Kaznodzieja. Tom 1

17/08/2017 § Dodaj komentarz


  Powrót Kaznodziei

Spośród tego, co u nas niegdyś wydano, to na reedycję serii Kaznodzieja chyba najbardziej czekałem. Co ciekawe – nie jestem szczególnym fanem całego cyklu. Uważam, że jest przereklamowany (choć nie aż tak mocno, jak Sandman), bo Ennis jedzie głównie na tanim szokowaniu. Wali nam na dzień dobry solidnie z bani eksplozją flaków, rozwalonych łbów i soczystych bluzgów, a zanim się czytelnik połapie, to poprawia z kolana w jaja. Problem serii jest taki, że Ennis zaczyna z kopyta, ale nie jest w stanie cały czas podbijać intensywności kolejnych zdarzeń, dlatego kolejne rozwalone łby przestają robić wrażenie. Zostaje fabuła, na siłę rozdmuchana do 66 zeszytów. I bohaterowie, za którymi akurat autentycznie tęskniłem.

Pierwszy tom nowego wydania Kaznodziei, to dla mnie powrót starych kumpli, którzy poszli lata temu w świat, a teraz wrócili. Dzięki czemu na nowo możemy snuć dobrze znane nam wszystkim historie, o tym jak to Jesse Custer, klecha z amerykańskiego zadupia, został nawiedzony niemal boską mocą, po czym ruszył w trasę po USA szukając Boga (tego jednego jedynego), a jego trasę znaczył kolejne akty przemocy, krew i trupy (nie tylko ludzi). Kumple wracają dubeltowo, bo i tomik nieco grubszy niż wcześniej, historia będzie dawkowana zgodnie z amerykańskimi wydaniami w twardej oprawie. I dobrze. Jeszcze więcej szczęścia na raz.

Kolega ostatnio na fejsie spytał, czy Kaznodzieja po latach, aby nie zmiękł. No więc, historia Ennisa robiła na mnie – swoją przewrotnością i dość zwyrolskim poczuciem humoru – duże wrażenie w czasach, gdy byłem studenciakiem. Teraz z dwóch powodów (i żadnym z nich nie jest zmięknięcie Preachera) odbieram go dużo lżej. Jestem starszy, inaczej wszystko odbieram, naczytałem się sporej ilości innego zwyrolskiego towaru, mam inny próg szoku i tolerancji. To raz. A dwa: czas też nie stał w miejscu, a komiks przez lata także ewoluował.

Trzeba pamiętać, że w momencie premiery Preachera w połowie lat 90-tych nie było za tak dużo takich historii. Owszem, były komiksy alternatywne, undeground pełen bluzgów i przemocy, także seksu, były artystowskie eksperymenty z superhero, ale to odpalenie przez DC wydawnictwa Vertigo (a Kaznodzieja był jednym z jego pierwszych flagowców) jakoś tam na amerykańskim rynku umocowało komiks przegięty i brutalny, dla dorosłych, ale jednak mieszczący się w kategoriach sensacyjnego (i mimo wszystko komercyjnego) mainstreamu.

O czym jest ta seria? Nieco o poszukiwaniu Boga. Bardziej o przyjaźni, miłości, lojalności i ich braku. Troszkę o rodzinie. Na pewno też o tym, że przemoc rodzi przemoc, w końcu to współczesny western. Jesse Custer ma tu swoją misję poszukania Najwyższego i porozmawiania sobie z nim szorstko, po męsku, ale by to zrobić, to najpierw musi poukładać swoje życie – relacje z byłą dziewczyną, którą zostawił parę lat wcześniej, relacje z przygodnie poznanym irlandzkim ochlapusem, ale co najważniejsze – zamknąć młodzieńczy etap swojego życia, związany z tyranizującą rodzinę zaborczą babcią-psychopatką i jej przybocznymi redneckami, którzy na jej zawołanie równie łatwo obijają ryje, co pociągają za cyngiel.

Fabuła nie ma już dla mnie tego uderzenia, co kiedyś, ale nawet dziś muszę przyznać Ennisowi kilka rzeczy, jak choćby to: facet potrafi zajebiście opowiadać, nawet o niczym. Irlandczyk do dziś wydaje mi się być komiksowym Tarantino, z jednej strony mając to samo zamiłowanie do makabry i czarnego humoru, z drugiej strony popisując się co jakiś czas świetnym uchem i ręką do dialogów. Ennis bawi się tu chronologią, stopniuje napięcie odwlekając zdradzenie pewnych retrospektywnych aspektów historii, skacze pomiędzy wsiokami z Teksasu a aniołami w Niebiosach, a wszystko to, choć przerysowane, wchłania się naprawdę znakomicie, nawet jeśli się już to czytało – a może właśnie przez to tym bardziej docenia się talent autora.

Oddzielną sprawą pozostają rysunki Dillona. Do dziś wybijające się ponad „vertigową” średnią (ale nie dochodząc do rejestrów górnych) i znakomite okładki Glenna Fabry’ego, z których każda jedna to mistrzostwo. Dużo słabiej niestety wypadają kolory – mało dziś wyrafinowane, walące po oczach kolorową drukarską kaszą. Nie wiem jak to nazwać – bo raczej nie rastrem – w każdym razie szału nie ma, offsetowy papier może to lepiej wchłonął i rozmył, na lakierowanym niestety kłuje w oczy. A może to wychodzą niedoskonałości pierwszych, cyfrowych gradientów, bazujących na ograniczonej palecie barw.

Reasumując – Kaznodzieja to zupełnie zasłużenie kawałek historii amerykańskiego komiksu i dobrze go mieć z powrotem. Dobrze też móc go nabyć za sumę, nie graniczącą z rozbojem w biały dzień. Bardzo prawdopodobne, że mit Preachera nieco go przerósł, ale to dalej świetnie napisana historia drogi, gdzie mężczyźni są twardzi, dumni i konsekwentni, a kobiety kochające i ofiarne, a największymi świniami są przedstawiciele wymiaru ścigania. Jak mogło być inaczej? W końcu to Teksas.

Dwa kciuki w górę, bo bez tej serii nie było by Vertigo takiego, jakim je dzisiaj znamy, pewnie nie było by też Skalpu (klik! klik!) i wielu innych tytułów. Trzeba sięgnąć, nawet jak się komiksów za dużo nie czyta, wtedy tym bardziej, choćby po to, by się przekonać, czym komiks może być.

PS. Nie, nie oglądałem serialu i nie zamierzam.
PS 2. Przy czytaniu zapuśćcie sobie Lynyrd Skynyrd. Serio radzę.

Garth Ennis (sc.), Steve Dillon (rys.), „Kaznodzieja. Tom 1”, tłum. Maciej Drewnowski, Klub Świata Komiksu – album1150 , Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Przemysław Pawełek]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Reklamy

Punisher Max. Tom 1

16/05/2017 § 2 Komentarze


Punisher na maxa

Kiedy w roku 2000 Garth Ennis, świeżo po skończeniu pracy nad swoim opus magnum Kaznodzieją, przejął pisanie przygód marvelowskiego mściciela, Punisher nie miał się najlepiej. Zabity, a następnie wskrzeszony w miniserii Purgatory stał się „niebiańskim” agentem pracującym zarówno dla aniołów, jak i demonów. To się nie mogło udać, dlatego Ennis z miejsca odrzucił kontynuowanie fabuły i skupił się na walce Franka Castle’a z gangsterami i bandytami. Dwunastoczęściowy run, zatytułowany Witaj w domu, Frank okazał się strzałem w dziesiątkę, a irlandzki scenarzysta dostał możliwość napisania nie tylko kilku oneshotów i miniserii, ale też całego cyklu, a potem i kolejnego, już w ramach linii Max przeznaczonej dla dorosłych czytelników. I to właśnie te ostatnie przygody, krwawe, brutalne i wulgarne, trafiły niedawno do rąk polskich czytelników. I chociaż przemoc osiąga w pierwszym tomie serii absurdalne rozmiary, mimo wszystko jest to rewelacyjny komiks, który czyta się jednym tchem.

Historia w nim opowiedziana jest w zasadzie prosta. Punisher morduje kolejnych gangsterów – bossów, pomniejszych żołnierzy czy nawet „emerytowanych” już członków mafijnych rodzin – i to masowo. Chce ich zabijać tak długo, aż przestaną pojawiać się kolejni na ich miejsce. Osaczeni przestępcy chcą się pozbyć wroga za wszelką cenę, ale nie tylko oni polują na Mściciela. Pewna tajemnicza grupa nie tylko jest w stanie go wyśledzić, ale także ma po swojej stronie Micro, dawnego współpracownika Franka. Czy tym razem przeciwnicy zdołają powstrzymać samozwańczego egzekutora?

W pierwszej miniserii o Punisherze (Circle of Blood) twórcy postawili istotne pytanie: Ile przemocy i zabijania znieść może jeden człowiek? Ennis kontynuując tradycję zastanawia się czy istnieje sposób, aby Frank Castle przestał być Mścicielem. Oczywiście robi to w charakterystycznym dla siebie stylu, psychologii postaci szukając wśród przerysowanej brutalności, hektolitrach krwi i czarnym humorze. Punisher, niby Rambo w czwartej odsłonie swoich przygód, chwyta za karabin maszynowy i rozpoczyna spektakularną rzeź. Ale nie jest to masakra dla masakry, chociaż Ennis lubuje się w okrucieństwie. Autor po raz kolejny pokazuje więc zagubionego człowieka, który nie potrafi przestać mordować. Śmierć rodziny z rąk gangsterów to jedynie pretekst, by móc strzelać do kolejnych ludzi pod płaszczykiem walki z bezprawiem. Czy w takiej sytuacji istnieje jeszcze jakaś granica? I gdzie są resztki człowieczeństwa Punishera? Odpowiedzi, jak zawsze u tego scenarzysty, są mroczne i niepokojące.

I w takim tonie utrzymane zostały również ilustracje – przynajmniej w pierwszych sześciu z zebranych tu zeszytów. Kreska jest brudna, kadry ciemne, a Lewis LaRosa nie unika pokazywania wprost ran i okaleczeń. Prościej wyglądają kolejne części w wykonaniu Leandro Fernándeza, ale i one mają swój klimat i urok, a przede wszystkim pasują do pisanego przez Ennisa scenariusza.

Wprawdzie mogłoby się wydawać, że Punisher Max nie ma do zaoferowania nic ponad mocną rozrywkę, jednak to tylko pozory. Z tym z komiksem jest tak jak z filmami Tarantino, wystarczy spojrzeć poprzez tryskającą krew, a okazuje się, że naprawdę kryje się tam coś więcej. Ennis po raz kolejny nie zawiódł, a recenzowany tytuł jest jedną z najlepszych opowieści wydanych przez Egmont w ramach klasyki Marvela. Warto sięgnąć, szczególnie że nadaje się dobrze również dla nowych odbiorców. Warto też czekać na kolejne tomy, tym bardziej że Egmont od czerwca zaczyna wznawiać Kaznodzieję, co gwarantuje, iż Ennis nieprędko zniknie z księgarskich półek.

Garth Ennis (sc.), Lewis LaRosa & Leandro Fernández (rys.), „Punisher Max. Tom 1”, tłum. Marek Starosta, Klub Świata Komiksu – album 1115, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Chłopaki #1: Jak na imię tej grze

07/10/2016 § Dodaj komentarz


Quis custodiet ipsos custodes?

chlopakiRomantyczny spacer po wesołym miasteczku. Para zakochanych w sobie młodych ludzi przechadza się leniwie. Wyznają sobie miłość, snują piękne plany wspólnej przyszłości. „Kocham Cię” mówi roześmiana Robin, a Tyci Hughie o aparycji Simona Pegga wpatruje się w nią maślanymi oczami. Długi, filmowy pocałunek, uścisk rąk i… Bach! Rzucony przez „supka” stukilowy łotr wgniata Robin w ścianę. Hughie wciąż trzyma jej ręce. Ręce oderwane od ciała, ociekające krwią.

Garth Ennis, to wyjątkowo solidny i równy twórca, któremu zdarzają się dzieła wybitne, jak choćby seria Kaznodzieja, a nawet słabsze tytuły reprezentują dość wysoki poziom. Odkąd Planeta Komiksów w jasny sposób dała do zrozumienia, że Ennis stanie się czarnym koniem wydawnictwa, czekałem cierpliwie, aż w końcu zejdą z wojennych klimatów i wkroczą na ścieżki bardziej zbliżone mojemu spaczonemu serduszku. Doczekałem się.

W The Boys superbohaterzy są nimi tylko z nazwy. Przypominają płytkich, garth-enniswyrachowanych sukinsynów z Watchmen, ale tak naprawdę są dużo gorsi. To banda hipokrytów, parszywych szaleńców, którzy czas spędzają na lansie i zaspokajaniu najniższych żądz. Boją się ich wszyscy, którzy zdają sobie sprawę, co kryje się za medialną szopką. Także rząd i tu pojawia się miejsce dla tytułowych Chłopaków. Specjalnej grupy, która ma za zadanie stanąć ponad „supkami”.

Album praktycznie z miejsca dołącza do grona mojej prywatnej „top ligi” kompletnie odjechanych komiksów. Obok takich tytułów, jak 100 Naboi czy Transmetropolitan. Warto w tym miejscu nadmienić, że The Boys łączy się z drugim z wymienionych tytułów poprzez nazwisko rysownika – Daricka Robertsona. Tematycznie blisko mu do również uwielbianego przeze mnie Rising Stars Straczynskiego. To dzieło oparte na naprawdę dobrym pomyśle, a gdy dać taki autorowi Kaznodziei, efekt nie trudno przewidzieć.

Oczywiście, nie obyło się bez mankamentów. Największy problem mam z kreską Robertsona, a jeszcze większy z miękkim kolorowaniem, które do tej historii kompletnie nie pasuje. Gdyby nie darick-robertsonmroczne barwy powiedziałbym, że nietomny kolorysta pomylił tytuły i tymi wszystkimi brushami gradientami pudruje Troskliwe Misie. Niestety, zgrzyt czuję nie tylko w kolorach. Analizując plansze porównywałem je z wydanym 7 lat wcześniej komiksem Rok drania, w którym wszystko mi się zgadza. Doszedłem do wniosku, że głównym problemem jest tusz. Cliff Chiang wiedział, co robi. Sprawił, że kreska stawała się ostra, klarowna i wyrazista. Upodobnił ją trochę do sznytu Eduardo Risso. Tymczasem sam Robertson po prostu grubo nakłada tusz, to sprawia, że plansze niewiele różnią się od szkiców. Postacie pozostają korpulentne i mało charakterne. Nieco zbyt obłe i o zbyt statycznej mimice.

Abstrahując od tych drobnych mankamentów przy lekturze bawiłem się świetnie. Pierwszy tom Chłopaków to komiks, który czyta się na jednym wdechu i niezależnie od tego ile by to trwało, jest zawsze za krótko, za mało. Jeśli brzydzi was widok krwi, religia zabrania podglądać perwersyjnych praktyk seksualnych, a dbałość o równowagę i harmonię waszego wewnętrznego feng shui nie pozwala zbytnio podnosić ciśnienia, dajcie sobie spokój. Jeśli jednak nic z tych rzeczy nie stoi na przeszkodzie, a cenicie naprawdę dobrze napisane historie, to już wiecie, co robić.

Garth Ennis (sc.), Darick Robertson (rys.), „Chłopaki #1: Jak na imię tej grze”, tłum. Kamil Śmiałkowski, Planeta Komiksów, Warszawa 2016.

[autor: Józek Śliwiński]

robertson-ennissklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Opowieści frontowe #1: Nocne wiedźmy

20/04/2016 § Dodaj komentarz


Kobiety za sterami

nocne wiedzmyGarth Ennis jest pisarzem, który potrafi opowiadać o II wojnie światowej. Polscy czytelnicy mieli okazję się już o tym przekonać. Jakiś czas temu oficyna Mucha Comics opublikowała dwa zbiorcze tomy z serii Opowieści wojennych oraz album Drogi Billy, który należy do cyklu Opowieści frontowych. W bieżącym miesiącu, dzięki wydawnictwu Planeta Komiksów, mamy możliwość przeczytania albumu Nocne wiedźmy, który należy do drugiej z wymienionych serii.

Akcja komiksu rozgrywa się w 1942 roku podczas wielkiej faszystowskiej ofensywy w ZSRR. Fabuła prowadzona jest dwutorowo, a wątki prowadzone są równolegle. Jednak w kilku miejscach dochodzi do bezpośredniego zetknięcia obu linii fabularnych. Jedna skupia się na oddziale najeźdźców (tu narratorem jest Kurt Graf), a druga – obrońców (tu narratorką jest Anna Charkowa). Właściwie w schemacie fabularnym nie byłoby nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że druga grupa to 40 dwuosobowych załóg 599 pułku nocnych bombowców, w którym służą same kobiety. Latają one na dwupłatowcach Polikarpow Po-2, o konstrukcji drewniano-płóciennej. Siła ognia tych samolotów jest znikoma: jednorazowo na pokład mogą zabrać jedynie 300 kg bomb, dlatego jednej nocy wykonują po kilka misji. BFHCVol1:Layout 1Ataki bombowców nie powodują wielkich zniszczeń w niemieckich szeregach, ale za to bardzo skutecznie obniżają morale żołnierzy. I o to głównie chodzi. Niemcy nadali rosyjskim pilotkom miano Nachthexen, czyli Nocne Wiedźmy.

Recenzowany komiks to nie tylko sceny akcji i walki, nie tylko naloty, wybuchy i strzelanina. Ennis mocno skupia się na psychice pary głównych aktorów dramatu, ten zabieg jest zresztą charakterystyczny dla jego pisarstwa. Scenarzysta unaocznia nam, że wojna zamienia zwykłych ludzi w nieczułe i brutalne bestie. Choć nie wszystkich. Z wątku niemieckiego, który prowadzony jest poprzez dziennik Grafa, możemy dowiedzieć się, że bohater niejako rozumie swoją rolę na polu walki, ale się z nią nie zgadza i próbuje się buntować. Zdaje sobie sprawę, że aby przeżyć, musi wyhodować w sobie potwora i pozwolić mu działać. Jednak wojenna codzienność i związane z nią „zbrukanie” budzą w nim sprzeciw. Nie zgadza się na zawieszenie swojego człowieczeństwa, jest zdecydowany ponieść ciężkie konsekwencje, byle by tylko ochronić dobro w nim tkwiące.

O scenariuszu możemy powiedzieć sporo dobrego, russ braungorzej sprawa przedstawia się z oprawą graficzną, za którą odpowiada Russ Braun. Rysownik wiernie odwzorowuje szczegóły uzbrojenia, czołgi, mundury i samoloty. Jednak przedstawienie bohaterów i elementy dalszego planu są dużo mniej precyzyjne. Najsłabiej wypadają postaci kobiece, które pozbawione zostały mimiki, a jeśli już, to się jedynie uśmiechają. Za to Niemcy, z wyjątkiem narratora, to masywne byczki o kwadratowych szczękach.

Nocne wiedźmy nie jest komiksem faktograficzny. Garth Ennis na podstawie autentycznych wydarzeń zbudował fikcyjną opowieść, która wiernie oddaje realia frontu wschodniego. Z posłowia Macieja Drewnowskiego możemy dowiedzieć się kilku podstawowych faktów o pilotkach z 588 Pułku Nocnych Bombowców, które faktycznie uczestniczyły w nalotach nękających i bombardowaniach precyzyjnych wymierzonych przeciw żołnierzom niemieckim na froncie wschodnim od 1942 roku. I aby zapoznać się z tym fragmentem historii II wojny światowej warto po komiks sięgnąć.

Łącznie Battlefields to osiem odrębnych opowieści, dwie z nich już poznaliśmy. Mam nadzieję, że oficyna Planeta Komiksów ma w swoich planach pozostałe albumy cyklu.

Garth Ennis (sc.), Russ Braun (rys.), „Opowieści frontowe #1: Nocne wiedźmy”, tłum. Maciej Drewnowski, Planeta Komiksów, Warszawa 2016.

[scenariusz: 4+, rysunki: 3, kolory/cienie: 3-]
[może Cię zainteresować: Opowieści wojenne #2 oraz The Shadow. Cień: W ogniu stworzenia]

night-witches

planeta Komiksów{komiks można kupić tu: klik! klik! lub tu: klik! klik!}

The Shadow. Cień: W ogniu stworzenia

02/12/2015 § Dodaj komentarz


Cień i szpiedzy

the ShadowNazwisko Gartha Ennisa budzi spore oczekiwania. Ostatecznie, to scenarzysta serii Kaznodzieja, komiksu, który wielu wskaże swoim numerem jeden. Jednak, parafrazując wujka Bena, wielkie nadzieje budzą wielkie rozczarowania. Jeszcze nie całkiem otrząsnąłem się z traumy po wybryku scenarzysty często z Ennisem mylonego. Lektura Wojny bez końca Warrena Ellisa skończyła się mentalnym bełtem. Do dziś zachodzę w głowę, jak to możliwe, że autor Transmetropolitan, Detektywa Fella czy marvelowskich Thunderbolts złożył podpis pod tak wyrazistym przykładem absolutnej miernoty. Do Shadowa podchodzę więc chłodno. Choć trzeba przyznać, że ciężko zachować zimną krew na widok miodnej okładki Alexa Rossa.

Shadow nie miał ze mną lekko. Nie przekonało mnie ani zamieszczone z tyłu zawołanie „cień wie”, Layout 1które skojarzyło mi się z dość popularnym frazeologizmem, ani też sam podtytuł: Cień w ogniu stworzenia. Co to, do cholery, ma być, pomyślałem, oczyma wyobraźni widząc cień wesoło pląsający w ogniu skrzesanym przez jakieś paskudne, ropucho-podobne stworzenie. Nie ma co drażnić mojej wyobraźni. Nie przekonały mnie też rysunki. Mocno kontrastują z okładkami. Wyglądają trochę jak klasyczne, książkowe ilustracje rysowane na bazie zdjęć. Czasem kreska pójdzie trochę nie tak i pan z wąsem nie ma oka, ale kto by się tam przejmował detalami, w końcu widać, co jest co. Ich szczęście, że przynajmniej dobrze opowiadają historię, a o to tu chyba chodzi…

The Shadow z miejsca okazał się być czymś nieco innym, niż się spodziewałem. Być może dlatego, że większość krążących po sieci kadrów przedstawia sceny, w których tytułowy mściciel pruje z pistoletów, tymczasem nie one są kwintesencją tej opowieści. Szykowałem się na mroczny kryminał w stylu noir z bohaterem pokroju V z V jak Vandetta. Tymczasem otrzymałem opowieść drogi, osadzoną w czasach historycznej burzy poprzedzającej II wojnę światową. Zamiast Batmana, dostałem nowoczesnego Corto Maltese na sterydach. Czy był to minus? I tak, i nie. Z jednej strony, uwielbiam kryminały, z drugiej, dostałem coś, co cenię chyba jeszcze bardziej – kawał solidnej historii, do której chce się wrócić. Przeszkodą były jedynie około wojenne realia, które, delikatnie rzecz ujmując, nie znajdują się w centrum mojego zainteresowania.

Jeśli do bohatera wykreowanego przez Ennisa mam jakieś zastrzeżenia, Layout 1to głównie takie, że wydaje się nieco zbyt mocarny, żeby nie powiedzieć: całkowicie pozbawiony słabości. Wie wszystko, umie wszystko, tak można go podsumować. Jest niczym nieśmiertelny Indiana Jones zaopatrzony w dwa automaty i zdolność widzenia przyszłości. Podejrzewałem, że cień zwykle przemyka się pod ścianami, tymczasem woli raczej równać je z ziemią, by to po nich został ledwo cień.

Na tym właściwie kończy się lista zastrzeżeń. Przedstawione w komiksie postacie urzekły mnie świetną konstrukcją. Zarówno sam Cień, uprzejmy gentleman z tendencją do bezceremonialnej brutalności i cynizmu, jak i przekrój świetnie skonstruowanych bohaterów dalszego planu, od wojskowego przygłupa – marionetki, po bezwzględnego adwersarza, balansującego między potężnymi siłami, zdolnego wyprowadzić w pole Niemców, Anglików, Rosjan, a także rodzime Cesarstwo. Urzekła mnie także postać Bawoła. Autentyczny, grubiański watażka (uwielbiam to słowo!) zdobył moje serce sprowadzając japońskie wartości do poziomu gleby, którą to w wyniku „honorowej walki” krwią zraszały setki tysięcy chińskich ofiar.

Komiks jest napakowany treścią i choć w fabule trudno się zgubić, to jednak nie można powiedzieć, że mało się w niej dzieje. Skończona lektura wywołała u mnie błogie uczucie odbycia pasjonującej podróży. Choć, między Bogiem a prawdą, cieszy, że była to jedynie podróż wyobraźni. Co ważne, pozycja stanowi autonomiczną, w pełni zamkniętą całość. Layout 1Powoli zaczyna mnie irytować, że każde nowe wydawnictwo stanowi ledwie przedsmak kolejnego tasiemca. Także finał historii okazał się być satysfakcjonujący, ze świetnym suspensem pod koniec i mocnym, bezkompromisowym epilogiem.

Podsumowując, mimo że komiks nie do końca wstrzelił się w moje oczekiwania oraz ogólne preferencje, okazał się być doskonałą lekturą, która na długo pozostaje w pamięci. Gdyby postać była nieco mniej przepakowana, a rysunki chętniej pieściły oczy, mógłbym go uznać za jedną z lepszych pozycji, jakie kiedykolwiek czytałem. Tymczasem, jest tylko bardzo dobrze.

Garth Ennis (scen.), Aaron Campbell (rys.), „The Shadow. Cień: W ogniu stworzenia”, tłum. Maciej Drewnowski, Wydawnictwo Planeta Komiksów, Warszawa 2015. [ocena: 7/10]

[autor: Józek Śliwiński]

alex rossplaneta Komiksów{komiks można kupić tu: klik! klik! lub tu: klik! klik!}

Opowieści wojenne #2

17/01/2013 § Dodaj komentarz


opowiesci wojenne

Brytyjski scenarzysta Garth Ennis słynie z tego, że w swoich książkach epatuje czytelnika dużą dawką przemocy, brutalnego seksu, wulgarnym słownictwem. Krew, sperma, flaki to nieodzowne rekwizyty, które pojawiają się w jego scenariuszach, jakby testował swoich czytelników, ile są w stanie znieść, nim z niesmakiem i obrzydzeniem zrezygnują z dalszego czytania. Na szczęście nie wszystkie jego produkcje są takie właśnie. Nowele zebrane w tomie Opowieści wojenne pokazują czy też przypominają dlaczego Garth Ennis zaliczany był (jest?) do najzdolniejszych i najciekawszych scenarzystów piszących dla amerykańskiego przemysłu komiksowego.
Cztery opowieści zebrane w tomie Opowieści wojenne #2 powstały w 2003 dla Vertigo. Każda z nich została narysowana przez innego artystę: J jak Jenny przez Davida Lloyda, Rozbójnicy przez Cama Kennedyego, Sępy przez Carlosa Ezquerrę, a Archangielsk przez Gary’ego Erskine’a.

Archangielsk

Wszystkie są na dobrym poziomie, równie dobrze się je ogląda, jak i czyta. Scenarzyście udało się opowiedzieć o II wojnie światowej oraz o hiszpańskiej wojnie domowej z punktu widzenia uczestników, czyli zwykłych żołnierzy. Nie są oni bohaterami wojennymi, którzy walczą za wielkie ideały typu: „Bóg”, „honor”, „ojczyzna”, ale mają swoje osobiste racje i swój punkt widzenia. I właśnie ukazanie tego „ludzkiego” punktu widzenia wydaje mi się najciekawsze. Ennis przybliża historię zbrojnych konfliktów XX wieku, ale poprzez wybrane epizody. Projekt Opowieści wojenne nie jest zakrojoną na szeroką skalę epicką opowieścią o wojnie, a o losach ludzi, którzy brali w niej udział. Nie ma taniego moralizatorstwa, nie ma „patriotyzmu jutra”.
Nie ma oczywistego podziału na dobrych i złych, na czarne i białe, są za to indywidualne decyzje bohaterów, które mówią więcej o ludziach, o ich motywach, rozterkach i wątpliwościach.

{fragment recenzji, która dziś została opublikowana Alei Komiksu, całość do przeczytania – klik! klik!}

Garth Ennis (scen.), David Lloyd & Cam Kennedy & Carlos Ezquerra & Gary Erskine, „Opowieści wojenne #2”, tłum. Kamil Tralewski, Mucha Comics, Warszawa 2012.

[scenariusz: 5, rysunki: 4+, kolory/cienie: 5-] opowiesci

Całość stronie Alei Komiksu, wystarczy kliknąć :tu:
Pierwszy & drugi tom można kupić :tu: & :tu:

Vertigo Resurrected #1: Shoot

22/02/2012 § 10 Komentarzy


W poprzednim roku DC Comics wpadło na dość ciekawy pomysł reedycji mniej popularnych komiksów w formie stu stronicowych zeszytów. Vertigo także dostało swój odpowiednik tej linii, którą nazwano Vertigo Resurrected, ponieważ miała zawierać niewydane wcześniej, z tego lub innego powodu, komiksy. Dzięki zmianie na pozycji redaktora naczelnego DC, wszystko miało być możliwe. Fani spekulowali, że zobaczymy Lobo Alana Granta i Franka Quietely’ego i spotkanie Swamp Thinga z Jezusem. Dostaliśmy jednak jedynie ocenzurowany wcześniej zeszyt Hellblazera Ellisa. Potem wydano kilka wznowień starych komiksów i projekt, wydaje się umarł, cichą śmiercią.
Wróćmy jednak do pierwszego Vertigo Resurrected i nacieszmy się tym co mimo wszystko trafiło na rynek. Jest to w zasadzie antologia, różnych krótszych historii wielkich twórców pracujących w różnych latach dla Vertigo. Lista nazwisk jest naprawdę imponująca, tak pod względem rysowników jak i scenarzystów, a i historie praktycznie wszystkie stoją na bardzo wysokim poziomie. Znane nazwiska stanowczo przekładają się w tym wypadku na jakość. Nie ma tutaj jednak nic nowego. Wszystkie opowiadania zostały powyciągane z różnych dawnych antologii jak Weird War Tales czy Strange Adventures. Pomimo tego, dla czytelnika, który nie miał z tymi wydawnictwami styczności jest to nie lada gratka.
Jedyny „ożywiony” komiks w tej kolekcji to Hellblazer #144 Warrena Ellisa i Phila Jimeneza. Komiks nie ukazał się pierwotnie dlatego, bo traktuje on o szkolnych strzelaninach, a chwilę po tym jak Jimenez skończył go rysować, doszło do strzelaniny w liceum Columbine. Stąd DC nie wydało tego zeszytu w 2000, bo bało się negatywnych reakcji prasy. Ellis natomiast zdenerwował się cenzurą i rzucił pracę dla DC w diabły, uciekając do Marvela. Shoot bo tak brzmi tytuł komiksu, oczywiście bardziej wykorzystuje tego typu wydarzenia do komentarzu społecznego, którego było pełno w komiksach Anglików wywodzących się z klasy robotniczej niż dla szokowania czytelnika. Realistyczne rysunki Jimeneza miło się ogląda, teoretycznie mała rola Constantine’a w komiksie nie przeszkadza i można ją odebrać jako ciekawe nawiązanie do Sandmana. Ogólnie są to bardzo dobre 22 strony i komiks idealnie pasowałby do Setting Sun, czyli tam gdzie pierwotnie miał trafić.
Następna historia w antologii to The Kapas Briana Bollanda i jest to raczej kiepska rzecz. Osobiście uważam, że mimo niesamowitej kreski jest on słabym scenarzystą. Tutaj nie ma Moore’a który prowadziłby rękę Bollanda tak jak w Zabójczym żarcie. Stąd rysunki w tej historii są bardzo statyczne, a do tego wszystko opowiedziane jest za pomocą podpisów. Nie ma żadnych dymków dialogowych i ogólnie wylewa się z tego komiksu totalny brak warsztatu scenariuszowego. To jest stanowczo najsłabszy punkt całej antologii. Inna trochę słabsza historia to Nosh and Barry and Eddie and Joe autorstwa Gartha Ennisa i Jima Lee. Samo opowiadanie jest ciekawe. Jak to u Ennisa bywa, jest jednak prawie w stu procentach oparte na dialogach. Tytułowych czterech bohaterów jedzie samochodem i prowadzi dyskusję. W rękach stałego współpracownika Ennisa czyli Dillona byłaby to zapewne perełka. Ale Jim Lee? Szanuję go dlatego, że wychowałem się na jego X-Men i Wild Cats. Jednak bądźmy szczerzy, wszystkie jego postaci mają takie same twarze i tak samo zbudowane ciała. Pozująca armia mężczyzn w trykotach – tego nikt lepiej niż Lee nie zilustruje. Czterech żołnierzy w samochodzie? Do dziś nie wiem który to był Nosh, który Eddie, a który Barry. Inny kolor włosów czy wąsy u jednego z nich tu nie pomogły. Także rysunki mocno obniżyły przyjemność z odbioru tego dość mocnego opowiadania.
Dalej mamy dwie historie, które zapewne nazwać możnaby romantycznymi i są to popisowe prace rysowników. Diagnosis Stevena Seagle’a i Tima Sale’a opowiada o pewnym chirurgu który ciągle zastanawia się, które „wnętrze” swojej ukochanej kocha bardziej. Sale niesamowicie tutaj szaleje, bawiąc się kompozycją i kolorem, a także nawiązując do pop-artu. Mistrzowsko zilustrowana mroczna historia. Z resztą tak samo jak i Death of a Romantic Petera Milligana i Eduardo Risso. Jak i w Diagnosis jest tutaj romans potraktowany z innej strony i historia ma kilka cudownych zwrotów akcji. Ale pierwsze skrzypce gra znowu rysownik. Risso znany z wydanych i u nas 100 naboi bezbłędnie kadruje komiks i prowadzi historię w taki sposób aby wszystkie wydarzenia były opowiedziane równie dobrze za pomocą rysunku jak i słów. Obraz współgra z treścią i nawzajem się uzupełnia. Risso nie bawi się formą tak jak Sale, ale rezultat jest równie doskonały.
Również i horror ma swoje przedstawicielstwo w Vertigo Resurrected. Historia Berniego Wrightsona i Bruce’a Jonesa to bardzo klasyczny gotycki horror z wielką willą, zombie i sekretem rodzinnym. Klasyczny nie znaczy zły i opowiadanie to sprawia sporo frajdy. Dwaj legendarni twórcy komiksowego horroru wyraźnie są tutaj w swoim żywiole. Dziełko Briana Azzarello i Esada Ribica pod tytułem Native Tongue to już bardziej współczesna rzecz opowiadająca o powiązaniach pomiędzy kosmitami i seryjnymi mordercami. Malowane obrazy Ribica mogą przerażać, a sama historia również jeży włos na plecach. Horror najwyższej próby, który trzyma w niepewności do ostatniego kadru.
Dalej mamy jeszcze sympatyczną historię Billa Willinghama, It Takes a Village, która bardzo wyraźnie stanowi prototyp Baśni tego autora.  Przewija się tutaj bardzo wiele pomysłów które rozwinął on później w tej właśnie serii. Jednak sama historia samodzielnie również funkcjonuje bardzo dobrze i posiada zabawną puentę oraz rysunki, w których na każdym planie coś się dzieje. Tego samego jednak nie można powiedzieć o New Toys Granta Morrisona i Franka Quitely’ego. Jest to duet komiksowy, który wręcz wielbię i ubóstwiam, ale Quitely nie daje z siebie w tym wypadku wszystkiego i bardzo oszczędza na rysowaniu drugiego planu. Sama historia to taka trochę moralizatorska opowieść o zabawkach z zakończeniem bardzo w stylu Invisibles, które trochę ratuje ten komiks. Ogólnie jako fan, cieszę się, że to przeczytałem, ale nie jest to tak wysoki poziom jak niektórych innych opowiadań z tej antologii, że już nie wspomnę o innych dziełach tego duetu.
Podsumowując, jako Polski komiksiarz i kolekcjoner wydań zbiorczych, czytałem te historie po raz pierwszy mimo, że w większości są to przedruki. Dlatego po stokroć uważam, że warto mieć tę komiksową antologię. Cena okładkowa to tylko osiem dolarów, reklam w środku jest na szczęście bardzo mało, a zawartość jest fantastyczna. Do tego komiks został wydrukowany na papierze kredowym, co jest rzadkością w wydaniach zbiorczych z Vertigo, gdzie zwykle szarzejący-żółknący cienki papier słabo odzwierciedlający kolory to norma.
Ogólnie, warto? Warto!

Bill Willingham & Brian Azzarello & Garth Ennis & Grant Morrison & Peter Milligan (authors), Bernie Wrightson & Brian Bolland & Jim Lee & Phil Jimenez & Tim Bradstreet (artists), „Vertigo Resurrected #1: Shoot”, Publisher: DC Comics, August 2010.


[autor: Tomasz Bednarz]


{komiks można zamówić :tu:}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with garth ennis at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: