Uncanny X-Force #1: Sposób na Apocalypse’a

25/10/2017 § Dodaj komentarz


 Czy cel rzeczywiście uświęca środki?

Zasadnicza różnica między X-Men a X-Force sprowadza się do tego, że przedstawiciele drugiej grupy nie boją się ubrudzić sobie rąk krwią każdego, kto jest wrogiem mutantów. W tym tomie w skład pozbawionej skrupułów ekipy wchodzą: Wolverine, Archangel, Psylocke, Deadpool i Fantomex. Dla każdego z nich względy etyczne są mniej ważne niż skuteczna realizacja misji. Postępują w myśl zasady: „Cel uświęca środki”, dlatego muszą działać w ukryciu. O istnieniu i realizowanych przez Uncanny X-Force zadaniach nie wie nikt spoza pięcioosobowego kręgu wtajemniczonych.

„Jedynka” nosi podtytuł Sposób na Apocalypse’a i zawiera cztery fabuły. Scenariusze do wszystkich napisał Rick Remender, ale każda została narysowana jest przez innego artystę. Muszę przyznać, że najciekawsza jest opowieść tytułowa. Zło kiełkuje na świecie. Ponownie odrodził się Apocalypse, czyli największy, zaprzysiężony wróg Homo Superior. Co prawda na chwilę obecną En Sabah Nur jest małym chłopcem, ale Ozymandiasz i Czterech Jeźdźców już zajęło się jego „kierunkowym” wychowaniem. Wolverine i reszta ekipy zgadzają się, że zagrożenie jest realne – należy wyeliminować je w zarodku. Łatwiej było powiedzieć, niż zrobić. W końcu jednak uda się bohaterom pokonać hordy klanu Akkaba i Jeźdźców, ale wówczas staną twarzą w twarz z małoletnim, bezbronnym chłopcem.

Czy znajdą w sobie dość siły (i nienawiści), aby zrobić to, co zamierzyli? Czy wszyscy członkowie X-Force pozbawieni są kręgosłupa moralnego? Zupełnie pod sam koniec opowiadania scenarzysta funduje czytelnikowi ostrą jazdę. Bezmyślne nawalanki ustępują miejsca rozważaniom etycznym. Wolta i finalne rozwiązanie wątku są totalnie niespodziewane. Włosy na głowie się jeżą, szczęka opada na podłogę. Początkowo ciężko było mi uwierzyć w to, co przeczytałem. Trzy razy wracałem do tych kilku kadrów, aby sprawdzić, czy niczego nie przeoczyłem… Chociaż dwie dalsze fabuły dotyczą sytuacji zgoła odmiennych, to skutki poczynań względem Apocalypse’a prześladują x-bohaterów do ostatniej planszy zbioru. I bez wątpienia w kolejnych tomach serii także dadzą o sobie znać.

Pod względem graficznym omawiana odsłona jest bardzo różnorodna. Jak już pisałem, w produkcji uczestniczyło czterech rysowników: Jerome Opeña, Leonardo Manco, Esad Ribic i Rafael Albuquerque. Najbardziej podobają mi się ilustracje pierwszego z panów. Kreska tego artysty jest na wskroś precyzyjna i szczegółowa, a przedstawienie postaci bardzo realistyczne. W jego ujęciu bohaterowie nie są doskonali, charakteryzują się pospolitą aparycją, a miny częstokroć mają ponure. Pochodzący z Filipin rysownik trafnie oddaje brzemię jakie pisarz złożył na barki członków X-Force. Równie atrakcyjnie wyglądają plansze, które przygotował Ribic.

Dawno nie czytałem równie wciągających opowieści z udziałem mutantów. Wypada, abym całość ocenił wysoko, bo i dobrze napisane, i doskonale narysowane. Dla wszystkich zdeklarowanych fanów X-Menów pozycja obowiązkowa. Dla pozostałych czytelników – rzecz ciekawa, bo ukazuje superbohaterów w okolicznościach nieheroicznych i etycznie nagannych.

 Rick Remender (sc.), Jerome Opeña & Leonardo Manco & Esad Ribić & Rafael Albuquerque (rys.), „Uncanny X-Force #1: Sposób na Apocalypse’a”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Mucha Comics, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5-, kolory/cienie: 5]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Reklamy

Deadpool Classic. Tom 2

09/08/2017 § Dodaj komentarz


Kill… Love Is All Around

Ever fallen in love with someone
Ever fallen in love, in love with someone
Ever fallen in love, in love with someone
You shouldn’t have fallen in love with

Buzzcocks

Zupełnie niedawno – w ramach serii Marvel Now! – Deadpool się żenił, a przy okazji wspominał wszystkie swoje wcześniejsze związki. No, prawie wszystkie. Teraz nadszedł czas, aby klasyczne opowieści z jego przygodami ukazała nam nieco więcej romantycznych perypetii. Oczywiście walk, trupów i typowego dla serii humoru także nie zabrakło, a jeśli w poprzednim tomie brakowało Wam gościnnych występów czołowych herosów Marvela, teraz nieco się to zmieni.

Ech te hormony! W końcu pewnie odpuszczą, jednak póki co Deadpool wzdycha do poznanej całkiem niedawno Siryn. Niestety podglądanie jej nocą przez okno musi zaczekać, kiedy uprowadzony zostaje jego kumpel (i dostawca broni) Weasel. Kidnaperem okazuje się być Taskmaster, który ma co do niego konkretne plany, a Deadpoola postanawia wykorzystać do linczu szkoleniowego dla swoich ludzi. Co może mu się udać, bowiem posiada zdolność zapamiętywania ruchów przeciwnika i nasz najemnik z nawijką nie jest w stanie niczym go zaskoczyć. W tej sytuacji bez znaczenia wydaje się fakt, że posiada czynnik gojący, który zapewnia mu niemalże nieśmiertelność.

Z tym czynnikiem zresztą może być problem. Zaczyna bowiem szwankować, o czym dowiaduje się T-Ray. Co więcej Deadpoolowi grozi śmierć, a ocalić go może tylko… krew Hulka. Mało? Dodajcie więc do tego pojawienie się Typhoid Mary i Vamp, gościnny udział Daredevila i Stana Lee plus historię opowiadającą o wydarzeniach, jakie miały miejsce zanim Wade stał się tym, kim jest, i przekonajcie się co do zaoferowania ma klasyczny Deadpool.

Pierwszy tom serii (klik! klik!), który na polskim rynku ukazał się kilka miesięcy temu, zebrał różnorodne oceny. Jego odmienność od przygód znanych z Marvel Now!, prostota i typowy dla lat 90. XX wieku styl jednych odrzucił, innym – w tym mnie – przypomniał stare TM-Semicowe komiksy, do których mam wielki sentyment. Jakkolwiek by jednak nie odbierać tego albumu, nie można mu było odmówić znaczenia. Prezentował bowiem zbiór historii z samych początków istnienia Deadpoola, zaczynając od jego debiutu na łamach New Mutants, przez dwie pierwsze miniserie z jego przygodami, na pierwszym numerze regularnej serii kończąc. Drugi tom zbiera zeszyty #2-8, #-1 owej serii oraz Dardevil/Deadpool Annual 1997 i prezentuje się o wiele lepiej, niż się spodziewałem.

Scenariusze są zabawniejsze, niż poprzednio, więcej też się dzieje, głownie za sprawą krótkich, zamkniętych epizodów z życia głównego bohatera. Dużą rolę odgrywa tu wątek miłosny, sporo jest też komiksowej satyry, a dla tych, którzy stęsknili się za poważniejszymi fabułami, także coś się znajdzie. Miłe są też smaczki pokroju odniesień do rewelacyjnej miniserii Daredevil: The Man Without Fear Franka Mllera i Johna Romity Jr, a całość ma po prostu swój charakter.

Gorzej wypadała tym razem szata graficzna. W pierwszym tomie ilustracje były realistyczne, typowe dla okresu, w którym powstały, drugi kontynuuje to, co widzieliśmy w jego finale, czyli bardzo proste i kolorowe cartoonowe rysunki. Jednakże, chociaż na pierwszy rzut oka nie kupiły mnie one, muszę przyznać, że naprawdę pasują do tej historii. Dzięki nim Deadpool staje się szaloną kreskówką, w której dużo jest trupów i niewybrednych żartów, często w tonacji czarnego humoru.

Z połączenia wszystkich tych elementów powstał ciekawy komiks, taka trochę ułagodzona wersja Lobo. Wielkie wydarzenia nie mają tu miejsca ani nie padają ważkie pytania, ale Deadpool dostarcza solidnej porcji dobrej rozrywki. Jeżeli macie ochotę na coś takiego albo podobał Wam się film kinowy, to zdecydowanie album dla Was.

Joe Kelly (sc.), Ed McGuinness & Kevin Lau & Aaron Lopresti & Bernard Chang & inni (rys.), „Deadpool Classic. Tom 2”, tłum. Oskar Rogowski, Klub Świata Komiksu, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Deadpool #5: Wyzwanie Draculi

03/04/2017 § Dodaj komentarz


Deadpool, Blade & Wiedźmin

Po pierwszym tomie klasycznych komiksów z Deadpoolem (klik! klik!) nadszedł dla mnie czas na Wyzwanie Draculi. Przyznam się, że na ten album czekałem nawet, kiedy postać Wade’a Wilsona omijałem szerokim łukiem. Dlaczego? Klimatyczne opowieści grozy (klasyczne czy ujęte w parodystyczne ramy) uwielbiam. Dodatkowo darzę sporym sentymentem Blade’a, który w tym tomie zaliczył gościnne występy. Teraz, po lekturze, muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczony. Dużo czarnego, dalekiego od politycznej poprawności Marvela, humoru, który dosłownie wylewa się z plansz razem z hektolitrami krwi, mnóstwo cameo znanych postaci, nie tylko z horrorów. Wreszcie Dracula, który wygląda jak nasz rodzimy Wiesiek, Wiedźmin znaczy. Czy można tego nie polubić?

Pewnie znajdą się i tacy, ale Wyzwanie Draculi to naprawdę znakomity komiks humorystyczny, żartujący właściwie z każdej konwencji w jakiej się porusza. Przebywający w Londynie Deadpool (akcja ocalenia dziewczyny wyszła całkiem nieźle, ale niewiasta zamiast oddać się naszemu bohaterowi wolała uciec z wrzaskiem na widok jego twarzy) zostaje zmolestowany przez… nie, nie, nie członka Wham… a właściwie to nie zmolestowany… Nawet nie zaatakowany. Ale przez wampira. Rusza więc za nim wykończyć go, w końcu dopada… Wprawdzie posłańca się nie zabija, skąd miał jednak wiedzieć, że krwiopijca chciał mu jedynie przekazać wiadomość? Tak czy inaczej Deadpool dociera do swojego nowego zleceniodawcy, którym jest nie kto inny, a sam Dracula. Czegóż ten legendarny wampir może od niego chcieć? Sprawa jest dość prosta: Dracula się żeni, a ślub ów zjednoczy świat potworów, zakończy trwający od wieków konflikt i takie tam bla, bla, bla. Nie każdy jednak chce pokoju, dlatego Dedpool musi dostarczyć wybrankę wampira całą i zdrową, aby ceremonia mogła się odbyć.

Co z tego wyniknie? Jeśli znacie przygody antybohatera w czerwonym kostiumie, na pewno już wiecie: dużo krwawej, ale zabawnej akcji, pełnej legendarnych stworów (minotaur na motorynce!), nieustających gagów i bohaterów, którzy są w pełni świadomi tego, że wcale nie istnieją naprawdę. No, może nie wszyscy z nich, ale ktoś musi się z tego schematu wyłamać, prawda? Całość została na dodatek przesycona filmowymi odwołaniami, które widoczne są na każdym kroku, weźmy choćby tytuły kolejnych rozdziałów (Amerykański najemnik w Londynie, Wilkołak z londyńskiego sąsiedztwa czy Deadpool i świątynia ogłady) albo otwierającą główną akcję albumu piosenkę utrzymaną w bondowskim klimacie („Z nim randka to pół kasa/Byś rzekł, że kawał to… jest asa”.). Całość czyta się znakomicie, co w dużej mierze zawdzięczamy współscenarzyście, Brianowi Posehnowi, który z zawodu jest komikiem. Fabuła to właściwie pretekst służący do przedstawiania kolejnych żartów i gagów, ale o dziwo pretekst naprawdę dobrze skonstruowany. Nie ma nudy, nie ma wrażenia silenia się i nie ma także żenady, chociaż humor mógł ją przecież zagwarantować.

Udane są ilustracje. Wprawdzie komiks powstał jako publikacja internetowa, wzbogacona o pewną interaktywność, której papierowa wersja posiadać nie będzie, ale w odróżnieniu od np. Spider-Mana, ilustracje nie są uproszczone ani nie sprawiają wrażenia robionych na szybko. Czasem bohaterowie są kopiowani do kolejnych kadrów, ale to już urok cyfrowego pierwowzoru. Najważniejsze, że nie ma tutaj wpadek, a całość prezentuje się przyjemnie dla oka.

Podsumowując – fani Deadpoola dostaną to, czego oczekują. Natomiast nowi czytelnicy, którzy chcieliby zacząć od tej opowieści, śmiało mogą to zrobić i dobrze się bawić, bo chociaż wydarzenie w niej przedstawione mają wpływ na kolejne zeszyty serii, Wyzwanie Draculi bardzo dobrze sprawdza się jako samodzielny album.

Gerry Duggan & Brian Posehn (sc.), Reilly Brown & Khary Randolph & Scott Koblish (rys.), „Deadpool #5: Wyzwanie Draculi”, tłum. Oskar Rogowski, Klub Świata Komiksu – album 1093, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Deadpool Classic. Tom 1

15/03/2017 § Dodaj komentarz


 Śmierci pula u Deadpoola

Chociaż postać Deadpoola została wykreowana jako odpowiedź na Deathstroke’a z wydawnictwa DC Comics, zawsze uważałem go za niewydarzoną kopię Lobo. Z kim innym bowiem może kojarzyć się psychopatyczny morderca do wynajęcia, który potrafi się regenerować, nie umiera, a przy okazji jego przygody, choć krwawe, dalekie są od tonacji na serio? Właśnie. Przyznaję, nie przepadałem za nim, kiedy gościnnie pojawiał się na łamach serii Amazing Spider-Man; pewnie dlatego, nie sięgałem po samodzielne przygody Wade’a Wilsona. Ale klasyka? To chyba wypada znać, prawda? Dziś uważam, że olschoolowy Deadpool, to kawał dobrej komiksowej roboty. Rzecz utrzymana w typowym dla lat 90. XX wieku klimacie, z którą powinni zapoznać się również ci mający alergię Deadpoola.

Bohatera poznajemy w momencie, kiedy, na zlecenie Tollivera, ma zabić Cable’a. Zjawia się więc w bunkrze New Mutants, zaczyna walkę i… przegrywa. Wyszczekany, niemal niezniszczalny antybohater, który był jednym z eksperymentów Broni X przegrywa! Ale to dopiero początek. Jakiś czas później w Sarajewie Deadpool staje do walki z polującymi na niego najemnikami. Po śmierci Tolliera, za zabicie którego jedni oskarżają Cable’a, a inni naszego antyherosa, pojawiła się plotka o tajnym testamencie. Nikt nigdy nie widział go na oczy, ale każdy wie, że mówi on jasno – zwycięzca zgarnia łupy. Dlatego każdy poluje na każdego. A dokładnie, to na każdego, kto kiedykolwiek pracował z Tolliverem. Deadpool w zabijaniu ma niemało zabawy, ale kiedy na horyzoncie pojawiają się tacy przeciwnicy, jak Kane czy Juggernaut, to może być nieco ciężej, szczególnie jeśli chce się jednocześnie dowiedzieć prawdy o Vanessie.

W pierwszym tomie Deadpool Classic znalazło się dziesięć zeszytów prezentujących cztery fabuły z tytułowym antybohaterem. Pierwszy przedstawia jego debiut na łamach The New Mutants. Kolejny Goniąc w kółko, to pierwsza miniseria z jego przygodami, potem mamy jej bezpośrednią kontynuację o tytule Grzechy przeszłości, a wreszcie pierwszy numer regularnej serii z Deapoolem. W skrócie – dla fanów postaci to pozycja absolutnie obowiązkowa, w kompleksowy sposób przedstawiająca najistotniejsze publikacje z początków kariery postaci.

Jeśli czytaliście współczesne komiksy z Deadpoolem (czy to wydawane w ramach Marvel Now!, czy też WKKM) musicie wiedzieć, że „classic” Wade, to postaci zupełnie inna. Nie jest tak gadatliwy, nie jest też tak cięty, mniej w nim humoru, a jego przygody stanowią kwintesencję tego, co w latach 90. ubiegłego wieku oferował Marvel. Komiks jest nieco naiwny, przerysowany i pod każdym względem przypomina kino akcji klasy B. Dzieje się w nim dużo, nie zawsze z sensem, ale to i tak ma swój czar. Oldschoolowy urok dawnych, infantylnych, ale wciąż pociągających komiksów – szczególnie dla pokolenia czytelników wychowanych na zeszytówkach od TM-Semic.

Do tego dochodzą znakomite rysunki. O fabułach pisanych przez Liefelda można powiedzieć niejedno krytyczne słowo, to jego ilustracje (a także grafiki w wykonaniu Churchilla, Weeksa, czy Madureiry) przypominają to, co w latach 90. Marvel miał najlepszego. Kreska przypomina tutaj dokonania Todda McFarlane’a: pełna detali, ale i prostoty, wpada w oko, a we mnie dodatkowo budzi sentyment. W końcu na podobnie rysowanych komiksach się wychowałem. I jakie one wtedy robiły wrażenie.

Zatem gorąco polecam Deadpool Classic, bo to świetny (i dobrze wydany) album. Dosłownie: klasyka dla miłośników postaci, ale też i X-Menów oraz Spider-Mana (tytułowy antybohater w pewnym stopniu wzorowany był na Pajęczaku, co widać wyraźnie choćby w rzucanych przez niego żartach). Fani komiksów Marvela będą więc usatysfakcjonowani.

Fabian Nicieza & Mark Waid & Joe Kelly (sc.), Rob Liefeld & Joe Medureira & Ian Churchill & Lee Weeks & Ken Lashley (rys.), „Deadpool Classic. Tom 1”, tłum. Oskar Rogowski, Klub Świata Komiksu – album 1095, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Deadpool at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: