Comanche #1: Red Dust

14/07/2016 § Dodaj komentarz


 Red Dust poznaje piękną Comanche

Comanche1Belgijski serial Comanche wystartował dawno, dawno temu, bo w 1972 roku, ale dopiero od maja bieżącego roku polscy czytelnicy mają okazję się z nim obcować. Oryginalnie wyprodukowano 15 albumów, ostatni pojawił się w księgarniach w roku 2002. Pierwsze dziesięć zostało narysowanych przez Hermanna Huppena, dlatego nie dziwi fakt, że to Wydawnictwo Komiksowe wzięło na swoje barki krajową edycję.

Produkcje Huppena są w Polsce dobrze obecne, wysoko cenione przez czytelników i krytyków. Artysta gościł na niedawnym festiwalu Komiksowa Warszawa. Pakiet jego komiksów dostępnych na rodzimym rynku jest pokaźny i obejmuje zarówno one-shoty (wznowione niedawno Krwawe gody, a także Staruszek Anderson, Stacja 16 i Bez przebaczenia), jak i seriale (znakomite Wieże Bois-Maury, Bois-Maury i wydawanego nie bez przeszkód Jeremiaha). A teraz do zestawu dorzucony został ComHermannanche, którego głównym scenarzystą był Michel Regnier, znany lepiej pod swoim komiksowym pseudonimem Greg.

Pierwsza odsłona nosi tytuł Red Dust. Rzecz dzieje się na w XIX wieku na Dzikim Zachodzie. Całość rozpoczyna się na piaszczystej drodze w stanie Wisconsin. Samotny rewolwerowiec (tytułowy Red Dust) stojący na poboczu traktu zatrzymuje dyliżans i prosi o podwózkę do najbliższego miasteczka, którym okaże Greenstone Falls. Nim wsiądzie, okoliczności zmuszą go do pojedynku z innym podróżnym. Wynik starcia nie jest dla czytelnika specjalnym zaskoczeniem. Na miejscu Dusta biorą za ustrzelonego Honda, dzięki temu bohater ma okazję zorientować się o rozkładzie sił i wpływów panujących w miasteczku.

Protagonista odkrywa, że ktoś (długo nie wiadomo kto) wynajmuje najróżniejszych oprychów, comancheaby utrudniali życie urodziwej Comanche, która prowadzi ranczo „Triple Six”. Ciąg wypadków, których nie będę przybliżał, bo warto samemu się z nimi zapoznać, powoduje, że w finałowej scenie widzimy dumną właścicielkę posiadłości i czerech współpracowników (z czego trzech przyłączyło się do niej w trakcie trwania akcji omawianej pozycji). Grupa zjednoczyła się, aby ochraniać i rozwijać „Trzy szóstki”. Z pierwszego starcia wyszli zwycięsko, a jak będzie dalej, przekonamy się dzięki lekturze kolejnych tomów.

Wygląda na to, że serial Comanche jest przykładem klasycznego westernu, w którym piękna kobieta popada w wielkie tarapaty, a silny i szlachetny rewolwerowiec przychodzi z pomocą. Być może w kolejnych odsłonach cyklu fabuła będzie sprowadzała się do realizacji tego schematu. Nawet jeśli, to nic złego. Wątki prowadzone są wprawie, postaci są wyraziste, comanche Hermanna oprawa graficzna jest niczego sobie. Może to nie jest jeszcze Huppen, którego znamy choćby z Jeremiaha, ale szczegółowy rysunek i realistyczne przedstawienie dodają specyficznego smaczku.

Mam zamiar przeczytać całą serię i to nie tylko dlatego, że lubię westerny. Bardzo dobrze, że to Wydawnictwo Komiksowe wzięło się za edycję, można być pewnym, że kolejne części będę pojawiały się księgarniach w miarę regularnie. Zapowiedziano, że do końca tego roku otrzymamy cztery albumy. Czekam więc na kolejny, który ukaże się pod koniec sierpnia.

Greg {właśc. Michel Louis Albert Regnier} (sc.), Hermann {właśc. Hermann Huppen} (rys.), „Comanche #1: Red Dust”, tłum. Wojciech Birek, Wydawnictwo Komiksowe/Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

 [scenariusz: 4, rysunki: 4, kolory/cienie: 4-] comanche Hermann gregsklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}

 Tekst napisany dla „Kolorowych Zeszytów, można czytać kliknąc :tu: tak! :tu:

Czytam sobie. Jonka, Jonek i Kleks

12/04/2016 § 6 Komentarzy


Pierwsze koty za płoty

jonka jonek kleks.jpgCzytam sobie to uznana i doceniana seria książek dla dzieci publikowana przez Edukacyjny Egmont, w której ukazało się już ponad 50 pozycji. Uważam, że w dobie alarmujących statystyk dotyczących krajowego czytelnictwa ogłoszonych przez Bibliotekę Narodową, inicjatywę należy wspierać, ale i z drugiej strony doceniać.

Akcja jest skierowana jest dla dzieci w wieku 5–7 lat. Całość została dobrze pomyślana, publikacje podzielone są na trzy wyraźne grupy – poziomy czytelnicze. Każda kolejna książka jest na okładce widocznie oznakowana. W prawym górnym rogu znajduje się cyfra oznaczająca właściwą grupę czytelniczą, dodatkowo zastosowano także identyfikację kolorystyczną. Dla niewtajemniczonych (są jeszcze tacy?): poziom 1 (kolor żółty) to „składam słowa”, czyli 150-200 wyrazów w tekście, zdania krótkie, podstawowe głoski w tekście, głoskowanie; poziom 2 (kolor zielony) to „składam zdania”, czyli 800-900 wyrazów w tekście, zdania dłuższe, pojawiają się szczątkowe dialogi, sylabizowanie; poziom 3 (kolor czerwony) to „połykam strony”, czyli 2500-2800 wyrazów w tekście, dłuższe i bardziej złożone zdania, pojawiają się trudne (niecodzienne) wyrazy, na końcu książki znajduje się słowniczek tychże.jonka jonekZ końcem marca do księgarń trafiła publikacja Jonka, Jonek i Kleks, która powstała na bazie kultowej serii komiksów autorstwa Szarloty Pawel. W materiałach wydawcy możemy przeczytać: „(…)nadszedł czas na nową formę opowiadania – komiks. Uwielbiany przez dzieci komiks ma wszystkie zalety tekstu do nauki czytania. Zwięzła narracja, krótkie zdania, wartka, szybko zmieniająca się akcja, świat fantazji oraz ilustracje to atuty, dzięki którym dziecko oswaja słowo pisane. Komiks pobudza wyobraźnię, staje się punktem wyjścia do poszukiwań literackich. (…)Nowe teksty do historii, dostosowane do 1 poziomu serii napisał Zbigniew Dmitroca”.

Wszystko powyżej jest prawdą. Komiksy idealnie nadają się do nauki czytania. Z kilku powodów. Tekst opowiadania musi się zmieścić w dymkach, dlatego zwykle jest zwięzły i precyzyjny. Dodatkowo nie może powtarzać tego, co widać. Raczej dopowiadać albo nawet „być obok”. W taki sposób, aby czytelnik wykonał umysłowe ćwiczenie polegające połączeniu narracji wizualnej z literacką (słowną) w jedną spójną i logiczną wypowiedź. I to jest głównym motorem, który pobudza wyobraźnię u czytelników. W komiksie tekst sam w sobie nic nie znaczy, nie niesie ze sobą koherentnej treści, bo jest szczątkowy i fragmentaryczny – kaleki.Szarlota PawelOficyna przedstawia publikację jako komiks. Chociaż bliżej jej do serialu obrazkowego typu 120 przygód Koziołka Matołka Kornela Makuszyńskiego i Mariana Walentynowicza, niż do „kolorowych zeszytów” sensu stricto. Rzecz powstała na bazie pełnometrażowego albumu Pawel Smocze jajo, z którego wybrano niektóre kadry, a następnie umieszczono je po jednym na stronie, usunięto z nich większość dymków (zostały niektóre wykrzykniki i onomatopeje), tekst opowiadania został wymyślny na nowo i znajduje się u dołu strony.

Pomysł sam w sobie nie jest zły. Jednak Zbigniewowi Dmitrocy wyraźnie ten typ narracji nie leży. Zbyt mocno skupia się na ilustracjach, chcąc opisać, co widać. Dla przykładu na stronie 20 jajowidzimy starszego wąsatego mężczyznę w okularach, który na pustyni znalazł jajo, tekst pod ilustracją leci tak: „Pan profesor znalazł jajo smoka”. I gdzie tu miejsce dla wyobraźnię młodego czytelnika? Pisałem kiedyś, że dzięki komiksowym rysunkom dzieci uczą się rozumieć niewerbalne kody interakcji, czyli gesty ciała i grymasy twarzy. Jestem przekonany o prawdziwości tego zdania. Jednakże, gdy patrzę na stronę 24, to myślę sobie, że pan Dmitroca oraz redaktor prowadzący z Egmontu albo nie mają wiedzy w temacie, albo nie wierzą, że dzieci będą potrafiły owe emocje rozpoznać. kleksKomiksy charakteryzują się także, aby zacytować materiały wydawcy, „wartką, szybko zmieniającą się akcją”. I z tym także autor ma niejaki problem. Kilka zdań rozpoczyna się od: „wtem”, „wtedy”, „potem”, które niby mają uczynić tekst płynnym, podkreślać dzianie się, sekwencyjny charakter i wynikanie zdarzeń. Chyba nie tędy droga…

Pierwsze koty za płoty. Mam nadzieję, że następne książki w serii Czytam sobie. Komiks będą sprawnie poprowadzone. A duch (idea) „kolorowych zeszytów” będzie lepiej zrealizowana. Osobiście bardzo mi na tym zależy, bo komiksy są świetnym materiałem do nauki czytania, mają unikalny potencjał wciągnięcia w historię/opowieść poprzez narrację wizualną, która uczy zrozumienia ciągłych/długich historii. A czytane od najmłodszych lat stają się „punktem wyjścia do poszukiwań literackich”. Proponuję następnym razem napisanie tekstów zlecić jakiejś osobie obytej z medium i z doświadczeniem w pisaniu scenariuszy komiksowych, choćby Grzegorzowi Januszowi lub Dominikowi Szcześniakowi, lub Bartoszowi Sztyborowi, lub Michałowi Rzecznikowi.

Zbigniew Dmitroca (tekst), Szarlota Pawel (il. i pomysł fabuły), „Czytam sobie. Jonka, Jonek i Kleks, Egmont, Warszawa 2016.

[tekst: 1+, rysunki: 5, kolory/cienie: 4+]

jonka jonek i klekssklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy #1: Złodziej pioruna

30/06/2014 § Dodaj komentarz


Percy Jackson przełożony na komiks

     Rick RiordanPierwszy kontakt z mitologią grecką miałem gdzieś w połowie podstawówki. Nie pamiętam jak, ale w moje ręce wpadły Mity greckie Wandy Markowskiej. Pamiętam, że książka była paskudnie wydana. Miała nieprzyjemną w dotyku, brązową okładkę i pożółkłe ze starości strony, mimo to otworzyła mi bramę do magicznego świata herosów, bogów i potworów. W taki sposób ukształtowany przez semikowskie zeszyty dzieciak znalazł nową miłość.

     Wpadłem. Z wypiekami na twarzy czytałem przygody Tezeusza czy Edypa, jak wcześniej Spider-Mana czy X-Menów. W każdej wolnej chwili zgłębiałem zawiłości olimpijskiego „continuity” (Jak Herakles mógł pomóc w wojnie z gigantami, skoro urodził się znacznie później, w „erze ludzi”?) i próbowałem wyobrazić sobie grozę Scylly i Charybdy (Jakby taki potwór narysowany przez Todda McFarlane`a wyglądał?). Obcując z klasycznym „brykiem” znalazłem w mitologii to, czego szukałem w trykociarskiej estetyce. Nie miałem wtedy szans ani wrażliwości, aby dostrzec prawdziwą wartość antycznego dziedzictwa Greków. Dla chudego dzieciaka, który więcej czasu spędzał zaczytany w komiksach, niż z kolegami na trzepaku, była to fascynacja na najbardziej elementarnym poziomie. Była ona w jakiś sposób naturalna, czego dowodzą liczne badania wskazujące na silne pokrewieństwo między w konwencją super-hero a siłą mitu. Przypuszczam, że dla Ricka Riordana pierwsza lektura mitologii greckiej, mogła być podobnym odkryciem.

     Z greckim panteonem zetknął się w drugiej klasie, był nim tak zafascynowany, Bogowie Olimpijscyże poprosił swojego ojca, żeby zamiast tradycyjnej bajki przed snem, opowiadał mu coś z mitologii. Po pewnym czasie zasób opowieści się wyczerpał, więc złakniony fantastycznych przygód zasugerował, żeby wymyślić nowe. Podobno właśnie wtedy Rick Riordan wpadł na pomysł wykreowana świata Percy`go Jacksona, w którym antyczne mity wciąż trwają we współczesnym świecie. Po pewnym czasie pomysł ten stał się kolejnym popkulturowym fenomenem.

     Przepis, jak to zwykle bywa, wydaje się banalnie prosty. Schemat znany choćby z książek o Harrym Potterze łączymy z treściami mitycznymi, dodajemy trochę super-hero i mamy przebój! 223 tygodnie, jako najlepiej sprzedająca się książka młodzieżowa na liście „New York Timesa”, łączny nakład sięgający ponad 20 milionów egzemplarzy, dwa filmy kinowe i miliony dolarów na koncie Riordana. Jakby tego mało, wydawnictwo Hyperion Books zainwestowało w komiksową adaptację. Pierwszy tom, czyli Złodziej pioruna niedawno ukazał się na polskim rynku nakładem Galerii Książki.

     Z mojej perspektywy jest to rzecz absolutnie nieciekawa, Percy Jacksonponieważ pozycja przeznaczona jest ewidentnie tylko dla młodzieży, choć całkiem porządnie (jak na standardy popularnego komiksu) zrobiona. Mamy więc tytułowego bohatera, 12-letniego Percy`ego Jacksona, z którym potencjalni czytelnicy mają się utożsamiać. Percy cierpi na ADHD i dysleksje. Katalizatorem fabuły jest klasyczny dla gatunku chwyt „nic nie jest takie, na jakie ci się wydaje!”. Kiedy mitologiczne potwory wychodzą prosto z kart podręcznika i atakują niczego nie spodziewającego się bohatera, rzeczywistość odkrywa swoje prawdziwe, bardziej magiczne oblicze.

     Przewodnikiem po niezwyczajnym świecie jest pan Brunner, nauczyciel literatury. Zabiera on Percy`ego do obozu herosów, gdzie ma rozpocząć się jego szkolenie. Będąc synem jednego z olimpijskich bogów jest on materiałem na herosa, ale nim się to stanie będzie musiał odzyskać tytułowy artefakt i rozwikłać tajemnicę swojego pochodzenia. Uzbrojony w magiczny miecz wraz z satyrem Groverem i Annabeth, córką Ateny, rusza do Hadesu (do którego wejście znajduje się Los Angeles), aby zapobiec straszliwej wojnie między olimpijczykami a…

     Robert Venditti prowadzi fabułę w sposób poprawny, odpowiednio przeplata humor ze scenami nieco bardziej poważnymi. zlodziej piorunaW kwestii rzemiosła trudno jest mu cokolwiek zarzucić, ale miał o tyle łatwiej, że pisał tylko komiksową adaptację powieści Za to będzie sądzony przez fanów serii, a nie mnie. Co do oprawy graficznej – wiele dobrego nasłuchałem się o pracy Atilly Futakiego po premierze Severed, ale po lekturze Złodzieja pioruna zupełnie nie rozumiem, o co tyle szumu. Węgierski twórca to kolejny z wielu mniej lub bardziej anonimowych trybików wielkiej komiksowej maszynerii w Ameryce. O jego kresce, przy odrobinie dobrej woli, można powiedzieć, że jest rozpoznawalna, ale nic ponadto.

     Do dziś czasem wracam do Markowskiej, odnajduję w jej opracowaniu greckich mitów wiele magii. W pierwszym, komiksowy tomie bestsellerowej serii Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy nic takiego nie potrafię dostrzec. Nie wiem, może zgubiła się podczas przekładu z powieści na komiks? A może jestem już trochę za stary na takie młodzieżowe przygody…

Rick Riordan & Robert Venditti (scen.), Attila Futaki (rys.), „Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy #1: Złodziej pioruna”, tłum. Agnieszka Fulińska, Galeria Książki, Kraków 2014.

[autor: Jakub Oleksak]

{komiks można kupić tu: klik! klik! lub tu: klik! klik!}

Wieże Bois-Maury #4: Reinhardt

08/05/2014 § Dodaj komentarz


HermannReinhardt, czwarty tom w serii Wieże Bois-Maury, jest albumem wyjątkowym. Z kilku powodów. Po pierwsze, w żadnym z poprzednich nie wyeksponowano tak silnie roli Aymara de Bois-Maury, o którym wreszcie można powiedzieć, że gra pierwsze skrzypce. Po drugie – do tej pory w serii Hermannowi udawało się trzymać realistycznej konwencji, a w Reinhardzie od tej ortodoksji (w pewien sposób) odchodzi. I wreszcie po trzecie – jest to wyraźnie najsłabszy z wydanych do tej pory komiksów z cyklu.
Na tle pierwszego rzutu Wież… omawiany tom prezentuje się najgorzej, a piszę to już po lekturze Aldy, na chwilę obecną ostatniej wydanej na naszym kraju części cyklu. Nie zrozumcie mnie źle, moje zastrzeżenia nie znaczą, że czwarty album jest słaby. Chociaż belgijskiemu twórcy przytrafiła się wyraźna obniżka formy. Cóż, taki urok seriali – trafiają się w nich lepsze i gorsze momenty.
mostHistoria jest bezpośrednią kontynuacją wątków z Germaina. Pielgrzymka do Santiago de Compostela okazała się owocna. Żona kupca, który był eskortowany przez Aymara i Oliwiera, w cudowny sposób został uleczona z dręczących ją dolegliwości i pobłogosławiona dzieckiem. Teraz, bohaterowie ruszają w drogę powrotną do Francji i kierują się do Bordeaux. Obecność rycerza wciąż jest nieodzowna – na szlaku na pielgrzymów czekają różne niebezpieczeństwa. W tej podróży Aymar spotka tytułowego bohatera, Reinhardta von Kirstein. Reinhardt uczestniczył w wyprawach krzyżowych, podczas oblężenia Jerozolimy został ranny i wzięty do mauretańskiej niewoli. Sprzedany kalifowi Kordoby uniknął niewolniczego losu ratując syna lokalnego kacyka. Teraz wraca w strony rodzinne, aby po śmierci swojego ojca objąć we władanie ziemie należące do rodu. Pod jego nieobecność zajmował się nimi młodszy brat, Manfred. Jak już się pewnie domyślacie, konflikt między rodzeństwem von Kirsteinów o ojcowiznę jest osią fabularną w tym tomie. Hermann przygląda się Aymarowi właśnie przez pryzmat kreacji dwóch pozostałych, obecnych na kartach komiksu, rycerzy. Bierze na swój warsztat rycerski etos i zderza go z rzeczywistością.
szarzaReinhardt jest skorym do bójki gburem. Myli zwykłą głupotę z odwagą, która powinna cechować dobrego rycerza. Zapatrzony w siebie, arogancki, wywyższający się ponad innych przedstawicieli swojego stanu i ludzi gorzej urodzonych, zdaje się być zlepkiem tego, co w rycerzu najgorsze, a jednak budzi czytelniczą sympatię. W pewien sposób jest idealistą, najmocniej ze wszystkich postaci przewijających się w Wieżach… przywiązanym do wartości, a ze swoją swadą przypomina klasycznych herosów-awanturników, którzy uwielbiają pakować się w kłopoty. Manfred natomiast jest jego odwrotnością (w pewnym sensie). To pozbawiony typowych rycerskich przymiotów tchórz, bardziej skory do wina niż miecza. Jest chciwy, pozbawiony honoru, a w dodatku można nim łatwo manipulować. Manfred, w przeciwieństwie do swego brata, potrafi dostrzec swoje grzechy, a czytelnik widzi jego krzywdę i potrafi zrozumieć jego motywację, szczególnie w obliczu gorzkiego, pełnego tragizmu finału.
statekHermann w bardzo przekonujący sposób rozrysował dość banalny w gruncie rzeczy konflikt o rodzinny majątek i udało mu się uniknąć klisz. Dodatkowe napięcie w waśni von Kirsteinów wprowadza Aymar, lecz niestety dramat rycerza Bois-Maury pozostaje nieprzekonujący. Jego rozdarcie pomiędzy rycerskim honorem, a wcześniejszymi zobowiązaniami, czyli danym kupcowi słowem, został przedstawiony w sposób papierowy. Zaskoczyło mnie, że Hermann poległ na tym, co było zawsze mocną stroną historii z cyklu.
Złego wrażenia dopełnia finał, który związany z widoczną na okładce dziewczynką. Ona wraz z tajemniczą „piękną panią” wprowadzają do komiksu nutkę fantasy, która, w zestawieniu z bardzo konsekwentnie budowaną realistyczną wizją średniowiecza, strasznie zgrzyta. Może i nawet takie, trochę niezrozumiałe odstępstwo od przyjętej konwencji, z przymrużeniem oka jakoś bym zaakceptował, gdyby nie to, że posłużyło autorowi, jako banalne „deus ex machina” w górskim finale historii.
Nic za to nie mogę zarzucić Reinhardowi pod względem wizualnym – w tym aspekcie Hermann utrzymuje się nadal w wysokiej formie. Belgijski klasyk brawurowo sprawdził się w zimowej scenerii Pirenejów i świetnie poradził sobie z dynamicznymi scenami walk (których w komiksie jest całkiem sporo).

Hermann {właśc. Hermann Huppen} (scen. & rysunki), „Wieże Bois-Maury #4: Reinhardt”, tłum. Grzegorz Przewłocki, Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2013.

[autor: Jakub Oleksak]

zima
recenzje innych albumów z tej serii można przeczytać:

– Wieże Bois-Maury #2: Heloiza de Montgri {tu: klik! klik!}
– Wieże Bois-Maury #5: Alda {tu: klik! klik!}

picturebook{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Powyższa recenzja została pierwotnie opublikowana na „Kolorowych Zeszytach”, aby ją przeczytać, wystarczy kliknąć tu: klik! klik!

Batman. Detective Comics #2: Techniki zastraszania

28/01/2014 § 2 Komentarze


Dziś w ramach ‘występów gościnnych’ tekst Jakuba Oleksaka (red. nacz. Kolorowych Zeszytów)

batmanDC Comics wiele ryzykowało z zakrojoną na szeroką skalę rewolucją w swoim komiksowym uniwersum. Początkowo New 52, czyli świeży (no, prawie) start wszystkich serii okazał się olbrzymim sukcesem. Najlepszym przykładem tego był premierowy zeszyt Justice League. Seria pisana przez Geoffa Johnsa i Jima Lee od początku była skazana na sukces, ale nikt nie spodziewał się, że będzie on aż tak spektakularny. 200 tysięcy egzemplarzy pierwszego nakładu, cztery dodruki, zainteresowanie mediów – nieśmiało zaczęto wieszczyć koniec kryzysu amerykańskiego przemysłu komiksowego.
Przedwcześnie, jak się okazało. Czytelnicy, którzy zachęceni inicjatywą DC Comics dali szansę nowym seriom, szybko zorientowali się, że zostali zrobieni w konia. Nowa 52 okazała się głęboko przemyślanym i świetnie przeprowadzonym chwytem reklamowym, którego celem było sprzedanie tego samego produktu w innym opakowaniu. Pewnie nie tylko ja poczułem się trochę oszukany z tym „nowym początkiem”. Nie przeczę, że w nowej ofercie DC znajdzie się kilka interesujących pozycji, ale większość z nich to bardziej marnej jakości superbohaterskie czytadła, które dzięki odpowiedniej marketingowej narracji szybowały na listach sprzedaży.
new 52Jednym z takich „bestsellerów” była seria Detective Comics. Liczba zamówionych przez sklepy komiksowe w sieci Diamonda egzemplarzy – jednego z najstarszych i najbardziej zasłużonych dla amerykańskiego przemysłu komiksowego tytułu – od września do listopada 2011 roku przekraczała magiczne 100 tysięcy (nie licząc dodruków; premierowy zeszyt wracał do drukarni aż sześciokrotnie!). Pomimo delikatnego spadku popularności aż do czerwca 2012 seria utrzymywała się w pierwszej dziesiątce tego rankingu. Te liczby powinny robić wrażenie. I najwidoczniej zrobiły na Tomaszu Kołodziejczaku. Szef Klubu Świata Komiksu, który prawdopodobnie pod wpływem komercyjnego sukcesu Nowej 52, postanowił dać szansę superherosom, od których zwykł się trzymać z daleka, bo „w Polsce się nie sprzedają”. Nie mam wątpliwości, że przy doborze komiksów do cyklu Nowe DC Comics (jak przetłumaczono New 52) kierował się bardziej wynikami finansowymi uzyskiwanym przez dany tytuł, a nie ich rzeczywistą jakością. Postawił na dwa, absolutne bestsellery rebootu DC, czyli Justice League Geoffa Johnsa i Jima Lee oraz Batmana Scotta Snydera i Grega Capullo, niewiele ryzykując z Action Comics Granta Morrisona i Ragsa Moralesa oraz rzeczonym Detective Comics Tony`ego Daniela.
Kołodziejczak się nie pomylił – nowa linia komiksów superbohaterskich okazała się wielkim przebojem naszego rynku. Kolejne albumy znikały z półek sklepowych, zarówno tych wirtualnych, jak i „stacjonarnych” z szybkością, która musiała zaskoczyć samego wydawcę. Szczególnie dotyczyło to komiksów z Batmanem, który okazał się ulubionym amerykańskim superherosem Polaków. Nakłady poszczególnych albumów z jego udziałem, zarówno te premierowe (z serii Batman czy Detective Comics), jak wznowienia (Zabójczy żart) wyczerpywały się błyskawicznie i na rynku wtórnym potrafiły osiągać niebotyczne ceny. Egmont trafił na żyłę złota, a fani super-hero zaczęli zacierać ręce na myśl o tłustych latach, które mają nadejść.
Detective ComicsTylko czy na pewno jest się z czego cieszyć? Wydaje mi się, że obecna polityka Egmontu może świadczyć wyłącznie o jego słabości. Wydawnictwo z rynkowego demiurga, który trzymał w ręku rząd komiksowych dusz, który kreował czytelnicze gusta i rynkowe trendy (z różnych skutkiem), zmieniło się w cwanego koniunkturalistę, wrażliwego na najmniejszego fluktuacje w branży. Potrzeba było splotu niezwykle sprzyjających okoliczności, aby komiksy z Gackiem wreszcie zaczęły dobrze się sprzedawać. I fajnie, cieszę się, że sytuacja na rynku się poprawiła. Rozumiem nawet, że Egmont to nie firma charytatywna i musi zarabiać na tym, co robi. Dlatego wydaje te komiksy, które się sprzedają, a kasuje te serie, które zalegają w magazynie. Ale jako czytelnika niewiele mnie to obchodzi. Dla mnie liczy się komiks i chciałbym, żeby był dobry. Tego, niestety, nie da się powiedzieć o drugim tomie Detective Comics
Przez lekturę Technik zastraszania brnie się z trudem. Skrypty Tony`ego Daniela przywołują najgorsze, pulpowe dziedzictwo Mrocznego Rycerza. To naiwne, pseudo-detektywistyczne historyjki, pełne efektownych splaszów, przegadane i całkowicie sztampowe. Batman z Detective Comics vol.2 to nie postać, którą kochają tysiące fanbojów na świecie, to nie inspirująca kolejne pokolenia twórców ikona przemysłu komiksowego, tylko kolejny szablonowy superheros, przeżywający przerysowane, momentami wręcz karykaturalne przygody z gatunku tych, które są większe niż życie. Choćby w pierwszym zeszycie Detective Comics Annual, w którym oglądamy jakieś pojedynki na siłę umysłu dwóch kiepsko napisanych villainów, pełne absurdalnych intryg i podniosłych monologów z zupełnie innej komiksowej epoki. Pełne bezsensownych nawalanek, pozbawione fabuły, wyprane z jakichkolwiek emocji. Im bardziej zagłębiałem się w lekturę i odkrywałem nowe pokłady debilizmów, tym bardziej tęskniłem do tego starego Mrocznego Rycerza, sprzed ery Nowej 52, które pokochałem czytając semikowskie Batmany, które przecież również były amerykańskimi produkcyjniakami, ale robione były z klasą, której Danielowi brakuje.
scare batmanCo gorsza, album sprawia wrażanie worka do którego powrzucano bez ładu i składu różne historię. Jest więce tie-in do crossovera Night of the Owls, wspomniany one-shot z wydania annualowego, historia z numeru zerowego i back-up story z Two Face`m. Ta ostatnia jeszcze szczególnie interesująca, ponieważ autorem rysunków jest Polak, Szymon Kudrański. Jego praca jest jednym z niewielu pozytywnych aspektów tego wydania zbiorczego. Ze swoją brudną, realistyczną i mroczną kreską przynosząca na myśli dokonania Micheala Larka pozytywnie odstaje od oprawy graficznej całości. Autorem większości jest sam Daniel – lepszy w roli rysownika, niż scenarzysty. Niewiele, ale jednak. Jako jeden z wielu epigonów Jima Lee, który podobnie, jak jego idol ma duże problemu z dotrzymywaniem terminów i często musi ratować się tymczasowymi zastępcami. W Technikach zastraszania w tej roli występują między innymi Ed Benes, Pere Perez czy Julio Ferreira. Efekt jest opłakany – wizualnie komiks jest niespójny, niemile zgrzytając przy lekturze.
Pisany przez Tony`ego Daniela Detective Comics może stanowić kwintesencję tego, co najgorsze w superbohaterskim mainstreamie. Nudne, sztampowe, kiczowate. Podobno po tym, jak serię przejmuje John Layman, czyli od trzynastego zeszytu poziom rośnie. Musi, bo już niżej chyba nie może spaść.

Tony S. Daniel {właśc. Daniel Antonio Salvador} & Gregg Hurwitz & James Tynion IV (scen.), Tony S. Daniel {właśc. Daniel Antonio Salvador} & Sandu Florea & Szymon Kudrański & inni (rys.), „Batman Detective Comics #2: Techniki zastraszania”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 800, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2013.

[autor: Jakub Oleksak]

{moją recenzję z Batman. Detective Comics #1: Oblicza śmierci można przeczytać tu: klik!}

picturebook{komiks można kupić :tu:}

Moje podsumowanie roku 2013

06/01/2014 § 1 komentarz


Poniższy tekst napisałem na zamówienie „Kolorowych Zeszytów” w ramach cyklu „Moje podsumowanie roku 2013”.
kolorowe

Jaki był rok 2013? Dobry? Zły? Zależy z czyjej perspektywy na niego spojrzeć. Jako „czytelnik” jestem bardzo z niego zadowolony: oferta bogata i różnorodna. Jako „recenzent” także jestem zadowolony: ukazało się dużo dobrych komiksów, o których z przyjemnością pisałem. Jako „propagator” medium również nie będę narzekał.
W ubiegłym roku najbardziej zajmowały mnie komiksy dla dzieci. Im poświęcałem najwięcej czasu i uwagi. Stąd w moim podsumowaniu roku 2013 chciałbym się skupić właśnie na nich. Nie chcę powiedzieć, nawet zasugerować, że w minionym roku nie ukazały się znaczące „komiksy dla dorosłych”. Ukazały się! Moja prywatna lista 10 najbardziej wartościowych i najciekawszych komiksów minionego roku pojawi się na Kolorowych za kilka dni.
Komiksy dla dzieci są dla naszego rynku równie ważne, jak nominacja do Nagrody Nike dla Macieja Sieńczyka za album Przygody na bezludnej wyspie czy Wielka Kolekcja Komiksów Marvela, czy publikacje Wydawnictwa Komisowego, czy otwarcie w Poznaniu stricte komiksowej galerii Cheap East, czy specjalistyczny sklep z oryginalnymi pracami ArtKomiks, czy wizyta Nicolasa Presla na Conrad Festival w Krakowie, czy Operacja Komiks w Opolu, czy regularne ukazywanie się „Zeszytów Komiksowych” (chciałbym zanzczyć, że dzięki wsparciu finansowemu MKiDzN oraz Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu ich cena jest bardzo przystępna), czy projekt Praga Gada, czy reaktywacja seriali komiksowych Koziorożec, Murena lub Skorpion, czy ważne wystawy Michała Śledzińskiego, Przemysława Truścińskiego lub Jakuba Woynarowskiego, czy książka Komiks w szponach miernoty autorstwa Jerzego Szyłaka, czy książka Niezwykła historia Marvel Comics wydana przez oficynę Sine Qua Non, czy spotkania w ramach Poznańskiej Dyskusyjnej Akademii Komiksu, czy książka Łukasza Kowalczuka poświęcona dziedzictwu TM-Semic, czy Maszin i jego podboje, czy kolejne numery „Gili-Gili” lub „Zeszytu”, czy działy komiksowe na serwisach internetowych poświęconych książkom i kulturze, na których wcześniej nie gościły (dla porządku wymienię choćby: instytutksiazki.pl, artpapier.com, culture.pl, ryms.pl, booklips.pl, xiegarnia.pl), czy…
czytajacyDlaczego w takim natłoku zdarzeń, spotkań, warsztatów, festiwali, wystaw, premier, wznowień i debiutów wyróżniam publikacje przeznaczone dla najmłodszych? Nie jestem pewien, czy uda mi się sensownie na to pytanie odpowiedzieć, ale postaram się.
Najpierw jednak trochę informacji statystycznych. W minionym roku ukazało się co najmniej 14 pozycji, które śmiało można zaliczyć do tej grupy. Na liczbę tę składają się nie tylko publikacje w ramach Krótkich Gatek i Centralki, ale pomijam, niesłusznie, pozycje wydane przez Egmont oraz Taurus Media.
14 sztuk, przy ponad 200 innych, to nie jest wiele. Jednakże mam wrażenie, że wydanie tych albumów w ubiegłym roku ma niemałe znaczenie dla wydawców, a co za tym idzie i dla czytelników. Oczywiście można mówić, że szum medialny towarzyszący tym publikacjom był „proporcjonalnie zbyt duży”, bo chyba żaden z komiksów wydanych w ubiegłym roku nie miał aż tylu pozytywnych recenzji co na przykład: Norka zagłady, Jaś Ciekawski czy Miś Zbyś. Dodatkowo można zauważyć swoisty paradoks, wskazując na pewną niekonsekwencję – przez wiele lat „środowisko” starało się pokazać, że komiksy są „wartościowym medium” dla dorosłych, gdyż poruszają tematy ważne i znaczące, a w 2013 roku poszła fama, że komiksy są dla dzieci. To jednak dwie odrębne sprawy i nie należy ich ze sobą łączyć. Po prostu w Polsce (w końcu!) zaczęły się ukazywać komiksy dla dzieci, które są dla dzieci, a dorośli mogą je czytać niejako „przy okazji”. Publikowanie albumów dla najmłodszych to element konieczny i niezbędny dla pełnej normalizacji rynku wydawniczego.
Dodatkowo dzięki nim być może pojawią się kolejne pokolenia, które będą chciały czytać w dorosłym życiu komiksy. Chciałbym zwrócić jeszcze uwagę na drobny, ale znaczący fakt: rodzice, którzy kiedyś czytali komiksy, nagle na nowo zaczynają je odkrywać; sądząc po komentarzach, wpisach, postach na różnych blogach czytelniczych – tak się właśnie dzieje.
Działania Centrali i Kultury Gniewu zostały zauważone poza środowiskiem komiksowym, Monika Obuchow pisze: „zaczęły się dziać rzeczy dobre, odżywa komiks kierowany do dzieci – zarówno importowany (Jaś Ciekawski, twórczość Shauna Tana z pogranicza gatunków, Pustelnik, Hilda), jak i rodzimy (edukacyjny i zacny, a jednocześnie uwielbiany przez dzieci Samojlik). Jest co dzieciom dawać. To też uznam za doniosłe wydarzenie 2013 roku”. (Uwaga na marginesie powyższego cytatu z rozmowy z Szymonem Holcmanem: „Ładnie napisane, jest szansa, że nowi czytelnicy urosną”. Na co on odpowiedział „Trochę tych nowych już widziałem”.)
Jeśli Centrala i Kultura Gniewu (a może i inne wydawnictwa; patrz: Konkurs im. Janusza Christy) w następnych latach będą regularnie drukowały komiksy dla dzieci, to wówczas będziemy mieli do czynienia z długofalowym projektem popularyzacji medium. Co może wyjść nam wszystkim tylko na dobre. Uważam, że WKKM jest potrzeba i niezbędna na rynku, ale komiksy dla dzieci również.
Chciałbym jeszcze wspomnieć i wyróżnić dwie inicjatywy mocno związane z omawianym tematem. W Teatrze Studio w Warszawie z okazji Dnia Dziecka miał swoją premierę spektakl Łauma. Bajka zbyt straszna dla dorosłych. Teatralna adaptacja popularnego komiksu Karola Kalinowskiego grana jest nadal, najbliższe spektakle w połowie lutego. Natomiast 14 czerwca w ubiegłym roku w Krakowie w Teatrze Figur swoją premierę miał spektakl Mglisty Billy, na podstawie komiksu Guillaume’a Bianco, który kilka miesięcy później otrzymał Nagrodą Główną Jury Juniorów Festiwalu Teatralnego Korczak 2013.

Na zakończenie dwa przygotowałem jeszcze dwa cytaty:
1) „Z prawdziwym zainteresowaniem przeczytałam komiks(…). Świetnie się go czyta, doskonale ogląda. Sama przed sobą przyznaję, ale i chętnie czynię to publicznie, że sztuce komiksu należy się szacunek i liczę na to, że z ambitnymi wydawnictwami, jakim jest m.in. Centrala, łatwiej będzie go zyskać w szerszym gronie czytelników. Polecam!” – Agata Hołubowska, qlturka.pl.
2) „Nie ma co się przed tym bronić. Nie bójmy się kupować dzieciom komiksów. Czytajmy je z nimi wspólnie, zagadujmy o ilustracje, bawmy się razem z nimi. Nie ma obaw, by dziecko uciekło w komiks przed książką, by komiks w jakikolwiek sposób mu zaszkodził. Wiem to na swoim przykładzie” – Dorota Jędrzejewska, Experymentt.

dla dzieci
To już ostatnia lista (poważnie!) najlepszych komiksów, jakie ukazały się w ubiegłym roku.

Najlepszy komiks dla dzieci wydany w 2013 roku w PL

1. Luke Pearson (scen. & rys.), „Hilda i Nocny Olbrzym”, przeł. Hubert Brychczyński, Centrala – Mądre komiksy, Poznań 2013.
2. Tomasz Samojlik (scen. & rys.), „Ryjówka przeznaczenia #2: Norka zagłady”, kultura gniewu, Warszawa 2013.
3. Tomasz Samojlik (scen. & rys.), „Bartnik Ignat i skarb puszczy”, Centrala – Mądre komiksy, Poznań 2013.
4. Luke Pearson (scen. & rys.), „Hilda i Troll”, przeł. Hubert Brychczyński, Centrala – Mądre komiksy, Poznań 2013.
5. Delphine Bournay (scen. & il.), „Chrupek i Miętus – dzikie zwierzęta”, tłum. Jadwiga Jędryas, Dwie Siostry, Warszawa 2013.
6. Mathias Picard (scen. & rys.), „Jaś Ciekawski. Podróż do serca oceanu”, ”, kultura gniewu, Warszawa 2013.
7. Dominik Szcześniak (scen.), Piotr Nowacki (rys.), Sebastian Skrobol (kolory), „Tim i Miki. W krainie psikusów”, Timof i cisi wspólnicy & Sklep.gildia.pl, Warszawa 2013.
8. Marzena Sowa (scen.), Berenika Kołomycka (rys.), „Tej nocy dzika paprotka”, Centrala – Mądre komiksy, Poznań 2013.
9. Jakub Grochola (scen. & rys.), „Malcolm”, Wydawca: Piotr Szreniawski & Mydło Zin, Kraków 2013.
10. Maciej Jasiński (scen.), Piotr Nowacki (rys.), Norbert Rybarczyk (kolory), „Detektyw Miś Zbyś na tropie #1: Lis, ule i miodowe kule”, kultura gniewu, Warszawa 2013.

Ligatura jest dla niektórych – rozmowa z Maciejem Gierszewskim

17/04/2013 § 1 komentarz


Poniżej wywiad jaki przeprowadził ze mną, z racji moich działań przy 4. edycji Międzynarodowego Festiwalu Kultury Komiksowej LIGATURA (Poznań, 18-21. 04. 2013 r.) Kuba Oleksak. Wywiad się pierwotnie ukazał na stronie Kolorowe Zeszyty. Zapraszam do czytania:


LigaturaW tym roku po raz drugi będziesz brał udział w Ligaturze jako organizator. Jaką funkcję przy organizacji poznańskiego konwentu pełnisz? Czy się będziesz zajmował?
Tak, jak w poprzednim roku, pomagałem Michałowi i Magdzie w ustaleniu punktów programu. Gdzieś tak na początku stycznia odbyliśmy kilka wspólnych spotkań, podczas których zastanawialiśmy się nad tym, co chcemy pokazać. Pomysły mieliśmy rożne, zapisywaliśmy je sobie na tablicy, która wisi na drzwiach do biura Fundacji Tranzyt, następnie ustalaliśmy, co z tych pomysłów warto zorganizować, a co uda się zorganizować. Niestety, nie wszystko, co planowaliśmy, udało się przeprowadzić. Zależało nam na tym, aby zaprosić Toma Gaulda, ale niefortunnie miał on w tym okresie zaplanowane coś innego.
Przed festiwalem koordynowałem zapisy na warsztaty komiksowe, zajmowałem się (po części) obsługą medialną festiwalu (jeśli tak to można nazwać) na Facebooku i blogu Sygnały z Centrali. Podczas samego festiwalu podzieliśmy się zadaniami. Każde z nas będzie otwierało jakieś wydarzenie, zajmowało się obsługą stoiska, witało gości. Dodatkowo będę prowadził spotkanie z Marią i Michałem Rostockimi.

Jak wygląda impreza komiksowa widziana z tamtej strony, z perspektywy organizatora, czym różni się od spojrzenia uczestnika, którym byłeś jeszcze dwa lata temu?
Będąc z drugiej strony, zdałem sobie sprawę, jakie to wszystko jest okropnie stresujące. Dwa lata temu nie uświadamiałem sobie, że po prostu o wszystkim trzeba pamiętać, stale wymieniać informacje, przekazywać wieści dalej. Gdy dwa lata temu pisałem na Kolorowe relację z Ligatury 2011, to wypominałem organizatorom, że nie było strzałek wskazujących, gdzie odbywają się spotkania. Teraz wiem: nie dość, że trzeba zaplanować takie strzałki, uzgodnić z kimś zrobienie ich, to potem jeszcze trzeba samemu iść i sprawdzić, czy już są…

W ubiegłym roku z zmieniliście termin festiwalu z lutego na kwiecień, w tym roku podtrzymujecie ten czas. Czym była ta korekta podyktowana i czy wchodzenie w paradę Komiksowej Warszawie, odbywającej się miesiąc po was, nie zaszkodziła w jakiś sposób Ligaturze?
Przede wszystkim pogodą. Liczymy, że będzie cieplej, niż w lutym, dzięki czemu pojawi się więcej gości. Ale oczywiście były także praktyczne wytyczne związane ze zmianą terminu. Nie mam tu na myśli Komiksowej Warszawy, już prędzej sesje na uczelniach. Poznań to jest w dużej mierze studenckie miasto, wielu uczestników/widzów festiwalu rekrutuje się z tej grupy, dlatego chcieliśmy dać im szanse swobodnego uczestnictwa, aby nie musieli wybierać: iść na wernisaż Anji Wicki, czy zakuwać na egzamin. Inny powód to terminy rozpatrywania wniosków od dotacje. Ligatura jest festiwalem, który organizujemy przy dużym wsparciu różnych instytucji, a wiele z tych instytucji rozpatruje wnioski do końca marca.

Michał Traczyk z Zeszytów Komiksowych napisał w ubiegłym roku o Ligaturze w taki sposób: „jeśli ktoś wciąż wierzy w bzdurę na temat komiksu (przypomnę: komiks jest dla dzieci), powinien koniecznie wziąć udział w Ligaturze. Będzie to dla niego niepowtarzalna okazja do uświadomienia sobie zarówno banalności, jak i niedorzeczności dotychczasowego sposobu myślenia o komiksie”. Co ty na takie dictum?
Wiesz Kuba, jesteśmy przekonani, że są także komiksy dla dzieci, stąd seria Centralka. Sądzę jednakże, że Michałowi chodziło o taką sytuację, którą wszyscy tak dobrze znamy. Większość ludzi uważa, że komiks, to nie jest medium poważne. W sensie: komiksy nie podejmują ważnych i znaczących tematów, ponieważ mają przede wszystkim bawić, być rozrywką. Próbowaliśmy to w ubiegłym roku przełamać retrospekcyjną wystawą prac Janka Kozy, z jednej strony zależało nam na tym, aby unaocznić, że ten twórca robi komiksy (gdyż ci, którzy czytają „Politykę”, gdzie są drukowane stripy Janka, w dużym stopniu uważają, że są to li tylko i jedynie zabawne rysunki), a z drugiej strony chcieliśmy pokazać, iż twórcy komiksowi podejmują tematy trudne, a zarazem ważne.
Jestem przekonany, że wystawa, którą przewidzieliśmy na otwarcie Cheap East, pierwszej galerii komiksu w Polsce, będzie równie znacząca.

Dla mnie to stwierdzenie prowokujące do dyskusji. Na Ligaturze w świetle reflektorów znajdują się zjawiska niszowe, eksperymentalne, poszukujące, penetrujące granice tego, co komiksowe. Czy zatem właśnie takie utwory komiksowe mają świadczyć o sile tego medium? Dla mnie esencją komiksu czy raczej komiksowości wciąż pozostaje Burne Haggarth, Action Comics, Jack Kirby, Steve Ditko, Carl Barks, Prince Vailiant, Tintin, Rosiński, Papcio Chmiel czy Christa. Wiem, że to dość tendencyjnie dobrana lista wielkich klasyków, ale czy nie jest tak, że komiks, niejako ze swojej definicji (pokutującej w powszechnej świadomości), ze względu na swoją historię, tradycję, kanon jest po prostu dla dzieci?
Kuba, kanon jest dla wszystkich, a Ligatura dla niektórych. Nie chodzi mi o to, że chcemy, aby nasz festiwal był egalitarny, ale raczej zależy nam na tym, aby pokazać, że gdzieś obok głównego nurtu „narracji wizualnej” są różnorakie inne zjawiska, a niektóre nam się podobają i chcemy pokazać je szerszej publiczności. Dwa lata temu hasło Ligatury brzmiało: Wyjdź z ramek! To znaczy: nie należy się opierać tylko i wyłącznie na kanonie. Należy go przekroczyć. Henryk Sienkiewicz należy do kanonu literatury. Czy wyobrażasz sobie ciekawy festiwal poświęcony jego twórczości? Oczywiście taki festiwal jest możliwy, ale aby był interesujący do postaci pisarza i jego dzieła należałoby podejść niebanalnie.

Co roku podkreślana jest nietypowość Ligatury na tle innych polskich imprez komiksowych. Zanim będę mógł z tym twierdzeniem polemizować, mógłbyś w jakiś sposób określić na czym mogłaby ta nietypowość polegać?
Nietypowość imprezy w Poznaniu polega w głównej mierze na możliwości interakcji: twórcy i publiczności. Stąd w programie festiwalu wernisaże wystaw komiksowych, podczas których można być „blisko” dzieła. Organizujemy wystawy w taki sposób, że artyści dostają dużo wcześniej plan i zdjęcia miejsca, aby mogli przygotować „wystawę celową”, czyli pod określoną przestrzeń, aby mogli zaprojektować rozmieszczenie prac i ich układ. Staramy się, aby nasze wystawy nie polegały tylko na tym, że wiesza się plansze na ścianie i to wszystko. Dlatego tym bardziej cieszy nas, że debiut galerii Cheap East będzie miał miejsce właśnie w tym roku, podczas festiwalu. Imprezy, spotkania rozsiane są po mieście, świadczą o tym, że Ligatura to festiwal „chodzony”, czyli przechodzi się z jednego miejsca do kolejnego. To chodzenie sprzyja poznawaniu się ludzi, zawieraniu znajomości, ugadywaniu, „ubijaniu” interesów. W tym roku, jeszcze mocniej niż w poprzednich latach, postawiliśmy na warsztaty twórcze. W piątek i sobotę będą miały miejsce łącznie 4 różne warsztaty, w tym jeden dla dzieci.

W ubiegłym roku wywiadzie dla „artPapieru” Michał Słomka mówił, że Ligatura nie jest imprezą dla fanów komiksu. Czy tak rzeczywiście jest? Czy na imprezie brakuje osób z szeroko pojętego środowiska komiksowego, a pojawiają się ludzie komiksem niezainteresowani?
Tak sobie myślę, że Michałowi chodziło o coś zupełnie innego. Festiwal składa się z dwóch bloków. Tego dla publiczności (warsztaty, wystawy, wernisaże, spotkania, rozmowy, autografy, gala oraz zakupy) i dla profesjonalistów. Do tego drugiego bloku zaliczamy cykl dwudniowych spotkań Ligatura Pitching, czyli krótkie 5 minutowe prezentacje pomysłu na album, serię lub krótszą formę komiksową przed międzynarodowym jury. Prezentacja taka może mieć charakter multimedialny, może też być przedstawieniem szkiców bądź gotowych plansz i scenariusza. Dla profesjonalistów jest także tegoroczna nowość, czyli Czytelnia Ligatury, która jest stworzona z myślą o wydawcach, agentach oraz dystrybutorach, pragnących rozszerzyć swój katalog wydawniczy o nowe zagraniczne publikacje. Tylko akredytowani uczestnicy festiwalu otrzymają dostęp do cichej i wygodnej czytelni, w której znajdą szeroki wybór komiksów z Polski i zagranicy. W Czytelni można nie tylko przejrzeć komiksy, ale również otrzymać wszelkie niezbędne informacje na temat autorów, wydawców oraz właścicieli praw.

Pitchingi to rzeczywiście charakterystyczny punkt programu Ligatury. Czy da się zauważyć jakieś tendencje, coś charakterystycznego?
Z roku na rok jest przysyłanych jest coraz więcej prac, a ich poziom jest bardzo wysoki. W tym roku swoją premierę będzie miał komiks Komarów Barta Nijstada, który zdobył pierwsze miejsce na Ligatura Pitching 2012.

A co z konkursem Silence? Kiedy ukaże się pofestiwalowy katalog 2012?
Uznaliśmy, że skoro Silence jest konkursem blisko związanym z festiwalem, to katalog z minionego roku wydamy teraz, a z tego roku – na przyszły festiwal. Na sam konkurs przychodzi coraz więcej prac z różnych zakątków świata. Katalog Silence 2011 liczył sobie 256 stron, tegoroczny 528 stron. W 2011 roku wewnątrz są 43 prace artystów z 20 krajów, w tegorocznym jest 89 prac artystów z 36 krajów.

A inne premiery?
Długo by wymieniać! Nowe projekty Mikołaja Tkacza Przygody nikogo oraz (wespół z Agnieszką Piksą) Nieznany geniusz, Michała Rzecznika i Daniela Gutowskiego Maczużnik, solowy album Rzecznika, czyli S/N, Za oknem świeci słońce Anji Wicki, Cykle Małgorzaty Dmitruk , katalog Silence 2012 oraz „Zeszyty Komiksowe #15: Batman” (we współpracy z BU w Poznaniu).


Ligatura_banner_750x100
{bardzo, bardzo serdecznie zapraszam na festiwal, szczegółowy program jest dostępny: klik! klik! wszystkie premiery festiwalu były przedstawiane na serwisach: klik! klik! informacje o wystawach i wernisażach także przekazywaliśmy: klik! klik! najlepiej zapisać się na event/fb: klik! klik! i obserwować profil fb/Ligatura: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with kolorowe zeszyty at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: