Chłopaki #1: Jak na imię tej grze

07/10/2016 § Dodaj komentarz


Quis custodiet ipsos custodes?

chlopakiRomantyczny spacer po wesołym miasteczku. Para zakochanych w sobie młodych ludzi przechadza się leniwie. Wyznają sobie miłość, snują piękne plany wspólnej przyszłości. „Kocham Cię” mówi roześmiana Robin, a Tyci Hughie o aparycji Simona Pegga wpatruje się w nią maślanymi oczami. Długi, filmowy pocałunek, uścisk rąk i… Bach! Rzucony przez „supka” stukilowy łotr wgniata Robin w ścianę. Hughie wciąż trzyma jej ręce. Ręce oderwane od ciała, ociekające krwią.

Garth Ennis, to wyjątkowo solidny i równy twórca, któremu zdarzają się dzieła wybitne, jak choćby seria Kaznodzieja, a nawet słabsze tytuły reprezentują dość wysoki poziom. Odkąd Planeta Komiksów w jasny sposób dała do zrozumienia, że Ennis stanie się czarnym koniem wydawnictwa, czekałem cierpliwie, aż w końcu zejdą z wojennych klimatów i wkroczą na ścieżki bardziej zbliżone mojemu spaczonemu serduszku. Doczekałem się.

W The Boys superbohaterzy są nimi tylko z nazwy. Przypominają płytkich, garth-enniswyrachowanych sukinsynów z Watchmen, ale tak naprawdę są dużo gorsi. To banda hipokrytów, parszywych szaleńców, którzy czas spędzają na lansie i zaspokajaniu najniższych żądz. Boją się ich wszyscy, którzy zdają sobie sprawę, co kryje się za medialną szopką. Także rząd i tu pojawia się miejsce dla tytułowych Chłopaków. Specjalnej grupy, która ma za zadanie stanąć ponad „supkami”.

Album praktycznie z miejsca dołącza do grona mojej prywatnej „top ligi” kompletnie odjechanych komiksów. Obok takich tytułów, jak 100 Naboi czy Transmetropolitan. Warto w tym miejscu nadmienić, że The Boys łączy się z drugim z wymienionych tytułów poprzez nazwisko rysownika – Daricka Robertsona. Tematycznie blisko mu do również uwielbianego przeze mnie Rising Stars Straczynskiego. To dzieło oparte na naprawdę dobrym pomyśle, a gdy dać taki autorowi Kaznodziei, efekt nie trudno przewidzieć.

Oczywiście, nie obyło się bez mankamentów. Największy problem mam z kreską Robertsona, a jeszcze większy z miękkim kolorowaniem, które do tej historii kompletnie nie pasuje. Gdyby nie darick-robertsonmroczne barwy powiedziałbym, że nietomny kolorysta pomylił tytuły i tymi wszystkimi brushami gradientami pudruje Troskliwe Misie. Niestety, zgrzyt czuję nie tylko w kolorach. Analizując plansze porównywałem je z wydanym 7 lat wcześniej komiksem Rok drania, w którym wszystko mi się zgadza. Doszedłem do wniosku, że głównym problemem jest tusz. Cliff Chiang wiedział, co robi. Sprawił, że kreska stawała się ostra, klarowna i wyrazista. Upodobnił ją trochę do sznytu Eduardo Risso. Tymczasem sam Robertson po prostu grubo nakłada tusz, to sprawia, że plansze niewiele różnią się od szkiców. Postacie pozostają korpulentne i mało charakterne. Nieco zbyt obłe i o zbyt statycznej mimice.

Abstrahując od tych drobnych mankamentów przy lekturze bawiłem się świetnie. Pierwszy tom Chłopaków to komiks, który czyta się na jednym wdechu i niezależnie od tego ile by to trwało, jest zawsze za krótko, za mało. Jeśli brzydzi was widok krwi, religia zabrania podglądać perwersyjnych praktyk seksualnych, a dbałość o równowagę i harmonię waszego wewnętrznego feng shui nie pozwala zbytnio podnosić ciśnienia, dajcie sobie spokój. Jeśli jednak nic z tych rzeczy nie stoi na przeszkodzie, a cenicie naprawdę dobrze napisane historie, to już wiecie, co robić.

Garth Ennis (sc.), Darick Robertson (rys.), „Chłopaki #1: Jak na imię tej grze”, tłum. Kamil Śmiałkowski, Planeta Komiksów, Warszawa 2016.

[autor: Józek Śliwiński]

robertson-ennissklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Trupie gadki. Sezon 1

04/09/2016 § 1 komentarz


Pogadaj se z umarlakiem

trupiegadkiOdkąd Planeta Komiksów zapowiedziała komiks pełen niesmacznych żartów, zleżałych dowcipów i śmiertelnie suchych żartów wprost umierałem z ciekawości, by zatonąć w lekturze. Komiks kupił mnie kreską, tematem, nazwą i klimatem samej okładki. A co było dalej?

Dalej było pierwsze rozczarowanie, ponieważ tym, co z miejsca rzuca się w oczy jest niewielki format. Zupełnie nieadekwatny do komiksu o tak dużym natężeniu tekstu i gęsto uciśniętych kadrach, aż prosi się o europejski format, może nawet dodatkowo powiększony, tymczasem zostajemy przy wielkości amerykańskiej zeszytówki. Zakładam, że decyzja podyktowana była konsekwencją względem pozostałych tytułów wydawnictwa. Niestety, ze szkodą dla pozycji.

Na szczęście na tym kończy się lista minusów! Kreska dotrzymuje Trupie gadkiobietnicy płynącej z okładki, jest lekka, klarowna, przystępna i celnie parodiuje wizerunki znanych postaci. Również kolorystyka nie zawodzi trzymając się blisko fioletowego cmentarza. Cóż mogę powiedzieć? Bardzo lubię fioletowe cmentarze.

Od dawna, przy każdej możliwej okazji zacietrzewiam się w twierdzeniu, że historia jest źle nauczana. Po pierwsze, uczymy się o mniej istotnych, odleglejszych czasach często pomijając nowożytną historię, z której płyną bardziej aktualne nauki. Po drugie, wkuwamy daty i suche fakty. Zgłębiamy syntetyczne, pozbawione ludzkich aspektów, sterylne streszczenia zdarzeń. Łatwo zapomnieć, że historia jest w istocie… zbiorem wielu ciekawych historii. O czym z pasją przypominają Trupie gadki.

bezuzyteczne fakty

Adam Murphy nie pozwala odejść wielkim umysłom i po kolei przywołuje z zaświatów najwybitniejsze z nich. Nie ogranicza się przy tym do jednej dziedziny wiedzy, więc niemal każdy, kto ma jakieś zainteresowania znajdzie swoich faworytów. Fizycy przybiją piątkę z Teslą i Einsteinem, rysownicy chętnie zobaczą Hokusaia i da Vinci, fani literatury poczytają o Dikensie, Shelley czy Austin.

Kilka ciepłych słów wypada skierować w stronę tłumacza. Liczba słownych Trupie gadki planszagierek nie raz musiała go przyprawić o solidny ból głowy. Z próby oddania ich po polsku wyszedł zwycięsko, nie czuje się sztuczności w lingwistycznych gagach. A wierzcie mi, że niejeden wolałby umrzeć, niż się z nimi mierzyć.

Całość, do złudzenia przypomina konwencję serii Strrraszna historia, której tomikami zaczytywałem się w dzieciństwie. mnóstwo tu suchych żartów, a przy kilku dość głośno parsknąłem. Trupie gadki przybliżają nam życiorysy historycznych postaci w formie zbioru anegdot. Autor zręcznie wykorzystał nie tylko ciekawsze elementy życiorysów swoich bohaterów, lecz także znane przymioty charakteru, dzięki czemu postaci ożywają znacznie bardziej, niż można wnioskować po trupioszarym odcieniu ich skóry. Wszystko to składa się na pigułkę wiedzy, która w najgorszym przypadku pozostanie źródłem knajpianych ciekawostek, a w najlepszym nakłoni nas do poszerzania wiedzy.

Trupie gadki to jeden z komiksów, który w pełni wykorzystuje edukacyjny potencjał medium. /uczy, bawi, wychowuje, a co najważniejsze nie pozwala umrzeć z nudów! Polecam.

Adam Murphy (sc. & rys.), „Trupie gadki. Sezon 1”, tłum. Paweł Brzosko, Planeta Komiksów, Warszawa 2016.

[autor: Józek Śliwiński] Corpse-Talk

sklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Zapisz

Zapisz

Zapisz

NOVA – wielkie otwarcie Poznańskiej Czytelni Komiksów!

17/08/2016 § 2 komentarze


czytelnia komiksów

17 września na ul. Franciszka Ratajczaka 38/40 w Dzień Batmana (klik! klik!) zostanie otwarta dla użytkowników pierwsza w Polsce uniwersytecka czytelnia komiksów. Będzie to stały, stacjonarny punkt, który narodził się pod postacią dobrze znanej konwentowym bywalcom „Obwoźnej Czytelni Komiksu”. Właśnie tam będziecie mieli możliwość rozsiąść się na wygodnych pufach i w otoczeniu superbohaterów zagłębić w najróżniejszych, komiksowych światach.

dzien batmanaDo dyspozycji odwiedzających Novę będzie licząca 9660 sztuk kolekcja komiksów należąca Biblioteki UAM, a w niej: zeszyty, tomy, książki o komiksie i czasopisma. Znajduje się w niej także olbrzymią część komiksów, które zaczęły ukazywać się w Polsce od lat 50. XX wieku, a także mnóstwo unikatowych zinów. Jest to drugi (po Pracowni Komiksowej przy WiMBP w Gdańsku) systematycznie prowadzony tego typu zbiór w Polsce.

Publikacje występują przeważnie w języku polskim, ale są wśród nich także poznanwydawnictwa włoskie, francuskie, czeskie, niemieckie oraz sporo amerykańskich oryginałów. Rarytasami kolekcji są m.in. kolosalne wydania Gallery Edition, wśród których występują: Sandman, Kelly Jones czy The Dark Knight Returns. Na miejscu będzie można obejrzeć także słynną: DC Super Heroes: The Ultimate Pop-Up Book, czyli jedyną na świecie książkę, z której na tle świecącego reflektora wylatuje trójwymiarowy Batman. Nie zawiodą się również miłośnicy Marvela; do wglądu m.in. ponad 40 cm Marvels: The Platinum Edition czy ogromny Adamantium Collection!

Biblioteka będzie wspaniałym miejscem, by zapoznać się z niedostępnymi komiksami i sprawdzić czy warte są zawrotnych cen, jakie osiągają w drugim obiegu. Na miejscu będzie przeczytać m.in. Chopin New Romantic, Niegrzeczne dziewczęta, Bouncera, Kingdom Come, Blacksad tom 2 i 3 czy Long John Silver. I wiele, wiele innych niedostępnych już w sprzedaży pozycji.

W poznańskich zbiorach znajdują się również mangi, więc jeśli ktoś komiksy poznanchciałby przeczytać takie tytuły, jak trudnodostępny Eden, Priest, Samotny Wilk i Szczenię, czy też wygodnie przeczytać którąś z długaśnych serii (bez wydawania majątku) może zaszyć się na długie godziny i wertować Naruto, Dragon Balla, Bleacha i inne japońskie hity.

Biblioteka posiada prawo do egzemplarza obowiązkowego, co oznacza, że otrzymuje każdy komiks wydany w Polsce w nakładzie przekraczającym 100 egz., a także posiada ambicję zebrania wszystkich wydanych w kraju komiksów, jeśli więc poszukujesz jakiegoś komiksu, warto napisać w tej sprawie do biblioteki, która kupi go, abyś mógł go przeczytać.

Oczywiście, wiele osób zdaje sobie sprawę, że korzystanie z komiksowych zasobów Biblioteki UAM było możliwe już wcześniej. Teraz jednak będzie to znacznie prostsze i przyjemniejsze, ponieważ komiksy otrzymują ogromną, własną przestrzeń, która zostanie odpowiednio przystosowana tak pod względem wygody, jak i wizerunku. Ważną zmianą jest także rozszerzenie godzin dostępu zbiorów.

Nova będzie otwarta dla każdego. Wystarczy okazać dowód tożsamości. Pierwsze odwiedziny są bezpłatne, a przy następnych należy wyrobić karnet na rok akademicki w cenie 12 zł.

Godziny otwarcia:
poniedziałek – piątek 10:00 – 22:00
sobota 10:00 – 17:00
niedziela 10:00 – 13:00

{autor wpisu: Józek Śliwiński}

czytelnia poznań

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Śmiercionośni

10/07/2016 § 2 komentarze


Jeśli lubicie Thomasa Otta…

ŚmiercionośniOstatnio z niepokojem obserwuję u siebie coraz większy rygor w ocenie kolejnych komiksowych tytułów. Rrzadziej zdarza mi się uznać coś za choćby zadowalające, z coraz to większą skrupulatnością wytykam różnorakie błędy. W końcu, sam siebie zaczynam postrzegać jako malkontenta i zastanawiać, czy aby przesadna liczba pochłanianych lektur nie pozbawia mnie zwykłej przyjemności czytania, która jest wszakże istotą lektury.

Wyczekuję, aż w końcu zdarza się coś, co chwyci za serce. Wywoła eksplozję zachwytu, da przyzwolenie na luksus aprobaty, wywoła szczery uśmiech niczym nieskrępowanej radości, stanowić będzie ucztę dla oka i pożywkę dla mózgu, który analizując każdy kolejny aspekt sapnie z zadowoleniem i zapewni o braku zastrzeżeń.

Takim małym, wielkim dziełem okazał się być wydany przed niemal dziesięcioma laty komiks Łukasza Ryłko – Śmiercionośni. To zbiór z pozoru prostych, krótkich opowiadań, Łukasz Ryłkoktóre splatają się ze sobą niczym włókna konopnego sznura. Dopiero, gdy spojrzeć na nie z dystansu, widać idealnie spasowaną całość o niezwykle zwartej strukturze.

Rysunki nie tylko stoją na bardzo wysokim poziomie, lecz także znakomicie i z pełną swobodą opowiadają historię; są lekkie, momentami zabawne i zawsze doskonale odpowiadają treści. Wzorem największych francuskich mistrzów wydają się niedbałe tam, gdzie dbałość nie jest wskazana i wyraziste, gdy zachodzi taka potrzeba.

Nie sposób opisać tego dzieła pomijając Thomasa Otta, mistrza gatunku. W mojej opinii Śmiercionośni są tak samo dobrzy, Ryłkoa może nawet lepsi, niż znane mi dzieła Thomasa. Podobny, nieco upiorny i fantasmagoryczny wydźwięk historii idzie w parze z doskonale zaprojektowaną wizją dążącą do satysfakcjonującej pointy. U Łukasza funkcjonuje jednak dodatkowy „cukierek” pod postacią wspomnianego, wielowymiarowego splotu zdarzeń. Celowo pomijam konkrety, by nie psuć przyjemności z samodzielnego zapoznawania się z tym zabiegiem podczas lektury. Może rysunki nie są tak gęste i charakterystyczne, jak u Otta, ale poziom historii estetyczne niuanse pozostawia w tyle.

Szybki research wskazuje, że Łukasz nie wydał poza tym chyba żadnego, autonomicznego komiksu. Tomik ten można dostać za dwadzieścia złotych. Tym bardziej warto wspominać tą wyjątkową i być może nieco zapomnianą perełkę.

Jeśli lubicie Thomasa Otta, jeśli lubicie nieme komiksy, jeśli lubicie czarno-białe komiksy, jeśli lubicie dobre komiksy… cholera, jeśli w ogóle lubicie komiksy – sprawdźcie to!

Łukasz Ryłko (sc. & rys.), „Śmiercionośni”, Kultura Gniewu, Warszawa 2007.

[autor: Józek Śliwiński]

naglowek-smiercionosnisklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Zapisz

Zapisz

Hulk. Szary

09/01/2016 § Dodaj komentarz


Hulk wg Loeba & Sale’a

Hulk SzaryBruce Banner, lepiej znany pod postacią Hulka, w środku nocy odwiedza przyjaciela psychiatrę. Samson ma tylko jedną noc, by wydobyć od niego powód późnej wizyty. Mimo wskazanego pośpiechu, Bruce wydaje się mieć wyraźne kłopoty z przejściem do sedna.

Hulk. Szary, to trzeci tom słynnej „trylogii kolorów” wg Loeba & Sale’a. Warto dodać, że z końcem zeszłego roku stała się ona tetralogią. 30 grudnia w USA wyszedł piąty zeszyt Kapitan Ameryka: Biały i tym samym zamknął opowieść rozpoczętą przed siedmioma laty. W Polsce, w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, otrzymaliśmy świetnie przyjęty tom Spider-Man. Niebieski, a oficyna Mucha Comics poszła za ciosem i najpierw wydała wspaniały album Daredevil: Żółty, a następnie opowieść o najsłynniejszym osiłku Marvela.

Ale o co właściwie chodzi z tymi kolorami?
Po pierwsze, to cykl powieści o miłości.
Po drugie, to spisanie historii na nowo, alternatywne genezy.
Po trzecie, kolory nie są tu bez znaczenia.

Romanse nie są tym, czego najmocniej poszukuję w komiksie, Tim Saleale wydają się doskonale sprawdzać w tych przypadkach. Opowieściom superbohaterskim często brakuje duszy. Zatracają się w wirze epickich walk o dobro wszechświata. Czy jest lepszy sposób na ucieleśnienie i zbliżenie się do bohatera, niż opowiedzieć o jego miłości?

Nie jestem też wielkim fanem powtórnych genez. Zastanawia mnie, czy wartościowi artyści nie powinni szukać własnych dróg twórczego spełnienia, zamiast powielać zastane wzorce? Myślę, że mają do tego prawo tylko przy pełnym przekonaniu, że gdy się na to połaszą, powstanie nowa jakość, tak różna od pierwowzoru, że warta przeczytania obu wersji.
No i są jeszcze kolory…

Bynajmniej, tematem przewodnim nie jest tu odcień skóry Hulka. Tytułowa szarość ma wymiar metaforyczny. Komiks ostrzega przed zgubną tendencją do upraszczania, prostego dzielenia świata na czerń i biel. Hulk nie jest ani dobry, ani zły. Hulk jest szary.

Jak większość pozycji duetu Loeb i Sale jest to komiks absolutnie wspaniały. HulkWiększość kadrów mam ochotę wydrukować na wielkim formacie, oprawić w ramkę i powiesić na ścianie. Lekkość pióra Loeba niezmiennie mi imponuje. Historię czyta się jednym tchem. Wspaniale balansuje między radosną lekturą dla młodzieży, a dziełem ambitnym, subtelnie przemycającym wyższe wartości. Na każdym kroku czuć olbrzymie przygotowanie i ogrom pracy, jaki za tym stoi.

Jeśli próbuję przekonać kogokolwiek do superhero nie uciekając się przy tym do fortelu, jakim byłoby zaproponowanie lektury mocno odbiegającej od kanonu (na przykład Strażników) sięgam po produkcję Loeba & Sale’a. Niech to wystarczy za ostateczną rekomendację.

Jeph Loeb (scen.), Tim Sale (rys.), „Hulk. Szary”, tłum. Marek Starosta, Mucha Comics, Warszawa 2015.

[autor: Józek Śliwiński]

bettysklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

The Shadow. Cień: W ogniu stworzenia

02/12/2015 § Dodaj komentarz


Cień i szpiedzy

the ShadowNazwisko Gartha Ennisa budzi spore oczekiwania. Ostatecznie, to scenarzysta serii Kaznodzieja, komiksu, który wielu wskaże swoim numerem jeden. Jednak, parafrazując wujka Bena, wielkie nadzieje budzą wielkie rozczarowania. Jeszcze nie całkiem otrząsnąłem się z traumy po wybryku scenarzysty często z Ennisem mylonego. Lektura Wojny bez końca Warrena Ellisa skończyła się mentalnym bełtem. Do dziś zachodzę w głowę, jak to możliwe, że autor Transmetropolitan, Detektywa Fella czy marvelowskich Thunderbolts złożył podpis pod tak wyrazistym przykładem absolutnej miernoty. Do Shadowa podchodzę więc chłodno. Choć trzeba przyznać, że ciężko zachować zimną krew na widok miodnej okładki Alexa Rossa.

Shadow nie miał ze mną lekko. Nie przekonało mnie ani zamieszczone z tyłu zawołanie „cień wie”, Layout 1które skojarzyło mi się z dość popularnym frazeologizmem, ani też sam podtytuł: Cień w ogniu stworzenia. Co to, do cholery, ma być, pomyślałem, oczyma wyobraźni widząc cień wesoło pląsający w ogniu skrzesanym przez jakieś paskudne, ropucho-podobne stworzenie. Nie ma co drażnić mojej wyobraźni. Nie przekonały mnie też rysunki. Mocno kontrastują z okładkami. Wyglądają trochę jak klasyczne, książkowe ilustracje rysowane na bazie zdjęć. Czasem kreska pójdzie trochę nie tak i pan z wąsem nie ma oka, ale kto by się tam przejmował detalami, w końcu widać, co jest co. Ich szczęście, że przynajmniej dobrze opowiadają historię, a o to tu chyba chodzi…

The Shadow z miejsca okazał się być czymś nieco innym, niż się spodziewałem. Być może dlatego, że większość krążących po sieci kadrów przedstawia sceny, w których tytułowy mściciel pruje z pistoletów, tymczasem nie one są kwintesencją tej opowieści. Szykowałem się na mroczny kryminał w stylu noir z bohaterem pokroju V z V jak Vandetta. Tymczasem otrzymałem opowieść drogi, osadzoną w czasach historycznej burzy poprzedzającej II wojnę światową. Zamiast Batmana, dostałem nowoczesnego Corto Maltese na sterydach. Czy był to minus? I tak, i nie. Z jednej strony, uwielbiam kryminały, z drugiej, dostałem coś, co cenię chyba jeszcze bardziej – kawał solidnej historii, do której chce się wrócić. Przeszkodą były jedynie około wojenne realia, które, delikatnie rzecz ujmując, nie znajdują się w centrum mojego zainteresowania.

Jeśli do bohatera wykreowanego przez Ennisa mam jakieś zastrzeżenia, Layout 1to głównie takie, że wydaje się nieco zbyt mocarny, żeby nie powiedzieć: całkowicie pozbawiony słabości. Wie wszystko, umie wszystko, tak można go podsumować. Jest niczym nieśmiertelny Indiana Jones zaopatrzony w dwa automaty i zdolność widzenia przyszłości. Podejrzewałem, że cień zwykle przemyka się pod ścianami, tymczasem woli raczej równać je z ziemią, by to po nich został ledwo cień.

Na tym właściwie kończy się lista zastrzeżeń. Przedstawione w komiksie postacie urzekły mnie świetną konstrukcją. Zarówno sam Cień, uprzejmy gentleman z tendencją do bezceremonialnej brutalności i cynizmu, jak i przekrój świetnie skonstruowanych bohaterów dalszego planu, od wojskowego przygłupa – marionetki, po bezwzględnego adwersarza, balansującego między potężnymi siłami, zdolnego wyprowadzić w pole Niemców, Anglików, Rosjan, a także rodzime Cesarstwo. Urzekła mnie także postać Bawoła. Autentyczny, grubiański watażka (uwielbiam to słowo!) zdobył moje serce sprowadzając japońskie wartości do poziomu gleby, którą to w wyniku „honorowej walki” krwią zraszały setki tysięcy chińskich ofiar.

Komiks jest napakowany treścią i choć w fabule trudno się zgubić, to jednak nie można powiedzieć, że mało się w niej dzieje. Skończona lektura wywołała u mnie błogie uczucie odbycia pasjonującej podróży. Choć, między Bogiem a prawdą, cieszy, że była to jedynie podróż wyobraźni. Co ważne, pozycja stanowi autonomiczną, w pełni zamkniętą całość. Layout 1Powoli zaczyna mnie irytować, że każde nowe wydawnictwo stanowi ledwie przedsmak kolejnego tasiemca. Także finał historii okazał się być satysfakcjonujący, ze świetnym suspensem pod koniec i mocnym, bezkompromisowym epilogiem.

Podsumowując, mimo że komiks nie do końca wstrzelił się w moje oczekiwania oraz ogólne preferencje, okazał się być doskonałą lekturą, która na długo pozostaje w pamięci. Gdyby postać była nieco mniej przepakowana, a rysunki chętniej pieściły oczy, mógłbym go uznać za jedną z lepszych pozycji, jakie kiedykolwiek czytałem. Tymczasem, jest tylko bardzo dobrze.

Garth Ennis (scen.), Aaron Campbell (rys.), „The Shadow. Cień: W ogniu stworzenia”, tłum. Maciej Drewnowski, Wydawnictwo Planeta Komiksów, Warszawa 2015. [ocena: 7/10]

[autor: Józek Śliwiński]

alex rossplaneta Komiksów{komiks można kupić tu: klik! klik! lub tu: klik! klik!}

Paul Pope: Battling Boy

16/11/2015 § Dodaj komentarz


Jeszcze raz o obrońcy Arcopolis

Battling boyJakiś czas temu doszły mnie słuchy, że Battling Boy to takie superhero, tylko trochę inne. Doszły mnie też słuchy, że to pierońsko dobry komiks i naprawdę powinienem go przeczytać. Nagrzałem się, nie powiem, mocno. Uwielbiam komiksy „inne”, zwariowane, a jednak trzymające się pewnej konwencji. To zapobiega rozpoetyzowaniu, rozmiękczeniu, rozproszeniu fabuły, na które to aspekty komiksów pozamainstreamowych mam prawdziwą alergię.

Chciałbym może zbudować w tym miejscu należyte napięcie, ale niestety nie potrafię… Komiks mnie zachwycił. Strzelił we mnie, jak cholerny grom z jasnego nieba (którym to, jak niektórzy wiedzą, Battling Boy strzelać jeszcze nie potrafi). BB jest kwintesencją tego, za co kocham komiksy – to wspaniale napisana, epicka historia, a jednak pastisz, humoreska drwiąca z własnej konwencji. Nie tylko zresztą z własnej. Fabuła posiada niezwykle rozbudowane tło. Główny bohater jest synem boga, który trafia na ziemię, by trochę tu posprzątać. A jest co sprzątać, ponieważ na ziemi panosza się potwory różnej maści. Tymczasem, jej jedyny obrońca właśnie poległ w boju.

Boskość rodziców Battling Boya wydaje się być świetnie przemyślanym (i zobrazowanym) ukłonem w stronę mitologii, by jednak klimat nie stał się zbyt gęsty, pokaźnych rozmiarów tło fabularne przyprawiają subtelne, celne dowcipy. Szczególnie rozbawił mnie ten, gdy Battling Boy przeglądając swoje „koszulki mocy” stwierdza beztrosko: „Wygląda na to, że utkano je na ognistych krosnach lodowego giganta, używając najcieńszej nici króla wilczych pająków”. Mrugnięcie okiem do wszystkich, którym zdarzyło się wcześniej trafić na co bardziej odrealnione, „epickie” koncepty autorów high/heroic fantasy.

Paul Pope

Wątków humorystycznych jest cała masa. Ogrom frajdy dostarczył mi także burmistrz Arcopolis, którego na gruzach miasta, w obliczu nieuchronnej klęski zajmuje się głównie… propagandą sukcesu. Nic nie jest dla niego ważniejsze, niż zorganizowanie triumfalnej defilady z możliwie wielką pompą. Podobnie pozytywne wrażenie robią inteligentne potwory, przypominające raczej przestępczość zorganizowaną, niż chaotyczne poczwary wynurzające się z odmętów chaosu, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni.

Zabawy jest od groma, co w niczym nie umniejsza pasjonującej historii. Fabuła pędzi jak szalona nie tracąc ani chwili. Jej wir porwał mnie w zupełności. Wspomnijmy jeszcze o pełnokrwistych postaciach ( które dopiero odkryją przed nami swe tajemnice ) i prostej, lecz świetnie dobranej kolorystyce szalonych, nieco undergroundowych rysunków.

Battling

Battling Boy to majstersztyk high fantasy. Świetna pozycja, którą szczególnie poleciłbym fanom mang. Jeśli komuś w amerykańskim komiksie brakuje tego, co znajduje w japońskim, niech koniecznie sięgnie po ten tytuł. Album z miejsca wskoczył na moją krótką listę ulubieńców i dostaje maksymalną notę.

Paul Pope (scenariusz & rysunki), „Battling Boy”, tłum. Marceli Szpak, Kultura Gniewu, Warszawa 2015.

[autor: Józek Śliwiński]

Battling Boysklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Józek Śliwiński at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: