James Bond #1: Warg

02/11/2017 § 4 Komentarze


Komiksowy Bond

Komiks James Bond: Warg to oficjalny produkt sygnowany przez Ian Fleming Publications Ltd. Co znaczy mniej więcej tyle, że spadkobiercy i beneficjenci twórczości angielskiego pisarza wyrazili zgodę na napisaną przez Warrena Ellisa przygodę agenta 007. Niestety w tym konkretnym wypadku użycie znaku towarowego nie idzie w parze z jakością, bo scenariusz jest słaby i przewidywalny, bo oprawa graficzna jest mało atrakcyjna.

Duet Ellis & Masters redefiniuje klasyczny, znany głównie z filmów, obraz Jamesa Bonda. Bohater zyskuje – dosłownie i metaforycznie – „nową twarz”. Przestaje być dżentelmenem, który popija wstrząśnięte, niemieszane Martini. A nader chętnie używa siły, jest arogancki i brutalny. Dąży do celu po trupach, powierzone przez MI6 zadanie schodzi na dalszy plan, gdyż bohater jest emocjonalnie zaangażowany. Także rzeczywistość, w której rozgrywa się akcja została urealniona, uwspółcześniona: bioinżynieria, narkotyki, serbski wynalazca z obozową przeszłością, który gra na kilku frontach, ciemne sprawki CIA i brutalna zemsta.

Za oprawę graficzną odpowiada Jason Masters, który posługuje się prostą i czystą kresą. Całość narysowano bez zbędnych ozdobników i bardzo surowo. Z ilustracji bije nienaturalny wręcz chłód i schludność. Każdy kadr został narysowany z innej perspektywy, ten zabieg służy zdynamizowaniu opowieści, ale sam w sobie bije zmyślną sztucznością. Niewiele dobrego mogę napisać o przedstawieniu postaci, które nadzwyczaj często przyjmują jakieś dziwne pozy. Jakby artysta chciał „złapać” ruch, ale nie bardzo mu się to udało. Nieatrakcyjnie wypada także tło i sceneria pomieszczeń, odstraszają wszystkie te linie proste i hiperdokładność wizualizacji punktów zbiegu perspektywy. Scena z pierwszego rozdziału, w której Bond ma widzenie w biurze M, to prawdziwy potworek.

Zaproponowany przez scenarzystę miks tematów i wydarzeń może wydawać się interesujący czy intrygujący, jednakże całości czegoś brakuje… Czego? Pewnej spójności, konsekwencji oraz lekkości, która uwidacznia się szczególnie w kiepskich dialogach. Czytając cięte riposty Bonda nóż sam się w kieszeni otwiera. Częste zmiany lokacji, wartka akcja, sceny walki i pościgów nie rekompensują wspomnianych braków. Lektura albumu „James Bond w Warg” to jednorazowa przygoda, po której niewiele zostaje w pamięci.

Warren Ellis (sc.), Jason Masters (rys.), „James Bond #1: Warg”, tłum. Kamil Śmiałkowski, Non Stop Comics, Katowice 2017.

[scenariusz: 2+, rysunki: 3, kolory/cienie: 4]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Chłopaki #1: Jak na imię tej grze

07/10/2016 § Dodaj komentarz


Quis custodiet ipsos custodes?

chlopakiRomantyczny spacer po wesołym miasteczku. Para zakochanych w sobie młodych ludzi przechadza się leniwie. Wyznają sobie miłość, snują piękne plany wspólnej przyszłości. „Kocham Cię” mówi roześmiana Robin, a Tyci Hughie o aparycji Simona Pegga wpatruje się w nią maślanymi oczami. Długi, filmowy pocałunek, uścisk rąk i… Bach! Rzucony przez „supka” stukilowy łotr wgniata Robin w ścianę. Hughie wciąż trzyma jej ręce. Ręce oderwane od ciała, ociekające krwią.

Garth Ennis, to wyjątkowo solidny i równy twórca, któremu zdarzają się dzieła wybitne, jak choćby seria Kaznodzieja, a nawet słabsze tytuły reprezentują dość wysoki poziom. Odkąd Planeta Komiksów w jasny sposób dała do zrozumienia, że Ennis stanie się czarnym koniem wydawnictwa, czekałem cierpliwie, aż w końcu zejdą z wojennych klimatów i wkroczą na ścieżki bardziej zbliżone mojemu spaczonemu serduszku. Doczekałem się.

W The Boys superbohaterzy są nimi tylko z nazwy. Przypominają płytkich, garth-enniswyrachowanych sukinsynów z Watchmen, ale tak naprawdę są dużo gorsi. To banda hipokrytów, parszywych szaleńców, którzy czas spędzają na lansie i zaspokajaniu najniższych żądz. Boją się ich wszyscy, którzy zdają sobie sprawę, co kryje się za medialną szopką. Także rząd i tu pojawia się miejsce dla tytułowych Chłopaków. Specjalnej grupy, która ma za zadanie stanąć ponad „supkami”.

Album praktycznie z miejsca dołącza do grona mojej prywatnej „top ligi” kompletnie odjechanych komiksów. Obok takich tytułów, jak 100 Naboi czy Transmetropolitan. Warto w tym miejscu nadmienić, że The Boys łączy się z drugim z wymienionych tytułów poprzez nazwisko rysownika – Daricka Robertsona. Tematycznie blisko mu do również uwielbianego przeze mnie Rising Stars Straczynskiego. To dzieło oparte na naprawdę dobrym pomyśle, a gdy dać taki autorowi Kaznodziei, efekt nie trudno przewidzieć.

Oczywiście, nie obyło się bez mankamentów. Największy problem mam z kreską Robertsona, a jeszcze większy z miękkim kolorowaniem, które do tej historii kompletnie nie pasuje. Gdyby nie darick-robertsonmroczne barwy powiedziałbym, że nietomny kolorysta pomylił tytuły i tymi wszystkimi brushami gradientami pudruje Troskliwe Misie. Niestety, zgrzyt czuję nie tylko w kolorach. Analizując plansze porównywałem je z wydanym 7 lat wcześniej komiksem Rok drania, w którym wszystko mi się zgadza. Doszedłem do wniosku, że głównym problemem jest tusz. Cliff Chiang wiedział, co robi. Sprawił, że kreska stawała się ostra, klarowna i wyrazista. Upodobnił ją trochę do sznytu Eduardo Risso. Tymczasem sam Robertson po prostu grubo nakłada tusz, to sprawia, że plansze niewiele różnią się od szkiców. Postacie pozostają korpulentne i mało charakterne. Nieco zbyt obłe i o zbyt statycznej mimice.

Abstrahując od tych drobnych mankamentów przy lekturze bawiłem się świetnie. Pierwszy tom Chłopaków to komiks, który czyta się na jednym wdechu i niezależnie od tego ile by to trwało, jest zawsze za krótko, za mało. Jeśli brzydzi was widok krwi, religia zabrania podglądać perwersyjnych praktyk seksualnych, a dbałość o równowagę i harmonię waszego wewnętrznego feng shui nie pozwala zbytnio podnosić ciśnienia, dajcie sobie spokój. Jeśli jednak nic z tych rzeczy nie stoi na przeszkodzie, a cenicie naprawdę dobrze napisane historie, to już wiecie, co robić.

Garth Ennis (sc.), Darick Robertson (rys.), „Chłopaki #1: Jak na imię tej grze”, tłum. Kamil Śmiałkowski, Planeta Komiksów, Warszawa 2016.

[autor: Józek Śliwiński]

robertson-ennissklep{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Opowieści frontowe #1: Nocne wiedźmy

20/04/2016 § Dodaj komentarz


Kobiety za sterami

nocne wiedzmyGarth Ennis jest pisarzem, który potrafi opowiadać o II wojnie światowej. Polscy czytelnicy mieli okazję się już o tym przekonać. Jakiś czas temu oficyna Mucha Comics opublikowała dwa zbiorcze tomy z serii Opowieści wojennych oraz album Drogi Billy, który należy do cyklu Opowieści frontowych. W bieżącym miesiącu, dzięki wydawnictwu Planeta Komiksów, mamy możliwość przeczytania albumu Nocne wiedźmy, który należy do drugiej z wymienionych serii.

Akcja komiksu rozgrywa się w 1942 roku podczas wielkiej faszystowskiej ofensywy w ZSRR. Fabuła prowadzona jest dwutorowo, a wątki prowadzone są równolegle. Jednak w kilku miejscach dochodzi do bezpośredniego zetknięcia obu linii fabularnych. Jedna skupia się na oddziale najeźdźców (tu narratorem jest Kurt Graf), a druga – obrońców (tu narratorką jest Anna Charkowa). Właściwie w schemacie fabularnym nie byłoby nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że druga grupa to 40 dwuosobowych załóg 599 pułku nocnych bombowców, w którym służą same kobiety. Latają one na dwupłatowcach Polikarpow Po-2, o konstrukcji drewniano-płóciennej. Siła ognia tych samolotów jest znikoma: jednorazowo na pokład mogą zabrać jedynie 300 kg bomb, dlatego jednej nocy wykonują po kilka misji. BFHCVol1:Layout 1Ataki bombowców nie powodują wielkich zniszczeń w niemieckich szeregach, ale za to bardzo skutecznie obniżają morale żołnierzy. I o to głównie chodzi. Niemcy nadali rosyjskim pilotkom miano Nachthexen, czyli Nocne Wiedźmy.

Recenzowany komiks to nie tylko sceny akcji i walki, nie tylko naloty, wybuchy i strzelanina. Ennis mocno skupia się na psychice pary głównych aktorów dramatu, ten zabieg jest zresztą charakterystyczny dla jego pisarstwa. Scenarzysta unaocznia nam, że wojna zamienia zwykłych ludzi w nieczułe i brutalne bestie. Choć nie wszystkich. Z wątku niemieckiego, który prowadzony jest poprzez dziennik Grafa, możemy dowiedzieć się, że bohater niejako rozumie swoją rolę na polu walki, ale się z nią nie zgadza i próbuje się buntować. Zdaje sobie sprawę, że aby przeżyć, musi wyhodować w sobie potwora i pozwolić mu działać. Jednak wojenna codzienność i związane z nią „zbrukanie” budzą w nim sprzeciw. Nie zgadza się na zawieszenie swojego człowieczeństwa, jest zdecydowany ponieść ciężkie konsekwencje, byle by tylko ochronić dobro w nim tkwiące.

O scenariuszu możemy powiedzieć sporo dobrego, russ braungorzej sprawa przedstawia się z oprawą graficzną, za którą odpowiada Russ Braun. Rysownik wiernie odwzorowuje szczegóły uzbrojenia, czołgi, mundury i samoloty. Jednak przedstawienie bohaterów i elementy dalszego planu są dużo mniej precyzyjne. Najsłabiej wypadają postaci kobiece, które pozbawione zostały mimiki, a jeśli już, to się jedynie uśmiechają. Za to Niemcy, z wyjątkiem narratora, to masywne byczki o kwadratowych szczękach.

Nocne wiedźmy nie jest komiksem faktograficzny. Garth Ennis na podstawie autentycznych wydarzeń zbudował fikcyjną opowieść, która wiernie oddaje realia frontu wschodniego. Z posłowia Macieja Drewnowskiego możemy dowiedzieć się kilku podstawowych faktów o pilotkach z 588 Pułku Nocnych Bombowców, które faktycznie uczestniczyły w nalotach nękających i bombardowaniach precyzyjnych wymierzonych przeciw żołnierzom niemieckim na froncie wschodnim od 1942 roku. I aby zapoznać się z tym fragmentem historii II wojny światowej warto po komiks sięgnąć.

Łącznie Battlefields to osiem odrębnych opowieści, dwie z nich już poznaliśmy. Mam nadzieję, że oficyna Planeta Komiksów ma w swoich planach pozostałe albumy cyklu.

Garth Ennis (sc.), Russ Braun (rys.), „Opowieści frontowe #1: Nocne wiedźmy”, tłum. Maciej Drewnowski, Planeta Komiksów, Warszawa 2016.

[scenariusz: 4+, rysunki: 3, kolory/cienie: 3-]
[może Cię zainteresować: Opowieści wojenne #2 oraz The Shadow. Cień: W ogniu stworzenia]

night-witches

planeta Komiksów{komiks można kupić tu: klik! klik! lub tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Dynamite Entertainment at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: