Deadpool Classic. Tom 2

09/08/2017 § Dodaj komentarz


Kill… Love Is All Around

Ever fallen in love with someone
Ever fallen in love, in love with someone
Ever fallen in love, in love with someone
You shouldn’t have fallen in love with

Buzzcocks

Zupełnie niedawno – w ramach serii Marvel Now! – Deadpool się żenił, a przy okazji wspominał wszystkie swoje wcześniejsze związki. No, prawie wszystkie. Teraz nadszedł czas, aby klasyczne opowieści z jego przygodami ukazała nam nieco więcej romantycznych perypetii. Oczywiście walk, trupów i typowego dla serii humoru także nie zabrakło, a jeśli w poprzednim tomie brakowało Wam gościnnych występów czołowych herosów Marvela, teraz nieco się to zmieni.

Ech te hormony! W końcu pewnie odpuszczą, jednak póki co Deadpool wzdycha do poznanej całkiem niedawno Siryn. Niestety podglądanie jej nocą przez okno musi zaczekać, kiedy uprowadzony zostaje jego kumpel (i dostawca broni) Weasel. Kidnaperem okazuje się być Taskmaster, który ma co do niego konkretne plany, a Deadpoola postanawia wykorzystać do linczu szkoleniowego dla swoich ludzi. Co może mu się udać, bowiem posiada zdolność zapamiętywania ruchów przeciwnika i nasz najemnik z nawijką nie jest w stanie niczym go zaskoczyć. W tej sytuacji bez znaczenia wydaje się fakt, że posiada czynnik gojący, który zapewnia mu niemalże nieśmiertelność.

Z tym czynnikiem zresztą może być problem. Zaczyna bowiem szwankować, o czym dowiaduje się T-Ray. Co więcej Deadpoolowi grozi śmierć, a ocalić go może tylko… krew Hulka. Mało? Dodajcie więc do tego pojawienie się Typhoid Mary i Vamp, gościnny udział Daredevila i Stana Lee plus historię opowiadającą o wydarzeniach, jakie miały miejsce zanim Wade stał się tym, kim jest, i przekonajcie się co do zaoferowania ma klasyczny Deadpool.

Pierwszy tom serii (klik! klik!), który na polskim rynku ukazał się kilka miesięcy temu, zebrał różnorodne oceny. Jego odmienność od przygód znanych z Marvel Now!, prostota i typowy dla lat 90. XX wieku styl jednych odrzucił, innym – w tym mnie – przypomniał stare TM-Semicowe komiksy, do których mam wielki sentyment. Jakkolwiek by jednak nie odbierać tego albumu, nie można mu było odmówić znaczenia. Prezentował bowiem zbiór historii z samych początków istnienia Deadpoola, zaczynając od jego debiutu na łamach New Mutants, przez dwie pierwsze miniserie z jego przygodami, na pierwszym numerze regularnej serii kończąc. Drugi tom zbiera zeszyty #2-8, #-1 owej serii oraz Dardevil/Deadpool Annual 1997 i prezentuje się o wiele lepiej, niż się spodziewałem.

Scenariusze są zabawniejsze, niż poprzednio, więcej też się dzieje, głownie za sprawą krótkich, zamkniętych epizodów z życia głównego bohatera. Dużą rolę odgrywa tu wątek miłosny, sporo jest też komiksowej satyry, a dla tych, którzy stęsknili się za poważniejszymi fabułami, także coś się znajdzie. Miłe są też smaczki pokroju odniesień do rewelacyjnej miniserii Daredevil: The Man Without Fear Franka Mllera i Johna Romity Jr, a całość ma po prostu swój charakter.

Gorzej wypadała tym razem szata graficzna. W pierwszym tomie ilustracje były realistyczne, typowe dla okresu, w którym powstały, drugi kontynuuje to, co widzieliśmy w jego finale, czyli bardzo proste i kolorowe cartoonowe rysunki. Jednakże, chociaż na pierwszy rzut oka nie kupiły mnie one, muszę przyznać, że naprawdę pasują do tej historii. Dzięki nim Deadpool staje się szaloną kreskówką, w której dużo jest trupów i niewybrednych żartów, często w tonacji czarnego humoru.

Z połączenia wszystkich tych elementów powstał ciekawy komiks, taka trochę ułagodzona wersja Lobo. Wielkie wydarzenia nie mają tu miejsca ani nie padają ważkie pytania, ale Deadpool dostarcza solidnej porcji dobrej rozrywki. Jeżeli macie ochotę na coś takiego albo podobał Wam się film kinowy, to zdecydowanie album dla Was.

Joe Kelly (sc.), Ed McGuinness & Kevin Lau & Aaron Lopresti & Bernard Chang & inni (rys.), „Deadpool Classic. Tom 2”, tłum. Oskar Rogowski, Klub Świata Komiksu, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Reklamy

Anihilacja. Tom 1

06/07/2017 § Dodaj komentarz


 Pierwsza fala

Anihilacja to zakrojony na szeroką skalę crossover, jaki w latach 2006-2007 przetoczył się przez kosmiczne (czytaj: pozaziemskie) uniwersum wykreowane przez Marvel Comics. Wielopoziomowy event rozgrywa się w tym samym czasie, gdy na Ziemi odczuwalne są skutki słynnego zaklęcia: „Nigdy więcej mutantów!”, rzuconego w serii Ród M przez Scarlet Witch. Kosmicznym oprawcą jest Annihillus ze Strefy Negatywnej. Owadopodobny stwór wraz ze swoją wierną armadą, zwaną ‘Falą Anihilacji’, ma w planach podbić wszystkie cywilizacje.

Dzięki oficynie Egmont Polska na rodzimym rynku komiksowym pojawił się w styczniu pierwszy tom tej serii. Całość planowana jest przez edytora na łącznie trzy odsłony. Bieżąca zawiera następujące miniserie: Drax Niszczyciel, Anihilacja: Prolog oraz Anihilacja: Nova. W pierwszej poznajemy zielonego Draxa Niszczyciela. Tak, tego samego, który występuję w filmie i komiksie Strażnicy Galaktyki. Bohater trafia na Ziemię, gdy w miejscowości Coot’s Bluff na Alasce rozbija się więzienny transportowiec, który przewoził galaktycznych przestępców. Katastrofę przeżyło jeszcze czterech innych osobników. Ekipa szybko się zorganizowała i zaczęła terroryzować pobliskie miasteczko, zmuszając ludzi do niewolniczej pracy. Do walki z nimi stają Drax oraz nastoletnia Cammi.

Dziewczynka i kosmita to ważne postaci, które uczestniczą we wszystkich dalszych zdarzeniach. W kolejnej miniserii udaje im się wydostać z Ziemi, potem trafiają na Xandar, gdzie właśnie trwa pełna mobilizacja Korpusu Nova. Fala Anihilacji jest zbyt ogromna, obrońcy zostają wybici do nogi. Z pożogi ocaleli jedynie Drax, Cammi oraz Richard Rider, jedyny Ziemianin, który był członkiem Korpusu. Na jego barki spada odpowiedzialność ocalenia xandariańskiego Wszechumysłu. I w tym miejscu płynnie przechodzimy do ostatniego cyklu, w którym trójka naszych bohaterów aktywnie poszukuje sprzymierzeńców zdolnych przeciwstawić się armadzie Annihillusa. Na planecie Nycos Aristedes spotykają Quasara – samozwańczego obrońcę wszechświata obdarzonego supermocami, który również pochodzi z Ziemi.

Głównym pomysłodawcą eventu jest Keith Giffen, który odpowiada za dwie pierwsze fabuły pomieszczone w omawianym tomie. Trzeba oddać sprawiedliwość scenarzyście – nie brakuje mu ani fantazji, ani wizji. Wykreowane przez niego wydarzenie ma iście epicki charakter. Nie zważając na kultowe postaci Marvela, buduje spójną rzeczywistość z mniej znanych superbohaterów (tj. zapomnianych ‘odrzutów’), którzy dopiero po zakończeniu Anihilacji przebijają się do ‘pierwszej ligi’: Drax, Star-Lord czy Nova. Osobiście najbardziej spodobała mi się nastoletnia Cammi, która nie zważając na nic, zawsze mówi, to co myśli. Wynika z tego wiele zabawnych sytuacji, a ironiczne i gorzkie słowa dziewczyny stanowią przeciwwagę dla niepozbawionych patosu wypowiedzi innych bohaterów.

Pod względem graficznym komiks plasuje się średnio. Najlepiej wypadają prace Mitchella Breitweisera, który zilustrował opowieść Drax Niszczyciel. Rysownik nie miał wcale łatwego zdania, bo dużo scen dzieje się w nocy i gdy pada deszcz, mimo to plansze pozostają czytelne. Docenić należy także dynamikę scen walki między byłymi więźniami. Najsłabiej wyglądają plansze, które wyszły spod ręki Scotta Kolinsa i Ariela Olivettiego, którzy moim zdaniem nie wykorzystali okazji, aby właściwie ukazać kosmiczne walki, sceny bitewne, batalie i potyczki. Mogły wyglądać spektakularnie, ale przedstawiają się niedbale i schematycznie.

Nie jestem jakimś wielkim wielbicielem superhero ze stajni Domu Pomysłów, jednak doceniam widowiskowość, ogólny zamysł i wykonanie Giffena. Na szczęście Anihilacja nie wygląda na typową nawalankę w stylu: wszyscy ze wszystkim i przeciwko wszystkim. Z pewnością ‘in plus’ zaliczyć należy zaangażowanie w opowieści bohaterów mniej znanych i umieszczenie zdarzeń z dala od Ziemi. Postaci Draxa i Cammi, którzy służą czytelnikowi za przewodników po świecie przedstawionym, są wiarygodnie i ciekawie skonstruowane; interesująca jest już niejednoznaczna relacja łącząca wspomnianą parę bohaterów. Recenzowana pozycja to czysta rozrywka, którą dobrze się czyta. Może zainteresować nie tylko wielbicieli komiksów spod znaku trykotów i supermocy, tym bardziej że nie jest wymagana znajomość całego uniwersum Marvela.

Keith Giffen & Dan Abnett & Andy Lanning (sc.), Mitch Breitweiser & Scott Kolins & Ariel Olivetti & Kev Walker (rys.), „Anihilacja. Tom 1”, przeł. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1082, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 3, kolory/cienie: 3+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Punisher Max. Tom 1

16/05/2017 § 2 Komentarze


Punisher na maxa

Kiedy w roku 2000 Garth Ennis, świeżo po skończeniu pracy nad swoim opus magnum Kaznodzieją, przejął pisanie przygód marvelowskiego mściciela, Punisher nie miał się najlepiej. Zabity, a następnie wskrzeszony w miniserii Purgatory stał się „niebiańskim” agentem pracującym zarówno dla aniołów, jak i demonów. To się nie mogło udać, dlatego Ennis z miejsca odrzucił kontynuowanie fabuły i skupił się na walce Franka Castle’a z gangsterami i bandytami. Dwunastoczęściowy run, zatytułowany Witaj w domu, Frank okazał się strzałem w dziesiątkę, a irlandzki scenarzysta dostał możliwość napisania nie tylko kilku oneshotów i miniserii, ale też całego cyklu, a potem i kolejnego, już w ramach linii Max przeznaczonej dla dorosłych czytelników. I to właśnie te ostatnie przygody, krwawe, brutalne i wulgarne, trafiły niedawno do rąk polskich czytelników. I chociaż przemoc osiąga w pierwszym tomie serii absurdalne rozmiary, mimo wszystko jest to rewelacyjny komiks, który czyta się jednym tchem.

Historia w nim opowiedziana jest w zasadzie prosta. Punisher morduje kolejnych gangsterów – bossów, pomniejszych żołnierzy czy nawet „emerytowanych” już członków mafijnych rodzin – i to masowo. Chce ich zabijać tak długo, aż przestaną pojawiać się kolejni na ich miejsce. Osaczeni przestępcy chcą się pozbyć wroga za wszelką cenę, ale nie tylko oni polują na Mściciela. Pewna tajemnicza grupa nie tylko jest w stanie go wyśledzić, ale także ma po swojej stronie Micro, dawnego współpracownika Franka. Czy tym razem przeciwnicy zdołają powstrzymać samozwańczego egzekutora?

W pierwszej miniserii o Punisherze (Circle of Blood) twórcy postawili istotne pytanie: Ile przemocy i zabijania znieść może jeden człowiek? Ennis kontynuując tradycję zastanawia się czy istnieje sposób, aby Frank Castle przestał być Mścicielem. Oczywiście robi to w charakterystycznym dla siebie stylu, psychologii postaci szukając wśród przerysowanej brutalności, hektolitrach krwi i czarnym humorze. Punisher, niby Rambo w czwartej odsłonie swoich przygód, chwyta za karabin maszynowy i rozpoczyna spektakularną rzeź. Ale nie jest to masakra dla masakry, chociaż Ennis lubuje się w okrucieństwie. Autor po raz kolejny pokazuje więc zagubionego człowieka, który nie potrafi przestać mordować. Śmierć rodziny z rąk gangsterów to jedynie pretekst, by móc strzelać do kolejnych ludzi pod płaszczykiem walki z bezprawiem. Czy w takiej sytuacji istnieje jeszcze jakaś granica? I gdzie są resztki człowieczeństwa Punishera? Odpowiedzi, jak zawsze u tego scenarzysty, są mroczne i niepokojące.

I w takim tonie utrzymane zostały również ilustracje – przynajmniej w pierwszych sześciu z zebranych tu zeszytów. Kreska jest brudna, kadry ciemne, a Lewis LaRosa nie unika pokazywania wprost ran i okaleczeń. Prościej wyglądają kolejne części w wykonaniu Leandro Fernándeza, ale i one mają swój klimat i urok, a przede wszystkim pasują do pisanego przez Ennisa scenariusza.

Wprawdzie mogłoby się wydawać, że Punisher Max nie ma do zaoferowania nic ponad mocną rozrywkę, jednak to tylko pozory. Z tym z komiksem jest tak jak z filmami Tarantino, wystarczy spojrzeć poprzez tryskającą krew, a okazuje się, że naprawdę kryje się tam coś więcej. Ennis po raz kolejny nie zawiódł, a recenzowany tytuł jest jedną z najlepszych opowieści wydanych przez Egmont w ramach klasyki Marvela. Warto sięgnąć, szczególnie że nadaje się dobrze również dla nowych odbiorców. Warto też czekać na kolejne tomy, tym bardziej że Egmont od czerwca zaczyna wznawiać Kaznodzieję, co gwarantuje, iż Ennis nieprędko zniknie z księgarskich półek.

Garth Ennis (sc.), Lewis LaRosa & Leandro Fernández (rys.), „Punisher Max. Tom 1”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1115, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

X-Men: Mordercza geneza

03/05/2017 § Dodaj komentarz


 Mutanci, duchy i tajemnice Xaviera

To, że marvelowscy mutanci nigdy nie mieli lekko, wie każdy czytelnik ich przygód. Jednak to wydarzenie opublikowane jako Ród M stało się jednym z najcięższych okresów w ich historii. Scarlet Witch wymazała istnienie większość homo superior oraz sprawiła, że miał już więcej nie narodzić się żaden przedstawiciel tej rasy. Album Mordercza geneza podejmuje opowieść właśnie w tym miejscu i korzystając ze sprawdzonych schematów fabularnych wrzuca X-Menów w wir szalonej walki, która wydaje się nie mieć dobrego zakończenia.

Po ostatnich wydarzeniach dla mutantów nadszedł kolejny ciężki okres wypełniony niepewnością i pytaniami. Nikt nie wie gdzie zniknął ich mentor, Charles Xavier. Hank natomiast zastanawia się nad jeszcze jedną kwestią: co się stało z odebraną mocą tysięcy mutantów. W przyrodzie nic przecież nie ginie, energia jest stała, więc i ta nie mogła zniknąć. Tymczasem na orbicie w zniszczonym promie kosmicznym pojawia się tajemnicza postać. Jej przybycie na powierzchnię Ziemi wraz z wrakiem wahadłowca alarmuje X-Menów, bowiem osobnik ów dysponuje mocą przynajmniej poziomu Omega. Scott, Wolverine i Rachel ruszają na miejsce, chcąc dotrzeć tam przed wojskiem i zbadać całą sytuację. Nie są jednak gotowi na to, co tam zastaną.

Tymczasem wokół X-Menów zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Duchy zmarłych bliskich pojawiają się w ich otoczeniu, a koszmarne wspomnienia przybierają konkretne kształty na ich oczach. Jaki to wszystko ma związek z głęboko skrywanymi sekretami Xaviera, na trop których wpada Sean? I czemu nowy, potężny wróg X-Men wydaje się znać przynajmniej część z nich, jakby już kiedyś się spotkali?

Mordercza geneza to sześcioczęściowa miniseria, która miała znaczący wpływ na wydarzenia głównych x-menowych tytułów. Całość nie jest szczególnie odkrywcza. Schemat narracyjny znany jest miłośnikom komiksów od lat, jednakże siłą albumu Eda Brubakera, jest jego wykorzystanie. Autor między innymi Zimowego żołnierza wziął na warsztat historię o tajemnicach przeszłości, podlał ją szybką akcją, dużą ilością wydarzeń i niebezpieczeństw i zmiksował w jedną, naprawdę znakomitą całość. Od pierwszych stron dzieje się dużo, nie ma chwili na nudę, a odbrązowienie Charlesa Xaviera dodaje charakteru zarówno postaci, jak i całej opowieści.

Co warto nadmienić Mordercza geneza mocno związana jest z legendarną Drugą genezą. Zaczynają od tytułu i okładki, przez treść wracającą do opisanych tam wydarzeń i odmieniającą ich oblicze, po wprowadzenie do fabuły nowych postaci. Czyta się to znakomicie, a na miłośników mutantów znających dobrze ich losy czeka wiele nawiązań uprzyjemniających lekturę. Bardzo dobrze wypadły także krótkie komiksy rysowane przez Pete’a Woodsa, przybliżające przeszłość nowych postaci.

A skoro o rysunkach mowa, odpowiedzialny za szatę graficzną głównej treści Trevor Hairsine wykonał kawał dobrej roboty. Jego nowoczesne, realistyczne rysunki w sam raz pasują do niniejszej opowieści. Ilustracje są dynamiczne, mroczne i odpowiednio efektowne, czyli takie, jakie być powinny. Chociaż patrząc na okładki stworzone przez Marca Silvestriego chciałbym zobaczyć ten album w jego wykonaniu.

Lubicie X-Menów? Tak. To koniecznie sięgnijcie po omawiany komiks, bo przedstawia ważny etap w historii mutantów. Wypada też wspomnieć, że fabuła Brubakera doczekała się także wersji What if…, ale jak to mówią, to już zupełnie inna historia…

Ed Brubaker (sc.), Trevor Hairsine & Scott Hanna (rys.), „X-Men: Mordercza geneza”, tłum. Kamil Śmiałkowski, Klub Świata Komiksu – album 1109, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Deadpool Classic. Tom 1

15/03/2017 § Dodaj komentarz


 Śmierci pula u Deadpoola

Chociaż postać Deadpoola została wykreowana jako odpowiedź na Deathstroke’a z wydawnictwa DC Comics, zawsze uważałem go za niewydarzoną kopię Lobo. Z kim innym bowiem może kojarzyć się psychopatyczny morderca do wynajęcia, który potrafi się regenerować, nie umiera, a przy okazji jego przygody, choć krwawe, dalekie są od tonacji na serio? Właśnie. Przyznaję, nie przepadałem za nim, kiedy gościnnie pojawiał się na łamach serii Amazing Spider-Man; pewnie dlatego, nie sięgałem po samodzielne przygody Wade’a Wilsona. Ale klasyka? To chyba wypada znać, prawda? Dziś uważam, że olschoolowy Deadpool, to kawał dobrej komiksowej roboty. Rzecz utrzymana w typowym dla lat 90. XX wieku klimacie, z którą powinni zapoznać się również ci mający alergię Deadpoola.

Bohatera poznajemy w momencie, kiedy, na zlecenie Tollivera, ma zabić Cable’a. Zjawia się więc w bunkrze New Mutants, zaczyna walkę i… przegrywa. Wyszczekany, niemal niezniszczalny antybohater, który był jednym z eksperymentów Broni X przegrywa! Ale to dopiero początek. Jakiś czas później w Sarajewie Deadpool staje do walki z polującymi na niego najemnikami. Po śmierci Tolliera, za zabicie którego jedni oskarżają Cable’a, a inni naszego antyherosa, pojawiła się plotka o tajnym testamencie. Nikt nigdy nie widział go na oczy, ale każdy wie, że mówi on jasno – zwycięzca zgarnia łupy. Dlatego każdy poluje na każdego. A dokładnie, to na każdego, kto kiedykolwiek pracował z Tolliverem. Deadpool w zabijaniu ma niemało zabawy, ale kiedy na horyzoncie pojawiają się tacy przeciwnicy, jak Kane czy Juggernaut, to może być nieco ciężej, szczególnie jeśli chce się jednocześnie dowiedzieć prawdy o Vanessie.

W pierwszym tomie Deadpool Classic znalazło się dziesięć zeszytów prezentujących cztery fabuły z tytułowym antybohaterem. Pierwszy przedstawia jego debiut na łamach The New Mutants. Kolejny Goniąc w kółko, to pierwsza miniseria z jego przygodami, potem mamy jej bezpośrednią kontynuację o tytule Grzechy przeszłości, a wreszcie pierwszy numer regularnej serii z Deapoolem. W skrócie – dla fanów postaci to pozycja absolutnie obowiązkowa, w kompleksowy sposób przedstawiająca najistotniejsze publikacje z początków kariery postaci.

Jeśli czytaliście współczesne komiksy z Deadpoolem (czy to wydawane w ramach Marvel Now!, czy też WKKM) musicie wiedzieć, że „classic” Wade, to postaci zupełnie inna. Nie jest tak gadatliwy, nie jest też tak cięty, mniej w nim humoru, a jego przygody stanowią kwintesencję tego, co w latach 90. ubiegłego wieku oferował Marvel. Komiks jest nieco naiwny, przerysowany i pod każdym względem przypomina kino akcji klasy B. Dzieje się w nim dużo, nie zawsze z sensem, ale to i tak ma swój czar. Oldschoolowy urok dawnych, infantylnych, ale wciąż pociągających komiksów – szczególnie dla pokolenia czytelników wychowanych na zeszytówkach od TM-Semic.

Do tego dochodzą znakomite rysunki. O fabułach pisanych przez Liefelda można powiedzieć niejedno krytyczne słowo, to jego ilustracje (a także grafiki w wykonaniu Churchilla, Weeksa, czy Madureiry) przypominają to, co w latach 90. Marvel miał najlepszego. Kreska przypomina tutaj dokonania Todda McFarlane’a: pełna detali, ale i prostoty, wpada w oko, a we mnie dodatkowo budzi sentyment. W końcu na podobnie rysowanych komiksach się wychowałem. I jakie one wtedy robiły wrażenie.

Zatem gorąco polecam Deadpool Classic, bo to świetny (i dobrze wydany) album. Dosłownie: klasyka dla miłośników postaci, ale też i X-Menów oraz Spider-Mana (tytułowy antybohater w pewnym stopniu wzorowany był na Pajęczaku, co widać wyraźnie choćby w rzucanych przez niego żartach). Fani komiksów Marvela będą więc usatysfakcjonowani.

Fabian Nicieza & Mark Waid & Joe Kelly (sc.), Rob Liefeld & Joe Medureira & Ian Churchill & Lee Weeks & Ken Lashley (rys.), „Deadpool Classic. Tom 1”, tłum. Oskar Rogowski, Klub Świata Komiksu – album 1095, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Elektra: Assassin

04/01/2017 § Dodaj komentarz


Zabójcza Elektra

bill-sienkiewicz-elektraJeśli widzieliście film Elektra, to zapomnijcie o nim. Zupełnie nieudana kinowa adaptacja, która nie ma prawnie nic do zaoferowania. Podczas gdy dzieło duetu Miller & Sienkiewicz, to kawał świetnego komiksu, który zachwyca w szczególności rewelacyjną stroną graficzną. A tak przy okazji, album jest już kultową opowieścią, która zgłębia psychikę jednej z najważniejszych postaci kobiecych Marvel Comics.

San Concepcion, Ameryka Południowa. W zatoce zostaje znaleziona Elektra. Poraniona noga, otarcia od lina na nadgarstkach i kostkach… Przeżyła utonięcie, teraz zabiła dwóch policjantów, próbuje uciec, ale trafia do szpitala psychiatrycznego, o którym krążą plotki, że przyjmuje jako pacjentów osoby niewygodne politycznie. Tuż przed lobotomią udaje jej się zbiec. Znalazła wroga, śmiertelnego – tajemniczą Bestię, którą protagonistka uosabia z postacią ambasadora Stanów Zjednoczonych, Reicha. Tropem wyszkolonej morderczyni, władającej technikami i bronią wojowników ninja, rusza agent S.H.I.E.L.D. Garrett, który w walce z Elektrą stracił partnera. Jednakże dzieje się z nim coś dziwnego. Zafascynowany morderczynią, czujący do niej niemalże perwersyjny pociąg, elektra-millerma wrażenie, że Elektra siedzi w jego głowie. Dosłownie. Rozdarty przez sprzeczne uczucia, daje się jej wciągnąć w szaloną grę, która wiedzie oboje coraz wyżej po szczeblach władzy i spisku…

Przełom lat 1986-1987 był najlepszych okresem twórczym w życiu scenarzysty i rysownika (a z czasem także reżysera filmowego i sporadycznego aktora) Franka Millara. To wtedy zaprezentował światu dzieła, które na zawsze zmieniły oblicze komiksu – Powrót Mrocznego Rycerza, Batman: Rok pierwszy, Mroczny Rycerz kontratakuje i Daredevil: Odrodzony, a wśród nich dwie opowieść stworzone wspólnie z Billem Sienkiewiczem, prawnuczkiem naszego noblisty, Henryka Sienkiewicza, stanowiący prolog OdrodzonegoDaredevil: Love and War oraz Elektra: Assassin.

Jak przedstawia się ten ostatni, najbardziej interesujący nas w tej chwili, tytuł? Na pewno bardzo intrygująco, gdyż mieści w sobie cały przekrój zainteresowań Millera, który zresztą stworzył (a potem uśmiercił, niestety wbrew obietnicom wydawcy przywrócili ją bill-sienkiewiczdo życia) Elektrę. Mamy zatem wojowników ninja, sensacyjną akcję, łączącą w sobie coś z kryminału i coś ze szpiegowskich historii, dużo broni, strzelanin, walk, jest wreszcie także satyra polityczno-społeczna a nawet cyberpunk. Nie zabrakło również seksualności, chociaż nie ma tutaj erotyki, i sporej dozy brutalności. Ale taki właśnie jest Miller, a przynajmniej był, zanim zaczął tworzyć karykaturalne opowieści, jakie prezentował niedawno. Zaangażowany, łamiący schematy, choć też czasami dziecięco naiwny – jego komiksy zachwyciły mnie niemal półtorej dekady temu i Elektra odnowiła te uczucia. Dobrze napisana, czasem szaleńczo chaotyczna, wręcz oniryczna, czasem realistyczna, bawi się fabułą, eksperymentuje i analizuje spaczony umysł, do którego daje nam wgląd.

Taka opowieść wymagała więc specjalnej oprawy graficznej, za którą wziął się Bill Sienkiewicz. Sienkiewicza w Polsce znamy głównie z czasów niezapomnianego TM-Semic (całe mnóstwo Spider-Manów z lat 90. mogło pochwalić się ilustracjami, do których nakładał tusz), a bardziej współcześnie choćby z Sandman: Noce nieskończone. Elektra: Assassin to jednak jedno z najlepszych jego osiągnięć, pozwalające sobie na równie wiele eksperymentów, co scenariusz Franka Millera. Jego przepięknie malowane rysunki głównie są hiperrealistyczne, ale nie brak także dziecinnych ilustracji czy oniryczno-symbolicznych sekwencji, elektra-assassinktóre jakże doskonale pasują do treści. A nawet więcej – przewyższają ją. Fabuła Millera, owszem, jest bardzo dobra, ale to właśnie ilustracje Sienkiewicza po prostu zachwycają.

Na koniec jeszcze słówko o wydaniu. Klasyka Marvela od Egmontu edytorsko prezentuje się jak zwykle bez zarzutu. Świetny papier, znakomita jakość druku, twarda oprawa, dodatki w tym wypadku są skromne (jedna grafika plus posłowie wyjaśniające to i owo o historii imprintu Epic Comics i twórcach tego albumu), ale w tym wypadku wszelkie ozdobniki są zbędne. Elektra doskonale broni się sama!

Frank Miller (sc.), Bill Sienkiewicz (rys.), „Elektra: Assassin”, tłum. Jacek Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album 1059, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.

[autor: Michał Lipka]

bill-sienkiewicz-elektrasklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Doktor Strange: Początki i zakończenia

23/11/2016 § Dodaj komentarz


Doktor Strange – wprowadzenie

doctor-strange-beginnings-and-endingsPostać Doktora Stephena Strange, w którego filmową wersję wcielił się właśnie Benedict Cumberbatch, nie jest mi jakoś szczególnie znana. Zapewne wielu Polaków ma podobne odczucia, kojarząc tego bohatera jako dalszoplanową postać w serialu animowanym Spider-Man lub myląc go z osobą Doktora Fate z serii Liga Sprawiedliwych. Szczególnie jeśli bacznie nie śledzą przygód „amerykańskich” superbohaterów. Jednak nie o serialu ani filmie, na który dopiero mam zamiar się wybrać do kina, będzie tu mowa, a o komiksie noszącym podtytuł Początki i zakończenia. Opowiada on alternatywną, względem oryginału, historię drogi Strange’a do tego kim się stał – wielkiego maga i strażnika pomiędzy ciemnością a światłem. Opowieść jakich wiele już można było spotkać w wszelkiej maści książkach, filmach czy grach komputerowych, ale tutaj wypada ona, przynajmniej dla mnie, zadziwiająco ciekawie.

Nim przystąpiłem do lektury komiksu, poszperałem trochę w internecie szukając informacji nie tylko o tytułowym bohaterze, ale też o wszystkich postaciach występując w tym albumie. Wiadomo że uniwersum doktor-strangeMarvela i DC Comics posiada ogrom alternatywnych rzeczywistości, które potrafią się przeplatać. Zabaw ze skokami w czasie, podróżami między wymiarami i mieszaniną magii oraz nauki, jest w tych komiksach od groma. Raz to męczy, innym razem wypada bardzo dobrze. W przypadku Doktora Strange to jest wręcz zalecane, gdyż tytułowa postać jest strażnikiem pomiędzy wymiarami i toczącymi się rzeczywistościami. Właśnie ten element jako pierwszy świetnie obrazuje komiks, choć czytelnik dostrzega to, podobnie jak nasz bohater, dopiero na ostatnich stronach. Jest to z pewnością bardzo udany zabieg, mocno podnoszący wartość całego albumu.

Sama historia jest tutaj pretekstem do ukazania natury i przemiany Stephena Strange z człowieka lekkomyślnego i aroganckiego, w szlachetnego oraz chcącego ratować ludzkie życie. Słowem – klasyka. Od tej strony fabuła nie jest wstanie w wielu miejscach nas zaskoczyć. Strange jeszcze jako student, pracuje w programie Lekarzy bez granic w Tybecie, gdzie zamierza zapunktować u swego wykładowcy. Po powrocie i skończonych studiach zmienia się jednak, stając się coraz bardziej arogancki. Jego talent i zmysł chirurga sprawiają, że dostaje intratne propozycje od wielkich korporacji zajmujących się upiększaniem bogatych ludzi. Słowem Strange zajmuje się chirurgią plastyczną za grube miliony. Niestety pewnego razu ulega wypadkowi w górach co kończy się potrzaskaniem dłoni. Gdy wychodzi ze szpitala traci cały majątek, aby tylko odzyskać daną sprawność w dłoniach, ale jego wysiłki spełzają na niczym. Zatraca się i wtedy na jego drodze staje postać z przeszłości.

Wątpię, aby kogokolwiek zaskoczyła ta część opowieści czy stała się spoilerem, szczególnie jeśli oglądał zwiastuny filmu o Doktorze Strange, przedstawiający oryginalną wersję narodzin tego herosa. Nie ma bowiem tutaj nic, czego byśmy brandon-petersonjuż nie widzieli w masie innych produkcji. Jednak w całym tym powielanym do bólu schemacie pojawia się interesujący element – Devon Ellis. Jest on przyjacielem tytułowego bohatera, z którym zna się od dziecka. Razem dorastali, studiowali i dzielili się przyjemnościami oraz smutkami, jak i kobietami. Tak… obaj panowie nie należeli do wzorów cnoty. Niemniej to postać Devona przykuwa uwagę czytelnika najbardziej, szczególnie w drugiej połowie albumu. Zaskakuje i przeraża jednocześnie, zaś jego wątek pozostaje otwarty, co daje nadzieję na ciekawe rozwinięcie go w przyszłości.

Podobnie wygląda sprawa z osobą Barona Mordo, który jest od wielu lat na służbie u Starożytnego – mędrca stającego się nauczycielem Strange’a i przewodnika po innych wymiarach. Postać Barona przewijała się w przeszłości w wielu komiksach i kilku serialach animowanych, gdzie solidnie zapracował na swoją reputację antagonisty. Obecnie zaś widzimy jego pierwszy upadek, który w istocie jest bardzo krótkim epizodem w całym albumie. Sam Mordo odgrywa istotną rolę w przedstawionej opowieści, szczególnie zaś jeśli idzie o wprowadzenie innej, ważnej dla serii postaci, na scenę, jednak czytelnik dość szybko potrafi go rozszyfrować, a jeszcze szybciej o nim zapomina po skończonej lekturze. Jednak jeśli autorzy będą się trzymać starego kanonu tego maga, to będą mieli spore pole do popisu w następnych tomach.

Początki i zakończenia to naprawdę bardzo dobry album, mimo że w wielu miejscach wieje powielaniem schematu. Z drugiej strony w tym wypadku to pasuje. Poznajemy bowiem początki tytułowego bohatera i zakończenie jegodoktor-strange-comics przyziemnej wędrówki oraz wkroczenie na zupełnie nową ścieżkę życia. O ile można to tak nazwać. Jednak komiks sprawił, że mam teraz spore wątpliwości co do samego filmu, przedstawiającego ten sam okres z życia Doktora. Alternatywna historia wypada w moim odczuciu ciekawiej, bo daje nam człowieka upadłego, który odrodził się z swej próżności aby leczyć w zupełnie inny sposób. Patrząc po tym jak pokpiono sprawę z Civil War czy Suicide Squad (polskich nazw nie podam, bo są wręcz herezją dla tych komiksów), gdzie dużo elementów w samym filmie nie grało, obawy o kolejne adaptacje filmowe komiksów są w pełni uzasadnione. Dlatego cieszę się, że w Polsce została wydany w tym samym czasie ten album, gdyż w razie czego osłodzi on niesmak po seansie.

J. Michael Straczynski (sc.), Brandon Peterson (rys.), „Doktor Strange: Początki i zakończenia”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1039, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.

[autor: Artur Tojza]
[ocena: 8,5]

doctor-strange-jpgsklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Marvel Classic at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: