Wędrówka przez Morze Czerwone

10/04/2017 § Dodaj komentarz


  Podróżować, to znaczy oddać się zdradzie

Któż z nas nie ma ochoty uciec od rutyny codzienności? Są takie chwile w życiu każdego z nas, w których chcieliśmy diametralnie wszystko zmienić. Zerwać więzy, które podtrzymujemy tylko z przyzwyczajenia lub ze strachu przed nowym i nieznanym. Nadać życiu barw, uczynić bardziej celowym. Marzymy o czymś, ale nie mamy odwagi, aby tego dokonać. Opis oraz ilustracja na okładce komiksu Wędrówka przez Morze Czerwone składają czytelnikowi propozycję podróży. Joël Alessandra zaprasza do wejścia na pokład i popłynięcia razem z Fredem na spotkanie wielkiej przygody.

Wędrówka… to opowieść o charakterze autobiograficznym. Chociaż główny bohater komiksu nosi imię Tom, to bez wątpienia możemy uznać, że jest on alter-ego autora. Opowieść zaczyna się bardzo dramatycznie: pewnego zimowego dnia, prawie dwóch latach choroby, umiera żona bohatera. „Pustka zagościła w moim życiu (…). Moja praca nauczyciela tylko pogarszała stany lękowe…” – notuje na marginesie. Z dnia na dzień czuje się gorzej, popada w apatię, wpada w pułapkę wspomnień o Annie. W końcu postanawia coś zmienić. Zamknąć rozdział poprzez przyjęcie posady nauczyciela rysunku w Dżibuti w Afryce.

Fascynacja i ekscytacja nowymi miejscem, nowymi ludźmi oraz możliwością spełnienia dawnych marzeń pomagają mu ugasić ból po stracie. Rzuca się w wir pracy, biega po mieście z aparatem fotograficznym, notatnikiem i ołówkiem: „Dzięki rysowaniu mogłem poczuć, że żyję”. Wciąż czuje się obcy, jest obserwatorem, a nie uczestnikiem. Tak trwa w pewnym zawieszeniu do czasu spotkania Freda. Panowie wyraźnie się od siebie różnią, a mimo to zawiązuje się między nimi nić przyjaźni. Fred to typek spod ciemnej gwiazdy: przewodnik, przemytnik i zbrojna eskorta w jednym. Tom pozostaje pod wpływem nowego przyjaciela i razem z nim wyrusza, aby przeżyć przygodę. Przygodę, która odmieni całkowicie jego życie.

Fabuła prowadzona jest w formie diariusza, w którym autor zamieszcza zdjęcia, koślawe szkice, wkleja bilety, notuje rozmowy, przepisuje cytaty z aktualnych lektur. Głównie z awanturniczo-przygodowych powieści Henry’ego de Monfreid, ale wspomina się także o Josephie Conradzie czy Josephie Kesselu. W tym aspekcie recenzowana pozycja jest fascynującym dziennikiem, świadectwem przemiany jaka zachodzi w bohaterze dzięki nowemu przyjacielowi i przeżytej przygodzie.

Wizualnie album przypomina trochę prace Cyrila Pedrosy i Manuele’a Fiora. Rozedrgana kreska, nieprecyzyjne przedstawienie. Rysownik używa ołówka i cienkopisu aby naszkicować kontury, które potem wypełnia akwarelami. Nałożone kolory są spłowiałe od słońca, przeważają różne odcienie brązu, dużo beżu i ochry. W pierwszej połowie albumu trochę szwankuje wizualne prowadzenie narracji, za dużo jest zdjęć i wstawek ze szkicownika, które nijak się mają do fabuły. Jednak od momentu pojawienia się Freda opowieść nabiera rumieńców. Tak na marginesie, bohater ten (wizualnie i pod względem zachowania) przypomina mi postać Rasputina, który występuje serii Corto Maltese Hugo Pratta.

Wędrówka przez Morze Czerwone to ciekawy przykład połączenia reportażu i pamiętnika z podróży w zborną opowieść o charakterze przygodowo-awanturniczym. Komiks przywodzi na myśl Dziennik podróżny Craiga Thompsona (klik! klik!). Jednak jeśli porównamy obie pozycje, to produkcja amerykańskiego autora wypada blado i powierzchownie. Alessandra nie boi się wejść między tubylców, żyć ich życiem oraz pokazać swoje uczucia.

Joël Alessandra (sc. & rys.), „Wędrówka przez Morze Czerwone”, tłum. Paweł Biskuski, Scream Comics, Łódź 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 4, kolory/cienie: 3+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Kroniki birmańskie | Dziennik podróżny

28/01/2012 § 3 komentarze


Jak pisać o podróżach? Osobiście, skupiając się na własnych doświadczeniach czy koncentrując się na tym, co widzimy? Podróż wpływa na nas bardziej poprzez to, co obserwujemy na zewnątrz, czy przez to, jak odbija się na nas samych, wyrwanych z powtarzalnej codzienności  i wrzuconych w nurt innej, płynącej obok nas, dziejącej się poza nami?

Oto parę prób odpowiedzi na te pytania w oparciu o dwa komiksy. Oba o podróżowaniu – ale każdy w innym jego wymiarze.

Pierwszy z nich to Kroniki birmańskie Guya Delisle’a. Kanadyjski rysownik opisuje w nim swój kilkunastomiesięczny pobyt w Birmie/Myanmar. Do tego azjatyckiego kraju jedzie z żoną, pracującą tam dla organizacji humanitarnej Lekarze Bez Granic. Podczas gdy ona pracuje, on opiekuje się ich małym synkiem, Louisem, i obserwuje codzienność w państwie rządzonym przez wojskową dyktaturę.

Drugi to Dziennik podróżny Craiga Thompsona, opisujący z kolei podróż rysownika po Europie i Maroku. Sporo czasu spędza on na spotkaniach autorskich – jest w trakcie promocyjnego touru po Europie, będącego konsekwencją sukcesu jego komiksu Blankets – ale w wolnych chwilach zwiedza francuskie miasta, spotyka się ze znajomymi i wybiera się na samotną eskapadę do Maroka, gdzie zbiera materiały do kolejnego albumu, Habibi (który w maju będzie miał polską premierę).

Obaj są zatem w podróży – z tym że u Thompsona oznacza to ciągły ruch, przemieszczanie się z miejsca na miejsce, a w przypadku Delisle’a przeniesienie się z jednego kontynentu na drugi, by pomieszkać tam na stałe przez dłuższy czas. Obaj w jej trakcie spotykają różnych ludzi, w tym również innych rysowników komiksów i wiele miejsca poświęcają opisom spotkań z nimi. Choć obaj obserwują miejscową codzienność i różnice w zwyczajach, które ich zaskoczyły, i np. w jedzeniu, robią to w różny sposób, przedstawiając samą ideę podróżowania w innym świetle.

Craig Thompson prowadzi, jak sama nazwa wskazuje, dziennik z podróży. Są to spontaniczne – lub mające na takie wyglądać – ilustrowane zapisy jego spotkań z ludźmi, małymi kotami (sic!) czy z przebiegu jego pieszych wędrówek po miastach. Tak jak w dzienniku, znajdują się tu rozmaite informacje: a to zgubiły się ulubione piórka do rysowania autora i rysownik żali się na marniejszą jakość wykonywanych przez siebie ilustracji, a to dopada go tęsknota za eks ukochaną, a to z kolei zjadł przepyszny obiad z rodziną francuskich przyjaciół i rozmawiali m.in. o tym i o tamtym. Rysunki Thompsona są bardzo zróżnicowane, zmienne jak jego nastroje, często podszyte smutkiem i melancholią.

Mimo że Thompson odwzorowuje zmieniające się krajobrazy odwiedzanych miejsc, pozostają one jedynie tłem do jego wynurzeń na temat własnych marzeń czy kompleksów. Podróż nie jest dla niego ważna sama w sobie, choć na początku uznaje ją za ciekawą (a później za coraz bardziej męczącą ze względu na częste spotkania autorskie i liczne egzemplarze Blankets, które musi podpisywać), lecz ze względu na dystans, jaki zyskuje wobec spraw nierozwiązanych lub nieprzeżytych do końca w Stanach. Clue wyjazdu dla Thompsona jest nie tyle zwiedzenie Francji czy samotna wyprawa do Maroka, lecz wyniesienie z nich osobistych wniosków oraz uporządkowanie emocji i spraw.

W innej sytuacji znalazł się Guy Delisle w Birmie. Widać to już po planszach jego albumu: systematycznie układanych z 9 kadrów, najczęściej o tych samych wymiarach. Nic tu nie wymyka się spod kontroli rysownika. Zapisy nie chcą łudzić nas spontanicznością, żadną notatkowością. To w pełni przemyślana – i nie ukrywająca tego – forma narracji o codzienności autora w Azji. Najbardziej banalne i doniosłe wydarzenia przedstawione są jako historie z zabawną, przewrotną puentą, pisane z perspektywy czasu.

Choć wiele w nich opowiada o sobie, o swoim synku Louisie i ojcowskich trudach w skoncentrowaniu się na pracy, zwłaszcza gdy w domu jest małe dziecko (świetna historia o tym, jak Guy wychodził z domu rano na spacer, obchodził okolicę i wchodził do domu innym wejściem, by oszukać się, że poszedł do pracy), to jednak głównie koncentruje się na obserwacji Birmy i Birmańczyków. Bada błahe różnice w sklepach spożywczych i żywieniu, ale również próbuje dowiedzieć się jak najwięcej o poglądach Birmańczyków na dyktaturę, na rozmaite zakazy i nakazy. Chce poznać ich sytuacje życiowe i rzeczywistość składającą się z wielu rozmaitych warstw – społecznych, politycznych, osobistych.

Krótko mówiąc, z podróżami jak z poezją: można wchodzić w siebie i wychodzić z siebie*.

Oba komiksy świetne – i Kroniki birmańskie, i Dziennik podróżny są zdecydowanie warte przeczytania. Ostatecznie mogę się przyznać, że na Kroniki… patrzę przychylniejszym okiem (ten humor!), ale głównie ze względu na sympatię, jaką z miejsca poczułam wobec ich autora, a nie z racji przewagi zalet samego albumu nad Dziennikiem… . Bo poziom obu tych travelogów jest bardzo wyrównany.

Guy Delisle (scenariusz i rysunki), „Kroniki birmańskie”, przeł. Katarzyna Koła, Kultura Gniewu, Warszawa 2008.

Craig Thompson (scenariusz i rysunki), Blutch, Lewis Trondheim, Mike Allread, Charles Burns, Charles Berberian (gościnnie rysunki), „Dziennik podróżny”, przeł. Agnieszka Idzikowska, Timof i Cisi wspólnicy, Warszawa 2010.

-_ _

* „W liście do Bena Bellita Schubert pisze: ‘Frost powiedział mi kiedyś – o poecie – że może on wyrzucić ramiona przed siebie albo przyciągnąć je do siebie; w jednym i w drugim przypadku ogarnie kawał świata’” (frag. z: „inne Tradycje”, John Ashbery, s. 154).

[autorka: Joanna Janowicz]

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with dziennik podróżny at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: