Burza

19/06/2017 § Dodaj komentarz


 Sen i my z jednych złożeni pierwiastków

Komiks Burza to niezależna, portugalska produkcja, która w Polsce ukazała się staraniem oficyny Timof i cisi wspólnicy. Żadne tam superhero czy innego typu mordobicie, a nastrojowa opowieść o pozytywnej sile wspomnień. Całość ma silnie symboliczno-oniryczny charakter.

W albumie narracja prowadzona jest bez użycia słów. Dlatego imiona dwójki z trojga występujących postaci poznajemy dzięki notce wydawniczej zamieszczonej na ostatniej stronie okładki. Sebastiano jest latarnikiem, który pracuje na umowie czasowej. Akcja rozpoczyna się pewnego wietrznego i deszczowego dnia, w którym bohater otrzymuje pismo o przedłużeniu etatu na kolejne 180 dni. Obok urzędowego pisma dostawca przywiózł na wyspę artykuły spożywcze. Część aprowizacji zostawia u Madaleny, która mieszka piętro niżej.

Jaki jest charakter relacji łączących tych dwojga? Kim są dla siebie? Dlaczego nie mieszkają razem? Dlaczego ona patrzy na niego takim zbolałym wzrokiem? To tylko niektóre pytania, jakie wyskakują w głowie czytelnika, który widzi wspinającego się po krętych schodach Sebastiano. Świetnie w tym kontekście wypada plansza na stronie siódmej. Sposób w jaki została skonstruowana, wyraźnie podsyca ciekawość czytającego. W dalszej części komiksu poznajemy monotonne życie latarnika, którego każdy dzień wygląda zupełnie tak samo. Ucieczką od jednostajnego rytmu dnia okazują się wspomnienia. Introspekcje z dnia na dzień przybierają na sile, bohater powoli zaczyna tracić grunt pod nogami (tj. kontakt z rzeczywistością). Z morza zaczyna wyławiać artefakty, które przecież miały znaczenie tylko w jego pamięci.

O dziwo, to dzięki wspomnianym przedmiotom udaje mu się na powrót zakotwiczyć w prawdziwym życiu. W tym miejscu powraca postać Madaleny i trzeciej osoby, o której nic więcej nie napiszę. Ponieważ główny twist komiksu zasadza się na wzajemnych emocjonalnych relacjach łączących całą trójkę… Fabuła, za którą odpowiedzialny jest André Oliveira, silnie kojarzy mi się z opowiadaniami Giorgio Manganelliego pomieszczonymi w pozycji „Centuria”. Korelacja sprowadza się do podobnego zamiłowania do absurdu, który obu pozycjach ma charakter wyraźnie symboliczny. Co prawda u włoskiego pisarza jest więcej dystansu i humoru, a Portugalczyk snuje swą historię bardzo serio.

Intrygująca jest warstwa graficzna komiksu. João Sequeira świetnie poradził sobie z rozrysowaniem skryptu. Narracja, jak już wspominałem, prowadzona jest bez użycia słów, a mimo to czytelnik nie ma najmniejszych problemów, aby się odnaleźć w historii. W wypadku komiksów „silence” jest to niezwykle ważne. Technika jaką wykonano ilustracje wygląda trochę tak jakby, białą kredką woskową (lub świecą) narysowano kontury wszystkich elementów, a następnie mocno rozwodnionym czarnym tuszem pokryto kartkę. I dopiero dzięki temu zabiegowi ujawniła się cała ilustracja.

Lektura Burzy była pozytywnym zaskoczeniem. Przyznam, że lubię tego typu niespodzianki. Świetna sprawa, że oficyna Timof szuka nowych, ciekawych fabuł po całym świecie. Za pointę niech wystarczy cytat z pewnego dramatu Szekspira, który właściwe mógłby stanowić motto omawianej pozycji: „Jesteśmy surowcem z którego sny się wyrabia, a życie to chwila jawy między dwoma snami”.

André Oliveira (sc.), João Sequeira (rys.), „Burza”, tłum. Jakub Jankowski, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Płatki

09/04/2017 § 1 komentarz


 Kwiatek w butonierce

Zima w pełni: trzaskający mróz i nieustannie padający śnieg. Listek chodzi po lesie i zbiera chrust na opał. Dla chłopca nie jest to wcale łatwe zadanie, gdyż nie ma zbyt wiele siły, a małe rączki nie uniosą wiele szczap. Nieoczekiwanie z pomocą przychodzi przypadkowo spotkany w ptak. Nieznajomy wysypuje drewno prosto ze swego czarodziejskiego cylindra. W ramach podziękowania lisek zaprasza ptaszysko do chatki na wzgórzu, w której mieszka wraz z ojcem. Tak rozpoczyna się kameralna opowieść napisana i narysowana przez brazylijskiego artystę Gustavo Borgesa.

Album Płatki liczy sobie łącznie 32 plansze komiksowe oraz kilka dodatkowych stron, na których rysownik i kolorystka przybliżają kulisy powstania pozycji.  Narracja w komiksie prowadzona jest bez użycia słów, dlatego każdy kadr, scena i ujęcie mają znacznie. Przyznaję, ciężko mi przybliżyć fabułę w taki sposób, aby nie zdradzić zbyt wielu istotnych elementów. Nie chciałby odbierać przyjemności obcowania z magiczną i wzruszającą historią. Napomknę jedynie, że ojciec głównego bohatera jest poważnie chory, a tajemnicze ptaszysko ma w butonierce kwiatek, którego płatki mają lekarskie właściwości. Ilość płatków jest jednak ograniczona, a niedomagać zaczynają i inni. Dobrze tyle wystarczy. Liczę, że zaciekawiłem Was na tyle, że sięgniecie po książkę.

Borges napisał wzruszającą opowieść o zaufaniu, przyjaźni, poświęceniu i śmierci. Całość pozbawiona została elementów melodramatycznych; pisarz ukazuje świat, w którym śmiech, zabawa, śpiew, ale i choroba oraz śmierć są nieodzownymi składnikami rzeczywistości. Skądinąd trudny temat ukazany został subtelnie i z wyczuciem. Historia została tak zbudowana, że czytelnik ma odpowiednią ilość czasu, aby przygotować się dramatyczny rozwój wypadków. Warto zwrócić uwagę na lekcję jaką udziela rodzinie lisów magik: nie warto słuchać radia, które donosi o strasznych rzeczach, lepiej cieszyć się chwilą.

Występujące w komiksie postaci ukazano pozytywnie i sympatycznie; decyzja, aby bohaterami uczynić antropomorficzne zwierzęta jest nadzwyczaj trafna. Rysownik dosłownie tchnął życie w swoich bohaterów, uwagę przykuwa ich rozbudowana mimika i gestykulacja. Dużo dobrego robią również kolory, które nałożyła nominowana do Nagrody Eisnera Cris Peter. Pod względem graficznym album prezentuje się wspaniale!

Tak, Płatki to komiks dla dzieci. Jednakże opowieść sama w sobie jest magiczna i mądra, dlatego i dorośli czytelnicy znajdą w niej coś dla siebie. Stawiam album na półce obok książek: Gęś, śmierć i tulipan oraz Czy umiesz gwizdać Joanno?. I wiem, że jeszcze nie raz po niego sięgnę.

Gustavo Borges (sc. & rys.), „Płatki”, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 5, rysunki: 5+, kolory/cienie: 5]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Druuna #1: Morbus Gravis | Delta

20/12/2016 § Dodaj komentarz


Druuna poszukuje prawdy

druunaWydany w maju album Druuna: Anima był właściwie małą przystawką (klik! klik!). Przedsmakiem, który miał jedynie zaostrzyć apetyt przed właściwą serią. Komiks wywiązał się z zadania wyśmienicie. Wielu czytelników z niecierpliwością oczekiwało na właściwą premierę serii, która pierwotnie została wykreowana w latach 80. ubiegłego wieku przez Paolo Serpieriego.

W pierwszym tomie wydania zbiorczego pomieszczone zostały dwa oryginalne tomy: Morbus Gravis oraz Deltę, które delikatnie spaja fabuła i występująca w roli głównej Druuna. Akcja komiksu dzieje się w bliżej nieokreślonej przyszłości, w wielkim Mieście bez nazwy. Mieszkańcy żyją w ciągłym strachu przed tajemniczą i nadzwyczaj groźną zarazą. Epidemia zagraża wszystkim, bo wystarczy dotknąć kogoś zarażonego, a człowiek zamienia się w odrażającego, mackowatego stwora, który kieruje się najniższymi instynktami. paolo-eleuteri-serpieriMożna uniknąć zarażania. Należy tylko przyjmować serum rozdzielane przez władzę. Zasady dystrybucji nie są jasne. Protagonistka pozyskuje dodatkowe fiolki kupcząc swoim ciałem.

Dodatkowe porcje serum dziewczyna podaje ukochanemu, który na krótki czas odzyskuje ludzką postać. Schastar zdaje sobie sprawę, że nie zostało mu dużo czasu. Choroba go w końcu zagarnie. A dodatkowo jest poszukiwany przez wojsko i Kapłanów. Dlatego pragnie przekazać Druunie prawdę o pochodzeniu zarazy. Oboje ruszają w Miasto. Podczas wyprawy czytelnik ma okazję bliżej przyjrzeć się światu, w którym przyszło żyć Druunie.

Włoski artysta wykreował rzeczywistość odrażającą i obleśną, bezduszną i lubieżną. druuna-tom-1Świat trawiony śmiertelną chorobą, która odbiera rozum i zdrowy rozsądek. Wszędzie tylko ruiny i zgliszcza. Między zwalonymi budynkami przemykają przerażeni, ubrani w łachmany ludzie, których cała egzystencja sprowadza się do ciągłego uciekania przed wojskiem i groźnymi mutantami. Śmierć i cierpienie są stałym elementem życia w Mieście. Jedynie misja głównej bohaterki niesie ze sobą niewielki snop światła.

Graficznie rzecz jest niebywała. Serpieri wspaniale rysuje ludzkie postaci, wierność anatomiczna stoi na wysokim poziomie. Z drugiej strony przekonywająco została także oddana przerażająca rzeczywistość miejsca, w którym rozgrywa się akcja. Na wyobraźnię czytelnika mocno działa monochromatyczna paleta barw, która odkreśla duszną i śmierdzącą atmosferę.

Opowieść sama w sobie ma charakter pretekstowy. Fabuła w dużym stopniu jest jedynie „wymówką” do ukazania scen pełnych bestialskiej przemocy, wulgarnego i sadystycznego seksu serpieri(częste sceny gwałtów czy prostytucji). Ostatecznie serial jest nieodrodnym dzieckiem swoich czasów. Właśnie z takiej perspektywy należy na niego spoglądać i oceniać.

Druuna to mroczny, mizoginistyczny, miejscami pornograficzny komiks, adresowany tylko do dorosłego czytelnika. Czytelnika, który chciałby podjąć trud przeniknięcia przez fasadę opowieści, aby gdzieś pod spodem poszukać prawdy o prawdziwej naturze człowieka.

Paolo Eleuteri Serpieri (sc. & rys.), „Druuna #1: Morbus Gravis | Delta”, tłum. Jacek Drewnowski, Wydawnictwo Kurc, Koluszki 2016.

[scenariusz: 4-, rysunki: 6-, kolory/cienie: 5+]

serpieri-druunasklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla ksiazki.wp.pl, aby ją przeczytać, wystarczy kliknąć ::tu:: wp.ksiazki

Mapa przyszłości

07/09/2016 § Dodaj komentarz


 Cały świat zabaw

mapa-przyszlosci-okladkaTomasz Minkiewicz, rysownik znany przede wszystkim z pracy nad niezwykle popularnym cyklem komiksowym Wilq, czasem popełnia także ilustracje w książkach dla dzieci (Benek i spółka czy Mamo, ty łobuzie!). I do takiej grupy wiekowej skierowana jest publikacja Mapa przyszłości, która opublikowana została w maju bieżącego roku przez oficynę Nasza Księgarnia. Mapa… to rzecz intrygująca wykonaniem i wydaniem, ciekawa także pod względem zawartości.

mapa-przyszlosci-minkiewicz

W wielkim skrócie fabuła przedstawia się następująco. Nie jest dobrze, gdy nieopatrznie zada się na lekcję przygotowanie eksperymentu. To przecież wina nauczycieli, którzy nie powiedzieli, że najlepiej byłoby gdyby eksperyment się NIE udał, bo czasem, niestety, udaje się aż za dobrze. Tak dzieje się w tym przypadku (więc jednak poniekąd wina leży także i po stronie uczniów): stworzony przez dzieci portal do podróży w czasie działa. Efekt? Cała klasa zostaje wessana do niego i wyrzucona w przyszłości, w świecie odmiennym od tego, który znają, a w którym muszą się teraz odnaleźć. Zagubieni i rozdzieleni stają przed nie lada wyzwaniem. Czy poradzą sobie sami? Mało prawdopodobne. Dlatego potrzebują Waszej pomocy! Gotowi? A więc do dzieła! Nie ma czasu do stracenia!

mapa-minkiewicz

Ta książka to tak naprawdę jeden bardzo długi arkusz papieru, zadrukowany z obu stron i złożony tak, by dało się go zamknąć w twardych okładkach, które przemieniają go w ładny przedmiot. Jedna strona arkuszu, to świat przedstawiony wzdłuż, od futurystycznego, bardzo ludnego Bieguna Północnego, przez industrialną Europę i zamieszkałą przez dziwne mniej lub bardziej znane stworzenia Afrykę, po pełen pingwinów Biegun Południowy. Rewers, analogicznie, zabiera nas w podróż wszerz naszej planety – od Stanów Zjednoczonych Ameryki, które tętnią kolorowym i zróżnicowanym życiem, przez (znów) Europę, ukazaną jednak z innej nieco perspektywy, po pełną tradycji Azję. A czytelnicy, wędrując z północy na południe i ze wschodu na wschód, muszą pośród całego mnóstwa doskonale znanych budynków i charakterystycznych miejsc oraz obfitości postaci odnaleźć najprzeróżniejsze rzeczy i osoby.

mapa-tomasz-minkiewicz

Jak się można domyślić, zabawy jest tu wiele i na długi czas. Wystarczy tylko wejść w ten świat, a nie chce się tylko i wyłącznie wykonać powierzonych zadań. Rysunki Minkiewicza są urocze, przyjemne dla oka, ale także fascynując możliwością wyłapywania obiektów znanych z naszych czasów i szukania przeróżnych smaczków.

Jak dla mnie super! Lubię książki wydane w formacie leporello, ponieważ wymagają od czytelnika więcej uwagi i trochę współdziałania (współpracy), aby całościowo ogarnąć zamysł autora, co trochę przypomina czytanie komiksu. Dodatkowo rozwijanie kart, sklejonych w jedną długą wstęgę, jest świetną zabawą. Dlatego tym bardziej polecam Mapę… Waszej uwadze.

Tomasz Minkiewicz (sc. & rys.), „Mapa przyszłości”, Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.

[autor: Michał Lipka]

mapa-minkiewicz-probasklep{książkę można kupić tu: klik! klik!}

Zapisz

Druuna #0: Anima

18/07/2016 § Dodaj komentarz


Pierwsze spotkanie z legendarną Druuną

Druuna animaWłoscy artyści komiksowi i ich albumy nie są w naszym kraju szeroko reprezentowani. Wyjątkiem jest może Milo Manara czy Guido Crepax. Ostatnimi czasy, za sprawą Bum Projekt, powróciła seria Dylan Dog autorstwa Tiziano Sclaviego. Jak widać mamy w tej materii sporo do nadrobienia, nie tylko względem nowości, ale i klasyki. Wygląda na to, że za klasykę zabrała się łódzka oficyna Kurc, bo jak możemy przeczytać na stronie edytora: „Interesuje nas komiks środka w szeroko pojmowanej formule. Najkrócej: ambitne komiksy fantastyczne, przygodowe i inne z ostatnich 30 lat. Oczywiście komiksowy mainstream, ale również z wycieczkami na pobocza”. Choć album Druuna: Anima jest właściwie „świeżynką”, bo włoska premiera miała miejsce z początkiem bieżącego roku, to jednak rzecz odwołuje się do klasycznej już serii Paolo Eleuteri Serpieriego.

Urodzony w 1944 roku artysta jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych włoskich twórców, który sławę zawdzięcza głównie ośmiotomowej serii Druuna. Pierwsza odsłona zatytułowana jest Morbus Gravis i Paolo Eleuteri Serpieriukazała się w 1985 roku. Przygoda Serpieriego z regularną produkcją serialu zakończyła się w 2003 roku. Omawiana publikacja taktowana jest przez twórcę jako album zerowy serii, używając terminologii filmowej mamy do czynienia z prequelem. Właśnie Animą wydawnictwo Kurc rozpoczyna regularne przybliżenie legendarnej sagi polskim fanom opowieści obrazkowych. Druuna opowiada o przygodach tytułowej czarnowłosej piękności w postapokaliptycznej przyszłości; fabuła to konglomerat elementów rodem z pulpowego horroru i wyuzdanej erotyki. Należy podkreślić, że nie jest komiks pornograficzny, jak to ma czasem miejsce w wypadku produkcji Manary.

Wróćmy jednak do omawianego albumu. Rzecz rozpoczyna się o poranku w namiocie przypominającym trochę mongolską jurtę. Ze snu budzi się tytułowa bohaterka – Anima, która lekko się przyodziewa i wychodzi na zewnątrz, aby przywołać dziwne latające stworzenie, które unosi ją do wodospadu. W strugach wody mamy okazję podziwiać bohaterkę w całej okazałości, nie tylko my, bo scenie kąpieli przygląda się także wielki wąż, który nagle atakuje kobietę. Udaje jej się ujść z życiem dzięki pomocy mężczyzny, który nie pozostaje obojętny na jej wdzięki. Następuje zbliżenie, ale… Znów wpada w tarapaty, znów musi uciekać, znów wabi… I tak mniej więcej przedstawia się cała fabuła. W komiksie nie pada ani jedno słowo.

Scenariusz ewidentnie ma charakter pretekstowy i symboliczny.Paolo Serpieri Zresztą nie o fabułę czy narrację literacką w produkcji Serpieriego chodzi. Album stanowi swoiste, wysoce autoironiczne pożegnanie z bohaterką, która przez wiele lat była obsesją włoskiego twórcy. Powołując się na Carla Junga wychodzi, że rysownik poświęcił cały artbook kobiecemu aspektowi swojej męskiej psychiki: w formie żartu (a może zupełnie poważnie?) wprowadza do komiksu samego siebie i swoje dzieła. Nie dość na tym, finalnie Anima okazuje się być także „duszą”/„obrazem” Druuny.

Przygody biegającej nago (lub prawie nago) kobiety są dla artysty pretekstem do zaprezentowania swych artystycznych zdolności i możliwości. Każdy kadr to małe dzieło sztuki. Rysownik używa techniki „tysiąca cieniutkich kresek”, z których buduje bardzo szczegółowe obrazy. Z jednej strony mamy dziwaczną faunę i florę. A z drugiej niezwykle wiernie przedstawione, ze wszystkim szczegółami anatomicznymi, ludzkie i zwierzęce ciała. Do tego przytłumiona, „brudna” kolorystyka z dużą ilością odcieni, całość mieni się barami.Druuna Nie będę pisał na temat kadrowania i budowy planszy, odsyłam do posłowia Wojciecha Birka zamieszczonego w tomie, w którym ten naukowiec i tłumacz bardzo trafnie charakteryzuje styl Serpieriego.

Edytorsko i redaktorsko album prezentuje się wręcz fenomenalnie: duży format, kredowy papier, obwoluta, wklejka z rysunkiem, twarda okładka, oprawiona w czarny imitująca płótno materiał, na wierzchu której znajdujemy złote tłoczenie, wspomniane powyżej posłowie Birka oraz garść szkiców Serpieriego, a do tego estetyczne fonty, całość z rozmysłem zaplanowana i ustawiona. Nawet jeśli nie zdecydujecie się kupować całej serii, album warto posiadać, choćby tylko po to, aby obcować z pięknymi rysunkami w pięknie przygotowanej książce.

Paolo Eleuteri Serpieri (sc. & rys.), „Druuna #0: Anima”, Wydawnictwo Kurc, Łódź 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 6-, kolory/cienie: 6]

Paolo Serpierisklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla ksiazki.wp.pl, aby ją przeczytać, wystarczy kliknąć ::tu:: wp.ksiazki

Zapisz

Zapisz

Śmiercionośni

10/07/2016 § 2 komentarze


Jeśli lubicie Thomasa Otta…

ŚmiercionośniOstatnio z niepokojem obserwuję u siebie coraz większy rygor w ocenie kolejnych komiksowych tytułów. Rrzadziej zdarza mi się uznać coś za choćby zadowalające, z coraz to większą skrupulatnością wytykam różnorakie błędy. W końcu, sam siebie zaczynam postrzegać jako malkontenta i zastanawiać, czy aby przesadna liczba pochłanianych lektur nie pozbawia mnie zwykłej przyjemności czytania, która jest wszakże istotą lektury.

Wyczekuję, aż w końcu zdarza się coś, co chwyci za serce. Wywoła eksplozję zachwytu, da przyzwolenie na luksus aprobaty, wywoła szczery uśmiech niczym nieskrępowanej radości, stanowić będzie ucztę dla oka i pożywkę dla mózgu, który analizując każdy kolejny aspekt sapnie z zadowoleniem i zapewni o braku zastrzeżeń.

Takim małym, wielkim dziełem okazał się być wydany przed niemal dziesięcioma laty komiks Łukasza Ryłko – Śmiercionośni. To zbiór z pozoru prostych, krótkich opowiadań, Łukasz Ryłkoktóre splatają się ze sobą niczym włókna konopnego sznura. Dopiero, gdy spojrzeć na nie z dystansu, widać idealnie spasowaną całość o niezwykle zwartej strukturze.

Rysunki nie tylko stoją na bardzo wysokim poziomie, lecz także znakomicie i z pełną swobodą opowiadają historię; są lekkie, momentami zabawne i zawsze doskonale odpowiadają treści. Wzorem największych francuskich mistrzów wydają się niedbałe tam, gdzie dbałość nie jest wskazana i wyraziste, gdy zachodzi taka potrzeba.

Nie sposób opisać tego dzieła pomijając Thomasa Otta, mistrza gatunku. W mojej opinii Śmiercionośni są tak samo dobrzy, Ryłkoa może nawet lepsi, niż znane mi dzieła Thomasa. Podobny, nieco upiorny i fantasmagoryczny wydźwięk historii idzie w parze z doskonale zaprojektowaną wizją dążącą do satysfakcjonującej pointy. U Łukasza funkcjonuje jednak dodatkowy „cukierek” pod postacią wspomnianego, wielowymiarowego splotu zdarzeń. Celowo pomijam konkrety, by nie psuć przyjemności z samodzielnego zapoznawania się z tym zabiegiem podczas lektury. Może rysunki nie są tak gęste i charakterystyczne, jak u Otta, ale poziom historii estetyczne niuanse pozostawia w tyle.

Szybki research wskazuje, że Łukasz nie wydał poza tym chyba żadnego, autonomicznego komiksu. Tomik ten można dostać za dwadzieścia złotych. Tym bardziej warto wspominać tą wyjątkową i być może nieco zapomnianą perełkę.

Jeśli lubicie Thomasa Otta, jeśli lubicie nieme komiksy, jeśli lubicie czarno-białe komiksy, jeśli lubicie dobre komiksy… cholera, jeśli w ogóle lubicie komiksy – sprawdźcie to!

Łukasz Ryłko (sc. & rys.), „Śmiercionośni”, Kultura Gniewu, Warszawa 2007.

[autor: Józek Śliwiński]

naglowek-smiercionosnisklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Zapisz

Zapisz

Moe to moja komiksowa wizytówka… – rozmowa z Piotrem Nowackim

30/03/2016 § 5 komentarzy


Moe to moja komiksowa wizytówka… – z Piotrem Nowackim z okazji reedycji komiksu rozmawia Maciej Gierszewski

moeOd premiery komiksu Moe minęło 5 lat. Dlaczego po takim czasie zdecydowałeś się na reedycję?
Piotr Nowacki: To była spontaniczna decyzja. Przeczytałem recenzję Moe napisaną przez Łukasza Kowalczuka dla Ziniola, tam pada taka sugestia, że ten komiks lepiej sprawdziłby się w mniejszym formacie i z dwoma kadrami na stronie. Pierwszego wydania nie ma już na rynku, więc postanowiłem wznowić tę pozycję w zmienionej formie. Całość poskładał i przygotował do druku Łukasz Mazur, mój druh z ekipy Pokembry.

Czym różni się bieżące wydanie od poprzedniego?
PN: Zmienił się format z poziomego na pionowy, plus, jak wspomniałem, układ kadrów – po dwa na stronę, zmniejszyliśmy rozmiar. Jest oczywiście nowa okładka, poprawiłem kilka drobiazgów w kadrach i na koniec dodaliśmy notkę biograficzną z namiarami na moje miejsca w sieci, mail i telefon. Dzięki temu Moe jest w pewnym sensie moją komiksową wizytówką.

Moe i kilka innych Twoich pozycji, to komiksy bez słów. Wolisz rysować tego typu historie? Czy praca nad nimi jest trudniejsza? Jeśli tak, to na czym polega owa trudność?
Piotr Nowacki planszaPN: Może nie tyle wolę, ale kiedy już zabieram się za autorski projekt, to jakoś naturalnie jest to historyjka bez słów. Może to wynika z obawy, że nie będę potrafił napisać dobrych dialogów. Narysowałem całkiem sporo komiksów bez słów (większość do scenariuszy Sztybora), co sprawia, że pewnie lepiej sobie radzę z tego typu narracją, lepiej ją czuję.
Najtrudniej jest chyba czytelnie i płynnie opowiedzieć w ten sposób historię. To, co mi jako twórcy wydaje się oczywiste, dla czytelnika może takie nie być. Trzeba więc być uważnym i krytycznym, potrafić spojrzeć na własny twór z boku. Dobrze jest też pokazywać swoje produkcje innym, żeby ewentualnie zgłosili jakieś uwagi.

Jakiś czas temu mówiłeś: „Najbardziej jestem dumny z moich autorskich zeszycików, czyli z Om i Moe, właśnie dlatego, że udało mi się bez niczyjej pomocy stworzyć jakieś dłuższe opowieści. Mam nadzieję, że będzie mi się udawało publikować jeszcze takie rzeczy pomiędzy dużymi, poważnymi projektami rysowanymi do cudzych scenariuszy”. Czy udaje Ci się realizować autorskie komiksy?
PN: Właśnie jestem na finiszu prac nad takim komiksem. Jest to historyjka bez słów (znów!), opowiedziana na 40 kwadratowych planszach. Tytuł roboczy: Yerp i ostatecznie tak właśnie będzie brzmiał. Zostało mi do narysowania 5 plansz i okładka, więc jest szansa, że uda się go opublikować na majowy Festiwal Komiksowa Warszawa.

Mam wrażenie, że ostatnio rysunkowo mocno się udzielasz. Rzuciłeś pracę etatową i zająłeś się tylko twórczą pracą?
komiks dla dzieciPN: To prawda. Ostatnie pół roku to codzienne rysowanie, często po kilkanaście godzin. Tak się złożyło, że po 13 latach, to praca w korporacji rzuciła mnie. Dlatego postanowiłem zająć się rysowaniem na pełen etat. Tym samym od kilku miesięcy realizuję swoje marzenie. Póki co na nudę nie narzekam, cały czas mam co robić. Komercyjne zlecenia, które dotychczas realizowałem i realizuję, są bardzo fajne i wykonuję tę pracę z przyjemnością. Oprócz rysowania komiksów są i ilustracje do książek, więc ciekawa twórcza robota.

Można gdzieś czytać Twoje komiksy dla dzieci? W jakiś gazetach czy magazynach? Wdaje mi się, że coś widziałem w „Fika”, ale gdzieś jeszcze?
PN: Tak, od dłuższego czasu w magazynie „Fika” ukazuje się seria Leśniaki, do której Sztybor pisze scenariusze, a ja rysuję. Są to dwuplanszowe historyjki bez słów. Mam nadzieję, że jak uzbiera się porządna ilość materiału, to wydamy jakiś zbiorczy album. Dodatkowo komiks z moimi rysunkami ukazuje się w miesięczniku „Abecadło”. To jednoplanszówki opowiadające o przygodach zajączka i misia, które dostosowane do głównego tematu numeru (zimowe zabawy, karnawał, nadejście wiosny…). Scenariusz dostaję z wydawnictwa, a kolory na moje plansze kładzie Joanna Szłapa, która kolorowała Ostatniego Żubra Tomka Samojlika.
W każdy poniedziałek i czwartek zapraszam również na stronę Smutek jako ostateczna forma buntu, na której wspólnie z Kajetanem Kusiną tworzę komiks internetowy.

Z tego co mi wiadomo, to narysowałeś już trzeci album z serii Detektyw Miś Zbyś na tropie, a teraz go Norbert koloruje. Prawda? Proszę zdradź trochę informacji, o czym opowiada.
Piotr Nowacki komiksPN: Norbert już pokolorował, a komiks czeka tylko na wypisanie dymków i skład. W trzeciej części bohaterowie prosto z dzikiego zachodu lecą na księżycową stację kosmiczną. Tam muszę rozwikłać zagadkę znikających na stacji żarówek i akumulatorów. Na naszych małych czytelników, jak zwykle czekają, szalone pościgi, jeszcze bardziej kolorowe i gęste rozkładówki. A rodzice będą mogli wyłapywać nawiązania do popkultury, których w tym tomie jest całkiem sporo. Sam bardzo lubię rozkładówkę z kosmicznym złomowiskiem, na którym można będzie rozpoznać przeróżne pojazdy znane z filmów, komiksów i seriali sci-fi.

Nad czym teraz pracujesz?
PN: Od kilku miesięcy realizuję duże zlecenie ilustratorskie dla wydawnictwa Tashka, ale szczegółów na razie nie będę zdradzał. Jestem bardzo blisko ukończenia. Finiszuję z rysowaniem Yerpa, a wczoraj na maila dostałem nowy scenariusz od Sztybora. Co miesiąc muszę oddać planszę do miesięcznika dla dzieci „Abecadło”. Sporo się dzieje, a będzie działo się jeszcze więcej. Wraz z moimi chwatami z ekipy Pokembry (Łazur i Sztybor) planujemy mnóstwo świetnych projektów, z których ogromnie się cieszę.
Dziękuję, Piotrze, za rozmowę.

Piotr Nowacki (scen. & rys.), „Moe”, wyd. II, poprawione, 2016. Zamawiać można tu: klik! klik! Piotr Nowacki komiksPiotr Nowacki o sobie: Zajmuję się tworzeniem komiksów, ilustracji oraz projektów postaci. Publikowałem w licznych magazynach i antologiach komiksowych. piotr nowackiMam na koncie kilka wydanych albumów komiksowych. Najważniejsze z nich: Tainted oraz wersja na iPad, It’s Not About That, seria Detektyw Miś Zbyś na tropie, Tim i Miki. W Krainie Psikusów, Moe, Om. Zilustrowałem kilka książek dla dzieci z serii Bohaterowie z boiska oraz wykonałem serię projektów postaci do aplikacji edukacyjnej dla dzieci Anifacts Africa. W latach 2009-2011 byłem redaktorem naczelnym magazynu komiksowego „Karton”. Brałem udział w zbiorczych wystawach komiksu polskiego m.in. na Węgrzech, w Izraelu, na Litwie. Mój blog tu: klik! klik! A strona na fejsiku tu: klik! klik!

sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with komiks bez słów at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: