Lucky Luke #52: Fingers

20/03/2017 § Dodaj komentarz

Magia Dzikiego Zachodu

Przyznam, że trochę obawiałem się tego tomu Lucky Luke’a. Chociaż René Goscinny nie był autorem postaci i dołączył do tworzenia kolejnych przygód najszybszego kowboja Dzikiego Zachodu dopiero w roku 1956 (czyli równo dekadę po debiucie serii), to jego nazwisko zawsze kojarzyło mi się z tym tytułem i najbardziej przyciągało. Dlatego też zmiana scenarzysty na Lo Hartoga Van Bandę nie szczególnie mnie ucieszyła. Na szczęście moje obawy okazały się bezzasadne, a Fingers, 52 tom godnie kontynuuje to, co w cyklu najlepsze.

Fabuła w skrócie przedstawia się następująco. Pewnego dnia w teksańskim więzieniu o zaostrzonym rygorze, z którego nikt jeszcze nigdy nie uciekł, pojawia się pewien elegancki mężczyzna prowadzący skutego szeryfa. Pod bramą zwraca stróżowi prawa jego odznakę i kluczyki do kajdanek, po czym przedstawia się jako więzień, dodając że chce spędzić w zakładzie noc. Kim jest? Imion ma wiele, choćby „Niepodrabialny Gaston” czy „Król Magii”, jednakże tutaj znany jest pod pseudonimem „Fingers”.

Nienaganne maniery i wielki talent do wchodzenia w posiadanie takich rzeczy, jak klucze strażników czy ich broń szybko doprowadzają naczelnika do wściekłości. Fingers trafia do celi braci Daltonów, odwiecznych wrogów Lucky Luke’a, jednakże niezbyt długo przyjdzie mu ją z nimi dzielić. Gdy przestępcy mozolą się nad wykopaniem łyżkami podkopu, magik wręcza im pęk kluczy do cel. Daltonowie uciekają, zamierzając wypuścić wszystkich innych więźniów – tylko Fingers nie chce się ruszyć z więzienia. Wieści o ucieczce docierają do Luke’a, który bez chwili wahania wyrusza w drogę. I tak już wkrótce na swojej drodze nasz dzielny kowboj spotka osobliwego Fingersa. Czym zakończy się ich wspólna przygoda?

Album Fingers pod pewnymi względami przypomina inny komiks z Lucky Lukiem, a dokładniej znakomitego Żółtodzioba (klik! klik!). Bohaterem tamtego komiksu był dystyngowany Anglik muszący skonfrontować swoją nienaganna kulturę z pierwotnością Dzikiego Zachodu. Tutaj iluzjonista o podobnych manierach (choć zdecydowanie mniej przyjemnym charakterze) równie wyraźnie odcina się na pustynnym, surowym tle. Konsekwencje są jednak inne, różny jest także przebieg zdarzeń. Jedno się nie zmienia – świetny humor stanowiący prawdziwą siłę napędową komiksu. Gagi bowiem jak zwykle nie zawodzą, mimo iż odpowiada za nie inny autor, a sama fabuła, przygody i klimat doskonale kontynuują rozpoczętą w roku 1946 luckyluke’ową tradycję.

Do tego dochodzą oczywiście wyśmienite rysunki Morrisa, artysty, którego śmiało możemy uznać za ojca serii. To on pisał pierwsze scenariusze i to on rysował te komiksy od samego początku. Lepiej więc, niż jakakolwiek inny twórca potrafi oddać charakterystyczny klimat Lucky Luke’a i dodać mu jeszcze więcej humoru.

Jeśli więc wahacie się czy seria potrafi się obronić bez Goscinnego, przestańcie i sięgnijcie po Fingers. Magia Dzikiego Zachodu, jaką znamy z poprzednich albumów, została zachowana, więc się nie zawiedziecie. I Wasi małoletni milusińscy również się nie zawiodą.

Lo Hartog Van Banda (sc.), Morris {właśc. Maurice de Bevere} (rys.), „Lucky Luke #52: Fingers”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1074, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2017.

[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}

Advertisements

Tagged: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Lucky Luke #52: Fingers at Kopiec Kreta.

meta

%d bloggers like this: