Króliczki!!!

18/11/2018 § 1 komentarz


Lekcja przyjaźni

Istnieją książki dla dzieci należące do grupy picturebooków, które śmiało można uznać za komiksy. Takie rozpoznanie nie należy do popularnych. W siedemnastym numerze „Zeszytów Komiksowych” sprawę próbował rozgryźć profesor Jerzy Szyłak. Zwracał m.in. uwagę, na to że o komiksie możemy mówić w takich sytuacjach, gdy mamy do czynienia z narracją, której nośnikiem jest sekwencja obrazów. Idealny przykład takiego picturebooka, to Króliczki!!! Kevana Atteberry’ego.

Bohater książki ma na imię Declan. I jak możemy się dowiedzieć z opisu wydawcy: jest jednym z najbardziej przyjaznych, małych potworków. Na pierwszy rzut oka wygląda raczej strasznie, bo trochę przypomina demona: na głowie ma rogi, jest i ogon, a także paszczęka z ostrymi zębami. Nie dajmy się zwieść pozorom, bo mogą mylić. Declan to pozytywny bohater. Spaceruje i radośnie wita się ze wszystkim i wszystkimi, co napotka na swojej drodze. Delikatnie dotyka drzewa i mówi: Witaj, drzewo. Na następnej stronie przyjaźnie macha do zawieszonej na niebie chmurki w kształcie królika. W stan euforii wpada, gdy goniąc za motylkiem, napotyka cztery, kolorowe i małe króliczki. Jednak zwierzątka nie są tym nieoczekiwanym spotkaniem zachwycone. Uciekają, chowają się za drzewami lub w krzakach. W końcu bohater wygląda dość groźnie i jest hałaśliwy. Scena pogoni, krzyków i uciekania pojawia się na kilku kolejnych stronach.

Króliczki się boją, nie ufają wrzaskliwemu potworowi. Bohater z planszy na plansze robi się coraz smutniejszy. Pewnie się zastanawia, skąd takie zachowanie króliczków. Nie umie tego zrozumieć. Przygnębiony siada na kłodzie. Jakże miło się robi, gdy puchate zwierzątka zmieniają zdanie i podchodzą przywitać się z Declanem. Po chwili cała piątka świetnie się razem bawi: skaczą, biegają i przytulają się. Do czasu, gdy na horyzoncie pojawiają się ptaszki…

Komiks Atteberry’ego to prosta, acz nie prostacka!, opowieść o sympatii, uprzedzeniach i budowaniu zaufania. Dla małoletnich czytelników publikacja jest trafną lekcją, że nie należy sądzić po pozorach, ani wyciągać pochopnych wniosków na podstawie pierwszego wrażenia. Dodatkowo pokazuje, że w relacjach z innymi należy być cierpliwym i nie zrażać się. A jeśli utożsamić głównego bohatera z czytającym dzieckiem, a króliczki ze zwierzętami domowymi, to wyciągnąć można kolejne przesłanie: nie trzeba hałasować i zmuszać do przyjaźni. W tym miejscu przypomina mi pamiętna scena z książki Antoine’a de Saint-Exupéry’ego z udziałem Małego Księcia i Lisa, w której mówi się o „oswajaniu”, „stworzeniu więzi” i przyjaźni (Trzeba być bardzo cierpliwym. Na początku siedzisz w pewnej odległości ode mnie, ot tak, na trawie. Będę spoglądać na ciebie kątem oka, a ty nic nie powiesz. Mowa jest źródłem nieporozumień. Lecz każdego dnia będziesz mógł siadać trochę bliżej).

Króliczki!!! to idealna lektura dla mniejszych dzieci, przedszkolaków. Narracja, która prowadzona jest przez kolejne ilustracje, a nie słowa, pozwala wspólnie opowiadać zdarzenia, wyłuskać szczegóły z tła, zadać pytania o powody takiego, a nie innego zachowania bohaterów. Jestem przekonany, że dzieci będą miały sporo frajdy z lektury, a przy okazji łykną trochę informacji o przyjaźni i budowaniu zaufania.

Kevan Atteberry (sc. & rys.), „Króliczki!!!”, tłum. Tomasz Panas, Wydawnictwo CzyTam, Warszawa 2016.

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Dodo

06/04/2018 § 1 komentarz


Dziewczynka i nielot

Mama sześcioletniej Laili jest wiecznie zapracowana i zabiegana, nie ma wolnej chwili dla swojej córki. Dlatego dziewczynka większość czasu spędza sama w domu. Małoletnia bohaterka na różne sposoby próbuje radzić sobie z samotnością, nudą i odtrąceniem (rodzice się niedawno rozstali, a ojciec się wyprowadził). Pewnego popołudnia obserwując przez lornetkę pobliski park i nagle dostrzega dziwacznego ptaka, który grzebie w śmietniku w poszukiwaniu jedzenia. Rozemocjonowana Laila zgarnia tytułowego nielota do domu.

Czy dodo zostanie jej wymarzonym i bliskim przyjacielem? Czyżby w końcu dla dziewczynki skończył się okres permanentnej samotności? Relacja z Rafinho (takie imieniem zostaje ochrzczony ptak) jest dla dziewczynki sposobem na ucieczkę od frustrującej codzienności – od kłócących i wzajemnie oskarżających rodziców, od wybuchów histerycznego płaczu matki czy niezrozumiałych dla córki przemów i monologów o przeszłości Jednak nowych towarzysz zabaw okazuje się wielką, chodzącą katastrofą i globalnym kataklizmem. Jegomość pożera wszystko, co napotka na swojej drodze. Jest niczym tornado, które wywraca dom do góry nogami. Kumulacja niepohamowanego apetytu przypada na moment kolejnej kłótni rodziców.

Opowieści Felipe Nunesa nie należy odczytywać wprost, narracja ma wybitnie metaforyczny charakter. Pojawienie się ptaka i rozwijająca się relacja, symbolizuje zmianę w życiu bohaterki. Pamiętajmy, że dront dodo to wymarły gatunek ptaka – nie ma powrotu do tego, co było. Można tylko iść do przodu. Dodo to uosobienie lęków małej dziewczynki. Autor nie koncentruje się na przyczynach rozstania rodziców, a na konsekwencjach jakie niesie ono dla dziecka. Sytuację obserwujemy i poznajemy z perspektywy sześcioletniej dziewczynki, która nie rozumie, co się dzieje między rodzicami i tego, jak działa świat dorosłych ludzi.

Ze względu na złożoność i nieprzenikliwość relacji dorosłych wymowa całości nie jest jednoznaczna. Dzieci znajdą w komiksie głównie opowieść o wyimaginowanym przyjacielu, a dorośli odbiorą całość jako pewną formę lekcji poglądowej. Dodo to przejmująca i szczera do bólu rzecz, w której najważniejsze są emocje dziecka po rozstaniu się rodziców: niezrozumienie, zagubienie, frustracja, rozdarcie i poczucie osamotnienia.

Felipe Nunes (sc. & rys), „Dodo”, tłum. Jakub Jankowski, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

 {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Jak ciotka Fru-Bęc uratowała świat od zagłady

06/11/2017 § Dodaj komentarz


 Wszystko dobre, co się dobrze kończy

Wydawnictwo Ongrys od kilku lat z wielkim zaangażowaniem i zapałem publikuje reedycje klasycznych komiksów Tadeusza Baranowskiego. W bieżącym roku na półki księgarskie trafiły dwie historie opowiadające o walce maleńkich Fruwaczków z Czarnym Ptaszylem: Jak ciotka Fru-Bęc uratowała świat od zagłady oraz To doprawdy kiepska sprawa, kiedy Bestia się pojawia. Dziś chciałbym omówić pierwszy z wymienionych tytułów.

Zacznę od kilku informacji historycznych. Album Jak ciotka Fru-Bęc… ukazał się pierwotnie w 1989 roku w oficynie Dom wydawniczo-handlowy AKAPIT i przez prawie trzy dekady nie był wznawiany, ponieważ oryginalne plansze komiksu zostały Baranowskiemu skradzione przez nieuczciwego wydawcę. Na szczęście zachowały się negatywy. To z nich Ongrys przygotował duże, czarno-białe wydruki, które następnie zostały pomalowane ręcznie przez Aleksandrę Spanowicz. Malarka wzorowała się pierwotnych kolorach z pierwszego wydania. Efekt finalny jest nadzwyczaj pozytywny! Artystce należą się wielkie gratulacje za trud, który włożyła.

Książka opowiada o małych, leśnych skrzatach – Fruwaczkach, które wiodą spokojne i radosne życie. Idylla trwa do czasu, gdy dwoje z nich – Amadynka i Huzarek – zostaje porwanych przez wysłanników podstępnego Czarnego Ptaszyla. Od pary zakochanych Zły chce się dowiedzieć, gdzie znajduje się kryjówka czcigodnego Kakapo, gdyż tylko wioskowy mędrzec Fruwaczków może przeszkodzić Ptaszylowi dotrzeć do Kwiatu Zła, który ma wydać nasiono zniszczenia. Czarnoksiężnikowi właśnie na nim zależy, to ono może się stać „początkiem wszelkiego zła na Ziemi”.

Aby odnaleźć porwaną parę, a tym samym pokrzyżować niecne plany Złego, skrzaty organizują ekipę ratunkową, w skład której wchodzą: Mędrak, Ciemnotek, Trajkotka, wuj Ludwik oraz ciotka Fru-Bęc. I tak oto rozpoczyna się wielka przygoda, która zakończy się gdzieś pośród Smoczych Gór w Tęczowej Dolinie. Misja nie należy do najłatwiejszych i obfituje w kilka niebezpiecznych przygód. W międzyczasie nasi bohaterzy będą musieli wykazać się sprytem i odwagą, zapadną w sen zimowy oraz poznają nowych, pomocnych przyjaciół. Fabuła prowadzona jest wartko. Całość została zaludniona osobliwymi postaciami. Większość, już na pierwszy rzut oka, wzbudza sympatię, ale niektóre mogą budzić grozę.

Wszystko dobre, co się dobrze kończy. I nie inaczej jest w wypadku Jak ciotka Fru-Bęc… Ostatecznie komiks przeznaczony jest dla młodszych czytelników, którym spodoba się baśniowy świat odmalowany przez Baranowskiego oraz przygodowa opowieść z gatunku heroic fantasy.

Anna Baranowska & Tadeusz Baranowski (sc.), Tadeusz Baranowski (rys.), „Jak ciotka Fru-Bęc uratowała świat od zagłady”, Wydawnictwo Ongrys, wyd. II, Szczecin 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 5]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Trochę hałasu z głębi lasu

01/11/2017 § Dodaj komentarz


Trochę hałasu z głębi lasu

Warszawska oficyna Tadam debiutowała na rynku księgarskim w październiku ubiegłego roku. W przeciągu kilku miesięcy „wypuściła” na rynek kilkanaście książek przeznaczonych dla dzieci w różnym wieku. Dużo? Mało? Myślę, że jak na niewielkie wydawnictwo to całkiem sporo. Warto nadmienić, że prawie wszystkie pozycje zostały napisane (i narysowane) przez polskich twórców. We wspomnianym zestawie są cztery serie komiksowe, które tworzą cykl Mój pierwszy komiks. Dziś biorę na warsztat kwartet publikacji Trochę hałasu z głębi lasu, który wyszedł spod ręki Adama Święckiego.

Na chwilę obecną całość składa się z tytułów: Pani detektyw Sowa, Pan łasuch Miś, Pan elegant Lis oraz Pan kawalarz Wilk. Każda z odsłon poświęcona została jednemu leśnemu bohaterowi. Jakiemu? Łatwo można wywnioskować z samego tytułu. Jednak występujących postaci jest więcej. Książki są zbudowane według przejrzystego schematu: główny bohater przemierza las i łąkę, gdzie spotyka inne zwierzęta.

Punktem wyjścia dla albumu Pani detektyw Sowa jest wypowiedź ptaka: „Cała rodzina jest ze mnie dumna, bo jestem bystra i wielce rozumna”. Bohaterka musi posłużyć się rozumem, aby odnaleźć żołędzie, które zniknęły z dębu oraz odkryć, kto i dlaczego je ukradł. Pani Sowa nie wykonuje czysto detektywistycznej pracy. Nie śledzi, nie zbiera dowodów, nie szuka tropów. Ogranicza się do zadawania pytań innym zwierzętom i sprawdzania ich odpowiedzi.

Jak dobrze wiadomo, misie są wielkimi wielbicielami miodu. Akcja komiksu Pan łasuch Miś rozpoczyna się o poranku. Po kilku ćwiczeniach protagonista zakrada się do dziupli pszczół, zgarnia cały zapas słodkości i ucieka. Owady szybko orientują się, że miód zaginął i ruszają w szaleńczy pościg za złodziejem. Finał opowieści jest jednak całkowicie różny od spodziewanego…

Z kolei w komiksie Pan elegant Lis główny bohater jest kreatorem mody. Trzeba przyznać, że w tym przypadku fantazja autora mile zaskakuje. Lis przyozdabia wszystkie napotkane zwierzęta piórami. Ależ jest zaskoczony, gdy na swojej drodze spotyka małego pingwina, który omyłkowo przypłynął z Antarktydy i teraz chciałby się tam z powrotem dostać! Tylko nie wie jak. Bohater wpada na świetny pomysł i wszystko dobrze się kończy.

Pan kawalarz Wilk miał swoją premierę podczas 28. Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Pisarz kolejny raz skupia uwagę na postaci, którą zasadniczo można nazwać antybohaterem. Wilkowi w głowie jednie psoty, ostro dokazuje wszystkim innym zwierzętom. Żartowniś z niego nie lada, tylko nie wiedzieć czemu inne zwierzęta zaczynają go unikać. Trochę trwa nim bohater zrozumie, że lepsza jest przyjaźń niż samotna zabawa.

Dzięki różnym fabularnym rozwiązaniom akcja wszystkich komiksów przenosi się z miejsca na miejsce, a czytelnik poznaje kolejnych mieszkańców lasu. Dodatkowo dziecko dostaje możliwość poznania i rozpoznania (przy kolejnej lekturze): lisa, wiewiórki, węża, myszy, niedźwiedzia, łosia, jeża, borsuka czy bobra.

Artysta świetnie dostosował ilustracje do wieku potencjalnego czytelnika. Całość wygląda sympatycznie i przyjacielsko. Mam bardzo pozytywne skojarzenia, gdy patrzę na przedstawienie sowy, niedźwiedzia czy lisa. Trochę szkoda, że Wilk jest taki czarny… Wszystkie zwierzęta narysowano w uproszczony sposób, ale nie ma żadnych wątpliwości, co do poprawnego oznaczenia postaci. Niezwykle atrakcyjnie dobrano kolory. Wiele plansz jest pięknych, choćby ta z zającem i sową na łące z Pani detektyw Sowa czy z Misiem zbiegającym z pagórka. Ale są i elementy humorystyczne: ostatnia plansza z Pana eleganta Lisa czy Miś, który wpada do wody, czy Wilk siadający na mrowisko.

Jestem przekonany, że wszystkie pozycje z serii Trochę hałasu z głębi lasu spodobają się odbiorcom. Publikacja jest adresowana do najmłodszych czytelników – takich, którzy nie potrafią jeszcze czytać (są słuchaczami) lub dopiero zaczynają samodzielnie składać litery. Dla dzieci w wieku 2-6 lat to trafiona propozycja, tak samo jak cały cykl Mój pierwszy komiks.

Adam Święcki (sc. & rys.), „Pani detektyw Sowa”, Wydawnictwo Tadam, Warszawa 2016.
Adam Święcki (sc. & rys.), „Pan łasuch Miś”, Wydawnictwo Tadam, Warszawa 2016.
Adam Święcki (sc. & rys.), „Pan elegant Lis”, Wydawnictwo Tadam, Warszawa 2017.
Adam Święcki (sc. & rys.), „Pan kawalarz Wilk”, Wydawnictwo Tadam, Warszawa 2017.

[Miło mi poinformować, że komiks Pan kawalarz Wilk ukazał się pod oficjalnym patronatem prowadzonej przeze mnie strony: Są komiksy dla dzieci]

Smerfy #17: Smerfowanie biżuterii

23/10/2017 § Dodaj komentarz


 Smerf złodziejem?

Wszystkie dzieci (i nie tylko one) dobrze wiedzą, że Smerfy to niezwykle praworządne, życzliwe i bezinteresowne stworzonka. Nie skrzywdzą nawet muchy. Jednak siedemnasty album nosi tytuł Smerfowanie biżuterii. Czyżby któryś z niebieskich skrzatów miał wkroczyć na drogę występu i bezprawia? Co powie Papa Smerf, gdy się o tym dowie?

Akcja omawianego komiksu zaczyna się w przeddzień wielkiej zabawy z okazji dnia wiosny. Papa Smerf wysyła Ważniaka i Zgrywusa nad rzekę, aby nazrywali pałek wodnych. Para bohaterów musi uważać, bo w tej okolicy nadzwyczaj często kręcą się ludzie. W wyniku nieszczęśliwego wypadku Zgrywus wpada w ręce dwójki wędrownych kuglarzy, którzy postanawiają wykorzystać niebieskiego stworka podczas swoich występów. Po pierwszym, dodajmy udanym, przedstawieniu nowi właściciele Smerfa dostają propozycję bardziej intratnego wykorzystania zdolności więźnia… W poszukiwaniu zaognionego Zgrywusa, oczywiście, wyrusza misja ratunkowa.

Z góry wiadomo, jak przygoda się skończy. Ale nie o szczęśliwy finał chodzi, a o kolejne epizody i zdarzenia. Fabuła jest konsekwentnie prowadzona i skupia się na postaci Zgrywusa, którego możemy zobaczyć z zupełnie innej strony – jako niezwykle lojalnego przyjaciela. W komiksie znalazło się także miejsce dla kilku rzeczywiście zabawnych gagów sytuacyjnych. Ewidentnym plusem albumu jest jednak ukazanie świata poza wioską Smerfów. Sporo scen rozgrywa się w pseudośredniowiecznym miasteczku i zamku, dzięki czemu uzyskujemy wgląd w ludzką społeczność. W komiksie spotykamy nawet Gargamela, który na targu robi zakupy. Całość swoim klimatem przywodzi mi na myśl album Krasnal z Corneloup z serii Hugo (klik! klik!).

Za oprawę graficzną odpowiedzialny jest Alain Maury, który świetnie sobie radzi z ukazaniem dynamiki postaci i wiernością przedstawienia Smerfów. Na plus artyście należy zapisać, że średniowieczna rzeczywistość jest spójna i ciekawa. Osobne gratulacje za przedstawienie Marudy w stroju błazna, idealne! Chciałbym bardzo pochwalić polskiego edytora, który zadbał o przekład onomatopei na język polski. Świetna sprawa, że pojawiają się: „bach”, „ślizg”, „łups”, „skrzyp, skrzyp” i inne.

Smerfowanie biżuterii to jeden z najlepszych, a może nawet najlepszy album z udziałem Smerfów, jakie w ostatnim czasie wydał Egmont. Wielowątkowa fabuła, różnorodne postaci, ciekawa i żywo prowadzona akcja. Pozycja w sam raz dla dzieci, ale i dla dorosłych, którzy czują sentyment do niebieskich stworków.

Thierry Culliford & Luc Parthoens (sc.), Alain Maury (rys.), „Smerfy #17: Smerfowanie biżuterii”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1170, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 5-, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Smerfy i Wioska Dziewczyn #1: Zakazany las

28/09/2017 § 1 komentarz


  Dziewczyny nie dały rady

Zakazany las to pierwszy album z nowego cyklu komiksowego z udziałem niebieskich skrzatów, który nosi tytuł Smerfy i Wioska Dziewczyn. Spin-off na rynku frankofońskim miał premierę pod koniec marca, a już niespełna dwa miesiące później Egmont Polska publikuje krajową odsłonę. Poczynania edytora zbiegły się z wejściem do kin pełnometrażowej animacji Smerfy: Poszukiwacze zaginionej wioski, bo, jak możemy przeczytać w materiałach promocyjnych, fabuła komiksu luźno nawiązuje do filmu kinowego. Na seans się nie wybrałem, dlatego nie wiem czy informacja pokrywa się z prawdą.

W komiksie pomieszczonych zostało pięć opowieści, których fabuły subtelnie się ze sobą splatają. W pierwszej – Dziwny jest ten świat – czytelnik ma okazję poznać smerfne dziewczęta z wioski, która znajduje się za wysokim murem. Na tym właśnie polega koncept scenarzystów – obie grupy nie spotkały się nigdy wcześniej, ponieważ przeszkodą był ów mur i dopiero przypadkowo odkryty przez Lilijkę tunel umożliwił nawiązanie dobrosąsiedzkich kontaktów. Pomysł jak pomysł. Ani specjalnie dobry, ani zły. Jeśli miałbym oceniać, to płytki. Rozumiem, że w jakiś sposób należało uzasadnić, że dopiero po 54 latach i 34 albumach z przygodami „klasycznych” Smerfów, nagłe pojawienie się całej wioski zamieszkałej przez rodzaj żeński.

Po pierwszym, przypadkowym, spotkaniu dziewczyny zapraszają do siebie delegację zza muru, w skład której wchodzą: Smerfetka, Ważniak, Osiłek i Ciamajda. Kolejne historie przedstawiają przygody wspomnianej czwórki w Wiosce Dziewczyn. W albumie nie pojawia się Papa Smerf, co wydaje się dziwne i mało prawdopodobne. W drugiej opowieści Ważniak spędza z nowymi koleżankami cały jeden dzień, dzięki czemu czytelnik ma okazję poznać bliżej zwyczaje, upodobania i tryb życia dziewczyn. Trzeba przyznać, że pod wieloma względami bohaterki są różne od „klasycznych” skrzatów. Choćby: mieszkają w domkach na drzewach, są dzielne i odważne, posługują się bronią (celnie strzelają z łuków), ich taniec radości jest bardzo skomplikowany, mają filetowe włosy, które upinają w przeróżne fryzury, są gadatliwe, latają na smokach, etc.

Żal, że scenarzyści (Alain Jost, Luc Parthoens i Thierry Culliford) całkowicie zmarnowali potencjał, jaki kryje się we wprowadzeniu do „smerfnego uniwersum” nowych bohaterek. Fabuły ani nie są ciekawe, ani nie śmieszą. Ze świecą można szukać jakichś zabawnych gagów i komicznych scen. Całość jest nudna i źle napisana. Dla przykładu w pierwszej opowieści są miejsca, w których lista dialogowa pokrywa się z czynnościami wykonywanymi przez Lilijkę lub elementami, które możemy zobaczyć w kadrze. Widzimy dziewczynę idącą między gęstą roślinnością, z prawego górnego rogu buchają promienie słońca, a ona mówi do siebie: „Nareszcie światło słoneczne! Wydostanę się z mrocznej dżungli!”. Dwa kadry dalej widzimy bohaterka stoi pod wielkim murem, który zasłania cały horyzont i mówi: „Znów jestem przy murze!”. Takich kiksów jest niestety dużo więcej, a to odbiera jakąkolwiek przyjemność z lektury.

Na szczęście album ogląda się z przyjemnością. Mimo że oprawa graficzna to dzieło aż czterech rysowników, to całość jest spójna i atrakcyjna. Smerfy żeńskiego rodzaju zostały dobrze zaprojektowane, postaci są żywe i różnorodne. Dziewczętom nadano indywidualny rys, co cieszy i dobrze wróży na przyszłość, bo będzie można rozwijać ich charakter, cechy i zachowanie. Najmniej ciekawie wypada czarodziejka Wierzba, która jest żeńską kopią Papy Smerfa. Ciężko uciec od porównywania spin-offu z „klasykami”. Na plus dla nowej produkcji należy zapisać: 1) bardziej rozbudowane tła; 2) większa fantazję przy konstruowaniu fauny i flory; 3) jaskrawszą kolorystykę i szerszą paletę barw.

Jednakże udana oprawa graficzna to za mało, abym mógł album Zakazany las oceniać pozytywnie. Jestem przekonany, że „dwójka” prędzej czy później zostanie wyprodukowana. Mam tylko nadzieję, że scenarzyści nie będą musieli pisać pod presją czasu i wyjdzie im to lepiej niż w bieżącej odsłonie.

Alain Jost & Luc Parthoens, & Thierry Culliford (sc.), Alain Maury & Jeroen de Coninck & Miguel Diaz & Laurent Cagniat (rys.), „Smerfy i Wioska Dziewczyn #1: Zakazany las”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1125, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[scenariusz: 2+, rysunki: 4, kolory/cienie: 4+]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}

Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Czerwone wilczątko

24/08/2017 § 4 Komentarze


 Współczesna baśń

Szata graficzna Czerwonego wilczątka oszałamia! Ilustracje są wspaniałe. Bardzo szczegółowe, a także różnorodne. Ukazują leśną rzeczywistość, która jest miejscami magiczna i tajemnicza, a miejscami przerażająca i upiorna. Na dokładkę rozbudowana kolorystyka (szczególnie w pierwszej części) również przykuwa uwagę czytelnika. Całostronicowe plansze zawierają elementy narracyjne, które wymagają uważnego śledzenia i jednocześnie odwodzą czytelnika od tekstu. Tekst opowiadania, zepchnięty – z małymi wyjątkami – na boczny lub dolny margines, także stanowi element konstrukcyjny ilustracji. Książę chce się wciąż od nowa przeglądać, kartkować w te i nazad, wyłapywać „smaczki” i zachwycać każdym detalem. Dużym jednak błędem byłoby marginesowanie warstwy literackiej utworu i skupianie się tylko i wyłącznie na oprawie graficznej.

Amélie Fléchais napisała wariację na temat klasycznej baśni Mały Czerwony Kapturek autorstwa Charles’a Perraulta. Mimo podmiany głównej bohaterki z dziewczynki na wilczątko, rzecz ma więcej wspólnego z pierwowzorem niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. I nie chodzi tylko o podobieństwa elementów składowych (tj. mama, babcia, Czerwony Kapturek, myśliwy), ale raczej o nadrzędne przesłanie. Dla przypomnienia oryginalnie pierwowzór kończy się pożarciem babci i dziewczynki przez wilka. Dopiero XX-wieczna popkultura nadpisała dla opowieści szczęśliwe zakończenie. Autorka upomina się o krwawą brutalność i zgrozę w prawdziwych (a nie disnejowskich) baśniach.

Wilczątko, niepomne pouczeń i instrukcji udzielonych przez matkę, podąża za swoimi popędami – oddaje się zabawie, zbacza ze ścieżki, zjada zająca i zawierza słowom ludzkiej dziewczynki, z którą odchodzi (a ona wzbudza zaufanie, gdyż zachowuje się z gracją i pięknie wygląda). Postępowanie protagonistki jest autodestrukcyjne – choć nieuświadomione. Co prawda napięcie wywołane strachem przed porzuceniem i śmiercią ulega w finale rozładowaniu, gdyż dziewczynka zostaje uratowana przez Wilka-ojca. Tylko czy można mówić o szczęśliwym zakończeniu w sytuacji, gdy dochodzi do zabójstwa?

Huśtawka uczuć i emocji, z którą musi sobie poradzić bohaterka, jest niezwykle rozpięta. Beztroska, złość na siebie z powodu naiwności, strach o własne życie, wyrzuty sumienia, nadzieja ocalenia, ale przede wszystkim trauma, która pewnie na zawsze zmieni postrzeganie świata przez bohaterkę. W finale opowieści rzeczywistość wykreowana przez Fléchais jest ponura i mroczna. Co pewnie nie pasuje do obrazu, jaki wytworzyli sobie rodzice (większość, nie wszyscy) na temat baśni dla dzieci. Jednakże nie jest to powód, aby skreślać książkę z listy wspólnych lektur. A wręcz przeciwnie. Jestem zdania, że Czerwone wilczątko należy „przerobić”/„przetrawić” bardzo dokładnie. Słuchając o wilczątku, które na własne życzenie ma poważne kłopoty, dziecko – poprzez identyfikację – może przyjrzeć się własnym uczuciom, zobaczyć je niejako z zewnątrz i przemyśleć, a finalnie pozbyć się tłumionego napięcia. Co ma wymierne korzyści – nauczy młodego człowieka lepiej rozumieć samego siebie.

Czerwone wilczątko to pozycja odważna i znacząca, której w zalewie publikacji dla dzieci nie wypada przeoczyć. Rzecz piękna, mądra i pouczająca.

Amélie Fléchais (tekst & ilustracje), „Czerwone wilczątko”, tłum. Ana Brzezińska, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

[tekst: 6, rysunki: 5+ kolory/cienie: 6-]

 {książkę można kupić tu: klik! klik!}

W koronie #1: Nie ma miejsca jak dąb

21/07/2017 § Dodaj komentarz


 W poszukiwaniu domu

Oficyna Tadam ruszyła z nową serią komiksową dla najmłodszych czytelników. W koronie to wspólne dzieło trójki panów, którzy dość regularnie ze sobą współpracują w ramach kolektywu Pokembry. Podczas przygotowywania publikacji podział zadań przedstawiał się następująco: Bartosz Sztybor – scenariusz i dialogi, Piotr Nowacki – rysunki i liternictwo, Łukasz Mazur – kolory i skład.

Pierwszy tom nosi intrygujący podtytuł Nie ma miejsca jak dąb, który mimowolnie kojarzy mi się z piosenką Nie ma miejsca jak dom rapera Piha (właśc. Adam Piechocki). Powinowactwo nie sprowadza się tyko i wyłącznie do samego tytułu, jest troszeczkę głębsze. Zresztą scenarzysta dał się już poznać jako wielbiciel hip-hopowych rytmów. W książce Niebieska Kapturka (klik! klik!) zdołał połączyć rymowane teksty, które napisane zostały slangiem z pozytywnym przesłaniem skądinąd krwawej opowieści.

Wróćmy jednak do omawianego komiksu. Głównym bohaterem powieści jest żółw Tudo, który rzekomo wcale nie jest żółwiem, a wroną. Tak przynajmniej twierdzi kandydat na prezydenta wszystkich żółwi. Trochę to absurdalne. Całe zamieszanie bierze się z tego, że gdy Tudo się kąpał, ktoś zajumał jego skorupę i przez to został zmuszony do opuszczenia gadziej społeczności. Nieposiadanie skorupy wiąże się z jeszcze jednym wielkim utrapieniem. Nasz bohater nagle staje się bezdomnym. Okoliczności sprawiają, że musi wyruszyć w świat, aby znaleźć nowy dom. I w tym miejscu pojawia się tytułowy Dąb, który, jak nie trudno się domyślić, zostaje zaanektowany przez protagonistę na nowe siedlisko. Po drodze małoletni żółwik spotyka kreta i małpę, z którymi się zaprzyjaźnia. Cała trójka „wynajmuje” mieszkanie w tej samej leśnej „kamienicy”.

Dużo dobrej roboty wykonali rysownik i kolorysta. Z albumu na album kreska Nowackiego ewoluuje (w dobrym kierunku!). Dobrze wiemy, że artysta potrafi tak narysować postaci, że z miejsca (tj. od pierwszego spojrzenia) wzbudzają w czytelniku sympatię. Tudo i Simia to prawdziwe mistrzostwo przedstawienia. Wskazana para tak mi się podoba, ponieważ widać pewne odejście od cartoonowej stylistyki. Co prawda nadal postaci są wyraźnie uproszczone, ale kreska jest jakby mniej obła. Dzięki wprowadzonym zmianom rysownik zyskuje możliwość wprowadzenia bardziej rozbudowanej mimiki i większej gestykulacji. A to przemawia na korzyść. Warto wspomnieć o jeszcze jednym novum: plansze zbudowano bez użycia ramek. Nadal są kadry, zwykle cztery na stronie, ale nie linia a kolor separuje je od siebie. W tym aspekcie przypomina mi to metodę zastosowaną przez Delphine Bournay w serii Chrupek i Miętus (Przy okazji kolejny raz chciałbym wyrazić swój żal, że wydawnictwo Dwie Siostry przerwało prezentację tego świetnego cyklu.).

Ważnym elementem fabuły, o którym do tej pory nie wspominałem, jest wątek „polityczny”. Jeśli spojrzymy na W koronie pod tym kontem, to okaże się, że obok opowieści stricte przygodowej, otrzymaliśmy podstawową lekcję demokracji bezpośredniej. Pisarz wprost mówi o wolności, kandydowaniu czy głosowaniu na prezydenta. To bardzo ważne, aby książki dla dzieci wprowadzały „świeże i aktualne spojrzenia na ważne zagadnienia społeczne” (patrz: seria Książki Jutra od Wydawnictwa Tako). Liczę, że kolejne odsłony podążą dokładnie w tym kierunku.

Bartosz Sztybor (sc.), Piotr Nowacki (rys.), „W koronie #1: Nie ma miejsca jak dąb”, Wydawnictwo Tadam, Warszawa 2017.

[scenariusz: 4, rysunki: 5+, kolory/cienie: 6]

  {komiks można kupić tu: klik! klik!}
gildiaRecenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:

Wilk powrócił!

18/07/2017 § 1 komentarz


Bać się Wilka?

„Wilk powrócił!” – brzmi najważniejsza wiadomość dnia. Wszystkie gazety* na pierwszej stronie donoszą o tym, mrożącym krew w żyłach, fakcie. Informacja lotem błyskawicy rozeszła się po leśnym miasteczku. Dlatego nie dziwi, że na mieszkańców padł blady strach. Nikogo nie interesuje, gdzie był wilk, co robił i dlaczego powrócił. Może był na wywczasach? Może w odwiedzinach u rodziny? A może na występach gościnnych?

Cała akcja opowiadania rozgrywa się w domu lub na progu domu pana Długouchego, który nie mógł zasnąć po tym, jak w dzienniku przeczytał wypowiedź Wilka: „Odwiedzę mego przyjaciela Królika”. Zresztą nie tylko on panicznie się boi. W pewnej chwili słuchać pukanie do drzwi. Może to Zły przyszedł spełnić zapowiedź? Uff, na szczęście nie, to tylko Trzy Małe Świnki, które proszą, aby przyjaciel wpuścił je do środka. Chwilę rozmawiają i nagle rozlega się kolejne pukanie. Czy to Wilk? Uff, nie. I tak mija wieczór, kolejne osoby schodzą się do domu Królika, wiadomo – w grupie zawsze raźniej.

Geoffroy de Pennart zbudował fabułę na atrakcyjnym koncepcie. Z każdym kolejnym gościem: „ciśnienie” i strach opada. Czujność zwierząt (i czytelnika) spada, a radość ze wspólnego przebywania rośnie. Z drugiej strony – niby wiadomo, że kiedyś do drzwi zapuka Wilk. Choć tli się mały promyk nadziei, że może on wcale nie powrócił, że wszystkie leśne gazety jedynie powielały niesprawdzonego „fake newsa”. Ostatecznie, nie będę zdradzał finału opowieści. Sami sobie doczytajcie. A, zapomniałbym! Bardzo podoba mi się, że goście wchodzą do domu Królika niejako z innych bajek.

Pisarz jest także autorem oprawy graficznej. Rysunek jest sugestywny i żywy. Z wyjątkiem antagonisty, każda inna postać przedstawiona została bardzo sympatycznie. Ilustracje zajmują większą część strony, tekst umieszczony został gdzieś z boku, jakby na marginesie. Koźlęta, których jest oczywiście siedem (w końcu przywędrowały z baśni O wilku i siedmiu koźlątkach), ganiają się, bawią i brykają, wszędzie ich pełno. Trochę mnie razi pewna niekonsekwencja przedstawienia. Występującym zwierzętom nadano charakter antropomorficzny, jednak na stronie 16 i 17 możemy dostrzec ptaki, które są „tylko” ptakami.

Ze względu na niewielką objętość książkę można śmiało czytać małoletnim dzieciom oraz polecać do samodzielnej lektury tym, którzy dopiero składają litery. Według informacji zamieszczonej na okładce książki autorski cykl z udziałem Wilka składa się z dwunastu pozycji. Pierwsza zapowiada, że będzie to ciekawa przygoda.

_ _ _ _ _
* Słowa uznania należą się oficynie Muchomor, która zadbała o zabawne tłumaczenie tytułu każdej z gazet. Królik czyta dziennik o tytule „Liść kapusty”, a Świnki – „Korkociąg”, pani Koza kartkuje „Kozi Ser-Wis”, etc. Okazuje się, że jedynie Czerwony Kapturek nie czyta prasy. Może nie potrafi jeszcze czytać?

Geoffroy de Pennart (tekst & ilu.), „Wilk powrócił!”, tłum. Maria Skowrońska i Jadwiga Skowrońska, Muchomor, Warszawa 2017.

[tekst: 4+, rysunki: 5, kolory/cienie: 4+]

{książkę można kupić tu: klik! klik!}

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with album dla dzieci at Kopiec Kreta.

%d blogerów lubi to: