Batman. Detective Comics #1: Powstanie Batmanów

11/12/2017 § Dodaj komentarz


  Batwoman szkoli młodzików

W Stanach Zjednoczonych zeszyty „Detective Comics” ukazują się nieprzerwanie od marca 1937 roku, co czyni tytuł najdłużej publikowaną serią komiksową na świecie. Co prawda w erze The New 52 oznaczenie wyzerowano, ale w ubiegłym roku – gdy nastało DC Rebirth – przywrócono starą numerację, włączając zeszyty z Nowego DC do kompletu. W tomie Powstanie Batmanów zaprezentowano zeszyty o numerach od 934 do 940. Byłem ciekaw nowej odsłony, gdyż w uprzedniej seria „Detective Comics” była jedną z najsłabszych propozycji. Oficyna Egmont Polska nie dociągnęła cyklu do końca, rzecz urwała się na tomie Anarky (klik! klik!), do finału zabrakło 12 zeszytów. Czy Odrodzenie przynosi jakąś zmianę jakościową?

Punktem wyjścia dla fabuły jest spisek, jaki przez przypadek odkrywa Batman. Po Gotham krążą wysokiej klasy, technologicznie zaawansowane drony, które „z cienia” obserwują poczynania Nietoperza i jego najbliższych sprzymierzeńców. Mroczny Rycerz zamiast działać w pojedynkę – jak to ma w zwyczaju – zwraca się z prośbą do Batwoman, aby wzięła pod swoje opiekuńcze skrzydła grupę „młodzików”. Zadanie polega na wyszkoleniu i przyuczeniu do zespołowego działania: Red Robina (Tima Drake’a), Spoiler (Stephanie Brown), Orphan (Cassandry Cain) oraz nawróconego na drogę dobra Clayface’a (Basila Karlo). W międzyczasie Batman podąża tropem supertajnej grupy, która działa w strukturach wojska.

Wieloletnie „mapowanie” posłużyło do stworzenia oddziału do zadań specjalnych, który charakteryzuje się wysoką skutecznością w działaniu. Oczywiście, trenowana przez Batwoman grupa „Batmanów” będzie musiała się zmierzyć z tajnym oddziałem. Starcie kończy się nieoczekiwanym zdarzeniem i pojawieniem nowej, tajemniczej postaci. Nim jednak do tego dojdzie czytelnik kilka razy zostaje wpuszczony w maliny. Trzeba przyznać, że scenarzysta – James Tynion IV – tym razem się przyłożył. Narracja obfituje w mocno zaskakujące i dobrze skonstruowane zwroty akcji. Słabiej wypada konstrukcja postaci, szczególnie obecność żartującego Clayface’a ciężko zaakceptować. Tynion rozbudowuje własne wątki, które zaprezentował w tomach Wieczny Batman i Wieczni Batman i Robin: dotyczące Cassandry Cain oraz romantycznej relacji Stephanie i Tima.

Za warstwę wizualną odpowiada trzech różnych artystów: Eddy Barrows, Alvaro Martinez i Al Barrionuevo. Rysunkowo całość wykonano bardzo poprawnie. Występującym postaciom nadano indywidualne rysy, zadbano o dynamikę i mimikę (Batman z permanentnym szczękościskiem, ale uśmiechająca się Cassandra wygląda ładnie). Trochę gorzej prezentują sceny zbiorowe, na których panuje lekki chaos. Dużo ciekawiej wypada samo kadrowanie i budowa planszy. W tej materii rysownicy nieźle sobie poczynają: Batwoman wrysowana w emblemat Batmana, zestaw kadrów wpisany w kufel piwa czy ukośne screeny z monitoringu, które nakładane są na inne panele, przez co stanowią swoisty podgląd.

Pora odpowiedzieć na pytanie zadane w pierwszym akapicie. Bez zbędnych wstępów i owijania w bawełnę: „Tak”. Opowiadana w „jedynce” historia jest ciekawsza niż większość fabuł zaprezentowanych w ramach The New 52. Dodatkowo, jeśli porównamy omawiany tom z pierwszą odsłoną nowego Batmana (Jestem Gothamklik! klik!), to wiele aspektów przemawia na korzyść Powstania Batmanów.

James Tynion IV (sc.), Eddy Barrows & Alvaro Martinez & Al Barrionuevo (rys.), „Batman. Detective Comics #1: Powstanie Batmanów”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1210, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 3+, kolory/cienie: 4-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Reklamy

Batman #1: Jestem Gotham

21/11/2017 § Dodaj komentarz


 Brat i siostra bronią Gotham City

DC Odrodzenie, w przeciwieństwie do The New 52, nie ma burzyć całego continuum i stawiać uniwersum superbohaterów na głowie. DC Rebirth (klik! klik!) nie odrzuca, a kontynuuje wątki fabularne z ostatnich lat. Gdyż celem „wielkiego” wydarzenia miało być podniesienie jakości, poprzez swoisty powrót do przeszłości, do minionych wartości i opowieści. Zmiany niby kosmetyczne. I tu nasuwa się pytanie: Czy nowa odsłona przygód Batmana niesie ze sobą powiew świeżości?

Podtytuł pierwszego albumu – Jestem Gotham – sugeruje, że Mroczny Rycerz ma jakieś problemy z zapanowaniem nad własnym ego, które może urosło do niewyobrażalnych rozmiarów. Gdyż nastąpiła pełna identyfikacja Batmana z tkanką miasta, które ślubował chronić. Czy faktycznie opowieść tego dotyczy? Od razu zdradzę: nie! Zupełnie nie, to strzał kulą w płot. To autorska zmyłka, na którą osobiście dałem się nabrać.

Fabuła dotyczy czegoś zupełnie innego. Pewnej nocy nad Gotham dochodzi do awarii samolotu, Batman – wiadomo – rusza z odsieczą i jest gotów zginąć, aby tylko uratować wszystkich ludzi, którzy są wewnątrz. Przez chwilę wydaje się, że faktycznie coś strasznego się musi wydarzyć, że nie ma szans, aby Mściciel wyszedł z katastrofy bez szwanku. I wtedy na scenę wkracza para zupełnie nowych bohaterów: Gotham i Gotham Girl. Brat i siostra, którzy posiadają cały zestaw supermocy, m.in. potrafią latać. Herosi bardziej przypominają Supermana i Wonder Woman niż Batmana i Batgirl. Może w końcu nadszedł czas, aby Batman odwiesił pelerynę na wieszak?

Pomysł scenarzysty, Toma Kinga, sprowadza się do tego, aby do miasta wprowadzić herosów z prawdziwego zdarzenia, bo obdarzonych niezwykłymi mocami, którzy teoretycznie mogą zastąpić naszego ukochanego Gacka. Blady strach powinien paść na czytelników… Niestety nie pada, bo fabularnie całość nie jest ani ciekawa, ani udana, ani przełomowa. W wypadku „jedynki” powrót do przeszłości się nie udał. Miło być novum, a wyszła miałka pulpa. Poza tym nie podoba mi się, że w opowieść na siłę wepchnięto nawiązania do The New 52, tylko po to, aby przekazać czytelnikowi jasny komunikat: „Nie czytałeś? Oj, to źle! Wiele straciłeś. Ale nie przejmuj się, nie wszystko stracone. Leć do księgarni i nadrób zaległości”. Nie należy dać się nabrać na te sprzedażowe zabiegi. Można sobie darować lekturę.

Wizualnie jest średnio. Większość rysunków wykonał David Finch, dlatego Batman wygląda jak osiłek, który przedawkował sterydy. Do tego monumentalne pozy i peleryny bohaterów łopoczące na wietrze. Nie kupuję tego. In plus prezentuje się jedynie postać Alfreda, który nie jest nadopiekuńczym lokajem, a sarkastycznym i ironicznym kolesiem. Tytułem podsumowania: Jeśli ktoś nie jest psychofanem postaci stworzonej przez Boba Kane’a i Billa Fingera, to lekturę Jestem Gotham może sobie darować.

Scott Snyder & Tom King (sc.), David Finch & Danny Miki & Sandra Hope & Scott Hanna & inni (rys.), „Batman #1: Jestem Gotham”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1190, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 2, rysunki: 3, kolory/cienie: 4-]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Batman #10: Epilog

20/09/2017 § Dodaj komentarz


 Koniec nowego Batmana

Zdawało się, że w kwestii Batmana z Nowego DC Comics (czy jak kto woli The New 52) wszystko zostało już powiedziane. Poprzedni tom (klik! klik!) zakończył historię z nowym, potężnym wrogiem – panem Bloomem, rozwiązał też wątek z Gordonem w roli nowego obrońcy Gotham i zakończył się powrotem jedynego słusznego Człowieka Nietoperza. A jednak Scott Snyder i James Tynion IV (z drobną pomocą Raya Fawkesa) nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Teraz nadszedł czas na epilog całej opowieści, która zaczęła się w imponujący sposób Trybunałem sów (klik! klik!). A zatem poznajcie ostatnie historie z „nowym” Batmanem.

Tym razem czytelnicy nie dostają jednak jednej konkretnej opowieści, a cztery krótkie fabuły stanowiące pożegnanie z serią pisaną przez Snydera. W pierwszych dwóch cofamy się czasie, najpierw o pięć lat, potem jedynie na kilka chwil przed aktualnymi wydarzeniami. W pierwszej historii Batman włamuje się do siedziby Lexa Luthora by zdobyć związek Cauldera. W drugiej Bruce Wayne, wciąż cierpiąc na amnezję, powraca do odzyskanej posiadłości, która do niedawna służyła za zakład psychiatryczny. Jak się jednak okazuje, Clayface, Riddler i Mr. Freeze zdołali uciec i chcą zemścić się na Wayne’ie, który teraz jest zupełnie bezbronny.

W kolejnej opowieści, dziejącej się już po wydarzeniach poprzedniego tomu, w Gotham dochodzi do tajemniczej awarii prądu. Batman musi wkroczyć do akcji, bowiem cele z przestępcami zostały otwarte, a także wyjaśnić co właściwie się dzieje. Album kończy natomiast historia, w której przestępca zwany Crypsis włamuje się do banku, w którym nie trzymają oszczędności żadni bogaci ludzie, by okraść pewną skrytkę. Batman wkracza do akcji, przypominając sobie różne momenty ze swojego życia, które przemieniły go w obrońcę Gotham.

Trybunał sów. Mr. Freeze. Riddler. Clayface. Bane. Pingwin. Killer Crock. Poison Ivy. Strach na wróble. W ostatnim tomie swoich przygód Batman spotyka wielu swoich wrogów, ale autorom nie zależy na przedstawianiu kolejnych starć, a zagłębieniu się w postać obrońcy Gotham, jego przeszłość, przyszłość (wątek klonów powraca, chociaż nie wnosi właściwie nic do finału poprzedniego tomu) oraz znaczenia dla miasta. Jednak w odróżnieniu od kończących przygody z Nowego DC Comics, Superman: Ostatnie dni Supermana (klik! klik!) czy Liga Sprawiedliwości: Wojna Darkseida (klik! klik!), Batman: Epilog to opowieść, którą właściwie można pominąć, bo nie jest konieczna. Wszystkie wątki zostały już zakończone, teraz autorzy jedynie składają hołd postaci tak, aby seria zamknęła się na 52 zeszytach, jak na New 52 przystało (to jednak nie jedyne odniesienia do tej liczby w niniejszym albumie). Jednakże ci, którzy dobrze bawili się czytając całą serię Batman, dobrze będą bawić się i teraz. Szczególnie w przypadku trzeciej z opowieści – Gotham, klimatycznej i bardzo sentymentalnej.

Szata graficzna albumu jest tradycyjnie przyjemna. Najlepiej wypada wprawdzie wspomniane Gotham Grega Capullo, ale prostsze i bardziej brudne ilustracje innych artystów też mają swój urok. Znakomicie prezentują się też alternatywne okładki, a w szczególności ta stworzona przez Johna Romitę Jr.

Jeśli jesteście zatem miłośnikami Batmana i dobrze bawiliście się przy jego serii z Nowego DC Comics, będziecie zadowoleni. A zapowiedziane już nowości z tym bohaterem spod szyldu Odrodzenie prezentują się ciekawie. Na fanów obrońcy Gotham czeka więc dużo dobrej zabawy, a to w końcu dopiero początek nowego, intrygującego rozdziału. Zanim ten jednak rozpocznie się na dobre, mamy niniejsze krótkie opowiastki. Taki deser po konkretnej uczcie, jaką była seria.

Scott Snyder & James Tynion IV & Ray Fawkes (sc.), Greg Capullo & Danny Miki & Roge Antonio & inni (rys.), „Batman #10: Epilog”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1169, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Michał Lipka]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Batman #9: Bloom

10/07/2017 § Dodaj komentarz


  Mroczny Rycerz powraca?

W rzeczywistości „kolorowych zeszytów” nic nigdy nie ginie bezpowrotnie, to prawda znana czytelnikom od dawna. Czy zatem Batman, a właściwie Bruce Wayne, mógł porzucić swoją rolę obrońcy Gotham na dobre, nawet jeśli stracił pamięć i wydaje się nie być sobą? Nadszedł czas, aby się o tym przekonać, otwieramy tom dziewiąty Batmana.

Pan Bloom, nowy przeciwnik Zamaskowanego Krzyżowca, wdziera się do Powers Building i zaczyna odruchowo zabijać ludzi. Gordon staje z nim do walki, ale choć sytuacja wydaje się obracać na korzyść nowego Człowieka Nietoperza, wróg ostatecznie ucieka. Kiedy więc udaje się go namierzyć, nikt nie jest pewien czy rzeczywiście trafili na jego trop, czy też może łotr przygotował na nich zasadzkę. Były komisarz decyduje się samotnie stawić czoła zagrożeniu, nawet za cenę własnego życia.

Tymczasem Bruce Wayne wiedzie spokojny żywot u boku ukochanej kobiety, którą prosi o rękę. Mimo że w jej przeszłości nie brak mrocznych kart, chce spędzić z nią życie. Wciąż jednak ma problemy z pamięcią, chociaż odzywa się w nim jakiś dawny zew. Spotkanie z Duke’iem, który na własną rękę podjął się odkrycia prawdziwej tożsamości Blooma, staje się impulsem do przypomnienia sobie dawnej roli obrońcy Gotham. Tylko czy to wystarczy, by dawny Batman powrócił? Czy jego powrót jest konieczny, aby w mieście ponownie zapanował pokój?

Scott Snyder i Greg Capullo zaczynając nową serię Batmana w ramach The New 52 (czy jak chce tego polskie nazewnictwo, Nowego DC Comics) stworzyli dzieło, które z miejsca stało się hitem, ale i pozycją niemalże kultową. Trybunał sów, jakim zaczęli swój run, powszechnie uznawany jest za jedną z najlepszych opowieści o Batmanie, a pozostałe zeszyty ich autorstwa także trzymają poziom. Nie inaczej jest też w przypadku Blooma, przedostatniego tomu serii, w którym znalazł się także jubileuszowy, bo pięćdziesiąty zeszyt. Z tej okazji twórcy nie tylko domykają wiele wątków, ale przygotowali dla czytelników porcję zaskoczeń. Co więcej omawiana odsłona, pod względem scenariusza, jest lepsza od „ósemki”, a pędząca na złamanie karku akcja nie pozwala na chwilę nudy. Chociaż na spokojniejsze momenty także znalazło się miejsce.

Właściwie ten komiks jest jak gra, w którą rżną funkcjonariusze gothamskiej policji, przypomina pokera, z tym, że gra się w nią szybko, bez zastanowienia, a na stole czeka zakryta karta mogąca odmienić losy całej zabawy. Na tej zasadzie Snyder i James Tynion IV zbudowali całą fabułę, starając się dostarczyć czytelnikom jak najwięcej dobrej zabawy. Skutecznie zresztą. Całość na dodatek podlali charakterystycznymi dla Batmana z New 52 elementami, takimi jak legendy miejskie i grzebanie w historii Gotham. Co tylko wyszło opowieści na dobre.

Pod względem graficznym Capullo jak zwykle nie zawodzi. Jego znakomita, szczegółowa i mroczna kreska świetnie współgra ze scenariuszem, podobnie zresztą jak kolor. Pozostali artyści też wypadają przyjemnie dla oka, choć nie tak dobrze jak on. Całość została uzupełniona o bogatą (liczącą blisko 40 stron) galerię okładek alternatywnych do 50 zeszytu przedstawiających walkę Batmana z Supermanem. Lista artystów odpowiedzialnych za owe okładki robi spore wrażenie, że wspomnę tylko o Timie Sale’u, Alexie Rossie, Jimie Lee, Paulu Pope’ie czy Gabrielu Dell’Otto.

W skrócie, miłośnicy Batmana będą bardzo zadowoleni. Dostaną bowiem dokładnie to, czego oczekiwali. Osobiście Blooma polecam i czekam na finałowy tom serii.

 Scott Snyder & James Tynion IV (sc.), Greg Capullo & Danny Miki & Yanick Paquette (rys.), „Batman #9: Bloom”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1145, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Batman. Detective Comics #7: Anarky

03/07/2017 § Dodaj komentarz


 Pan A. w starciu z Batmanem

Mam wrażenie, że ze wszystkich komiksów z udziałem Mrocznego Rycerza, jakie obecnie ukazują się w Polsce, cykl Detective Comics wypada najmniej interesująco, a miejscami wręcz blado. Tak przynajmniej było do szóstej odsłony, która nosiła podtytuł Ikar. Niewiele się zmieniło, gdy produkcyjną pałeczkę przejęli Brian Buccellato i Francis Manapul, którzy tak znakomicie sprawdzili się przy kreacji nowego Flasha. Żadnych interesujących treści, miałka fabuła – nudy! Tak było do tej pory, bo tom Anarky to już zupełnie inna para kaloszy.

Całość rozpoczyna się krótką, dwuzeszytową fabułą, która nosi tytuł Terminal. Opowieść rozgrywa się lotnisku w Gotham, gdzie właśnie wylądował samolot z martwymi pasażerami ma pokładzie. Wygląda na to, że nikt nie przeżył. Ciała podróżnych są w stanie zaawansowanego rozkładu, jakby nie lecieli z Europy, a przez dziesięciolecia krążyli wokół Ziemi. Akurat na lotnisku przebywa sam Bruce Wayne, który chcąc nie chcąc musi zająć się rozwiązaniem okrutnej zagadki. I z pewnego powodu ma mało czasu…

Dalej mamy tytułową opowieść, gdzie pojawia się zamaskowany mężczyzna, który sieje zamęt w całym Gotham. Swoją przestępczą działalność rozpoczyna od wykasowaniu z baz danych wszelkich informacji o obywatelach miasta. Nagle znikają wszelkie zapisy z policyjnych karotek, kont bankowych, debety na kartach kredytowych… Niby robi to w szlachetnym celu. Wszyscy staną się równi, ludzie odzyskują swoją wolność. Nie ma przeszłości. Istnieje przyszłość, a ludzie dostają drugą szansę – mogą być kim tylko zechcą, mogą swoją przyszłość napisać od nowa, bo dostali czystą kartę. I mogą działać anonimowo, bo antybohater daje każdemu mieszkańcowi maskę, za którą mogą się ukryć przed systemem.

Tezy wygłaszane przez pana A. oraz pewne rozwiązania fabularne mocno kojarzą się z V jak Vendetta (klik! klik!). Co prawda rozwiązanie całego wątki oraz rzeczywista motywacja postaci, która nomen omen jest bardzo płytka i osobista nijak mają się do kultowej pozycji Alana Moore’a. Ale całość czyta się z niesłabnącym zaciekawieniem. Fabuła obmyślona przez Buccellato i Manapula stawia na detektywistyczną robotę, jako ma do wykonania Batman, który – o dziwo – podejmuje współpracę z Harvey’em Bullockiem.

W dalszej części tomu mamy jeszcze dwie krótkie opowieści, na które lepiej spuścić zasłonę milczenia.

Wizualnie album prezentuje się nadzwyczaj dobrze. Francis Manapul rysując Flasha, który panuje nad Mocą Prędkości ma wiele możliwości wprowadzenia graficznych fajerwerków i smaczków. W wypadku Batmana było pewnie trochę trudniej, a i tak plansze prezentują się znakomicie. Niestandardowe kadrowanie, które jest i pomysłowe, i dynamiczne, może się podobać. Do tego żywy i ciepły kolor, twórca z uporem maniaka stosuje akwarele. Nie przypominam sobie żadnego innego tak jasnego i barwnego tomu z przygodami Mrocznego Rycerza. Warto jeszcze wspomnieć o Terminalu narysowanym przez Johna Paula Leona, który prezentuje się równie ciekawie, choć bardzo tradycyjnie: dużo czerni i wszechpanującego mroku. Prace tego artysty mocno kojarzą mi się z rysunkami Michaela Larka.

Bieżąca odsłona Detective Comics wyraźnie się wybija na tle wszystkich poprzednich. Czy omawiana siódemka jest przysłowiową jaskółką? O tym się już, niestety, nie przekonamy. Ponieważ Egmont Polska, na dwa tomy przez zakończeniem całości, rezygnuje z dalszej prezentacji serii. Choć z drugiej strony decyzja jest zrozumiała, gdyż nadchodzi Odrodzenie!

Brian Buccellato & Francis Manapul & Benjamin Percy (sc.), Francis Manapul & John Paul Leon & inni (rys.), „Batman. Detective Comics #7: Anarky”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1128, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Batman: Mroczny Rycerz kontratakuje

13/10/2016 § 3 Komentarze


 Mroczny Rycerz kontratakuje po latach

the-dark-knight-strikes-againMroczny Rycerz kontratakuje Franka Millera kiedyś już się w Polsce ukazał. W 2002 roku Egmont opublikował tę historię w trzech, oddzielnych zeszytach. Niedawno na półki księgarskie trafiła druga edycja. Tym razem całość zebrano w jednym tomie w twardej oprawie, ze wstępem autora oraz kilkoma szkicami postaci. Do tego zmieniono tłumaczenie na przekład Tomasza Sidorkiewicza. Warto posiadać bieżącą edycję choćby tylko dla tego nowego (poprawnego!) tłumaczenia. Sam komiks nie cieszy taką popularnością co inne opowieści Millera o Gacku. Daleko mu do Powrotu Mrocznego Rycerza czy Roku pierwszego. Ale czy rzeczywiście jest aż taki zły, aby wieszać na nim psy? Zobaczmy.

Fabuła w skrócie przedstawia się następująco. Od zainscenizowanej śmierci Batmana minęły trzy lata. W tym czasie świat się frank-millerbardzo zmienił. Superbohaterów zmuszono do zawieszenia działalności. Niektórych siłą odizolowano, innych zmuszono do przebranżowienia. Jedynie harcerzyk Superman ma możliwość legalnego działania, ale i on porusza się na krótkiej smyczy, która trzymana jest przez Prezydenta. Tak naprawdę to nie wiadomo, kto dzierży władzę. Dopiero z biegiem akcji dowiadujemy się, że Prezydent jest tworem wirtualnym, a za nim ukrywają się prawdziwi gospodarze, który kontrolują wszystkie media i karmią społeczeństwo ogłupiającą papką miałkich, bzdurnych i banalnych informacji.

Na taką rzeczywistość nie zgadza się Bruce Wayne. Nie po to przez całe życie walczył z przestępcami, aby spokojnie udać się do strefy cienia. Jednak Batman zdaje sobie sprawę, że przez całe życie walczył z niewłaściwymi złymi, że prawdziwi złoczyńcy kryją się gdzie indziej. Jego autentycznymi przeciwnikami nie powinni być Joker, Pingwin czy Człowiek-zagadka, a ci, którzy kryją się w rozłożystym cieniu legalnych rządów. Scenariusz Millera ma radykalny i rewolucyjny charakter. batmanAż dziw bierze, że ruch Occupy Wall Street wybrał maskę Guya Fawkesa z V jak Vendetta (klik! klik!). na symbol oporu przeciwko tyranii oligarchicznych mediów, elit i korporacji.

Batman planuje wielki powrót superbohaterów. Dlatego skupia wokół siebie dawnych znajomych i przyjaciół, chociaż nie zależy mu na utworzeniu kolejnej Ligi Sprawiedliwości, bo ta się nie sprawdziła. Superman kolejny raz musi pięścią w twarz skonfrontować się z Mrocznym Rycerzem, który tym razem jest na bezpośrednie starcie lepiej przygotowany. Batman zdaje sobie sprawę, że ma już swoje lata, więc ciężko będzie mu wygrać w bezpośredniej konfrontacji, prosi o pomoc kolegów z supermocami. A oni chętnie, bo któż by nie chciał dokopać Supermanowi? To może być jedyna ku temu okazja. Kal-El jest na usługach władzy, czytelnik nie czuje do niego sympatii, aż do czasu, gdy dowiaduje się, że… Zachęcam do dalszej samodzielnej lektury.

mroczny-rycerzSiłą omawianej pozycji pozostaje scenariusz Franka Millera, nawet jeśli pewne rozwiązania fabularne są wtórne wobec Powrotu Mrocznego Rycerza. Muszę przyznać, że powtórna i całościowa lektura komiksu zrobiła na mnie silne wrażenie. Jest w tej opowieści ukryta jakaś część prawdy o naszej współczesności, która moim zdaniem aktualnie wybrzmiewa mocniej niż dziesięć lat temu, gdy pierwszy raz czytałem historię o kontratakującym Batmanie. Dodatkowo, abstrahując od moich przemyśleń zamieszczonych powyżej, rzecz należy do klasyki opowieści o Zamaskowanym Krzyżowcu.

Frank Miller (sc. & rys.), „Batman: Mroczny Rycerz kontratakuje”, przeł. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 998, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., wyd. II, Warszawa 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 4-, kolory/cienie: 3+]

dark-knight-strikes-again

sklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}

alejakomiksuRecenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Batman. Detective Comics #2: Techniki zastraszania

28/01/2014 § 2 Komentarze


Dziś w ramach ‘występów gościnnych’ tekst Jakuba Oleksaka (red. nacz. Kolorowych Zeszytów)

batmanDC Comics wiele ryzykowało z zakrojoną na szeroką skalę rewolucją w swoim komiksowym uniwersum. Początkowo New 52, czyli świeży (no, prawie) start wszystkich serii okazał się olbrzymim sukcesem. Najlepszym przykładem tego był premierowy zeszyt Justice League. Seria pisana przez Geoffa Johnsa i Jima Lee od początku była skazana na sukces, ale nikt nie spodziewał się, że będzie on aż tak spektakularny. 200 tysięcy egzemplarzy pierwszego nakładu, cztery dodruki, zainteresowanie mediów – nieśmiało zaczęto wieszczyć koniec kryzysu amerykańskiego przemysłu komiksowego.
Przedwcześnie, jak się okazało. Czytelnicy, którzy zachęceni inicjatywą DC Comics dali szansę nowym seriom, szybko zorientowali się, że zostali zrobieni w konia. Nowa 52 okazała się głęboko przemyślanym i świetnie przeprowadzonym chwytem reklamowym, którego celem było sprzedanie tego samego produktu w innym opakowaniu. Pewnie nie tylko ja poczułem się trochę oszukany z tym „nowym początkiem”. Nie przeczę, że w nowej ofercie DC znajdzie się kilka interesujących pozycji, ale większość z nich to bardziej marnej jakości superbohaterskie czytadła, które dzięki odpowiedniej marketingowej narracji szybowały na listach sprzedaży.
new 52Jednym z takich „bestsellerów” była seria Detective Comics. Liczba zamówionych przez sklepy komiksowe w sieci Diamonda egzemplarzy – jednego z najstarszych i najbardziej zasłużonych dla amerykańskiego przemysłu komiksowego tytułu – od września do listopada 2011 roku przekraczała magiczne 100 tysięcy (nie licząc dodruków; premierowy zeszyt wracał do drukarni aż sześciokrotnie!). Pomimo delikatnego spadku popularności aż do czerwca 2012 seria utrzymywała się w pierwszej dziesiątce tego rankingu. Te liczby powinny robić wrażenie. I najwidoczniej zrobiły na Tomaszu Kołodziejczaku. Szef Klubu Świata Komiksu, który prawdopodobnie pod wpływem komercyjnego sukcesu Nowej 52, postanowił dać szansę superherosom, od których zwykł się trzymać z daleka, bo „w Polsce się nie sprzedają”. Nie mam wątpliwości, że przy doborze komiksów do cyklu Nowe DC Comics (jak przetłumaczono New 52) kierował się bardziej wynikami finansowymi uzyskiwanym przez dany tytuł, a nie ich rzeczywistą jakością. Postawił na dwa, absolutne bestsellery rebootu DC, czyli Justice League Geoffa Johnsa i Jima Lee oraz Batmana Scotta Snydera i Grega Capullo, niewiele ryzykując z Action Comics Granta Morrisona i Ragsa Moralesa oraz rzeczonym Detective Comics Tony`ego Daniela.
Kołodziejczak się nie pomylił – nowa linia komiksów superbohaterskich okazała się wielkim przebojem naszego rynku. Kolejne albumy znikały z półek sklepowych, zarówno tych wirtualnych, jak i „stacjonarnych” z szybkością, która musiała zaskoczyć samego wydawcę. Szczególnie dotyczyło to komiksów z Batmanem, który okazał się ulubionym amerykańskim superherosem Polaków. Nakłady poszczególnych albumów z jego udziałem, zarówno te premierowe (z serii Batman czy Detective Comics), jak wznowienia (Zabójczy żart) wyczerpywały się błyskawicznie i na rynku wtórnym potrafiły osiągać niebotyczne ceny. Egmont trafił na żyłę złota, a fani super-hero zaczęli zacierać ręce na myśl o tłustych latach, które mają nadejść.
Detective ComicsTylko czy na pewno jest się z czego cieszyć? Wydaje mi się, że obecna polityka Egmontu może świadczyć wyłącznie o jego słabości. Wydawnictwo z rynkowego demiurga, który trzymał w ręku rząd komiksowych dusz, który kreował czytelnicze gusta i rynkowe trendy (z różnych skutkiem), zmieniło się w cwanego koniunkturalistę, wrażliwego na najmniejszego fluktuacje w branży. Potrzeba było splotu niezwykle sprzyjających okoliczności, aby komiksy z Gackiem wreszcie zaczęły dobrze się sprzedawać. I fajnie, cieszę się, że sytuacja na rynku się poprawiła. Rozumiem nawet, że Egmont to nie firma charytatywna i musi zarabiać na tym, co robi. Dlatego wydaje te komiksy, które się sprzedają, a kasuje te serie, które zalegają w magazynie. Ale jako czytelnika niewiele mnie to obchodzi. Dla mnie liczy się komiks i chciałbym, żeby był dobry. Tego, niestety, nie da się powiedzieć o drugim tomie Detective Comics
Przez lekturę Technik zastraszania brnie się z trudem. Skrypty Tony`ego Daniela przywołują najgorsze, pulpowe dziedzictwo Mrocznego Rycerza. To naiwne, pseudo-detektywistyczne historyjki, pełne efektownych splaszów, przegadane i całkowicie sztampowe. Batman z Detective Comics vol.2 to nie postać, którą kochają tysiące fanbojów na świecie, to nie inspirująca kolejne pokolenia twórców ikona przemysłu komiksowego, tylko kolejny szablonowy superheros, przeżywający przerysowane, momentami wręcz karykaturalne przygody z gatunku tych, które są większe niż życie. Choćby w pierwszym zeszycie Detective Comics Annual, w którym oglądamy jakieś pojedynki na siłę umysłu dwóch kiepsko napisanych villainów, pełne absurdalnych intryg i podniosłych monologów z zupełnie innej komiksowej epoki. Pełne bezsensownych nawalanek, pozbawione fabuły, wyprane z jakichkolwiek emocji. Im bardziej zagłębiałem się w lekturę i odkrywałem nowe pokłady debilizmów, tym bardziej tęskniłem do tego starego Mrocznego Rycerza, sprzed ery Nowej 52, które pokochałem czytając semikowskie Batmany, które przecież również były amerykańskimi produkcyjniakami, ale robione były z klasą, której Danielowi brakuje.
scare batmanCo gorsza, album sprawia wrażanie worka do którego powrzucano bez ładu i składu różne historię. Jest więce tie-in do crossovera Night of the Owls, wspomniany one-shot z wydania annualowego, historia z numeru zerowego i back-up story z Two Face`m. Ta ostatnia jeszcze szczególnie interesująca, ponieważ autorem rysunków jest Polak, Szymon Kudrański. Jego praca jest jednym z niewielu pozytywnych aspektów tego wydania zbiorczego. Ze swoją brudną, realistyczną i mroczną kreską przynosząca na myśli dokonania Micheala Larka pozytywnie odstaje od oprawy graficznej całości. Autorem większości jest sam Daniel – lepszy w roli rysownika, niż scenarzysty. Niewiele, ale jednak. Jako jeden z wielu epigonów Jima Lee, który podobnie, jak jego idol ma duże problemu z dotrzymywaniem terminów i często musi ratować się tymczasowymi zastępcami. W Technikach zastraszania w tej roli występują między innymi Ed Benes, Pere Perez czy Julio Ferreira. Efekt jest opłakany – wizualnie komiks jest niespójny, niemile zgrzytając przy lekturze.
Pisany przez Tony`ego Daniela Detective Comics może stanowić kwintesencję tego, co najgorsze w superbohaterskim mainstreamie. Nudne, sztampowe, kiczowate. Podobno po tym, jak serię przejmuje John Layman, czyli od trzynastego zeszytu poziom rośnie. Musi, bo już niżej chyba nie może spaść.

Tony S. Daniel {właśc. Daniel Antonio Salvador} & Gregg Hurwitz & James Tynion IV (scen.), Tony S. Daniel {właśc. Daniel Antonio Salvador} & Sandu Florea & Szymon Kudrański & inni (rys.), „Batman Detective Comics #2: Techniki zastraszania”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 800, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2013.

[autor: Jakub Oleksak]

{moją recenzję z Batman. Detective Comics #1: Oblicza śmierci można przeczytać tu: klik!}

picturebook{komiks można kupić :tu:}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Bruce Wayne at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: