Samotny smakosz

14/03/2017 § Dodaj komentarz


 O tym, co na stole

Zmarły miesiąc temu Jirō Taniguchi należy wąskiej grupy twórców z kraju Kwitnącej Wiśni, którzy na stałe zadomowili się na Europejskim (i Polskim) rynku komiksowym. Wystarczy wspomnieć, że Japończyk ma na swoim koncie kooperację z uznanymi artystami, takimi jak Jean-David Morvan czy Mœbius. W naszym kraju wspomniany mangaka obecny jest za sprawą oficyny Hanami – od 2008 roku opublikowano 9 jego albumów. Autorem scenariusza do Samotnego smakosza jest Masayuki Kusumi.

Główny bohater, niejaki Inagashira Goro, to samotny mężczyzna w średnim wieku, który jest właścicielem firmy zajmującej się importem towarów z Europy. Na przestrzeni całego albumu nie ma żadnej sceny, w której rozmawiałby z jakimkolwiek znajomym, przyjacielem lub towarzyszem(-ką) życia. Jeśli pojawiają się jakieś elementy fabuły, które mogą sugerować, że kiedyś miał bardziej rozbudowane życie towarzyskie, to jedynie we wspomnieniach. W jednej ze scen retrospektywnych widzimy go w Paryżu, obok niego atrakcyjna kobieta o imieniu Sayuki, która wyrzuca mu, że jest tchórzem. Rozmawia jedynie z klientami, właściwie klientkami, swojej firmy i zamawia jedzenie. A następnie oddaje się rozkoszy jedzenia… Mam wrażenie, że bohater jedzeniem kompensuje pustkę samotności, stara się zapełnić „czarną dziurę” poprzez przebywanie wśród obcych ludzi i pełen talerz.

Prawie każdy z rozdziałów wygląda podobnie. Pierwsze sceny dotyczą firmy, następnie bohater myśli: „Ależ jestem głodny…” i wyrusza na poszukiwanie jakiegoś przyjaźnie wyglądającego miejsca, w którym podają jedzenie. Zanim wybierze coś z karty, to długo się zastanawia. W końcu podaje się mu posiłek, zwykle ze słowami: „Przepraszam, że musiał Pan czekać”. Reszta to już onomatopeje, wyrażające zachwyt i radość wynikającą z pałaszowanie pysznego posiłku.

Jak można wnioskować z tego przydługiego wstępu Samotny smakosz, to nie komiks akcji. Nie chodzi w nim o emocjonalne relacje między bohaterami czy autobiograficzne opowieści z cyklu „z życia wzięte”. Omawiana manga jest opowieścią o jedzeniu, ale nie o akcie jedzenia, a o serwowanych potrawach. Niebagatelne znaczenie ma fakt, że obcujemy z kuchnią Japonii. Do czasu przeczytania komiksu, moje wyobrażenie o niej było dość ubogie i ograniczało się do sushi. Należy wspomnieć, że każdy z rozdziałów poprzedzony został krótkim a ciekawym wstępem napisanym przez Magdalenę Tomaszewską-Bolałek, która jest znawczynią kuchni japońskiej, autorką nagrodzonej książki Japońskie słodycze – przyznaję: po przeczytaniu komiksu, zamówiłem sobie wspomnianą książkę.

Graficzny styl rysownika (czysty, klarowny, precyzyjny; kadry narysowane z dużą dbałością o każdy szczegół pierwszego planu oraz tła) zdaje się być idealnym do przedstawienia tej historii, chociaż precyzyjniej będzie jeśli napiszę: opowieści o tym, co na stole. Gdyż właśnie o to, co je główny bohater, jak wygląda jego półmisek, jak rozstawione są dania – to powoduje wzmożoną pracę ślinianek. Dlatego życzę wszystkim, którzy sięgną po Samotnego smakosza – smacznego – bo jest do czego!

Masayuki Kusumi (sc.), Jirō Taniguchi (rys.), „Samotny smakosz”, tłum. Radosław Bolałek, Wydawnictwo Hanami, [bmw] 2014.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 4+] 

{komiks można kupić tu: klik! klik!gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Mały, Duży i chmura

08/03/2017 § Dodaj komentarz


Pan Mysz i pan Hipopotam

Mały, Duży i chmura to trzecia propozycja poznańskiej oficyny Tadam, która ukazała w ramach serii wydawniczej o nazwie Mój pierwszy komiks. Książka wyszła spod ręki Agaty Matraś. Autorka w pewnych kręgach jest dość znana, a to za sprawą opublikowanej przez portal Pulowerek pozycji pt.: Komiks, który wydarzył się naprawdę. Wydany w 2012 roku zbiór pasków opowiadał o codziennym zmaganiu się z rzeczywistością w bibliotece.

Bohaterami recenzowanego komiksu są Mały, czyli pan Mysz oraz Duży, czyli pan Hipopotam. Całość zaczyna się od wielkiego trzęsienia ziemi. Dosłownie, a nie metaforycznie. Mały smacznie sobie śpi w swojej norze, aż tu nagle „Bam! Bam! Bam!”, cały dom drży, a bohater spada z łóżka. Hałasy nie ustają. W takich warunkach nie da się spać, dlatego Mały wchodzi na drabinę i ostrożnie wychyla nos z jamy. Musi uważać, aby nie zostać stratowanym przez biegającego w te i nazad Dużego, który wcale nie przygotowuje się do startu w maratonie nowojorskim.

W tym miejscu rozpoczyna się właściwa fabuła komiksu, która wbrew pozorom dotyka sprawy istotnej, bo związanej z różnymi sposobami radzenia sobie ze złym samopoczuciem. Autorka ładnie zagrała tytułową „chmurą”, która fizycznie prześladuje jednego z bohaterów, a w wymiarze metaforycznym ma inną, dodatkową i wyraźną wymowę. Podoba mi się to, że Matraś wykorzystuje obie warstwy znaczeniowe: realną oraz symboliczną. Myślę, że dzięki temu prostemu zabiegowi komiks nabiera dodatkowej atrakcyjności dla rodziców – zyskuje nienachalny wymiar edukacyjny, który dotyczy rozpoznawania emocji i radzenia sobie z tymi negatywnymi.

Całość została narysowana z użyciem wyraźnej, acz uproszczonej kreski. Występujące zwierzęta przedstawiono skrótowo i umownie, jednak na tyle charakterystycznie, że dzieci nie będą miały problemów z ich rozpoznaniem i nazwaniem. Mały trochę mi przypomina postać Kota Prota wymyśloną przez Dr. Seussa.

Tylko jeden mały szczegół mi się nie podoba: toporny font jakiego użyto dla onomatopei. Za to bardzo pozytywnie odbieram fakt, że autorka w prosty tekst opowiadania wplotła słowo „konstelacja”. Również uważam, że należy wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję do tego, aby poszerzać słownictwo dzieci. Na to nigdy nie jest za wcześnie. Podsumowując, komiks Mały, Duży i chmura zasługuje na uznanie. Pewnie podobnie uważa wydawca, bo jeszcze w styczniu premiera komiksu Mały, Duży i czary.

Agata Matraś (sc. & rys), „Mały, Duży i chmura”, Wydawnictwo Tadam, Poznań 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 4-, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Pani Detektyw Sowa

14/02/2017 § Dodaj komentarz


Idealny komiks dla najmłodszych

adam-swieckiPoznańska oficyna Tadam debiutowała na rynku w październiku ubiegłego roku. W przeciągu tych kilku miesięcy wypuściła na rynek dziesięć książek, przeznaczonych dla dzieci w różnym wieku. Dużo? Mało? Myślę sobie, że jak na niewielkie wydawnictwo, to całkiem sporo. Warto nadmienić, że wszystkie pozycje zostały napisane (i narysowane) przez polskich twórców. We wspomnianym zestawie są cztery komiksy. O propozycji Smoczek Loczek autorstwa Jasińskiego i Nowackiego już pisałem (klik! klik!). Dziś biorę na warsztat album Pani Detektyw Sowa, autorstwa Adama Święckiego.

Jak dobrze wiemy, sowa jest symbolem mądrości. I taki jest właśnie punkt wyjścia przedstawionej opowieści. Bohaterka mówi o sobie: „Cała rodzina jest ze mnie dumna, bo jestem bystra i wielce rozumna”. W książce musi się posłużyć swoim rozumem, aby odnaleźć żołędzie, które zniknęły z dębu. Ptak ma dwa zadania: 1) odnaleźć owoce 2) odkryć, kto i dlaczego je zajumał. Pani Sowa nie wykonuje czysto detektywistycznej pracy. Nie śledzi, nie zbiera dowodów, nie szuka tropów. Ogranicza się do zadawania pytań innym zwierzętom, a następnie sprawdzania odpowiedzi.

Dzięki takiemu fabularnemu rozwiązaniu akcja komiksu przenosi się z miejsca na miejsce, a czytelnik poznaje kolejnych mieszkańców lasu. Pamiętajmy, to pozycja dla najmłodszych. Dlatego częste zmiany lokacji są takie atrakcyjne. tadamDodatkowo dziecko dostaje możliwość poznania i rozpoznania (potem przy kolejnej lekturze): lisa, wiewiórki, węża, myszy, jeża czy bobra.

Zdaję sobie sprawę, że wśród osób czytających ten tekst są i tacy, którzy mieli okazję zetknąć się z komiksami Święckiego dla dorosłych. Wizualnie Pani Detektyw… bardzo różni się od albumów z serii Przebudzone legendy. Artysta dostosował ilustracje do potencjalnego czytelnika. Całość przedstawia się bardzo sympatycznie i przyjacielsko. Takie mam właśnie skojarzenia, gdy patrzę na przedstawienie sowy czy lisa. Zwierzęta narysowano w uproszczony sposób, ale nie ma żadnych wątpliwości, co do poprawnego oznaczenia postaci. Niezwykle atrakcyjnie dobrano kolory. Plansza z zającem i sową na łące jest po prostu piękna!

Pani Detektyw Sowa to komiks, który ukazał się w ramach serii wydawniczej o nazwie: Mój pierwszy komiks. Produkcja jest adresowana do najmłodszych czytelników takich, którzy nie potrafią jeszcze czytać (są słuchaczami) lub dopiero zaczynają samodzielnie składać litery. Dla dzieci w wieku 2-5 lat i trochę starszych to w pełni trafiona propozycja, wręcz idealna.

Adam Święcki (sc. & rys.), „Pani Detektyw Sowa”, Wydawnictwo Tadam, Poznań 2016.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5, kolory/cienie: 5+] 

moj pierwszy komikssklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Dampierre #1: Czarny świt | Czas zwycięstw

13/02/2017 § Dodaj komentarz


 Przystojny młodzieniec, dwie kobiety i rewolucja francuska

Ddampierreurango, flagowy serial autorstwa scenarzysty i rysownika Yvesa Swolfsa, dobrze sobie w naszym kraju radzi. Elemental powoli zbliża się do ukończenia edycji. W grudniu premierę miał album numer dwanaście, czyli przed czytelnikami jeszcze tylko pięć odsłon. Wielbiciele twórczości belgijskiego artysty nie mają jednak powodów do narzekania – mogą sięgnąć teraz po serię Dampierre, która jesienią wystartowała w wydawnictwie Scream Comics. Łódzka oficyna zdecydowała się na publikację dwóch oryginalnych albumów w jednym tomie. Na takiej samej zasadzie ukazują się i inne serie u tego edytora: Dekalog (klik! klik!) czy Dżinn (klik! klik!). W edycji Scream cały cykl Dampierre zamknie się w pięciu zbiorczych tomach.

Pierwsza odsłona zawiera albumy: Czarny świt oraz Czas zwycięstw. Oba są napisane i narysowane przez Swolfsa, dalej, od trzeciego do dziewiątego zeszytu, artysta odpowiada jedynie za scenariusz, wspierają go rysownicy: najpierw Frédéric Delzant (pseud. Éric), następnie Pierre Legein, który napisał także skrypt ostatniej części. Seria ukazywała się w latach 1988 – 2002. Tyle tytułem wstępu. Zajmijmy się w końcu komiksem!

Jest październik 1792 roku. Tytułowy bohater, noszący imię Julian, to ubogi młodzieniec, yves-swolfsktórego poznajemy, gdy wkracza do małego miasteczka w departamencie Wandea. Chłopak udaje się prosto do domu mistrza Forestiera, gdzie chce się nająć do pracy jako stajenny. Robotę dostaje. Wynagrodzenie stanowi nocleg, wikt, opierunek i osiem franków tygodniowo. Młodzieniec najchętniej zrezygnowałby z finansowego uposażenia w zamian za lekcje strzelania i fechtunku. Tak się składa, że jego nowy pan nieprzypadkowo nosi przydomek „mistrz” – jest emerytowanym nauczycielem szermierki, aktualnie zajmującym się wychowaniem dorastającej córki.

Jak można się spodziewać, dziewczyna wpada w oko nowemu stajennemu, który okazuje się być całkiem rozgarniętym typkiem z ambicjami. Umie czytać i pisać, ale także dość dobrze orientuje się w sytuacji politycznej regionu. To ważne, ponieważ scenarzysta umieścił akcję komiksu w bardzo konkretnym miejscu i czasie. We Francji trwa rewolucja, monarchia została obalona, szlachta i duchowieństwo tracą swoje przywileje. W departamencie Wandea wybucha powstanie rojalistyczne. Bezpośrednią przyczyną rewolty był dekret Zgromadzenia Narodowego powołujący pod broń tysiące mężczyzn (czytaj: chłopów). „Inną przyczyną było sukcesywne zastępowanie księży odmawiających ślubowania na Konstytucję cywilną kleru księżmi konstytucyjnymi, co w lokalnym społeczeństwie spotkało się ze złym przyjęciem” (cytat za: Wikipedia: Wojny wandejskie). Buntownikami wywodzącymi się głównie z plebsu dowodziła szlachta, nierzadko zmuszona postawą chłopów (co zostało ukazane w komiksie). Starcia powstańców z armią republikańską były bardzo krwawe.

Wszystkie wspomniane wyżej zdarzenia (i wiele innych) przewijają się na kartach albumu. swolfsPisarz odwołuje się do nich całkowicie bezpośrednio, umieszczając swojego bohatera w centrum historycznych wydarzeń. Chłopak szybko wspina się po szczeblach wojskowej kariery, a udaje mu się to głównie dzięki intymnemu związkowi z pewną markizą. Kobieta dobiła z nim targu. W zamian za protekcję uczyniła go zbrojnym ramieniem i „ostatecznym” narzędziem wendetty wymierzonej w grupę pięciu arystokratów, z którymi spiskował jej mąż.

Gdy zaczęło się robić gorąco, chcąc ratować własną skórę (i majątki), „grupa pięciu” zdradziła markiza de la Roche Saint-Sidier. Niewierność przyjaciół zaprowadziła go na szafot. Przystojny Dampierre jest rozdarty. Nie potrafi się zdecydować czy pozostać wierny swej młodzieńczej miłości, czy nadal korzystać z łoża i opieki markizy.

Fabuła komiksu obfituje w zaskakujące zwroty akcji i zawiera wiele innych wątków, które nie zawsze łączą się bezpośrednio z protagonistą. Scenariusz omawianej pozycji jest precyzyjnie zbudowany. Jak na opowieść, która liczy sobie prawie sto stron, całość jawi się interesująco i zajmująco. Akcja prowadzona jest burzliwie. Zmieniają się lokacje: a to alkowa i łóżko markizy, a to rynek w miasteczku, a to stajnia, a to las. Całość obfituje w sceny walki (klasyczne pojedynki na szpady) i krwawe bitwy. Sporo jest także wstawek obyczajowych i stricte historycznych. Szkoda, że rodzimy wydawca nie pokusił się o krótkie posłowie, w którym zostałoby przybliżone tło historyczne i społeczne wydarzeń.

Za oprawę graficzną pierwszego zbiorczego tomu odpowiada Swolfs. Całość narysowana jest realistyczną, dampierre-swolfscienką kreską. Artysta dołożył wszelkich starań, aby bardzo precyzyjnie odwzorować historyczną scenografię: od mundurów, nakryć głowy i krynolin, poprzez narzędzia chłopów oraz broń żołnierzy, a skończywszy na budynkach i rozległych plenerach. W drugiej opowieści (Czas zwycięstw) sporo zdarzeń rozgrywa się na łonie natury. Muszę przyznać, że przedstawienie przyrody mnie urzekło. Plansze są po prostu klasycznie piękne.

Lektura dała mi sporo satysfakcji. Szkoda, że w Polsce nie produkuje się tego typu opowieści: historycznych i zarazem rozrywkowych. Mam wrażenie, że recenzowany komiks przeszedł w naszym kraju bez echa. Aż żal, bo to ciekawa i żywiołowo opowiedziana historia. A na dokładkę wizualnie atrakcyjna. Wielbiciele komiksów przygodowych spod znaku płaszcza i szpady koniecznie powinni się z omawianą pozycją zaznajomić.

Yves Swolfs (sc. & rys.), „Dampierre #1: Czarny świt | Czas zwycięstw”, tłum. Jakub Syty, Scream Comics, Łódź 2016.

 [scenariusz: 4, rysunki: 5, kolory/cienie: 4+] 

dampierre-swolfssklep {komiks można kupić tu: klik! klik!gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Krew tchórzy #2: Rzeźnik

25/01/2017 § Dodaj komentarz


 Rzeźnik i przedstawiciele Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej

krew-tchorzyRzeźnik to drugi album serii Krew tchórzy, w którym do końca zrealizowany zostaje wątek fabularny dotyczący śledztwa rozpoczętego w 1663 roku przez majora Arthura J. Joyce’a Byrona Pike’a. Koronny śledczy stara się rozwiązać zagadkę poćwiartowanych zwłok kilku mężczyzn odnalezionych u brzegu rzeki Ouse. Akcja komiksu, tak samo jak w uprzedniej odsłonie, rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych i geograficznych. Dochodzenie Arthura Pike’a jest ściśle powiązane z wydarzeniami, które rozegrały się dwadzieścia lat wcześniej na Jawie.

W Batawii pierwsze skrzypce grał James Eddington, kapitan Pierwszego Regimentu Królewskich Kirasjerów, który miał za zadanie wyjaśnić okoliczności śmierci sir Francisa. Idzi mu jak po grudzie. Zresztą koronnemu śledczemu w Anglii także niespecjalnie się wiedzie, właściwie udało mu się ustalić tożsamość zamordowanych mężczyzn, ale nic z tego dalej nie wynika. I w jednym, i w drugim wątku  sang-lache-2-01dwuznaczną rolę odgrywają wysoko postawieni przedstawiciele Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej (VOC), którym niespecjalnie zależy na schwytaniu sprawców i wyjaśnieniu motywu morderstw.

Wyraźnie wzrasta dynamika obu prowadzonych śledztw. Co prawda scenarzysta wciąż myli tropy, pozwala swym bohaterom szukać na oślep i błądzić niczym dzieci we mgle. Jednak z biegiem akcji czytelnik zaczyna rozumieć, że oba wątki są ze sobą przewrotnie i ściśle powiązane. Zresztą, kto by się spodziewał, że pod płaszczykiem uprzejmości i profesjonalizmu major Pike skrywa drugą, bardzo przerażającą, twarz. Nie będę zdradzał zamysłu Jeana-Yvesa Delitte’a, ponieważ warto samemu zmierzyć się z fabułą. Zapewniam, że całość jest nieźle obmyślona.

Pod względem graficznym Rzeźnik nie odbiega od Zemsty Jamy. Nadal duże wrażenie robi szczegółowość i dokładność świata przedstawionego. Zwracają uwagę spektakularne dwuplanszowe rozkładówki, na których podziwiać możemy zimowy krajobraz angielskich siedemnastowiecznych przedmieść lub spieczone słońcem okolice portu w Batawii. Należy docenić także sam układ karów na planszy, który miejscami bywa delittezaskakujący i nieoczywisty. Rysunek Delitte’a robi na mnie silne wrażenie, choć przeszkadza mi jedna, mała drobnostka: postaci wypowiadają się przez zamknięte usta.

Recenzując jedynkę pisałem: „Serial Krew tchórzy nie jest czystą opowieścią spod znaku płaszcza i szpady. Zawiera wyraziste elementy komiksu detektywistycznego…”. Po lekturze dwójki muszę przyznać, że komiks ma znamiona świetnego kryminału, w którym napięcie wzrasta ze strony na stronę, aż do całkowicie niespodziewanego finału. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się takiego zakończenia. Całość opowieści zostaje wywrócona do góry nogami. Po zdobyciu całkowitej wiedzy warto dyptyk przeczytać raz jeszcze, aby dokładnie poukładać poszczególne elementy układanki i docenić kunszt scenarzysty.

Jean-Yves Delitte (sc. & rys.), „Krew tchórzy #2: Rzeźnik”, tłum. Wojciech Birek, Scream Comics, Łódź 2016.

[scenariusz: 5-, rysunki: 5+, kolory/cienie: 3+]

jean-yves-delittesklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Smoczek Loczek #1: Bardzo straszna czkawka

09/01/2017 § 1 komentarz


 Czkawka bywa męcząca

smoczek-loczekAni Macieja Jasińskiego, ani Piotra Nowackiego nie trzeba jakoś specjalnie przedstawiać. Obaj panowie mają na swoim koncie pokaźną ilość komiksowych publikacji. Ich wspólnym dziełem jest bestsellerowa seria Detektyw Miś Zbyś na tropie (klik! klik!), która ukazuje się nakładem Kultury Gniewu. Niedawno panowie kolejny raz połączyli siły, tym razem pod sztandarem poznańskiego wydawnictwa Tadam. Powołali do życia małoletniego, skorego do zabawy szkraba, który pojawiać się będzie w serii komiksów Smoczek Loczek. Pierwszy album, noszący podtytuł Bardzo straszna czkawka, ukazał się z początkiem października. Kolejny – Na ratunek Księżniczce – miał swoją premierę pod koniec ubiegłego roku.

Jak wspomniałem, Smoczek Loczek to mały urwis z charakterystycznym blond puklem włosów na czubku głowy. Taki smok, ale jeszcze bardzo mały. Nadal nielot, ale – jak zapewnia scenarzysta – lekcje latania pobierać będzie od ojca w jednym z kolejnych tomów. W omawianej publikacji spotykamy bohatera, gdy siedzi w kuchni i kończy jeść śniadanie, po którym od razu idzie do swojego pokoju, aby się pobawić. smoczek-loczek-nowackiNie bacząc na przestrogę matki, że jak zacznie skakać z pełnym brzuchem, to pewnie dostanie czkawki. No i oczywiście, czkawka go dopada.

Loczek głowi się nad tym, jak pozbyć się przypadłości tak, aby mama się nie dowiedziała, że jej nie posłuchał. Jest wiele profesjonalnych i nieprofesjonalnych sposobów na uciszenie czkawki. Loczek wypróbowuje kilka z nich. Niektóre mogą być niebezpieczne dla najbliższego otoczenia – wiadomo przecież, że nawet małe smoki zieją ogniem – dlatego nasz bohater wychodzi do lasu przed jaskinię (dom). Na przestrzeni kilku kart przyglądamy się próbom ugaszenia żaru w brzuszku bohatera. A przy okazji poznajemy całą rodzinę Loczka oraz kolegę z podwórka – Benka, których pewnie spotkamy w kolejnych odsłonach komiksowego cyklu.

Album przeznaczony jest dla najmłodszych, którzy jeszcze nie oponowali sztuki składania liter lub stawiają w niej pierwsze kroki. Przejrzyste rysunki Nowackiego idealnie trafią do właściwej grupy odbiorców. Loczek przedstawiony został bardzo pozytywnie – chłopak się dużo uśmiecha. Dodatkowo ma rozbudowaną mimikę twarzy. Wskazywanie i wspólne omawianie poszczególnych rysunków może skutecznie pomóc rodzicom podczas uczenia dzieci rozumienia niewerbalnych kodów komunikacji.

Książka należy do tak zwanych „twardzieli”, czyli wydrukowana została na kartonowych kartach, smoczek-loczek-czkawkaa to wyraźnie przedłuża żywotność publikacji w rękach najmłodszych. Bardzo straszna czkawka ma ewidentnie charakter edukacyjny, choć miejscami i zabawowy. Rzecz zwraca uwagę czytelników na świadomość własnego ciała i jego odruchów.

Czy Smoczek Loczek powtórzy sukces Detektywa Misia Zbysia? To się dopiero okaże. Tymczasem mocno kibicuję nowej serii Jasińskiego i Nowackiego! Ale też całemu cyklowi Mój pierwszy komiks od Wydawnictwa Tadam, do którego należą jeszcze dwie inne publikacje: Mały, Duży i chmura Agaty Matraś oraz Pani Detektyw Sowa Adama Święckiego.

Maciej Jasiński (sc.), Piotr Nowacki (rys.), „Smoczek Loczek #1: Bardzo straszna czkawka”, Wydawnictwo Tadam, Poznań 2016.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4-]

smoczek-loczeksklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Kryształowy Miecz. Integral

21/11/2016 § Dodaj komentarz


Strażniczko, nie daj się zwyciężyć złu!

krysztalowy-mieczW ubiegłym miesiącu dla wielbicieli komiksu europejskiego wydawnictwo Ongrys przygotowało nie lada niespodziankę. Zapowiadaną, ale jednak miłą i zdumiewającą. W końcu po dwóch wcześniejszych, nieudanych próbach wydawniczych do księgarń trafiło pełne wydanie cyklu Kryształowy Miecz, autorstwa Jacky’a Goupila (scenariusz) i Crisse’a (rysunki). W latach 1993-1994 oficyna Prószyński i S-ka opublikowała trzy albumy serii (jako Kryształowa szpada), a w latach 2002-2003 wydawnictwu Amber udało się wypuścić tylko dwa pierwsze tomy.

Oryginalnie pierwszy cykl serii, który ukazywał się w latach 1989-1994, liczy sobie pięć odsłon, cykl drugi został skasowany po pierwszym zeszycie, wydanym w 2004 roku. Całość, czyli wszystkie sześć albumów, znalazło się w zbiorczej edycji przygotowanej przez szczecińską oficynę. Warto wspomnieć, że w integralu zamieszczono całą masę dodatków (będę jeszcze o tym pisał). Nie należy także zapominać, że zgodnie z dobrą tradycją wprowadzoną przez edytora, czytelnicy mają do wyboru albo kupić zbiorcze wydanie, albo pojedyncze tomy. Osobiście proponuję, ze względu na bonusy i możliwość natychmiastowego przeczytania całości, zdecydować się na pierwszą propozycję.

W wielkim skrócie fabuła przedstawia się następująco: raz na pięć stuleci magicznycrisse talizman, który chroni i utrzymuje równowagę w krainie Niebiańskiego Rogu, traci moc. Młodej Zorii zostaje powierzone odpowiedzialne zadanie odbudowania pierwotnej potęgi amuletu i ocalenie rodzinnego świata przed pogrążeniem się w ciemności i niebycie. Chcąc tego dokonać musi opuścić Aneith – zniedołężniałą i bliską śmierci aktualną strażniczkę Pentagramu – która wychowała ją niczym matka. Nasza bohaterka wyrusza w długą i pełną niebezpieczeństw podróż. Musi odnaleźć pięciu magów (Mistrzów Zmysłów) i odebrać od nich pięć tajemniczych artefaktów (masek). Moc masek zgromadzonych razem ponownie uaktywni talizman.

Tak początkowo przedstawia się misja długonogiej, skąpo ubranej wojowniczki. Z biegiem akcji sprawy zaczynają się poważnie komplikować, bo pod początkowo oczywistymi i szlachetnymi motywacjami bohaterów ukrywa się bałamutne oszustwo. Fabuła zaludniona została różnorakimi postaciami, większość z nich na pierwszy rzut oka kieruje się dobrem. Na wskroś zły jest „czarny Pan”: Nicość, Śmierć i Diabeł (przydomków ma wiele). To on jest kardynalnym antagonistą didier-crispeelsZorii, to on nie chce dopuścić do odnowienia mocy Pentagramu, to on zrobi wszystko, aby Beryl (tytułowy Kryształowy Miecz) nie odzyskał dawnego blasku i nie stał się śmiertelną – dla niego – bronią.

W warstwie fabularnej mamy poniekąd modelową walkę Dobra ze Złem. Napisałem „poniekąd” ponieważ na czytelników czeka niemałe zaskoczenie. W pewnym momencie scenarzysta odchodzi od biblijnego postrzegania pierwiastków natury. Do wątku głównego wyraźnie zostają włączone elementy manicheizmu. Co jest o tyle ciekawe, że wolta zaskakuje, bo znosi oczywistość i przewidywalność scenariusza.

Kryształowy Miecz to pozycja z gatunku heroic fantasy. Dlatego na kartach komiksu, obok magów i wtajemniczonych strażniczek, spotkać możemy różnorakie rasy (Antonomy, Zrzędliwce, Ferosy czy Holguiny), latające smoki, leśne wróżki, zamieszkujące namorzyny dziwaczne zwierzęta i stworki. Mistrzowie Zmysłów wytwarzają cudowne eliksiry i magiczne preparaty. W komiksie widać, że rysownik zadał sobie wiele trudu, aby zaprojektować zdumiewającą rzeczywistość krainy Niebiańskiego Rogu. goupilKażdy element scenografii – roślina, budynek, owad, ptak czy góra – został starannie zaprojektowany i wykonany. Proszę zwrócić uwagę, że w kadrach obok występujących postaci przemykają różnorakie stworzenia i stworzonka. Świat odmalowany przez artystę żyje!

Crisse (właśc. Didier Crispeels) jest artystą, którego możemy pamiętać z serii Kukabura. Belgijski twórca posługuje się wyrazistą i mocną kreską, obrazy są plastyczne (pewnie także za sprawą atrakcyjnych kolorów) i bardzo dynamiczne. Postaciom ewidentnie nadano karykaturalny rys, chlubnym wyjątkiem jest główna bohaterka, która biega w kostiumie zebry. Lecz ona musi być piękna i olśniewająca, tym bardziej że miejscami prezentuje wszystkie swoje cielesne atrybuty.

Historia wymyślona przez Goupila zyskuje na atrakcyjności z każdą kolejną przeczytaną planszą. Coś, co początkowo wydawało się dość sztamową wyprawą inicjacyjną młodocianej wojowniczki, przeradza się zajmujący traktat o manipulacji, dojrzewaniu oraz ambiwalentnej naturze Dobra i Zła. Ustawię Kryształowy Miecz obok serii W poszukiwaniu Ptaka Czasu, ponieważ pozycje łączy wyraźne powinowactwo artystyczne i literackie.

Na zakończenie słów kilka o zawartości tomu. Integrale publikowane przez zoriaOngrys łączy pewna wspólna cecha. Otóż wydawca bardzo się stara, aby blok materiałów dodatkowych był wszechstronny i rozbudowany. Dla przykładu: w porównaniu z belgijską zbiorczą edycją serii Bruce J. Hawker zamieszczono osiem dodatkowych stron. I nie inaczej jest w wypadku Kryształowego Miecza. Oryginalny integral liczył sobie 240 stron, a polski ma ich 344. W materiałach dodatkowych znaleźć możemy szkice postaci wykonane przez Crisse’a, którym towarzyszą krótkie opisy, ekslibrysy, pocztówki oraz okolicznościowe druki z Zorią, okładki uprzednich polskich wydań, a także pierwszy (i jedyny) album drugiego cyklu, który jest dziełem pary zupełnie innych autorów: Kainzowa (scenariusz) oraz Christiana Boubé’a (rysunki). Osobiście polecam odłożyć lekturę Miasta wiatrów na wieczne nigdy.

Jacky Goupil & Kainzow (sc.), Crisse {właśc. Didier Crispeels} & Christian Boubé (rys.), „Kryształowy Miecz. Integral”, tłum. Jakub Syty, Wydawnictwo Ongrys, Szczecin 2016.

[scenariusz: 4+, rysunki: 4, kolory/cienie: 4+]

lepee-de-cristal-crissesklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildia Recenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Gildia.pl at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: