W koronie #1: Nie ma miejsca jak dąb

21/07/2017 § Dodaj komentarz


 W poszukiwaniu domu

Oficyna Tadam ruszyła z nową serią komiksową dla najmłodszych czytelników. W koronie to wspólne dzieło trójki panów, którzy dość regularnie ze sobą współpracują w ramach kolektywu Pokembry. Podczas przygotowywania publikacji podział zadań przedstawiał się następująco: Bartosz Sztybor – scenariusz i dialogi, Piotr Nowacki – rysunki i liternictwo, Łukasz Mazur – kolory i skład.

Pierwszy tom nosi intrygujący podtytuł Nie ma miejsca jak dąb, który mimowolnie kojarzy mi się z piosenką Nie ma miejsca jak dom rapera Piha (właśc. Adam Piechocki). Powinowactwo nie sprowadza się tyko i wyłącznie do samego tytułu, jest troszeczkę głębsze. Zresztą scenarzysta dał się już poznać jako wielbiciel hip-hopowych rytmów. W książce Niebieska Kapturka (klik! klik!) zdołał połączyć rymowane teksty, które napisane zostały slangiem z pozytywnym przesłaniem skądinąd krwawej opowieści.

Wróćmy jednak do omawianego komiksu. Głównym bohaterem powieści jest żółw Tudo, który rzekomo wcale nie jest żółwiem, a wroną. Tak przynajmniej twierdzi kandydat na prezydenta wszystkich żółwi. Trochę to absurdalne. Całe zamieszanie bierze się z tego, że gdy Tudo się kąpał, ktoś zajumał jego skorupę i przez to został zmuszony do opuszczenia gadziej społeczności. Nieposiadanie skorupy wiąże się z jeszcze jednym wielkim utrapieniem. Nasz bohater nagle staje się bezdomnym. Okoliczności sprawiają, że musi wyruszyć w świat, aby znaleźć nowy dom. I w tym miejscu pojawia się tytułowy Dąb, który, jak nie trudno się domyślić, zostaje zaanektowany przez protagonistę na nowe siedlisko. Po drodze małoletni żółwik spotyka kreta i małpę, z którymi się zaprzyjaźnia. Cała trójka „wynajmuje” mieszkanie w tej samej leśnej „kamienicy”.

Dużo dobrej roboty wykonali rysownik i kolorysta. Z albumu na album kreska Nowackiego ewoluuje (w dobrym kierunku!). Dobrze wiemy, że artysta potrafi tak narysować postaci, że z miejsca (tj. od pierwszego spojrzenia) wzbudzają w czytelniku sympatię. Tudo i Simia to prawdziwe mistrzostwo przedstawienia. Wskazana para tak mi się podoba, ponieważ widać pewne odejście od cartoonowej stylistyki. Co prawda nadal postaci są wyraźnie uproszczone, ale kreska jest jakby mniej obła. Dzięki wprowadzonym zmianom rysownik zyskuje możliwość wprowadzenia bardziej rozbudowanej mimiki i większej gestykulacji. A to przemawia na korzyść. Warto wspomnieć o jeszcze jednym novum: plansze zbudowano bez użycia ramek. Nadal są kadry, zwykle cztery na stronie, ale nie linia a kolor separuje je od siebie. W tym aspekcie przypomina mi to metodę zastosowaną przez Delphine Bournay w serii Chrupek i Miętus (Przy okazji kolejny raz chciałbym wyrazić swój żal, że wydawnictwo Dwie Siostry przerwało prezentację tego świetnego cyklu.).

Ważnym elementem fabuły, o którym do tej pory nie wspominałem, jest wątek „polityczny”. Jeśli spojrzymy na W koronie pod tym kontem, to okaże się, że obok opowieści stricte przygodowej, otrzymaliśmy podstawową lekcję demokracji bezpośredniej. Pisarz wprost mówi o wolności, kandydowaniu czy głosowaniu na prezydenta. To bardzo ważne, aby książki dla dzieci wprowadzały „świeże i aktualne spojrzenia na ważne zagadnienia społeczne” (patrz: seria Książki Jutra od Wydawnictwa Tako). Liczę, że kolejne odsłony podążą dokładnie w tym kierunku.

Bartosz Sztybor (sc.), Piotr Nowacki (rys.), „W koronie #1: Nie ma miejsca jak dąb”, Wydawnictwo Tadam, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 6]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Smoczek Loczek #1: Bardzo straszna czkawka

09/01/2017 § 1 komentarz


 Czkawka bywa męcząca

smoczek-loczekAni Macieja Jasińskiego, ani Piotra Nowackiego nie trzeba jakoś specjalnie przedstawiać. Obaj panowie mają na swoim koncie pokaźną ilość komiksowych publikacji. Ich wspólnym dziełem jest bestsellerowa seria Detektyw Miś Zbyś na tropie (klik! klik!), która ukazuje się nakładem Kultury Gniewu. Niedawno panowie kolejny raz połączyli siły, tym razem pod sztandarem poznańskiego wydawnictwa Tadam. Powołali do życia małoletniego, skorego do zabawy szkraba, który pojawiać się będzie w serii komiksów Smoczek Loczek. Pierwszy album, noszący podtytuł Bardzo straszna czkawka, ukazał się z początkiem października. Kolejny – Na ratunek Księżniczce – miał swoją premierę pod koniec ubiegłego roku.

Jak wspomniałem, Smoczek Loczek to mały urwis z charakterystycznym blond puklem włosów na czubku głowy. Taki smok, ale jeszcze bardzo mały. Nadal nielot, ale – jak zapewnia scenarzysta – lekcje latania pobierać będzie od ojca w jednym z kolejnych tomów. W omawianej publikacji spotykamy bohatera, gdy siedzi w kuchni i kończy jeść śniadanie, po którym od razu idzie do swojego pokoju, aby się pobawić. smoczek-loczek-nowackiNie bacząc na przestrogę matki, że jak zacznie skakać z pełnym brzuchem, to pewnie dostanie czkawki. No i oczywiście, czkawka go dopada.

Loczek głowi się nad tym, jak pozbyć się przypadłości tak, aby mama się nie dowiedziała, że jej nie posłuchał. Jest wiele profesjonalnych i nieprofesjonalnych sposobów na uciszenie czkawki. Loczek wypróbowuje kilka z nich. Niektóre mogą być niebezpieczne dla najbliższego otoczenia – wiadomo przecież, że nawet małe smoki zieją ogniem – dlatego nasz bohater wychodzi do lasu przed jaskinię (dom). Na przestrzeni kilku kart przyglądamy się próbom ugaszenia żaru w brzuszku bohatera. A przy okazji poznajemy całą rodzinę Loczka oraz kolegę z podwórka – Benka, których pewnie spotkamy w kolejnych odsłonach komiksowego cyklu.

Album przeznaczony jest dla najmłodszych, którzy jeszcze nie oponowali sztuki składania liter lub stawiają w niej pierwsze kroki. Przejrzyste rysunki Nowackiego idealnie trafią do właściwej grupy odbiorców. Loczek przedstawiony został bardzo pozytywnie – chłopak się dużo uśmiecha. Dodatkowo ma rozbudowaną mimikę twarzy. Wskazywanie i wspólne omawianie poszczególnych rysunków może skutecznie pomóc rodzicom podczas uczenia dzieci rozumienia niewerbalnych kodów komunikacji.

Książka należy do tak zwanych „twardzieli”, czyli wydrukowana została na kartonowych kartach, smoczek-loczek-czkawkaa to wyraźnie przedłuża żywotność publikacji w rękach najmłodszych. Bardzo straszna czkawka ma ewidentnie charakter edukacyjny, choć miejscami i zabawowy. Rzecz zwraca uwagę czytelników na świadomość własnego ciała i jego odruchów.

Czy Smoczek Loczek powtórzy sukces Detektywa Misia Zbysia? To się dopiero okaże. Tymczasem mocno kibicuję nowej serii Jasińskiego i Nowackiego! Ale też całemu cyklowi Mój pierwszy komiks od Wydawnictwa Tadam, do którego należą jeszcze dwie inne publikacje: Mały, Duży i chmura Agaty Matraś oraz Pani Detektyw Sowa Adama Święckiego.

Maciej Jasiński (sc.), Piotr Nowacki (rys.), „Smoczek Loczek #1: Bardzo straszna czkawka”, Wydawnictwo Tadam, Poznań 2016.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4-]

smoczek-loczeksklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Tata z córką czyta komiksy: Detektyw Miś Zbyś na tropie – Złoty Sokół Teksański

27/11/2016 § 1 komentarz


Tata z córką czyta komiksy. Pierwsza odsłona cyklu

Postanowiłem kupić dla swojej, wtedy dwu i pół letniej, córeczki jej pierwszy komiks. mis zbysPo krótkim rozeznaniu wybór padł na Misia Zbysia Jasińskiego i Nowackiego. Ponieważ pierwszy tom był już niedostępny, przygodę zaczęliśmy od tomu drugiego. Początkowo komiks córki nie zainteresował – nie chciała, żebym go jej czytał. Wolała znane i lubiane książeczki z obrazkami. Jednak, gdy tylko (przyznaję: nieco wymuszona) lektura się zakończyła, uśmiech pojawił się na twarzyczce latorośli. Została „kupiona”.

W tym momencie, niestety, pojawiła się nowa przeszkoda – rodzice. Wspólnie z żoną nie mieliśmy pojęcia, że czytanie komuś komiksów jest aż tak absorbujące. Żona wcale nie czyta komiksów; a sam zaczynałem w czasach TM-Semica i niedawno, po dwunastoletniej przerwie, wróciłem do dawnego hobby – czyli powinienem przewidzieć ewentualne trudności. Czytając komiksy pewne rzeczy robi się automatycznie, nie specjalnie się nad nimi zastanawiając. Ogląda się obrazki, nowackiczyta tekst i stara się zauważyć smaczki jakie rysownik czy scenarzysta przygotowali dla odbiorcy. Nie sądziłem, że tak trudno jest opisać komuś, co się dzieje na planszy.

A dzieje się! W albumie znajduje się aż pięć dwustronicowych rozkładówek (sam komiks liczy 48 stron). Rysunki wypełnione są po brzegi postaciami. Tutaj mała uwaga – czasem miałem problem z odgadnięciem jakie zwierzę jest na obrazku: ,,To niebieskie to chyba zając córeczko, tu jest pies, tu kotki, tu hipopotam, a tu… nie wiem”. Na pewien czas odstawiliśmy więc Misia Zbysia na półkę książek przeczytanych.

Po przełamaniu pierwszych lodów polubiliśmy przygody zwierzęcych detektywów. Rysunki są dostosowane do odbiorcy, standardem jest umieszczenie tylko dwóch kadrów na stronie (czyli duże rysunki), zdarzają się również rysunki całostronicowe. Fabuła jest ciekawa, postacie mają swój charakter. Córeczce spodobał się Borsuk Mruk. Na kadrach innego komiksu – Ryjówki Przeznaczenia – widząc rysunek borsuka wołała „Borsuk Mruk!”. Często też powtarzała kwestie z komiksu (np. sprzeczkę Misia i Borsuka przed kopalnią).

Twarda oprawa jest dodatkowym plusem. Chociaż rodzice nie powinni się łudzić, pociechy są bardzo twórcze w zakresie niszczenia wszelakich pozycji czytanych. mis-nowackiNasz egzemplarz został obklejony przez córkę na dwóch stronach, na szczęście początkowych, naklejkami.

Czy zatem polecam lekturę Misia Zbysia dzieciom (i rodzicom)? Jak najbardziej. Jest to wspaniały początek przygody dla nieletnich i miły powrót do czasów dzieciństwa dla dorosłych. Czytając Julitce przygody dzielnego detektywa w myślach widziałem biblioteczkę zapełnioną setkami komiksów i moją córkę zaczytującą się w pozycjach Moore’a, Gaimana, Eisnera czy Satrapi (chociaż mam nadzieję, że doceni też zebraną przeze mnie klasykę Chrisy i będzie wspierać młodszych twórców polskiego pochodzenia). Trudno powiedzieć, jak się ta historia zakończy, ale pierwszy krok został postawiony. Teraz muszę tylko wprowadzać nowe pozycje, z bardziej skomplikowaną fabułą, i obserwować reakcję dziecka.

Maciej Jasiński (sc.), Piotr Nowacki (rys.), „Detektyw Miś Zbyś na tropie #2: Złoty Sokół Teksański”, Kultura Gniewu, Warszawa 2014.

[autor: Paweł Panicz]

sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Roznosiciel

09/09/2016 § Dodaj komentarz


Szanuj pracę innych!

roznosicielKomiksowy Roznosiciel, autorstwa Bartosza Sztybora (scenariusz) i Piotra Nowackiego (rysunki), to takie małe ćwiczenie z empatii. Małe ze względu na format. Małe ze względu na długość. Jednak wcale nie takie małe jeśli chodzi o zawartość, czyli opowiedzianą historię. Jeśli ktoś zamierza sięgnąć po tę pozycję tylko po to, aby się dobrze bawić, to może się delikatnie przejechać. Oczywiście można potraktować całość jako rysunkowy żart, jakich całkiem sporo krąży po internetach. Przeczytać i pośmiać się trochę, a potem odłożyć na półkę. Zapomnieć. Jednak, jak wspomniałem powyżej, mamy do czynienia z „ćwiczeniem z empatii”, u podłoża którego znajduje się następująca sytuacja:

[Uwaga spoilery!] Wyobraź sobie, że jesteś w mieście (dużym, małym – to nie ma znaczenia). W godzinach szczytu idziesz ulicą, nowackideptakiem czy promenadą. W każdym razie trasa musi być uczęszczana przez pieszych, którzy przechodzą spiesząc się do pracy, na tramwaj lub do domu. Idziesz i myślisz sobie, że jak tylko wrócisz, to podgrzejesz sobie obiad w mikrofali, usiądziesz na kanapie i zobaczysz kolejne dwa odcinki serialu Mr. Robot. Piękny, prosty i pozytywny plan na resztę dnia. A tu nagle wyskakuje przed tobą koleś (lub kolesiówa), przebrana za bociana, pralkę czy zupkę instant „Tomasu”. I próbuje wręczyć ci jakąś ulotkę, folder czy zaproszenie. To nie pierwszy (i nie ostatni) roznosiciel na twojej dziennej trasie, dlatego nauczyłeś się, jak zgrabnie wyminąć postać i jak nie wejść w relację. Udajesz, że go (jej) nie zauważasz czy faktycznie nie widzisz?

Wszystko fajnie. Brawo. Wygrałeś, ale ktoś musiał przegrać. Właśnie o tym jest komiks Roznosiciel. Nie miałbym nic przeciwko temu, aby Pokembry (lub jakaś inna oficyna) częściej wypuszczały pozycje, które dotykają współczesnych problemów społecznych, ekonomicznych czy cywilizacyjnych. Komiks to medium, które potrafi bawić, ale potrafi też opowiadać zaangażowane historie. I o więcej takich poproszę.

Bartosz Sztybor (sc.), Piotr Nowacki (rys.), „Roznosiciel”, Pokembry, Warszawa 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 4]

piotr-nowacki     zupki-instantsklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Zapisz

Zapisz

Tim i Miki w Krainie Psikusów

25/07/2016 § Dodaj komentarz


 Tim i Miki w świecie na opak

Tim i mikiKomiks Tim i Miki w Krainie Psikusów zaczyna się dramatycznie. W pierwszym kadrze albumu widzimy tytułowych bohaterów, którzy ze strachem, głośno przełykają ślinę. Niepomni na ostrzeżenia Czarnego Bosmana zdenerwowali Kapitana Marszczybrewkę, a przecież wilk morski wyraźnie przestrzegał przed takim postępowaniem. Zaraz, zaraz. Nie taki jednak jest początek tej historii. Przewróćmy kilka stron i razem z chłopakami zacznijmy opowieść jeszcze raz, ale od początku. Ustalmy dlaczego Tim i Miki znaleźli się w Krainie Psikusów i jak się tam dostali?

Fabuła zaczyna się od niepokojącego zdarzenia: pewnego poranka w niejasnych okolicznościach zniknęli rodzice wszystkich dzieci w okolicy. Gdzie się podziali? Coś się z nimi stało? Ktoś ich porwał? Kto? Gdzie teraz są? Wrócą? Nasi bohaterowie ruszają na poszukiwania. Misja ratunkowa wiedzie ich do tytułowej Krainy. Tylko jak się tam dostali? Ano zwyczajnie: pomiędzy szafą, ścianą a parapetem znajdują się magiczne i tajne „wrota”.

Scenarzysta postawił na zwariowane i miejscami troche absurdalne przygody piracidwóch chłopców, którzy są serdecznymi przyjaciółmi. Świat, w którym się znajdują nie jest oczywisty, bo wszystko w nim wypada na opak. Źli piraci wcale nie są źli, ani podli. A Lord Valdemar, który ma do odegrania w opowieści rolę czarnego charakteru, nie porwał rodziców, jeno… Pisarz nie odkrywa wszystkich karty od razu, wprawnie stopniuje napięcie, pozwalając swoim bohaterom (i czytelnikom), aby sami zrozumieli nadrzędną zasadę, która obowiązuje w magicznej krainie. Tim i Miki mają sporo przygód, spotykają na swojej drodze wiele przedziwnych i niewiarygodnych postaci, a całość kończy się wyborną fetą.

Zasadniczo Tim i Miki w Krainie Psikusów to rzecz przeznaczona dla przedszkolaków i uczniów pierwszych klas szkoły podstawowej. Należy podkreślić, że Dominik Szcześniak zabawił się konwencją, z którą pisana jest większość komiksów dla dzieci. Zignorował prostotę i piotr nowackioczywistość, zdecydował się na nielinearną narrację, nagłe i częste zwroty akcji, powtórzenia (kilka początków), słowotwórstwo, retardacje i antyfrazy. Nieszablonowe rozwiązania zastosowane przez scenarzystę mogą się dzieciom wydawać chaotyczne, choć takie nie są! Sposób prowadzenia akcji nie jest chaotyczny, a zręcznie zbudowany. Zapoznanie się z nią i właściwe „ułożenie” wymaga wysiłku, który musi zostać podjęty przez rodziców. To na nich spoczywa odpowiedzialność, aby wprowadzić milusińskich w nieoczywiste i bardziej skomplikowane konstrukcje. Czytam dużo książek i komiksów dla dzieci, jestem zdania, że należy wymagać i komplikować: używać trudnych słów, nadawać przedmiotom dokładne nazwy (nawet jeśli nie są w codziennym użyciu), wprowadzać różnorakie środki stylistyczne i formy narracji. Nie ma co nadmiernie upraszczać. I dlatego recenzowana pozycja tak mocno przypadła mi do gustu.

Piotr Nowacki przyzwyczaił nas, że bardzo dobrze radzi sobie z budową postaciami, komiks dla dziecświetnie rysuje zwierzęta i baśniowych bohaterów. Niezbyt często jednak rysuje ludzi, a szkoda. Chłopcy i piraci są strasznie fajnie przedstawieni, oczywiście, artysta podtrzymuje swój charakterystyczny i rozpoznawalny cartoonowy styl, który dobrze sprawdza się w komiksie dziecięcym, a jednocześnie jest miły dla oka. Pewnie ciężko za pomocą kilku kresek oddać ekspresję i mimikę, a jednak patrząc na postaci nie mamy wątpliwości kiedy są zdziwieni, przestraszeni czy zbici z tropu. Oszczędne tła nie rozpraszają, a kierują uwagę czytelnika ku bohaterom.

Album, który trzymam w ręku to drugie wydanie – zmienione i poszerzone. Ukazało się staraniem oficyny Ongrys, pierwsze było darmową publikacją dystrybuowaną podczas Festiwalu Komiksowa Warszawa w 2013 roku. Zmiany są widoczne gołym okiem: komiks wydano na kredowym dominik szczesniakpapierze w formacie A4, co pozytywnie wpłynęło na przejrzystość ilustracji i przystępność tekstów w dymkach. Album posiada zupełnie nową okładkę. Dodano także stronę tytułową, której nie było w pierwszym wydaniu. W materiałach bonusowych dostaliśmy: kilkuplanszową historię z Lordem Valdemarem w roli głównej, zatytułowaną Dary losu, garść rysunków Nowackiego ze szkicownika postaci oraz poprzednią okładkę. Zmiany poszły nawet dalej, dowiedziałem się od rysownika, że pierwszy kadr został delikatnie podrasowany, żeby lepiej czytało się dymki (we właściwej kolejności), że cała jedna plansza została przerysowana (ta przedstawiająca pierwsze spotkanie chłopaków z Buziakowcami) i, że postacie z Kubusia Puchatka na ścianie Mikiego zastąpiono anonimowymi zwierzakami.

Na grzbiecie tomu znaleźć możemy magiczną cyferkę „1”, która sugeruje, że autorzy i wydawca mają w planach kontynuację. W związku z tym faktem, mam nadzieję, że rychło zapoznamy się z kolejnymi przygodami Tima i Mikiego.

Dominik Szcześniak (sc.), Piotr Nowacki (rys.), „Tim i Miki #1: W Krainie Psikusów”, Wydawnictwo Ongrys, wyd. II (zmienione), Szczecin 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 4-]

piotr nowacki tim i miki

sklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Detektyw Miś Zbyś na tropie #3: Kosmos to za mało

15/07/2016 § Dodaj komentarz


Śledztwo w kosmosie

mis zbysZupełnie niedawno, bo w maju, ukazał się trzeci album z przygodami detektywa Misia Zbysia i jego pomocnika Borsuka Mruka. Seria Detektyw Miś Zbyś na tropie zadebiutowała w 2013 roku. Komiksowy serial chwycił. Nie wiem, czy autorzy i wydawca spodziewali się tak dużego zainteresowania czytelników. Raczej nie, skoro jakiś czas temu nadkład jedynki (klik! klik!) się wyczerpał i Kultura Gniewu zmuszona jest przygotować dodruk. Skoro mam przypiętą łatkę „specjalisty od komiksów dla dzieci” (i wcale mi to nie przeszkadza), pozwolę sobie napisać, że bardzo mnie cieszy sukces produkcji Jasińskiego, Nowackiego i Rybarczyka

Podtytuł bieżącej odsłony brzmi: Kosmos to za mało. Jak nie trudno się domyślić, akcja tomu rozgrywa się w przestrzeni nowacki rakietapozaziemskiej. Fabuła rozpoczyna zaraz po wydarzeniach przedstawionych w Złotym sokole teksańskim (klik! klik!). Po ciężkiej misji bohaterzy odpoczywają na zasłużonych wakacjach. Leniuchują nad rzeką: cisza, spokój i sito do płukania złota. Pełen relaks. Dlatego, gdy zjawiają się agenci P oraz Pe i proponują Zbysiowi i Mrukowi kolejne śledztwo, ci odpowiadają, że są na zasłużonych wakacjach i może później, za miesiąc. Na odchodnym agent P wspomina coś o rakiecie, to wystarcza, aby para naszych bohaterów nagle zmieniła zdanie.

I właśnie tak zaczyna się kolejne skomplikowane śledztwo, ale i wielka przygoda kudłatego śledczego i jego trochę ciapowatego asystenta. Na miejscu, czyli na Księżycu, okazuje się, że zadanie polega na znalezieniu sprawcy kradzieży akumulatorów i żarówek, które giną ze statków kosmicznych. Na szczęście dwaj śledczy mają do dyspozycji nagranie z CCTV, dzięki któremu mogą zidentyfikować sprawę. Ruszają więc w pościg, jeden, drugi, piotr nowackibo nawet detektyw Miś Zbyś może się pomylić. Długo nie wiadomo, czy złoczyńca jest podstępnym szpiegiem, czy może terrorystą? W finale czeka na czytelnika niemałe zaskoczenie.

Scenariusz posiada wiele elementów, które zainteresują czytelników w wieku przedszkolnym i tych ździebko starszych. Fascynujące miejsce akcji, bo któregoż z dzieciaków nie ciekawi kosmos? Ponadto proszę zwrócić uwagę na fakt, że zadbano także o pewne fizyczne właściwości przestrzeni kosmicznej (np. różnica w grawitacji czy konieczność chodzenia w skafandrach ochronnych). Miś i Borsuk to postaci sympatyczne i ujmujące, których nie można nie lubić. Zresztą kreacja wszystkich występujących bohaterów jest bardzo pozytywna i przyjacielska, nawet złoczyńcy są nimi tylko z nazwy. Na czytelników czeka także duża porcja humoru i elementy interaktywnego współuczestniczenia w śledztwie.

Rysunki Nowackiego idealnie pasują do tej historii. Już kiedyś wspominałem, że cartoonowy styl Maciej JasińskiPiotra trochę jakby mimowolnie predestynuje go do rysowania komiksów dla dzieci. Artysta jednak wciąż szuka nowych środków wyrazu, nie odrzucając rzeczy już sprawdzonych. Wie, że serialu świetnie sprawdzają się duże kadry, całostronicowe splashe i rozkładówki, na których umieszcza wielce szczegółowych. Te plansze spowalniają czytanie, ale z drugiej strony znajdują się we właściwym miejscu, takim, w którym fabuła zwalnia. No i znów kolorysta, Norbert Rybarczyk, spisał się na medal.

Kosmos to za mało to tymczasem najlepsza odsłona serii o przygodach kudłaczy. Komiks jest miły i przyjemny dla oka, a wartka akcja i miejsce, w których się rozgrywa, powoduje, że dzieciom będzie ciężko się od niego oderwać. A dorośli będą siłą zmuszani do wielokrotnego wspólnego czytania.

Maciej Jasiński (sc.), Piotr Nowacki (rys.), Norbert Rybarczyk (kolor), „Detektyw Miś Zbyś na tropie #3: Kosmos to za mało”, Kultura Gniewy, Warszawa 2016.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5+, kolory/cienie: 6]

Detektyw Miś Zbyśsklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Niebieska Kapturka

06/06/2016 § 2 Komentarze


Niebieski to mój kolor, a kaptur to mój znak!

niebieska kapturka Miesiąc temu podczas Dnia Darmowego Komiksu, który odbywał się w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu miałem okazję prowadzić spotkanie pt.: Pokembry – wyjście z podziemia. Przepytywałem wówczas Bartosza Sztybora, Łukasza Mazura i Piotr Nowacki ze wzmożonej, ostatnimi czasy, działalności tej nieformalnej grupy wsparcia. Od chłopaków dowiedziałem się między innymi, że Niebieska Kapturka nie powstałaby, gdyby nie luźny szkic Piotra Nowackiego, zainspirował on scenarzystę do napisania historii luźno opartej na motywach klasycznej baśni braci Grimm.

Na pierwszy rzut oka jest wiele podobieństw między obiema pozycjami. Występują te same postaci: dziewczynka, matka, babcia, leśniczy i wilk. Dodatkowo fabuła zasadza się na podobnym zamyśle: Kapturka musi dostarczyć prowiant babci, a droga do jej domu wiedzie przez las. Właściwie na tych kilku bazowych elementach wszelkie podobieństwa się kończą. W wypadku Niebieskiej Kapturki nie mamy do czynienia z próbą uwspółcześnienia klasycznej opowieści, jak to ma miejsce choćby w książce Czerwony Kapturek w wielkim mieście (klik! klik!).

skan1-763W produkcji Sztybora, Mazura i Nowackiego chodzi przede wszystkim o to, aby łamać stereotypy. Zaczynając od tego podstawowego – skoro bohaterką jest dziewczynka, to nie może być Czerwonym Kapturkiem, a musi być Kapturką, która nosi niebieski kombinezon i wygląda w nim jak wielka kropla wody. Idąc dalej: wilk nie musi być zły i może mieć zupełnie inne potrzeby niż zjadanie ludzi, a pan leśniczy może chcieć zostać kimś zupełnie innym. Bohaterzy opowieści przekonują się o tym, że można być szczęśliwym, wystarczy być szczerym wobec samego siebie. Robić w życiu to, co się kocha i pragnie, co daje radość. To jest piękne przesłanie.

nowacki W tekście promocyjnym udostępnionym przez wydawcę możemy przeczytać, że opowieść „przybrała formę komiksu”. Niestety nie mogę się z tym zgodzić. Niebieska Kapturka to nie komiks. Książce bliżej do serialu obrazkowego typu 120 przygód Koziołka Matołka Kornela Makuszyńskiego i Mariana Walentynowicza, niż do typowych „kolorowych zeszytów”. Oczywiście nie jest to żaden zarzut. Całość została brawurowo zilustrowana przez Nowackiego. To chyba pierwsza niekomiksowa i długometrażowa produkcja tego grafika. Rysunek w większym stopniu (niż w komiksach) bazuje na geometrycznych kształtach. Świetną robotę wykonał także Łukasz Mazur, który nałożył kolory i rastry. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, aby Kapturka była niebieska, ale pomysł wydaje się przedni. Szkoda, że zapomniałem o to zapytać chłopaków. Spodobał mi się też sposób położenia koloru w wypadku wilka i psa – taki „mazany” i nierównomierny, dzięki temu imitacja sierści wyszła znakomicie.

Książka kryje jeszcze jedną niespodziankę. Tekst opowiadania został zaprezentowany młodzieżowym slangiem, imitującym trochę hip-hopowe rymy i rytmy. Można się zastanawiać nad trwałością tego typu języka, ale o tym będzie się pisać pewnie za jakieś dziesięć czy dwadzieścia lat. Tymczasem decyzja zdaje się trafna. Dzięki niej rzecz zyskuje dodatkowy, humorystyczny wymiar. Przyznaję, dobrze się bawiłem podczas lektury. Dzieci nie poczują się zagubione, bo mogą skorzystać ze słowniczka „niezrozumiałych wyrazów” zamieszczonego na końcu.

Bartosz Sztybor (tekst), Piotr Nowacki (il.), Łukasz Mazur (kolory & okładka) „Niebieska Kapturka”, Wydawnictwo Tashka, Warszawa 2016.

[tekst: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 5]

mazursklep{książkę można kupić tu: klik! klik!}

Zapisz

Moe to moja komiksowa wizytówka… – rozmowa z Piotrem Nowackim

30/03/2016 § 5 Komentarzy


Moe to moja komiksowa wizytówka… – z Piotrem Nowackim z okazji reedycji komiksu rozmawia Maciej Gierszewski

moeOd premiery komiksu Moe minęło 5 lat. Dlaczego po takim czasie zdecydowałeś się na reedycję?
Piotr Nowacki: To była spontaniczna decyzja. Przeczytałem recenzję Moe napisaną przez Łukasza Kowalczuka dla Ziniola, tam pada taka sugestia, że ten komiks lepiej sprawdziłby się w mniejszym formacie i z dwoma kadrami na stronie. Pierwszego wydania nie ma już na rynku, więc postanowiłem wznowić tę pozycję w zmienionej formie. Całość poskładał i przygotował do druku Łukasz Mazur, mój druh z ekipy Pokembry.

Czym różni się bieżące wydanie od poprzedniego?
PN: Zmienił się format z poziomego na pionowy, plus, jak wspomniałem, układ kadrów – po dwa na stronę, zmniejszyliśmy rozmiar. Jest oczywiście nowa okładka, poprawiłem kilka drobiazgów w kadrach i na koniec dodaliśmy notkę biograficzną z namiarami na moje miejsca w sieci, mail i telefon. Dzięki temu Moe jest w pewnym sensie moją komiksową wizytówką.

Moe i kilka innych Twoich pozycji, to komiksy bez słów. Wolisz rysować tego typu historie? Czy praca nad nimi jest trudniejsza? Jeśli tak, to na czym polega owa trudność?
Piotr Nowacki planszaPN: Może nie tyle wolę, ale kiedy już zabieram się za autorski projekt, to jakoś naturalnie jest to historyjka bez słów. Może to wynika z obawy, że nie będę potrafił napisać dobrych dialogów. Narysowałem całkiem sporo komiksów bez słów (większość do scenariuszy Sztybora), co sprawia, że pewnie lepiej sobie radzę z tego typu narracją, lepiej ją czuję.
Najtrudniej jest chyba czytelnie i płynnie opowiedzieć w ten sposób historię. To, co mi jako twórcy wydaje się oczywiste, dla czytelnika może takie nie być. Trzeba więc być uważnym i krytycznym, potrafić spojrzeć na własny twór z boku. Dobrze jest też pokazywać swoje produkcje innym, żeby ewentualnie zgłosili jakieś uwagi.

Jakiś czas temu mówiłeś: „Najbardziej jestem dumny z moich autorskich zeszycików, czyli z Om i Moe, właśnie dlatego, że udało mi się bez niczyjej pomocy stworzyć jakieś dłuższe opowieści. Mam nadzieję, że będzie mi się udawało publikować jeszcze takie rzeczy pomiędzy dużymi, poważnymi projektami rysowanymi do cudzych scenariuszy”. Czy udaje Ci się realizować autorskie komiksy?
PN: Właśnie jestem na finiszu prac nad takim komiksem. Jest to historyjka bez słów (znów!), opowiedziana na 40 kwadratowych planszach. Tytuł roboczy: Yerp i ostatecznie tak właśnie będzie brzmiał. Zostało mi do narysowania 5 plansz i okładka, więc jest szansa, że uda się go opublikować na majowy Festiwal Komiksowa Warszawa.

Mam wrażenie, że ostatnio rysunkowo mocno się udzielasz. Rzuciłeś pracę etatową i zająłeś się tylko twórczą pracą?
komiks dla dzieciPN: To prawda. Ostatnie pół roku to codzienne rysowanie, często po kilkanaście godzin. Tak się złożyło, że po 13 latach, to praca w korporacji rzuciła mnie. Dlatego postanowiłem zająć się rysowaniem na pełen etat. Tym samym od kilku miesięcy realizuję swoje marzenie. Póki co na nudę nie narzekam, cały czas mam co robić. Komercyjne zlecenia, które dotychczas realizowałem i realizuję, są bardzo fajne i wykonuję tę pracę z przyjemnością. Oprócz rysowania komiksów są i ilustracje do książek, więc ciekawa twórcza robota.

Można gdzieś czytać Twoje komiksy dla dzieci? W jakiś gazetach czy magazynach? Wdaje mi się, że coś widziałem w „Fika”, ale gdzieś jeszcze?
PN: Tak, od dłuższego czasu w magazynie „Fika” ukazuje się seria Leśniaki, do której Sztybor pisze scenariusze, a ja rysuję. Są to dwuplanszowe historyjki bez słów. Mam nadzieję, że jak uzbiera się porządna ilość materiału, to wydamy jakiś zbiorczy album. Dodatkowo komiks z moimi rysunkami ukazuje się w miesięczniku „Abecadło”. To jednoplanszówki opowiadające o przygodach zajączka i misia, które dostosowane do głównego tematu numeru (zimowe zabawy, karnawał, nadejście wiosny…). Scenariusz dostaję z wydawnictwa, a kolory na moje plansze kładzie Joanna Szłapa, która kolorowała Ostatniego Żubra Tomka Samojlika.
W każdy poniedziałek i czwartek zapraszam również na stronę Smutek jako ostateczna forma buntu, na której wspólnie z Kajetanem Kusiną tworzę komiks internetowy.

Z tego co mi wiadomo, to narysowałeś już trzeci album z serii Detektyw Miś Zbyś na tropie, a teraz go Norbert koloruje. Prawda? Proszę zdradź trochę informacji, o czym opowiada.
Piotr Nowacki komiksPN: Norbert już pokolorował, a komiks czeka tylko na wypisanie dymków i skład. W trzeciej części bohaterowie prosto z dzikiego zachodu lecą na księżycową stację kosmiczną. Tam muszę rozwikłać zagadkę znikających na stacji żarówek i akumulatorów. Na naszych małych czytelników, jak zwykle czekają, szalone pościgi, jeszcze bardziej kolorowe i gęste rozkładówki. A rodzice będą mogli wyłapywać nawiązania do popkultury, których w tym tomie jest całkiem sporo. Sam bardzo lubię rozkładówkę z kosmicznym złomowiskiem, na którym można będzie rozpoznać przeróżne pojazdy znane z filmów, komiksów i seriali sci-fi.

Nad czym teraz pracujesz?
PN: Od kilku miesięcy realizuję duże zlecenie ilustratorskie dla wydawnictwa Tashka, ale szczegółów na razie nie będę zdradzał. Jestem bardzo blisko ukończenia. Finiszuję z rysowaniem Yerpa, a wczoraj na maila dostałem nowy scenariusz od Sztybora. Co miesiąc muszę oddać planszę do miesięcznika dla dzieci „Abecadło”. Sporo się dzieje, a będzie działo się jeszcze więcej. Wraz z moimi chwatami z ekipy Pokembry (Łazur i Sztybor) planujemy mnóstwo świetnych projektów, z których ogromnie się cieszę.
Dziękuję, Piotrze, za rozmowę.

Piotr Nowacki (scen. & rys.), „Moe”, wyd. II, poprawione, 2016. Zamawiać można tu: klik! klik! Piotr Nowacki komiksPiotr Nowacki o sobie: Zajmuję się tworzeniem komiksów, ilustracji oraz projektów postaci. Publikowałem w licznych magazynach i antologiach komiksowych. piotr nowackiMam na koncie kilka wydanych albumów komiksowych. Najważniejsze z nich: Tainted oraz wersja na iPad, It’s Not About That, seria Detektyw Miś Zbyś na tropie, Tim i Miki. W Krainie Psikusów, Moe, Om. Zilustrowałem kilka książek dla dzieci z serii Bohaterowie z boiska oraz wykonałem serię projektów postaci do aplikacji edukacyjnej dla dzieci Anifacts Africa. W latach 2009-2011 byłem redaktorem naczelnym magazynu komiksowego „Karton”. Brałem udział w zbiorczych wystawach komiksu polskiego m.in. na Węgrzech, w Izraelu, na Litwie. Mój blog tu: klik! klik! A strona na fejsiku tu: klik! klik!

sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Najlepsze z najlepszych za rok 2015, część 2

31/01/2016 § 1 komentarz


Wojciech Szot – kierownik sklepu internetowego gildia.pl – podsumowując dla „Kolorowych Zeszytach” ubiegły rok, zwraca uwagę na niekorzystne wyniki sprzedaży komiksów polskich autorów. Pisze: „(…) zapaść na rynku komiksów polskich. I to jest coś nad czym potrzebna jest szersza dyskusja, bo komiksy polskich autorów, nawet tych z najwyższej półki, nie są kupowane przez czytelników”. Po trosze wtóruje mu Bartosz Kurc ze sklepu Incal: „Słabo sprzedają się komiksy dla dzieci nowych (tj. polskich) autorów. Pewnie lepsze wyniki są w sprzedaży bezpośredniej (księgarnia stacjonarna, targi), co zaobserwowaliśmy na MFKiG na obsługiwanym przez nas stoisku Egmontu. Sprzedał się cały zapas Malutkiego Liska Bereniki Kołomyckiej”. W podobnym tonie wypowiada się Łukasz Chmielewski, przy okazji próbując podać powody takiej sytuacji: „Komiksy trudno dostępne ze względu na niski nakład, ograniczoną dystrybucję i skromny marketing (sporo pozycji wydawanych przez różne instytucje trudno wychwycić nawet branżowym serwisom) stanowiły blisko 3/4 oferty rodzimych autorów. Taka sytuacja nie napawa specjalnie optymizmem, a wspomniane bariery nie tylko nie pozwalają przebić się wielu ciekawym tytułom, ale też pogłębiają niszowość polskiej sceny komiksowej, tworząc z niej hermetyczny bastion dostępny jedynie dla fandomu. W tym kontekście rosnąca oferta zagraniczna, która jest łatwo dostępna, może negatywnie wpłynąć na polski komiks”.

2015

Minorowa tonacja wypowiedzi sprzedawców trochę zaskakuje. Nie żeby się z nią nie zgadzał, bo właściwie nie mam żadnych danych, aby zweryfikować podane informacje. Niby wyglądało, że to dobry rok dla rodzimych artystów: Jacek Świdziński w trakcie wiosennej edycji POP!Festivalu zgarnął nagrodę Literacką im. Henryka Sienkiewicza (40 tysięcy PLN), Kuba Woynarowski otrzymał Paszport Polityki, wystawa prac Krzysztof Gawronkiewicza krążyła po Polsce, do tego był gościem (wespół m.in. z Marzeną Sową) Festiwalu Conrada, a społecznościowa zbiórka funduszy na Krzesło w piekle skończyła się spektakularnym sukcesem, komiksy Zosi Dzierżawskiej, Marcina Podolca, Daniela Chmielewskiego, Daniela Grzeszkiewicza, Jakuba Rebelki i Macieja Sieńczyka Starapzin119ukazały się w kilku krajach Europy, Łukasz Mazur wydrukował swoje Usta pełne śmierci w Imige Comics, a kolejna polska artystka – Kasia Niemczyk– dołączyła do stajni Marvela. 119 numer „Strapazina” zdominowali Polacy, do udziału w przedsięwzięciu zaproszono: Olgę Wróbel, Marię Rostocką, Gosię Herbę, Renatę Gąsiorowską, Zosię Dzierżawską, Fanny Vaucher, Macieja Sieńczyka, Marcina Podolca, Daniela Chmielewskiego i Daniela Gutowskiego.

Pewnie w kwestii tego, czy to był dobry czy zły rok powinni się wypowiedzieć wydawcy, chociaż Wojciech Szot pełni również funkcję redaktora naczelnego w Wydawnictwie Komiksowym, więc z drugiej strony wie, co mówi. Wspomniana oficyna wprowadziła w 2015 roku na rynek 7 komiksów, Kultura Gniewu – 9, Timof i cisi wspólnicy – 12, Centrala + Ginde + Sol – 13, dodatkowo naliczyłem ponad 80 innych pozycji albumowych i zinopodobnych. Mało? Dużo? Moim zdaniem całkiem sporo. Chociaż faktycznie nie o ilość (w sztukach) chodzi, a o sprzedaż (w złotówkach). Poniżej zapraszam do zapoznania się z listą najlepszych komiksów polskich autorów, jakie przeczytałem w 2015 roku.

wielka1. Jacek Świdziński (scen. & rys.), „Wielka ucieczka z ogródków działkowych”, Kultura Gniewu, Warszawa 2015.
Czytając najnowszą produkcję Świdzińskiego, aż trudno uwierzyć, że powstała grubo przed ostatnimi wyborami. Autor przedstawia się jako świetny obserwator współczesnego życia Polaków, którzy nie potrafią odnaleźć się aktualnej rzeczywistości. Skazą resentymentu dotknięci są według niego i młodzi, i starzy, bo nie chcą oderwać się od przeszłości, żyją zestawem mitów miejskich (i wiejskich). Znamienna w tym kontekście jest wypowiedź jednej z bohaterek: „Mówię pani, kiedyś czasy były może i gorsze, ale ludzie mieli lepiej”.

Z drugiej strony Wielką ucieczkę… należy traktować jako próbę zdefiniowania „ducha narodu”, która zrealizowana została w formie quasi-reportażu. Jego dzieło można potraktować jako pytanie czym jest „polskość” i na czym polega. Pyta sam siebie (i zaocznie czytelników), by po chwili odpowiedzieć. Diagnoza nie jest przyjemna. Jego definicja składa się z zestawu luźnych anegdot i przytoczeń (proszę zwrócić uwagę, jak często bohaterzy zaczynają swoje wypowiedzi od słowa „podobno”), fragmentarycznych dialogów, deklaratywnych opinii, które połączone zostały w labirynt oparty na paradoksie niekończącej się podróży. W marszrucie bohaterów, a także szerzej: w konstrukcji fabuły, rozpoznaję jako bezpośrednią inspirację grafikami M. C. Eschera.

Świdziński prowadzi opowieść niechronologicznie. Dlatego uczucie dyskomfortu, które wywołane jest wrzuceniem w niby przypadkowe miejsce akcji, towarzyszy czytelnikowi od pierwszej planszy. Długo trwa nim narracja zaczyna składać się w spójną całość. Dopiero po przeczytaniu, widzimy jak poszczególne nici opowieści się ze sobą splatają i łączą, budując przemyślaną konstrukcję. Z oddalenia widać, że autor prowadził (niekoniecznie za rączkę) nas po schodach, korytarzach i zaułkach iluzorycznego labiryntu. Wielka ucieczka… rozpoczyna się i kończy w tym samym miejscu, zatoczyliśmy koło, depczemy po własnych śladach.

wroc do mnie2. Bartosz Sztybor (scen.), Wojciech Stefaniec (rys.), „Wróć do mnie, jeszcze raz”, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2015.
Przez jakiś czas wahałem się, czy album Sztybora i Stefańca nie jest czasem najlepszym polskim komiksem jaki przeczytałem w ubiegłym roku. Ostatecznie jednak zdecydowałem się na Świdzińskiego, ponieważ jego produkcja ma bardziej uniwersalny charakter, gdyż dotyczy „narodu”. Wróć do mnie… to rzecz równie ważna i przejmująca, jednak o zupełnie innym temperamencie, węższym, wyraźnie jednostkowym i prywatnym. Nigdzie nie została podana informacja, że album ma charakter autobiograficzny, jednak biorąc pod uwagę przedstawienie się protagonisty-narratora: „Mam na imię B., choć każdy mówi mi Sz.” oraz jego wizualne podobieństwo do scenarzysty, Bartosza Sztybora, możemy śmiało domniemywać, że autor dzieli się z czytelnikami własnymi życiowymi doświadczeniami. A nie są one lekkie. Bohater komiksu ma wyraźne problemy z nadużywaniem używek (nie zawsze legalnych). Narracja skupia się ich destrukcyjnym wpływie. Mamy wygląd w narkotyczne i alkoholowe wizje B., obserwujemy z bardzo bliska, jak wszystko powoli się rozmywa, ulatuje, staje złudne. Bohater ma trudności z rozróżnieniem rzeczywistości od rojeń, co prawda, raz za razem podejmuje próbę ratowania tego, co się da. Jednak na naszych oczach rozpierdala sobie życie i niszczy relacje z bliską (najbliższą) kobietą, bo przecież tylko na niej mu zależy.

Stefaniec w mistrzowski sposób oddał „przygody” bohatera. Za sprawą talentu artysty czytelnik może wejść zwichrowaną psychikę B., wniknąć w oniryczną rzeczywistość, którą nawiedzają odrażające demony w przebraniu klauna. Miejscami miałem wrażenie, że jestem za głęboko, że tylko chwila, a sam wpadnę do bezdennej przepaści. Stefaniec nie przestaje mnie zaskakiwać, moc jaka bije z plansz jest ogromna. Szafowanie technikami malarskimi (są i kolaże), kolorystyka, dynamika, kadrowanie, perspektywa – dosłownie: cała warstwa graficzna przyprawia o zawrót głowy. Dwojaki. Po pierwsze z podziwu dla warsztat, po wtóre poprzez fizyczne oddziaływanie. Uprzedzam lojalnie, lektura Wróć do mnie… nie jest miłą przygodą, choć ostatecznie wymowa całości pozostawia nas z nadzieję, że miłość ocala.

powrot3. Tomasz Samojlik (scen. & rys.), „Ryjówka przeznaczenia #3: Powrót rzęsorka”, Kultura Gniewu, Warszawa 2015.
W Powrocie… spotykamy dobrze znanych i lubianych bohaterów. Tych pozytywnych, którym kibicujemy i darzymy, wzrastającą ze strony na stronę, sympatią. I tych mniej pozytywnych, którym życzymy, aby im się noga powinęła. Dodatkowo leśny zwierzyniec zostaje wzbogacony o nowe postaci: całą rodzinę bobrów, salamandrę plamistą, biedronki i nietoperze. W roli czarnego charakteru został obsadzony człowiek, którego głupota kolejny raz zagraża życiu zwierząt.

W bieżącym tomie ograniczono nawiązania i cytaty z klasycznych pozycji fantasy czy science-fiction. Wyjątkiem jest zatopienie Dobrzyka, grającego przez chwilę rolę Hana Solo, w lokalnym karbonicie, czyli błocie. Należy podkreślić, że z każdym kolejnym komiksem fabularne pomysły Samojlika są coraz bardziej zaskakujące, który konstruuje akcję z taką lekkością i znawstwem, że Powrót rzęsorka po prostu się połyka, a nie czyta. Należy docenić i chwalić, że scenarzyście chce się wymyślać kolejne narracyjne rozwiązania, a nie używać już ogranych i sprawdzonych chwytów. Powrót rzęsorka miał być ostatnim komiksem autorskiego cyklu Tomka Samojlika o życiu małych (i nie tylko) ssaków w Puszczy Białowieskiej. Na szczęście dla wiernych fanów, do których się zaliczam, autor zapowiedział, że możemy liczyć na czwartą część, która będzie nosiła tytuł Zima ryjówek.

Malutki_Lisek_i_Wielki_Dzik4. Berenika Kołomycka (scen. & rys.), „Malutki Lisek i Wielki Dzik #1: Tam”, Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2015.
Autorski komiks Bereniki Kołomyckiej to rzecz piękna. Ze względu na malarską stylistykę i niewielką ilość słów album skierowany jest głównie do najmłodszych. Jednak uniwersalność i prostotę opowieści muszą docenić także dojrzali czytelnicy, którzy szukają Autorka obsadziła w głównej roli żyjącego pod jabłonką na skraju lasu Malutkiego Liska. Jest mu dobrze, jest szczęśliwy, bo jest sam. Jednak pewnego letniego dnia, gdy na polanie pojawia się Wielki Dzik. A to wszystko się zmienia. Cały świat malucha staje na głowie, bo od teraz nie jest sam i będzie musiał nauczyć się żyć we dwoje. Opowieść wymyślona przez Kołomycką jest baśniowa i zarazem wszechstronna. Piękna w swej prostocie, ale także przejmująca, bo dotyczy spraw podstawowych: przyjaźni, samotności, działania razem i podjęcia wspólnej podróży przez życie.

Podoba mi się konstrukcja komiksu. Całość została podzielona na cztery rozdziały, które odpowiadają następującym po sobie porom roku (od lata po wiosnę). Prosty zabieg, który trafnie został przełożony na emocje bohaterów: własne i względem siebie. Czytelnik może skupić się na tym, jak rozwija się więź między Liskiem a Dzikiem. Autorka postawiła na antropomorfizm i minimalizm, ale dzięki temu pozytywne przesłanie może mocniej wybrzmieć. Zaproponowane zakończenie jest otwarte, dzięki czemu dalszy ciąg przygód przyjaciół czytelnik musi sam dopowiedzieć.

robaczki5. Dominik Szcześniak (scen. & rys.), „Robaczki”, Wydawnictwo Komiksowe/Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.
Po przeczytaniu pozycji Szcześniaka trzeba mieć dużo samozaparcia i wiary w siebie, aby dalej robić komiksy i pisać o nich. Narrator, tożsamy z autorem, sam ma wyraźne problemy z wiarą w sens swego twórczego działania. W końcu Dominik jest i scenarzystą, i rysownikiem, i redaktorem, i recenzentem. Na szczęście u swego boku ma mądrą żonę, która zachęca do działania, skutecznie pomaga autorowi osiągnąć właściwą perspektywę. Robaczki to przede wszystkim rzecz o dźwiganiu brzemienia (chwilami nielekkiego) odpowiedzialności związanego z bycia rodzicem, to szczera opowieść o relacjach rodzinnych, głównie na linii ojciec-syn. Scenariusz komiksu wyrósł niejako samoistnie, wiąże się z internetowym projektem Hej, Misiek! zrealizowanym przez Szcześniaka w ramach stypendium Prezydenta Miasta Lublin. Polegał on na relacjonowaniu bliskiego bycia z synem.

Dominik Szcześniak (alias Bruce Wayne) w stroju Batmana otwiera autorski album ostrą przemową, która skierowana jest czytelnika. Oratorskie wystąpienia Batmana otwierają każdy z trzech rozdziałów. Wydawać by się mogło, że to nie najlepszy pomysł, aby do komiksu obyczajowego wstawić polemiczne wtręty o krajowym środowisku komiksowym. Jednak znaczenie, wartość i spójność narracji osiągnięta zostaje przez fakt, że jest to produkcja dobitnie autobiograficzna, w której autor-narrator-bohater dzieli się z czytelnikiem prawie wszystkimi swoimi rolami społecznymi: męża, ojca, przyjaciela, kolegi, scenarzysty, rysownika i krytyka. Robaczki potraktować możemy jako poruszający dokument, w którym znany scenarzysta postanowił porysować, aby opowiedzieć o tym jak łączy rolę ojca z potrzebą bycia twórcą.

drapak6. Bartosz Sztybor (scen.), Tomasz Kaczkowski (rys.), „Niezła draka, Drapak! #1: Puść to jeszcze raz”, Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2015.
Za scenariusz komiksu odpowiada Bartosz Sztybor, doświadczony autor, który ma na swoim koncie kilka publikacji dla dorosłych. Proszę zwrócić uwagę, że w bieżącym zestawieniu pojawiają się dwie inne pozycje, do których napisał on skrypt. Natomiast dla rysownika ¬ Tomasza Kaczkowskiego ‒ jest to komiksowy debiut, choć nie ilustracyjny, bo ma na swoim koncie oprawę graficzną do książki Mat i świat. W komiksie warstwa graficzna wypada nadzwyczaj dobrze. Rzecz opowiada o Kornelu, który na co dzień jest zwykłym antykwariuszem, ale nocą zakłada kostium superbohatera i broni swego Miasta przed złoczyńcami. Schemat narracyjny jest znany i ograny przez popkulturę. Jednak autorzy dołożyli wielu starań, aby opowieść była zajmująca i niesztampowa. I taka właśnie jest!

Historia nakreślona przez scenarzystę wciąga i bawi. Sztybor świetnie szafuje bohaterskimi kliszami, dorosły czytelnik rozpozna „kultowe” sceny. Drapak to trochę taki polski Batman w wersji dla najmłodszych. Chociaż ze względu na dużą dawkę humoru i ironicznego dystansu komiks może być atrakcyjny także dla dorosłego czytelnika. Pierwsze zadanie Drapaka wiąże się z walką z wielkim robotem, a później tajemniczym czarnym charakterem, który terroryzuje mieszkańców Naszego Miasta za pomocą muzyki. Standardowo: musi ukrywać swoją prawdziwą tożsamość przed przyjaciółmi i dziewczyną, na której mu zależy. Nie będę ukrywał, że ze wszystkich pokonkursowych albumów ten podobał mi się najbardziej. Ponieważ jest udaną próbą zaszczepienia na polski grunt opowieści superhero, która nie sprowadza się do prężenia mięśni, bo główny bohater musi głównie prężyć mózg. A dodatkowo jeszcze bawi.

Vreckless Vrestlers7. Łukasz Kowalczyk (scen. & rys.), „Vreckless Vrestlers”, Kultura Gniewu, Warszawa 2015.
Album Vreckless Vrestlers to zwieńczenie trwającego niespełna dwa lata autorskiego projektu Łukasza Kowalczyka. Fabuła komiksu jest trywialna, bo jest jedynie pretekstem dla absurdalnych zabaw autora. Rzecz dzieje się w przyszłości w latach 3067 i 3068, gdzie w mieście Excelsior na arenie występują pochodzący z różnych wymiarów i linii czasowych profesjonalni wrestlerzy. Na kolejnych planszach widzimy zapaśników, którzy nie robią nic innego, jak tylko bezlitośnie okładają się po mordach, gryzą, wyrywają kończyny. Groteskowy pomysł Kowalczuka został zrealizowany z zadziwiającą dbałością o to, aby oddać klimat Profesjonalnej Międzywymiarowej Ligi Wrestlignu: kasa, tajemniczy The Manager, stroje zawodników, szalejąca publiczność.

Vreckless Vrestlers to przemoc i rozrywka w formie czystej, która ma szokować, ale także bawić. Makabryczne igrzyska gore, podczas których czytelnik od pierwszej do ostatniej planszy nie ma chwili wytchnienia, bo wciąż coś się dzieje, kolejni zawodnicy stawiają się na ringu. Autor w żaden sposób nie sili się na artyzm, poprzez swą produkcję kpi sobie z „mądrych” komiksów. Jego produkcja to graficzne Kung Fury, bezkompromisowy underground, kicz i szlam.

Kwintesencja8. Grzegorz Janusz (scen.), Krzysztof Gawronkiewicz (rys.), „Kwintesencja”, Wydawnictwo Komiksowe/Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.
Można (i należy) się głęboko zastanawiać nad tym, czy rzeczywistymi bohaterami Kwintesencji są dwa mole książkowe, które pożerają maszynopis doskonałej i wybitnej formalnie powieści Eryka Olimpa. Epokowe dzieło nigdy nie ujrzy światła dziennego, pierwszymi i ostatnimi czytelnikami na wieki pozostaną Kołatek i Pustoszek. Pochłaniając (tj. czytając i pożerając) kolejne strony maszynopisu dwaj towarzysze rozmawiają ze sobą, dzieląc się wrażeniami z lektury, anegdotami oraz popisując swoją erudycją i znajomością trudnych wyrazów. Czytelnik komiksu ma jedyną w swoim rodzaju okazję poznać fabułę powieści niejako z drugiej ręki, poprzez uważne śledzenie wypowiedzi bohaterów. Nie żeby ich opowieści były jakoś specjalnie mądre i trafne. Scenarzysta poprzez figurę gadających moli naigrywa się z domorosłych krytyków, którzy wiedzą lepiej od autora.

Nie o fabułę chodzi w Kwintesencji, a o nadrzędny koncept. Postmodernistyczną zabawę ideą książki jako przedmiotu z jednej strony użytkowego, a z drugiej artystycznego. Najnowsze dzieło Janusza i Gawronkiewicza jest przedmiotem pięknym, ale całkowicie zbędnym, ponieważ nie realizuje żadnego celu utylitarnego. To nawet nie rozrywka, jak jest choćby w wypadku Vreckless Vrestlers, to raczej autorska batalia przeciw bezmyślnym czytelnikom – „molom książkowym” pochłaniającym każdą zadrukowaną stronę bez refleksji własnej. Ci, którzy czytają książki niczym nie różnią się od tych, którzy książek nie czytają. Nie są ani lepsi, ani gorsi. Mądrzejsi – teoretycznie, bo w praktyce bywa różnie. Czytelnie nie jest powodem do dumy, ani tym bardziej przechwałek. Czytający książki nie są ani piękniejsi, ani bardziej atrakcyjni seksualnie: do łóżka można iść z każdym lub każdą (w zależności od orientacji).

Kapitan Mineta9. Bartosz Sztybor (scen.), Piotr Nowacki (rys.), „Kapitan Mineta – OmniPUSS”, Pokembry, Warszawa 2015.
W założeniu powyższa lista komiksów miała się obyć bez wznowień i zbiorczych edycji. Jednak dla dwóch pozycji postanowiłem zrobić wyjątek, ponieważ zeszyty wydano w nikłym nakładzie, który szybko się wyczerpał, a dodatkowo dopiero po zebraniu ich pod jedną okładką widać szerszy kontekst dzieła. Pierwsza to rzecz Łukasza Kowalczuka, a teraz czas na drugą. Sztybor i Jaszczu powołali do życia Kapitana Minetę dawno temu, bo gdzieś w okolicach roku 2008. Towarzyszył im aż do grudnia ubiegłego roku, ale kariera tego superbohatera się właśnie skończyła. Na ostatniej stronie OmniPUSSa możemy przeczytać: „Pewnego dnia Jaszczur powiedział, że już mu się chyba nie chce. Stwierdziliśmy z Łazurem, że w sumie racja”. Panowie się wycofują, ale nie tak do końca, w końcu rysownik deklaruje, że „chyba” już mu się nie chce, więc jest nikła szansa, że kiedyś mu się jeszcze zachce.

Oczywiście w zbiorczym wydaniu przygód Kapitana Minety na pierwszy plan wysuwa się cała ta słynna obsceniczność, niewybredne i perwersyjne żarty. Czyli zmutowane sromy, obwisłe łechtaczki, penisy, cycki i pośladki, seksualne przygody i podboje, analne i onanistyczne doświadczenia. Jednak dopiero w tej edycji widać, że cały ten erotyzm to undergroundowy sztafaż, że dostajemy coś więcej, pewien bonus, który w zeszytach nie był widoczny, gdzieś zanikał, gubił się. Chodzi mi o pewną diagnozę społeczeństwa, widzianą w krzywym zwierciadle, które zwielokrotniało żarty. Czy emerytki z obwisłymi łechtaczkami, to moherowe babcie w akcji? Czy figura burmistrza, który grubo imprezuje, nie jest krytyką lokalnych władz, które interesują się tylko tym, aby dobrze wypaść, a nie działać na rzecz społeczności lokalnej? A pracownicy kupalni, to swoiste korpoludki? Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt OmniPUSSa. Rzecz jest także niewybredną satyrą na rodzime środowisko komiksowe. Małe, a przyciężkawe bagienko, po spotkaniu z którym kac może być długi i męczący. Autorzy potrafią z siebie i swoich „oficjalnych” komiksów śmiać. Margines autoironii jest bardzo szeroki, można zazdrościć Sztyborowi, Jaszczowi i Łazurowi dystansu.

ivan kotowicz10. Kajetan Kusina (scen.), Michał Ambrzykowski (rys.), „Niesłychane losy Ivana Kotowicza. Tom 1”, Kultura Gniewu, Warszawa 2015.
Debiut Kusiny i Ambrzykowskiego zaskoczył mnie, pozytywnie zaskoczył. Nie spodziewałem się, aż tak dopracowanego albumu. Scenarzysta zadbał o ciekawy skrypt, a rysownik świetnie wywiązał się ze swojego zadania. Z jednej strony otrzymaliśmy rzecz zabawną i wciągającą, z dobrze poprowadzoną akcją. A z drugiej wizualnie intrygującą, na którą patrzy się z satysfakcją. Zgodnie z tytułem komiksu poznajemy niesłychane losy tytułowego bohatera, który na drugiej planszy tak mówi do swego przyjaciela: „Próbowałem spisać moją historię, tak jak radziłeś, ale to chyba nie dla mnie. Dotarłem do momentu opuszczenia domu i nie mogę napisać słowa więcej”. W ostatnim kadrze tej planszy widzimy otwarty notatnik, zapisany drobnym maczkiem. A trzecia plansza przenosi nas już na tereny przygraniczne Rosji i Azerbejdżanu – czytamy relację i oglądamy wizualizację wydarzeń. Wspomniana powyżej wypowiedź jest trochę nieścisła, gdyż Ivan opowiada swoje dzieje chronologicznie dalej niż tylko do wspólnego z ojcem wyjazdu z wioski.

Pozytywne zaskoczenie w dużym stopniu jest zasługą rysownika. Dojrzały i przejrzysty styl Michała Ambrzykowskiego bardzo mi się podoba. Dbałość o szczegóły, dokładne przedstawienie budynków, pojazdów (wspaniały parowóz!), brak problemów z anatomią i dynamiką ruchów postaci. Dodatkowo artysta nie ma żadnych problemów z perspektywą. To wszystko zasługuje na pochwałę. Nie mam także zastrzeżeń do kadrowania i układu paneli na planszy. Intrygujący debiut, którzy wróży wiele dobrego na przyszłość.

Właściwie mógłbym ciągnąć listę dalej. Teraz zdaję sobie sprawę, że pominąłem co najmniej trzy pozycje, które powinny się na niej znaleźć:
– Michał Rzecznik (scen.), Leszek Wicherek (rys.), „Kot #1: Żona dyplomaty”, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2015.
– Maciej Kur (scen.), Piotr Bednarczyk (rys.), „Lil i Put #2: Chodu!!!”, Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2015.
– Krzysztof Gawronkiewicz i inni (scen.), Krzysztof Gawronkiewicz (rys.), „Krzesło w piekle”, Kultura Gniewu, Warszawa 2015.
Przy okazji zapraszam do przeczytania i zapoznania się z „krótkim” podsumowaniem roku 2015 (klik! klik!), listą najlepszych zagranicznych komiksów dla dorosłych minionego roku (klik! klik!) oraz tekstu przedstawiającego komiksy dla dzieci wydane przez Egmont w 2015 roku (klik! klik!). Jeszcze jedna uwaga: klikając na tytuł komiku zostaniecie przeniesieni do sklepu, w którym możecie dokonać zakupów.

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Piotr Nowacki at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: