Amulet #3: Zaginione miasto

12/01/2018 § Dodaj komentarz


Miasto w chmurach

Trzeci album serii Amulet rozpoczyna się od dwóch wydarzeń, w których nie występuje para głównych bohaterów. Początkowa nieobecność Emily i Navina może budzić niepokój. W zamian spotykamy młodego księcia elfów, który – jak pamiętamy z uprzedniej części – nie zrealizował zleconej misji, przez co ściąga na swoją głowę gniew bezdusznego ojca. W kolejnym epizodzie poznajemy Gabilana, płatnego zabójcę, któremu król elfów zleca zabójstwo młodej strażniczki kamienia oraz przykładne ukaranie księcia Trellisa. Przybliżone zdarzenia, to mroczny przedsmak tego, co czeka czytelników w tomie Zaginione miasto.

Dalej opowieść obfituje w niemniej zaskakujące wypadki. Kazu Kibuishi wysyła swoich bohaterów na poszukiwanie tytułowego zaginionego miasta, ukrytego gdzieś w chmurach, gdzie podobno rezyduje Rada Strażników. Mieszkańcy Alledii uważają, że Cielis nie istnieje i nigdy nie istniało, a informacje o Radzie, która troszczy się o równowagę i pokój w krainie, to jedynie miejska legenda. Czy znajdzie się jakiś śmiałek, który pomoże rodzeństwu i przyjaciołom w poszukiwaniu mitycznego miejsca? Czy najemny mściciel dopadnie rodzeństwo i księcia? Czy dziewczyna powinna ufać księciu z rodu elfów? Dlaczego on nienawidzi swojego ojca? Kim jest mężczyzna, którego Trellis odnajduje w jaskiniach i zabiera ze sobą na eskapadę? Na niektóre z tych pytań poznajemy odpowiedź, ale podczas lektury pojawiają się i inne.

Pisarz obdarowuje Emily i Navina kolejnymi ekscytującymi i niebezpiecznymi przygodami, które, oczywiście, kończą się pozytywnie. Czytelnik momentalnie wsiąka w przygodową fabułę i bez problemu wchodzi w wykreowaną rzeczywistość. Akcja całości prowadzona jest wartko, bez przynudzania i dłużyzn. Od pierwszych stron nie może się oderwać od czytania, a gdy pojawia się napis „Koniec części trzeciej” ciężko uwierzyć, że to już, że znów będzie musiał czekać pół roku nim Planeta Komiksów opublikuje kolejny tom.

W Zaginionym mieście mocniej eksponowany jest steampunkowy charakter scenografii i technologii. Samobieżne domy oraz gadające roboty pojawiły się już w uprzednich odcinkach. Nowością są niezbyt zwrotne sterowce, stacja paliw zbudowana na pionowej skale czy ukrywające się w chmurach latające miasto. Nadal ważnym i fundamentalnym elementem konstrukcyjnym fabuły jest magia, niezwykłe artefakty, fantastyczne stwory i obce rasy. Polecam serię Kibuishiego młodocianym czytelnikom od pierwszej odsłony. Przyznaję się również do tego, że sam podczas lektury mam sporo frajdy.

Kazu Kibuishi (sc. & rys.), „Amulet #3: Zaginione miasto”, tłum. Maria Lengren, Planeta Komiksów, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4+, rysunki: 3+, kolory/cienie: 4-]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Amulet #2: Klątwa strażniczki

17/06/2017 § 6 Komentarzy


Ahoj przygodo!

Pierwszy album serii Amulet służył głównie zarysowaniu ogólnego tła fabularnego i wprowadzeniu na scenę głównych aktorów opowieści: Emily, Navina oraz ich mamy Karen. W ramach przypomnienia – rodzina Hayesów wprowadza się opuszczonej, rodzinnej posiadłości w miejscowości Norlen. Wielki, stary dom, który należał do dziadka dzieciaków, kryje wiele tajemnic. I już pierwszego dnia pobytu część z nich zostaje ujawniona, choć właściwie stanowią jedynie wprowadzenie do kolejnych przygód. „Dwójka”, która nosi podtytuł Klątwa strażniczki, bez zbędnych wstępów wrzuca czytelnika w ekscytujący wir wydarzeń.

Akcja bieżącego tomu w naturalny sposób kontynuuje i rozwija wątki, jakie poznaliśmy w Strażniczce (klik! klik!). Dzieciaki, chcąc pomóc umierającej matce, muszą zdobyć wszechpotężny eliksir, który jest antidotum na każdą truciznę. Niepomni na niebezpieczeństwa wyruszają na szczyt góry o wdzięcznej nazwie Diabelska Czaszka. Właśnie tam rosną drzewa, których owoce mają wspomniane powyżej medyczne właściwości. Najpierw jednak muszą zawitać do miasta Kanalis, gdzie pod opieką najznamienitszych lekarzy pozostawiają matkę. Na miejscu spotykają całą zgraję zupełnie nowych postaci, m.in. rebeliantów, z którymi Navin podejmuje współpracę. Część nowo poznanych okaże się przyjaciółmi, ale nie wszyscy. Mroczne elfy wcale nie są serdecznie i bratersko usposobione…

Dobrze, wystarczy. Tyle tytułem przybliżenia fabuły. Resztę doczytajcie sobie sami. Czy warto? Czy polecam? Jasne! Przyznaję, że sięgnąłem po Klątwę strażniczki w przerwie między wywieszaniem prania, a wstawianiem kolejnego. Miałem „małą chwilę”, myślałem, że przeczytam dziesięć czy dwadzieścia stron i wrócę do zaplanowanych czynności. Jednak pranie musiało poczekać, aż skończyłem czytać. Opowieść tak mocno mnie wciągnęła, że całość przeczytałem od razu. Co prawda można mieć pewne zastrzeżenia do scenarzysty, że buduje opowieść na ogranych (i sprawdzonych) schematach. Robi to na tyle sprawnie i bez zbędnego przynudzania, że podczas lektury wcale nie przeszkadza, że jakiś wątek mocno kojarzy się z Gwiezdnymi Wojnami, a inny z Władcą Pierścieni.

Zresztą, nie zapominajmy, że komiks przeznaczony jest dla młodszych czytelników, którzy nie mają aż tak wielkiego obycia w popkulturze. Dla nich seria Amulet będzie w pełni atrakcyjną i satysfakcjonującą pozycją, bo wartka akcja, bo magiczne artefakty, bo gadające drzewa i zwierzęta, bo rebelianci chcący walczyć ze złowrogimi elfami, bo zadziwiające mechaniczne konstrukcje, bo potężny amulet, który może zawładnąć właścicielem i przeciągnąć go na „ciemną stronę mocy”, bo każde z dzieci ma misję do wypełnienia, bo ostatecznie okazuje się, że chodzi o walkę Dobra ze Złem.

Fabuła jest wciągająca, a opowieść nie pozostawia czytelnika obojętnym: kibicujemy bohaterom, życzymy im, aby wszelkie podjęte działania się powiodły, a nie popieramy, wręcz potępiamy, postępowanie elfów. Z każdą kolejną planszą dowiadujemy się więcej o niezwykłej krainie, w której rzecz się rozgrywa. Scenarzysta nie zapomina o aktorach, dba o to, abyśmy bliżej poznawali występujące postaci. Dla przykładu proszę zwrócić uwagę, że choć Leon Rudobrody zostaje przyjęty do drużyny, to nie od razu mu się bezgranicznie ufa. Z drugiej strony ciekawość wzbudza postać księcia Trellisa, który z nie znanego powodu nie wykonuje rozkazów Króla Elfów.

W warstwie graficznej między „jedynką” a „dwójką” nie ma żadnych zmian. Plansze zwykle składają się z układu kwadratowych i prostokątnych kadrów, ale tam gdzie dynamika akcji wzrasta (np. w scenach walki) artysta decyduje się na bardziej energiczne i niestandardowe kadrowanie. Całość narysowano cartoonową kreską, obrys konturu jest wyraźnie widoczny, choć linia jest cienka. Niektóre przedstawienia zwierzęcych postaci mocno kojarzą mi się z pracami Piotra Nowackiego. Dodatkowo wydawca zwraca uwagę na wizualne podobieństwo albumu z filmami ze studia Ghibli i poniekąd jest w tym trochę prawdy.

Omawiana publikacja jawi się jako przygodowe, znakomicie skonstruowane heroic fantasy. Wiem, że nie jestem odbiorcą docelowym, jednak lektura komiksu sprawiła mi sporo frajdy. Łukasz Chmielewski pewnie dodałby, że stało się tak za sprawą „galopującej infantylizacji” moich czytelniczych wyborów.

Kazu Kibuishi (sc. & rys.), „Amulet #2: Klątwa strażniczki”, tłum. Maria Lengren, Planeta Komiksów, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 4, kolory/cienie: 4-]

Post Scriptum, czyli konkurs z nagrodą
Uwaga! Uwaga! Wszystkich czytelników zapraszam do udziału w zabawie, w której można wgrać zrecenzowany powyżej album. Zasady konkursu są następujące: proszę w komentarzu wpisać, jaki magiczny artefakt chcielibyście posiadać i jak byście z niego korzystali, do czego konkretnie miałby służyć? Bardzo proszę o wpisywaniu poprawnego adresu e-mail, ponieważ laureat(-a) zostanie poinformowany(-a) mailowo o wygranej. Zabawa trwa od 19 czerwca do 25 czerwca.
Przy okazji bardzo proszę o polubienie profilu facebookowego wydawcy: Planeta Komiksu (klik! klik!) oraz Są komiksy dla dzieci (klik! klik!).

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Amulet #1: Strażniczka

29/12/2016 § 1 komentarz


 Magiczna opowieść

amuletProlog pierwszego tomu komiksowej serii Amulet przywodzi mi na myśl film Krzysztofa Kieślowskiego Trzy kolory: Niebieski. Wiem, to odległe skojarzenie i z pewnością nietrafione. Mało prawdopodobne, aby Kazu Kibuishi pisząc scenariusz powoływał się na wspomnianą kinową produkcję. Jednak pewne podobieństwa można dostrzec. W obu wypadkach pojawia się takie samo dramatyczne (i traumatyczne) wydarzenie, które niejako ustawia dalszy przebieg akcji. W książce w wyniku kraksy samochodowej ginie głowa rodziny Hayesów.

Właściwa opowieść zaczyna się dwa lata po tym wydarzeniu, gdy Emily, Navin oraz ich mama Karen przeprowadzają się opuszczonej, rodzinnej posiadłości w miejscowości Norlen. Wielki, stary dom należał do dziadka rodzicielki. Silas Charnon był wynalazcą i konstruktorem, który po śmierci żony szukał odosobnienia, odciął się od sąsiadów i rodziny. Czy umarł? Tego początkowo nie wiadomo. kibuishiMama mówi dzieciakom, że wszelki słuch o nim zaginął. Hayesowie przeprowadzili się, aby zapomnieć o wstrząsających wydarzeniach sprzed miesięcy, aby w małej miejscowości zacząć od nowa.

Jednakże Emily, Navin i Karen wpadają w niejako z deszczu pod rynnę. I to już pierwszej nocy, gdy matka zostaje uprowadzona przez wielkie, obleśne, mackowate stworzenie. A Emily odnajduje tajemniczy i gadający amulet, który sprowadza rodzeństwo do magicznego świata ukrytego za ścianą w piwnicy domu Silasa. Gdy wchodzą do środka, rozpoczyna się wielka, niebezpieczna i fascynująca przygoda rodzeństwa.

Dzieciaki spotkają swego pradziadka, zostanie powierzona im misja kazu-kibuishiocalenia magicznego świata. Nastoletnia Emily będzie musiała podjąć decyzję czy zależy jej tylko na odnalezieniu matki, czy też może przyjemnie rolę tytułowej Strażniczki. Pojawią się gadające mechaniczne zabawki oraz pewien groźnie wyglądający elf. Rola i znaczenie noszonego przez dziewczynkę amuletu w całym tomie poddawana jest w wątpliwość. Jest dobrym czy złym artefaktem?

Historia bardzo szybko się rozkręca i właściwie już po lekturze kilkunastu stron czytelnik nie może się oderwać. Akcja pędzi do przodu jak oszalała. Nie można narzekać na nudę, bo sporo się dzieje. Wiele zdarzeń ma fantastyczny charakter, przynależą one do krainy fantazji. A nad całością unosi się magiczny klimat, kazu-kibuishi-amuletktóry uatrakcyjnia recenzowaną pozycję. Amulet skierowany jest głównie do czytelników w wieku od 8 do 13 roku życia. To oni będą mieli największą frajdę z czytania. Komiks wciągnie także dorosłych czytelników, tych wszystkich, którzy lubią baśniowe, odrealnione opowieści. Sam dałem się porwać i podobało mi się.

Kazu Kibuishi (sc. & rys.), „Amulet #1: Strażniczka”, tłum. Maria Lengren, Planeta Komiksów, Warszawa 2016.

[scenariusz: 4+, rysunki: 4-, kolory/cienie: 4]

kazu-kibuishisklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Chłopaki #1: Jak na imię tej grze

07/10/2016 § Dodaj komentarz


Quis custodiet ipsos custodes?

chlopakiRomantyczny spacer po wesołym miasteczku. Para zakochanych w sobie młodych ludzi przechadza się leniwie. Wyznają sobie miłość, snują piękne plany wspólnej przyszłości. „Kocham Cię” mówi roześmiana Robin, a Tyci Hughie o aparycji Simona Pegga wpatruje się w nią maślanymi oczami. Długi, filmowy pocałunek, uścisk rąk i… Bach! Rzucony przez „supka” stukilowy łotr wgniata Robin w ścianę. Hughie wciąż trzyma jej ręce. Ręce oderwane od ciała, ociekające krwią.

Garth Ennis, to wyjątkowo solidny i równy twórca, któremu zdarzają się dzieła wybitne, jak choćby seria Kaznodzieja, a nawet słabsze tytuły reprezentują dość wysoki poziom. Odkąd Planeta Komiksów w jasny sposób dała do zrozumienia, że Ennis stanie się czarnym koniem wydawnictwa, czekałem cierpliwie, aż w końcu zejdą z wojennych klimatów i wkroczą na ścieżki bardziej zbliżone mojemu spaczonemu serduszku. Doczekałem się.

W The Boys superbohaterzy są nimi tylko z nazwy. Przypominają płytkich, garth-enniswyrachowanych sukinsynów z Watchmen, ale tak naprawdę są dużo gorsi. To banda hipokrytów, parszywych szaleńców, którzy czas spędzają na lansie i zaspokajaniu najniższych żądz. Boją się ich wszyscy, którzy zdają sobie sprawę, co kryje się za medialną szopką. Także rząd i tu pojawia się miejsce dla tytułowych Chłopaków. Specjalnej grupy, która ma za zadanie stanąć ponad „supkami”.

Album praktycznie z miejsca dołącza do grona mojej prywatnej „top ligi” kompletnie odjechanych komiksów. Obok takich tytułów, jak 100 Naboi czy Transmetropolitan. Warto w tym miejscu nadmienić, że The Boys łączy się z drugim z wymienionych tytułów poprzez nazwisko rysownika – Daricka Robertsona. Tematycznie blisko mu do również uwielbianego przeze mnie Rising Stars Straczynskiego. To dzieło oparte na naprawdę dobrym pomyśle, a gdy dać taki autorowi Kaznodziei, efekt nie trudno przewidzieć.

Oczywiście, nie obyło się bez mankamentów. Największy problem mam z kreską Robertsona, a jeszcze większy z miękkim kolorowaniem, które do tej historii kompletnie nie pasuje. Gdyby nie darick-robertsonmroczne barwy powiedziałbym, że nietomny kolorysta pomylił tytuły i tymi wszystkimi brushami gradientami pudruje Troskliwe Misie. Niestety, zgrzyt czuję nie tylko w kolorach. Analizując plansze porównywałem je z wydanym 7 lat wcześniej komiksem Rok drania, w którym wszystko mi się zgadza. Doszedłem do wniosku, że głównym problemem jest tusz. Cliff Chiang wiedział, co robi. Sprawił, że kreska stawała się ostra, klarowna i wyrazista. Upodobnił ją trochę do sznytu Eduardo Risso. Tymczasem sam Robertson po prostu grubo nakłada tusz, to sprawia, że plansze niewiele różnią się od szkiców. Postacie pozostają korpulentne i mało charakterne. Nieco zbyt obłe i o zbyt statycznej mimice.

Abstrahując od tych drobnych mankamentów przy lekturze bawiłem się świetnie. Pierwszy tom Chłopaków to komiks, który czyta się na jednym wdechu i niezależnie od tego ile by to trwało, jest zawsze za krótko, za mało. Jeśli brzydzi was widok krwi, religia zabrania podglądać perwersyjnych praktyk seksualnych, a dbałość o równowagę i harmonię waszego wewnętrznego feng shui nie pozwala zbytnio podnosić ciśnienia, dajcie sobie spokój. Jeśli jednak nic z tych rzeczy nie stoi na przeszkodzie, a cenicie naprawdę dobrze napisane historie, to już wiecie, co robić.

Garth Ennis (sc.), Darick Robertson (rys.), „Chłopaki #1: Jak na imię tej grze”, tłum. Kamil Śmiałkowski, Planeta Komiksów, Warszawa 2016.

[autor: Józek Śliwiński]

robertson-ennissklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Trupie gadki. Sezon 1

04/09/2016 § 1 komentarz


Pogadaj se z umarlakiem

trupiegadkiOdkąd Planeta Komiksów zapowiedziała komiks pełen niesmacznych żartów, zleżałych dowcipów i śmiertelnie suchych żartów wprost umierałem z ciekawości, by zatonąć w lekturze. Komiks kupił mnie kreską, tematem, nazwą i klimatem samej okładki. A co było dalej?

Dalej było pierwsze rozczarowanie, ponieważ tym, co z miejsca rzuca się w oczy jest niewielki format. Zupełnie nieadekwatny do komiksu o tak dużym natężeniu tekstu i gęsto uciśniętych kadrach, aż prosi się o europejski format, może nawet dodatkowo powiększony, tymczasem zostajemy przy wielkości amerykańskiej zeszytówki. Zakładam, że decyzja podyktowana była konsekwencją względem pozostałych tytułów wydawnictwa. Niestety, ze szkodą dla pozycji.

Na szczęście na tym kończy się lista minusów! Kreska dotrzymuje Trupie gadkiobietnicy płynącej z okładki, jest lekka, klarowna, przystępna i celnie parodiuje wizerunki znanych postaci. Również kolorystyka nie zawodzi trzymając się blisko fioletowego cmentarza. Cóż mogę powiedzieć? Bardzo lubię fioletowe cmentarze.

Od dawna, przy każdej możliwej okazji zacietrzewiam się w twierdzeniu, że historia jest źle nauczana. Po pierwsze, uczymy się o mniej istotnych, odleglejszych czasach często pomijając nowożytną historię, z której płyną bardziej aktualne nauki. Po drugie, wkuwamy daty i suche fakty. Zgłębiamy syntetyczne, pozbawione ludzkich aspektów, sterylne streszczenia zdarzeń. Łatwo zapomnieć, że historia jest w istocie… zbiorem wielu ciekawych historii. O czym z pasją przypominają Trupie gadki.

bezuzyteczne fakty

Adam Murphy nie pozwala odejść wielkim umysłom i po kolei przywołuje z zaświatów najwybitniejsze z nich. Nie ogranicza się przy tym do jednej dziedziny wiedzy, więc niemal każdy, kto ma jakieś zainteresowania znajdzie swoich faworytów. Fizycy przybiją piątkę z Teslą i Einsteinem, rysownicy chętnie zobaczą Hokusaia i da Vinci, fani literatury poczytają o Dikensie, Shelley czy Austin.

Kilka ciepłych słów wypada skierować w stronę tłumacza. Liczba słownych Trupie gadki planszagierek nie raz musiała go przyprawić o solidny ból głowy. Z próby oddania ich po polsku wyszedł zwycięsko, nie czuje się sztuczności w lingwistycznych gagach. A wierzcie mi, że niejeden wolałby umrzeć, niż się z nimi mierzyć.

Całość, do złudzenia przypomina konwencję serii Strrraszna historia, której tomikami zaczytywałem się w dzieciństwie. mnóstwo tu suchych żartów, a przy kilku dość głośno parsknąłem. Trupie gadki przybliżają nam życiorysy historycznych postaci w formie zbioru anegdot. Autor zręcznie wykorzystał nie tylko ciekawsze elementy życiorysów swoich bohaterów, lecz także znane przymioty charakteru, dzięki czemu postaci ożywają znacznie bardziej, niż można wnioskować po trupioszarym odcieniu ich skóry. Wszystko to składa się na pigułkę wiedzy, która w najgorszym przypadku pozostanie źródłem knajpianych ciekawostek, a w najlepszym nakłoni nas do poszerzania wiedzy.

Trupie gadki to jeden z komiksów, który w pełni wykorzystuje edukacyjny potencjał medium. /uczy, bawi, wychowuje, a co najważniejsze nie pozwala umrzeć z nudów! Polecam.

Adam Murphy (sc. & rys.), „Trupie gadki. Sezon 1”, tłum. Paweł Brzosko, Planeta Komiksów, Warszawa 2016.

[autor: Józek Śliwiński] Corpse-Talk

sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Opowieści frontowe #1: Nocne wiedźmy

20/04/2016 § Dodaj komentarz


Kobiety za sterami

nocne wiedzmyGarth Ennis jest pisarzem, który potrafi opowiadać o II wojnie światowej. Polscy czytelnicy mieli okazję się już o tym przekonać. Jakiś czas temu oficyna Mucha Comics opublikowała dwa zbiorcze tomy z serii Opowieści wojennych oraz album Drogi Billy, który należy do cyklu Opowieści frontowych. W bieżącym miesiącu, dzięki wydawnictwu Planeta Komiksów, mamy możliwość przeczytania albumu Nocne wiedźmy, który należy do drugiej z wymienionych serii.

Akcja komiksu rozgrywa się w 1942 roku podczas wielkiej faszystowskiej ofensywy w ZSRR. Fabuła prowadzona jest dwutorowo, a wątki prowadzone są równolegle. Jednak w kilku miejscach dochodzi do bezpośredniego zetknięcia obu linii fabularnych. Jedna skupia się na oddziale najeźdźców (tu narratorem jest Kurt Graf), a druga – obrońców (tu narratorką jest Anna Charkowa). Właściwie w schemacie fabularnym nie byłoby nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że druga grupa to 40 dwuosobowych załóg 599 pułku nocnych bombowców, w którym służą same kobiety. Latają one na dwupłatowcach Polikarpow Po-2, o konstrukcji drewniano-płóciennej. Siła ognia tych samolotów jest znikoma: jednorazowo na pokład mogą zabrać jedynie 300 kg bomb, dlatego jednej nocy wykonują po kilka misji. BFHCVol1:Layout 1Ataki bombowców nie powodują wielkich zniszczeń w niemieckich szeregach, ale za to bardzo skutecznie obniżają morale żołnierzy. I o to głównie chodzi. Niemcy nadali rosyjskim pilotkom miano Nachthexen, czyli Nocne Wiedźmy.

Recenzowany komiks to nie tylko sceny akcji i walki, nie tylko naloty, wybuchy i strzelanina. Ennis mocno skupia się na psychice pary głównych aktorów dramatu, ten zabieg jest zresztą charakterystyczny dla jego pisarstwa. Scenarzysta unaocznia nam, że wojna zamienia zwykłych ludzi w nieczułe i brutalne bestie. Choć nie wszystkich. Z wątku niemieckiego, który prowadzony jest poprzez dziennik Grafa, możemy dowiedzieć się, że bohater niejako rozumie swoją rolę na polu walki, ale się z nią nie zgadza i próbuje się buntować. Zdaje sobie sprawę, że aby przeżyć, musi wyhodować w sobie potwora i pozwolić mu działać. Jednak wojenna codzienność i związane z nią „zbrukanie” budzą w nim sprzeciw. Nie zgadza się na zawieszenie swojego człowieczeństwa, jest zdecydowany ponieść ciężkie konsekwencje, byle by tylko ochronić dobro w nim tkwiące.

O scenariuszu możemy powiedzieć sporo dobrego, russ braungorzej sprawa przedstawia się z oprawą graficzną, za którą odpowiada Russ Braun. Rysownik wiernie odwzorowuje szczegóły uzbrojenia, czołgi, mundury i samoloty. Jednak przedstawienie bohaterów i elementy dalszego planu są dużo mniej precyzyjne. Najsłabiej wypadają postaci kobiece, które pozbawione zostały mimiki, a jeśli już, to się jedynie uśmiechają. Za to Niemcy, z wyjątkiem narratora, to masywne byczki o kwadratowych szczękach.

Nocne wiedźmy nie jest komiksem faktograficzny. Garth Ennis na podstawie autentycznych wydarzeń zbudował fikcyjną opowieść, która wiernie oddaje realia frontu wschodniego. Z posłowia Macieja Drewnowskiego możemy dowiedzieć się kilku podstawowych faktów o pilotkach z 588 Pułku Nocnych Bombowców, które faktycznie uczestniczyły w nalotach nękających i bombardowaniach precyzyjnych wymierzonych przeciw żołnierzom niemieckim na froncie wschodnim od 1942 roku. I aby zapoznać się z tym fragmentem historii II wojny światowej warto po komiks sięgnąć.

Łącznie Battlefields to osiem odrębnych opowieści, dwie z nich już poznaliśmy. Mam nadzieję, że oficyna Planeta Komiksów ma w swoich planach pozostałe albumy cyklu.

Garth Ennis (sc.), Russ Braun (rys.), „Opowieści frontowe #1: Nocne wiedźmy”, tłum. Maciej Drewnowski, Planeta Komiksów, Warszawa 2016.

[scenariusz: 4+, rysunki: 3, kolory/cienie: 3-]
[może Cię zainteresować: Opowieści wojenne #2 oraz The Shadow. Cień: W ogniu stworzenia]

night-witches

planeta Komiksów{komiks można kupić tu: klik! klik! lub tu: klik! klik!}

The Shadow. Cień: W ogniu stworzenia

02/12/2015 § Dodaj komentarz


Cień i szpiedzy

the ShadowNazwisko Gartha Ennisa budzi spore oczekiwania. Ostatecznie, to scenarzysta serii Kaznodzieja, komiksu, który wielu wskaże swoim numerem jeden. Jednak, parafrazując wujka Bena, wielkie nadzieje budzą wielkie rozczarowania. Jeszcze nie całkiem otrząsnąłem się z traumy po wybryku scenarzysty często z Ennisem mylonego. Lektura Wojny bez końca Warrena Ellisa skończyła się mentalnym bełtem. Do dziś zachodzę w głowę, jak to możliwe, że autor Transmetropolitan, Detektywa Fella czy marvelowskich Thunderbolts złożył podpis pod tak wyrazistym przykładem absolutnej miernoty. Do Shadowa podchodzę więc chłodno. Choć trzeba przyznać, że ciężko zachować zimną krew na widok miodnej okładki Alexa Rossa.

Shadow nie miał ze mną lekko. Nie przekonało mnie ani zamieszczone z tyłu zawołanie „cień wie”, Layout 1które skojarzyło mi się z dość popularnym frazeologizmem, ani też sam podtytuł: Cień w ogniu stworzenia. Co to, do cholery, ma być, pomyślałem, oczyma wyobraźni widząc cień wesoło pląsający w ogniu skrzesanym przez jakieś paskudne, ropucho-podobne stworzenie. Nie ma co drażnić mojej wyobraźni. Nie przekonały mnie też rysunki. Mocno kontrastują z okładkami. Wyglądają trochę jak klasyczne, książkowe ilustracje rysowane na bazie zdjęć. Czasem kreska pójdzie trochę nie tak i pan z wąsem nie ma oka, ale kto by się tam przejmował detalami, w końcu widać, co jest co. Ich szczęście, że przynajmniej dobrze opowiadają historię, a o to tu chyba chodzi…

The Shadow z miejsca okazał się być czymś nieco innym, niż się spodziewałem. Być może dlatego, że większość krążących po sieci kadrów przedstawia sceny, w których tytułowy mściciel pruje z pistoletów, tymczasem nie one są kwintesencją tej opowieści. Szykowałem się na mroczny kryminał w stylu noir z bohaterem pokroju V z V jak Vandetta. Tymczasem otrzymałem opowieść drogi, osadzoną w czasach historycznej burzy poprzedzającej II wojnę światową. Zamiast Batmana, dostałem nowoczesnego Corto Maltese na sterydach. Czy był to minus? I tak, i nie. Z jednej strony, uwielbiam kryminały, z drugiej, dostałem coś, co cenię chyba jeszcze bardziej – kawał solidnej historii, do której chce się wrócić. Przeszkodą były jedynie około wojenne realia, które, delikatnie rzecz ujmując, nie znajdują się w centrum mojego zainteresowania.

Jeśli do bohatera wykreowanego przez Ennisa mam jakieś zastrzeżenia, Layout 1to głównie takie, że wydaje się nieco zbyt mocarny, żeby nie powiedzieć: całkowicie pozbawiony słabości. Wie wszystko, umie wszystko, tak można go podsumować. Jest niczym nieśmiertelny Indiana Jones zaopatrzony w dwa automaty i zdolność widzenia przyszłości. Podejrzewałem, że cień zwykle przemyka się pod ścianami, tymczasem woli raczej równać je z ziemią, by to po nich został ledwo cień.

Na tym właściwie kończy się lista zastrzeżeń. Przedstawione w komiksie postacie urzekły mnie świetną konstrukcją. Zarówno sam Cień, uprzejmy gentleman z tendencją do bezceremonialnej brutalności i cynizmu, jak i przekrój świetnie skonstruowanych bohaterów dalszego planu, od wojskowego przygłupa – marionetki, po bezwzględnego adwersarza, balansującego między potężnymi siłami, zdolnego wyprowadzić w pole Niemców, Anglików, Rosjan, a także rodzime Cesarstwo. Urzekła mnie także postać Bawoła. Autentyczny, grubiański watażka (uwielbiam to słowo!) zdobył moje serce sprowadzając japońskie wartości do poziomu gleby, którą to w wyniku „honorowej walki” krwią zraszały setki tysięcy chińskich ofiar.

Komiks jest napakowany treścią i choć w fabule trudno się zgubić, to jednak nie można powiedzieć, że mało się w niej dzieje. Skończona lektura wywołała u mnie błogie uczucie odbycia pasjonującej podróży. Choć, między Bogiem a prawdą, cieszy, że była to jedynie podróż wyobraźni. Co ważne, pozycja stanowi autonomiczną, w pełni zamkniętą całość. Layout 1Powoli zaczyna mnie irytować, że każde nowe wydawnictwo stanowi ledwie przedsmak kolejnego tasiemca. Także finał historii okazał się być satysfakcjonujący, ze świetnym suspensem pod koniec i mocnym, bezkompromisowym epilogiem.

Podsumowując, mimo że komiks nie do końca wstrzelił się w moje oczekiwania oraz ogólne preferencje, okazał się być doskonałą lekturą, która na długo pozostaje w pamięci. Gdyby postać była nieco mniej przepakowana, a rysunki chętniej pieściły oczy, mógłbym go uznać za jedną z lepszych pozycji, jakie kiedykolwiek czytałem. Tymczasem, jest tylko bardzo dobrze.

Garth Ennis (scen.), Aaron Campbell (rys.), „The Shadow. Cień: W ogniu stworzenia”, tłum. Maciej Drewnowski, Wydawnictwo Planeta Komiksów, Warszawa 2015. [ocena: 7/10]

[autor: Józek Śliwiński]

alex rossplaneta Komiksów{komiks można kupić tu: klik! klik! lub tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Planeta Komiksów at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: