Batman #9: Bloom

10/07/2017 § Dodaj komentarz


  Mroczny Rycerz powraca?

W rzeczywistości „kolorowych zeszytów” nic nigdy nie ginie bezpowrotnie, to prawda znana czytelnikom od dawna. Czy zatem Batman, a właściwie Bruce Wayne, mógł porzucić swoją rolę obrońcy Gotham na dobre, nawet jeśli stracił pamięć i wydaje się nie być sobą? Nadszedł czas, aby się o tym przekonać, otwieramy tom dziewiąty Batmana.

Pan Bloom, nowy przeciwnik Zamaskowanego Krzyżowca, wdziera się do Powers Building i zaczyna odruchowo zabijać ludzi. Gordon staje z nim do walki, ale choć sytuacja wydaje się obracać na korzyść nowego Człowieka Nietoperza, wróg ostatecznie ucieka. Kiedy więc udaje się go namierzyć, nikt nie jest pewien czy rzeczywiście trafili na jego trop, czy też może łotr przygotował na nich zasadzkę. Były komisarz decyduje się samotnie stawić czoła zagrożeniu, nawet za cenę własnego życia.

Tymczasem Bruce Wayne wiedzie spokojny żywot u boku ukochanej kobiety, którą prosi o rękę. Mimo że w jej przeszłości nie brak mrocznych kart, chce spędzić z nią życie. Wciąż jednak ma problemy z pamięcią, chociaż odzywa się w nim jakiś dawny zew. Spotkanie z Duke’iem, który na własną rękę podjął się odkrycia prawdziwej tożsamości Blooma, staje się impulsem do przypomnienia sobie dawnej roli obrońcy Gotham. Tylko czy to wystarczy, by dawny Batman powrócił? Czy jego powrót jest konieczny, aby w mieście ponownie zapanował pokój?

Scott Snyder i Greg Capullo zaczynając nową serię Batmana w ramach The New 52 (czy jak chce tego polskie nazewnictwo, Nowego DC Comics) stworzyli dzieło, które z miejsca stało się hitem, ale i pozycją niemalże kultową. Trybunał sów, jakim zaczęli swój run, powszechnie uznawany jest za jedną z najlepszych opowieści o Batmanie, a pozostałe zeszyty ich autorstwa także trzymają poziom. Nie inaczej jest też w przypadku Blooma, przedostatniego tomu serii, w którym znalazł się także jubileuszowy, bo pięćdziesiąty zeszyt. Z tej okazji twórcy nie tylko domykają wiele wątków, ale przygotowali dla czytelników porcję zaskoczeń. Co więcej omawiana odsłona, pod względem scenariusza, jest lepsza od „ósemki”, a pędząca na złamanie karku akcja nie pozwala na chwilę nudy. Chociaż na spokojniejsze momenty także znalazło się miejsce.

Właściwie ten komiks jest jak gra, w którą rżną funkcjonariusze gothamskiej policji, przypomina pokera, z tym, że gra się w nią szybko, bez zastanowienia, a na stole czeka zakryta karta mogąca odmienić losy całej zabawy. Na tej zasadzie Snyder i James Tynion IV zbudowali całą fabułę, starając się dostarczyć czytelnikom jak najwięcej dobrej zabawy. Skutecznie zresztą. Całość na dodatek podlali charakterystycznymi dla Batmana z New 52 elementami, takimi jak legendy miejskie i grzebanie w historii Gotham. Co tylko wyszło opowieści na dobre.

Pod względem graficznym Capullo jak zwykle nie zawodzi. Jego znakomita, szczegółowa i mroczna kreska świetnie współgra ze scenariuszem, podobnie zresztą jak kolor. Pozostali artyści też wypadają przyjemnie dla oka, choć nie tak dobrze jak on. Całość została uzupełniona o bogatą (liczącą blisko 40 stron) galerię okładek alternatywnych do 50 zeszytu przedstawiających walkę Batmana z Supermanem. Lista artystów odpowiedzialnych za owe okładki robi spore wrażenie, że wspomnę tylko o Timie Sale’u, Alexie Rossie, Jimie Lee, Paulu Pope’ie czy Gabrielu Dell’Otto.

W skrócie, miłośnicy Batmana będą bardzo zadowoleni. Dostaną bowiem dokładnie to, czego oczekiwali. Osobiście Blooma polecam i czekam na finałowy tom serii.

 Scott Snyder & James Tynion IV (sc.), Greg Capullo & Danny Miki & Yanick Paquette (rys.), „Batman #9: Bloom”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1145, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

 [autor: Michał Lipka]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Batman. Detective Comics #7: Anarky

03/07/2017 § Dodaj komentarz


 Pan A. w starciu z Batmanem

Mam wrażenie, że ze wszystkich komiksów z udziałem Mrocznego Rycerza, jakie obecnie ukazują się w Polsce, cykl Detective Comics wypada najmniej interesująco, a miejscami wręcz blado. Tak przynajmniej było do szóstej odsłony, która nosiła podtytuł Ikar. Niewiele się zmieniło, gdy produkcyjną pałeczkę przejęli Brian Buccellato i Francis Manapul, którzy tak znakomicie sprawdzili się przy kreacji nowego Flasha. Żadnych interesujących treści, miałka fabuła – nudy! Tak było do tej pory, bo tom Anarky to już zupełnie inna para kaloszy.

Całość rozpoczyna się krótką, dwuzeszytową fabułą, która nosi tytuł Terminal. Opowieść rozgrywa się lotnisku w Gotham, gdzie właśnie wylądował samolot z martwymi pasażerami ma pokładzie. Wygląda na to, że nikt nie przeżył. Ciała podróżnych są w stanie zaawansowanego rozkładu, jakby nie lecieli z Europy, a przez dziesięciolecia krążyli wokół Ziemi. Akurat na lotnisku przebywa sam Bruce Wayne, który chcąc nie chcąc musi zająć się rozwiązaniem okrutnej zagadki. I z pewnego powodu ma mało czasu…

Dalej mamy tytułową opowieść, gdzie pojawia się zamaskowany mężczyzna, który sieje zamęt w całym Gotham. Swoją przestępczą działalność rozpoczyna od wykasowaniu z baz danych wszelkich informacji o obywatelach miasta. Nagle znikają wszelkie zapisy z policyjnych karotek, kont bankowych, debety na kartach kredytowych… Niby robi to w szlachetnym celu. Wszyscy staną się równi, ludzie odzyskują swoją wolność. Nie ma przeszłości. Istnieje przyszłość, a ludzie dostają drugą szansę – mogą być kim tylko zechcą, mogą swoją przyszłość napisać od nowa, bo dostali czystą kartę. I mogą działać anonimowo, bo antybohater daje każdemu mieszkańcowi maskę, za którą mogą się ukryć przed systemem.

Tezy wygłaszane przez pana A. oraz pewne rozwiązania fabularne mocno kojarzą się z V jak Vendetta (klik! klik!). Co prawda rozwiązanie całego wątki oraz rzeczywista motywacja postaci, która nomen omen jest bardzo płytka i osobista nijak mają się do kultowej pozycji Alana Moore’a. Ale całość czyta się z niesłabnącym zaciekawieniem. Fabuła obmyślona przez Buccellato i Manapula stawia na detektywistyczną robotę, jako ma do wykonania Batman, który – o dziwo – podejmuje współpracę z Harvey’em Bullockiem.

W dalszej części tomu mamy jeszcze dwie krótkie opowieści, na które lepiej spuścić zasłonę milczenia.

Wizualnie album prezentuje się nadzwyczaj dobrze. Francis Manapul rysując Flasha, który panuje nad Mocą Prędkości ma wiele możliwości wprowadzenia graficznych fajerwerków i smaczków. W wypadku Batmana było pewnie trochę trudniej, a i tak plansze prezentują się znakomicie. Niestandardowe kadrowanie, które jest i pomysłowe, i dynamiczne, może się podobać. Do tego żywy i ciepły kolor, twórca z uporem maniaka stosuje akwarele. Nie przypominam sobie żadnego innego tak jasnego i barwnego tomu z przygodami Mrocznego Rycerza. Warto jeszcze wspomnieć o Terminalu narysowanym przez Johna Paula Leona, który prezentuje się równie ciekawie, choć bardzo tradycyjnie: dużo czerni i wszechpanującego mroku. Prace tego artysty mocno kojarzą mi się z rysunkami Michaela Larka.

Bieżąca odsłona Detective Comics wyraźnie się wybija na tle wszystkich poprzednich. Czy omawiana siódemka jest przysłowiową jaskółką? O tym się już, niestety, nie przekonamy. Ponieważ Egmont Polska, na dwa tomy przez zakończeniem całości, rezygnuje z dalszej prezentacji serii. Choć z drugiej strony decyzja jest zrozumiała, gdyż nadchodzi Odrodzenie!

Brian Buccellato & Francis Manapul & Benjamin Percy (sc.), Francis Manapul & John Paul Leon & inni (rys.), „Batman. Detective Comics #7: Anarky”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1128, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Batman: Mroczny Rycerz kontratakuje

13/10/2016 § 3 komentarze


 Mroczny Rycerz kontratakuje po latach

the-dark-knight-strikes-againMroczny Rycerz kontratakuje Franka Millera kiedyś już się w Polsce ukazał. W 2002 roku Egmont opublikował tę historię w trzech, oddzielnych zeszytach. Niedawno na półki księgarskie trafiła druga edycja. Tym razem całość zebrano w jednym tomie w twardej oprawie, ze wstępem autora oraz kilkoma szkicami postaci. Do tego zmieniono tłumaczenie na przekład Tomasza Sidorkiewicza. Warto posiadać bieżącą edycję choćby tylko dla tego nowego (poprawnego!) tłumaczenia. Sam komiks nie cieszy taką popularnością co inne opowieści Millera o Gacku. Daleko mu do Powrotu Mrocznego Rycerza czy Roku pierwszego. Ale czy rzeczywiście jest aż taki zły, aby wieszać na nim psy? Zobaczmy.

Fabuła w skrócie przedstawia się następująco. Od zainscenizowanej śmierci Batmana minęły trzy lata. W tym czasie świat się frank-millerbardzo zmienił. Superbohaterów zmuszono do zawieszenia działalności. Niektórych siłą odizolowano, innych zmuszono do przebranżowienia. Jedynie harcerzyk Superman ma możliwość legalnego działania, ale i on porusza się na krótkiej smyczy, która trzymana jest przez Prezydenta. Tak naprawdę to nie wiadomo, kto dzierży władzę. Dopiero z biegiem akcji dowiadujemy się, że Prezydent jest tworem wirtualnym, a za nim ukrywają się prawdziwi gospodarze, który kontrolują wszystkie media i karmią społeczeństwo ogłupiającą papką miałkich, bzdurnych i banalnych informacji.

Na taką rzeczywistość nie zgadza się Bruce Wayne. Nie po to przez całe życie walczył z przestępcami, aby spokojnie udać się do strefy cienia. Jednak Batman zdaje sobie sprawę, że przez całe życie walczył z niewłaściwymi złymi, że prawdziwi złoczyńcy kryją się gdzie indziej. Jego autentycznymi przeciwnikami nie powinni być Joker, Pingwin czy Człowiek-zagadka, a ci, którzy kryją się w rozłożystym cieniu legalnych rządów. Scenariusz Millera ma radykalny i rewolucyjny charakter. batmanAż dziw bierze, że ruch Occupy Wall Street wybrał maskę Guya Fawkesa z V jak Vendetta (klik! klik!). na symbol oporu przeciwko tyranii oligarchicznych mediów, elit i korporacji.

Batman planuje wielki powrót superbohaterów. Dlatego skupia wokół siebie dawnych znajomych i przyjaciół, chociaż nie zależy mu na utworzeniu kolejnej Ligi Sprawiedliwości, bo ta się nie sprawdziła. Superman kolejny raz musi pięścią w twarz skonfrontować się z Mrocznym Rycerzem, który tym razem jest na bezpośrednie starcie lepiej przygotowany. Batman zdaje sobie sprawę, że ma już swoje lata, więc ciężko będzie mu wygrać w bezpośredniej konfrontacji, prosi o pomoc kolegów z supermocami. A oni chętnie, bo któż by nie chciał dokopać Supermanowi? To może być jedyna ku temu okazja. Kal-El jest na usługach władzy, czytelnik nie czuje do niego sympatii, aż do czasu, gdy dowiaduje się, że… Zachęcam do dalszej samodzielnej lektury.

mroczny-rycerzSiłą omawianej pozycji pozostaje scenariusz Franka Millera, nawet jeśli pewne rozwiązania fabularne są wtórne wobec Powrotu Mrocznego Rycerza. Muszę przyznać, że powtórna i całościowa lektura komiksu zrobiła na mnie silne wrażenie. Jest w tej opowieści ukryta jakaś część prawdy o naszej współczesności, która moim zdaniem aktualnie wybrzmiewa mocniej niż dziesięć lat temu, gdy pierwszy raz czytałem historię o kontratakującym Batmanie. Dodatkowo, abstrahując od moich przemyśleń zamieszczonych powyżej, rzecz należy do klasyki opowieści o Zamaskowanym Krzyżowcu.

Frank Miller (sc. & rys.), „Batman: Mroczny Rycerz kontratakuje”, przeł. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 998, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., wyd. II, Warszawa 2016.

[scenariusz: 4, rysunki: 4-, kolory/cienie: 3+]

dark-knight-strikes-again

sklep {komiks można kupić tu: klik! klik!}

alejakomiksuRecenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Batman. Detective Comics #2: Techniki zastraszania

28/01/2014 § 2 komentarze


Dziś w ramach ‘występów gościnnych’ tekst Jakuba Oleksaka (red. nacz. Kolorowych Zeszytów)

batmanDC Comics wiele ryzykowało z zakrojoną na szeroką skalę rewolucją w swoim komiksowym uniwersum. Początkowo New 52, czyli świeży (no, prawie) start wszystkich serii okazał się olbrzymim sukcesem. Najlepszym przykładem tego był premierowy zeszyt Justice League. Seria pisana przez Geoffa Johnsa i Jima Lee od początku była skazana na sukces, ale nikt nie spodziewał się, że będzie on aż tak spektakularny. 200 tysięcy egzemplarzy pierwszego nakładu, cztery dodruki, zainteresowanie mediów – nieśmiało zaczęto wieszczyć koniec kryzysu amerykańskiego przemysłu komiksowego.
Przedwcześnie, jak się okazało. Czytelnicy, którzy zachęceni inicjatywą DC Comics dali szansę nowym seriom, szybko zorientowali się, że zostali zrobieni w konia. Nowa 52 okazała się głęboko przemyślanym i świetnie przeprowadzonym chwytem reklamowym, którego celem było sprzedanie tego samego produktu w innym opakowaniu. Pewnie nie tylko ja poczułem się trochę oszukany z tym „nowym początkiem”. Nie przeczę, że w nowej ofercie DC znajdzie się kilka interesujących pozycji, ale większość z nich to bardziej marnej jakości superbohaterskie czytadła, które dzięki odpowiedniej marketingowej narracji szybowały na listach sprzedaży.
new 52Jednym z takich „bestsellerów” była seria Detective Comics. Liczba zamówionych przez sklepy komiksowe w sieci Diamonda egzemplarzy – jednego z najstarszych i najbardziej zasłużonych dla amerykańskiego przemysłu komiksowego tytułu – od września do listopada 2011 roku przekraczała magiczne 100 tysięcy (nie licząc dodruków; premierowy zeszyt wracał do drukarni aż sześciokrotnie!). Pomimo delikatnego spadku popularności aż do czerwca 2012 seria utrzymywała się w pierwszej dziesiątce tego rankingu. Te liczby powinny robić wrażenie. I najwidoczniej zrobiły na Tomaszu Kołodziejczaku. Szef Klubu Świata Komiksu, który prawdopodobnie pod wpływem komercyjnego sukcesu Nowej 52, postanowił dać szansę superherosom, od których zwykł się trzymać z daleka, bo „w Polsce się nie sprzedają”. Nie mam wątpliwości, że przy doborze komiksów do cyklu Nowe DC Comics (jak przetłumaczono New 52) kierował się bardziej wynikami finansowymi uzyskiwanym przez dany tytuł, a nie ich rzeczywistą jakością. Postawił na dwa, absolutne bestsellery rebootu DC, czyli Justice League Geoffa Johnsa i Jima Lee oraz Batmana Scotta Snydera i Grega Capullo, niewiele ryzykując z Action Comics Granta Morrisona i Ragsa Moralesa oraz rzeczonym Detective Comics Tony`ego Daniela.
Kołodziejczak się nie pomylił – nowa linia komiksów superbohaterskich okazała się wielkim przebojem naszego rynku. Kolejne albumy znikały z półek sklepowych, zarówno tych wirtualnych, jak i „stacjonarnych” z szybkością, która musiała zaskoczyć samego wydawcę. Szczególnie dotyczyło to komiksów z Batmanem, który okazał się ulubionym amerykańskim superherosem Polaków. Nakłady poszczególnych albumów z jego udziałem, zarówno te premierowe (z serii Batman czy Detective Comics), jak wznowienia (Zabójczy żart) wyczerpywały się błyskawicznie i na rynku wtórnym potrafiły osiągać niebotyczne ceny. Egmont trafił na żyłę złota, a fani super-hero zaczęli zacierać ręce na myśl o tłustych latach, które mają nadejść.
Detective ComicsTylko czy na pewno jest się z czego cieszyć? Wydaje mi się, że obecna polityka Egmontu może świadczyć wyłącznie o jego słabości. Wydawnictwo z rynkowego demiurga, który trzymał w ręku rząd komiksowych dusz, który kreował czytelnicze gusta i rynkowe trendy (z różnych skutkiem), zmieniło się w cwanego koniunkturalistę, wrażliwego na najmniejszego fluktuacje w branży. Potrzeba było splotu niezwykle sprzyjających okoliczności, aby komiksy z Gackiem wreszcie zaczęły dobrze się sprzedawać. I fajnie, cieszę się, że sytuacja na rynku się poprawiła. Rozumiem nawet, że Egmont to nie firma charytatywna i musi zarabiać na tym, co robi. Dlatego wydaje te komiksy, które się sprzedają, a kasuje te serie, które zalegają w magazynie. Ale jako czytelnika niewiele mnie to obchodzi. Dla mnie liczy się komiks i chciałbym, żeby był dobry. Tego, niestety, nie da się powiedzieć o drugim tomie Detective Comics
Przez lekturę Technik zastraszania brnie się z trudem. Skrypty Tony`ego Daniela przywołują najgorsze, pulpowe dziedzictwo Mrocznego Rycerza. To naiwne, pseudo-detektywistyczne historyjki, pełne efektownych splaszów, przegadane i całkowicie sztampowe. Batman z Detective Comics vol.2 to nie postać, którą kochają tysiące fanbojów na świecie, to nie inspirująca kolejne pokolenia twórców ikona przemysłu komiksowego, tylko kolejny szablonowy superheros, przeżywający przerysowane, momentami wręcz karykaturalne przygody z gatunku tych, które są większe niż życie. Choćby w pierwszym zeszycie Detective Comics Annual, w którym oglądamy jakieś pojedynki na siłę umysłu dwóch kiepsko napisanych villainów, pełne absurdalnych intryg i podniosłych monologów z zupełnie innej komiksowej epoki. Pełne bezsensownych nawalanek, pozbawione fabuły, wyprane z jakichkolwiek emocji. Im bardziej zagłębiałem się w lekturę i odkrywałem nowe pokłady debilizmów, tym bardziej tęskniłem do tego starego Mrocznego Rycerza, sprzed ery Nowej 52, które pokochałem czytając semikowskie Batmany, które przecież również były amerykańskimi produkcyjniakami, ale robione były z klasą, której Danielowi brakuje.
scare batmanCo gorsza, album sprawia wrażanie worka do którego powrzucano bez ładu i składu różne historię. Jest więce tie-in do crossovera Night of the Owls, wspomniany one-shot z wydania annualowego, historia z numeru zerowego i back-up story z Two Face`m. Ta ostatnia jeszcze szczególnie interesująca, ponieważ autorem rysunków jest Polak, Szymon Kudrański. Jego praca jest jednym z niewielu pozytywnych aspektów tego wydania zbiorczego. Ze swoją brudną, realistyczną i mroczną kreską przynosząca na myśli dokonania Micheala Larka pozytywnie odstaje od oprawy graficznej całości. Autorem większości jest sam Daniel – lepszy w roli rysownika, niż scenarzysty. Niewiele, ale jednak. Jako jeden z wielu epigonów Jima Lee, który podobnie, jak jego idol ma duże problemu z dotrzymywaniem terminów i często musi ratować się tymczasowymi zastępcami. W Technikach zastraszania w tej roli występują między innymi Ed Benes, Pere Perez czy Julio Ferreira. Efekt jest opłakany – wizualnie komiks jest niespójny, niemile zgrzytając przy lekturze.
Pisany przez Tony`ego Daniela Detective Comics może stanowić kwintesencję tego, co najgorsze w superbohaterskim mainstreamie. Nudne, sztampowe, kiczowate. Podobno po tym, jak serię przejmuje John Layman, czyli od trzynastego zeszytu poziom rośnie. Musi, bo już niżej chyba nie może spaść.

Tony S. Daniel {właśc. Daniel Antonio Salvador} & Gregg Hurwitz & James Tynion IV (scen.), Tony S. Daniel {właśc. Daniel Antonio Salvador} & Sandu Florea & Szymon Kudrański & inni (rys.), „Batman Detective Comics #2: Techniki zastraszania”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 800, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2013.

[autor: Jakub Oleksak]

{moją recenzję z Batman. Detective Comics #1: Oblicza śmierci można przeczytać tu: klik!}

picturebook{komiks można kupić :tu:}

Batman. Detective Comics #1: Oblicza śmierci

21/05/2013 § Dodaj komentarz


Batman Detective ComicsI oto mam przed sobą kolejny album komiksowy od wydawnictwa Egmont z cyklu „Nowe DC Comics”. Tym razem także uraczono nas, po Trybunale sów, opowieścią z udziałem Zamaskowanego Krzyżowca. W ramach Batman: Detective Comics otrzymaliśmy pierwszy tom, który nosi tytuł Oblicza śmierci, autorem zarówno rysunków, jak i skryptu, jest Tony S. Daniel, ale z gościnnym udziałem Polaka, Szymona Kudrańskiego, który małymi kroczkami robi karierę za Wielką Wodą.
Jeśli miałbym, tak na wstępie recenzji, ocenić tytuł Daniela, to musiałbym napisać, że propozycja autora jest miałka, ponieważ za bardzo chciał się pokazać z jak najlepszej strony i wrzucił wszystkiego za dużo.
W Obliczach śmierci mamy wszystkie elementy, której już dobrze znamy. Joker znów ucieka z Azylu Arkham. Kolejny raz spiskuje, rozstawia pułapki we współpracy z nowym złoczyńcą – Dollmakerem, który chce zwrócić uwagę Batmana brutalnymi morderstwami, przy okazji podbić Gotham i zarobić na śmierci Mściciela. Jest i Pingwin, Hugo Strange oraz Catwoman. Jest próba pokazania relacji emocjonalnych jakie łączą Batmana i komisarza Gordona, a także mało przekonująca przymiarka do relacji damsko-męskich w wykonaniu reporterki Charlott Rivers i Bruce’a Wayne’a. Są i inne postaci, nowe, właśnie wprowadzone przez Tony’ego S. Daniela do uniwersum Mrocznego Rycerza, które dopiero co weszły na scenę, a ich obecność będzie pewnie wykorzystywana w kolejnych zeszytach Detective Comics.
batmanTylko co z tego? Świat przedstawiony w omawianym tomie jest przeładowany postaciami i wątkami, a sam główny bohater sprawia wrażenie zagubionego, kręcącego się bezwolnie od zdarzenia do zdarzenia. Akcja toczy się bardzo szybko i zastrzeżeń, co do logiki kolejnych wątków, mieć nie można. Przyzwyczailiśmy się, że Batman jest najlepszym z detektywów, ale Daniel nie pozwala mu rozwinąć zdolności dedukcyjnych, popycha go od epizodu do epizodu.
Oczywiście istnieje możliwość innej interpretacji zdarzeń przedstawionych w Obliczach śmierci. Skoro Dollmaker, nowy sprzymierzeniec Jokera, jest, jak wskazuje jego imię, lalkarzem, który zza kulis steruje swoimi marionetkami, to być może bezwiedność działań Batmana, wspomniane przeze mnie powyżej bezmyślne miotanie się po planszach, jest zamierzone. Osobiście nie bardzo chce mi się w takie uzasadnienie wierzyć.
Na czwartej stronie okładki obok kodu kreskowego z ceną i ISBN, poniżej logotypów patronów, jest także informacja „Tylko dla dorosłych”. Moim zdaniem ten znak informacyjny powinien znajdować się z przodu. Komiks faktycznie jest dla dorosłych ze względu na nawarstwienie wielu brutalnych scen. Jest to album z serii Batman: Detective Comics, a właściwie powinien należeć do serii: Batman: Horror Comics. Czytając ma się wrażenie, że scenarzysta chciał połączyć filmy Laleczka Chucky oraz Teksańska masakra piłą mechaniczną z uniwersum Batmana.
kadrRysunkowo także niewiele ciekawego się dzieje. Gotham to mroczne miasto, właściwie jeden wielki rynsztok. Zamaskowany Krzyżowiec jest postawny i umięśniony, a jego mimika zdradza proste emocje, które można streścić w zdaniu: „Nienawidzę was, nienawidzę was wszystkich”. A skoro tak, to ja podziękuję i odłożę Oblicza śmierci, gdzieś wysoko na półkę, ponieważ jest mało prawdopodobne, abym kiedykolwiek jeszcze chciał ten tom przeczytać.

Tony S. Daniel {właśc. Daniel Antonio Salvador} (scenariusz), Tony S. Daniel {właśc. Daniel Antonio Salvador} & Joel Gomez & Szymon Kudrański (rysunki), „Batman Detective Comics #1: Oblicza śmierci”, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Klub Świata Komiksu – album 775, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2013.


[scenariusz: 2, rysunki: 3, kolory/cienie: 3]

plansza
{komiks można kupić :tu:}

Recenzja napisana dla serwisu „Komiksomania, aby ją przeczytać, wystarczy kliknąć :tu: tak! :tu:

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Bruce Wayne at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: