Jirō Taniguchi: Idący człowiek, Zoo zimą i Samotny smakosz

19/02/2018 § 5 Komentarzy


Rozumiejąc świat lepiej rozumiemy siebie

Przez ostatnie lata skrupulatnie zapisywałem wszystkie przeczytane publikacje (powieści & komiksy & picturebooki) w danym roku. W uprzednim odpuściłem sobie notowanie gdzieś w połowie października, gdy liczba przeczytanych pozycji przekroczyła 300 sztuk. Dlatego właściwie nie wiem, ile (i jakie konkretnie tytuły) w ubiegłym roku przeczytałem. Znam jednak odpowiedź na pytanie o tytuł najlepszego komiksu przeczytanego w 2017 roku: Idący człowiek Jirō Taniguchiego.

Idący człowiek to niezwykły komiks o zwykłym życiu przeciętnego, żonatego mężczyzny w średnim wieku i z lekką nadwagą. Wiem, mało zachęcający opis. Wielu potencjalnych czytelników w powyższym zdaniu znajdzie ostrzeżenie, aby za żadne skarby nie sięgać po wzmiankowaną pozycję. Dlatego powinienem napisać inaczej. Idący człowiek to komiksowe arcydzieło, w którym prawda i piękno ukryte są pod powłoką codziennych wydarzeń, wystarczy zwolnić kroku lub na chwilę przystanąć, aby mieć do nich dostęp, aby zrozumieć, jak cieszyć się życiem.

W głównej mierze życie składa się z epizodycznych zdarzeń, które w większości wypadków i w dłuższej perspektywie nie mają żadnego znaczenia. Codzienność bohatera Taniguchiego ukazuje, że między jednym a drugim trzęsieniem ziemi, można odnaleźć ulotne chwile szczęścia. Wystarczy postawić na spontaniczność, na uwagę i świadome bycie w świecie. Niespieszny przechodzień, z którym obcujemy, odczuwa radość ze spaceru z psem, z faktu, że chłopcy zbili mu okulary, że złapał go deszcz, że dotyka chropowatej kory drzewa, że może z żoną oglądać rozgwieżdżone niebo. Świeckie epifanie, żaden mistycyzm, a bogactwo sensualnych wrażeń, ekstaza rzeczywistości. Scenarzysta postawił na minimalizm w akcji i słowach, dzięki czemu czytelnik nie czuje żadnej presji. Nie ma dydaktyzmu. Autor nie narzuca podobnego oglądu świata, to raczej propozycja.

Bohaterem mangi Zoo zimą jest nastoletni Mitsuo Hamaguchi, który pewnego dnia rzuca stałą, ale nudną pracę w tekstyliach i wyjeżdża do Tokio, aby zrealizować dziecięce marzenie zostania artystą komiksowym. Należy podkreślić przypadkowość okoliczności wyjazdu, to nie było przemyślane działanie. Mitsuo nie szukał nowej pracy, a wykorzystał okoliczność i sposobność, jaką dostał od losu. Taniguchi w swej opowieści idzie krok dalej, wydaje się, że jego bohater jest trochę bezwolny, jakby pozwalał sobą kierować. To jednak błędne rozpoznanie. Chodzi o pewien rodzaj zaufania – sobie – i przyjmowania tego, co dostajemy.

To rzecz także o tym, że nie można całościowo wytłumaczyć ani opowiedzieć rzeczywistości. Podobnie jest z uczuciami, nie da się ich w pełni zracjonalizować czy oswoić. Czujemy się zagubieni, nie rozumiemy, a gdy w końcu pojmujemy własne uczucia, to przychodzi gorzkie rozstanie. Życie nas doświadcza, jest ból i cierpienie, które wypada zaakceptować. Energię inercyjną można twórczo ukierunkować.

Głównym (i jedynym) bohaterem Samotnego smakosza jest niejaki Inagashira Goro, to mężczyzna w średnim wieku, który jest właścicielem firmy zajmującej się importem towarów z Europy. Na przestrzeni całego albumu nie ma żadnej sceny, w której rozmawiałby z jakimkolwiek znajomym, przyjacielem lub towarzyszem(-ką) życia. Jeśli pojawiają się jakieś elementy fabuły, które mogą sugerować, że kiedyś miał bardziej rozbudowane życie towarzyskie, to jedynie we wspomnieniach. Mam wrażenie, że bohater jedzeniem kompensuje pustkę samotności, stara się zapełnić „czarną dziurę” poprzez przebywanie wśród obcych ludzi i pełen talerz.

W Samotnym smakoszu nie chodzi o emocjonalne relacje między bohaterami czy autobiograficzne opowieści z cyklu „z życia wzięte”. To jest opowieść o jedzeniu, ale nie o akcie jedzenia, a o serwowanych potrawach. Niebagatelne znaczenie ma fakt, że obcujemy z kuchnią Japonii. Jak się ukazuje niezwykle bogatą i różnorodną. Z drugiej strony jest to opowieść o tym, że można żyć samemu i wcale nie jest to powód do rozpaczy.

Po komiksy Jirō Taniguchiego sięgam, gdy napada mnie zniechęcenie i marazm, gdy czuję się zagubiony, gdy mam problemy z akceptacją siebie i zastanej rzeczywistości. Dzięki tym kilku pozycjom lepiej rozumiem swoje życie i to, gdzie się aktualnie znajduję. Tak, czytam Taniguchiego, gdy szukam pocieszenia.

Opus

10/11/2017 § Dodaj komentarz


 Metakomiks, czyli bolesne kopnięcie w podbrzusze

Zmarły w 2010 roku Satoshi Kon, który znany jest głównie dzięki pełnometrażowym animacjom, że wymienię tylko Perfect Blue czy Millennium Actress, był również twórcą mang. W Polsce jego rysownicza działalność reprezentowana jest jedynie przez album Opus, który ukazał się staraniem oficyny Studio JG. Z Pewnie nie sięgnąłbym po komiks, gdyby nie entuzjastyczna rekomendacja Szymona Holcmana, który pisał: „(…)chciałbym z całą stanowczością podkreślić, że jest to dzieło wstrząsająco wybitne. Jest to też wielki środkowy palec włożony głęboko w d… wszystkim tym, którzy mówią, że «czytają komiksy, ale nie mangi, bo przecież mangi to nie komiksy». Weźcie przeczytajcie Opusa i weźcie się ogarnijcie”.

Głównym bohaterem opowieści jest mangaka Chikara Nagai, który właśnie kończy rysować ostatnie plansze swego sztandarowego komiksu. Po konsultacji z redaktorami wydawnictwa, które publikuje Resonance, autor decyduje, że w decydującym starciu zginie i antagonista, i protagonista (Maska i Rin). Jednak dzięki swoim parapsychicznym zdolnościom Rin wydostaje się z komiksu i kradnie planszę, na której przedstawiono jego śmierć. Początkowo Chikara przedziwne zdarzenie bierze za majak senny, ale gdy wpada – niczym Alicja do króliczej nory – do własnej mangi, sytuacja ulega całkowitej zmianie. W tym miejscu zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymaki.

Szkatułkowa struktura opowieść niesamowicie działa na wyobraźnię czytelnika, który z punktu daje się wciągnąć w metatekstualną zabawę: manga w mandze, wątki autobiograficzne, przechodzenie z jednej rzeczywistości do drugiej, bo najpierw autor wśród swoich postaci, a potem postaci w świecie autora. Napisałem, że chodzi o ludyczność, ale rzecz ma dużo większe znaczenie i wartość. Kon stawia ważkie pytania, dotyczące procesu twórczego. Czy mityczny moment kreacji jest przejęciem odpowiedzialności za wymyślonych bohaterów? Czy autor jest odpowiedzialny za życie i śmierć swoich bohaterów? Czy autorowi wszystko wolno?

Chociaż występujący w komiksie Chikara broni się przed nazywaniem go „bogiem”, to bez wątpienia jest stwórcą świata. Wymyślone przez niego postaci zyskują świadomość, a ingerencja Rina w fabułę powoduje, że świat ulega powolnemu rozpadowi. Warto podkreślić, że mimo przekraczania światów, przechodzenia w różne strony, scenariusz jest spójny i przystępny. W warstwie fabularnej wiele się dzieje, akcja toczy się szybko, bohaterzy walczą ze sobą, uciekają i ukrywają się. Występujące postaci są dobrze skonstruowane i psychologicznie wiarygodne.

Dzieło Satoshi Kona możemy wpisać w szerszy kontekst. Autor zadaje fundamentalne pytania o to, co jest rzeczywiste i prawdziwe. O charakter stworzenia. O odpowiedzialność za wykreowaną rzeczywistość. Nie wszystkim czytelnikom przypadnie do gustu metaliteracki i metanarracyjny charakter utworu. Podczas lektury nie mogłem nie doszukać się wielu paraleli między komiksem a najnowszym filmem Darrena Aronofsky’ego mother!. Na szczęście japoński twórca o niebo lepiej poradził sobie z tematem.

Satoshi Kon (sc. & rys.), „Opus”, tłum. Jacek Mendyk, Studio JG, Warszawa 2017.

[scenariusz: 6-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Saga Winlandzka. Tom 2

09/11/2017 § Dodaj komentarz


 Wikingowie podbijają Anglię

W połowie września premierę miał drugi tomu serii Saga Winlandzka. Pisząc o pierwszej odsłonie (klik! klik!) zwracałem uwagę na trochę zaskakujący (dla mnie) fakt. Mianowicie jest to komiks japoński, narysowany charakterystyczną mangową kreską, a jego akcja rozgrywa się na początku XI wieku w Europie podczas wielkiej ekspansji Wikingów i podboju Anglii. „Jedynka” mi się podobała, chwaliłem po całości, dlatego niecierpliwie wyczekiwałem dalszego ciągu.

W ramach krótkiego przypomnienia. Osią fabularną jest konflikt między Thorfinnem a Askeladdem. Panowie się szczerze nienawidzą. Bieżąca część rzuca dodatkowe światło na charakter i podłoże ich wzajemnej relacji. Początkowo sympatia czytelnika jest po stronie młodego Thorfinna, który pragnie się zemścić na dowódcy za śmierć swojego ojca, Thorsa.

Scenarzysta poświęca sporo czasu i miejsca, aby ukazać niejednoznaczność i nieoczywistość sytuacji. Tym razem epizody pokazują zachowanie młodzieńca, które ciężko oceniać pozytywnie. Natomiast postać Askeladda zyskuje dodatkową psychologiczną głębię. Nie jest już tylko i wyłącznie bezwzględnym, brutalnym i łasym na kasę oprychem. Bije od niego jakiś spokój, dystans i zrozumienie dla postępowania młodego przeciwnika. I choć mógłby go zabić, to powstrzymuje się od zadania ostatecznego ciosu. Dodatkowym smaczkiem jest poddanie w wątpliwość pochodzenia bohatera. Może wcale nie jest Wikingiem? Może skrycie nienawidzi przyszywanych pobratymców? Może ma zupełnie osobny plan na podbój Anglii?

Podstawowa narracja rozgrywa się w drugiej połowie 1013 roku, gdy duński król Swen Widłobrody wraz ze swoją armią kroczy od zwycięstwa do zwycięstwa przez Mercję, Wessex i Kent. Nie udaje mu się jednak zdobyć Londynu, po kilku próbach jego wojska pomaszerowały dalej, a pod bramami miasta zostawił syna – Knuta, zwanego Wielkim, który wpada w zasadzkę… Większość wątków rozgrywa się na tle realnych wydarzeń historycznych. Co prawda dla przeciętnego czytelnika, którego niespecjalnie kręci szczegółowy i wierny opis podbojów Wikingów, sprawa wierności faktom – chociaż jest ciekawie opowiedziana – ma drugorzędne znaczenie.

Nadal na wysokim poziomie stoi oprawa graficzna. Na plus: 1) zaliczam wysoko rozbudowaną mimiką i gestykulację postaci, która trafnie oddaje emocje; 2) dynamikę scen bitewnych i walk między postaciami; 3) dokładne przedstawienie materialnych realiów epoki (stroje, broń i sprzęty); 4) sceny rozgrywające się w gęstym lesie lub na ośnieżonych polach. Mówiąc kolokwialnie: jest na czym oko zawiesić. Całość prezentuje się nadzwyczaj dobrze i spójnie. W „jedynce” przeszkadzało mi karykaturalne przedstawienie niektórych aktorów drugoplanowych, tym razem Yukimura stawia na realistyczne odwzorowanie. I dobrze!

W recenzowanym tomie akcja ani na chwilę w nie zwalnia tempa. Intryga jest wyborna. Fabuła obfituje w nagłe i zaskakujące zwroty. Bliżej poznajemy motywację występujących postaci, ale to wcale nie znaczy, że przestają zaskakiwać. Całość – od pierwszej do ostatniej planszy – czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem. Tak, Saga Winlandzka jest ze wszech miar pozycją godną polecania.

Makoto Yukimura (sc. & rys.), „Saga Winlandzka. Tom 2”, tłum. Radosław Bolałek, Wydawnictwo Hanami, [bmw] 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Sadbøi

03/11/2017 § Dodaj komentarz


 Nie smutny, ale wściekły

Sadbøi to pozycja zaskakująca. Autorem komiksu jest argentyński artysta, który – jeśli wierzyć informacjom podanym przez polskiego wydawcę – przez jakiś czas związany był z Krakowem. Wyjątkowość pozycji objawia się od razu po otwarciu czy przypadkowym przekartkowaniu: rzecz narysowano w klasycznej mangowej stylistyce. Widać uwielbienie rysownika do japońskiego komiksu, ale ilustracje nie są jedynie ślepym naśladownictwem prac Tezuki, Taniguchiego czy Tatsumiego. Berliac miksuje różne mangowe style i przy okazji dodaje coś od siebie. Dlatego zaliczany jest, obok takich twórców Yokoyama Yūichi czy Jillian Tamaki, do przedstawicieli neo-gekigi.

Kim jest tytułowy bohater? Odpowiedź na to pytanie nie jest ani prosta, ani oczywista. Pewnym jest, że będąc małym chłopcem spotkało go coś strasznego. Razem z rodzicami i innymi osobami płynął przez morze, bo uciekał ze swego kraju, ale rozszalała się burza i wszyscy, z wyjątkiem niego, zginęli. W obcym kraju, w Norwegii, całkiem samotny, trafia pod skrzydła „dobrej” instytucji wychowawczej. Trauma, którą nosi w sobie, nie pozwala o sobie zapomnieć. Demony przeszłości go kształtują. Nade wszystko chce być sobą. Czyli kim? Artystą? Gejem? Złodziejem? Przestępcą?

Wyobcowany, mimo osobistego i emocjonalnego wsparcia ze strony jednej z pracownic instytucji, bez przerwy ustawia siebie poza ramami społeczeństwa. Zbuntowany, perfidnie łamie normy społeczne. Jego postępowanie można uznać za złowieszczą i autodestrukcyjną próbę potwierdzenia, że był, jest i pozostanie obcy, osobny & wyalienowany. Nie ma co liczyć na społeczną akceptację, bo odstaje, bo się świadomie nie zasymilował. Zachowanie bohatera nadzwyczaj często bywa moralnie naganne, ale czy to nie wina różnej maści instytucji pomocy, które wcale nie były pomocne?

Argentyński twórca porusza nadzwyczaj ważkie sprawy: świadomy brak asymilacji imigrantów oraz przestępczość wśród nich. Dlaczego nowi członkowie społeczności nie czują potrzeby zżycia się z ludnością kraju, do którego przybyli? To otwarte pytanie, na które komiksie nie znajdziemy odpowiedzi. Autor sam ustawia się z boku, nie szafuje swoimi prywatnymi poglądami, nie zmusza do przyjęcia swego punktu widzenia. Czytelnik sam musi poszukać – wokół siebie – odpowiedzi. Berliac nie ucieka od wątków trudnych, jak pedofilia czy homoseksualizm wśród więźniów. Całość jest odważna i szczera.

Sadbøi to ważny głos w obywatelskiej dyspucie o roli i obowiązkach państwa, które przyjmuje imigrantów. Jednak wartość omawianego komiksu nie kryje się tylko i wyłącznie w poruszanym temacie. Duże znaczenie ma sensacyjny charakter opowieść, sposób prowadzenie narracji oraz niebywała oprawa graficzna.

 Berliac {pseud.} (sc. & rys.), „Sadbøi”, tłum. Bartosz Czartoryski, Timof Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 5+, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Saga Winlandzka. Tom 1

16/03/2017 § 1 komentarz


 Wikingowie z Japonii

Co byście powiedzieli na japoński komiks, którego akcja rozgrywa się w Europie w XI wieku, a głównymi bohaterami są dzielni Wikingowie z Islandii i Danii, w tym postacie historyczne i dorastający chłopiec, który szuka zemsty na zabójcy swego ojca? Trochę nieprawdopodobne, prawda? A jednak. Pierwszy tom Sagi Winlandzkiej, autorstwa Makoto Yukimury, zabiera czytelnika na pokład drakkaru, aby zafundować emocjonującą podróż do przeszłości.

Przygoda rozpoczyna się od krwawego oblężenia grodu Franków położonego gdzieś nad rzeką. Atakującym nie bardzo się wiedzie, grodzisko jest mocno ufortyfikowane, a obrona dobrze zorganizowana. W sukurs agresorom przychodzi niewielki oddział Wikingów, którzy mają zupełnie inny pomysł na pokonanie obrońców. Wojownikom z Północy chodzi przede wszystkim o łupy i niewolników. Drużynie przewodzi przebiegły Askeladd, z którym ma na pieńku wspomniany powyżej Thorfinn. Młodzieniec, mimo że należy do zastępu dzikich Skandynawów, z całego serca nienawidzi swego kapitana i najchętniej zabiłby go w pojedynku. Kim dokładnie jest syn Thorsa i dlaczego pała taką wielką nienawiścią od swego wodza? Co skrywa zachmurzone oblicze dzieciaka?

Odpowiedzi musimy chwilę poczekać. Po zdobyciu grodu akcja przenosi się do Skandynawii, gdzie następuje podział łupów i pojedynek między Thorfinnem i Askeladdem. Następnie fabuła cofa się o kilka lat. W retrospekcji przenosimy się do Islandii, gdzie w zapomnianej przez Boga i ludzi wiosce spokojne życie wiedzie Thors wraz z rodziną. Większa część omawianego tomu rozgrywa się w przeszłości. Opowieść napisana przez Yukimurę ma znamiona typowej skandynawskiej sagi, w której występuje pokaźna ilość postaci epizodycznych, całość fabuły obfituje w dramatyczne i krwawe wydarzenia. Scenarzysta nie zapomina także o przybliżeniu tła społecznego i ekonomicznego.

Czytelnik głęboko wnika w świat przedstawiony. Dość dokładnie poznaje rozbudowaną menażerię bohaterów, ich wzajemne relacje i strefy wpływów. Dobrze został zaprezentowany wątek, w którym dowiadujemy się, że Thors był kiedyś wielkim wojownikiem, ale się „przebranżowił” (tj. został pacyfistą). Nie udaje mu się jednak uciec przed przeszłością, a konsekwencje dawnych decyzji mają szerokie reperkusje, głównie dla niespokojnego syna. Od pierwszej planszy kibicujemy chłopakowi, który ma w głowie tylko jedno: zemstę. Na uwagę zasługuje jego antagonista, Askeladd, który okazuje się jedną z ciekawszych postaci występujących w komiksie: zadufany w sobie, cyniczny, nielojalny, ale i w jakiś sposób niejednoznaczny moralnie.

Yukimura zadbał o to, aby dokładnie oddać materialne realia epoki. Należy docenić dbałość z jaką przedstawiono statki, uzbrojenie czy wyposażenie domostw. Występujące postaci ukazano realistycznie, dotyczy to zarówno budowy i ruchów ciała, ale również mimiki. Dlatego mocno zgrzyta karykaturalne przedstawienie dowódcy oblegających Franków. Plenerowe sceny bitewne, pojedynki, zasadzki czy inne nagłe zdarzenia charakteryzują się dużą ekspresją i dynamiką. Pierwszy tom Sagi Winlandzkiej liczy sobie prawie 450 stron. Fabuła wciąga, całość od początku do końca czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem.

Makoto Yukimura (sc. & rys.), „Saga Winlandzka. Tom 1”, tłum. Radosław Bolałek, Wydawnictwo Hanami, [bmw] 2017.

[scenariusz: 5-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu ksiazki.wpl.pl, klikać :tu: tak! :tu:

Samotny smakosz

14/03/2017 § Dodaj komentarz


 O tym, co na stole

Zmarły miesiąc temu Jirō Taniguchi należy wąskiej grupy twórców z kraju Kwitnącej Wiśni, którzy na stałe zadomowili się na Europejskim (i Polskim) rynku komiksowym. Wystarczy wspomnieć, że Japończyk ma na swoim koncie kooperację z uznanymi artystami, takimi jak Jean-David Morvan czy Mœbius. W naszym kraju wspomniany mangaka obecny jest za sprawą oficyny Hanami – od 2008 roku opublikowano 9 jego albumów. Autorem scenariusza do Samotnego smakosza jest Masayuki Kusumi.

Główny bohater, niejaki Inagashira Goro, to samotny mężczyzna w średnim wieku, który jest właścicielem firmy zajmującej się importem towarów z Europy. Na przestrzeni całego albumu nie ma żadnej sceny, w której rozmawiałby z jakimkolwiek znajomym, przyjacielem lub towarzyszem(-ką) życia. Jeśli pojawiają się jakieś elementy fabuły, które mogą sugerować, że kiedyś miał bardziej rozbudowane życie towarzyskie, to jedynie we wspomnieniach. W jednej ze scen retrospektywnych widzimy go w Paryżu, obok niego atrakcyjna kobieta o imieniu Sayuki, która wyrzuca mu, że jest tchórzem. Rozmawia jedynie z klientami, właściwie klientkami, swojej firmy i zamawia jedzenie. A następnie oddaje się rozkoszy jedzenia… Mam wrażenie, że bohater jedzeniem kompensuje pustkę samotności, stara się zapełnić „czarną dziurę” poprzez przebywanie wśród obcych ludzi i pełen talerz.

Prawie każdy z rozdziałów wygląda podobnie. Pierwsze sceny dotyczą firmy, następnie bohater myśli: „Ależ jestem głodny…” i wyrusza na poszukiwanie jakiegoś przyjaźnie wyglądającego miejsca, w którym podają jedzenie. Zanim wybierze coś z karty, to długo się zastanawia. W końcu podaje się mu posiłek, zwykle ze słowami: „Przepraszam, że musiał Pan czekać”. Reszta to już onomatopeje, wyrażające zachwyt i radość wynikającą z pałaszowanie pysznego posiłku.

Jak można wnioskować z tego przydługiego wstępu Samotny smakosz, to nie komiks akcji. Nie chodzi w nim o emocjonalne relacje między bohaterami czy autobiograficzne opowieści z cyklu „z życia wzięte”. Omawiana manga jest opowieścią o jedzeniu, ale nie o akcie jedzenia, a o serwowanych potrawach. Niebagatelne znaczenie ma fakt, że obcujemy z kuchnią Japonii. Do czasu przeczytania komiksu, moje wyobrażenie o niej było dość ubogie i ograniczało się do sushi. Należy wspomnieć, że każdy z rozdziałów poprzedzony został krótkim a ciekawym wstępem napisanym przez Magdalenę Tomaszewską-Bolałek, która jest znawczynią kuchni japońskiej, autorką nagrodzonej książki Japońskie słodycze – przyznaję: po przeczytaniu komiksu, zamówiłem sobie wspomnianą książkę.

Graficzny styl rysownika (czysty, klarowny, precyzyjny; kadry narysowane z dużą dbałością o każdy szczegół pierwszego planu oraz tła) zdaje się być idealnym do przedstawienia tej historii, chociaż precyzyjniej będzie jeśli napiszę: opowieści o tym, co na stole. Gdyż właśnie o to, co je główny bohater, jak wygląda jego półmisek, jak rozstawione są dania – to powoduje wzmożoną pracę ślinianek. Dlatego życzę wszystkim, którzy sięgną po Samotnego smakosza – smacznego – bo jest do czego!

Masayuki Kusumi (sc.), Jirō Taniguchi (rys.), „Samotny smakosz”, tłum. Radosław Bolałek, Wydawnictwo Hanami, [bmw] 2014.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 4+] 

{komiks można kupić tu: klik! klik!gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Osiedle Promieniste

13/06/2014 § 1 komentarz


osiedle_promieniste„Wyrównując wzgórze, postawiono nową dzielnicę, która reklamuje się jako miejsce o dobrym nasłonecznieniu, blokowisko, wykorzystując nierówności terenu zostało wybudowane niczym schody” – tokijskie blokowisko, któremu mieszkańcy nadali atrakcyjną nazwę: Osiedle Promieniste jest scenerią akcji mangi autorstwa Inio Asano. Mimo pozytywnej nazwy; pomimo ufności pokładanej przez mieszkańców, że w nowym miejscu, z dala od centrum, będzie im się dobrze żyło, bo z wiarą w lepszą przyszłość, nadzieje mieszkańców okazały się złudne. Nad nowym Osiedlem złowieszczy płaszcz rozpostarła Śmierć.
Komiks Asano składa się z kilku rozdziałów, poprzedzonych prologiem, a zakończonych epilogiem. Każdy z rozdziałów posiada innego głównego bohatera, ale losy wszystkich występujących na kartach komiksu bohaterów się ze sobą krzyżują, zazębiają, wzajemnie na siebie wpływają. Zabieg ten jest bardzo atrakcyjny narracyjnie. Został przez autora wykonany bardzo precyzyjnie.
osiedleNa początkowych stronach poznajemy Nozu, mangakę, którzy przyjechał wraz ze swoją dziewczyną do Osiedla w celu szukania inspiracji i zbierania materiałów graficznych. Para zaczyna śledzić licealistkę, która rozmawia przez telefon, dwie strony dalej, widzimy tę dziewczynę leżącą na bruku, skoczyła i zginęła na miejscu. Z kim rozmawiała przed śmiercią? Gdzie zniknął jej telefon? Kilka stron dalej retrospekcja i już wiemy, że dziewczyna rozmawiała z Tasuku, który po śmierci matki i zdziwaczeniu ojca, postanawia zostać „koordynatorem samobójstw”. Poprzez Tasuku poznajemy Haruko, jej losy także zostają opowiedziane w kolejnej retrospekcji, w niej pojawiają się inne postaci, wysuwające się następnie na główny plan. Taka szkatułkowa budowa akcji przywodzi na myśl rosyjskie matrioszki, jak już wspomniałem powyżej, autorska wizja jest niezwykle precyzyjna i szczegółowo opracowana. wisielec
Nagłe zmiany perspektywy przywodzą na myśl ruch kamery filmowej, która rejestruje niby te same zdarzenia, te same postaci, a jednak punkt widzenia jest inny. Takie podejście powoduje, że nie możemy jednoznacznie ocenić bohaterów. W jednej historii są „tymi złymi”, ale już w następnej wnikamy głębiej, poznajemy motywy ich działań i wcale nie jest nam tak prosto ich ocenić, wydać wyrok. Emocje odczuwane przez bohaterów to najczęściej pustka, bezsens, „bezczas i niemiejsce”, nie radzą sobie z nimi, dlatego tak wielu z nich kończy ze sobą.
Osiedle zaspokaja wszystkie potrzeby mieszkańców, w jednym miejscu jest wszystko, co potrzeba do życia. Jest park, szpital, przedszkole, fabryka, w której pracuje większość dorosłych. Nie trzeba wyjeżdżać. Dlatego ważnym elementem scenografii jest przystanek autobusowy oraz autobus, który w epilogu nabiera cech magicznych. Asano
Osiedle Promieniste to obyczajowa opowieść z elementami realizmu magicznego rodem z Ameryki Łacińskiej. Opowieści snute przez Inio Asano, mimo że w dużym stopniu dotyczą nudy, wcale nie nudzą. A postaci i ich problemy wydają się bardzo znajome.

Inio Asano (scen. & rys.), „Osiedle Promieniste”, tłum. Radosław Bolałek, Hanami, Warszawa 2010.


[scenariusz: 4+, rysunki: 4, kolory/cienie: 3]

{komiks można kupić :tu: lub :tu:}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, aby ją przeczytać, wystarczy kliknąć :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with manga at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: