Koniec zXXXanego świata

12/06/2019 § Dodaj komentarz


Pierwsza miłość i pierwsze morderstwo

Dorastanie niekoniecznie jest okresem czystości i niewinności. Pewna cześć nastolatków nie chce podporządkować się konwencji i presji społecznej, głoszonej przez konformistyczna większość rodziców, nauczycieli, opiekunów, kolegów i koleżanek. Dążenie do „normalności” jest im obce. Kontestacja jest dla nich formą buntu i polega na obronie prawa do indywidualności i własnej tożsamości. Nawet kosztem zejścia na margines. Komiks Koniec zXXXanego świata autorstwa Charlesa Formana opowiada o parze (nie)normalnych nastolatków.

James, wychowywany samotnie przez ojca, jest potencjalnym socjopatą pozbawionym poczucia humoru. Zdystansowanym, stojącym z boku, nie nawiązującym żadnych relacji z rówieśnikami. Chłopak od najmłodszych lat uwielbia pastwić się nad zwierzętami, zadawać ból i, ostatecznie, bestialsko zabijać. Aktualnie fantazjuje o możliwości zabicia człowieka… Alyssa porzucona przez ojca jest wychowywana przez matkę i jej aktualnego partnera. Dziewczyna pragnie bliskości: kochać i być kochaną. Posiada „drobne” zaburzenia emocjonalne: brak empatii i objawy zespołu Tourette’a, czyli papla co jej ślina na język przyniesie, używa wulgaryzmów, dużo przeklina.

Dwoje „ułomków” niespodziewanie tworzy parę. Pewnego dnia, bez wcześniejszego planowania, kradną samochód ojca Jamesa i wyruszają na poszukiwanie ojca Alyssy. Szczęśliwa wycieczka kończy się w chwili popełnienia przez Jamesa morderstwa. Choć jeśli wziąć pod uwagę zmieniające się relacje między Jamesem a Alyssą, to właściwie dopiero wówczas się ona zaczyna.

Wizualnie album ma charakter dziennika-szkicownika. Rysunki są wyraźnie minimalistyczne: kilka prostych podstawowych kresek, które dobrze oddają emocje występujących postaci. Tło ograniczono do minimum, funkcjonuje jedynie pierwszy plan, na którym występują postaci. Osobiście mam słabość do „brzydkich” rysunków, oczywiście pod warunkiem, że nieudolność – tak jak to ma miejsce w tym wypadku – jest zamierzona.

Wbrew pozorom opowieść Formana nie ma charakteru inicjacyjnego, bo nie o dorastanie ani wchodzenie w „dorosłą” odpowiedzialność w niej chodzi. Mimo tego że większość wydarzeń ma miejsce podczas kanikuły, nie jest to również komiks drogi. Rzecz dotyczy zmieniających się relacji między psychopatą a socjopatką. Koniec zXXXanego świata to przewrotna wiwisekcja budowania zaufania i wzajemnych więzi. Rzecz obrazoburcza, bezpośrednia i brutalna.

Charles Forsman (sc. & rys.), „Koniec zXXXanego świata”, tłum. Marceli Szpak, Non Stop Comics, Katowice 2018.


John Wagner i Greg Staples opowiadają o pracy nad albumem „Sędzia Dredd: Mroczna sprawiedliwość”

21/02/2017 § Dodaj komentarz


john-wagner

John Wagner odpowiada na pytania Bartosza Nowickiego:

Bartosz Nowicki: Kiedy Greg Staples poprosił cię o napisanie scenariusza o Mrocznych Sędziach, nie byłeś pewien, czy jest to dobry pomysł. Nie byłeś przekonany, czy masz jeszcze coś do powiedzenia w tym temacie… Chciałbym zapytać o to, w jaki sposób przygotowujesz się do napisania takiego trudnego scenariusza? Gdzie szukasz inspiracji?
John Wagner: Pobudziły ją prace Grega. Kiedy jesteś bombardowany takimi uderzającymi obrazami, ciężko konsekwentnie odmawiać.

B.N.: Akcja „Mrocznej Sprawiedliwości” zaczyna się w miejscu, w którym pozostawiłeś ja w „Dniu Chaosu”. Książka jest kontynuacją większej historii. Można ją jednak czytać jako zamkniętą całość. A dodatkowo jest doskonałym wprowadzaniem do serii dla nowych czytelników. Czy od samego początku starałeś się napisać książkę, która pełni tyle różnych funkcji?
J.W.: Moim głównym celem, oprócz dostarczenia platformy dla sztuki Grega, było przezwyciężenie przewidywalności historii z Mrocznymi Sędziami – na przykład takiej jak ta, że Dredd zawsze wygrywa. Przewidywalność była głównym powodem, dla którego zdecydowałem się już o Mrocznych Sędziach nie pisać. I dlaczego w przeszłości sięgałem po komedię, by stworzyć historie warte napisania.

John Wagner & Nick Percival - Dark Judges: Dominion

John Wagner & Nick Percival – Dark Judges: Dominion


B.N.: Jak znajdujesz „Mroczną sprawiedliwość” z perspektywy czasu? Czy coś byś dziś zmienił? Coś napisał inaczej?
J.W.: Nie, jestem z niej w pełni zadowolony. Zadowolony na tyle, że już pracuję nad kontynuacją, którą ilustruje Nick Percival. Nick także bombardował mnie genialnymi obrazami!

greg-staples

Greg Staples odpowiada na pytania Bartosza Nowickiego:

Bartosz Nowicki: Twoja korespondencja emailowa z Johnem Wagnerem, której fragmenty możemy przeczytać w albumie „Mroczna Sprawiedliwość”, pokazuje, że minęło trochę czasu, zanim John dał się przekonać do współpracy nad „kolejną historią o Mrocznych Sędziach” – i miał ku temu dobry powód. Co pomyślałeś, kiedy otrzymałeś pierwszą, niezbyt pozytywną odpowiedź? Jak ważna w tym momencie była dla ciebie współpraca z Johnem? Czy, w wypadku gdyby John zdecydował się w to przedsięwzięcie nie angażować, brałeś pod uwagę współpracę z innym scenarzystą?
Greg Staples: Tak naprawdę to nad tym konkretnym projektem chciałem pracować tylko z Johnem, ponieważ to on napisał oryginalne pozowaniehistorie: „Sędziego Śmierci” („Judge Death”) oraz „Sędzia Śmierć żyje” („Judge Death Lives”), które czytałem, kiedy byłem dzieciakiem. Te historie mnie przerażały. Może było w tym trochę nostalgii, a może fakt, że ze scenariuszami Johna zawsze dobrze mi się pracowało, w każdym razie postanowiłem, że zabiorę się za to, tylko jeśli on się zgodzi. To prawda, on miał ich (Mrocznych Sędziów) dość, ale ja czułem, że w postaciach wciąż jest iskra grozy, którą warto wskrzesić, bo nie była widziana od dawna. Interesował mnie horror i w pewnym rodzaju kontynuacja „Judge Death Lives”. John powiedział, że groza może być trudna do napisania, ale jeśli wpadłby na dobry pomysł, to mógłby rozważyć moją propozycję.

B.N.: Jak wyjaśniłeś w posłowiu, praca nad komiksem trwała dwa lata. Dlaczego aż tak długo? Czy pracowałeś jednocześnie nad innym projektem?
G.S.: Podjąłem decyzję, aby wszystko namalować ręcznie, bez udziału komputera, więc każde pociągnięcie pędzla zabrało mi dwa razy więcej czasu, niż gdybym malował cyfrowo. Dlatego rok zmienił się w dwa lata. Gdy zacząłem, zdałem sobie sprawę ile to pracy, ale byłem zdeterminowany, aby utrzymać wysoki poziom aż do ostatniego panelu. Komiks przezwałem „Nie kończąca się opowieść”!

B.N.: Bardzo interesuje mnie twój proces artystyczny i związana z nim logistyka. Jak zabrałeś się do tworzenia? Czy od razu narysowałeś cały komiks? A może rozłożyłeś to na poszczególne, sześciostronicowe epizody? Gdy przyszło do robienia zdjęć referencyjnych, ilu sesji potrzebowałeś, by uzyskać cały potrzebny do pracy materiał? Ile osób brało udział w tych sesjach?
G.S.: Dużo przy tym albumie planowałem, więcej niż zazwyczaj. Najpierw rozrysowałem cały scenariusz, tak, aby mieć ogólne pojęcie na temat rytmu historii i tego czego oczekiwałem od jego strony wizualnej. Bardzo mocno zależało mi na tym, szkicaby od samego początku spróbować czegoś, czego wcześniej sam nie widziałem i by zrobić komiks, który czyta się tak jak film: z oświetleniem, dramatem i strukturą. Następnie zrobiłem trzy oddzielne sesje zdjęciowe z kilkoma przyjaciółmi-filmowcami, które były wprawdzie bardzo trudne, ale dały mi szansę na to, aby niemal rozegrać scenariusz. Sam grałem Dredda. Jest sporo zdjęć, na których się w niego wcielam (później, niejednokrotnie byłem modelem Dredda na potrzeby różnych czasopism). Dalej, na pełnowymiarowych stronach, rysowałem ołówkiem po jednym odcinku na raz, używając referencji, choć w większości rysując z głowy. Zrobiłem też szybkie szkice kolorystyczne, które pomogły mi utrzymać spójność i oświetlenie. W końcu namalowałem plansze przy użyciu pędzli i farb akrylowych.

B.N.: Co sprawiło ci największą frajdę podczas pracy nad albumem? A co okazało się najmniej przyjemne?
G.S.:Cieszy mnie rezultat finalny. Odbiór komiksu był świetny. Jednak sama praca była dość trudna, bo bardzo pracochłonna i męcząca. Ostatecznie jestem dumny z tego, że udało mi się go skończyć!

B.N.: Jak znajdujesz „Mroczną sprawiedliwość” z perspektywy czasu? Czy coś byś dziś zmienił? Coś namalował inaczej?
G.S.:Trudno powiedzieć… Wątpię, żebym jeszcze kiedyś chciał zrobić coś w ten sam sposób, planszachyba że widziałbym, że się finansowo będzie opłacało. „Mroczna sprawiedliwość” wyssała ze mnie wszystkie pieniądze, ponieważ nie miałem czasu na inne zlecenia, które normalnie utrzymywałyby mnie na powierzchni. Aczkolwiek, jak ze wszystkim, co trudne, chce się kolejnego wyzwania, aby stworzyć coś, co jakością przebiłoby ostatni wykonany projekt. Dlatego może kiedyś, jeśli odpowiedni projekt pojawi się na horyzoncie, jeszcze raz zrobię coś takiego.
Całość wygląda tak, jak to sobie zaplanowałem i z tego jestem bardzo zadowolony. Są w albumie plansze i kardy, które należą do najlepszych jakie kiedykolwiek w życiu zrobiłem, a to cieszy.

B.N.: Czy w najbliższej przyszłości możemy spodziewać się nowego komiksu z Dreddem namalowanego przez Grega Staplesa?
G.S.: Nigdy nie mów nigdy… Jednak aktualnie nie mam żadnych planów na nowy komiks, gdyż w minionym roku byłem głównym artystą pracującym nad konceptami do „Dead Island 2”. Być może wcześniej czy później powrócę do Sędziego Dredda. Wszystkiego się można spodziewać…

John Wagner (sc.), Greg Staples (rys.), „Sędzia Dredd: Mroczna sprawiedliwość”, tłum. Jacek Więckowski, Studio Lain, Iława 2016.

[Obie rozmowy przeprowadził (i przetłumaczył) Bartosz Nowicki, który także napisał recenzję albumu, do przeczytania tu: klik! klik!]

Sędzia Dredd: Mroczna sprawiedliwość

12/01/2017 § Dodaj komentarz


Starcie Dredda z Mrocznymi Sędziami

sedzia-dreddKomiksy przedstawiające przygody Sędziego Dredda mają pewną tradycję wydawniczą w Polsce. Postać debiutowała na rodzimym rynku dzięki legendarnemu już wydawnictwu TM-Semic, które opublikowało klasyczną fabułę: Judgement on Gotham (TM-Semic, Wydanie Specjalne 4/93). Z kolei oficynie Egmont Polska należy się uznanie za pierwsze i do niedawna jedyne systematyczne publikowanie historii z udziałem tego antybohatera, a co za tym idzie, za kreowanie potencjalnej niszy wydawniczej dla współczesnych wydawców. Wprawdzie Arkadiusz Dzierżawski, odpowiedzialny za Studio Lain, swoją drogę do 2000AD zawdzięcza wytworom ręki Simona Bisley’a publikowanym w magazynie „Heavy Metal”, a nie komiksom wydawanym w Polsce (klik! klik!). Mimo wszytko można pokusić się o stwierdzenie, że przynajmniej część z czytelników pozycji wydawanych przez jego wydawnictwo, kupiło je dzięki znajomości publikacji z przeszłości.

Mroczna sprawiedliwość to najnowszy komiks z Sędzią Dreddem w roli głównej, greg-staplesktóry ukazał się w Polsce. Co ciekawe, premiera rodzimej edycji odbyła się w rok po wydaniu brytyjskiej wersji. Jest to dowodem na aktywną i dobrze przemyślaną politykę wydawniczą Studia Lain, które nie poprzestaje na wydawaniu tak zwanych klasyków (patrz: Heavy Metal Dredd z rysunkami Bisley’a), ale sięga także po równie atrakcyjne pozycje współczesne.

Polskie wydanie Mrocznej sprawiedliwości dość wiernie oddaje zawartość oryginału. Gdyż poza komiksem zawiera także bogatą w informacje część dodatkową, dzięki której czytelnik może zapoznać się z kulisami powstawania albumu. W tym z wątpliwościami Johna Wagnera, co do sensu tworzenia kolejnego scenariusza z udziałem Mrocznych Sędziów. Wagner obawiał się wtórności. Jak pisze w emailu do artysty, Grega Staplesa: „(…) problemem zawsze jest schematyczność. Mroczni Sędziowie wpadają, spotykają Dredda i zostają rozwalani”. Najtrudniejszym zadaniem scenarzysty było więc stworzenie czegoś nowego. Wagner nie uniknął pewnych wtórności, co w zupełności nie przeszkadza w odbiorze komiksu. Dla czytelnika polskich wydań Dredda, który z Mrocznymi Sędziami obcował zdecydowanie rzadziej niż czytelnik wersji oryginalnej, nie będzie to miało żadnego znaczenia. Mroczna… jest więc doskonałym wprowadzeniem do szalonego, futurystycznego, naszpikowanego sarkastycznymi odniesieniami do współczesności, świata Sędziego Dredda.

Wartka akcja komiksu, która w większości odbywa się w kosmosie, rozpoczyna się tam, dredd-greg-staplesgdzie ją Wagner pozostawił w Day of Chaos (pozycja Dzień Chaosu nie została wydana w Polsce). Znajomość przygód nie jest niezbędna podczas bieżącej lektury, co zawdzięczamy warsztatowi współtwórcy Dredda. Wprawdzie odniesień do przeszłości znajduje się w fabule sporo, to nie są one nachalne, a sposób w jaki są one podane, pozwala na bezproblemowe śledzenie przebiegu wydarzeń. Naturalnie Wagner nie zapomina o swoich wiernych czytelnikach, dla nich „przemyca” motywy, które są nie do wychwycenia dla nowego odbiorcy (przykładem jest wątek Roberto Smitha).

Sprawnemu scenariuszowi wtóruje zapierająca dech w piersiach szata graficzna, która została w całości wykonana przez Grega Steplesa. Niezależnie od tego czy maluje on przestrzeń kosmiczną, wnętrza statków kosmicznych, mundury, broń, czy też samych futurystycznych kosmonautów (o Mrocznych Sędziach nie wspominając), Staples udowadnia, że bardzo dobrze czuje się w konwencji science fiction. Jego realistyczne obrazy są przy tym pełne dynamizmu, a paleta barw nadaje im specyficznej, odpowiedniej dla danej sceny, atmosfery.

Na zakończanie: słowa uznania należą się również Jackowi Więckowskiemu, którego john-wagnertłumaczenie jest bardzo płynne, co pozwala na lekturę „bez zakłóceń”. Za jedyne niedociągnięcie można uznać część dodatkową komiksu. Odnoszę wrażenie, że sposób w jaki przetłumaczone zostały e-maile wysyłane pomiędzy twórcami Mrocznej sprawiedliwości nie oddają do końca ducha tej korespondencji. Jest to jednak sprawa marginalna i zupełnie nie wpływa na odbiór samego komiksu, który z czystym sumieniem polecam wszystkim. Sam z niecierpliwością oczekuję polskiego wydania Ameryki, komiksu należącego do kanonu opowieści z udziałem Sędziego Dredda, który przez niektórych fanów uznawany jest za najlepszą odsłonę serii.

John Wagner (sc.), Greg Staples (rys.), „Sędzia Dredd: Mroczna sprawiedliwość”, tłum. Jacek Więckowski, Studio Lain, Iława 2016.

[autor: Bartosz Nowicki]

judge-dredd-dark-justice{W przyszłym tygodniu zaprezentowane zostaną dwie krótkie rozmowy z twórcami, które przeprowadził Bartek. Już dziś zapraszam!!}

Prosto z piekła

14/04/2016 § 2 Komentarze


W piekle XIX wieku

prosto z pieklaGdyby zapytać przeciętnego człowieka, kto jego zdaniem jest najsłynniejszym mordercą w historii, chyba każdy odpowiedziałby, że Kuba Rozpruwacz. Ten nigdy nieschwytany zbrodniarz, który według źródeł historycznych działał tylko na jesieni roku 1888, zabijając pięć prostytutek (a przynajmniej taki czas i taką ilość ofiar przypisuje mu się bezsprzecznie) po dziś dzień rozpala wyobraźnię. Kim był, co się kryło za jego motywami? Teorii jest mnóstwo, konkretów niewiele. Moore jednak do tematu podszedł od zupełnie innej strony. Owszem, dokonał ogromu pracy, analizując dostępne materiały na temat Rozpruwacza, jednak to nie tożsamość ani pobudki znajdują się w sferze jego głównych zainteresowań – odpowiedzi na obie te rzeczy dostajemy już na początku albumu. Pisarz kładzie główny nacisk na analizę ludzkiej natury, władzy, okresu w jakim dzieje się akcja.

Jest rok 1888. Książe Albert swym hulaszczym trybem życia, wprowadza rodzinę królewską w zakłopotanie. Szczytem jest, gdy poślubia Annie Crook, zwykłą sprzedawczynię, którą zapłodnił. I może obyłoby się bez tragedii, gdyby nie problemy przyjaciółek Annie, innych prostytutek, którym gang z Old Nichol’s grozi śmiercią, jeśli nie uiszczą haraczu. W efekcie postanawiają zdobyć potrzebną kwotę szantażując przyjaciela księcia. Wieści docierają jednak do królowej Wiktorii, która wydaje swojemu lekarzowi, Williamowi Gullowi, jasny rozkaz – kobiety mają zostać uciszone. Gull bez wahania podejmuje się powierzonego zadania, zaczynając metodycznie uśmiercać zaangażowane w szantaż prostytutki i zyskując wieczną sławę…

Sprawa najsłynniejszego mordercy w dziejach, choć wynikająca z fascynacji Moore’a tematem i fascynację nadal budząca, jAlan Mooreest w komiksie sprawą mniej ważną. Pewnego rodzaju osią, wokół której oscylują tematy o wiele istotniejsze. Moore przede wszystkim odwzorowuje, z pieczołowitością chorego na nerwicę natręctw, dziewiętnastowieczny Londyn. Londyn brudu, biedy, mgły, dymu i smrodu, gdzie niezbyt przejmowano się okrzykiem „Mordują!”, a deprawacja sięgała wszędzie – od ulicznego rynsztoku, po wyżyny władzy. Pociąga to za sobą naturalną konsekwencję w postaci ataku autora na przedstawicieli kast rządzącej. Prawda i fakty to jednak tylko jedna strona tej monety. Granica między fikcją i rzeczywistością staje się płynna. W końcu tożsamości Kuby nie znamy do dziś… Dalej Moore wkracza na jeszcze bardziej grząski grunt, który pochłonąłby niejednego twórcę. Na szczęście w tym przypadku mamy do czynienia z szalonym geniuszem, który z pełną premedytacją decyduje się zinterpretować fakty i teorie na swój własny sposób.

I to, ta część dzieła, budzi najwięcej kontrowersji. Z jednej strony mam wrażenie, że czysta relacja historyczna byłaby bardziej właściwa, z drugiej, to właśnie wkroczenie w rejony fantastyki i horroru nadaje książce pikanterii i mocy, jakiej nie miałaby, gdyby tylko i wyłącznie bazowała na faktach. Moore po pierwsze czyni z Gulla masona i fakt ten zmienia wszystko. Fakty historyczne zdają się pasować jak ulał do tej teorii, niektóre z nich Alan takimi czyni, choć w ścisłym oparciu o rzeczy, do których można się rzeczywiście odnieść. Nuta mistycyzmu pociąga za sobą kolejne, teoria czterech wymiarów, którą wówczas już znano, brzmiąca fantastycznie, acz i fascynująco, staje się siłą napędową albumu. Tajemnice historii czasów, w jakich żył Kuba, splatają się tu z przeszłością i przyszłością. Ataki nożownika na kobiety, do których doszło na równo sto lat przed mordami Kuby Rozpruwacza, jak echo dobijają się kiedy dokładnie pół wieku po tragicznej jesieni 1888 roku atakuje kolejny seryjny morderca. Autentyczne nazwiska splatają się w większy gobelin, kiedy Moore dodatkowo łączy w całość opowieści o duchach czy dziwne wizje, jakie dotykały ludzi pokroju Williama Blake’a. Ostatecznie robi się z tego misterna układanka, pełna tak uwielbianych przez Moore’a powracających raz po raz i przenikających się motywów i wzmianek, która daleko wykracza poza wszystkie łączące ją elementy, stając się wykładem z historii i filozoficzną, dysputą traktującą w dużym stopniu o naturze zła.

Czytelnik zaś, zagubiony czasami w tym labiryncie wątków i postaci (niestety, ale odpowiedzialny za ilustracje Campbell, choć wykonał genialną robotę, Eddie Campbellczasem psuje twarze do granicy mylenia bohaterów), z fascynacją zaczyna bawić się w detektywa, który łączyć ma porzucone tropy i odnajdywać koneksje. W czym zresztą pomaga mu sam Moore, który zamieszcza blisko 50 stron komentarza wyjaśniającego skąd wziął dane wątki, dorzucającego ciekawostki historyczne, ale też i zwracającego uwagę na wszystkie te związki, których samemu chyba by się w pełni nie dostrzegło. Rodzi się jednak pytanie czy owe komentarze czytać należy zgodnie z postępem akcji Prosto z piekła czy może dopiero potem – odpowiedź jest jedna: i tak, i tak. Moore nie zdradza w nich zbyt wiele, nie mniej czytanie ich w trakcie mogłoby wiele zepsuć. Zapoznanie się z nimi po wydaje się kiepskim pomysłem, jako że zwracają uwagę na konkretne, łatwe do przeoczenia rzeczy. Drugi dodatek, tym razem komiksowy, to nie tyle epilog, ile aftermath, że posłużę się angielskim słowem, pokazujące konsekwencje zbrodni Rozpruwacza po dziś dzień. Jak film dokumentalny zrobiony z perspektywy tej powieści graficznej, domykający temat tam, gdzie główna oś nie mogła tego zrobić.

Jest jeszcze w komiksie tym jedna rzecz, którą chcę poruszyć, ale zostawię ją na koniec. Teraz zaś powiem słów kilka o grafice. Poza wspomnianym wcześniej mankamentem, który czasami sprawia, że postaci się mylą, cała reszta to po prostu graficzne cudo. Campbell po mistrzowsku oddaje Londyn tamtych czasów, odwzorowując go ze starych zdjęć, map i ilustracji. Precyzję i mistrzostwo widać szczególnie w przedstawieniu budynków i operowaniu światło-cieniem, a sekwencje, w których kilkadziesiąt razy rysuje tą samą perspektywę ulicy, gdzie zmienia się tylko tekst i układ postaci to dla mnie istny geniusz! Genialne są też sceny mordowania Mary Kelly, które przepełnia taka moc i takie emocje, iż trudno jest nie zachwycić się nimi i nie wracać do nich jeszcze nie raz.

Tłumaczenie także jest znakomite. Początkowo kilka rzeczy jakby mi zgrzytało. powiesc graficznaBo czemu nie „z piekła” tylko „prosto z piekła”, no i po cholerę jacyś „Jubejczycy” a nie „Rzydzi” (nie, nie popełniłem błędu), ale kiedy przeczytałem całość, zrozumiałem i doceniłem ogrom pracy tłumaczy. Moore wykonał niemal niemożliwą robotę, gromadząc materiały do tego dzieła, to polscy translatorzy także stanęli przed wyzwaniem, z którego wyszli z tarczą. I choć czasem korekta szwankuje, to błędów nie jest wiele, a dodając do tego wspaniałe wydanie tej blisko 600-stronnicowej cegły, otrzymujemy komiksową pozycję, którą przeczytać powinien absolutnie każdy – nie tylko ludzie ceniący to medium.

Na zakończenie kwestia, którą poruszyć muszę, bo to rzecz najbardziej rozpalająca czytelniczą wyobraźnię. Przyczyna analiz fanów i dodatek, który nie pozwala o sobie zapomnieć. To tylko jedna scena, jedna strona, a jaka siła wymowy. Moore dodał coś od siebie, to nie fakt historyczny, a jego własny akcent, ale nadający całości wielkiego smaku. Jak każdy mam swoją teorię, co do jej sensu (tu przychylam się do tego, co uważa większość czytelników) i znaczenia (tu trudno doszukiwać się innego, ale i jego Wam nie zdradzę), ale niczego nie mogę być pewny – i to jest najpiękniejsze.

Reasumując: przeczytajcie koniecznie! Jest to bowiem komiks niemal idealny. Dzieło, jakie nie zdarza się często. Rzecz trudna, wymagająca, nie do szybkiego pochłaniania, raczej smakowania, ale też i ze względu na wymiary i wagę, wymagająca fizycznie. Po prostu cudowna i obowiążkowa. O niebo lepsza od średniego filmu, który był luźną adaptacją komiksu – pamiętacie jeszcze Z piekła rodem z Johnnym Deppem w roli inspektora Abberline’a? Do produkcji Moore’a i Campbella chce się wracać raz po raz. I po każdej lekturze będzie się miało wrażenie, że wciąż nie wszystkie niespodzianki, ukryte w scenariuszu, się odkryło.

Alan Moore (sc.), Eddie Campbell (rys.), „Prosto z piekła”, tłum. Michał Chaciński i Marek Cieślik, Timof i cisi wspólnicy, wyd. II (poprawione, Warszawa 2014.

 [autor: Michał Lipka

from-hell-

sklep  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Rekomendacje: Hilda i Czarna Bestia

07/04/2016 § Dodaj komentarz


Bardzo lubię serię komiksów z udziałem niebieskowłosej Hildy Folk. hilda komiks„Serię” ponieważ Luke Pearson narysował już pięć albumów. Ten piąty o tytule Hilda and the Stone Forest jeszcze się nie ukazał, ale jest we wrześniowych zapowiedziach brytyjskiej oficyny Flying Eye Books. Dotychczas w Polsce, dzięki wydawnictwu Centrala, mieliśmy okazję zapoznać się z trzema. Dwa pierwsze – Hilda i Troll oraz Hilda i Nocny Olbrzym – ukazały się w 2013 roku, natomiast Hilda i Ptasia Parada skierowana została do księgarń w kwietniu następnego roku.

I w tym miejscu pora na dobrą wiadomość dla wszystkich miłośników przygód rezolutnej dziewczynki. Za tydzień ma mieć miejsce krajowa premiera czwartej części, która nosi tytuł Hilda i Czarna Bestia. Od jakiegoś czasu komiks jest anonsowany przez wydawcę. I już można zamawiać. Na swojej stronie internetowej Centrala uruchomiła możliwość składania zleceń w tzw. preorderze: klik! klik!

Wielokrotnie zastanawiałem się dlaczego seria jest hilda planszataka atrakcyjna dla dzieci & dorosłych? na czym polega jej fenomen? Doszedłem do niezbyt błyskotliwych, bo dość oczywistych, wniosków. Dziewczynka żyje w świecie, o którym marzy każde dziecko. A czytający dorosły rozpoznaje w nim wyidealizowane wspomnienie własnego dzieciństwa. Może słowo, którego użyłem w poprzednim zdaniu nie jest najlepsze & najtrafniejsze. Chyba lepiej by było, gdybym użył innego, choćby tego: archetypiczne.

Hilda wychowywana jest przez kochającą matkę, więź między nimi jest bardzo silna, ale także „mądra” – rodzicielka nie chowa dziewczynki pod kloszem. Pozwala jej samodzielnie poznawać świat, który z jednej strony jest bardzo realny, a z drugiej magiczny & baśniowy. Ponieważ jest zamieszkany przez kamienne trolle, maciupeńkie elfy, włochate & żywe „góry”, gadające ptaki, dziwne & trudne do zaszeregowania stworzenia – Drewniak. hilda i czarnaZaskakującym i godnym pochwały jest fakt, że matka nie uznaje magicznego świata za wytwór wybujałej fantazji córki, że i ona akceptuje & uważa magiczną rzeczywistość za coś oczywistego i realnego. Hilda ma w sobie radość życia, ciekawość świata, jest nieustraszona i podejmuje działania. A o czym jest najnowszy tom? W tym miejscu polecam zapoznać się s opisem wydawcy oraz przeczytać recenzję Aleksego Krysztofiaka z bloga „Książki na czacie”: klik! klik!

Hilda i Czarna Bestiaopis wydawcy:
Trolberg ma do odkrycia jeszcze wiele tajemnic, a Hilda dowie się, że jej świat nie jest do końca taki, jak to sobie wyobrażała.
W trakcie swojej kolejnej przygody Hilda poznaje pokątki – rodzaj ekscentrycznych stworków, złośliwych, a przy tym uroczych. Okazuje się, że w ich świecie, który sąsiaduje z naszym, a w pewnym sensie się z nim przenika, obowiązują trochę odmienne prawa fizyki. W tym samym czasie Trolberg zacznie nawiedzać ponura zjawa…

Przykładowe plansze:

hilda folk      komiks dla dzieci

czarna bestia      komiks hilda
Luke Pearson (scen. & rys.), „Hilda i Czarna Bestia”, przeł. Hubert Brychczyński, Centrala, Londyn-Poznań 2016.

Recenzje poprzednich tomów czytaj tu:
Hilda i Troll: klik! klik!
Hilda i Nocny Olbrzym: klik! klik!
Hilda i Ptasia Parada: klik! klik!


Bohater Sarah Waters, podejrzany o morderstwo, czyta magazyn komiksowy dla dzieci

28/06/2015 § Dodaj komentarz


Sarah Waters by Paul Tuller

Sarah Waters by Paul Tuller

Sarah Waters, „Za ścianą”, tłum. Magdalena Moltzan-Małkowska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

– (…) I co robił?
– Czytał Brytyjskiego chłopca, proszę pana.
Tu pan Ives zamarł, a sędzia wychylił się jeszcze bardziej z krzesła i przystawił do ucha zwiniętą dłoń.
– Co świadek mówi?
– Świadek powiada nam, wysoki sądzie, że tamtego wieczoru jej syn czytał Brytyjskiego chłopca. Zdaje się, że to…
– Wiem, co to takiego. Mój wnuk czyta to samo. Pani Ward… – sędzia zwrócił się do kobiety, wykrzywiony na twarzy – są ma pani uwierzyć, że jej dziewiętnastoletni syn, którzy włóczy się po nocnych klubach i tancbudach, spędził z panią piątkowy wieczór na lekturze komiksu dla dzieci?

bop1920ap  bop1920may   $_35        bop1920feb

Gigantyczna broda, która była złem

23/03/2015 § Dodaj komentarz


Broda: nie tylko dla hipsterów

gigantyczna brodaCiężko oprzeć się książce, jeśli nosi tytuł Gigantyczna broda, która była złem. Sam tytuł debiutanckiego albumu Stephena Collinsa powoduje, że chce się po niego sięgnąć i skonfrontować własne intuicje, wysnute na podstawie tytułu, z opowieścią wymyśloną przez autora. Czy faktycznie broda (czyja?) uzyskuje samoświadomość i namawia właściciela do złego? I na czym może polegać owo zło? Demoniczne opętanie? Nawiedzenie? A może coś zupełnie prozaicznego?

Akcja komiksu dzieje się w mieście-wyspie o nazwie Tutaj. To bardzo schludne i uporządkowane miejsce, gdzie wszystkie domy wyglądają tak samo, gdzie ulice są zadbane i pozamiatane, a drzewa i trawniki równo, jakby od linijki, przystrzyżone. Podobnie jak włosy mieszkańców. Gdzie żaden mężczyzna nie nosi brody ani jakikolwiek innego rodzaj zarostu. Piękny świat, prawda? Wręcz idealny. Collins uczynił głównym bohaterem niejakiego Dave’a, łysego jak kolano faceta noszącego perukę z jednym bardzo upartym włosem pod nosem, którego nie da się zgolić, wyrwać czy obciąć, bo zawsze natychmiast odrasta. Dave mieszka samotnie w szeregowcu przy plaży. Co ważne: okna nie wychodzą na morze, a na ulicę.

Stephen Collins evilNasz bohater każdego poranka wychodzi do pracy. W korporacji A & C Industries jest analitykiem, ale nigdy nie udało mu się dowiedzieć, co produkuje zatrudniająca go firma. Jego życie jest nudne: dom, praca, dom i praca. W wolnym czasie słucha jednej i tej samej piosenki oraz szkicuje widok z okna: pieszych, skrzynki pocztowe, drzewa, ale i doskonałą ulicę. Ma nieodparte wrażenie, że to akt rysowania nadaje jego życiu sens. To złudzenie. Bohater żyje w błogiej nieświadomości, a czynności, które wykonuje są mechaniczne i nic nie znaczą. Satysfakcję czerpie z życia w Tutaj, które jest doskonałe, idealne, kompletne i miłe (określenia zaczerpnąłem bezpośrednio z tekstu).

gigantyczna_brodaWszystko się zmienia, gdy bezpański włosek pod nosem mnoży się w nieskończoność. Broda rośnie i rośnie, do tego stopnia, że najpierw zajmuje (anektuje!) mieszkanie Dave’a, a następnie prawie całość Tutaj. Nieokiełznany zarost to nie jest zwykła broda, można go przycinać całą noc, a rano jest już na swoim miejscu. Tylko że broda jest dłuższa, bardziej krzaczasta, czarna i przerażająca. Nie można nad nią zapanować, pomimo pomocy ze strony rządu, który powołał specjalną jednostkę kryzysową złożoną ze wszystkich fryzjerów. Dave zmuszony zostaje zaakceptować swą przemianę, ale mieszkańcy Tutaj nawet nie próbują. Dochodzi do tego, że przed jego domem wystają ciekawscy, którzy z dnia na dzień są coraz bardziej wrogo nastawieni. Zostaje uznany za terrorystę, czemu winne są media. Dochodzi do zamieszek. Świat Tutaj staje na głowie, w życie wszystkich obywateli cichaczem wkrada się chaos.

Gigantyczna broda była złemZaskakująca jest warstwa graficzna omawianego komiksu, projekt jest innowacyjny i imponujący. Konstruując plansze Stephen Collins postawił na eksperymenty graficzne spod znaku Shaun Tana i jego Przybysza, zmyślnie umieszczając na stronie tekst scenariusza. Słowa „pływają” i „latają” po całej planszy, między panelami, nad nimi i wewnątrz, czasem znalezienie kolejnych części zdania przysparza niejakie trudności. To daje sporo frajdy, gdy pierwszy raz patrzy się na konstrukcję planszy i układ kadrów, szuka słów, ustawia się w odpowiedniej kolejności.

Gigantyczna broda, która była złem to metaforyczna, prawie baśniowa, opowieść o tym, że gdy pozwalamy, aby kierował nami strach, to odruchowo odtrącamy nowe i nieznane. Ciężko nam zaakceptować elementy rzeczywistości, które wytrącają nas z rutyny dnia codziennego. Mimo smutnych konsekwencji, które ponosi Dave, chaos zapoczątkowany przez jego brodę, daje mieszkańcom wyspy coś dobrego: niejednorodność, która ostatecznie ich fascynuje. Historia wymyślona przez brytyjskiego autora, to trochę Orwell, trochę Kafka, trochę Burton, trochę satyryczna powiastka o tym, jak rozpada się społeczna i polityczna rzeczywistość Utopii. Całość podana lekko i melancholijnie, ściszonym głosem szeptana w ucho.

Stephen Collins (scen. & rys.), „Gigantyczna broda, która była złem”, tłum. Grzegorz Ciecieląg, Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2015.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5, kolory/cienie: 4]

sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Stephen Collins  Collins

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with komiks brytyjski at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: