Hawkeye #2: Lekkie trafienia

15/05/2018 § Dodaj komentarz


Clint Barton i kobiety

Choć Clint Barton (pseudonim Hawkeye) nie posiada żadnych supermocy jest stałym członkiem Avengers. Jednak seria Matta Fractiona (scenariusz) i Davida Aji (rysunki) nie opowiada o wyczynach herosa, a o zupełnie prywatnych i osobistych sprawach mężczyzny, który na co dzień mieszka w jednej z kamienic w Nowym Jorku. Warto wspomnieć, że jest właścicielem budynku i stąd biorą się niektóre z jego problemów. Z drugiej strony, czy w przypadku gdy Sokole Oko zdejmuje kostium, przestaje być prawym bohaterem?

W albumie Lekkie trafienia sporo się dzieje. Całość zaczyna się od potężnego huraganu, podczas którego Clint pomaga jednemu z sąsiadów ewakuować mieszkającego w Queens ojca. Potem będzie miał zatarg z członkami rosyjskiej mafii oraz pewnym płatnym mordercą, który pochodzi z Polski. W międzyczasie Tony Stark pomoże rozwiązać problem z telewizją kablową. Najciekawsze fragmenty opowieści wiążą się z sytuacjami, gdy mężczyzna spotyka swoje byłe kobiety – Nataszę Romanową, Bobbi Morse i Jessicę Drew (czyli Czarną Wdowę, Mockingbird i Spider-Woman). Na horyzoncie pojawia się też tajemnicza Penny, przez którą protagonista ładuje się w kolejną kabałę. W tle przewija się również Kate Bishop. Tak, życie uczuciowe Bartona jest – delikatnie mówiąc – skomplikowane.

Na osobne omówienie zasługuje ostatni zeszyt tomu, za który w 2014 roku artyści zgarnęli nagrody Eisnera i Harveya w kategorii najlepszy pojedynczy zeszyt. Fabularnie nic specjalnego. Śledzimy przebieg dochodzenia w sprawie zabójstwa jednego z sąsiadów protagonisty. Jednakże detektywem jest pies Bartona, Fuks. Rzeczy w tym, że wydarzenia przedstawiane są z psiej perspektywy. Kompozycja paneli, kadrowanie, symboliczne ideogramy i emotikony, fragmentaryczność dialogów, znaki zależności i wynikania – dosłownie cała warstwa ilustracyjna została podporządkowana konceptowi. Wspaniale poprowadzona i zrealizowana opowieść! Wszystko tu jest na swoim miejscu. Nie mam pojęcia, czy większe brawa należą się scenarzyście, czy rysownikowi.

Narracyjnie „dwójka” nie różni się od „jedynki” (klik! klik!). Jeśli komuś podobał się tom Moje życie to walka, to i Lekkie trafienia przypadną mu do gustu. Doceniam zamysł scenarzysty, który podejmuje próbę dekonstrukcji wyświechtanych schematów komiksu superhero. Fraction stawia na obyczajowe akcenty i zabawną komedię pomyłek. Porównując serię Hawkeye z pozycjami Daredevil: Nieustraszony (klik! klik!) czy Jessica Jones: Alias (klik! klik!) Briana Michaela Bendisa, to mimo wszystko całość wypada mało przekonująco i dość powierzchownie. Osobiście, gdyby nie niebywała oprawa graficzna Aji, która świetnie współgra z kolorami Matta Hollingswortha, nie miałbym czym się zachwycać.

Matt Fraction (sc.), David Aja & Francesco Francavilla & Steve Lieber & Jesse Hamm (rys.), „Hawkeye #2: Lekkie trafienia”, tłum. Marceli Szpak, Klub Świata Komiksu – album 1219, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 3+, rysunki: 5, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Kaznodzieja. Tom 3

01/05/2018 § Dodaj komentarz


Półmetek, czyli rachunek sumienia

Kaznodzieja dojechał do połowy swojej podróży przez USA. Trzeci tom popycha naprzód relacje pomiędzy bohaterami, sporo mówi o postaci Świętego od Morderców. Tak jak poprzednio mamy do czynienia z porządnie napisaną opowieścią drogi, mówiącą o przyjaźni, przemocy i poszukiwaniu Boga – bynajmniej nie po to, aby mu się pokłonić. Jednocześnie zaczynam czuć znużenie, lekkie dreptanie historii w miejscu. Powoli przypomniałem sobie dlaczego seria Kaznodzieja, którą jako całość bardzo lubię, jest jednak na moim szczycie serii przereklamowanych.

Pierwsza część tomu to wspomniana historia Świętego. Dowiadujemy się kim był, co go ukształtowało, a także co go potem zmieniło w ucieleśnienie zła, jeszcze zanim stał się nadnaturalnym bytem. Ennis skrzyżował western z horrorem, tworząc opowieść o wściekłości i dążeniu do zemsty silniejszym niż śmierć. Są tu strzelaniny, ale też smutek i dramat, nadające postaci nieśmiertelnego kowboja pewnego tragizmu. Dzięki tej opowieści jest on czymś więcej niż papierową postacią, która pojawia się znikąd, po czym wszystkich zabija. Nabiera tu głębi.

Ciąg dalszy to w dużej mierze kręcenie się po Luizjanie i ‘ennisowska’ polewka z gotów, którzy wyglądają tu jak parodia fanklubu naszego nieszczęsnego Tomasza Beksińskiego. A może wcale nie parodia? Wygadują w końcu podobne brednie. Skonfrontowanie ich z prawdziwym wampirem wprowadza sporo czarnego humoru i przemocy – dobry fragment opowieści.

Problem polega jednak na tym, że druga część tomu, stanowiąca większość, zwalnia w stosunku do poprzednich albumów. Sceny drastycznej przemocy nie robią już wrażenia. Gębodupa wyczerpał swój potencjał, a zlewka z samozwańczych Dzieci Nocy wystarczyła by jako samodzielny zeszyt, a nie na cały wątek. Jednocześnie w tych wszystkich obyczajowych wtrętach Ennis wprowadza widmo klątwy oraz wyraźne sygnały, że Cassidy pomimo swojego uroku irlandzkiego wampira jest po prostu mendą.

Wszystko to zwiastuje oczywiście problemy w bliskiej przyszłości, trzeci tom Kadznodziei pozostaje chyba jednak dla czytelnika testem. Przebrnąłeś, chcesz wiedzieć co dalej z Custerem, Bogiem i całą ekipą? Sięgniesz po kolejne albumy. Zmęczyłeś się? Możesz w tym miejscu spacować. Odpowiedzi na to, czy być wiernym serii, nie dam. Sięgnijcie po „trójkę”, bo to dobry barometr dla czytelnika.

Garth Ennis (sc.), Steve Dillon (rys.), „Kaznodzieja. Tom 3”, tłum. Maciej Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1268, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2018.

[autor: Przemysław Pawełek]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Hellboy. Tom 2

05/04/2018 § Dodaj komentarz


Ulubione szorty z Piekielnym

No cóż, seria po prostu nabiera na wyrazie w krótkich formach. Tak poniekąd uważa jej autor, wielu jego współpracowników, fanów, tak też uważam i ja. Początek zainteresował mnie mieszanką pulpy, Lovecrafta i podań, doprawioną oryginalną kreską, ale nie uważałem się jeszcze za fana. Za to krótkie formy, wydane u nas tuż potem, spowodowały, że pokochałem ten świat i tych bohaterów.

Drugi tom to zbiorcze wydanie dwóch antologii krótszych opowiadań z początkowego okresu Hellboya: Spętanej trumny i Prawej ręki zniszczenia. Właśnie w tych historiach, zwłaszcza w tytułowych opowieściach, wykuwane są zręby przyszłej mitologii, która poprowadzi go w stronę piekieł. Jednocześnie nie ma tu szarży, przyciężkich i gęstych klimatów, obsesji na punkcie uzupełniania mini-serii krótkimi formami. Większość z tych opowieści to samodzielne historie, które bronią się w oderwaniu od całości.

Zbiór to w większości moje ulubione szorty z Piekielnym. Całość otwierają wybitne, humorystyczne Placuszki z młodziutkim Hellboyem, który jak wiadomo jest po prostu słodziakiem. Jest tu kapitalny Wisielec, czy moje świetne, nastrojowe Wilki ze Świętego Augusta. W tych historiach Mignola odpuszcza sobie zwykle faszystów i stwory z mitologii Cthulhu, zamiast tego penetrując lokalne wierzenia (rozwinięcie historii Baby Jagi czy duchy z Japonii), albo bawiąc się klasyką horroru. Prawie kolos to odwołania do historii Frankensteina, Warkołak to gotycka opowieść z wampirami, a wspomniane wilki to równie gotycka opowieść o nawiedzonym miasteczku, z jednym z najbardziej upiornie działających kadrów, jakie Mignola narysował. Oczywiście jest tu i groza, i pranie po pyskach, one linery, ale i jak zawsze zapadające się podłogi.

Wszystkie historie to popis wirtuozerii autora, jako scenarzysty, narratora i rysownika, bo nie zapominajmy że nie zawsze musi się to łączyć. Dobra historia i warsztat rysunkowy to jedno, ale Mignola wie też jak opowiadać, by osiągnąć swój efekt. Odpowiednio buduje nastrój, utrzymuje pewien rytm, czasem nabijając go zdawkowymi dialogami, innym razem budując historię pierwszoosobową narracją w ramkach, dorabiając do niej na zasadzie kontrapunktu kadry skupione na detalu. Te kadry odchodzące w bok, by skupić się na niesymetrycznie ukazanej płaskorzeźbie, czy fragmencie twarzy, to jego znaki rozpoznawcze, nieodłączne w komponowaniu oryginalnych plansz, wypełnionych oczywiście gęstą czernią, kontrastami i świetnym rysunkiem.

Omawiana odsłona to tak naprawdę tom, od którego można zaczynać przygodę, a który na pewno docenią też ci, którzy już tom pierwszy przerobili. Klasyka i mistrzostwo, w dodatku wzbogacone o odautorskie komentarze i szkicownik.

Nie warto, a trzeba!

EDIT: Hellboy Library Edition to w oryginale łącznie 7 tomów: 6 numerowanych plus dodatkowy In Hell. I pewnie właśnie tyle albumów doczekamy się na naszym rynku.

Mike Mignola & John Byrne (sc.), Mike Mignola (rys.), „Hellboy. Tom 2”, tłum. Miłosz Brzeziński & Maciej Drewnowski, Klub Świata Komiksu – 1287, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2018.

[autor: Przemysław Pawełek]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Hellboy. Tom 1

03/04/2018 § Dodaj komentarz


Piekielny chłopiec

Ledwie pół roku temu przygody Hellboya skończyły się wraz z drugim, finałowym tomem Hellboya w piekle (klik! klik!), a już na księgarskie półki trafiło zbiorcze wznowienie dwóch pierwszych pełnometrażowych albumów. Ci czytelnicy, którzy wcześniej nie mieli okazji przeczytać, mają wreszcie możliwość uzupełnienia swojej kolekcji. A warto to zrobić, bo opus magnum Mike’a Mignoli to zdecydowanie jedna z najlepszych serii, jakie powstały.

W pierwszej historii, Nasienie zniszczenia, przenosimy się do grudnia roku 1944. Naziści z pomocą tajemniczego człowieka przeprowadzają rytuał zwany Operacją Ragnarok. Jego celem jest przywołanie demona, mającego im zapewnić zwycięstwo w wojnie. Alianci wraz z grupą naukowców, do której należy Trevor Bryttenholm, jak się można spodziewać, mają ich powstrzymać. Rytuał się udaje, ale nie wszystko idzie tak, jak powinno. Przywołany zostaje demon-chłopiec, Hellboy, jak wkrótce wszyscy zaczną go nazywać, a na dodatek wpada nie w ręce hitlerowców, a Aliantów… Mija 50 lat. Hellboy pracuje dla Biura Badań Paranormalnych i Ochrony wyjaśniając wszelkie paranormalne zagadki i tajemnice. Nagle odwiedza go Trevor, który powrócił z dziwacznej wyprawy. Kiedy chwilę potem ginie, Hellboy postanawia dowiedzieć się dlaczego…

W drugiej historii, Obudzić diabła, Hellboy powraca z kolejną misją. Tym razem trafia do Rumunii, gdzie bada sprawę niejakiego Vladimira Giurescu, który od wieków raz na jakiś czas zmartwychwstaje. Czyżby był wampirem? Niestety, na drodze Piekielnego Chłopca staną wiecznie żywi naziści, a także sam Rasputin, który upomina się u niego o własne dziedzictwo…

Powiedzieć, że Hellboy to kultowa seria, to jak nic nie powiedzieć. Frazes. Ale czy da się inaczej? Pewnie da, tylko po co. To seria kultowa ze wszystkim, co hasło to ze sobą niesie i określenie to doskonale oddaje charakter tego z czym mamy tu do czynienia. Ale oczywiście nie najpełniej – do tego potrzeba jednak większej ilości słów, a i one nie opiszą wszystkiego. Dopiero lektura komiksu pokaże Wam z czym macie do czynienia, bo Hellboy to zdecydowanie więcej, niż poszczególne jego składowe. Niemniej spróbuję przybliżyć nieco z czym macie tutaj do czynienia.

Opis już znacie, ale i tak warto nadmienić, że całość to takie Z archiwum X w wersji weird fiction. Bardzo klasyczne, bo łączące w sobie legendy z różnych stron świata, z horrorem, olschoolową fantastyką i opowieścią akcji. Elementy superhero? Są, ale nienachalne, bohaterowie mają pewne moce, zresztą Hellboy nie jest tu wcale najdziwniejszą postacią, a jednak wszystko to pozostaje w zgodzie z tradycją gatunku, w jakim Mignola (wraz z pomocą Johna Byrne’a) się porusza.

A szata graficzna? Chociaż na początku jego kariery Mignola był doceniany bardziej przez kolegów po fachu, niż czytelników, Hellboy to komiks, który zachwyca rysunkami. Cartoonowa, dość kanciasta i prosta kreska urzeka. Czym? Przede wszystkim genialnym operowaniem cieniem, które (wraz z równie nieskomplikowanymi, ale wspaniałymi kolorami) dodaje ilustracjom niepokojącej nuty, ale też i to, jak wiele można za pomocą takiej prostoty ukazać w absolutnie doskonały sposób. I bez znaczenia pozostaje fakt, że w tych pierwszych opowieściach nie wszystko jeszcze wychodzi autorowi idealnie.

Nowe wydanie stoi na wysokim poziomie. Papier kredowy, twarda oprawa, przedruk oryginalnych przedmów (czego zabrakło mi w reedycji Kaznodziei), nowy wstęp i solidna, bo licząca ponad 30 stron galeria szkiców wraz z komentarzami – wszystko to prezentuje się naprawdę znakomicie. Tak samo jak opracowanie graficzne okładki. Jeśli więc jeszcze nie macie Hellboya w swojej kolekcji, to doskonała okazja by to zmienić. A, jak wspominałem na wstępie, naprawdę warto poznać opus magnum Mignoli, bo mimo upływu lat wciąż robi wielkie wrażenie i zachwyca, jak kiedyś.

Mike Mignola & John Byrne (sc.), Mike Mignola (rys.), „Hellboy. Tom 1”, tłum. Miłosz Brzeziński & Maciej Drewnowski & Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – 1222, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Nieśmiertelny Iron Fist #1: Opowieść ostatniego Iron Fista

17/01/2018 § Dodaj komentarz


Mistyczny wojownik w Hell’s Kitchen

Iron Fist jest „trzecioligowym” superbohaterem Marvela. Jest mistrzem sztuk walki i posiada moc polegającą na zdolności skupienia duchowej energii chi, którą potrafi kierować do pięści, dlatego uderza z niesamowitą i niszczycielską siłą. W Polsce heros znany jest głównie dzięki dwóm serialom wyemitowanym w tym roku przez Netflix: Marvel’s Iron Fist oraz The Defenders. Niestety w obu produkcjach postać Danny’ego Randa, którą gra Finn Jones, nie prezentuje się dobrze. Zatem zamiast cierpieć podczas oglądania wątpliwej jakości choreografii sztuk walki i marnej gry aktorskiej, warto sięgnąć po komiks Opowieść ostatniego Iron Fista, czyli pierwszy album z serii Nieśmiertelny Iron Fist.

Pierwotnie The Immortal Iron Fist ukazywał się od listopada 2006 do sierpnia 2009. Łącznie cykl liczył sobie 27 zeszytów, które następnie zebrano w pięć tomów. W produkcję zbiorczej „jedynki”, która w naszym kraju ukazała się staraniem Muchy, zaangażowani byli, m.in.: Ed Brubaker i Matt Fraction (scenariusz), David Aja (rysunki) i Matt Hollingsworth (kolory). Cztery nazwiska twórców, które mogą sugerować, że pozycja warta jest przeczytania.

Fabuła rozpisana została na kilka wątków, które wzajemnie się przenikają i w finale łączą. W pierwszym obserwujemy bieżące zmagania aktualnego Iron Fista z Hydrą oraz Danny’ego Randa z Chińskim Narodowym Instytutem Transportu. W drugim poznajemy kilku wcześniejszych obrońców mistycznego miasta K’un-Lun. Trzeci poświęcony jest Orsonowi Randallowi, który od 1915 roku jest Żelazną Pięścią, a teraz przybył Nowego Jorku, aby podzielić się z Danielem dziedzictwem i wiedzą.

Scenarzyści nadzwyczaj chętnie przeplatają bieżące wydarzenia epizodami z przeszłości. Na szczęście korzystanie z retrospekcji nie burzy spójności narracji, a wręcz przeciwnie, uwiarygodnia aktualne zdarzenia oraz buduje mistyczną mitologię bohatera. Przy okazji warto wspomnieć, że akcja komiksu rozgrywa się po wydarzeniu Civil War, czyli wojnie domowej między zwolennikami Iron Mana a Kapitana Ameryki, która dotyczyła rejestracji superbohaterów.

Głównym rysownikiem odcinka jest David Aja, który w zestawie materiałów dodatkowych dzieli się z czytelnikami autorskim komentarzem projektowania postaci. Zamieszczono sporo wstępnych szkiców kostiumu bohatera i pomysłów na „odświeżenie” jego wyglądu. Hiszpański rysownik, który aktualnie rysuje serię Hawkeye (klik! klik!), świetnie poradził sobie z ukazaniem scen akcji, pościgów i walki. Kreska jest jakaś taka brudna i chropowata, co świetnie oddaje istotę i naturę dzielnicy, w której rozgrywa się akcja. Aja chętnie eksperymentuje z wielkością, kształtem i układem kadrów na planszy

Danny Rand w komiksie prezentuje się dużo lepiej niż w serialu telewizyjnym, postać jest bardziej spójna i konsekwentnie poprowadzona. Polecam czytać Opowieść ostatniego Iron Fista z pozostałymi pozycjami należącymi do „mikrouniwersum” Hell’s Kitchen (klik! klik!), tym bardziej że w łamach gościnne występy zaliczają Daredevil, Luke Cage czy Misty Knight.

Ed Brubaker & Matt Fraction (sc.), David Aja & Russ Heath & John Severin & inni (rys.), „Nieśmiertelny Iron Fist #1: Opowieść ostatniego Iron Fista”, tłum. Marek Starosta, Mucha Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5-, kolory/cienie: 5]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Wiedźmy

09/01/2018 § Dodaj komentarz


  Czego tu się bać?

Scott Snyder to aktualnie jeden z najbardziej wziętych (tj. płodnych) scenarzystów DC Comics. W ramach The New 52 pisał całego Batmana, ale także serię Szpon, Wieczny Batman czy Wieczni Batman i Robin. Wymieniając tylko te rzeczy, które się w Polsce ukazały. Cykl Wiedźmy, przygotowany pierwotnie dla Image Comics, to opowieść z pogranicza horroru i groszowej pulpy. Jeśli czytaliście Amerykańskiego Wampira, Severed czy Przeburzenie, to wiecie, że mroczne historie nie są pisarzowi obce i całkiem nieźle sobie radzi z gatunkiem.

Początkowo fabuła prezentuje się w sposób tendencyjny i oczywisty. Trzyosobowa rodzina Rooksów przeprowadza się do małego miasteczka Litchfield w stanie New Hampshire, aby w nowym miejscu odciąć się od dawnych zdarzeń i zacząć z „czysta kartą”. Powód przenosin wiąże się z traumatycznymi przeżyciami Sailor, córki Charliego i Lucy, która ma stany lękowe i napady paniki. Dopiero z retrospekcji czytelnik dowiaduje się, że w poprzedniej szkole dziewczyna była prześladowana i terroryzowana przez starszą, brutalną koleżankę, która zaginęła w tajemniczych okolicznościach. Sailor ma poczcie winy. I choć rodzicie starają się, jak mogą, to ona obstaje przy swoim. Jak widać, psychologiczne podłoże zostało równie sztampowo zarysowane.

Czy na jakiejś płaszczyźnie skrypt Snydera zaskakuje? Czy zawiera coś nieprzewidywalnego? Czy wyłamuje się ze schematu? Czy opowiada nam coś, czego wcześniej nie mieliśmy okazji przeczytać lub zobaczyć w kinie? Czy w opowieści jest jakieś novum? Czy podczas lektury się boimy? Na żadne z pytań nie odpowiem wprost. Zdradzę jedynie, że niespełna dwustustronicowy album udało mi się przeczytać dopiero za trzecim podejściem.

Niebagatelne znaczenie dla fabuły ma podłoże obyczajowe. Wyraźnie widać, że scenarzysta kładzie nacisk na to, aby ukazać relacje panujące w rodzinie Rooksów. W tym aspekcie spodobała mi się silna więź, jaka łączy (i zawsze łączyła) ojca z córką. Element ten uwiarygodnia występujące postaci i należy zapisać na plus. W sugestywny sposób ukazano także zagubienie Sailor w nowej szkole.

Wiedźmy to popisowe dzieło trzech panów: Jocka (właściwie Marka Simpsona), Matta Hollignswortha i Clema Robinsa. Rysownika, kolorysty i liternika, który dodatkowo przygotował psychodeliczne „rozbryzgi” barw. W segmencie dodatków możemy zapoznać się z siedmiostopniowym procesem od rysunku tuszem do finalnej wersji kadru. Poglądowa lekcja jest niezwykle interesująca i pouczająca. Jock to artysta, który tworzy głównie okładki, a za rysowanie plansz nie zabiera się często. Szkoda, bo twórca posiada własny, unikatowy i charakterystyczny styl. Jego kreska jest ostra, drapieżna i agresywna, kontur wyraźny i „brudny”. Przedstawienie postaci jest zniekształcone i zdeformowane przez nadmierne rozciągnięcie w pionie. Tytułowe Wiedźmy, choć nie pojawiają się zbyt często, są odrażającymi kreaturami. Kojarzą mi się z demonami z japońskiego folkloru. Na uwagę zasługuje także układ kadrów na planszy: duże, horyzontalne panele przeplatają się z małymi, kwadratowymi wstawkami.

Komiks został bardzo dobrze przyjęty w Ameryce, jednak w Polsce Wiedźmy nie zebrały równie entuzjastycznych recenzji. Ponieważ nie jest to rzecz ani przełomowa, ani rewolucyjna. Wielbicielom opowieści grozy spod znaku Hrabstwa Harrow, Severed czy The Black Monday Murders produkcja przypadnie do gustu. I dla nich dobra informacja, którą przekazał mi Krzysztof Tymczyński: „Obecnie na łamach magazynu Image+ leci wstęp do drugiej części, która ma się ukazać w przyszłym roku”.

Scott Snyder (sc.), Jock {właśc. Mark Simpson} (rys.), „Wiedźmy”, tłum. Robert Lipski, Mucha Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 2+, rysunki: 5+, kolory/cienie: 6]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Daredevil. Nieustraszony. Tom 2

04/01/2018 § Dodaj komentarz


 Matt Murdock przyciśnięty do ściany

Tak, to jest równie dobre jak pierwszy tom. Trzeba. O pierwszym tomie pisałem na stronie. Chwaliłem (klik! klik!). Oto dobrze znany Daredevil. W cywilu ślepy prawnik, który nocą walczy z przestępcami na ulicach, a za dnia walczy o poszanowanie prawa na sali sądowej. Tak to u niego działało przez minione dekady. Tylko że status quo zostało naruszone – ktoś podał opinii publicznej osobiste personalia śmiałka w czerwieni. Zaczyna się okres narastającego chaosu.

Tom drugi to kontynuacja i rozwinięcie tego motywu. W pewnym momencie bohater przestaje próbować kontrolować chaos, czy też z nim walczyć, a zamiast tego poddaje mu się i pozwala poprowadzić, stając się jedną z niszczących sił. Daredevil ma nadzieje, że uda mu się jednocześnie niszczyć i tworzyć, ale to wcale nie jest takie proste.

„Dwójka” to kolejna cegła napakowana po brzegi świetnym operowaniem możliwościami medium, jaki jest komiks. Kreując przygody herosa Bendis był u szczytu swoich możliwości, napisał świetne, żywe dialogi, pulsujące i napakowane emocjami i wiarygodnością (tu propsy dla ‘Szpaka’, tłumacza, który tego nie pogrąża). Równie dobrze operował kadrowaniem, upływem czasu w kadrach i poza nimi, które równie dobrze ze scenariusza na papier przelewał w swój brudny i pełen zadziorów sposób Maleev. Po prostu świetna robota, górny poziom, do którego mainstream zwykle nie sięga. Praktycznie powała.

Po bieżący tom warto jednak sięgnąć nie tylko dlatego, że jest napisany i narysowany równie dobrze, co pierwszy. To nie więcej tego samego dobra. To jest coraz więcej dobra. Matt Murdock zawsze był postacią borderline’ową, zawieszoną między swoimi dwoma obliczami, z których każde jest drugą stroną tej samej monety. Bendis przyciska go tu do ściany, zmusza do poddania się jednemu z jego wizerunków bądź zlania ich w jedność. W końcu prowadzi do jednej z najmocniejszych i najważniejszych konfrontacji w świecie Marvela, która tu faktycznie przynajmniej na jakiś czas ma swoje poważne konsekwencje.

Czytajcie Daredevila, bo czyta się go jednym tchem, to serial, gdzie trudno poprzestać na jednym zeszycie/odcinku, od razu się sięga po kolejny. Telewizyjne serie Netflixa nie potrafią tak trzymać tempa i napięcia, a ten komiks i owszem. Gdybym miał coś polecić komiksowemu ignorantowi, co dotąd tylko kino i seriale, to właśnie byłby to ten tytuł.

Czytajcie Daredevila, bo to jedna z najlepszych minionego roku!

Brian Michael Bendis (sc.), Alex Maleev & Michael Golden & Greg Horn & P. Craig Russell & Jae Lee & David Finch & inni (rys.), „Daredevil. Nieustraszony. Tom 2”, tłum. Marceli Szpak {pseud.}, Klub Świata Komiksu – album 1257, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Przemysław Pawełek]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Matt Hollingsworth at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: