graficzne podobieństwo, a paralelę jaka zachodzi między głównymi bohaterami komiksów. Obaj stanowią jedynie mały trybik w politycznej machinie wywierania wpływu (Goliat) lub machinie podtrzymywania ładu społecznego (Mooncop).

Protagonista omawianej pozycji, zgodnie z tytułem, jest policjantem, który pełni tom-gauldsłużbę na Księżycu. Początkowo ludzka kolonia jest nawet całkiem spora. Widać stojące tu i ówdzie kilkupiętrowe bloki czy inne budynki mieszkalne. Jednak z dnia na dzień kolonistów ubywa. Sukcesywnie wracają na Ziemię, jakby znudziło im się harmonijne i spokojne życie na Księżycu. Mimo że nie bardzo jest kogo chronić, to gliniarz wciąż codziennie odbywa loty patrolowe, a wypełniając kwartalny formularz dotyczących wykrywania przestępczości uzyskuje 100% skuteczności. Bezduszna matematyka, bo ilość zgłoszonych przestępstw: zero, ilość dochodzeń wszczętych: zero, ilość dochodzeń zamkniętych: zero.

Codzienna rutyna i nuda może prowadzić przez zniechęcenie do załamania. Powagę mooncop-tom-gauldsytuacji rozumieją przełożeni księżycowego gliniarza, dlatego przysyłają psychologa-robota, który ma za zadanie zdiagnozować stan psychiczny rezydenta. Niestety robot, nieprzystosowany do księżycowych warunków, szybko się psuje. Mooncop konsekwentnie pielęgnuje swoje przyzwyczajenia i rytuały. W automacie codziennie kupuje kawę i pączka. Leci swym patrolowcem ku górom, skąd ma przepiękny widok Ziemię i w kosmicznej ciszy spożywa skromny posiłek.

Korporacja, która zarządza automatem, podejmuje absurdalną decyzję zbudowania dla najwierniejszego (i jedynego) klienta kawiarenki, która obsługiwana jest przez nowoprzybyłą kelnerkę. Mężczyzna i kobieta powoli się poznają, dzielą najskrytszymi myślami, własnymi przeżyciami i marzeniami. Po jakimś czasie okazuje się, że są jedynymi ludźmi na Księżycu. I dopiero wtedy jegomość decyduje się zadać sakramentalne pytanie, na które dziewczyna odpowiada: „Tak”.

Profesor Jerzy Szyłak w swojej najnowszej książce (Coś więcej, czegoś mniej. Poszukiwania formuły powieści graficznej w komiksie 1832-2015) trafnie diagnozuje: gauld„Gauld operuje niemal minimalistycznym rysunkiem, silnie upraszczając zarówno przedstawienia postaci ludzkich, jak i scenerię, zarazem jednak cieniuje i różnicuje detale za pomocą mnóstwa drobnych kresek. Styl ten współgra znakomicie z snutymi przez rysownika opowieściami, w których zazwyczaj niewiele się dzieje”. I nie inaczej jest w wypadku omawianego komiksu, w którym artysta w mistrzowski sposób zbudował nastrój opowieści, która ma wyraźnie melancholijny, ale i niedorzeczny charakter. Ascetyczna warstwa graficzna niejako zmusza czytelnika, aby skupił całą swoją uwagę na emocjach głównej postaci i mimowolnie się z nią utożsamił.

Jakie przesłanie niesie Mooncop? Dla mnie brzmi ono mniej więcej tak: aby poradzić sobie z absurdami rzeczywistości wystarczy drugi człowiek.

Tom Gauld (sc. & rys.), „Mooncop”, tłum. Wojciech Szot, Wydawnictwo Komiksowe/Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

[scenariusz: 5, rysunki: 6, kolory/cienie: 5+]

tom-gauldsklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Profesor Andrews

18/11/2015 § Dodaj komentarz


Żywą czy na miejscu?

profesor andrewsGra na wielu bębenkach to ostatnia książka Olgi Tokarczuk jaką przeczytałem. Nie jedyna, a ostatnia. Po tym zbiorze nie sięgnąłem już po żadną kolejną jej publikację. Rzecz czytałem dawno temu, bo pierwsze wydanie. Niewiele z niej pamiętam, właściwie nic. Przeszła bez echa i zniechęciła mnie do prozy Tokarczuk. Dlatego po przeczytaniu komiksu Profesor Andrews, który jest graficzną adaptacją jednego z opowiadań ze wspomnianego w pierwszym zdaniu zbioru, musiałem sięgnąć po książkę, aby je sobie przypomnieć.

Tytułowy bohater jest przedstawicielem uznanej na całym świecie szkoły psychologicznej, lotnisko w warszawiektóry w przeddzień wybuchu stanu wojennego przylatuje z Wielkiej Brytanii do Polski, konkretnie do stolicy. („Lotnisko w Warszawie było zaskakująco małe i pełne przeciągów”). Profesor ma naszym kraju spędzić cały tydzień, podczas którego ma wygłosić kilka odczytów, spotkać się ze studentami, odwiedzić Kraków i Oświęcim. Ale już od samego początku „coś” idzie nie tak, jakby jakieś złowrogie fatum zawisło nad bohaterem. Przed wylotem śni mu się mało przyjemny sen, na lotnisku zagubiono jego bagaż, kawalerka, w której ma pomieszkiwać jest mała. Polska przedstawia się jako kraj szary i zimny, gdzie wódka szybko uderza do głowy.

Pierwsze wrażenia to dopiero skromny przedsmak tego, co czeka protagonistę następnego dnia rano – wybucha „wojna”. Gosha, która pełni rolę przewodniczki i pośredniczki, nie przyjeżdża, telefon milczy. Profesor zostaje zupełnie sam w obcej/odrębnej rzeczywistości, bez bielizny na zmianę, bo bagaż się nie odnalazł. Popijając napar ze zwietrzałej kawy, wygląda przez okno, a tam na ulicy przed blokiem stoi czołg, wokół którego tłoczą się żołnierze. Widok absurdalny i zarazem straszny.

Dominik Szcześniak, scenarzysta, sprawnie wykorzystał kilka motywów z tekstu Tokarczuk,grzegorz pawlak które, wyolbrzymione w narracji graficznej, jeszcze mocniej (niż w opowiadaniu) ukazują alienację bohatera. Polska codzienność jest niedorzeczna. Bohater, oderwany od kontekstu wydarzeń, traci swoją podmiotowość. Czuje, że świat wokół niego wymyka się racjonalnemu oglądowi. Decyduje się wyjść do miasta, gdzie spotka jakichś ludzi, próbuje z nimi rozmawiać, ale bariera językowa stanowi granicę nie do przekroczenia. Bohater jest obcy, całkiem obcy i ze swej odrębności zdaje sobie sprawę. Chciałby kontaktu, takiego ludzkiego i ciepłego. Pewnie dlatego, gdy stróż zaprasza go do siebie na kolację, nie wytrzymuje i, mimo tego że domownicy nic nie rozumieją, opisuje swoje dwa koszmarne dni.

Rysownik, Grzegorz Pawlak, celnie oddał polską rzeczywistość czasu stanu wojennego, tę peerelowską szarzyznę, bylejakość i przygnębienie. Cienka kreska, którą zostały narysowane kontury postaci, wypada dobrze. Właściwie nałożony tusz dopełnia kadry we właściwy sposób. Miejscami czerń podłożona została pod całą planszę, a dopiero później położono kadry – Dominik Szcześniakwizualnie efekt wypada nieźle. Akcja komiksu dzieje się w dużym stopniu między blokami, których rozstawienie w przestrzeni buduje klaustrofobiczną atmosferę.

Z pewnością warto skonfrontować produkcję Wydawnictwa Komiksowego z oryginałem, gdyż pointa w opowiadaniu wybrzmiewa mocniej. Trochę uciekło metaforyczne znaczenie pożegnania profesora Andrewsa ze stróżem. Jako adaptacja prozy Tokarczuk całość wypada więcej niż poprawnie. Szkoda tylko, że Szcześniak, który jest zdolnym scenarzystą, nie pokusił się o dodanie większej ilości scen od siebie tak, aby rzecz była dłuższa.

Dominik Szcześniak (scenariusz na podstawie opowiadania Olgi Tokarczuk), Grzegorz Pawlak (rysunki), „Profesor Andrews”, Wydawnictwo Komiksowe/Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]olga tokarczuksklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Wampir

01/02/2015 § Dodaj komentarz


Wiekowy wampir i jego sercowe problemy

wampir„Bez krwi nie ma wampira. Jest to substancja, która decyduje o jego istnieniu, podobnie jak o istnieniu człowieka”. [Maria Janion, Wampir. Biografia symboliczna]

Bezapelacyjnie Joann Sfar należy do grupy moich ulubionych artystów komiksowych, jestem wielbicielem jego twórczości. Całej lub prawie całej, gdyż ze wszystkich książek tego artysty, jakie się w Polsce ukazały, nie podobała mi się jedynie graficzna adaptacja Małego Księcia, która, tak na marginesie, kilka dni temu ponownie trafiła do księgarń – krakowski Znak zdecydował się na reedycję. Przez ostatnie dwa lata albumy Sfara gościły na pierwszym miejscu mojej prywatnej listy „najlepszych komiksów”, jakie dane mi było przeczytać w minionym roku. Dwa lata temu najbardziej przypadło mi do gustu zbiorcze wydanie Kota Rabina. Natomiast za zeszły rok na szczycie mojego TOP 10 wylądował właśnie Wampir (możesz sprawdzić: klik! klik!).

Na samym wstępie, gdy bierzemy omawiany tom w dłonie, przykuwa naszą uwagę okładką, edytorskim przygotowaniem, ilością stron oraz wyborem papieru (nie kreda, a offset, który lepiej chłonie kolory, nadając im większej głębi). Kwadratowy format książki. Gruba, tekturowa okładka utrzymana w kolorze wyrazistej żółci, z minimalistycznym przedstawieniem głównego bohatera: wielka głowa (a właściwie łysa czaszka), wyłupiaste oczy, spiczaste uszy, kreska ust (niezmiernie smutna mina), ubrany staromodnie we frak i białą koszulę ze stójką. Skojarzenia z filmem Nosferatu Friedricha Murnaua i aktorem grającym główną postać, pojawiają się mimowolnie i są, jak się okazuje po przeczytaniu krótkiego odautorskiego posłowia, najzupełniej na miejscu.

Ilustracja na okładce przedstawia Fernanda, który należy do rozbudowanego uniwersum postaci wykreowanych przez Sfara na przestrzeni wielu komiksów. Joann SfarSwój debiut zaliczył w albumie Mały świat Golema (wydanym w naszym kraju w 2008 roku). Autor przydzielił mu wówczas jedną z drugoplanowych ról; na marginesie warto dodać, że wiele innych postaci, które pojawiły się we wspomnianym powyżej komiksie, spotkamy ponownie na łamach Wampira. W Małym świecie… Fernand był postacią tragiczną: permanentnie nieszczęśliwą, samotną, zależało mu na tym, aby się zakochać i dzielić z kimś życie. Inny z bohaterów, Michel Douffon, bezskutecznie próbował mu w tym pomóc. W tamtym komiksie zrozpaczony Fernand próbował popełnić samobójstwo, powiesił się i wisiał na drzewie przez trzy dni, ale nie umarł – w końcu jest nieśmiertelny.

Postawa, zachowanie i potrzeby Fernanda niewiele się zmieniają na łamach recenzowanego albumu, a wręcz przybierają na sile. mandragoraLitewskiemu krwiopijcy nadal przyświeca ten sam cel –nie żyć samotnie, dzielić z kimś bliskim codzienność. Jego wyobrażenie na temat miłości jest na wskroś romantyczne: chciałby się zakochać na zabój. Tom zawiera cztery różne opowieści: Kupidyn na to gwiżdże, Myśląc o śmiertelniczkach, Transatlantykiem w pojedynkę oraz Bulwar brunetek. Z rozdziału na rozdział lista ewentualnych życiowych partnerek Fernanda się wydłuża, sercowe rozterki przybierają na sile, a sam bohater sprawia wrażenie, że całkowicie emocjonalnie się zgubił. Nie potrafi się zdecydować. Sam nie bardzo wie, czego chce, a właściwie: kogo. Mandragorę Lio, dawną kochankę, którą poznaliśmy w Małym świecie…, ale ona zdradziła go z przyjacielem, a do tego nie mogą przebywać razem w jednym pomieszczeniu, bo od razu zaczynają się kłócić. Aspirynę – nastoletnią gotkę-wampirzycę, która słucha thrash metalu i ma ponętną, zielonooką siostrę Josamicinę? W kręgu jego zainteresowań przemyka też pewna japońska turystka, Greczynka oraz zawodowa płaczka –Westchnienie oraz jej zwiewny szal … Z każdą mijającą chwilą wybór jest trudniejszy. I tak sobie lata nasz dystyngowany i staroświecki wampir po nocnym niebie, wciąż bijąc się z myślami (i sercem).

Powyższy opis może być trochę mylący. Fabuła Wampira to nie tylko sercowe rozterki głównego bohatera. sfarSfar przygotował naprawdę wybuchowy koktajl składający się z elementów komedii pomyłek. Mamy tu i intrygę kryminalną, śledztwo na transatlantyku prowadzi znany skądinąd profesor Bell i jego lojalny towarzysz Ossour Hyrsidoux. Większość wydarzeń ma miejsce w ponurej litewskiej scenerii, w której obok ludzi spotykamy również różnej maści baśniowe stwory zaczerpnięte żywcem z ludowego i „miejskiego” folkloru. Scenki rodzajowe z domowego życia Człowieka-Drzewo i Lio są kapitalne. Jak już wspomniałem w albumie są cztery opowieści-rozdziały, które nie łączą się ze sobą linearnie, a zwierają integralną historię, chociaż niektóre wątki i postacie pojawiają się także w kolejnych częściach. Tym, co spaja i nadaje wspólne ramy całości jest postać głównego bohatera, który pojawia się w każdej opowieści, a jego emocjonalne zagubienie jest jedynie punktem wyjścia (i dojścia) do opowiedzenia konkretnych historii. Całość jest bardzo sprawnie skonstruowana, album zaludniają całe rzesze wyrazistych bohaterów. Plusem są także dialogi, które skrzą się od inteligentnego humoru.

Styl graficzny Sfara jest bardzo charakterystyczny. Ci, którzy mieli okazję czytać inne jego komiksy, nie zawiodą się. krewRozedrgana kreska, sprawiająca wrażenie niedbałego, szybkiego szkicu, karykaturalne przedstawienie postaci – zabawne, ale nie ośmieszające. Kadry pełne są różnorakich szczegółów, rysownik nie skupia się tylko na postaciach, ale podziwiać możemy także tło i pojawiające się przedmioty, budynki. Artysta upodobał sobie klasyczne kadrowanie – zwykle sześć równych, prawie kwadratowych paneli na planszy, ale pojawiają się też inne rozwiązania. Ujęcia zmieniają się dynamicznie. Na przestrzeni trzech, czterech paneli akcja przenoszona jest w zupełnie inne miejsce, by po chwili powrócić znów do poprzedniego wątku, taki dygresyjny sposób prowadzenia narracji powoduje, że czytanie – mimo podobieństwa plansz – nie jest nużące.

Siłą Wampira jest atrakcyjna warstwa graficzna (kolory!) oraz wciągający scenariusz – wbrew pozorom artysta mówi wiele o współczesnym świecie i kondycji człowieka. A jeśli dodamy do tego interesujące postaci (chyba wszystkie, bez wyjątku, wzbudzają u czytelnika sympatię) oraz zabawne dialogi, to otrzymamy komiksowy album najwyższej próby. Najlepszy komiks minionego roku.

Joann Sfar (scen. & rys.), „Wampir”, tłum. Katarzyna Sajdakowska & Jakub Jankowski, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2014.

[scenariusz: 6, rysunki: 5+, kolory/cienie: 6]

sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

 wampir_Recenzja napisana dla ksiazki.wp.pl, aby ją przeczytać, wystarczy kliknąć ::tu:: wp.ksiazki

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with samotność at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: